Mieszko. Wyjście z cienia - Komorowski Daniel - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Mieszko. Wyjście z cienia ebook i audiobook

Komorowski Daniel

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

22 osoby interesują się tą książką

Opis

Wciągająca historia osadzona w historycznych realiach Polski!

Księstwo Piastów władane przez księcia Siemomysła. Arena historyczna, którą czeka niejeden przełom.

W osadzie czynione są przygotowania do ślubu jednego z synów władcy - Czcibora. Ów ślub ma poszerzyć wpływy i umocnić władzę Piastów na okolicznych ziemiach.

Co z pozostałymi synami? Prokujem, oraz wygnanym Mieszkiem?

Śmierć, która zachwieje księstwem i wywróci wszystko do góry nogami. Bunty i wrogowie z każdej strony. Zagrożenie czyha dosłownie wszędzie.

Co do piastowskiego tronu ma duński król Harald Sinozęby, jego Dania, oraz Jomsborg? 

Kogo życie dobiegnie końca, a do kogo uśmiechnie się los?

Pełna intryg, bitew i historycznych nawiązań opowieść o władzy, miłości, zdradzie i odkupieniu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 509

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 27 min

Lektor: Tomasz Ignaczak

Oceny
4,6 (27 ocen)
18
8
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
kdmybooknow

Nie oderwiesz się od lektury

Uwielbiam zgłębiać historię okresu miecza i topora, a ponieważ obejrzałam już większość seriali o rycerzach i wikingach, przyszła pora na książki. W książce "Mieszko. Wyjście z cienia" autor Daniel Komorowski zaprasza nas do swojej interpretacji okresu, który stanowi fundamenty polskiej historii. Choć oparta na faktach historycznych, opowieść ta jest przede wszystkim owocem wyobraźni pisarza, który wnikliwie wędruje przez mity, legendy i potencjalne scenariusze, by ożywić przeszłość i zapewnić czytelnikowi barwną, angażującą historię. Nie mając dostępu do obiektywnych źródeł na temat powstania Księstwa Polskiego, Komorowski snuje swoje wizje i spekulacje, tworząc alternatywny obraz tego ważnego okresu. W jego interpretacji wydarzeń możemy dostrzec zarówno odzwierciedlenie znanych faktów, jak i odległych mitów, które nadają opowieści dodatkowy wymiar. Jest to zatem nie tylko opowieść historyczna, lecz także literacka podróż w głąb niezbadanych zakamarków przeszłości, gdzie fakty history...
10
kobra444

Nie oderwiesz się od lektury

to pierwsza książka tego autora,która przeczytałam i przyznam, że zacznę czytać jego serię o Wikingach bo jak na razie kolejnej o Piastach nie ma. Jest trochę jak bajka ale to bajka z mojej historii i dla mnie cenna. Dobrze napisana,wciągająca,jednym słowem warta polecenia. Jeśli seria o Wikingach też jest tak interesującą to mamy fajnego polskiego pisarza.
10
mstok77

Nie polecam

Kolejna książka z cyklu "męskie fantazjowanie o gwałcie". Serio, nie da się napisać ani jednej książki bez przemocy seksualnej wobec kobiet na co drugiej stronie??
11
Matoszek123

Nie oderwiesz się od lektury

kiedy 2 tom???
00
Rudabona

Nie oderwiesz się od lektury

dobre to było
00

Popularność




Re­dak­cjaMa­ciej Sprzę­gaj
Ko­rektaJan No­wak
Pro­jekt gra­ficzny okładkiDa­wid Bol­dys
Skład i ła­ma­nieAgnieszka Kie­lak
© Co­py­ri­ght by Skarpa War­szaw­ska, War­szawa 2024 © Co­py­ri­ght by Da­niel Ko­mo­row­ski, War­szawa 2024
Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie
Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-83290-70-6
Wy­dawca Agen­cja Wy­daw­ni­czo-Re­kla­mowa Skarpa War­szaw­ska Sp. z o.o. ul. Bo­row­skiego 2 lok. 24 03-475 War­szawa tel. 22 416 15 81re­dak­cja@skar­pa­war­szaw­ska.plwww.skar­pa­war­szaw­ska.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Czy­tel­ni­kom

WSTĘP

MIESZKO: Wyj­ście z cie­nia to pierw­szy tom po­wie­ści hi­sto­rycz­nej o cza­sach, o któ­rych nie wiemy wiele. Do­ty­czy okresu na kilka lat przed przy­ję­ciem chrztu przez Mieszka I i ob­ję­ciem przez niego tronu w księ­stwie po jego ojcu, Sie­mo­my­śle. O cza­sach, w któ­rych osa­dzi­łem ak­cję po­wie­ści, ist­nieje nie­wiele źró­deł hi­sto­rycz­nych, mo­gą­cych nam do­kład­niej opo­wie­dzieć o na­szym pierw­szym chrze­ści­jań­skim władcy, a je­śli już ja­kieś są, to czę­sto wza­jem­nie się wy­klu­czają. O Mieszku, za­nim prze­jął tron i przy­jął chrze­ści­jań­stwo, wia­domo za­trwa­ża­jąco mało, a szkoda. Hi­sto­rycy prze­ści­gają się w róż­nych teo­riach, jak cho­ciażby ta, skąd w ogóle Mieszko się wziął, po­nie­waż w źró­dłach hi­sto­rycz­nych po­ja­wił się na krótko, bo le­d­wie kilka lat przed chrztem, i tak na­gle, iż można na­wet po­wie­dzieć, że zni­kąd. Są tacy, któ­rzy uwa­żają, że wcale nie po­cho­dził z na­szych ziem, a przy­był tu­taj z da­leka i do­piero zdo­był wpływy oraz wła­dzę. Do­szu­kują się w nim wi­kinga. Inni nie pod­dają w wąt­pli­wość po­cho­dze­nia Mieszka, wi­dząc w nim praw­dzi­wego Sło­wia­nina. Obie grupy mają jed­nak bar­dzo ogra­ni­czone ar­gu­menty mo­gące jed­no­znacz­nie wska­zać, która ze stron ma cał­ko­witą ra­cję.

Moja książka jest po­wie­ścią, w któ­rej sta­ram się rzu­cić tro­chę świa­tła na owe czasy. Pró­buję po­ka­zać, jak mo­gło być na­prawdę z na­szym władcą. Hi­sto­ria, którą opi­suję, oparta jest na kilku hi­po­te­zach do­ty­czą­cych po­cho­dze­nia Mieszka oraz jego po­cząt­ków. To swo­ista ge­neza prze­wi­dziana na kilka to­mów. Pi­sząc tę książkę, sta­ra­łem się jak naj­le­piej od­dać kli­mat i spra­wić, że lek­tura bę­dzie dla każ­dego przy­jem­no­ścią. Mieszko: Wyj­ście z cie­nia to po mo­jej de­biu­tanc­kiej se­rii Fu­ria wi­kin­gów moje oczko w gło­wie. Li­czę, że się spodoba i każdy bę­dzie się cie­szyć cza­sem spę­dzo­nym przy lek­tu­rze.

PROŚBA OD AU­TORA

Pro­szę o wy­ro­zu­mia­łość w pew­nych kwe­stiach. Książka opo­wiada o cza­sach, o któ­rych, jak już wspo­mnia­łem, wia­domo bar­dzo mało. Ist­nieje dużo zna­ków za­py­ta­nia i nie­pew­no­ści od­no­śnie do sa­mych Pia­stów, ziem, ja­kie po­sia­dali, jak i tego skąd do­kład­nie się wy­wo­dzą. W po­wie­ściach naj­waż­niej­sze są po­staci. Już tu­taj na­po­tka­łem na pierw­szą so­lidną ba­rierę w kwe­stii trud­nych do okre­śle­nia dat na­ro­dzin, na przy­kład ty­tu­ło­wego bo­ha­tera. Ak­cja mo­jej książki roz­po­czyna się około 962 roku. Rok na­ro­dzin Mieszka I nie jest znany. Źró­dła hi­sto­ryczne wska­zują je­dy­nie ramy cza­sowe, mniej wię­cej 922-945. Zgod­nie z tym we wspo­mnia­nym 962 roku mógł mieć od sie­dem­na­stu do czter­dzie­stu. W tego typu spra­wach, które na­zy­wam spor­nymi, mu­sia­łem po pro­stu po wielu ana­li­zach do­ko­nać wy­boru i mam na­dzieję, że nikt nie bę­dzie miał mi za złe, je­śli moja wi­zja bę­dzie róż­niła się od jego zda­nia na dany te­mat. Jak na­pi­sa­łem we wstę­pie, pro­szę o wy­ro­zu­mia­łość, za­równo w tej kwe­stii, jak i kilku in­nych, które po­zwolę so­bie przed­sta­wić. Do­my­ślam się, że w książce mogą zwró­cić uwagę różne wątki bu­dzące wąt­pli­wo­ści i py­ta­nia, lecz – tak jak przy przy­wo­ła­nym wcze­śniej dy­le­ma­cie do­ty­czą­cym wieku Mieszka – mu­sia­łem wy­brać któ­rąś z moż­li­wo­ści. Ja­kie to są do­kład­nie kwe­stie? Cho­ciażby na­zew­nic­two, czy, co istotne, sto­lica księ­stwa. Od­no­sząc się do niej, po­zwolę so­bie wspo­mnieć, że nie­które źró­dła wska­zują Gnie­zno, inne Po­znań. We­dług ko­lej­nych, now­szych, sta­łej sto­licy w ogóle nie było lub była ona zmienna, co w prak­tyce ozna­czało, że sta­wał się nią gród, w któ­rym prze­by­wał w da­nym mo­men­cie władca. Zde­cy­do­wa­łem się na trze­cią moż­li­wość. Ko­lejny dy­le­mat do­ty­czył imie­nia żony Sie­mo­my­sła i za­ra­zem matki Mieszka. Tu źró­dła hi­sto­ryczne mnie nie roz­piesz­czały. Prze­waż­nie po­ja­wiała się tylko Świę­to­sława, lecz nic nie świad­czyło, że rze­czy­wi­ście to było jej praw­dziwe imię. Po­ja­wiały się je­dy­nie do­my­sły oparte na róż­nego ro­dzaju po­szla­kach, na przy­kład zgod­nie z jedną z teo­rii miała tak na imię, po­nie­waż tak na­zy­wała się jej wnuczka. Po­dobne teo­rie uzna­łem za mocno na­cią­gane i ko­niec koń­ców po­sta­no­wi­łem wy­brać inne imię.

Chcia­łem przy­to­czyć tu­taj jesz­cze kilka kwe­stii spor­nych, z któ­rymi się zma­ga­łem, lecz zde­cy­do­wa­łem się tego nie ro­bić, gdyż nie­które mo­głyby zdra­dzić za dużo z fa­buły. Pod­su­mo­wu­jąc, pro­szę – oczy­wi­ście w miarę moż­li­wo­ści – o zro­zu­mie­nie, gdyby pewne rze­czy wy­dały Wam się z róż­nych po­wo­dów wąt­pliwe, nie­pra­wi­dłowe. Pi­sa­nie tej książki było dla mnie ogromną przy­jem­no­ścią i du­żym wy­zwa­niem, które wią­zało się z licz­nymi trud­no­ściami. Raz jesz­cze ape­luję więc o wy­ro­zu­mia­łość, za­równo w kwe­stiach wspo­mnia­nych, no­wych, jak i tych, które mo­gły mi umknąć. Żadne po­myłki, rzecz ja­sna, nie są za­mie­rzone. Sta­ra­łem się stwo­rzyć książkę, którą każdy bę­dzie czy­tał z przy­jem­no­ścią, z któ­rej do­wie się cie­ka­wych rze­czy oraz bę­dzie miło wspo­mi­nał czas spę­dzony przy lek­tu­rze.

Ciesz­cie się chwilą, jak i ja cie­szy­łem się każdą pod­czas pi­sa­nia.

Da­niel Ko­mo­row­ski

1.

Czci­bor, syn knia­ziowy, wspie­rał się o po­łu­dniowe ob­wa­ro­wa­nia grodu. Wio­senne niebo ro­biło się co­raz ciem­niej­sze, a sza­rość po­częła za­po­wia­dać ko­niec dnia. Za­sę­piony spo­glą­dał przed sie­bie i my­ślał. Wąt­pli­wo­ści miał bez liku, zwłasz­cza co do zda­rzeń mi­nio­nych kilku dni. Wola jego ojca była naj­istot­niej­sza i syn wi­nien mu być po­słuszny. Miał się że­nić z córką Mści­woja, żu­pana Ka­li­sza, któ­rego wpływy na Pia­sto­wych zie­miach za­iste były znaczne, czego nie mógł zlek­ce­wa­żyć na­wet ród u wła­dzy. Czci­bor do­sko­nale ro­zu­miał, ile do­brego przy­nie­sie po­łą­cze­nie ro­dzin, za­równo jemu, jak i zie­miom, któ­rymi kie­dyś bę­dzie wła­dać. Mię­dzy in­nymi jego siła i po­wa­ża­nie miały wzro­snąć, a dzięki temu ła­twiej bę­dzie na­wią­zać sto­sunki z in­nymi ple­mio­nami oraz po­sze­rzyć gra­nice. Na ra­zie jest je­dy­nie żu­pa­nem Gnie­zna, któ­rym po bez­po­tom­nej śmierci po­przed­nika mia­no­wał go oj­ciec, by wpra­wiał się we wła­da­niu. Kie­dyś zo­sta­nie knia­ziem, a wtedy znacz­nie roz­bu­duje księ­stwo. Po­mimo do­brych stron ożenku Czci­bora mier­ziło, co obie­cał ojcu. Miał on w gro­dzie ko­cha­nicę nad wy­raz mu bli­ską, z którą pla­no­wał się że­nić. Sie­mo­mysł jed­nak nie chciał o tym słu­chać, a co wię­cej na­ka­zał, by syn zo­sta­wił lubą i wierny był przy­szłej żo­nie. Czci­bo­rowi żona by nie wa­dziła. Nic mu nie szko­dzi­łoby za­cho­dzić po ślu­bie do in­nej i swa­wo­lić z nią w łoż­nicy. Oj­ciec jed­nak, jakby w my­ślach mu czy­tał, rzekł:

– Gdy już żonę bę­dziesz mieć, to tylko z nią masz cho­dzić do łoż­nicy. Nie może tak być, że bę­dziesz gził się z inną i pło­dził z nią bę­karty, bo wtedy sam kło­pot. Po­mnij błędy twego dziada, który miał syna z ko­cha­nicą. A ja mu­sia­łem wo­jo­wać z nim, by oj­co­wi­zna mnie przy­pa­dła. Mimo że on był z nie­pra­wego łoża. A do tego po­tra­fił zbun­to­wać lu­dzi i przy­cią­gnąć do sie­bie. Z ko­lei jak­byś i tę drugą po­jął za żonę, to sprawa taka sama. My­ślisz, że twoi sy­no­wie nie żar­liby się o schedę?

Pra­gnie­niem ojca było za­cho­wa­nie spo­koju w księ­stwie, czego Czci­bor miał pełną świa­do­mość, ale wciąż nie w smak mu było zo­sta­wić ko­cha­nicę. Coś go pod­ku­siło, by wy­po­mnieć ro­dzi­cowi, że sam ma na­łoż­nice. Ten go zbył, mó­wiąc jeno, że już za stary jest, by spło­dzić no­wego po­tomka. Na py­ta­nie, czy nie miał na­łoż­nic wcze­śniej, od­po­wia­dał, że miał, do­póki Lud­miła, matka Czci­bora, nie po­ro­dziła mu sy­nów. Wtedy inne od­pra­wił, żeby unik­nąć pro­ble­mów. Ze smęt­nych roz­my­ślań wy­rwał go głos pa­chołka, któ­rego po niego po­słano.

– Pa­nie, żu­pan Ka­li­sza, mo­ści Mści­wój przy­był i kniaź na­ka­zał cię od­na­leźć – rzekł, skło­niw­szy się wcze­śniej.

– Tak mu spieszno do ślubu? – prych­nął Czci­bor. – Może niech sam się żeni?

Knia­ziowy syn nie­chęt­nie ru­szył przed sie­bie. Wol­nym, lecz pew­nym kro­kiem zszedł po drew­nia­nych scho­dach na plac. Po­ko­nał jedną uliczkę z cha­tami po obu stro­nach, po­ko­nał i drugą. W końcu do­szedł do grodu, gdzie pa­cho­łek po­spiesz­nie otwo­rzył przed nim ma­sywne drzwi. Czci­bor ro­zej­rzał się do­okoła i jego oczom uka­zał się kniaź roz­ma­wia­jący przy stole z przy­szłym po­wi­no­wa­tym. Obok nich sie­działo kilku wo­jów, za­równo od Mści­woja, jak i od Sie­mo­my­sła, a także młod­szy brat Czci­bora, Pro­kuj. Przy nich krzą­tali się pa­choł­ko­wie i służba, która do­no­siła strawę i na­pitki.

– Wi­taj, synu. Cze­ka­li­śmy na cie­bie! – za­wo­łał ra­do­śnie kniaź, wzno­sząc ku Czci­bo­rowi kie­lich na­peł­niony ciem­nym moc­nym pi­wem, który był jego ulu­bio­nym trun­kiem. – Na­pijmy się za zdro­wie mego syna, mej chluby i dumy! – ode­zwał się do sie­dzą­cego obok Mści­woja.

Ten ocho­czo wzniósł pełny kie­lich. Na­czy­nia stuk­nęły, a za kra­wę­dzie pry­snęła część piwa.

– Wi­taj, Czci­bo­rze. Rad je­stem, żeś do­łą­czył do nas.

– I ja rad je­stem, że za­wi­ta­łeś do Gnie­zna – od­parł nie do końca szcze­rze jego przy­szły zięć. – Nie ro­zu­miem jeno, co cię spro­wa­dza.

– A co? Bo­isz się, że ślubu nie bę­dzie? – za­śmiał się Mści­woj. – Spo­koj­nie, je­stem tu, by spraw­dzić, jak idą przy­go­to­wa­nia. Córka moja przy­bę­dzie za dwa dni.

– Mści­woju, chyba nie chcesz po­wie­dzieć, że nam nie ufasz?

– To samo i ja po­wie­dzia­łem – pod­kre­ślił ze śmie­chem Sie­mo­mysł.

– A ja rze­kłem, że o moją córkę się roz­cho­dzi i jej za­mąż­pój­ście. Zda mi się, że do­bry to po­wód, by tu za­wi­tać.

– Niech i tak bę­dzie – zgo­dził się po­to­mek knia­zia. – Na­piję się z wami, je­śli co zo­stało.

– Piwa u nas w bród, synu! Pij!

I roz­po­częła się uczta z Czci­bo­rem, który jak i oj­ciec sły­nął z moc­nej głowy. A skoro pi­cie, to i opo­wie­ści, liczne prze­chwałki, z któ­rych to Mści­woj z ko­lei był znany, a głów­nie dla­tego, że za­nadto wy­ol­brzy­miał. Nikt mu jed­nak tego wprost nie za­rzu­cił. Jedni, głów­nie pod­dani – bali się, in­nym zaś było to obo­jętne, bo miło im się go słu­chało.

– U mnie na gro­dzie nowy łow­czy jest – za­czął gość. Ob­tarł usta z piwa i mó­wił da­lej: – Przy­był do nas... Już nie pa­mię­tam skąd. I prze­chwa­lał się, ja­kiego to on zwie­rza nie po­łoży. Pra­wił przy tym też, że pusz­cza przed nim ta­jem­nic żad­nych nie ma. Tylko wej­dzie do niej, od razu coś i znaj­dzie. Ja na to wtedy, że wielu po­traf tro­pić, więc ża­den wy­jąt­kowy człek z niego. Ob­ru­szył się i o za­kład chciał iść. Na­sta­wał na mnie, że­bym dał mu czas, a ta­kiego dzika ubije, że ze stolca spadnę i na ko­la­nach go prze­pra­szać będę, żem umniej­szał jego kunszt my­śliw­ski. Chcia­łem wie­dzieć, o co za­kład. My­śla­łem, że sre­brem bę­dzie chciał być ob­sy­pany albo do­stać tyle kruszcu, ile upo­lo­wany prze­zeń dzik bę­dzie wa­żyć. Nie zgad­nie­cie, co on na to! – Nikt ze zgro­ma­dzo­nych się nie ode­zwał. Kilku wy­raź­nie za­cie­ka­wio­nych słu­cha­czy uśmie­chało się. Je­dy­nie to­wa­rzy­sze Mści­woja nic po so­bie nie zdra­dzali, bo znali już tę hi­sto­rię. – On, że to sprawa ho­noru. I wy­szedł na­gle. Śmia­li­śmy się w gro­dzie z niego, żeby wam nie skła­mać, sie­dem dni i sie­dem nocy. Każdy my­ślał, że łow­czy może i tro­pił dzika, ale nie zna­lazł be­stii, jaką za­po­wia­dał, i od­pu­ścił, bo głu­pio mu było wró­cić. Po­tem uszedł byle da­lej. – Mści­wój wska­zał jed­nej ze słu­żą­cych kie­lich, by do­lała mu piwa. – Ja­kie moje zdzi­wie­nie było, kiedy pa­cho­łek wpadł raz do mej izby i do­niósł, że łow­czy po­wró­cił. Od razu wy­sze­dłem, cie­kaw, z czym przy­bywa, bo pa­cholę oświad­czyło, że dzika ze sobą ów człek przy­wiózł. Wie­rzyć jed­nak nie chcia­łem, że wiel­kiego knura ubił. Wy­sze­dłem pod bramę, a łow­czy ze­ska­ki­wał wtedy z ko­nia. Pa­mię­tam, jakby dzi­siaj to było, że dum­nie sta­nął i wy­prę­żył się przy upo­lo­wa­nym odyńcu. „I co po­wiesz, pa­nie, te­raz?” – ozwał się do mnie, wi­dząc, że ga­pi­łem się ni­czym ciele na ma­lo­wane wrota. „Kła­ma­łem, że upo­luję naj­więk­szego, ja­kie­goś wi­dział?” – Mści­woj za­milkł. Wie­dział, że je­śli opo­wieść ma być do­bra, trzeba miar­ko­wać na­pię­cie.

– I co? – za­py­tał Czci­bor, do­my­śla­jąc się, że tego ocze­kuje jego przy­szły teść.

– Jak to co? Prze­gra­łem za­kład. Więk­szego by­dlaka od jego dzika ni­gdy żem nie wi­dział! – przy­znał, po czym chlu­snął so­bie piwo do gar­dła wśród har­mi­dru, gdy wszy­scy zgro­ma­dzeni so­lid­nym za­nie­śli się śmie­chem.

Za­sko­czony fi­na­łem hi­sto­rii Czci­bor rów­nież nie krył roz­ba­wie­nia i gdy kie­lich jego znowu zo­stał na­peł­niony, stuk­nął się nim z Mści­wo­jem i ra­zem upili nieco trunku.

2.

Po bie­sia­dzie na­stał w końcu ra­nek. Opo­wie­ści Mści­woja ba­wiły wszyst­kich długo w noc, a le­jące się stru­mie­niami piwo spra­wiło, że przy­tomni ostali się tylko naj­moc­niejsi. Czci­bor do nich na­le­żał i zdo­łał dojść do swej izby, chwiej­nym co prawda kro­kiem, lecz i tak syn knia­zia był naj­trzeź­wiej­szy.

Wcze­śnie rano, gdy wszy­scy jesz­cze spali, wy­mknął się ostroż­nie z izby, uwa­ża­jąc, aby ni­kogo przy tym nie zbu­dzić. W sali bie­siad­nej, przy stole, je­den obok dru­giego spali kniaź z Mści­wo­jem. Wo­kół nich na ła­wach le­żeli wo­jo­wie. W po­rów­na­niu z wie­czo­rową i nocną porą róż­nica była je­dy­nie taka, że pa­choł­ków i służby nie było, bo­wiem zni­kli, gdy tylko wszyst­kich moż­nych zmógł sen. Czci­bor w końcu wy­szedł na dzie­dzi­niec, gdzie, jak się oka­zało, pa­no­wał chłód. Syn Sie­mo­my­sła jed­nak tylko wzru­szył nie­dbale ra­mio­nami i ru­szył przed sie­bie. Skrę­cił w uliczkę, którą szedł wczo­raj­szego dnia na bie­siadę, a gdy zna­lazł się mię­dzy cha­tami, skrę­cił po­now­nie, ale w drugą stronę. Od­niósł wra­że­nie, że ktoś za nim idzie. Spe­cjal­nie ru­szył w prze­ciw­nym kie­runku, niż w pla­no­wał. Na­dal sły­szał kroki, lecz nie ob­ra­cał się, by się nie zdra­dzić. Na­gle przy­spie­szył kroku i znik­nął w jed­nej z szop, za­my­ka­jąc za sobą drzwi. Wy­glą­da­jąc przez szpary, doj­rzał, jak człek ja­kiś przy­sta­nął i ro­zej­rzał się. Wy­dał się zna­jomy. Ja­sno­włosy, nie za krótko ostrzy­żony, z po­tar­ganą brodą, wy­glą­dał na woja, ale nie knia­zio­wego. Kiedy obcy ru­szył da­lej pro­sto, Czci­bor nie­wiele my­śląc, wy­sko­czył z szopy i oba­lił go na zie­mię.

– Ktoś ty i czego za mną ła­zisz? I le­piej mów od razu, bom mało cier­pliwy, a za ję­zyk cią­gnąć nie lu­bię – za­gro­ził wo­jowi, do­ci­ska­jąc go do ziemi i przy­kła­da­jąc nóż do gar­dła. – Ga­daj!

– Mój pan, Mści­woj, mnie wy­słał – wy­dy­szał ten. Wie­dział, że opór byłby da­remny, bo Piast w ten czy inny spo­sób i tak wy­cią­gnąłby z niego prawdę.

– A cze­góż Mści­woj ode mnie chce, że ka­zał ci za mną ła­zić?

– Jego, pa­nie, py­taj. Ja tylko ro­bię, co po­le­cił. Nie mnie py­tać go o po­wody – wy­du­kał po­słusz­nie wszystko, co wie­dział. Nie chciał obe­rwać.

Czci­bor chwilę my­ślał, po czym pu­ścił człeka i ru­szył w po­wrotną drogę do sali bie­siad­nej. Więk­szość go­ści cią­gle spała, lecz gdy trza­snął mocno drzwiami, spora ich grupa pod­nio­sła po­wieki, klnąc pod no­sem. Uci­szyli się, zro­zu­miaw­szy, że to syn knia­zia. Piast sta­nął przed Mści­wo­jem, lecz ten spał. Mło­dzik chwy­cił więc kie­lich i ude­rzył nim mocno o blat stołu. Na ten dźwięk Mści­woj ock­nął się na­tych­miast.

– Cóż to... – wy­beł­ko­tał, prze­cie­ra­jąc oczy.

– Cóż to, cóż to – prych­nął Czci­bor. – Czego to ka­żesz swym lu­dziom za mną ła­zić?

– Co to za wrza­ski?! – ozwał się Sie­mo­mysł, któ­rego ha­łas także wy­rwał ze snu. – Dla­czego krzy­czą?

– Mści­woj ka­zał mnie śle­dzić i py­tam się po co? To z tego po­wodu przy­był tu wcze­śniej, niż za­po­wia­dał, czy coś jesz­cze ukrywa? – od­po­wie­dział mu syn.

– Spo­koj­nie, Czci­bo­rze. To nic ze złych rze­czy, na ja­kie może wy­glą­dać. Do­brze chcia­łem – za­czął Mści­woj, nie­za­do­wo­lony z czło­wieka, który nie wy­wią­zał się z za­da­nia, przez co on mu­siał się te­raz tłu­ma­czyć. – Dla córki mej to zro­bi­łem.

– A cóż ona ma z tym wspól­nego?

– Nie bę­dziesz zły, gdy po­wiem szczerą prawdę?

– Tylko prawdę chcę znać.

– Do­brze. Niech więc bę­dzie. Słu­chy mnie do­szły, że przy­szły mąż mej naj­star­szej córy do in­nej wzdy­cha, i chcia­łem spraw­dzić, czy prawda to. Oj­ciec dla córki chce jak naj­le­piej. Sam nie by­łem wierny swej żo­nie, to wiem, co z tego może wy­nik­nąć. Pew­nie nie mam prawa cię po­uczać, synu Sie­mo­my­sła, ale po­wo­do­wany tro­ską chcia­łem wie­dzieć, jak się sprawy mają. Ni­gdy już cię ni­komu nie każę śle­dzić.

– Oby tak było. I za­spo­koję twą cie­ka­wość: nie ma żad­nej in­nej poza twoją córką i tak po­zo­sta­nie. Bę­dzie dla mnie żoną, je­dyną bia­ło­głową. Mo­żesz więc ze spo­ko­jem pa­trzeć w przy­szłość.

– Rad je­stem. – Mści­woj ski­nął głową. – I na­dzieję mam, że za­po­mnimy, co się stało, i nie bę­dziemy do tego wra­cać. Po­gódźmy się – rzekł, wy­cią­ga­jąc dłoń w ge­ście po­jed­na­nia.

3.

Kniaź da­lej spę­dzał czas ze swym go­ściem. Roz­pra­wiali o róż­nych spra­wach, a tych było bez liku. Po­ru­szony zo­stał te­mat knia­zio­wych ziem i tych dóbr, które do­staną Czci­bor z żoną. Do­bry na­strój po­psuła nieco wi­zyta woja o imie­niu Danko.

– Pilne to? Nie może za­cze­kać? – za­py­tał Sie­mo­mysł, który roz­le­ni­wił się w ostat­nich la­tach. – Go­ścia za­ba­wiam, a i ślub syna nie­długo. Nie mam głowy do in­nych spraw, je­śli błahe.

– Nie nie­po­ko­ił­bym cię, pa­nie, gdyby po­wodu nie było.

– Mów więc, je­śli mu­sisz. Miejmy to za sobą.

– Nie wiem, czy pa­mię­tasz mnie, pa­nie. Z ziem nie­da­leko Lu­bu­sza po­cho­dzę. Od­kąd tam przy­by­łem, by ro­dzi­cieli od­wie­dzić, co rusz sły­sza­łem, że Wie­leci na­jeż­dżają wio­ski, palą i gra­bią. Czę­sto i lu­dzi po­ry­wają, od­dzie­lają matki od dzieci, żony od mę­żów... Za­je­cha­łem do sa­mego Mię­dzy­rze­cza, aby do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej. Po­noć książę Lu­bu­szan, Bo­gu­sław, ściga zbó­jów, lecz ko­rzy­ści z tego nie­wiele, tylko straty pan lu­bu­ski po­nosi. Mówi się, że wielu Wie­le­tów przy­było.

– Bo­gu­sław li­czy na moje wspar­cie? – za­in­te­re­so­wał się Sie­mo­mysł.

– Tego nie wiem, pa­nie, z nim nie mó­wi­łem, ale zdaje się, że byłby wdzięczny za po­moc.

Kniaź za­du­mał się, ale za­raz prze­mó­wił:

– Bo­gu­sław to nasz so­jusz­nik i mąż mo­jej sio­stry. Nie ma co gdy­bać, ru­szymy do niego – za­pew­nił bez naj­mniej­szego za­wa­ha­nia. – Poza tym je­żeli nie dał rady ata­kowi, któ­rego siły nie znamy, to jeno cze­kać, aż Wie­leci za­pusz­czą się da­lej. Je­śli ich się nie po­wstrzyma, to wpierw rzucą się na Lu­busz, po­tem Mię­dzy­rze­cze i lada mo­ment pod Po­zna­niem bę­dziemy ich wy­glą­dać – oznaj­mił, wiesz­cząc moż­liwy jego zda­niem ciąg zda­rzeń. – Czas więc na na­radę i czym prę­dzej w drogę. Nie po­zwolę, by te kun­dle pa­no­szyły się po na­szych zie­miach.

***

Ze­brali się w spe­cjal­nie prze­zna­czo­nej na ob­rady izbie. Wszy­scy sie­dzieli za ma­syw­nym sto­łem po środku po­miesz­cze­nia ob­wie­szo­nego róż­nego ro­dzaju orę­żem, mie­czami, to­po­rami czy tar­czami, skórą upo­lo­wa­nej zwie­rzyny oraz kil­koma wy­pcha­nymi gło­wami.

– Od razu na­leży ru­szać. Nie ma co cze­kać, bo Wie­leci w każ­dej chwili mogą za­ata­ko­wać, a nam od­bi­jać jeno przyj­dzie, nie bro­nić, gdy za późno do­trzemy do Lu­bu­sza – stwier­dził Czci­bor, ude­rza­jąc pię­ścią w stół, by pod­kre­ślić wagę swych słów. – Nie wi­dzę in­nego wyj­ścia. Czas jest naj­waż­niej­szy, a zwle­ka­nie bar­dziej za­szko­dzi, niźli po­może.

– Do­brze, synu, pra­wisz – zgo­dził się Sie­mo­mysł bez wa­ha­nia.

Do tej pory na na­ra­dzie ode­zwali się tylko oni dwaj, a za­pro­sili do roz­mów jesz­cze Mści­woja, bo­wiem nie­długo miał się stać ro­dziną, mło­dego Pro­kuja, by uczył się sztuki wo­jen­nej, Danko oraz Do­bro­mira, jed­nego z do­wód­ców i naj­bar­dziej za­ufa­nych wo­jów, który kie­dyś także był pia­stu­nem Czci­bora.

– Jak tak się sprawy mają, to trzeba po­sta­no­wić, czy ślub twój prze­kła­damy na czas po wy­pra­wie czy od­bę­dzie się, nim wy­ru­szysz? – za­py­tał po­tomka, po czym od razu zwró­cił się do Mści­woja: – A ty jak się na to za­pa­tru­jesz? Co ra­dzisz?

Żu­pan za­sta­no­wił się, nim od­po­wie­dział.

– Ar­mia nie bę­dzie od razu go­towa wy­ru­szyć w drogę. Po­trzeba co naj­mniej kilku dni, by się przy­go­to­wać. Nie wi­dzę prze­szkód, by ślub od­był się od razu. Za­raz po nim można ru­szyć na gra­nicę, gdy aku­rat wszystko bę­dzie go­towe. Nie opóź­nimy wy­prawy, a ślub od­bę­dzie się w swoim cza­sie – do­dał, przed­sta­wia­jąc roz­sądne uwagi. – Tak są­dzę, a jak zde­cy­du­je­cie, to wa­sza wola. Mogę też po­słać po za­stęp swo­ich wo­jów, by wsparli wy­prawę, ale mi­nie wiele dni, nim po­sła­niec ob­róci i oni do­trą.

– Dzięki ci za pro­po­zy­cję, ale za długo mu­sie­li­by­śmy cze­kać – za­wy­ro­ko­wał Sie­mo­mysł.

Reszta była po­dob­nego zda­nia, bo po­ki­wali tylko gło­wami ze zro­zu­mie­niem. Kniaź ozwał się znowu:

– To i chyba nie ma nad czym dłu­żej ra­dzić? – rzu­cił zde­cy­do­wa­nie, wo­dząc wzro­kiem po zgro­ma­dzo­nych, jakby de­cy­zja za­pa­dła sama. – Ślub bę­dzie, jak miał być, a i przy­go­to­wa­nia do wy­prawy za­rzą­dzam od razu. Ze­brać nam trzeba ar­mię, po­słań­ców wy­słać do rząd­ców, by wo­jów przy­słali. Za­pasy zgro­ma­dzić i, rzecz ja­sna, jakby kto wąt­pił, ty, synu mój – zwró­cił się bez­po­śred­nio do Czci­bora – bę­dziesz do­wo­dzić. To­bie po­wie­rzam wy­prawę i wiem, że gdy wró­cisz, to z do­brymi wie­ściami i jako zwy­cięzca.

– Tak bę­dzie, oj­cze. Masz moje słowo.

– No i po­sta­no­wione – za­wo­łał do­no­śnie kniaź, wzno­sząc kie­lich. – Na­pijmy się te­raz i bierzmy do ro­boty, bo tej co nie­miara.

Jak po­wie­dziano, tak zro­biono. Czci­bor z Do­bro­mi­rem za­raz po na­ra­dzie wy­dali roz­kazy i nie trzeba było długo cze­kać, by sze­reg po­słań­ców wy­ru­szył konno zbie­rać ar­mię. W gro­dzie za­pa­no­wało ogóle po­ru­sze­nie. Ślub i wojna!

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki