Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Zamach majowy 1926 roku zastał prezydenta Wojciechowskiego w Spale, dokąd wyjechał odpocząć. Wracał stamtąd do Warszawy pospiesznie, zostawiwszy rodzinę, by spotkać się z Józefem Piłsudskim na Moście Poniatowskiego punkt o siedemnastej. Rozmowę skończyli trzy minuty później. „Dla mnie droga legalna zamknięta” – miał powiedzieć mu Piłsudski. Po słynnej wymianie zdań nie było już odwrotu.
Profesor Andrzej Chwalba w ostatniej części trylogii o II RP wnikliwie opisuje duszną atmosferę miesięcy poprzedzających akcję Piłsudskiego oraz sam przebieg najkrwawszego zamachu stanu w Europie od zakończenia I wojny światowej. Tworzy przy tym oryginalną opowieść o budowniczych międzywojennej Polski i ich relacjach z marszałkiem. Pokazuje też, że w polityce najważniejsze bywają dawne urazy i niepowodzenia, osobiste ambicje i kiełkujące nadzieje. Przede wszystkim jednak odpowiada na pytanie, czy do zamachu majowego naprawdę musiało dojść.
„Andrzej Chwalba zbudował opowieść o zamachu przez pryzmat ludzi, ich odczuć, marzeń, nadziei, niepowodzeń i niezrealizowanych idei. To ciekawa narracja o tych, którzy budowali Niepodległą. O tych, którzy uczestniczyli w wyścigu po władzę, ale i o tych, którzy własną wizję Polski innym dać (narzucić) chcieli. Koncepcja ta pozwoliła autorowi ukazać bohaterów zamachu od strony ich psychiki; pokazać mentalność ludzi, ale i ich poglądy, ich ambicje i rozterki.” prof. Marek Sioma
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 484
Data ważności licencji: 4/22/2033
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Projekt okładki Agnieszka Pasierska
Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś
Fotografia na okładce: Posterunek przy wjeździe na Most Kierbedzia w Warszawie w trakcie przewrotu majowego, Narodowe Archiwum Cyfrowe
Copyright © by Andrzej Chwalba, 2026
Opieka redakcyjna Jakub Bożek
Redakcja Anastazja Oleśkiewicz
Recenzja naukowa dr hab. Marek Sioma
Korekta i indeks Magdalena Kędzierska Zaporowska / d2d.pl, Edyta Chrzanowska / d2d.pl
Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl
Mapy dr Marcin J. Sobiech, exgeo.pl
Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl
ISBN 978-83-8396-315-0
Hani, wnuczce
Sto lat temu miało miejsce wydarzenie, które przeszło do historii i utrwaliło się pod nazwą zamachu lub przewrotu majowego. W literaturze historycznej spotykamy też inne nazwy. Mariusz Wołos, autor najnowszej biografii Piłsudskiego, określa je jako „majowy bunt żołnierzy”, a Marek Sioma jako „zamach stanu Józefa Piłsudskiego”. Natomiast świadkowie tamtych dni różnie je nazywali. Jedni przewrotem, puczem, rebelią, buntem, rokoszem, wojną domową, wydarzeniami warszawskimi, drudzy rewolucją majową, wypadkami majowymi, akcją majową, czerwoną rewolucją, a kolejni „konfederacją przy Marszałku zawiązaną” czy „buntem piłsudczyzny”. Tylko sporadycznie mówili o wydarzeniu jako o zamachu Piłsudskiego czy o majowym zamachu stanu. Sam Piłsudski twierdził, że nie planował przeprowadzenia zamachu stanu z udziałem tysięcy żołnierzy, niemniej ostatecznie, wbrew zamiarom przeprowadził – jak pisał – „coś podobnego do zamachu stanu”.
O przyczynach i skutkach zamachu majowego rozmawiano i spierano się w Polsce międzywojennej, a nawet w polskim podziemiu niepodległościowym w czasie okupacji lat 1939–1945, kiedy to radykalne środowiska związane ze stronnictwami narodowymi oskarżały Armię Krajową o przygotowanie wraz z powstaniem powszechnym zamachu stanu wzorowanego na zamachu majowym, co by pozwoliło sanacyjnym oficerom przejąć władzę nad krajem. Obecnie mimo upływu lat temat zamachu majowego dalej jest żywy, a momentami gorący od nawarstwiających się emocji, które sięgają świata współczesnej polityki. Po 1989 roku polscy politycy spoglądali na „maj 1926” najczęściej z perspektywy procesu przywódców opozycji, których uwięziono w wojskowej Twierdzy Brzeskiej, a następnie sądzono przed Sądem Okręgowym w Warszawie. Byli wśród nich między innymi: prezes PSL „Piast” Wincenty Witos, lider śląskiej chadecji i bohater walk o polski Śląsk Wojciech Korfanty, liderzy PPS, w tym Herman Lieberman, Adam Pragier czy Adam Ciołkosz. W ciągu ostatnich kilkunastu lat wielokrotnie podejmowano próby przeprowadzenia procesu rehabilitacyjnego ofiar Brześcia, lecz ani w 2006 roku, ani w 2016, ani później Sejm nie przyjął uchwały potępiającej politykę sanacji wobec liderów opozycji. Jeszcze w 2022 roku posłowie deklarowali: „Domagamy się prawdy na temat zamachu majowego. Koniec z polityką, niech zwycięży prawda”. W 2020 roku do Sądu Najwyższego wpłynął wniosek o kasację wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie z 1932 roku, który skazał dziesięciu spośród jedenastu sądzonych na kary więzienia. W 2023 roku zapadł wyrok. Wszyscy skazani zostali uniewinnieni, co oznaczało pełną rehabilitację. Zbiegło się to z decyzją Sejmu, który rok 2023 obwołał Rokiem Korfantego, a rok 2024 – Rokiem Witosa.
Zamach majowy 1926 roku poprzedzały spory polskich obozów politycznych. Słowa używane przez polityków w latach dwudziestych XX wieku przypominają jako żywo te z lat dwudziestych XXI stulecia. Odmienne były jedynie technologie przekazu. Przed majem 1926 roku skromniejsze były też aktywność obywatelska i mobilność społeczna, choć poziom zacietrzewienia polityków jest porównywalny. Porównywalny jest również podział na dwie Polski. Sto lat temu jedna była „za Dziadkiem”(Piłsudskim), druga zaś „przeciw Dziadkowi”.
„Zamach majowy” stanowi trzecią i ostatnią część opowieści o początkach lat dwudziestych Rzeczypospolitej Polskiej. Pierwsza część ukazała się w 2019 roku i nosiła tytuł: 1919. Pierwszy rok wolności, a kolejna w 2020 pod tytułem Przegrane zwycięstwo. Wojna polsko-bolszewicka. Teraz czas na domknięcie tryptyku. Wszystkie trzy książki ukazały się w Wydawnictwie Czarne. Podobnie jak poprzednie Maj 1926 jest pracą naukową w treści i popularną w formie. Ponieważ ma charakter popularyzatorski, pozbawiony jest przypisów, jako że one służą głównie badaczom. Dla lepszego zorientowania się w poszczególnych wątkach oraz w literaturze przedmiotu proponujemy czytelnikom skorzystanie z książek uwzględnionych w bibliografii. Już z jej lektury można się zorientować, że po 1990 roku wydano wiele dzieł naukowych, wydawnictw źródłowych, tekstów publicystycznych oraz kilka monografii bezpośrednio dotyczących zamachu. Dla naszych badań te właśnie wydawnictwa były najważniejsze. Natomiast mniejsze znaczenie miały prace, które jeszcze niedawno uchodziły za podstawowe, a są obciążone estetyką minionej epoki i nieuwzględnieniem wielu kolekcji źródłowych.
Zamach / przewrót majowy był najważniejszym wydarzeniem w dziejach Rzeczypospolitej Polskiej okresu między wojnami. Dzielił epokę dwudziestolecia na dwa okresy: 1918–1926 i 1926–1939. Mimo to nie jest powszechnie znany. Współcześni nie zawsze rozumieją, o co w nim chodziło i komu, jakie były jego mechanizmy i okoliczności ani jakie emocje towarzyszyły uczestnikom walk, a jakie warszawskim widzom. Dlatego przygotowanie pracy o „maju 1926” jest koniecznością – tym bardziej że w 2026 roku przypada okrągła rocznica tamtych wydarzeń.
Naszą opowieść zaczynamy od sporów prowadzonych między dowódcami Legionów Polskich w czasie Wielkiej Wojny, które pozwalają nam wyjaśnić przyczyny oraz okoliczności zamachu. Opowieść kończymy na wyborze profesora Ignacego Mościckiego na urząd prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, który formalnie zakończył proces legitymizacji władzy przez Piłsudskiego. Analiza dalszych następstw zamachu nie jest naszym celem badawczym. Są to tematy na odrębne książki.
Chciałbym wyrazić głęboką wdzięczność Panu Profesorowi Markowi Siomie z UMCS, znamienitemu znawcy epoki, za sumienną lekturę tekstu, za uwagi natury ogólnej i szczegółowej, za refleksję i sugestie co do niezbędnej korekty i wprowadzenia uzupełnień.
W połowie sierpnia 1914 roku utworzono Legiony Polskie. Ich oddziały weszły w skład armii austro-węgierskiej. Jako pierwsza powstała I Brygada, której komendantem został Józef Piłsudski, następnie II Brygada, a w 1915 roku III Brygada. Relacje dowódców brygad od początku nie były najlepsze, a w miarę upływu czasu stawały się coraz gorsze. Waśnie i kłótnie między oficerami a żołnierzami I i II Brygady bynajmniej nie zakończyły się wraz z odzyskaniem niepodległości; trwały nadal. Podczas zamachu majowego oficerowie II Brygady w większości stanęli przeciwko Piłsudskiemu, a w obronie rządu Wincentego Witosa i prezydenta Stanisława Wojciechowskiego. Przeciw Piłsudskiemu opowiedzieli się też oficerowie z Komendy Legionów Polskich. Wśród nich był ówczesny pułkownik Stanisław Szeptycki, rówieśnik Piłsudskiego – rocznik 1867. Ich drogi do Legionów bardzo się różniły. Piłsudski wywodził się z obozu niepodległościowego i z ruchu strzeleckiego, a Szeptycki z armii austro-węgierskiej. Piłsudski był ukształtowany przez szkoły polskich socjalistów z zaboru rosyjskiego i środowiska republikańskie, Szeptycki zaś przez szkoły i kulturę prawną podwójnej monarchii. Legiony ich połączyły, choć na krótko, bo gdy w 1916 roku Piłsudski je opuszczał, to Szeptycki właśnie zasilał ich szeregi.
Jesienią 1916 roku Szeptycki został na krótko komendantem Legionów Polskich, a następnie objął komendę Polskiego Korpusu Posiłkowego i funkcję tę sprawował do 24 kwietnia 1917 roku; wcześniej przez kilka miesięcy był dowódcą III Brygady. Piłsudski miał do niego stosunek krytyczny, podobnie jak do pozostałych komendantów Legionów. Zarzucał im służbę interesom austriackim. Nazywał ich najemnikami, kondotierami, „austriackimi kukłami”, gdyż gwarantowali zwierzchność austriackiego dowództwa nad Legionami i widzieli w nich jedynie polskie oddziały w służbie cesarza i dynastii Habsburgów. Natomiast komendant I Brygady przez cały okres wojny systematycznie walczył o jak największą samodzielność Legionów, o ich polonizację. Chciał w nich widzieć zaczyn polskiej armii, która stanie się atutem w staraniach o odzyskanie niepodległości.
Komendanci mieli oparcie w Komendzie Legionów, składającej się z austriackich oficerów. Cenili sobie hierarchiczność i krzewili kult cesarskiego munduru. Przestrzegali procedur i byli dumni z przynależności do kasty oficerskiej. Legioniści, zwłaszcza ci z I Brygady, nazywali ich „Austriakami” i używali tego określenia po 1918 roku. „Austriak” nie musiał oznaczać osoby należącej do niemiecko-austriackiej wspólnoty etnicznej, choć i takie były wśród oficerów, lecz identyfikującą się z tradycyjnym modelem życia wojskowego. Zdaniem Piłsudskiego oficerowie reprezentujący Komendę blokowali polonizację Legionów i szkodzili jego staraniom w Wiedniu o nadanie formacji zdecydowanie polskiego charakteru. Dlatego Komendę nazywał mało elegancko „mendą” lub „morową gangreną”, a na początku lat dwudziestych XX wieku „hołotą”, „szmatami ludzkimi”. W jego przekonaniu oficerowie Komendy nie mieli moralnego prawa dowodzenia polskim wojskiem. Z kolei „Austriacy” zarzucali Piłsudskiemu i jego zwolennikom pieniactwo, warcholstwo, brak dyscypliny, lekceważenie elementarza wojskowego, politykierstwo. Wskazywali na braki w wykształceniu wojskowym, na lekceważenie musztry i dyscypliny wojskowej. Dla nich hasło walki o Niepodległą brzmiało niepoważnie, jak niebezpieczna utopia.
W Komendzie czołową rolę odgrywał kapitan Włodzimierz Ostoja-Zagórski, szef sztabu, oficer wywiadu i kontrwywiadu, sprawujący nadzór nad polityczną aktywnością oficerów i żołnierzy Legionów. Zdolny, błyskotliwy, ambitny. Poliglota. Ostro zwalczał brygadiera Piłsudskiego, uważając go za awanturnika i wojskowego dyletanta. Nie powinien – jak uważał – dowodzić nawet plutonem. Piłsudczycy z kolei nazywali go szubrawcem, zakałą, szpiegiem. Brygadiera i kapitana połączyła nienawiść i to na wiele lat. Wzajemnie sobie szkodzili. Zagórski zabiegał w Wiedniu o zdymisjonowanie Piłsudskiego, brygadier zaś – o odwołanie Zagórskiego. Ale ani jeden, ani drugi nie wygrał tej batalii. W czasie kryzysu przysięgowego w 1917 roku Zagórski przekonywał legionistów do pomysłu złożenia przysięgi na wierność obu cesarzom: austriackiemu Karolowi i niemieckiemu Wilhelmowi. Zdaniem piłsudczyków internowanie brygadiera w lipcu 1917 roku było następstwem intryg i zabiegów Zagórskiego w Berlinie i w Wiedniu. Po zakończonej wojnie ten zarzut stale wracał.
Komendanci i oficerowie Komendy Legionów stawiali za wzór II Brygadę, zwaną „żelazną”, która uchodziła za karną i zdyscyplinowaną, inaczej niż swawolna i rozpolitykowana I Brygada. Legioniści II Brygady sumiennie wykonywali rozkazy wojskowe i nie uprawiali polityki, tak jak legioniści I Brygady. Brygadę Piłsudskiego uważano za formację pospolitego ruszenia w najgorszym rozumieniu tego słowa. Przez kilkanaście miesięcy obie brygady walczyły w oddaleniu od siebie. I Brygada skupiała oficerów i żołnierzy z formacji strzeleckich, natomiast w II Brygadzie liczni byli oficerowie austriaccy, w tym jej komendanci. Nawet nakrycie głowy i sposób salutowania odróżniały żołnierzy obu brygad. Propagandziści I Brygady prezentowali II Brygadę jako formację zaprzedaną interesom podwójnej monarchii, jako „Austriaków legionowych”. Z kolei oficerowie II Brygady nazywali legionistów z I Brygady kliką socjalistyczną, bandą bezbożników i przebierańców, a nie żołnierzy. Kryzys legionowy 1917 roku uwydatnił i pogłębił różnice polityczne i ideowe między formacjami legionowymi. Gdy żołnierze I Brygady oraz częściowo III Brygady odmówili złożenia przysięgi, ci z II Brygady w większości ją złożyli. Legioniści z I Brygady i „Austriacy” reprezentowali odmienne i antagonistyczne światy żołnierskie. Jednym słowem – wiele ich dzieliło, niewiele łączyło. Ta odmienność wpłynęła na stan wzajemnych relacji w Polsce niepodległej, na wzajemną niechęć, a często wrogość. W znakach solidarności grupowej „Austriaków” widzieli zgubne wpływy zaborcy. Wiedeń miał ich popsuć. Legionistów I Brygady drażniła zarozumiałość „Austriaków” i puszenie się dyplomami akademii wojskowych. Odmienne doświadczenia wojskowe nie pozostały bez wpływu na możliwość porozumiewania się na froncie. „Austriacy” nie rozumieli Piłsudskiego, a on nie rozumiał ich. Brygadier niejednokrotnie improwizował podczas walk, podczas gdy oni postępowali zgodnie z szablonami wyniesionymi z wojskowych akademii i z austriackiej armii. On upraszczał procedury, oni zaś je komplikowali i mnożyli obieg papieru.
Największym poważaniem i szacunkiem żołnierzy II Brygady cieszył się Józef Haller. Był z nią związany od początku do końca przez ponad trzy lata. Dał się poznać z jak najlepszej strony w czasie walk w Karpatach, na Bukowinie, a następnie na Wołyniu. W lipcu 1916 roku został komendantem II Brygady. W wielu kwestiach, choć raczej drobnych niż pryncypialnych, różnił się z komendantem I Brygady. Poważne różnice między nimi zaznaczyły się dopiero w czasie kryzysu przysięgowego 1917 roku. Haller opowiedział się za złożeniem przysięgi, gdyż uważał, że dzięki temu zostaną zachowane polskie kadry wojskowe i polskie struktury dowodzenia. Gdy internowani żołnierze i oficerowie I Brygady powędrowali za druty obozów w Szczypiornie i Beniaminowie, a Piłsudski i Sosnkowski do twierdzy w Magdeburgu, to legioniści II Brygady dalej służyli w armii podwójnej monarchii w ramach Polskiego Korpusu Posiłkowego, aż do tak zwanego kryzysu brzeskiego z lutego i marca 1918 roku. Wówczas to Haller w akcie protestu przeciwko antypolskiej polityce Wiednia wypowiedział posłuszeństwo podwójnej monarchii i przebił się pod Rarańczą w kierunku wschodnim. Natomiast legioniści, którym się to nie udało, byli przesłuchiwani i sądzeni przez austriacki sąd wojskowy. Niektórym groził najwyższy wymiar kary! Piłsudski tym razem uznał, że Haller postąpił tak, jak powinien.
Piłsudski spierał się też z Władysławem Sikorskim. Obaj dobrze się znali sprzed wojny i wówczas ściśle ze sobą współpracowali. Sikorski był członkiem Związku Walki Czynnej (ZWC), Związku Strzeleckiego i Tymczasowej Komisji Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych, wspierał ruch strzelecki. Z przekonań demokrata i liberał. W pierwszych miesiącach wojny współpraca, mimo różnicy wieku, układała się bardzo dobrze. Sikorski był mężem zaufania Piłsudskiego w Naczelnym Komitecie Narodowym (NKN) i to dzięki jego poparciu otrzymał stanowisko szefa Departamentu Wojskowego odpowiedzialnego między innymi za rekrutację i wyposażenie wojskowe Legionów. Stopniowo jednak w ich relacjach zaczęły się pojawiać pęknięcia. Sikorski był wyznawcą tak zwanego trializmu, czyli idei przekształcenia Austro-Węgier w monarchię trialistyczną: Austro-Węgry-Polska, co miało nastąpić po przyłączeniu Królestwa Polskiego do Galicji. Królem Polski miał być cesarz austriacki, a jej stolicą zostałaby Warszawa. Piłsudski zarzucał trialistom brak realizmu, gdyż trialistycznej wizji lansowanej przez polskich lojalistów z Galicji nie poparły elity Wiednia i Budapesztu. To po pierwsze. Po drugie, zarzucał Sikorskiemu, że nie zauważył, iż akcje Austro-Węgier na politycznej giełdzie Wielkiej Wojny słabną, a rosną notowania Drugiej Rzeszy i to Berlin decyduje o kształcie Europy Środkowej, w tym ziem polskich. Zatem to z przywódcami Niemiec należało się układać. Napięcie między nimi rosło i Piłsudski podjął nawet próbę usunięcia Sikorskiego ze stanowiska szefa Departamentu Wojskowego, gdyż oskarżał go o to, że stał się ślepym narzędziem polskich lojalistów. Niemniej celu nie osiągnął, ponieważ identyczną linię polityczną jak Sikorski reprezentowało kierownictwo NKN. Gdy w latach 1915–1916 Sikorski zachęcał do dalszego werbunku do Legionów, Piłsudski był temu przeciwny, bo ani Wiedeń, ani Berlin nie przyznały Polakom koncesji politycznych i nie uznały sprawy polskiej za podmiot swojej polityki. Nie możemy być – powiadał przyszły Marszałek – honorowymi dawcami krwi, czyli nie powinno być tak, że w zamian za walkę, a nawet śmierć żołnierzy otrzymujemy co najwyżej uścisk dłoni austriackich i niemieckich generałów. Natomiast jeśli Berlin i Wiedeń postawią sprawę polską na arenie międzynarodowej i jeśli Legionom Polskim przyznają status armii sprzymierzonej, to wówczas będzie można myśleć o wznowieniu werbunku. Warunki te nie zostały spełnione, dlatego jesienią 1916 roku Piłsudski podał się do dymisji. Wraz z nim identycznie postąpiła niemała część legionistów, zwłaszcza z I Brygady i z III Brygady. Niemniej ten kolejny już polityczny szantaż nie przyniósł efektu. Jak się okazało, karty, którymi grał, były zbyt słabe. Natomiast Sikorski ocenił krytycznie grę brygadiera, gdyż uważał, że rację mają ci, co trzymają karabin. Im więcej jest polskich żołnierzy ochotników u boku Wiednia, tym większe są szanse na polityczne zyski dla sprawy polskiej. Było to jego credo.
Na wzajemne relacje czołowych legionistów wpływały również ich ambicje polityczne, tudzież silne przekonanie o słuszności własnych wizji politycznych i sposobów działania. Rywalizację między Piłsudskim, Zagórskim i Sikorskim trafnie odczytał profesor Władysław Leopold Jaworski, prezes NKN, pisząc: „Piłsudski, Sikorski i Zagórski – wszyscy chcieliby być jedynymi wodzami, dyktatorami, symbolami”.
W sprawie dalszej rozbudowy Legionów Polskich podobne stanowisko jak Sikorski miał Szeptycki, który uznał złożenie dymisji przez Piłsudskiego oraz jego zwolenników za dezercję i wezwał dowództwo podwójnej monarchii do surowego karania, zapominając jednak, że Legiony Polskie były wojskiem ochotniczym. Dlatego kiedy został komendantem Legionów, nie przyjął podań o dymisję i przekonywał do ich dobrowolnego wycofania. Takie stanowisko stawiało go jednoznacznie po drugiej stronie legionowej barykady. Dla zwolenników brygadiera pozostał już tylko nierozumiejącym polskich interesów „austriackim żołdakiem”, nikim więcej. Oczywiście była to ocena niesprawiedliwa i krzywdząca, takie jednak były realia polskiej wojny politycznej. Piłsudski i Szeptycki dobrze zapamiętali ten wojenny epizod. Jak widać, dzieje Legionów to nie tylko wielkie dni chwały na frontach, ale i czas „małej” wojny domowej o daleko idących konsekwencjach na przyszłość.
Napięcia między legionistami z lat Wielkiej Wojny, z koszar i okopów, rzutowały na ich powojenne relacje. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości nie wygasła pamięć o wojennych waśniach i kłótniach, a gdy podczas wojny polsko-bolszewickiej jedne konflikty zostały zamrożone, drugie odgrzano, a wojenny czas jeszcze dołożył kolejne zarzewia konfliktów. Było to o tyle istotne, iż byli legioniści, którzy wybili się ponad przeciętność, tacy jak Józef Haller, Włodzimierz Zagórski, Stanisław Szeptycki czy Władysław Sikorski, brali udział w wojnie z bolszewikami, a po jej zakończeniu zaznaczyli swoją obecność w polskiej polityce – i to na czołowych miejscach.
Podczas trwania Wielkiej Wojny i po jej zakończeniu Piłsudski był w sporze także z polskim obozem narodowym i z jego przywódcą Romanem Dmowskim. Śmierć pierwszego prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Gabriela Narutowicza miała istotny wpływ na pogłębienie konfliktu między Piłsudskim a jego prawicowymi adwersarzami. Stale do niej wracał i nigdy nie wybaczył odpowiedzialnym politycznie za to morderstwo.
Profesor Gabriel Narutowicz został pierwszym prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej zgodnie z konstytucją przyjętą przez Sejm Ustawodawczy w dniu 21 marca 1921 roku. Prawo wyboru prezydenta miało Zgromadzenie Narodowe, czyli połączone Sejm i Senat. Jednak między uchwaleniem konstytucji a wyborem prezydenta upłynęło ponad dwadzieścia miesięcy, gdyż posłowie nie spieszyli się z przygotowaniem ordynacji wyborczej do obu izb parlamentarnych. Przyjęli ją dopiero 7 lipca 1922 roku. 5 listopada odbyły się wybory do Sejmu, a tydzień później do Senatu. Zarządził je Piłsudski, jako Naczelnik Państwa, a 28 listopada dokonał otwarcia obu izb. „Dotychczasowe życie polityczne Rzeczypospolitej nie wykazało wybitnych zdolności naszych do współpracy. Sądzę przeto, że będę w tym wypadku rzecznikiem wszystkiego, co żyje i pracuje poza tą salą, gdy zwrócę się do panów z apelem, ażebyście przykładem swoim stwierdzili, że w naszej ojczyźnie istnieje możność lojalnej współpracy ludzi, stronnictw i instytucji państwowych” – podkreślał.
Wybory nie przyniosły jednoznacznego zwycięstwa prawicy ani lewicy. Siły obu opcji w Sejmie się równoważyły. W tej sytuacji o wyborze marszałków Sejmu i Senatu oraz prezydenta decydowały głosy centrum tudzież mniejszości narodowych. Prawica porozumiała się z centrowym PSL „Piast” i na skutek tego marszałkiem Sejmu został trzydziestosześcioletni piastowiec Maciej Rataj, a marszałkiem Senatu Wojciech Trąmpczyński, reprezentant opcji narodowej. Rataj, jako drugi obywatel Rzeczypospolitej, okazał się jednym z najwybitniejszych polskich polityków. Jego awans, jako syna małorolnego chłopa z Galicji, który dzięki talentowi i determinacji ukończył uniwersytet we Lwowie, był świadectwem zmiany na mapie społecznej Polski i awansu osób z chłopskich rodzin.
1 grudnia marszałek Sejmu zwołał Zgromadzenie Narodowe w celu wyboru prezydenta Rzeczypospolitej. Wydawało się, że liderzy partyjni mieli wystarczająco dużo czasu, aby uzgodnić nazwiska pretendentów do najwyższego urzędu w państwie, tak się jednak nie stało. Partie poszukiwały kandydatów, którzy mogliby liczyć na szersze poparcie stronnictw. Doskonale zdawano sobie sprawę, że osoby reprezentujące jedynie własną partię nie będą miały szans na elekcję, choćby reprezentowały największy klub w Zgromadzeniu Narodowym i nosiły powszechnie znane nazwiska, takie jak Daszyński, Witos, Korfanty, Dmowski. Zatem aby wyłonić kandydata, który miałby szansę zwyciężyć, należało szukać poparcia poza własnym obozem. Poszukiwano osób apolitycznych, a przynajmniej nieobciążonych udziałem w walkach partyjnych. Także Piłsudski był przeciwny kandydatom „o wybitnie politycznym charakterze”, co wynikało z przekonania, że prezydent nie reprezentuje siebie ani własnej partii, tylko Rzeczpospolitą Polską – i przed jej obywatelami jest odpowiedzialny.
Dlatego stronnictwa centroprawicowe ostatecznie nie zgłosiły Trąmpczyńskiego jako kandydata, choć był rozważany, lecz Maurycego Zamoyskiego, który dał się poznać w czasie Wielkiej Wojny jako polski patriota finansujący kampanię na rzecz Polski w Europie. Działał aktywnie w paryskim Komitecie Narodowym Polskim (KNP) kierowanym przez Dmowskiego. Od 1919 roku był polskim posłem w Paryżu. Kojarzono go z dyplomacją, a nie z bieżącą polityką. Choć jego serce biło po prawej stronie, to nie wyróżniał się radykalizmem politycznym, a kulturą bycia zjednywał sobie sympatyków. To były jego atuty. Ale miał też wady. Największą był jego status. Był arystokratą, najbogatszym polskim właścicielem ziemskim i przeciwnikiem reformy rolnej.
Także zgłoszony przez PSL „Piast” Stanisław Wojciechowski nie był politykiem powszechnie znanym. Nie walczył na partyjnych barykadach, a jego związek z Piastem był niezobowiązujący. To dlatego wydawał się dobrym kandydatem. „Zarząd Piasta postanowił wysunąć… moją kandydaturę, motywując ją tym, że jako członek stronnictwa najmniej zaawansowany w walkach międzypartyjnych mam więcej szans uzyskać aprobatę innych klubów” – wyjaśniał Wojciechowski. Przed wojną dał się poznać jako aktywny działacz na rzecz spółdzielczości, a wcześniej znany był z pracy w niepodległościowej Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS). Ze względu na swoją przeszłość mógł liczyć na poparcie nie tylko macierzystej partii. Poczet kandydatów zamykali – poza reprezentującym socjalistów Ignacym Daszyńskim – dwaj światowej klasy uczeni profesorowie: Jan Baudouin de Courtenay i Gabriel Narutowicz. Ten pierwszy był intelektualistą, wybitnym językoznawcą, naukowcem szanowanym na salonach uniwersyteckich Europy. Drugiego zaś uznawano za jednego z najlepszych znawców hydrotechniki w świecie i konstruktorów elektrowni wodnych. Był profesorem znakomitej Politechniki w Zurychu, osobowością rozpoznawalną w zachodnim świecie nauki i biznesu. Zgłoszenie tego pierwszego stanowiło niespodziankę, bo jako bezwyznaniowiec, antyklerykał i kandydat mniejszości narodowych nie miał szans. Wysunięcie tej kandydatury miało na celu zamanifestowanie, że Rzeczpospolita Polska jest państwem nie tylko Polaków, a jej obywatelami są również przedstawiciele innych nacji. Z kolei kandydatura Narutowicza nikogo nie zaskoczyła, bo jego nazwisko przewijało się w rozmowach polityków już od kilku tygodni. Oficjalnie został kandydatem PSL „Wyzwolenie”, a osobiście jego lidera Stanisława Thugutta, który go przekonał, choć nie bez trudności, aby nie sprzeciwiał się kandydowaniu. „Od pierwszego niemal wejrzenia zrobił na mnie wrażenie człowieka o bardzo subtelnej kulturze umysłu i charakteru” – pisał Thugutt. Narutowicz nie zabiegał o zaszczyt bycia prezydentem. To o niego się ubiegano i jego do tej roli namawiano. Zgodził się kandydować w poczuciu odpowiedzialności za państwo. Jak sam wyznał, liczył, że nie dojdzie do ostatniego etapu głosowań i wcześniej odpadnie. Kiedy o 19.30 dowiedział się, że został wybrany, miał zapytać: „Co wyście mi narobili?”. Zaraz potem do gmachu Ministerstwa Spraw Zagranicznych, gdzie przybywał, przyjechała delegacja, w której skład weszli premier oraz marszałkowie Sejmu i Senatu, aby powiadomić profesora o wyborze oraz zapytać, czy go przyjmuje. „Nigdy nie widziałem w twarzy ludzkiej takiego przerażenia, jakie w tym momencie odbijało się na twarzy Narutowicza. […] nie było przewidzeniem, które dopiero potem powstało w moim umyśle na tle morderstwa. […] Mogło się wydawać, że Narutowicz spostrzega poza delegacją naszą, jak potem pisał jeden z dzienników, szczerzącą ku niemu puste oczodoły, czaszkę śmierci” – wspominał premier Julian Nowak.
Politycy od prawa do lewa byli przekonani, że w szranki wyborcze stanie Józef Piłsudski, aczkolwiek już wcześniej niedwuznacznie sugerował, że nie jest zainteresowany urzędem prezydenta. Twierdził, że zmęczył się polskim życiem politycznym. „Jestem ciągle zwierzyną w klatce, do której każdy […] strzelać może” – mówił. Politycy sądzili, że to jest tylko typowa dla Marszałka zagrywka. 2 grudnia 1922 roku delegaci czterech partii lewicy i centrum – PPS, PSL „Wyzwolenie”, PSL „Piast” i Narodowej Partii Robotniczej (NPR) – przybyli do Belwederu, gdzie Naczelnik Państwa miał swą siedzibę, i poinformowali go o wysunięciu jego kandydatury na urząd prezydenta. Piłsudski nie odpowiedział jednoznacznie, a jedynie zapowiedział, że poprosi premiera Juliana Nowaka o zorganizowanie spotkania na ten temat w gmachu Rady Ministrów. I tak się stało. Premier zaprosił Piłsudskiego na 4 grudnia 1922 roku. Wystosował też zaproszenie do stronnictw prawicowych, które jednak zdecydowanie je odrzuciły. Szef rządu z kolei odmówił wysłania zaproszeń do stronnictw żydowskich, choć o to zabiegały. Ostatecznie w spotkaniu uczestniczyli liderzy oraz posłowie wspomnianych czterech partii. W sumie stawiło się około 120 osób. Podczas długiego przemówienia Piłsudski nakreślił własną wizję prezydentury i jej relacje z Sejmem, Senatem, rządem i wojskiem. Wskazał cechy, jakie w jego przekonaniu winien mieć kandydat na prezydenta. W końcowej fazie wystąpienia ogłosił jednak, że nie będzie kandydować.
Szanowni Panowie! Jak łatwo z całej mojej przemowy domyśliliście się, dziękuję panom serdecznie za propozycję kandydowania na urząd Prezydenta Rzeczypospolitej. […] Nie uważam, żeby moja własna osoba była właściwą przy tych cechach charakteru, które są nieodłączne od indywidualnej pracy, nakazanej przez konstytucję.
Deklaracją tą zaskoczył posłów, a nawet przyjaciół politycznych, bo z pewnością zostałby wybrany, chociażby dlatego, że również partie mniejszości narodowych oddałyby na niego głos. „To oświadczenie końcowe było niespodzianką, albowiem nikt nie wiedział, co właściwie powie, i sądzono, że to będzie raczej mowa kandydacka aniżeli zrzeczenie się kandydatury” – pisał Nowak. Jak widać, nawet doświadczonym politykom niełatwo było zrozumieć intencje Naczelnika. Zachowywał się jak Sfinks, a jego przyzwyczajenia konspiracyjne, w tym umiejętność dochowania tajemnicy, nie pozwalały na łatwe odczytywanie planów. Nawet przyjaciele nieraz się gubili na różnych zakrętach jego politycznych decyzji. We wspomnieniach Aleksandra Piłsudska, małżonka Marszałka, podkreślała, że przepisy „konstytucji nie odpowiadały godności najwyższego urzędu w państwie i roli, którą musiał prezydent spełniać”. Przyjęcie zaszczytnego skądinąd, ale pozbawionego szerszych kompetencji urzędu prezydenta dla tak ambitnego, a przy tym przekonanego o swojej wielkości oraz zasługach polityka byłoby, w mniemaniu Piłsudskiego, upokarzające. Piłsudski rozsmakował się w roli rządzącego krajem. Jako Naczelnik Państwa w grze politycznej miał o wiele mocniejsze karty niż prezydent. Zdarzało się nawet, że mianował premiera, nie pytając o opinię Konwentu Seniorów Sejmu. Sprawowanie urzędu prezydenta to duża odpowiedzialność połączona ze skromną przyjemnością udziału w czynnościach o mało znaczących konsekwencjach politycznych. Jak się jednak wydaje, nie tylko to go zniechęcało. Jako prezydent musiałby być w stałym kontakcie z liderami partii i poddać się autorytetowi Sejmu obdarzonego rozległymi prawami. Bycie prezydentem gwarantowało dużo trosk, wymagało udziału w męczących i niekoniecznie satysfakcjonujących sporach politycznych, a nie gwarantowało decydującego wpływu na los państwa i armii. Co prawda, jak dowodziło doświadczenie Trzeciej Republiki Francuskiej, nawet przy skromnych możliwościach silna osobowość mogła wpływać na politykę państwa, ale Piłsudski najwyraźniej w to nie wierzył. Polskie życie polityczne oceniał negatywnie, podobnie jak rolę liderów partyjnych – zatroskanych o swoje interesy, skłóconych i stale ze sobą wojujących. Będąc prezydentem, musiałby brać udział w grze parlamentarnej, której nie rozumiał i nie cenił. Nie chciał się uwikłać w polityczne przepychanki, na czym by stracił i za sprawą czego jego wizerunek męża opatrznościowego mógłby zblednąć. Politykę uważał wręcz za szambo, w którym, co zrozumiałe, nie chciał się znaleźć. Gdyby nie odmówił, to najprawdopodobniej nie byłoby zamachu majowego, a więc i niniejszej książki.
Rezygnacja Piłsudskiego wywołała radość po prawej stronie sceny politycznej. Politycy prawicy uznali, że niebo się nad nimi otwarło i że to ich kandydat zostanie prezydentem. Mieli już urząd marszałka Senatu, mieli silne kluby parlamentarne w Zgromadzeniu Narodowym. Do pełni szczęścia brakowało im urzędu prezydenta. Prawica już witała się z gąską, przystępując do głosowania w przekonaniu, że zwycięży. Entuzjazm udzielił się znacznej części warszawskiej ulicy, która biorąc udział w manifestacjach, chciała wywrzeć presję na wahających się posłach i senatorach. Z kolei wśród partii lewicy i centrum nagłe wycofanie się Piłsudskiego, i to tak krótko przed głosowaniem, wywołało popłoch i zmusiło do podejmowania nerwowych, nieskoordynowanych decyzji. „Trzeba było w ostatniej chwili szukać innego kandydata” – przyznał Thugutt.
Ostatecznie na liście pretendentów do urzędu prezydenta znalazło się pięć osób. Wybory odbyły się 9 grudnia. Pierwsze głosowanie przeprowadzono o godzinie 14.10. Nie przyniosło rozstrzygnięcia. Nie było niespodzianką, że w kolejnym głosowaniu jako pierwszy odpadł kandydat partyjny, Ignacy Daszyński, najwybitniejsza postać polskiego socjalizmu niepodległościowego. Jako kolejny odrzucony został Jan Baudouin de Courtenay. Swoją rolę odegrał. Pozostało trzech pretendentów. Z przedwyborczych sondaży wynikało, że finałowa rozgrywka rozstrzygnie się między Zamoyskim a Wojciechowskim. Stało się inaczej, bo Wojciechowski odpadł w czwartej rundzie. Ku swojemu – i polityków – zaskoczeniu do decydującej, piątej rundy przeszedł Narutowicz i zmierzył się z kandydatem prawicy. Zamoyski prowadził od pierwszej do czwartej rundy. W każdym rozdaniu otrzymywał zbliżony wynik. Niewiele tracił i niewiele zyskiwał. Natomiast poparcie dla Narutowicza stale rosło, może dlatego, że uchodził za osobę potrafiącą się porozumieć z politykami z różnych obozów. Uważano, że jako konserwatywny liberał „typu zachodniego” znajdzie wspólny język zarówno z centrum, jak i z lewicą. W końcu w głosowaniu o 19.15. wygrał różnicą ponad 60 głosów: uzyskał 289, a jego przeciwnik – 227. Oddano 25 głosów nieważnych. Na Narutowicza zagłosowali członkowie klubu „Piast”, co dla prawicy, która na nich liczyła, było bolesną niespodzianką. Ludowcy uznali jednak, że na hrabiego głosować nie mogą, gdyż chłopski elektorat tego nie zrozumie i nie zaakceptuje. Było to istotne zwłaszcza w Galicji, gdzie antypańskie nastroje wśród chłopów były silne, podobnie jak nieufność wobec klasy ziemiańskiej. Tego widocznie nie wzięli pod uwagę liderzy prawicy.
W decydującej rundzie zwarli się nie tylko dwaj kandydaci. Zderzyły się dwie wizje Polski. Polska prawicy narodowej i Zamoyskiego miała być państwem, w którym decydują Polacy. Polską należącą do narodu polskiego. Reprezentanci innych narodów w tej wizji nie mieli prawa wyboru prezydenta. Narutowiczowi bliska była inna wizja Polski – pragnął, by była państwem należącym do obywateli, w którym każdy, niezależnie od pochodzenia, narodowości i wyznania, ma te same prawa i współdecyduje o polityce. To dlatego Narutowicz został uznany przez swych przeciwników za wroga Polski narodowej i katolickiej. Taki wybór – uważali – nie powinien był w ogóle mieć miejsca.
Prawica przegrała w parlamencie. Pozostała jej ulica, dlatego odpowiedzią na wybór Narutowicza były liczne manifestacje. Ich uczestnicy protestowali przeciwko temu, że polskiego prezydenta wybrano dzięki głosom Żydów i przedstawicieli innych mniejszości narodowych. To nie mieściło się w głowach tej części elektoratu, która stawiała na Zamoyskiego. Nowo wybrany pierwszy obywatel otrzymał dziesiątki anonimów pełnych gróźb, inwektyw i brutalnych wezwań do ustąpienia. Atakowała go prawicowa prasa. Użycie przemocy fizycznej zapowiadała między innymi „Gazeta Poranna 2 Grosze”, pisząc: „Jakieś ptasie mózgi urzędnicze biedzą się nad ceremoniałem objęcia władzy przez prezydenta Narutowicza. […] Ludność polska prowokacji tej nie zniesie […], zamiast strumienia krwi, który widzieliśmy onegdaj, popłyną krwi tej rzeki”. Reakcja tłumów zaskoczyła Narutowicza.
Zdziczenie obyczajów, nabyte w długiej niewoli, zepsucie moralne pod wpływem długiej wojny, nieprzebieranie w żadnych środkach, bezwzględność w stosunku do czci i honoru każdego człowieka, brak szacunku dla siebie, jak i dla pracy – święciły w tej dobie swoje triumfy i boleśnie przerażały Gabriela Narutowicza, nieobytego dotąd ze specyficznymi właściwościami naszego życia politycznego
– komentował Piłsudski.
Organizatorzy akcji skierowanych przeciwko prezydentowi elektowi liczyli, że manifestacje nienawiści, nagonka prasowa, groźby linczu skłonią go do rezygnacji. Wiedziano, że się waha, że wcale nie jest zadowolony z wyboru, że ma słabe zdrowie i że nie stoi za nim zbyt wielu politycznych obrońców. Narutowicz jednak się nie wycofał. Wrogie działania jeszcze go wzmocniły, tym bardziej że otrzymał wsparcie kilku partii oraz Piłsudskiego. „Nie mogę się już cofnąć, bo byłoby to cofaniem się przed ulicą i tworzeniem precedensu zgubnego. Może nie powinienem był przyjmować, ale stało się” – oświadczył marszałkowi Sejmu.
Tymczasem w niedzielę, w dzień po dokonaniu wyboru, w Belwederze trwały gorączkowe narady na temat sposobu zabezpieczenia przejazdu prezydenta do Sejmu, gdzie kolejnego dnia, w poniedziałek 11 grudnia, miał złożyć przysięgę. Środki bezpieczeństwa były konieczne, ponieważ prawica zdecydowała się odwołać do siły ulicy i wezwała swych zwolenników do organizowania manifestacji. Ich celem miało być niedopuszczenie elekta do gmachu Sejmu. W Belwederze, gdzie Piłsudski mieszkał, rozważano różne warianty. Najpierw uzgodniono, że Narutowicz pojedzie samochodem premiera, a nie ministerialnym, gdyż ów byłby łatwo rozpoznawalny i mógł się stać obiektem ataku. Ostatecznie zdecydowano, że pojedzie do Sejmu w odkrytym powozie, ale w towarzystwie elitarnego oddziału szwoleżerów. Przesądził o tym głos Piłsudskiego.
Jeszcze w niedzielę polityczni przyjaciele Narutowicza sugerowali mu, aby uzbroił się w rewolwer, tak na wszelki wypadek. Niektórzy przekonywali, aby pojechał bocznymi ulicami, a nawet by się przebrał, zmienił wygląd i poruszał się po Warszawie incognito. Wszystkie te sugestie Narutowicz dzielnie odrzucił, gdyż ich przyjęcie oznaczałoby ugięcie się przed przemocą i wyrażenie zgody na rządy ulicy. Ostatecznie, choć nie bez trudności, dotarł na miejsce. Jego przejazd skutecznie zabezpieczali szwoleżerowie. Zawiodła policja, która lękliwie się przyglądała, jak tłum próbuje się dostać do pojazdu prezydenta elekta. Szwoleżerowie powstrzymali tłum oraz usunęli przeszkody w postaci ławek i koszy ustawionych w poprzek ulicy. Dzięki temu nie powiódł się plan niedopuszczenia profesora Narutowicza do Sejmu i uniemożliwienia mu złożenia przysięgi, aczkolwiek ze względu na trudności w pokonywaniu przestrzeni uroczystość rozpoczęła się trzy kwadranse później, niż planowano.
Partie prawicowe ogłosiły, że nie wezmą udziału w uroczystości. Liczyły na to, że manifestacje gniewnych Warszawiaków spowodują, iż przynajmniej niektórzy posłowie i senatorowie w obawie o swoje bezpieczeństwo pozostaną w domu. Oczekiwano, że dzięki temu w Zgromadzeniu Narodowym nie będzie kworum, co uniemożliwi złożenie przysięgi. W ten sposób miał zostać wyeliminowany „obcy” Polsce kandydat. Posłowie i senatorowie jednak się nie przestraszyli i przybyli na miejsce. Sama uroczystość zaprzysiężenia przebiegła bez kontrowersji czy okrzyków, w spokoju i szybko. Nie był to jednak koniec batalii. Przeciwnicy Narutowicza twierdzili, że dokonał on aktu krzywoprzysięstwa, gdyż w Szwajcarii złożył deklarację, że jest bezwyznaniowcem. W tej sytuacji politycy prawicy podkreślali, że choć złożył przysięgę o treści religijnej, to nie może ona zostać przyjęta przez Zgromadzenie Narodowe. Przysięga, zacytujmy, zaczynała się od słów: „Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu w Trójcy Świętej Jedynemu…”, a kończyła zwrotem: „Tak mi dopomóż Bóg”. Jednak opinia marszałka Sejmu Rataja nie pozostawiała wątpliwości. Jak pisał: „sam fakt składania przysięgi przekreśla dawniejsze zgłoszenie bezwyznaniowości”.
Wszystkie działania opozycji zakończyły się zatem porażką, dlatego jej liderzy znów wezwali tłumy do demonstracji. Codziennie, choć z różnym natężeniem, na ulice wylewali się demonstranci, wznosząc nienawistne hasła skierowane przeciwko elektowi i jego zwolennikom. Dochodziło do starć między bojówkami narodowców i socjalistów, a PPS myślała o zorganizowaniu strajku protestacyjnego przeciwko prawicy. Policja dalej zachowywała się pasywnie. Z jak najgorszej strony dał się poznać Antoni Kamieński, minister spraw wewnętrznych odpowiedzialny za policję. „Był głupkowato nieporadny” – komentował Rataj. Także premier lekceważył narastające zagrożenie. Oburzyło to Piłsudskiego. Postanowił wezwać rząd do zdecydowanego działania, ale też do udzielenia odpowiedzi na pytanie, jakie są jego kompetencje, a jakie prezydenta elekta, gdyż jeszcze nie przekazał mu formalnie władzy. Zaprosił w tym celu do Belwederu marszałka Sejmu, premiera i ministrów. „Piłsudski zasiadł na Radzie widocznie wzburzony” – pisał Nowak. To niedopuszczalne, jak podkreślał, że prezydent jeszcze nie może wejść w czynności, a Naczelnik Państwa już nie może. To groźne, bo wtedy rządzi ulica. Ostatecznie uczestnicy spotkania zasugerowali, aby jak najszybciej przekazał władzę prezydentowi, ale jednocześnie stwierdzili, że zgodnie z prawem dalej jest Naczelnikiem Państwa w zakresie swoich kompetencji. Skoro tak, to Piłsudski zażądał przyznania mu nadzwyczajnych pełnomocnictw. „Nie mogę oddać władzy w tej chwili, kiedy banda […] zakłóca spokój, znieważa prezydenta, a rząd nic na to; dajcie mi władzę, a ja uspokoję ulicę; jeśli nie, to pójdę sam jeden i uspokoję – nie mogę w tych warunkach ustępować”.
Ani rząd, ani Rataj nie chcieli się na to zgodzić, obawiając się, że wkroczenie wojska doprowadzi do silniejszych napięć i głębszych podziałów społecznych, a przy okazji Piłsudski posiądzie jeszcze większą władzę. Nie dostał zatem nadzwyczajnych pełnomocnictw. Nowak w imieniu rządu dowodził, że sytuacja będzie się stabilizować, że ściągnięte zostaną dodatkowe siły, że niefortunny minister spraw wewnętrznych Kamieński, odpowiedzialny za pracę policji, poda się do dymisji, a zastąpi go energiczny Ludwik Darowski. Piłsudski się tym nie zadowolił i oświadczył, że daje rządowi dwadzieścia cztery godziny na uspokojenie sytuacji, a jeśli tak się nie stanie, to ponownie zażąda pełnomocnictw. Pomimo obietnic sytuacja w stolicy wciąż była dalece niekomfortowa, dlatego Piłsudski po raz kolejny poprosił Rataja na rozmowę do Belwederu 13 grudnia. „O godzinie 15 byłem w Belwederze, zaproszony przez Piłsudskiego. Zrobił na mnie wrażenie chorego, prawie nieprzytomnego. Twierdził, iż ma wiadomość, że prawica przygotowuje coś na czwartek i że dokładniejsze wiadomości będzie miał wieczorem” – pisał Rataj. Premier potwierdził treść tej rozmowy. Nie wiemy, czy otrzymał takie wieści, niemniej jako wytrawny polityk, jakim był, musiał brać pod uwagę różne scenariusze. Po zbrodniczym zamachu będzie miał pretensje, że nie zmobilizowano w wystarczającym stopniu policji i wojska do ściślejszej ochrony prezydenta.
O trudnej sytuacji Piłsudski rozmawiał z Narutowiczem w Belwederze. Nie znamy szczegółów. Po zamachu ujawnił tylko, że opinie prezydenta na temat sytuacji w Warszawie, na temat społeczeństwa polskiego stawały się coraz bardziej krytyczne. Nie taką Polskę sobie wyobrażał, decydując się na powrót. „Ma pan rację – to nie jest Europa. Ci ludzie lepiej czuli się pod tym, kto karki im deptał i bił po pysku” – miał powiedzieć prezydent, ale te słowa bardziej odpowiadały językowi i temperamentowi Naczelnika Państwa.
Niemniej Narutowicz chciał wierzyć, że emocje będą gasły, bo taka jest ich natura, a sytuacja w Warszawie zacznie się stopniowo normalizować. Dlatego bynajmniej nie spieszył się z formalnym przejęciem urzędu, twierdząc, że ma sporo rzeczy do załatwienia w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Chciał też poprawić stan swojego zdrowia, gdyż nieustające napięcie i stres powodowały coraz częstsze i dotkliwsze problemy kardiologiczne. W tej sytuacji zaproponował Piłsudskiemu wprowadzenie jak gdyby okresu przejściowego, czyli kohabitacji urzędu prezydenta elekta i Naczelnika Państwa przez okres do trzydziestu dni. Piłsudski potwierdził, że „uczynił mi propozycję, by stan przejściowy trwał nie mniej niż miesiąc. Nie zgodziłem się kategorycznie na tę propozycję i gdy teraz myślę, że może mu w ten sposób o miesiąc skróciłem życie, nie mogę się pozbyć wyrzutu i żalu, żem mu nie ustąpił”. Piłsudski chciał jak najszybciej przekazać władzę, aby prezydent mógł rozpocząć rozmowy nad powołaniem nowego rządu. Zapewne nie chciał, aby komentowano, że jest nadmiernie przywiązany do urzędu. Jednocześnie miał namawiać prezydenta do podjęcia zdecydowanych działań przeciwko niepokojom społecznym. Narutowicz jednak „miał nieprzezwyciężony wstręt do tego, by używać gwałtu i przemocy. […] Nie chciał się wyzbyć łagodnego optymizmu i jakiejś naiwnej wiary w szybką moralną naprawę ludzi” – pisał Piłsudski.
Zgodnie ze stanowiskiem Naczelnika Państwa do przejęcia władzy doszło 14 grudnia w Belwederze. Na uroczystość przybyli politycy, wojskowi oraz marszałek Sejmu. Piłsudski jak zwykle wystąpił w szarej kurtce strzeleckiej. Na prezydenta czekał na środku sali żółtej znajdującej się na pierwszym piętrze. Jak komentowano, gospodarz Belwederu był „ponury”, ale trudno być radosnym, gdy za oknem źle się dzieje. Jako pierwszy przemówił Naczelnik:
Czuję się niezwykle szczęśliwym, że pierwszy w Polsce mam wysoki zaszczyt podejmowania w moim jeszcze domu i w otoczeniu mojej rodziny pierwszego obywatela Rzeczypospolitej Polskiej. Panie Prezydencie, jako jedyny oficer polski służby czynnej, który dotąd nigdy przed nikim nie stawał na baczność, staję oto na baczność przed Polską, którą Ty reprezentujesz, wznosząc toast: Pierwszy Prezydent Rzeczypospolitej niech żyje!
W odpowiedzi prezydent powiedział: „Nazwałeś mnie, Panie Marszałku, pierwszym obywatelem Rzeczypospolitej – tytuł ten nadało mi prawo – pozwól, że w stosunku do Ciebie użyję tytułu, który Ci nada historia, wznosząc toast: Najzasłużeńszy Obywatel Rzeczypospolitej Marszałek Józef Piłsudski niech żyje!”. Nie były to słowa tylko kurtuazyjne i dobrze oddawały stan przyjacielskiej relacji między oboma mężczyznami oraz wzajemny szacunek, jakim się darzyli.
Po uroczystości Piłsudski wezwał Rataja i ministrów do sporządzenia protokołu dodatkowego, który zawierałby opis stanu kasy osobistej, stanu rachunków dyspozycyjnych oraz inwentarza ruchomości stanowiących własność skarbu państwa. Wpisano na tę listę także samochód, który Marszałek otrzymał od generała Józefa Dowbora-Muśnickiego. Tego rodzaju zachowanie uznano za grubiańskie i irytujące. Rataj pisał, że budziło to konsternację i niesmak, gdyż obecni nie czuli się kontrolerami. Choć nie było to taktowne i choć ministrowie mogli się czuć urażeni, Piłsudski uważał, że jest to konieczne, aby w przyszłości nie zarzucano mu sprzeniewierzenia majątku publicznego, by go nie posądzano o wzbogacenie się kosztem państwa, a takie zarzuty stale się pojawiały. Niektóre były wręcz absurdalne, jak choćby ten, że dokonał grabieży regaliów królewskich. Ten zarzut szczególnie mu doskwierał. Sprawa zaczęła się w 1920 roku, kiedy to do ministra spraw wojskowych generała Józefa Leśniewskiego dotarła wiadomość, że insygnia królewskie znajdują się jakoby we Włodzimierzu Wołyńskim, w podziemiach dawnego Klasztoru Kapucynów. Leśniewski nakazał profesorowi Mieczysławowi Gembarzewskiemu zbadanie sprawy. W końcu czerwca tego roku Gembarzewski orzekł, że we wskazanym miejscu regaliów nie ma. Na ten temat „Rzeczpospolita” opublikowała w lipcu oficjalny komunikat ministerstwa, ale bynajmniej nie zamknęło to sprawy. Żyła dalej w rozmaitych plotkarskich wersjach. Jak niosła wieść gminna, regalia zarekwirowali żołnierze Piłsudskiego, a następnie za jego zgodą zostały sprzedane – zgodnie z jedną z wersji do Szwajcarii, zgodnie z drugą do Anglii. Aby ostatecznie wyjaśnić niejasności, poseł Aleksander Skarbek z narodowej demokracji na początku 1921 roku zgłosił wniosek o powołanie siedmioosobowej sejmowej komisji, która powstała 4 marca. Jak się okazało, nawet poważni politycy nadali tej niepoważnej plotce nowe życie. Skarbek zwietrzył w tym szansę na duży sukces polityczny i kompromitację Naczelnika Państwa. Badania komisji potwierdziły werdykt profesora Gembarzewskiego. Nie wszyscy jednak i tym razem uwierzyli. Marszałek stał się czarnym charakterem tej plotkarskiej opowieści – jako złodziej, ale też zdrajca, który sprzedał regalia Sowietom i podzielił się z nimi pieniężnym łupem. To była kolejna wersja tej historii. Kłamstwo padło na glebę już użyźnioną przez adwersarzy. W rzeczywistości Piłsudski był jednym z ostatnich obywateli RP, którzy łakomiliby się na dobra, zwłaszcza publiczne. Nie przywiązywał się do rzeczy materialnych. Nie chciał panować nad przedmiotami, pragnął innej władzy.
Piłsudski przekazał Narutowiczowi symboliczny klucz do rezydencji w Belwederze. Prezydent podjął decyzję, aby pokój, w którym Naczelnik miał sypialnię i jednocześnie gabinet, pozostał w stanie nienaruszonym. Miało to być narodowe sanktuarium i muzeum Marszałka. Piłsudski nie oponował, a Narutowicz słowa dotrzymał. Po uroczystości Naczelnik wraz z rodziną pojechali dorożką do domu przy ulicy Koszykowej, a w Belwederze rozgościł się i przystąpił do urzędowania nowy prezydent. Piłsudski lubił ten pałac i był do niego szczególnie przywiązany. Być może jego skromne rozmiary i położenie wśród zieleni przypominały mu zabudowania z okolic Wilna. Przede wszystkim jednak Belweder przez cztery lata był jego mieszkaniem i siedzibą, w której decydował o najważniejszych sprawach państwa. O obiekcie tym pisał, że „to miejsce zaszczytu, miejsce honoru Polski”. Jego wyprowadzkę z Belwederu przeciwnicy złośliwie komentowali, że to początek końca „wielkiego Marszałka”, że jako emeryt przechodzi do dalszych szeregów polskiej polityki. Juliusz Zdanowski, jeden z liderów Związku Ludowo-Narodowego (ZLN), napisał w dzienniku w styczniu 1923 roku, że „wreszcie znikła ta czarna belwederska postać. I na zamku, i w teatrze obeszło się bez niego”.
16 grudnia 1922 roku rankiem Narutowicz spotkał się z byłym premierem Leopoldem Skulskim. Miał złe przeczucia, co wyraził podczas rozmowy: „Pamiętaj, panie Leopoldzie, w razie nieszczęścia proszę się zaopiekować moimi dziećmi”. Następnie udał się na spotkanie z arcybiskupem warszawskim Aleksandrem Kakowskim, a w południe przeciął wstęgę w gmachu Zachęty, zapraszając na wystawę. Poseł brytyjski William Max Muller złożył mu gratulacje z okazji wyboru i usłyszał w odpowiedzi co najmniej dwuznaczne słowa: „Sądzę, że powinien mi pan raczej złożyć kondolencje”. W chwilę później padły śmiertelne strzały z ręki Eligiusza Niewiadomskiego. Maria Dąbrowska w dniu śmierci prezydenta napisała w dzienniku: „W sercu mojego narodu zobaczyłam ziejącą mrokiem pieczarę śmiercionośnego bazyliszka”. Świadkiem zbrodni był Julian Tuwim – swoimi myślami podzielił się z czytelnikami w wierszu Pogrzeb prezydenta Narutowicza:
Krzyż mieliście na piersi, a brauning w kieszeni.
Z Bogiem byli w sojuszu, a z mordercą w pakcie.
Wy, w chichocie zastygli, bladzi, przestraszeni,
Chodźcie, głupcy, do okien – i patrzcie! I patrzcie.
[…]
Zimny, sztywny, zakryty chorągwią i kirem,
Jedzie Prezydent Martwy a wielki stokrotnie.
Nie odwracajcie oczu! Stać i patrzeć, zbiry!
Tak! Za karki was trzeba trzymać przy tym oknie.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.
czarne.com.pl
Wydawnictwo Czarne
@wydawnictwoczarne
Sekretariat i dział sprzedaży:
ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice
Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa
Dział promocji:
al. Jana Pawła II 45A lok. 56
01-008 Warszawa
Opracowanie publikacji: d2d.pl
ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków
tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]
Wołowiec 2026
Wydanie I
