McDusia - Małgorzata Musierowicz - ebook + audiobook + książka

McDusia ebook i audiobook

Musierowicz Małgorzata

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Mający premierę w 2012 r., 19. już tom Jeżycjady, cyklu zaliczanego do największych bestsellerów polskiej literatury młodzieżowej. Jak zwykle u Małgorzaty Musierowicz, czytelnicy mogą liczyć na dużo humoru, ciepła i niemało wzruszeń. Magdalena Ogorzałka, ze względu na dość kontrowersyjne  preferencje dietetyczne nazywana też McDusią, przybywa do Poznania, by zająć się mieszkaniem zmarłego pradziadka, profesora Dmuchawca – niezapomnianego polonisty sióstr Borejko. W ten sposób wkracza też w życie Ignacego Grzegorza, co oznacza nieuchronne uczuciowe zawirowania…

 

Wszystkie części serii Jeżycjada® dostępne tylko w Legimi! Czytaj i słuchaj dzięki synchrobookom®!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 313

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 13 min

Oceny
4,6 (244 oceny)
170
48
20
6
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
lukasrp

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna.
10
Bas_Kep9

Nie oderwiesz się od lektury

Kolejne perypetie przedślubne u Borejków. Emocji nigdy nie braknie a tak niesamowite i zaskakujące chwilę mogą być tylko u nich. Polecam.
00
Warszawianka_1987

Dobrze spędzony czas

:)
00
Ewakepa1974

Nie oderwiesz się od lektury

Zapiera dech prawdą i mądrością.
00
transformacja-1982

Nie oderwiesz się od lektury

Ta część jest jakaś bardziej wzruszająca. Poza tym to dalsze losy rodziny Borejków.
00

Popularność




MAŁGORZATA MUSIEROWICZ

McDusia

Pokazało się już kilka gwiazd, ale księżyc świecił jedynie absencją.

Niebo nad Poznaniem pociemniało, tylko jeszcze na zachodzie siniała spod warstwy chmur ostatnia poświata. Dął wiatr. Powietrze pachniało śniegiem.

Gabriela Stryba – wysoka, energiczna blondynka w kurtce i dżinsach – z rozmachem opuściła Collegium Maius, odprowadzana drobnym galopkiem przez troje swoich studentów. Dreptali za nią, doganiali, nie chcieli się z nią rozstać, gadali jedno przez drugie, ale naprawdę nie miała już dla nich czasu – pożegnała ich krótko na przystanku, życząc im wesołych Świąt.

Młodzież – kuląc się i garbiąc pod reklamą samochodu – jęła cierpliwie czekać na tramwaj do akademika. A Gabriela ruszyła dziarsko ulicą Fredry, leżącą na historycznym szlaku wschód–zachód (lub odwrotnie), tak jak i jej przedłużenie: most Teatralny oraz ulica Generała Dąbrowskiego.

Na szlaku był przeciąg. Jak zawsze. Od stuleci wiało tędy na przestrzał – jak nie z jednej strony, to z drugiej. Dzisiaj był to podmuch kontynentalny; uderzył w plecy Gabrieli, postawił na jeża jej krótką czuprynę, wypełnił świstem uszy i wdarł się za kołnierz, więc w marszu omotała szyję długim szalikiem, a na głowę wciągnęła wełnianą czapkę.

Z przyzwyczajenia skręciła w aleję Niepodległości i jak co dzień ruszyła do domu tędy właśnie – drogą okrężną. To był jej miły rytuał. Po paru godzinach przepracowanych w dusznej sali wydziału filologii klasycznej czuła zwykle, że siła nieprzeparta pcha ją do parku Moniuszki; lubiła drzewa i musiała się z nimi widywać przynajmniej raz na dobę.

Tylko że dziś miała odebrać z dworca Magdusię – już za pół godziny!

Obejrzała się na zegar, który świecił z wysokości zamkowej wieży.

Zdąży, jeśli pobiegnie.

Pomknęła lekko po chodniku, zwalniając dopiero na kolejnym skrzyżowaniu, przed Dominikanami. Podskakiwała teraz w miejscu, czekając na zielone światło, uśmiechała się do kasztanowców rosnących w parku za skrzyżowaniem, poświstywała przez zęby i czuła się rześko oraz młodo. Co prawda, blisko jej było do wieku bardziej niż średniego, zaś do swego życiowego dorobku zaliczyć już mogła tytuł doktora habilitowanego, a także: syna w liceum, młodszą córkę na wydaniu i nawet (za sprawą starszej córki) wnuczkę, Milę. Ale, jak sama często stwierdzała ze zdziwieniem, duchem zakotwiczyła się, ot, gdzieś tak – na siedemnastym roku życia.

I w ogóle trzymała się nieźle.

A miała za sobą mocne wstrząsy: porzucenie przez Janusza Pyziaka, potem wymuszony przez niego rozwód; po tej klęsce przetrwała też samotne lata z dwojgiem dzieci. Przeżyła furę kłopotów i zmartwień oraz poważny wypadek samochodowy. Nadal jednak przepełniały ją energia i radość życia, poczucie humoru wciąż jej dopisywało, a system mięśniowy niewiele osłabł od tych szkolnych czasów, kiedy jako Gabunia Borejko z zapałem grała w koszykówkę. Długie nogi nosiły ją pewnie i sprężyście. I wciąż jeszcze bardzo lubiła biegać.

Ruszyła lekkim, wytrenowanym truchtem. Przebyła podwójne skrzyżowanie, potem całą trasę wzdłuż parku Moniuszki, przemknęła pod wiaduktem i pobiegła w górę ulicy Roosevelta, aż dotarła do secesyjnej kamienicy pod piątką.

Tu zwolniła nieco. Z wysokiego parteru padały na chodnik romby światła. Chociaż musiała już pędzić dalej, nie oparła się zwykłej pokusie: przystanęła, żeby zajrzeć w swoje okna.

W tych dużych kuchennych, po lewej, nie zaciągnięto zasłonek, więc mogła podziwiać lśnienie ojcowskiej łysiny i srebrną, rozwianą fryzurę mamy; rodzice siedzieli za stołem. Ujrzała też jedną połowę swego drugiego męża: tę górną. Grzegorz stał tuż pod lampą, przekładając z prawej ręki do lewej czerwoną salaterkę z zieloną sałatą. Brodaty, długowłosy i szczupły, właśnie coś mówił z miłym ożywieniem, błyskając okularami, lecz nagle przerwał, znieruchomiał na moment i spojrzał w szybę, jakby wyczuł za nią to kochające spojrzenie.

Gabriela zaśmiała się z satysfakcją, niewidoczna w ciemności.

He, he. Ech, ty! O, tak! Ot i Grześ. Mąż-przyjaciel. Empatyk, sympatyk i telepata.

Poniżej kuchni biły blaskiem połówki okienek, wystające ponad poziom chodnika: w wyremontowanej suterenie mieściło się mieszkanie siostry, zazwyczaj bogato iluminowane – Ida miała obsesję na punkcie jasności, jak też wietrzenia, mycia, sprzątania i zdrowego żywienia. Zawsze zdradzała skłonności do przesady! – a studia medyczne i małżeństwo z neurochirurgiem tylko pogłębiły tę higieniczną manię.

Nieco wyżej, po prawej, na balkonie wysokiego parteru wyczekiwała skrępowana choinka; przez gołe potrójne okno można było ujrzeć wnętrze pokoju Laury, wypełnione odwiecznym bałaganem. Chwilami Gabriela widziała i ją samą: młodsza córka biegała od ściany do ściany ze swym tiulowym welonem w wyciągniętej ręce, jakby sprawdzała jego długość. Żeby tylko nie zaczęła go skracać, jak to kiedyś zrobiła z welonem swej ciotki Idy! – pomyślała z rozbawieniem Gabriela. Fatum, prawdziwe fatum od lat wisi nad ślubami kobiet w tej rodzinie. Początek serii dała mama: poślubił ją w nerwowej atmosferze filolog klasyczny Ignacy Borejko, spóźniony mężczyzna bez krawata, który w dodatku zapomniał, gdzie miał odebrać zamówiony bukiet. I tak już poszło. Przygody welonu Idy, brak jej białych pantofli, zgubienie kluczy do mieszkania i konieczność włamywania się przez okno na jej ucztę weselną, to było zaledwie wesołe preludium. Natalia, trzecia z czterech sióstr Borejko, szła do ołtarza, wspierając się na świeżo złamanej ręce swego rycerskiego ojca. Patrycja, najmłodsza z nich, w dniu decydującym borykała się z problemem zagubionych obrączek. O własnym, niepoważnym ślubie z jeszcze bardziej niepoważnym Januszem Pyziakiem wolała Gabriela nie myśleć. Ślubować w kościele jej pierwsza miłość stanowczo nie chciała, a w urzędzie nie przydarzył się żaden lapsus. To sam ślub był wydarzeniem fatalnym.

Spojrzała znów na swego drugiego męża, teraz nisko pochylonego nad sałatą (wyglądał, jakby w niej szukał zbłąkanych ślimaków), i uśmiechnęła się. Prawdę mówiąc, Grzegorza Strybę też udało się jej poślubić bez dramatycznych wydarzeń i bez niespodzianek, ale to małżeństwo należało do stabilnych, spokojnych i wyjątkowo udanych.

Bo też i sam Grześ był wyjątkowo spokojny i udany!

Z tą miłą myślą ruszyła dalej, w górę ulicy Roosevelta.

Przy kamienicy, w której kiedyś mieszkał profesor Dmuchawiec, znów nieco zwolniła. Jak zwykle na myśl o nim ścisnęło się jej serce. Przechodziła tędy przez miniony rok przynajmniej dwa razy dziennie i wciąż czuła to samo. Dawny jej nauczyciel – polonista i wychowawca, a potem stary, wierny przyjaciel – zmarł ubiegłego lata.

Nie zdążyła się z nim pożegnać. Nie widziała profesora przez jego ostatnie dwa tygodnie. To Kreska (która rzuciła wszystko i specjalnie przyleciała z Francji) do końca siedziała przy swoim dziadku na OIOM-ie. I wyjechała zaraz po pogrzebie.

A teraz przysyła jedną ze swoich córek.

Był to już drugi solowy przyjazd Magdy do Poznania. Za tym pierwszym razem Gabriela nie zdołała z nią zamienić nawet kilku słów. Magdusia właśnie wracała do Wrocławia, kiedy Gabrielę wypuszczono ze szpitala, po wypadku. Minęły się w przelocie.

Pozostało po niej niewyraźne już dziś wspomnienie oraz szereg wyraźnie krytycznych uwag Idy, która konsekwentnie nazywała Magdusię McDusią lub wręcz McDonaldusią, twierdząc, że pochłania ona wprost gargantuiczne ilości frytek i chipsów. Ponadto – twierdziła Ida – dzieweczka strzela tymi swoimi oczyskami do stanowczo zbyt wielu chłopaków w promieniu kilometra. A przy tym wobec reszty ludzkości jest zadziwiająco mało komunikatywna (jak na córkę tej kochanej Kreski). I mogłaby sobie nieco wyskubać brwi, bo potęgują meduzią grozę jej spojrzenia.

Iduś jak zwykle koloryzuje, pomyślała Gabriela. Co do niej, oczekiwała Magdusi z ciekawością. Spodziewała się też, że dziecko dwojga jej serdecznych przyjaciół okaże się w dwójnasób przyjazne.

Jeszcze tylko ostatni odcinek ulicy Roosevelta – i już miała za sobą połowę trasy. Dobiegła do ronda Kaponiera, po czym zanurzyła się w przejście podziemne przed hotelem Mercure, pokonując schody paroma długimi skokami.

I od razu wpadła w grupę półprzytomnych, agresywnych wyrostków; bili się! Została popchnięta na ścianę tak mocno, że aż dźwięcznie łupnęła głową w te marmury, a od uderzenia na dłuższą chwilę straciła dech. Ale to nie znaczy, że ktokolwiek ją zaatakował – po prostu usunęli człowieka z drogi, jak zawadzający przedmiot. Byli wściekli, szczelnie zamknięci w swoim świecie, i tak obcy, jak stworzenia z innej planety.

W latach licealnych Gabrysia Borejko wymyśliła sobie Eksperymentalne Sygnały Dobra, za pomocą których miała zamiar zmieniać świat. Wtedy, a nawet jeszcze parę lat temu, na pewno czynnie by zareagowała w takiej sytuacji. Może by perswadowała. Może próbowałaby nawiązać kontakt. Ale teraz, już dorosła i doświadczona, wiedziała dobrze, że tuż obok żyją ludzie, z którymi raczej trudno się porozumieć i że są nawet tacy, których można się już tylko obawiać. Rozsądek nakazywał odwrót.

Tylko że nie lubiła być taka rozsądna.

Niezadowolona z siebie, wzburzona, z obolałym instynktem społecznym i obolałym karkiem, skręciła w lewo, okrążyła całe podziemie, nadkładając drogi, i wynurzyła się na Dworcowej. Prosty dwuszereg żółto świecących, wysokich lamp wiódł w dół, ku budynkowi stacji Poznań Główny.

Serce jej waliło. Ostatnio często jej się to zdarzało, przy najmniejszym nawet stresie.

Zaczął sypać śnieg, zasnuwając chwiejnym rastrem wszystkie stożki światła. Z daleka pulsowały cyfry elektronicznego zegara na dworcu. Ach! – a więc jednak nie zdążyła. Pociąg już pewnie dojechał do stacji, a ona miała przed sobą jeszcze kawałek drogi.

Ruszyła szybciej, bo było z górki.

2

Nagle rozpoznała nadchodzącą w tłumie Magdusię – jej charakterystyczną, niedużą a krągłą sylwetkę i wciąż tę samą, uroczą fryzurkę z klopsikami, nadającą głowie jakiś koci kształt. Kocie też były jej miękkie, powolne, wymierzone ruchy: córka Kreski sunęła wdzięcznie przez śnieg, obciążona jedynie plecaczkiem. Dużą walizkę niósł za nią wybujały młodzieniec bez czapki, w którym zdziwiona Gabriela rozpoznała po chwili własnego syna.

Świeżo upieczony licealista, Ignacy Grzegorz Stryba, na miesiąc przed ukończeniem szesnastu lat wyglądał akurat tak samo chłopięco jak zawsze. Mrugał gęsto, od czasu do czasu potykał się o swe długie nogi i niepewnie wymachiwał długimi rękami. Ciemny, nieposłuszny lok opadał mu na mądre czoło tak samo jak w dzieciństwie i tak samo bezbronnie patrzyły jego ciemne oczy.

Gabriela poczuła ciepło w sercu i uśmiechnęła się mimo woli, a syn w tej właśnie chwili ją zobaczył.

– Mama! – rzekł z zaskoczeniem. Czy było to miłe zaskoczenie? Wyczuła, że niekoniecznie. I też była zaskoczona.

– Magdusiu! – powiedziała tylko, kładąc dłoń na ramieniu dziewczyny.

– Ciociu! – odrzekła na to Magdusia spokojnie.

I pocałowała Gabrielę w policzek, ustami twardymi i krągłymi jak mrożone wiśnie.

Po tej zwięzłej do granic możliwości wymianie inwokacji powitalnych zapadło krótkie milczenie.

Przerwała je Gabriela:

– Nie wiedziałam, że wyszedłeś po Magdę, synku.

Obserwując z niepokojem, jak żwawo śnieg przysypuje mu włosy, powstrzymała klasyczne macierzyńskie zapytanie w kwestii czapki i szalika. Czuła, że nie zostałoby ono dobrze przyjęte.

– Ano, wyszedłem! – wyrzekł wreszcie jej syn. Jego świeżo ukształtowany tenor miał ton nieco oficjalny, a odpowiedź była bardziej niż lakoniczna. Zazwyczaj wypowiadał się znacznie, znacznie obszerniej. A więc – zrozumiała matka – coś go wprawiło w zakłopotanie.

Wysoki i szczupły jak jego ojciec, Ignaś także garbił się z lekka. Teraz zaś pochylał się mocniej niż zwykle. W chwilach zdenerwowania, też podobnie jak Grzegorz, miał zwyczaj nerwowo muskać górną wargę.

Otóż właśnie muskał.

Zakłopotany. Zdenerwowany. Z wszystkimi emocjami na wierzchu.

A nieodgadniona Magdusia stała bez drgnienia, bez uśmiechu, wlepiając w Gabrielę te swoje fenomenalne, pytające oczyska.

Dziwne były – czyste, lśniące, ni to bure, ni to piwne – jak u jej mamy. Ale nie tak łagodne i czułe, i nie tak wyrozumiałe. O, nie. Nic z tego. Córka Ogorzałków spoglądała ze skupieniem spod tych śmiałych brwi; nie drgnęła jej nawet powieka – pewnie dlatego zdawało się, że wzrok jej wyraża intensywne, pełne nacisku pytanie.

Gabriela zaczęła się tłumaczyć:

– Spóźniłam się, bo nie mogłam wyjść wcześniej. Studenci mnie zatrzymali – ostatnie kłopoty przed feriami. Obiecałam twojej mamie, że będę… ale nie zdążyłam…

– Na szczęście ja zdążyłem – zauważył jej syn. – Chodźmy! – dorzucił.

Jeszcze przez ułamek chwili wszyscy troje stali nieruchomo, bo Gabriela usiłowała zrozumieć, czy to wezwanie jej także dotyczy. Jakoś jej się zdawało, że nie. Na wszelki wypadek powiedziała: – No, to lećcie! – i dodała, że skoczy jeszcze po świeży chleb na kolację. A oni niezwłocznie ruszyli pod górę, zgodnym krokiem, jakby oczekiwali po niej takiej właśnie decyzji. Nawet nie zdążyła opowiedzieć, co ją spotkało, i ostrzec, by nie wchodzili pod rondo!

Chciała zawołać, ale za długo się wahała – już odeszli. Stropiona, przez chwilę stała w miejscu; żeby pójść do najbliższego sklepu, musiałaby ruszyć w tę samą stronę, co oni. Na szczęście przypomniała sobie, że na dworcu jest kiosk z pieczywem.

I pobiegła.

3

Ignasiowi się wydawało, że spojrzenie Magdy kryje w sobie lekką kpinę. Niedobrze.

Westchnął głęboko, bo czuł się oszołomiony i nieswój w magnetycznej aurze jej osobowości; Magdusia była taka czarująca, taka mała, taka miła, taka śliczna, taka wszędzie zaokrąglona, w jej oczach tańczyły złote iskierki, a na czerwonych ustach osiadł właśnie pojedynczy płatek śniegu – jak malutki, lekki pocałunek.

Chłopiec zamrugał nerwowo i odkaszlnął.

– To… wyszło trochę dziwnie – zauważył przepraszająco, gnębiony przez irracjonalne zawstydzenie.

– Mama cię pilnuje, co? – rzuciła lekko Magdusia.

– A skądże…! Skądże! – zarzekł się gorączkowo Ignacy Grzegorz. – Mama nie. Nikt zresztą mnie nie pilnuje. Nie ma takiej potrzeby.

Dosłownie w tej samej chwili, gdy wyrzekł te słowa, ujrzał przed sobą swego kuzyna, Józefa Pałysa. Rudzielec siedział na barierce koło przejścia podziemnego. Łapska miał założone na piersiach, długie nogi o wielkich stopach wyciągał przed siebie i – cóż, bynajmniej nie wyglądał jak gimnazjalista. On zawsze – odkąd go Ignaś pamiętał – zawsze, nawet w śpioszku i wózku spacerowym! – wyglądał, niestety, po męsku.

Fatalnie, że się pojawił.

– Cześć – powiedział krótko Józef, zwracając ku nadchodzącym poważne oblicze. Zawsze wyrażał się krótko. I zawsze umiał w paru prostych, lapidarnych słowach zmieścić więcej treści, niż Ignaś by potrafił w najbardziej wyszukanych wywodach. Cóż, mógł tylko rudego bezradnie podziwiać, chociaż oczywiście, co tu kryć, nie sposób było rozmawiać z tym piłkarzem o poezji. Nie znosił jej.

– Co tu robisz? – zagadnął Ignaś, choć lepiej by uczynił, gdyby nie zapytał.

– Pilnuję cię – padła lakoniczna odpowiedź.

Aaa! – Boże! Co on mówi! – Ignasiowi zaparło dech, a w brzuchu odczuł nerwowe kłucie.

– Wybacz, ale nie musisz, mój drogi, doprawdy – rzekł wyniośle, kiedy już opanował wzburzenie, a jednocześnie zerknął na Magdusię. Była najwyraźniej rozbawiona.

– Na dole biją – wyjaśnił Józef, wstając lekko. Był podobnego wzrostu, co Ignacy Grzegorz, a jednak zdawało się, że nad nim góruje.

– Cześć, Magda! – Głos mu się zniżył o ton, gdy wyrzekł to imię kątem ust. Unikał jej wzroku.

Mrukliwy kuzyn był młodszy od Ignacego o zaledwie jedenaście miesięcy, lecz z przyczyny jego dominującej osobowości zdawać by się mogło, że jest starszy o całe lata. Barczysty, zgrabny, ten zajadły piłkarz i wierny kibic „Lecha” poruszał się lekko, ale i z rozważną powolnością. Jego mocne, jasne spojrzenie, jego opanowanie i powaga sprawiały, że wszędzie cieszył się posłuchem, a dziewczyny go wprost uwielbiały, bez nadziei na wzajemność: strasznie był odporny.

Ignacy Grzegorz zazdrościł mu tego niezmiernie, sam bowiem, jako nerwowy neoromantyk, nieustannie popadał w jakieś oczarowania (i rozczarowania). Ironia losu zawierała się w tym, że jemu, tak kochliwemu, jakoś trudno było o pozyskanie trwałej, lub choćby i przelotnej, dziewczęcej wzajemności, podczas gdy indyferentny Józef Pałys na pewno w żadnym razie nie miałby z tym kłopotu.

Gdyby tylko zechciał.

Oczywiście Magdusia – jak one wszystkie – też się specyficznie ożywiła na jego widok, błysnęła oczami, już chciała z nim pogadać, ale skończyło się tylko na jednej słodko brzmiącej zaczepce („O, cześć, Józek, ale się zmieniłeś!”). Lecz takie teksty z zasady tu nie przechodziły: rudy miał wypracowane techniki odrzucania awansów. Nie słuchając jej wcale, spojrzał tylko z roztargnieniem w dal i w jednej chwili otoczył się obłokiem totalnej niezależności. Jak zawsze, wziął też na siebie – całkiem instynktownie – dowodzenie: już szedł przodem, a oni, jakżeby inaczej, posłusznie wędrowali za nim.

To wszystko było raczej deprymujące.

Józinek poprowadził ich górą, na przełaj przez tory tramwajowe, zupełnie nieprzepisowo. Rozejrzał się tylko, czy nic nie jedzie i czy nie widać policjanta, po czym lekko przesadził barierkę.

Magdusia prześlizgnęła się pod nią.

A stropiony Ignacy Grzegorz stanął jak wryty przed przeszkodą. W rezultacie do domu powędrował trasą okrężną, wlokąc walizkę. Magda, zziębnięta, poszła już przodem, lecz opiekuńczy kuzyn zaczekał na Ignasia przed wejściem do kamienicy, przytrzymał ciężkie skrzydło bramy i nawet pomógł mu wtaszczyć tę walizę po schodach na wysoki parter.

I tak było zawsze; splot uczuć, żywionych dla tego bliskiego jak brat przeciwnika, powodował u Ignasia, paradoksalnie, wewnętrzne rozdarcie. Podziwiał kuzyna i doceniał jego lojalność, jednakże nie tolerował jego przytłaczającej, apodyktycznej arbitralności. A ile razy w życiu dostał od niego w ucho, wolał nie liczyć.

Były liczne powody, by Józinka nie znosić; a jednak nie można było sobie wyobrazić życia bez niego.

Chyba jednak najistotniejsze było to, że się nawzajem szanowali. Przy czym on, Ignacy Grzegorz Stryba, zasłużył na szacunek Józefa dopiero po tym, jak uratował go tonącego w jeziorze. Tak. Trzeba było aż takiego wydarzenia, by rudy zechciał docenić czyjąś prawdziwą wartość.

Ramię w ramię weszli do kuchni, a tam już Magdusia w uroczy sposób piła gorącą herbatę i z czarującym apetytem zajadała babciny drożdżowy placek z chrupiącą kruszonką.

4

Mama dawno już wróciła z chlebem, nakrywano stół do kolacji. W obszernej, kolorowej, z lekka zabałaganionej i bardzo przytulnej kuchni zaskwierczało, zapachniało, zadzwoniło, zrobił się ruch i gwar – a Ignacy Grzegorz Stryba wciąż tkwił w łazience i zbierał się w sobie, jak przed skokiem z trampoliny.

Umył starannie ręce, przygładził przed lustrem włosy, spojrzał po raz kolejny i westchnął głęboko. Cóż. Żadne zabiegi higieniczne ni kosmetyczne nie zamienią go w mężczyznę pełnego uroku. Sam sobie przypominał podskubanego indyka, z tą długą szyją i wystającą grdyką, w dodatku – indyka z nosem zdecydowanie za dużym i odstającymi, rumianymi uszami.

Indyki to obrzydliwe stworzenia. Znoszą potwornie wielkie, nakrapiane jajka.

Dobrze chociaż, że mama wyleczyła go wreszcie z tych pryszczy.

Nabrał tchu i wkroczył znów do kuchni, gdzie za wielkim stołem, pod nisko zawieszoną lampą, osoba Magdy jaśniała niczym perła w tym rodzinnym zgromadzeniu. Miała taką jasną cerę, lśniące włosy i usta, i takie promienne oczy!

Wszyscy się w nią wpatrywali: mama Ignasia, ciepło uśmiechnięta i jak zawsze gościnna, ale chyba trochę nieswoja; jego tata z rozkojarzoną jak zwykle miną i zamglonymi okularami; ożywiona, życzliwa Babi o bystrych oczach; dziadek ze swoją sceptyczną, mądrą twarzą stoika; tajemnicza i nieobecna duchem siostra Ignasia, Laura, zwana nie bez racji Tygrysem. I wreszcie najmłodsi Pałysowie: Łusia z szopą rudych loków i ta wesolutka kluska – mały Ziutek; ci dwoje, jak zazwyczaj, spędzali u dziadków popołudnie i wieczór, czekając, aż rodzice wrócą ze swych dyżurów i spółdzielni medycznych.

Tylko ich starszy brat, Józef Pałys, nie patrzył tam, gdzie wszyscy; za pomocą swego ulubionego szwajcarskiego scyzoryka odkrawał właśnie solidny kawał kiełbasy swojskiej podsuszanej (której był fanem) i fachowo, metodycznie, z lekkim trzaskiem obierał ją z cieniutkiej skórki. Jego oblicze, całe w piegach i rumieńcach, kryło się teraz w cieniu gęstej, rudej czupryny. Sięgnął po musztardę (nałożył sobie taką jej ilość, że Ignasia zaczęło palić w przełyku), a kiedy odstawiał słoiczek, spojrzał wrogo na Magdę – był to jeden błyskawiczny rzut oka, lecz Ignacy Grzegorz się zaniepokoił (o, znał dobrze wszelkie odcienie tej skąpej mimiki!).

Zasiadł przy długim boku starego stołu. Naprzeciwko siebie miał Magdusię i gdy tylko na nią spojrzał – zamarł, niezdolny zająć się jedzeniem. Zupełnie jakby złapała go wzrokiem, przyszpiliła jak motyla i unieruchomiła na amen. Ale nie było mu z tym źle, o nie. Było mu z tym wręcz cudownie. Kończyny mu omdlały, nie mógł nawet mrugnąć: zapatrzył się w nią hipnotycznie, oddychając słabo przez usta i zapominając o całym świecie.

Z boku dało się słyszeć grube chrząknięcie Józefa. Zabrzmiało jak salwa ostrzegawcza. Ignaś zignorował jednak ten sygnał i nadal trwał w zachwyceniu. Teraz kontemplował jedwabiste brwi Magdusi: nadawały jej twarzy natchniony, pełen polotu wyraz. Przypominały mu jaskółcze skrzydła, ale wahałby się użyć tego porównania w swoim wierszu: gdzieś już się na nie natknął. (Ech, dola erudyty! – kiedy chce się parać literaturą, ma kłopot nie lada. Powinien przede wszystkim trenować pamięć!)

– Nacik nieci palanci! – doniósł z podejrzanym naciskiem mały Ziutek, a Łusia automatycznie pospieszyła z przekładem:

– On mówi: Ignacy nie je kolacji.

Wszyscy wybuchnęli śmiechem, jakby najmłodszy z Pałysów popisał się nie lada dowcipem. Rudy, pochylony nad stołem, w milczeniu przysunął Ignasiowi koszyk z chlebem, a zarazem, od niechcenia, oddalił łokciem półmisek wędlin; doprawdy, mógł się nie obawiać o tę kiełbasę, chyba że zapomniał, kto tu programowo nie bierze mięsa do ust.

Ignacy Grzegorz wziął kawałek chleba, w roztargnieniu położył go na stole obok talerzyka i ponownie zastygł.

Tymczasem Józinek, przeżuwając z zapałem, nie tracił ani na chwilę swej braterskiej lojalności: zadbał o kolejną dostawę – podetkał kuzynowi przed nos deseczkę z cuchnącym krążkiem sera camembert, przenikniętego aktywnymi bakteriami gnilnymi oraz rozhulanymi zarodnikami grzybów pleśniowych Penicillium camemberti. Uprzejmy, jak nigdy! I żadnych przycinków na temat wegetarianizmu kuzyna ani rytualnych żartów na tle jego awersji do makrogamet kurzych, które w formie utwardzonej podano dziś na kolację z majonezem (ble!) i szczypiorkiem. Miło z jego strony.

Ignaś zdecydował się użyć masła, lecz fistaszkowego. Fistaszki nigdy, w żadnym stadium produkcji, nie miały najmniejszego kontaktu z krową.

Magdusia sięgnęła po chipsy, umieszczone w kryształowej miseczce. To on osobiście je tam umieścił, w gorączce oczekiwania. Pamiętał, że Magda je uwielbia. A któż lepiej rozumie czyjeś manie kulinarne niż ten, co sam ma kulinarne fobie?

– Jakaś ty do mamy podobna! Coraz bardziej! – zawołała tymczasem Babi, wpatrując się w gościa.

– Mówią, że bardziej podobna niż Maryśka – odrzekła Magdusia pogodnie i z chrzęstem pogryzła chipsa. – Bo my nie jesteśmy jednojajowe.

Ignaś niechcący brzdęknął nożem o talerz i zalał się krwawym rumieńcem.

Józef spojrzał na niego spode łba, po czym przewrócił oczami.

Podano świeżo upieczonego pstrąga w całości (z głową), obłożonego plasterkami cytryny, i z żalu nad jego dolą Ignaś przez chwilę stracił wątek rozmowy.

Magdusia pstrąga nie jadła, powiedziała, że nie lubi ryb; ucieszył się! – a więc jeszcze jedna subtelna nić wiąże go z tą piękną istotą. Jak to dobrze.

Wiele sobie po tym obiecywał.

A tymczasem rozmowa zeszła na tematy rodzinne. Nic frapującego. Ignacy niezbyt się interesował nawet własną siostrą Laurą ani też najstarszą z nich trojga – zamężną już Różą; a cóż dopiero bliźniaczką Magdy. Zwłaszcza że te dwie Ogorzałkówny nie były… no, identyczne. Niezbyt go też ciekawiło, co u owej Marysi słychać (chodzi do francuskiego liceum i dobrze sobie radzi), ani jak się czuje najstarsza z sióstr, Kasia, i czy kolejna operacja u paryskiego specjalisty przyniosła poprawę jej wzroku (tak, przyniosła!). Mało był zainteresowany także i wiadomościami o sukcesach państwa Ogorzałków (znaleźli świetne biuro projektowe, wygrywają konkurs za konkursem). Uszu nadstawił dopiero wtedy, gdy dziadek zapytał Magdę, jak sobie radzi bez rodziców i sióstr.

– Jak? No, nieźle. Mieszkam teraz u babci – wyjaśniła. – Bo nasze stare mieszkanie wynajęte. A we Francji czułam się obco – jestem anglojęzyczna. Nie chcę się tam uczyć. Poza tym lubię moją szkołę. Chodzę do takiego przyjemnego liceum imienia Bolesława Chrobrego.

– No, jak Chrobrego, to rozumiem – rzekł dziadek z uśmiechem, wbijając z ukosa widelec w ciało pstrąga. – Chrobry da się lubić.

– Tak, lubię go. Przyjemna szkoła – przytaknęła Magdusia prostodusznie. – Taka żółciutka. I lubię Wrocław. Mimo… wszystko.

Tu spojrzała w bok i jakoś jej się mina wyciągnęła, co wzbudziło tkliwą czujność Ignacego Grzegorza. Jego siostra, Laura, też zwróciła uwagę na te ostatnie słowa. Błysnęła swoimi stalowymi oczami, odrzuciła w tył długie włosy, mignęła niebezpiecznym, tygrysim uśmieszkiem i zapytała z właściwą sobie ironią:

– Mimo wszystko? Cóż to, jakiś zawód miłosny?

Aaa! Ignacy Grzegorz jęknął i poczuł, że uszy mu płoną z zażenowania. Czy on musi wstydzić się za rodzinę przed Magdusią? Jak ta Laura mogła?! Co za brak delikatności, zdumiewający, zwłaszcza u osoby, która, szczęśliwie zakochana, ma wyjść za mąż jeszcze w tym miesiącu!

Magda zapatrzyła się badawczo w Tygryska.

Ach, te oczy Magdusi! Te oczy! – jakież one wymowne! Rzecz szczególna: przyciągają jak magnes, a utonąć w nich można jak w oceanie miodu! – pomyślał Ignacy Grzegorz z zachwytem i żołądek mu się ścisnął słodką tremą, rzęsy zatrzepotały, a ręce zadrgały. Cisza przeciągała się, Magda nie odwracała wzroku i wtedy, niespodziewanie, harda zwykle Laura pospieszyła pokojowo z ekskuzami:

– Tak tylko spytałam… pardon. Zresztą… potem pogadamy. Przecież śpisz w moim pokoju.

Już się zdawało, że nietakt został zażegnany i że dzisiejszego wieczoru już nic więcej skazić nie może, gdy wtem huknęły drzwi wejściowe i zaraz wpadła ciotka Ida z zakupami – chuda, roześmiana, ubrana w krótki kożuszek i żółte legginsy, z wielką szopą chwiejnych rudych loków na całej głowie.

Ignaś poczuł się tak, jakby do zacisznej kuchni wtargnął gorący samum. Poczuł duszność. Wiedział, że dopiero teraz się zacznie. Runie cała lawina nietaktów!

– Magdusia! – zakrzyknęła swym kozim głosem ciotka Ida i pozostawiła czerwone kółko szminki na czole Ziutka. Następnie cmoknęła ucho Łusi i wreszcie pocałowała w przelocie skroń Józefa (zniósł to cierpliwie, a nawet się uśmiechnął); wszystko to miało miejsce w trakcie rozkładania paczek, paczuszek i toreb na całym obszarze kuchni. – Witaj, frytkożerna, co za radość, wyglądasz tak zdrowo, najwyraźniej twój organizm jeszcze nie zaprotestował przeciwko tej fatalnej diecie, wątroba ci nie wysiadła, a przecież nawyków żywieniowych nie zmieniłaś, widzę cię bowiem znowu z buzią pełną chipsów. Brawo dla wątroby! A umyłaś chociaż ręce po podróży? Zakład, że nie! – przemawiała kpiąco ciotka Ida, wieszając wreszcie w korytarzu swój kożuszek i udając się żwawo do sąsiadującej z kuchnią łazienki. Tam jęła szorować ręce namydloną szczoteczką; co chwila też wystawiała głowę z otwartych drzwi, jak kukułka z bawarskiego zegara, przekrzykując dziarskim głosem wyjące, zapowietrzone rury:

– Wybaczcie – spóźnienie – ale – w ostatniej – chwili – wpadło mi – dziecko z ojcem – a raczej ojciec – z dzieckiem – wołając: ratunku, ratunku! To znaczy ojciec wołał. Gwizdało mu w nosku – dziecku gwizdało, Łusiu, dziecku – nie patrz tak na mnie. Ja mu zaglądam – a tam co?

Nikt nie wiedział.

Zawiesiwszy głos, jak przed ujawnieniem cudownej, elektryzującej niespodzianki, doktor Ida Pałys wytarła starannie dłonie i opuściła łazienkę.

– A tam, moi drodzy, w głębi… frytka tkwi, i to całkiem porządnie wysmażona! – ujawniła radośnie.

– Na Jowisza, zmyślasz! – zaśmiała się matka Ignacego Grzegorza.

– Nic nie zmyślam, słowo. – Ciotka z rozmachem siadła za stołem, odwijając z szyi golf pasiastego swetra. – A teraz będzie najlepsze: wydobyłam mu z nosa ciało obce, z trudem naprawdę, bo było mocno wciśnięte, a piekielny dzieciak porwał tę frytkę i zjadł!

– Najowisia!!! – rozległ się uszczęśliwiony okrzyk Ziutka i zaraz malec zaniósł się szczęśliwym śmiechem. Tryskał wprost radością oraz śliną, a z tej uciechy zaczął walić łyżką w stół. Kiwał się przy tym na boki i wyglądał, zdaniem Ignacego, jak niewyrośnięty gorylek.

– Niektórzy szaleją za frytkami! – co w niejednym przypadku prowadzi do wypadku, zaś w braku rozwagi wiedzie do nadwagi – rzuciła ciotka dowcipną, jej zdaniem, puentę, a Ignasiowi zapłonęły uszy.

Tym razem śmiechem wybuchnął Józef – zakrztusił się przy tym kiełbasą. Śmiał się i kaszlał, jego matka waliła go w plecy, dogadując, a on śmiał się od tego jeszcze bardziej, co wyraźnie dotknęło Magdusię. Zasępiła się i przeszyła rudego ostrym spojrzeniem.

Ale trzeba przyznać, pomyślał Ignacy Grzegorz, że Józinek jest imponująco odporny. Gdyby to mnie Magdusia tak ugodziła wzrokiem, padłbym zemdlony na ziemię. A ten nawet nie mrugnie. Ciotka Ida też ma charakterek: nic jej nie rusza, chociaż i na nią Magda spogląda z czytelnym wyrzutem.

– Na cóż to tak patrzysz ostro i z przyganą, McDusiu? – zaśmiała się w tym momencie beztroska Ida. – Na naszą słynną srebrną cukiernicę z Kiejdan, jedyny ocalony z pożogi skarb prababci Borejko? Masz rację, tysiąc razy im mówiłam, jak się czyści srebro, ale nikt tu nie podjął owej rękawicy, że się tak wyrażę. Straszni bałaganiarze żyją pod tym dachem. A piękna cukiernica zarasta patyną lat.

– Ona czeka na właściwy moment, Iduś – wyjaśniła Babi.

Wtem głos zabrał dziadek, wołając gromko:

– Silentium!1

1 Cisza (łac.).

Wszyscy spojrzeli na protoplastę.

– Moi drodzy – rzekł, odkładając uroczyście widelec. – Skoro mowa o patynie lat, pozwólcie starcowi na zatamowanie Idusiowego flumen dicendi2. Pozwólcie mi też na wyznanie: czuję, że gromki śmiech i krotochwile nie są najwłaściwsze w sytuacji, kiedy Magdusia jest tu po raz pierwszy od śmierci swego dziadka.

2 Potok wymowy (łac.).

– Pradziadka – poprawiła Magda.

– A prawda. Pradziadka… co za znamienna pomyłka freudowska, skąd mi się to wzięło?

– Wiem skąd – bąknęła babcia, patrząc na niego z uwagą.

– Homo toties moritur, quoties amittit suos3. Postarajmy się utrzymać nastrój pewnej powagi – zasugerował dziadek, a babcia skinęła głową na znak poparcia.

3 Człowiek tyle razy umiera, ile razy traci swoich bliskich (łac.).

– O frytkach możemy nie mówić – zgodziła się Magda. – Ale jeśli chodzi o pradziadka, to naprawdę – już prawie go nie pamiętam. Mieszkałam wtedy u niego tylko przez dwa tygodnie, a on i tak głównie czytał. Albo pisał.

– Częściej niż pradziadek widywał cię McDonald’s, luba McDusiu – wspomniała Ida, a jej cynobrowe usta drgnęły w charakterystycznym, kpiącym uśmieszku. – Ale nie tylko ciebie, bo i uroczych braci Żeromskich – tu puściła szelmowskie oczko.

Ignaś poczuł, że jest bardzo, bardzo zdenerwowany. Poczuł też, że uszy – ten żywy barometr jego stanów wewnętrznych – zapłonęły mu jak dwie żagwie.

– E… a… bo nie mogłam jakoś złapać z pradziadkiem kontaktu – wyznała Magdalena.

Mama Ignasia zareagowała na te słowa zaskoczonym westchnieniem, ale na szczęście na tym skończyła.

 – To dlatego wtedy tak szybko wyjechałaś! – odgadła Laura.

– Tak… bo uznałam, że bardziej się przydam babci. I tak dalej – odrzekła Magdusia niepewnie, a po chwili dodała z nowym wigorem: – Ja po prostu jestem szczera, więc nie udaję ciężkiej żałoby. Mama to rozumie: dlatego kazała mi posprzątać mieszkanie pradziadka, zanim je sprzeda. Przymierzała się do tego, przymierzała, ale mówi, że sama nie może się tym zająć, bo ma za wiele wspomnień. No, a ja nie mam ich prawie wcale.

Teraz babcia Mila zabrała głos i taktownie zmieniła tor rozmowy, pytając:

– Dasz sobie sama radę z tym sprzątaniem?

– Nie wiem… nie mam pojęcia, co tam zastanę – odpowiedziała Magdusia.

– Mam jutro wolne, mogę iść z tobą – zaproponowała mama Ignacego Grzegorza.

– A dobrze, dziękuję. Będzie mi raźniej – rzekła Magdusia, sięgając beztrosko po chipsa, i zawiesiła rękę w połowie drogi, ponieważ Ida strzeliła w nią ostrym, profilaktycznym spojrzeniem, robiąc przy tym swą charakterystyczną małpią wargę.

 – Złowrogie tłuszcze, McDusiu, kancerogenne substancje – ostrzegła półgębkiem, lecz wyraźnie.

Ignacy Grzegorz uznał, że czas jej przerwać, zanim przejdzie do szczegółów.

– A ja też mogę pomóc w sprzątaniu? – zaofiarował się gorliwie, patrząc na swą matkę prosząco.

– No pewnie! – odrzekła Gabriela. – Przyda się każda para rąk. Józef też mógłby pójść z nami. Ma muskuły.

– Mam trening – zwięźle i stanowczo przeciwstawił się rudy, skupiając srogi wzrok na kupce musztardy.

– Trening? To nic ważnego – zauważyła Magda od niechcenia.

Oho! – pomyślał Ignaś. – Ohoho! No, no, no, to teraz Józinka ruszyło.

W rzeczy samej, kuzyn przejawił pewne oznaki wzburzenia; nie, nic nie powiedział, nawet nie podniósł wzroku. Tylko intensywnie pokraśniał i prychnął ze wzgardą.

– O, nie mów tak, nie mów, Magdusiu! – zawołała gorąco Łusia, wspierając starszego brata przez przyjazne huknięcie go w nerki. Józinek stęknął, zakrztusił się po raz kolejny i zaczął kasłać. – Trening to coś bardzo, bardzo ważnego, może tego nie wiesz, Magdusiu, ale mój brat jest kapitanem drużyny, a kapitan musi mieć formę. Trening bowiem jest poniekąd wstępem do meczu, a mecz jest najważniejszy.

„Poniekąd” było ostatnio ulubionym słowem Łusi. Priorytety w tej materii zmieniały się jej mniej więcej co miesiąc.

– E tam, zaraz najważniejszy! – powiedziała Magda drwiąco, a Józef Pałys jeszcze bardziej poczerwieniał.

Łusia się zaperzyła:

– Ja też kiedyś, Magdusiu, myślałam sobie – błędnie! – że futbol to nudziarstwo, przepraszam, Józi… Józefie, nie patrz tak, przecież mówię, że błędnie. Nie wiedziałam, dlaczego oni się tak denerwują i walczą o tę piłkę, myślałam: a czy to nie można się po prostu jakoś pogodzić, każdy po dziesięć minut by się pobawił i gotowe. Taka byłam dziecinna! Albo że można by dać każdemu zawodnikowi po piłce i już by był spokój (Józefie, no! – no nie fukaj!…). Najgorzej to jest, jak któregoś zawodnika skopią i przewrócą, ach, jak mi go zawsze żal, kiedy tak biedny chłopiec leży i cały się krzywi lub trzęsie, usta mu tak latają… – tu Łusia pokazała, jak latają. – Wszelako dziadzio mi wytłumaczył, że to jest szlachetne współzawodnictwo, korzeniami sięgające igrzysk starożytnych Azteków. I zrozumiałam, że poniekąd lepiej się kopać po nogach i po brzuchu i biegać za jedną piłką, jak Aztekowie, niż przeszywać sobie wątpia mieczem, jak… jak… jak… Aztekowie. Wątpia, muszę wyjaśnić, bo może nie wiesz, to są staropolskie wnętrzności, Magdusiu, ale Aztekowie też je mieli. Miewali. Nie, mieli.

Łusia też często miewała flumen dicendi. Ponadto namiętnie kochała gramatykę języka polskiego i nieustannie walczyła – także z sobą samą – o jego czystość. A rozpętał w niej ten tajfun poprawności uwielbiany pan polonista, Adam Fidelis, który niebawem został narzeczonym Laury.

Łucja Pałys bardzo lubiła błyszczeć w towarzystwie i posiadała sporą (jak na dwunastolatkę) wiedzę encyklopedyczną, którą miała zwyczaj epatować gości:

– Czy wiesz, Magdusiu, że pierwsze piłki futbolowe robiono z pęcherzy rybich? – wyskoczyła z towarzyską ciekawostką.

– Zwierzęcych – poprawił ją mrukliwie Józinek, który o piłce nożnej wiedział wszystko.

– Skąd wiesz? – stropiła się Łusia. – A zresztą ryba to poniekąd zwierzę. Dlaczego nie z rybich?

– Za małe – odparł lakonicznie starszy brat.

– A więc to były pęcherze ssaków?

– Uhm.

– Twierdzisz, że ssaki też mają takie pęcherze jak ryby? – Bystry umysł Łusi pracował tak logicznie, że Ignacy Grzegorz aż zadrżał na stronie. Już wiedział, którędy zaraz popłynie wartki nurt konwersacji.

– Nie takie – wyjaśniał jej cierpliwie Józef. – Mają moczowe.

– A te rybie?

– Są wypełnione powietrzem.

– A te zwierzęce – czym?

– No, moczem.

– Aztekowie kopali pęcherze wypełnione moczem?!…

– Nie. Nie moczem.

– A czym?

– Powietrzem.

Rodzina przy stole pokładała się teraz ze śmiechu, podczas gdy Ignacy Grzegorz popadł w zawstydzenie. W lekarskiej rodzinie Pałysów obowiązywała zasada naturalia non sunt turpia4, lecz przecież Magdusia mogła mieć inne zasady.

4 Rzeczy naturalne nie są brzydkie (łac.).

Spojrzał na nią. Rzucało się w oczy, że słowo „mocz” nie było chyba u Ogorzałków w tak bezpruderyjnym codziennym użytku. Aż tchu nie mogła złapać, aż poczerwieniała. Oczy wyszły jej lekko z orbit. Wtem zerwała się dramatycznie od stołu.

– Magdusiu! Magdusiu! – pospieszył z troskliwym zapytaniem. – Co tobie?

Kaszląc okropnie, Magda zaczęła machać ręką w bliskiej okolicy swego kształtnego biustu, wyraźnie nań wskazując. Ignaś speszył się, bo kompletnie nie rozumiał, o co jej chodzi z tym biustem; co miałby zrobić?! Stał jak głupi.

– Zakrztusiła się chipsem! – zakrzyknęła oskarżycielsko ciotka Ida. – Walnij ją!

Walnąć?? Ją?? – ależ… nigdy w życiu! Ignacy Grzegorz cofnął się i padł na krzesło, patrząc z przerażeniem na rozwój akcji.

Magdusia już rzęziła i nie wiadomo, jak by się to skończyło, gdyby nie wmieszał się do sprawy niezawodny Józef Pałys. Odłożył scyzoryk, wstał, rąbnął Magdę rzeczowo w łopatki, aż zadudniło, poprawił ze dwa razy, a kiedy wykrztusiła ów kawałek chipsa, rudy z olimpijskim spokojem usiadł i powrócił do sporządzania ulubionego deserku. Rozprzestrzeniając woń czosnku i majeranku, krajał mianowicie kiełbasę w misterne kostki, które pedantycznie układał na nieco większych sześcianikach chleba i wieńczył kroplą musztardy oraz plasterkiem ogórka. Oto wbił pierwszą taką kanapkę na czubek specjalnego ząbkowanego ostrza swego scyzoryka i z namaszczeniem włożył do ust.

– Nie jedz nożem! – zwróciła mu uwagę jego mama. – Bo utniesz sobie język.

– Jem piłką… – odparł zarzut ze spokojem.

– Piłką?!

– …do drewna.

– Znów ta kiełbasa! – zboczyła z tematu Ida, pokonana ostrzem tak żelaznej logiki. – Mówiłam ci sto razy, że ona jest niezdrowa i że dostaniesz od niej trądziku. Przynajmniej ten pieprz mógłbyś wydłubać.

– Nie wydłubię, bo lubię – oznajmił tonem definitywnym Józef.

Ciotka Ida zerwała się od stołu i natychmiast zapisała tę rymowaną sentencję na karteczce samoprzylepnej, po czym bez słowa umieściła ją pośrodku tablicy z dziesiątkiem podobnych karteczek, zdjęć i drobnych pamiątek.

– Zasłużyłem? – ubawił się Józinek.

Od uśmiechu robiły mu się dołki w tych piegowatych policzkach.

Magda patrzyła w niego jak w obrazek.

– Uratowałeś mi życie – powiedziała nagle z zaczepnym uśmieszkiem.

Józef ją zignorował, zająwszy się teraz solennie produkcją taśmową swoich minikanapek. Za to odezwała się znów ciotka Ida.

– Aha, byłaś bliska uduszenia! Aha, a nie mówiłam?! – zatriumfowała nad Magdusią. – Nie przestrzegałam? Równie dobrze mogłaś sobie wepchnąć chipsa do nosa!

Na uboczu akcji mały Ziutek, pozytywnie zainspirowany, jął wciskać sobie w nozdrze kawałek sera. Dobrze mu szło, lecz Józef, ze swoim znakomitym refleksem, momentalnie sięgnął długim ramieniem przez stół i opanował sytuację.

A on zawsze czujny! – Ignaś podziwiał go wbrew woli. Nawet w niełatwej i wymagającej roli najstarszego brata człowiek ten sprawdzał się wzorowo.

Magda nie odrywała od Józefa oczu. Józef nie odrywał wzroku od talerza. Łusia zaś nie odrywała się od tematu.

– Wracam do rzeczy, czyli ad rem – oznajmiła z wdziękiem. – Musisz wiedzieć, Magdusiu, że Jó…

– Dość – mruknął rudy. – Pogadajmy o Ignasiu.

– O Ignasiu? – zdziwiła się odruchowo Łusia, z taką miną, jakby na ten temat nie było nic ciekawego do powiedzenia. – Przecież on się nie interesuje piłką nożną.

Ale, ponieważ była dobrą i wrażliwą dziewczynką, zreflektowała się natychmiast i zarekomendowała także kuzyna:

– Ignaś jest poniekąd poetą, Magdusiu. Szczególnie dobrze opanował sztukę pisania sonetów.

Kochane dziecko, pomyślał z wdzięcznością Ignacy Grzegorz.

Poczuł, że drży z emocji. Wczorajszy późny wieczór strawił był bowiem nad dawnym swoim wierszem, poprawiając go i miejscami nadając mu nową formę. Szlifowałby to dzieło i noc całą (bo chciał je ofiarować Magdusi), gdyby nie Józinek, który go wyśmiał, kazał iść spać i nie robić z siebie idioty.

Myśl Ignacego Grzegorza Stryby poszybowała teraz w dalekie poetyckie regiony, choć oczy nadal miał utkwione w fascynującej twarzyczce o jaskółczych brwiach. (Podobna dwutorowość percepcji nie była u niego niczym wyjątkowym. Często miewał nawet trójtorowość, zwłaszcza na nudnych lekcjach lub rodzinnych przyjęciach). Pojął też nagle, że może jednak nie powinien posiłkować się sonetem używanym. Powinien stworzyć dla Magdusi dzieło zupełnie nowe i świeże.

– Nasz pan polonista… – prawiła tymczasem smacznie kuzynka Łusia – ach, co ja mówię, wciąż się nie mogę przyzwyczaić, ja teraz na naszego pana polonistę będę musiała (to

cudne!) mówić: nasz Adam. Powiedział on, że sonety Ignasia są bezbłędne formalnie. Ja też od czasu do czasu piszę… pisuję!… sonety, napisałam już dwa, wszelako nie wzbudziły takiego podziwu. Przerzuciłam się więc na fraszki. Najlepsza nosi tytuł: Do Adama:

 

Adamie, tym mię nie rozgniewasz sobie,

Że się me fraszki kiepskie zdadzą tobie.

Bym ja w nich była baczyła sens jaki,

Wierz mi, nie byłby dla nich tytuł taki.

 

– to znaczy, ta fraszka mniesię wydaje najlepsza, wszelako nasz pan polonista powiedział, że wciąż jeszcze pozostaję pod zbyt silnym wpływem Kochanowskiego, którego przerabialiśmy na kółku.

– Na czym? – zdziwiła się Magdusia.

– Na kółku. Ach, na literackim, oczywiście. Masz poniekąd rację, Magdusiu, nie powinno się mówić „przerabiamy Kochanowskiego na kółku”. To brzmi zupełnie tak, jakbyśmy przerabiali jakiegoś Kochanowskiego na jakimś kółku… na… na jakieś…

– …kiełbasy? – rzucił ciężkim żartem Józinek, jak to on, po czym zarżał głucho a szczęśliwie.

– Łusiu, Adam ma rację, jak zwykle zresztą, i w pełni go popieram – oświadczył z powagą dziadek. – O, imitatores, servum pecus, ut mihi saepe bilem, saepe iocum vestri movere tumultus5. Z pewnością stać cię na to, maleńka, by tworzyć samodzielnie, nie naśladując nikogo. Pomnij, co mówi Horacy: naśladuje i małpuje tylko ten, kto jest niewolnikiem. Ergo6: duch wolny skłania się ku własnemu wyrazowi, gdyż duch wolny, co oczywiste, nigdy nie bywa ograniczony i ubogi.

5 O naśladowcy, niewolnicza trzodo, jak często wasze próby małpowania przewracały mi żółć albo budziły wesołość (łac., Horacy).

6 A więc (łac.).

W tym momencie z oddali rozległo się charakterystyczne terkotanie i Laura, przewracając stołki, runęła do przedpokoju, by odebrać telefon.

– To właśnie on dzwoni – wyjaśniła gościowi Łusia. – Adam, a nie Kochanowski oczywiście. Poznałam to od razu po zachowaniu Laury. Ongiś, jak dzwonił telefon stacjonarny, ona poniekąd wcale się nie ruszała.

5

Józef Pałys dobrze się posilił i z ulgą powitał zakończenie męczącej kolacji, która zeszła mu głównie na unikaniu zaczepnych spojrzeń nowo przybyłej kokietki. Wszyscy zaczęli się rozchodzić. Babi sprzątała ze stołu. Dziadek oddał się swojemu ulubionemu zajęciu – arcymistrzowskiemu ładowaniu zmywarki; ciotka Gabrysia i wujek Grzegorz znikli dyskretnie w swoim pokoju, a mama właśnie wykąpała Ziutka w wannie dziadków, gdyż oblał się cały pikantnym keczupem. Teraz wpakowała sobie gołego synka pod pachę i wycierała go dużym ręcznikiem, informując, że keczup jest niezdrowy i można od niego dostać trądziku.

Do okupacji zwolnionej łazienki szykowała się obecnie Laura. Oglądała wyładowaną suszarkę do bielizny, pytając, gdzie są świeże, suche ręczniki, które – jak najwyraźniej sądziła – powinny były tam się znaleźć w sposób tak naturalny, jak kwiaty na rabatce.

– Niech tam który zaniesie jej walizkę do mnie – rzuciła przy tym roztargnione polecenie w przestrzeń.

Ignacy Grzegorz już jakiś czas temu zaszył się w swoim pokoju, by znów coś tam pracowicie skrobać na papierku. Dziadek, któremu nie domykała się ostatnio lewa komora serca, z zasady niczego nie dźwigał, toteż Józef Pałys, czując się jedynym wezwanym, wstał od stołu i w milczeniu udał się do przedpokoju, gdzie stały bagaże Magdy.

Zarzucił sobie jej plecak na ramię, złapał uchwyt walizki i zataszczył to wszystko do ponurego pokoju kuzynki Laury.

W tym unikalnym pomieszczeniu, utrzymanym w kolorycie mrocznym i nastroju tajemniczym, dominowały wielkie, ciemne i gołe okna, a świeciła obecnie tylko nocna lampka; kółko światła wzniecało podłużne refleksy na politurze pobliskiego pianina i rozjaśniało świeżą pościel na składanym łóżku, przygotowanym dla gościa.

Józef Pałys ustawił obok bagaże.

Kiedy się wyprostował, Magda stała tuż przed nim i bez jednego mrugnięcia wlepiała w niego te swoje uparte ślepia, pełne natarczywych pytań. Pojawiła się zgoła bezszelestnie, jak duch. Jak ona to zrobiła? Zgroza.

Józef chciał odwrócić wzrok, bo czuł, że ona tym patrzeniem wyzywającym trzyma go na uwięzi. Wciąż dziś skutecznie uciekał przed nią oczami, ale przecież teraz właśnie tego zrobić nie mógł. Głupio by to wyglądało.

Zmierzył się więc z nią spojrzeniem – i wygrał. To ona pierwsza mrugnęła i opuściła powieki. No!

He, he.

Lubił wygrywać.

Ukontentowany, ruszył w milczeniu do wyjścia i już trzymał klamkę, gdy usłyszał tuż za plecami:

– Stop!

Hm? Znieruchomiał, a potem się odwrócił.

– Co…? – powiedział i już nie zdążył wyrzec nic więcej, bo wtem ona wspięła się na palce i znienacka lepko pocałowała go w same usta.

– Dobranoc! – rzuciła tonem zwycięskim. – I dziękuję!

Bezczelna!!!…

Miał ochotę odskoczyć, ale to by też kiepsko wyglądało. Jakby się jej bał.

A wcale się nie bał, tylko jej nie lubił.

Niewiele myśląc, capnął ją mocno za cienki kark i przyciągnął blisko, tak blisko, że poczuł, jak pachnie jej skóra. Jakimiś kremami czy wazeliną, czy innym tłuszczem.

– Wstydu nie masz? – rzekł jej prosto w twarz, przez zaciśnięte zęby, i potrząsnął nią jak szczurem. – Więcej nie próbuj, bo cię walnę!

I odsunął ją czym prędzej na odległość ramienia, po czym wypuścił z uchwytu.

Złapał za klamkę tak gwałtownie, jakby chciał ją urwać, i otworzył drzwi.

Magda patrzyła za nim, zaczerwieniona, zmieszana i bez tchu.

– Wiem! – wypaliła wreszcie, ratując sobie samopoczucie. – Jesteś zajęty!

Co za beznadziejna, przetłuszczona osobniczka.

Prychnął z irytacją i wyszedł.

Nie wrócił do babcinej kuchni. Przez otwarte drzwi widać tam było Laurę, składającą nad stołem ręczniki, i babcię, która za tymże stołem zasiadła do swego laptopa. Obie w jednej chwili spojrzały na niego pytająco, a on, spłoszony, rzucił się dalej, nie mówiąc nawet dobranoc.

Przeszedł szybko długim, ciemnawym korytarzem pośród regałów wypełnionych niezliczonymi książkami i mocno zamknął za sobą drzwi wejściowe. Wytarł usta rękawem (kleiły się od jakiegoś jej błyszczyka czy szminki) i zbiegł po schodkach do swojej chłodnej sutereny.

W domu jeszcze nikogo nie było, mógł więc parę razy powiedzieć „szlag by trafił” i kopnąć taboret w kuchni. Wpadł jak burza do swego pokoju, siadł przed biurkiem, włączył zasilanie i zapatrzył się w przebudzony monitor.

Czuł wstyd, a nawet oburzenie (pierwszy w życiu taki pocałunek, a nie z jego inicjatywy!) oraz żywą wściekłość (bezczelna, wysmarowana baba! I to dla takiej ten miągwa męczył się po nocy nad wierszykiem! Biedny frajer!).

Po chwili zdał sobie jednak sprawę, że właściwie jest zadowolony. Więcej: że triumfuje.

Zapanował bowiem nad sytuacją.

Im dłużej analizował bulwersujące wydarzenie, tym lepiej to widział; zdecydowanie wygrał, 2:1.

Po pierwsze – nie uciekł.

Po drugie – nie uległ.

A ten jeden punkt dla Magdy – bo odgadła.

Tak, był zajęty.

Tak, obiecał przed laty, że poczeka. I czekał wiernie.

Żadna inna się nie liczyła, tylko Staszka.

Co z tego, że była od niego starsza o prawie pięć lat. Kiedyś ta różnica się zatrze. A ten cały jej szpitalny wielbiciel, Mirek, dawno zniknął w mroku dziejów; skończyło się pisanie o nim, jak tylko zamieszkała z rodzicami w Irlandii.

Zajrzał do poczty – oprócz spamu nic nowego nie było. Staszka pisywała z Dublina rzadko, właściwie – coraz rzadziej. Pamiętając, że ona już tam studiuje medycynę, Józef nie zamierzał się obrażać ani też załamywać z powodu przerw w korespondencji. Sam wysyłał jej co jakiś czas krótkie, rzeczowe maile, które kwitowała zbiorowo. Za to pisała obszerniej niż on, żywo i ciekawie. Opowiadała głównie o pięknej Irlandii i o tym, co tam robi, i czego się uczy – no, takie rzeczy – czuło się jednak, między słowami, że ani trochę go nie zapomniała (a przecież nie widzieli się już tyle czasu!) i że myśli o nim tak samo ciepło jak zawsze.

Oczywiście nigdy nie gadali o uczuciach, jak to inni mają w zwyczaju. Była, tak jak i on, powściągliwa i oszczędna w słowach. Raczej wolała żartować, niż się roztkliwiać. Ale on dobrze wiedział, że łączy ich coś ważnego.

Wszedł na YouTube’a, gdzie było jej nagranie. Stanisława Trolla i Helmut Oracabessa. Razem ze swoim czarnoskórym szwagrem Staszka wykonywała jego utwór Heavenly. Helmut grał na trąbce z tłumikiem, ona śpiewała. Jak zawsze, Józefowi serce utknęło w gardle niczym kluska na sam dźwięk jej wibrującego altu: był taki miękki, a przecież pokonywał bez żadnego wysiłku kolejne stopnie trudności, spiętrzone przez kompozytora. Był to głos – ech, taki właśnie, jak i ona sama: ciepły, zamyślony i zarazem radosny, pełen siły i życia. Ogarniał słuchacza tak łagodnie i władczo, jakby go przytulał.

Józef zamknął oczy, czując w klatce piersiowej coś jakby nietypowe osłabienie serca, podczas gdy głowa pracowała mu bez zmian.

Staszka spokojnie by mogła poświęcić się muzyce – myślał. Pan Oracabessa miał swój własny zespół i studio nagrań (które ostatnio przeniósł z Poznania do Warszawy). Ale – jak pisała – ma dług do spłacenia. Kiedy wyleczono ją wreszcie z raka, i to na dobre, Staszka postanowiła, że teraz jej kolej. „Będę onkologiem – pisała wtedy. – Będę ratować dzieci od choroby, ale także od strachu i rozpaczy, dobrze wiem, co się wtedy czuje. Będę umiała im pomagać. A czasem pewnie wystarczy zrobić dla nich to, co Ty zrobiłeś dla mnie”.

Niby co? Nie miał odwagi drążyć tego tematu. Nie pamiętał, co dla niej wtedy zrobił, chyba nic nie zrobił. To ona go zupełnie oczarowała. Miał dziewięć lat, kiedy ją spotkał. Przypuszcza się powszechnie, że faceci w tym niedojrzałym wieku nie mają do dziewczyn głowy. Akurat. Przecież mają głowę, no nie? – i mają też duszę i serce. Zdolność do uczuć dostaje się na wejściu i ona nie zmienia się z wiekiem, nie rośnie, ani nie zamiera. To tylko ciało podlega wiadomym zmianom.

Minęły lata, ona wyjechała, przyjechała, znów musiała jechać i powróciła (ale z tym Mirkiem), potem kiedyś raz jeszcze pojawiła się w Poznaniu i specjalnie przyszła złożyć życzenia całej rodzinie (była Wielkanoc). Znów potargała mu ręką włosy nad czołem, jak zawsze (uwielbiał, kiedy to robiła, czekał na ten gest za każdym razem, gdy się widzieli). Śmiała się i opowiadała. Ciemne loki jej odrosły, miała różowe policzki, a jej oczy były wesołe. Piła herbatę i ze zdrowym apetytem zajadała mazurki. A on tylko na nią patrzył i nic nie mówił, i po prostu się cieszył. Od tamtej chwili przeleciało trochę czasu, lecz jeśliby kto myślał, że go zapomniała albo że on sam o niej zapomniał – cóż, ten ktoś byłby w błędzie. Są rzeczy, są ludzie, których się po prostu nie zapomina.

Na YT śpiew Staszki kończył się takim cichym, łagodnym „mmmmm…” i Józef zagapił się na nią, zastygłą w kadrze – spokojną, ubraną w ładną sukienkę, z ciemną falą loków spływającą na ramiona. Przypomniał sobie tamtą Trollę sprzed lat – bladą, przerażoną, lecz dzielną dziewczynkę, która wstydziła się tego, że od chemioterapii wypadły jej wszystkie włosy i z uporem nosiła wciśnięty na uszy płócienny kapelusz.

Tak się wzruszył, że aż zagryzł wargi.

Znów otworzył pocztę, kliknął w „Napisz” i zaadresował.

Temat. Hm. Zawsze miał z tym kłopot, a poza tym – po co sypać słowa bez potrzeby. Będzie znów bez tematu.

Cześć, Staszka! – zaczął tradycyjnie – i utknął.

Chyba nie może jej o tym NIE napisać.

Opowiadał jej przecież o wszystkim. Oczywiście – po swojemu, w skrócie, z dystansem. Ale szczerość była zawsze podstawą ich bliskości. A ona rozumiała go jak nikt, mimo że nie lubił gadać po próżnicy. Bez słów nawet go rozumiała. Tak jest – bez słów.

Dobra, żadnych wykrętów i przemilczeń.

Cześć, Staszka!

Fajnie, że jesteś na YT. Mogę bez końca słuchać „H”.

Przed chwilą jedna dziewczyna mnie pocałowała. To nie była moja wina.

Pzdr. J.

Czy nie za wiele napisał?

Nie chciał zbyt długo się zastanawiać. Jeszcze by się rozmyślił.

Sekundę tylko się zawahał, z palcem wzniesionym nad przyciskiem.

A może od tego wszystko zależy? Całe życie?

„Wyślij”.

Dobra. Klik.

Poszło.

6

W zielonym pokoju paliło się górne światło, bo odziana w trykotową piżamę Laura stała przed lustrem i przymierzała welon.

Weszła Magdusia, w kusej koszuli nocnej, z wilgotnymi rozpuszczonymi włosami – i aż ją zatkało. Usiadła na łóżku składanym, wzniecając skrzypnięcie sprężyn, i zagapiła się na przyszłą pannę młodą.

– Ładnie, co? – z zadowoleniem spytała Laura, żując energicznie gumę miętową, i zaraz odpowiedziała sama sobie: – Wiem, że ładnie. Welon jest boski. Patrz, jak powiewa. Patrz, jak się układa! Ech, welony mnie fascynują. Od zawsze. A suknia będzie cudowna! – spojrzała koso na milczącą Magdę i dodała: – Oho, widzę, że tam sobie troszkę ironizujesz na uboczu. A niesłusznie. Prawda jest taka: ciuchy są, owszem, ważne, ale i nieważne. Wyszłabym za Adama nawet boso, ubrana w worek po ziemniakach, z wiankiem zwiędłych polnych stokrotek na głowie.

Magdusia tylko uniosła brwi.

– Jemu by to w najmniejszym stopniu nie przeszkadzało – zapewniła ją z dumą Laura.

I nagle, pod wpływem jakiejś myśli, całkowicie się zmieniła, jakby ujrzała właśnie coś cudownego; przestała żuć gumę i znieruchomiała w milczącym zachwycie. Oblana rumieńcem, z księżycowym blaskiem w oczach, nie wyglądała na dawnego, groźnego Tygrysa. Była Laurą w pełni romantyczną, który to efekt wzmagał – niezależnie od piżamy – wieniec z plastikowej ruty i plastikowych konwalii przytrzymujący welon.

– Aaaadamm… – powiedziała głosem sekretnym, dziwnym, dalekim.

– Rozumiem – szepnęła tęsknie Magda.

Rumieniec z wolna opuścił piękną twarz Laury. Oczy jej z maślanych stały się na powrót stalowe. Zdjęła welon, starannie powiesiła go na haczyku obok lustra i siadła po turecku na swoim tapczanie. Następnie wyjęła z ust kulkę gumy i z rozmachem przykleiła ją do filiżanki po herbacie.

– Nic nie rozumiesz – powiedziała spokojnie i pobłażliwie, przyciskając obie ręce do serca. – Tego nie można zrozumieć.

Magdusia wpatrywała się w nią bez słowa.

Przez chwilę to trwało, wreszcie Laura przerwała milczenie:

– Nie wierzysz mi? A jednak dziecko z ciebie jeszcze. Byłaś już kiedyś zakochana?

Magda zrobiła wymijającą minę.

– Aha, nie wiesz. To znaczy, że nie byłaś. Nie miałabyś żadnych wątpliwości, gdybyś była. To się po prostu wie.

Magdusia zerknęła z powątpiewaniem.

Laura stropiła się na chwilę.

– A przedtem? Przedtem to były nieważne incydenty – dorzuciła uzupełniająco. – No, co tak patrzysz? Pewnie myślisz, że o mały włos nie wyszłam za Wolfiego. To była pomyłka. Człowiek ma prawo do błędów i pomyłek, czyż nie? W każdym razie wiedz, że nikogo nie skrzywdziłam.

– Aha. Ja też – odparła Magdusia i wlazła pod kołdrę. Zgasiła lampkę. – Ale żałuję – mruknęła w półmroku, rozjaśnianym tylko blaskiem ulicznych latarń, hojnie przepuszczanym przez nieosłonięte niczym szyby.

Laura natychmiast zapaliła lampę stojącą przy tapczanie. Zrobiło się całkiem jasno.

– Co mówiłaś?

– Nie ma zasłon? – zmieniła pospiesznie temat zakłopotana Magdusia. – Myślę, że widać nas z ulicy.

– Nie szkodzi. Wszystkich widać z ulicy i co z tego. Były zasłony, ale je zdjęłam z okazji świąt.

– Aha.

– Ale to dobrze, że mi o nich przypomniałaś, może jeszcze je wypiorę przed weselem. No, właściwie nie będzie takiego prawdziwego wesela. Wszystko będzie niekonwencjonalne. Ślub planujemy cichy i skromny, bo ojciec Adama jest bardzo chory. Z kościoła pojedziemy więc od razu do Kostrzyna, na małą kolację rodzinną. A przyjęcie będzie dopiero tu, w sylwestra. Przyjdzie więcej ludzi i będzie można trochę potańczyć. Wiesz, masz dobry pomysł, całkiem możliwe, że zasłony upiększą mi jakoś to wnętrze, bo całą resztę mebli trzeba będzie wystawić do piwnicy albo na balkon. Z wyjątkiem pianina.

Na te właśnie słowa do pokoju wpadła Gabriela, pukając w ościeżnicę starych drzwi i równocześnie mówiąc:

– O, o, właśnie o tym myślę, Tygrysku, muszę odbyć z tobą rozmowę organizacyjną.

– Ależ po co, mamo, ceremonia jest już przepięknie zorganizowana.

– Przez kogo?!…

– Przez pana Gruszkę oczywiście. On absolutnie wszystko organizuje, to jest człowiek numer jeden w przedsiębiorstwie Fidelisów.

– Tygrysku, ale tu nie chodzi o przedsiębiorstwo, tylko o wasz ślub!

– Spokojnie, mamo. W „Daglezji” wszystko gra jak w zegarku. Ze ślubem też tak będzie.

– Mam pewne obawy. Dotychczas wszystkie nasze…

– Wiem, wiem, słynne fatum. Ja ci powiem, dlaczego ono dotąd tak uparcie działało: bo zbyt nerwowo wszystko organizowaliście. Zbyt się staraliście. A wtedy zawsze coś nawala. Rozumiesz?

– Nie – odrzekła jej matka. – Nie rozumiem. Ani rusz. Mój pogląd jest taki, że w życiu nie da się wszystkiego zaplanować i przewidzieć, nawet w najdrobniejszych sprawach codziennych, a cóż dopiero w przypadku takiego wydarzenia jak ślub. I dlatego trzeba to porządnie zaplanować, żeby przypadek nie miał swobody działania.

– A mój pogląd jest przeciwstawny, choć wychodzę z podobnych przesłanek. Ponieważ w życiu nie da się wszystkiego zaplanować, należy sobie to odpuścić i zdać się na los. Kiedy ze spokojem i równowagą traktujesz taką naprawdę ważną sprawę, ona w sposób naturalny zaczyna dziać się sama, ona podlega swoistej grawitacji, rozumiesz.

– Nadal nie. A przypadek i jego psikusy?

– Mamo, przypadek nie będzie miał absolutnie żadnego pola manewru. A zgadnij dlaczego: skoro pan Gruszka wziął sprawy w swoje ręce, psikusy odpadają w przedbiegach. Tak jak i fatum. Pan Gruszka i fatum! – no, nie. Więc jestem na luzie, zupełnie spokojna. Bo on jest taki spokojny. Ufam mu.

– Jemu ufasz, mnie nie. Teraz rozumiem.

– Ależ ufam ci, ale jemu bardziej. Popatrz, jak się uwinął z budową domu dla nas.

– Mają już dom, wyobraź sobie – bezradnie wyjaśniła Magdzie Gabriela. – Pan Gruszka!… Uzurpator, nie Gruszka.

– Maciupki domeczek, ale w sam raz – weszła matce w słowo Laura. – Dwa pokoiki z kuchenką i łazienką. Altanka Miłości. Niedaleko domu Fidelisów. Wokół ocean zieleni z przewagą iglaków w pojemnikach i w gruncie. Pan Gruszka jest nieziemski, potrzebował tylko roku na całkowite zakończenie budowy. Przy kosztach minimalnych, dodajmy, bo zostało mu sporo materiałów po powiększeniu pawilonu dla róż. Miał tylko jednego pomocnika, no i oczywiście Adama. Adam sam kładł cegły! – dorzuciła Laura z dumą. – Zasługi pana Gruszki są ogromne, on potrafi wszystko i na wszystkim się zna. Pomyśleć tylko, że kiedyś go nie lubiłam i uważałam za gbura!

– Czy pan Gruszka ma córkę? Wydawał ją za mąż? Zebrał jakieś szczególne doświadczenie? – dopytywała się niespokojna Gabriela.

– Nie. On nie ma dzieci. Jest samotny.

– No, właśnie. To skąd on ma wiedzieć…

– Już on wie. To jest bardzo praktyczny człowiek.

– Tylko że to ja powinnam czuwać nad wszystkim, Tygrysku.

– Ale po co, kiedy jest pan Gruszka.

– Taka jest tradycja – panna młoda wychodzi z domu rodzinnego, i to jej rodzina dba o szczegóły ceremonii i wesela.

– Ech, wiesz – i ty, i dziadek macie jakieś gorączkowe przywiązanie do tradycji. Mamo, nie martw się, może to wszystko jest nietypowe, ale i tak będzie dobrze. To ma swoją logikę. Ja jestem nietypowa, Adam jest nietypowy, a najważniejsze, że się kochamy. Całkowicie nietypowo! Bo na wieki!

To rzekłszy, uszczęśliwiona Laura porwała się z tapczanu na równe nogi i raz jeszcze ekspresyjnie przymierzyła welon, nucąc pieśń Das Veilchen.

Jej śpiew jest coraz piękniejszy, stwierdziła z podziwem Magda, słuchając, jak słodki sopran Tygrysa radzi sobie z Mozartem. Nic dziwnego, że piękna studentka wokalistyki zdobywała tyle nagród i wyróżnień.

– Prawdę mówiąc, nie mogę się doczekać tej sukni – wyznała Laura w kierunku Magdusi. – Sama ją zaprojektowałam, wiesz? Jest bardzo mocno ściśnięta w talii, o tak, na ramionach taki opadający pas, falbaneczki, szeroka spódnica do ziemi, o taka, z trzech pięter, wszystko w śliczne haftowane ząbki, a rękawki – stąd dotąd, też w ząbki. Ciekawe, jak ten welon będzie do niej pasował.

– A pantofle? – spytała Magda i zdziwiła się, bo obie, matka i córka, parsknęły jednocześnie śmiechem. – Co?…

– Kupione. Na wszelki wypadek – dwie identyczne pary – wyznała mama Laury. – Były w rodzinie bolesne doświadczenia. Kiedy Ida wychodziła za mąż, w ostatniej chwili okazało się, że nie ma butów. A niełatwo było w tamtych czasach dostać białe obuwie damskie numer 41, i to tuż przed świętami.

– No, proszę, a o czym ja mówię, ja o tym mówię, to było klasyczne niedopatrzenie z powodu tremy! – powiedziała Laura pobłażliwie, z wysoka. – Pamiętam, pamiętam dobrze, jakie to nerwy były. Histerie z powodu welonu, spazmy z powodu butów i tak dalej. Dziadek przy telefonie przeszukiwał sklepy. Ja na pewno nie doprowadzę się do takiego stanu, jak wtedy ciotka Ida. Po pierwsze, mam stopy w normalnym, ludzkim rozmiarze. Po drugie, mam dwie pary identycznych pantofli. Po trzecie, ze spokojem zadbam o szczegóły zawczasu.

– Właśnie. – Matka wzięła z biurka Laury długopis i kartkę. – Zapiszmy wszystko, żeby już o niczym nie zapomnieć. Zacznijmy od sukni.

– Ostatnia przymiarka jutro.

– Piszę: jutro. Przymiarka sukni. A odbiór?

– No, jak Krawcowa Operowa zdąży. Spokojnie, ona jest niezawodna. – Laura znów zwróciła się do Magdusi, by wyjaśnić: – Ona szyje kostiumy dla Teatru Wielkiego. Słusznie ją cenią w środowisku śpiewaczym. Ta suknia jest doskonała, zupełnie jak z Traviaty!

– Piszmy dalej. Ślub. Kościół w Kostrzynie…

– Wszystko załatwione.

– …dwudziestego siódmego grudnia, niedziela, godzina czwarta. Po mszy my z Grzesiem jedziemy z wami do państwa Fidelisów – a czy nie trzeba by…

– Mamo, mamo, odpręż się, pan Gruszka o wszystko zadba.

– Ależ przestań w kółko z tą gruszką. Czy twój ojciec odpowiedział na zaproszenie?

– Nie – spochmurniała Laura. – Jakie to dla niego typowe. Zupełnie się nie liczy z innymi. Ale to żadna nowość. Nie liczył się z tobą, nie liczył się z Różą i zupełnie nie liczył się ze mną, nawet nie chciał mnie zobaczyć po urodzeniu…

– No, już, już… kochanie. Daj spokój – szepnęła Gabriela i szybko zmieniła temat: – A ile w ogóle wysłałaś zaproszeń?

– Nie wiem, chyba niewiele. Aha, à propos, jedna moja koleżanka z roku zaśpiewa. A jeden mój kolega zagra na organach.

– Wesele: w sylwestra. Ile osób?

– Oj, no nie wiem, będzie garstka…

– To jest już ostatnia chwila, żeby policzyć gości – zdenerwowała się Gabriela.

– Nie wiem po co, ach! – wiem po co: rzeczywiście, pan Gruszka prosił, żebym mu dała znać, ile osób będzie na przyjęciu weselnym. Załatwia catering.

– On załatwia?!…

– Tak, w Kostrzynie jest znakomita i sławna restauracja, pan Gruszka bardzo zachwalał. Jest jej stałym bywalcem.

– Znakomita! Sławna!… – toż to będzie kosztować majątek! Myślałam, że to ja ci przygotuję całą ucztę i upiekę wspaniały tort weselny…

– Nie, no po co masz się męczyć, wyluzuj, aprowizację mamy załatwioną. A tort weselny zamawiam u Bernarda Żeromskiego. Zapisz, mamo: mam jeszcze się u niego pojawić przed pieczeniem, w celu dopracowania koncepcji i uściślenia szczegółów. Ja myślę, że wszystko powinno być w białej czekoladzie (uwielbiam białą czekoladę, jest taka przewrotna!). No i jeszcze w śnieżnobiałym marcepanie: szlachetna prostota, białe róże i nieliczne białe zawijaski. No, może ustąpię Bernardowi, jeśli znów będzie w ostrej fazie manii owadziej: pozwolę mu na dwa białe cukrowe motylki. Co jeszcze?

– Noclegi. Twoja siostra Róża dzwoniła, że zatrzymają się we trójkę u Pulpecji. Ktoś jeszcze do przenocowania?

– A, nie… sami miejscowi. Właściwie na weselu będzie tylko rodzina, ale to już jest prawie trzydzieści osób. Aha, mamo, zaprosiłam kogoś jeszcze. Wszyscy proszą na ślub kolegów i koleżanki ze szkoły, to po namyśle zadzwoniłam do Esmeraldy Kopiec.

– Co ty powiesz!

– Nie była wprawdzie moją bliską koleżanką, ale wiesz… Z całej klasy ona jedna była w porządku. Konkretna była taka. I praktyczna. I nadal jest. To budzi moje uznanie. Całkiem niedawno natknęłam się na nią w tramwaju i pogadałyśmy sobie. Jej rodzina poszła z duchem czasu i zajęła się szeroko rozumianym wizażem. Arleta Kopiec, jej starsza siostra, jest znaną fryzjerką, co warto zapamiętać. Sybilla Kopiec ma salon kosmetyczny z solarium. Salome prowadzi szkołę aerobiku i odchudzania artystycznego. Sama Esmeralda Kopiec ukończyła protetykę stomatologiczną i świetnie zarabia, bo, jak to ujęła, nagle wszyscy wokół chcą mieć zęby. Ma chłopaka, ale się waha, czy wyjść akurat za niego, bo chciałaby nosić podwójne nazwisko, a on się nazywa Mrówek.

Magdusia parsknęła nagłym śmiechem i padła płasko na poduszki.

Gabriela westchnęła.

– Tygrysku, rozmowa organizacyjna z tobą jest niemożliwa.

– Możliwe.

– Nic nie ustaliłyśmy.

– No, ale przecież naprawdę nie trzeba nic więcej ustalać. Pan Gruszka czuwa.

7

Noc już zapadła, wiatr świszczał przez szpary i postukiwał luźnymi ramami stuletnich okien. Stara kamienica ucichła wreszcie, z wolna gasły w niej światła, ekrany telewizorów i monitorów, a zawieja śnieżna zasypywała skrzętnie i cichutko nieszczelny dach, liczne anteny telewizyjne i satelitarne, skruszałe balkony, obtłuczone kominy, zardzewiałe parapety, secesyjne ornamenty, gzymsy oraz stiuki.

W suterenie Pałysów panowała senna ciemność, słychać było tylko lekkie chrapanie Idy oraz mocniejsze – ojca rodziny, neurochirurga po dyżurze. Józinek, zamknięty w swej przytulnej klitce wraz z laptopem, drukarką, rowerem, mnóstwem pożytecznych narzędzi, zapasowymi dętkami oraz piłką futbolową, pochrapywał na podobną nutę co ojciec, ale ciszej. Zielone i żółte światełka urządzeń elektronicznych rozjaśniały tu z lekka mroki nocy, wydobywając z niej ciąg Fibonacciego, wypisany grubym mazakiem na arkuszu brystolu, oraz wiszące obok wydruki szczególnie interesujących fraktali.

Za ścianą posapywał słodko i niewinnie mały Ziutek, leżąc w poprzek swego łóżeczka z siatką i ściskając w łapce ulubioną zabawkę: laryngoskop mamy. A znów Łusia spała snem nerwowym: miała przykrytą głowę i odkryte nogi; od czasu do czasu przebierała nimi przez sen oraz podrygiwała. Śnili jej się Aztekowie biegający za piłką do drewna.

Ponad stropem sutereny, na wysokim parterze u Borejków, w starych rurach coś rytmicznie cmokało i na przemian zasysało. Mimo tych niesprzyjających i trywialnych odgłosów w przyległym do łazienki pokoiku powstawał właśnie natchniony nowy sonet. To Ignacy Grzegorz Stryba tworzył o tej późnej porze, a cisza nocna dodawała mu skrzydeł.

Po drugiej stronie korytarza, w mrokach dużego pokoju, położonego tuż obok głównego wejścia, spali cicho, smacznie i głęboko rodzice poety, w danej chwili zupełnie nieświadomi potęgi jego mąk twórczych. Spali twardo, policzek przy policzku, objęci i przytuleni do siebie pod jedną kołdrą, na której leżały i poruszały się w rytm ich oddechów dwie identyczne książki (W oficynie Elerta); zawsze kupowali sobie po dwa egzemplarze ciekawych nowości, żeby przypadkiem się nie pokłócić o pierwszeństwo. Wokół nich, spiętrzone na regałach, spały podwójne, czasem potrójne, a także pojedyncze egzemplarze innych książek: tomiki poezji, powieści, antologie, dramaty, dzienniki, eseje, notatki i wspomnienia, dzieła naukowe i wydawnictwa akcydensowe – a wszystko porządnie zakurzone.

Ciemno było i u dziadków, chociaż ci na odmianę nie mogli zasnąć. Cisza panowała tu głęboka, ponieważ każde z nich obawiało się obudzić współmałżonka. Oboje mieli problemy z bezsennością, zwłaszcza od czasu, gdy na pięćdziesiątą rocznicę ślubu otrzymali od córek dwa piękne, wygodne, nowoczesne łóżka z podnoszonymi za pomocą pilotów wezgłowiami i podnóżkami. Chociaż od złotych godów minął już przeszło rok, jubilaci wciąż jeszcze się nie przyzwyczaili do braku swoich starych legowisk. Nowe łoża były trochę zbyt wygodne i trochę zbyt kosztowne, by można było je tak od razu polubić. A już te fikuśne piloty to było coś strasznego.

Babcia Mila leżała z nogami wyżej, z głową niżej, srebrne włosy miała rozpuszczone, oczy zamknięte, wałek pod karkiem. Myślała o bliskim już ślubie wnuczki, przewidując i planując, a przede wszystkim – poddając się miłej retrospekcji. Odświeżała otóż w pamięci tamtą romantyczną chwilę, gdy młody, rudowłosy, kędzierzawy, czarujący w swej roztargnionej nieśmiałości Ignacy Borejko oświadczył się jej w starym fotoplastykonie. Uśmiechała się teraz w mroku: to było jedno z jej najbardziej wzruszających wspomnień.

Często dziękowała Opatrzności za cały ten piękny, dalekosiężny plan. Lecz, ciekawe! W pełni widać go było dopiero teraz, kiedy się spoglądało wstecz na swoje długie życie. Ten plan był nie tylko piękny; był precyzyjny i dopracowany przez Stwórcę w każdym szczególe. Wszystko w nim było celowe, wszystko czemuś służyło. Nawet tak zwane przypadki. Nawet smutki i ból.