Macierz - Maria Rodziewiczówna - ebook

Macierz ebook

Maria Rodziewiczówna

0,0

Opis

Morderstwo i nieszczęśliwa miłość, leśna głusza jako schronienie przed nienawistnym światem, a przede wszystkim: macierzyństwo jako metafizyczne, a zarazem cielesne doświadczenie kobiecej siły i suwerenności — to najważniejsze tematy powieści Macierz.

„Dają ludzie chwałę i złoto, pierścienie ślubne i nazwę, i poważanie małżonkom, a macierzy nic nie trzeba, taką ma w sobie moc i szanowanie”.

Naturalistyczna powieść Marii Rodziewiczówny z 1903 roku opowiada historię młodej i pięknej Magdy, która zakochuje się w niewłaściwym mężczyźnie. Wykorzystana i pobita, wypędzona z domu, trafia na dno i staje się „kobietą lekkich obyczajów” — Pokotynką. Jej los odmienia się, gdy zaszczutą i ciężko chorą odnajduje nadleśny Wiktor Szczepański.

Macierz to utwór, który z pewnością przypadnie do gustu miłośnikom charakterystycznego stylu Marii Rodziewiczówny. Na kartach powieści nie brakuje opisów bliskiego autorce krajobrazu Polesia. Przyroda jest tu zarazem piękna, jak i okrutna, a rytm życia bohaterów wyznaczają pory roku. Zmienność natury nadaje powieści tempo, pogłębia realizm i buduje nastrojowość.

Stosunek autorki do otaczającej przyrody może się wydać bardzo „nowoczesny”, to znaczy zbliżony do dzisiejszego rozumienia i odczuwania ludzkiego bycia w świecie. Nie jest to jednakże jedyna płaszczyzna, na której głos Rodziwiczówny brzmi zaskakująco świeżo, niekonwencjonalnie.

Na jednym z planów Macierz to opowieść o odkupieniu i odrodzeniu. Imię głównej bohaterki sugeruje nawiązanie do biblijnej postaci Marii Magdaleny. Magdalena-Pokotynka zawraca z drogi upadku moralnego i fizycznego, będącego wynikiem seksualnych nadużyć, jakich się wobec niej początkowo dopuszczono — i jest to przede wszystkim konsekwencją jej własnej pracowitości, zaradności i honoru. Choć mężczyzna raz podaje jej pomocną dłoń, jednak od tamtej pory Magda sama kształtuje swój los. W dalszej części powieści nie pojawia się żaden wybawiciel, a bohaterce nie potrzeba łaski innych ludzi. Swą godność odnajduje w sobie samej, tożsamość buduje wokół bycia matką — i to matką samodzielnie wychowującą dziecko.

Przemiany — zarówno zewnętrzne, jak i wewnętrzne — są ważnym motywem Macierzy. Magda staje się Pokotynką, by później odzyskać własne imię; siejąca postrach we wsi Złydnia przemienia się w opiekuńczą przyszywaną babkę; surowy Kałaur przeobraża się w czułego dziadka. W swojej odważnej powieści Maria Rodziewiczówna bierze pod lupę relacje rodzinne. Znaczący jest fakt, że zarówno Magda, jak i jej ukochany Szczepański wychowali się bez wzorca ciepłej, kochającej matki. Ważne okazują się także relacje ojcowskie z dziećmi oraz wizja „rodziny z wyboru”.

W bibliotece Wolne Lektury powieść Marii Rodziewiczówny Macierz dostępna jest jako e-book w formatach EPUB i MOBI oraz jako PDF.

Książkę polecają Wolne Lektury — najpopularniejsza biblioteka on-line.

Maria Rodziewiczówna
Macierz
Epoka: Młoda Polska - modernizm Rodzaj: Epika Gatunek: powieść obyczajowa

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 232

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Maria Rodziewiczówna

Macierz

Ta lektura, podobnie jak tysiące innych, jest dostępna on-line na stronie wolnelektury.pl.

Utwór opracowany został w ramach projektu Wolne Lektury przez fundację Wolne Lektury.

ISBN-978-83-288-8226-3

Macierz

Książka, którą czytasz, pochodzi z Wolnych Lektur. Naszą misją jest wspieranie dzieciaków w dostępie do lektur szkolnych oraz zachęcanie ich do czytania. Miło Cię poznać!

I

W głuchą noc ktoś dobijał się gwałtownie do mieszkania stanowego1 — w miasteczku Oranach2.

Długą chwilę urzędnik się nie odzywał, myśląc, że to wicher listopadowy szamoce okiennicami, wreszcie zerwał się z posłania.

— Kto tam? Czego? — krzyknął, zapalając światło.

— Wasza wielmożność — proszę co rychlej3 do dworu. Tam ubili4 człowieka — odparł głos za oknem.

Stanowy rozbudził się w okamgnieniu. Mord nie trafia się co dzień, a w Oranach nie trafiał się nawet od lat paru. Po chwili człowiek zza okna został wpuszczony do pokoju i, podczas gdy się urzędnik ubierał, odpowiadał na żwawe zapytania.

— Kto zabity?... Gdzie?... Kto zabił?...

— Kontrolera ubił łowczy przy kartach u komisarza.

— Całkiem, na śmierć zabił?

— Juści5, bo komisarz wyleciał na ganek i na nas wszystkich nocnych stróżów „zagwizdał”. Romana posłał po doktora, mnie do waszej wielmożności, a Markizowi kazał w progu stać.

— Idźże po uradnika6 — niech weźmie ze sobą setnika7 i jeszcze dwóch chłopów i niech tam duchem8 będą.

Chłop wyszedł, a stanowy rozbudził swego pisarza i obydwaj ruszyli szybko w stronę dworu. Rozmawiali naturalnie o wypadku.

— Nasz kniaź nazsyła tu śmiecia z całego świata, co dziwnego, że się zarzynają9! — mówił niechętnie pisarz. — Ten łowczy jak zbój wygląda, nigdy w oczy nie patrzy, pije, do człowieka nigdy po ludzku nie zagada, z nikim nie żyje. Ja zawsze myślał, że on się kiedy obwiesi10, a ot, inną sztukę uciął11, ale nam zawsze kłopot i pisanina.

— Komisarz gładki12 człowiek. Ten z ludźmi umie żyć. Niemiła mu historia! Szkoda!

Miasteczko od dworu oddziela rzeka. Za nią słały się ogrody, sady, parki, osłaniające pałac, a trochę na uboczu stały folwarczne zabudowania, a na ich wstępie dom rządcy — zwanego tu komisarzem. Był nim od trzech lat pan Józef Bielak.

Dom był oświetlony, wkoło już sporo gapiów. W progu spotkał już stanowy uradnika i chłopską policję w medalach.

— Zabójca nie uszedł? — spytał.

— Nie, wasza wielmożność!

— Nie puszczać bez rozkazu. Doktor jest?

— Jest!

W pokoju, gdzie mord się odbył, paliło się świec parę i lampa na karcianym stole. Zabity leżał na ziemi — jak się zwalił z krzesła — klęczał nad nim doktor i młoda dziewczyna.

Na stole leżały rozrzucone karty, potłuczony kieliszek, parę filiżanek z herbatą i na rogu flaszeczki i narzędzia lekarskie.

Gospodarz domu, pan Bielak, podawał doktorowi wodę, którą zlewano głowę trupiobladą, z nieznaczną sinością na lewej skroni.

— Jakże? Żyje? Zemdlał? — spytał stanowy.

Doktor powstał i skrzywił się.

— Trup! — mruknął, ścierając ręce serwetą.

— A gdzie zabójca?

Zwrócili się wszyscy. Bielak usunął stół i wtedy ujrzano, że na kanapie za nim leżał też człowiek, jakby martwy. Leżał na wznak, z odrzuconymi ramiony13, zęby miał kurczowo zaciśnięte, oczy zamknięte.

Doktor dotknął twarzy, poruszył go, wtedy osunęła się prawa ręka i upadło z niej coś na ziemię.

— Pijany! Śpi! — rzekł doktor, a stanowy podniósł z ziemi żelazny kastet14.

— Tym go machnął! — rzekł.

— A tym! — odparł lekarz. — Trafił w samą skroń. Jak na pijanego, świetna precyzja!

— No, niech śpi. Nic z niego dziś nie dobędziemy.

— Panie, czy mogę zwłoki stąd zabrać? — spytała młoda dziewczyna dziwnym jakimś, twardym głosem.

— Jeszcze nie! Po spisaniu protokołu.

Oprzątnięto stół i pisarz zabrał się do swej czynności. Bielak opowiedział całe zajście.

Wieczorem, o godzinie ósmej przyszedł do niego kontroler Henryk Jasiński na karty, czekali na partnera Sopóćkę do dziesiątej, zamiast tegoż zjawił się nadleśny Wiktor Szczepański w interesie służbowym, meldując o schwytaniu kłusownika Seredy, którego strzelbę, po uporczywym boju, chciał właśnie odesłać do policji. Szczepański, jak zwykle ponury i rozdrażniony walką z chłopem, przy tym zdał się Bielakowi niezupełnie trzeźwym, więc załatwiwszy interes, rad był go co rychlej pożegnać, gdy Jasiński wszczął z nim rozmowę przyjacielską i namówił do winta.

Zdziwił się Bielak, gdy Szczepański przystał, bo wiedział, że ci dwaj przed tygodniem mieli zajście o Pokotynkę, dziewczynę włóczęgę, służącą u Szczepańskiego. Zasiedli do kart i czas jakiś grali spokojnie, ale Jasiński począł przegrywać i dogadywać łowczemu, który istotnie popełniał ciągle omyłki. Od słowa do słowa, Szczepański karty cisnął i wstał.

— Przegrał pan z mojej racji, to ja zapłacę za pana i żegnam — zawołał.

Począł szukać pieniędzy w kieszeni, dobył kastet, potem dopiero portmonetkę.

Jasiński obraził się, zerwał się także i powiada:

— Myślałem, że pan tylko źle gra, ale pan w dodatku cham i gbur, z takim się nie tylko do kart nie siada, ale go się za drzwi wyrzuca.

Wtedy Szczepański z błyskawiczną szybkością chwycił kastet i zanim Bielak zdołał przyskoczyć, krzyknąć — uderzył Jasińskiego w głowę. Jasiński się zachwiał ogłuszony, szaleniec rzucił się na niego i drugim razem obalił, wtedy go Bielak za ramiona chwycił, odepchnął i już nie zważając, co się z nim dzieje, skoczył po wodę, i widząc, że leży bez ruchu, począł sygnałować nocnych stróżów.

— Pili dużo obydwaj? — spytał stanowy.

— Pili arak15 z herbatą, a potem go zapalili i tak gorący pili.

— A w domu oprócz pana kto był więcej?

— Tylko służąca. Zastałem ją drzemiącą w kuchni i posłałem co rychlej po pannę Jasińską. Byłem pewien, że to chwilowe ogłuszenie i omdlenie.

— A żony pańskiej nie ma?

— Wyjechała przed tygodniem do rodziny.

Z kolei zawołano do zeznań służącą.

Ta niewiele umiała powiedzieć. Pan jej kazał nastawić samowar16, podała herbatę, panowie byli wtedy dwaj tylko, potem przyszedł z miasteczka Szczepański, spytał, czy komisarz w domu, kazał się zameldować i poszedł do kancelarii.

Potem ją sen zmorzył, bo pranie miała tego dnia i wstała o świcie, więc zasnęła i dopiero pan ją zbudził, wołając: „Leć po pannę Jasińską, powiedz, że brat zachorował”.

Teraz stanowy zwrócił się do tejże.

— O której godzinie pani się dowiedziała o wypadku?

Dziewczyna podniosła się była17 z kolan i stała nad zabitym — wpatrzona weń — bez łez, szlochań, w jakimś kamiennym osłupieniu.

Urzędnik parę razy zapytanie powtórzył, dopiero zrozumiała, że to do niej mówią.

— Nie patrzałam na godzinę — odpowiedziała, oczu nie podnosząc. — Dano mi znać, pobiegłam i tak go znalazłam. Czy mogę go zabrać?

— Jeszcze nie, pani. Muszą być oględziny lekarskie. Potem zaniosą go do mieszkania.

— Niech pani się usunie! — prosił doktor, a Bielak zbliżył się do niej i dodał:

— Proszę wrócić do domu. To nie dla pani widok, ja wszystko załatwię i będę na usługi pani, gdy się te formalności załatwią. Konie gotowe, niech pani wróci do domu!...

Dziewczyna jak automat skierowała się do drzwi, Bielak poszedł za nią i wrócił po chwili.

— Dała się namówić — rzekł do doktora. — Co prawda, słodkiego życia z nim nie miała, ale zawsze cios straszny. Oprócz niego nie ma nikogo na świecie i żadnego majątku, biedactwo.

Doktor ramionami ruszył.

— Ten by jej też w złoto nie oprawił — mruknął.

— Panie doktorze — ozwał18 się urzędnik — umarłego nie wskrzesimy, ale może moglibyście wytrzeźwić tego pijaka!

Doktor przystąpił do Szczepańskiego. Ten wciąż spał jak drewno. Na potrząsanie i ruszanie jęczał głucho, nie było sposobu zmusić go do przełknięcia czegokolwiek.

— Co za licho — mruknął doktor. — Delirium19, nie delirium, ale ten jest kompletnie niepoczytalny. Zostawić go w spokoju. W tym stanie nie dowiecie się nic od niego, a i jak wytrzeźwieje, niewiele co będzie wiedział.

— Każę go zawieźć do aresztu, i basta! — mruknął znudzony urzędnik.

Po chwili uradnik i setnicy dźwignęli na rękach nieprzytomnego, złożono go na wóz i wśród gawiedzi wywieziono do miasteczka. Gawiedź pozostała przed domem, bo trup jest ciekawszym widowiskiem, i tylko za wozem pobiegł pies czarny, pokurcz szpetny, nieodłączny towarzysz łowczego, który nań czekał, skulony pod progiem mieszkania komisarza, przez cały ten tragiczny wieczór.

W areszcie policyjnym przeleżał Szczepański aż do następnego południa. Wtedy dopiero zdołano go się dobudzić. Usiadł na pryczy, szklanymi oczami rozejrzał się wokoło i nagle oprzytomniał. Nad nim stał znajomy uradnik.

— Co ja zrobiłem? Pobiłem kogoś?

— Oj, gorzej. Jasiński nie żyje. Zdurzeli wy, tak się napijać do bezpamięci. Jego i was zakopią.

— Jasińskiego zabiłem?

— Nie pamiętacie?

Zapytany powoli głową potrząsnął. Nie zapierał się, nie bronił, patrzył w jeden punkt, na kraty okna i trząsł się jak w febrze20. Zęby mu szczękały, na czoło wystąpił pot.

Był to człowiek trzydziestoletni, suchy, szczupły, średniego wzrostu. Rysy miał ostre, oczy głęboko osadzone, ciemne włosy na skroniach już siwe. Wyraz twarzy miał coś w sobie z wilczej dzikości i ponurości i nie uprzedzał dodatnio.

— No, kiedyście wytrzeźwieli, to ruszajmy! — rzekł uradnik.

— Dokąd?

— Sędzia śledczy rano przyjechał! Nagrzeliście dobrze ludzi! No, marsz!

— Po co śledztwo? Zabiłem, no to zabiłem! — zamruczał, powstając. — Mnie coś tak źle, jakbym skonać miał.

— Na dworze mróz ocuci do reszty.

Wyszli na podwórze. Szczepański zataczał się i potykał, blady był i dyszał ciężko. Uradnik go trochę prowadził, trochę popychał i tak go zawiódł do dużej izby, gdzie przy stole siedział sędzia śledczy nad stosem papierów i zmierzył wchodzącego badawczym spojrzeniem.

Ten się o ścianę oparł i czekał, wciąż ciężko dysząc.

Pisarz przygotował papiery i zaczęły się stereotypowe pytania:

— Imię i nazwisko? Wiek? Wyznanie?

— Wiktor Szczepański. Trzydzieści lat. Katolik.

— Imię ojca — szepnął pisarz.

— Imię ojca? — powtórzył sędzia.

Sekunda jakby namysłu.

— Michał!

— Żyją rodzice?

— Nie!

— Skąd rodem? Jakiego stanu?

— Szlachcic, witebskiej guberni21.

— Żonaty?

— Nie.

Był to zwykły wstęp. Pytania i odpowiedzi następowały szybko i lakonicznie, a w miarę tego na twarz winowajcy powracał spokój i panowanie nad sobą.

Przestał drżeć, wyprostował się i patrzał ponad głowy ludzkie w okno.

— Jesteście oskarżeni o zabicie Henryka Jasińskiego uderzeniem tego oto kastetu w skroń.

Spojrzał na stół, chwilę milczał.

— Może być! Pijany byłem! Nie pamiętam! — rzekł wreszcie.

— Czy Jasiński was obraził?

— Nie pamiętam!

— Jakież były między wami stosunki?

— Żadne prawie.

— Był waszym przełożonym?

— Nie! Zależałem od rządcy, Bielaka. Jasiński przybył zaledwie zeszłej wiosny.

— Nie mieliście ze sobą przedtem żadnego zajścia?

— Nie!

Sędzia przerzucił papiery.

— A tydzień temu na rynku, w sklepie Jojny Mejłacha, nie mieliście zajścia? Nie pamiętacie?

— Nie było to zajście. Byłem w sklepie z kobietą, która u mnie mieszka. Jasiński powiedział mi: „Dam panu trzy ruble, ustąp mi tę dziewkę!”; ja odpowiedziałem: „Dam panu pięć rubli, ustąp mi siostrę swoją”. Podniósł na mnie laskę, wyrwałem mu ją z rąk, połamałem i rzuciłem precz, a sam wyszedłem z kobietą.

— Kto jest ta kobieta?

— Jest pod moją opieką, póki zechce.

— Dawno tu już służycie?

— Cztery lata.

— A poprzednio gdzieście mieszkali?

— Byłem w wojsku, w dragonach22.

— W którym pułku? Gdzie wasz bilet23 i inne papiery?

— Służyłem w Jelcu24, niżeński pułk. Papiery są na leśniczówce.

Sędzia zwrócił się do stanowego — zamienili parę słów półgłosem. Po twarzy Szczepańskiego mignął niepokój, strach, gdy stanowy wyszedł.

— Jakim sposobem dostaliście tu posadę?

— Młody kniaź służył w tymże pułku, byłem u niego służącym. Przysłał mnie tu z listem do rządcy.

— Do Bielaka?

— Nie! Bielak w rok po mnie tu przybył.

— A jakież z tym były wasze stosunki?

— Spełniałem jako podwładny rozkazy.

— Bywaliście u niego często w domu? Byliście w zażyłości widocznie?

— Nie! — żywo zaprzeczył. — Bywałem na sesji co tydzień, za interesem, o ile było potrzeba.

— Dlaczego zostaliście wczoraj na kartach?

— Nie wiem. Zapewne, żeby zginąć! — odparł głucho.

— Więc nie zaprzeczacie czynu zabójstwa?

— Nie! Kastet mój, miałem go w kieszeni. Cały dzień wczorajszy byłem na czczo, w lesie tropiąc kłusownika. Wstąpiłem do Mejłacha o zmroku — i piłem! Przy kartach piłem znowu — i nic nie pamiętam. Bielak przy tym był, on wie, co było, ja nic nie pamiętam! — Przesunął ręką po oczach i twarzy i dodał: — Mogłem zabić. Stało się. Przepadłem.

Opuścił ramiona, oczy wbił w ziemię i czekał z biernością zwierzęcą, gdzie go pchną, czym go uderzą.

— Na ten raz dosyć! — rzekł sędzia. — Odczytać protokół! — rozkazał pisarzowi.

Rozpoczęło się monotonne, szybkie czytanie. Winowajca nie zdawał się słyszeć. Byli w połowie, gdy turkot się rozległ pod gankiem i po chwili wszedł stanowy zasapany i gniewny.

— Nie znalazłem żadnych papierów. Zapewne ta wykradła lub schowała, ta suka, ta ścierka, to bydlę!

W ślad za nim uradnik wepchnął do izby kobietę. Jednym panterzym skokiem rzuciła się do Szczepańskiego, do nóg mu przypadła z jakimś niedającym się opisać jękiem.

I umilkła, tylko patrzyła nań przepaścistymi czarnymi jak noc oczami, które gorzały jak gwiazdy wśród twarzy smagłej, mizernej, strawionej, zda się, żarem wewnętrznym.

On milczał. Po twarzy mu kurcz przebiegł i ręka spoczęła na jej głowie. Stanowy opowiadał:

— Musiałem odrywać zamki, nie dała kluczów25. Znalazłem tylko paszport i bilet wojskowy, resztę gdzieś schowała.

— Jaką resztę? — ozwał się Szczepański.

— Listy, rachunki, jakże, będziecie dowodzić, że oprócz tych dwóch świstków nic u was nie było!

— Nic. Ani ja, ani do mnie nikt nie pisuje. Zresztą, gdzieżby i po co chowała! Ja nie zaprzeczam, żem Jasińskiego zabił.

— Przez zazdrość o to śmiecie uliczne! — wybuchnął stanowy. — Będziecie gnić razem w katordze.

Kobieta na tę groźbę objęła ramionami nogi Szczepańskiego, twarz przytuliła do jego stóp i roześmiała się.

— Bodaj wasza prawda była! — rzekła.

Sędzia śledczy, niewzruszony, przejrzał paszport i bilet wojskowy — odsunął pisarzowi i rzekł:

— Wyprowadzić ją, przesłucham za chwilę. Kończyć protokół!

— Idź won! — mruknął uradnik do kobiety.

— Idź! — powtórzył lakonicznie Szczepański.

Spojrzała nań, powstała — i poszła.

Wepchnięto ją do sieni, uradnik pozostał na straży.

— Cóż, Pokotynka!... Dobrze było panować na leśniczówce. Myślała ty, że tak zawsze będzie, no, nie pójdziesz znowu Żydom wodę nosić. Objadłaś się, poprawiła, może znowu sołdaty26 przyjdą. Nie trap się27, jeszcze ty bez niego nie zginiesz. Jeszcze ty niczego dziewka28, zarobisz kopiejkę29.

Kobieta przykucnęła u drzwi, na skrzyni i nie słyszała jego słów. Cała jej uwaga była zwrócona na głos pisarza za ścianą, czytającego zeznanie Szczepańskiego, nie straciła ani jednego wyrazu. Skończono protokół, obwiniony podpisał i rzekł głośno:

— Byłem pijany, zabiłem Jasińskiego, Bielak świadkiem był, ja nic nie wiem, nic nie pamiętam. Winienem, pokutować będę.

Wyprowadzono go i po chwili zawołano kobietę.

Weszła już spokojnie i stanęła u progu.

— Imię wasze i nazwisko?

— Wołają mnie Pokotynka — odparła ponuro.

— A jakże się nazywacie ze chrztu i z rodu?

— Nie pamiętam. Deszcz i śnieg mnie chrzciły, a ród — droga.

— Macie paszport, metrykę, papiery?

— Po co? Pokotynkę policja zna. Z sołdatami przyszła i tu ją rzucili, bo zdychać miała. Ano30, nie zdechła i została na rynku w Oranach. Trzy lata się walała, co psy jadły, to jadła, gdzie noc zaszła, tam się przespała, jaki łachman kto na śmiecie rzucił, w to się ustroiła. Hulała31 Pokotynka, oj hulała, a co ludzie z niej uciechy mieli, a jak ją znali. Od pana stanowego i sędziego — do żydowskiego bachora, wszyscy ją znają. Na co Pokotynce papiery. Do poboru nie pójdzie, w kościele niepotrzebna, do ostrogu32 nie wezmą, bo nie kradnie, podatku z czego płacić nie ma — mówiła, śmiejąc się.

Zza purpurowych warg błysnęły zęby śnieżnej białości, na śniadą twarz wystąpił rumieniec, tylko oczy były dzikie, ponure i błyskały złowieszczo.

— Od jak dawna mieszkasz ze Szczepańskim?

— Od roku.

— Czy Jasiński ciebie od dawna zna?

— Pokotynkę każdy zna.

— Byłaś jego kochanką?

Roześmiała się.

— Przeszłego lata spotkał mnie na drodze z lasu, grzybów koszyk niosłam. Dogonił koniem, pletnią33 po plecach ściągnął34, grzyby odebrał i wyrzucił w błoto, a koszyk cisnął het35 — w rzekę, a mnie przed sobą gnał aż do miasteczka. Myślał, żem ukradła grzyby, nie wiedział, że mnie posłała sama pani Bielakowa. Potem w same Zaduszki36 z psami jechał do lasu, a ja w rowie leżałam, w liściach. Psy mnie ostąpiły37, on je żartami podjudzał38, tom się zwlekła i poszłam w krzaki, a psy, że mnie znały, nie zechciały szarpać. Pokotynkę by taki panicz brał za kochankę!

— Przecie zaczepił ciebie przed tygodniem w sklepie Mejłacha.

— Ale! — znowu się zaśmiała. — Nawet memu panu trzy ruble za mnie dawał. Tak ci Pokotynka podrożała przez ten rok.

— I z twojej racji się pokłócili.

— Ale, chciał mego pana kijem ściągnąć. Łaska boska, że pijany nie był mocno wtedy mój pan. Tak się rozeszli, ale ja kijem dostałam potem.

— Jak to? Od kogo?

— Ano, od mego pana.

— Bił ciebie?

— Któż miał bić?

— Jeśli się źle z tobą obchodził, dlaczegoś nie odeszła?

Kobieta popatrzyła chwilkę na niego, oczy jej się zmieniły, poruszyła ustami, ale nic nie rzekła, tylko wzruszyła ramionami.

— Opowiedz wczorajszy dzień. Czy Szczepański odgrażał się tymi czasy39 na Jasińskiego?

— Za co miał się odgrażać? Raniutko poszedł w las tropić Seredę i tylem go widziała.

— Mówił co z tobą, wychodząc?

— Kazał drew przywieźć i zemleć żyta na chleb. Zaraz też klacz zaprzęgłam i pojechałam w las. Wróciłam nad wieczorem, bo trzeba było susz ściągać i ładować na furę. Wieczorem w żarnach mełłam, jak przykazał, i z wieczerzą czekałam. Tak ci noc zeszła. Świtaniem pan Bielak konno przyjechał.

— Pan Bielak? — zdziwił się sędzia.

— On sam, i powiada: „Szczepański dziś w nocy po pijanemu zabił Jasińskiego, już tu nie wróci. Zabieraj, co twoje, i idź precz, bo tu zjedzie zaraz Nowicki, żeby ciebie tu nie było do wieczora”. Powiadam: „Mojego tu nic nie ma, ale jest mego pana, a ja mu służę i pilnować będę. Czy on zabił, czy nie, ja jego sługa, a to jego dobro”. Wyłajał mnie i pojechał.

— I nie dowiadywałaś się, co się dzieje z tym twoim panem?

— Co się miałam dowiadywać. Zabił, pójdzie w katorgę.

— Ona wolała okraść go tymczasem! — dorzucił stanowy. — Opustoszyła kwaterę — ni odzieży, ni bielizny już nie było w kufrze, jakem go odbił40.

Kobieta milczała chwilę, wreszcie podniosła oczy.

— Czyjaż to odzież? Wasza? Niech on powie, co z jego dobrem zrobić. Pokotynce nic nie trzeba, nie ukradła nigdy nic. Wy sami wiecie. Zajawił41 kto na mnie do policji choć raz kradzież?

— Nu, będziesz się ty jeszcze o swój honor ujmować, ty ścierko!

Krew buchnęła do twarzy kobiety, zadrżała całym ciałem, otuliła się szczelniej chustą, nasunęła ją na twarz.

— Umiesz pisać?

— Nie! — odparła głucho.

— No, to idź!

— Dokąd?

— Gdzie chcesz.

— To mnie nie zamkną z nim?

— Nie! Wynoś się!

— Toć42 go wam nie wykradnę. Muszę go spytać, co każe robić ze swym dobrem. Jaż sługa.

— Nie twoja rzecz! Marsz!

Uradnik ją wypchnął. Znalazła się na uliczce. Ludzi się snuło dosyć, gapiło się lub czekało na ganku, wezwanych jako świadków. Obstąpili wnet kobietę, znali ją wszyscy, i zaczęli rozpytywać.

— Nie zamknęli ciebie? No, co teraz ze sobą zrobisz? Gdzie się podziejesz? Już Nowicki do leśniczówki pojechał! Siedem fur rzeczy powiózł. No, gdzie ty pójdziesz?

Pokotynka słuchała tego obojętnie, zapatrzona w wysoki parkan, zamykający szczelnie podwórze, na którym znajdował się areszt tymczasowy. Potem zwróciła się do uradnika, który rozparty na ławce ćmił papierosa i patrzał z góry na tłum. Usiadła obok niego.

— Czy jego tu długo będą trzymać? — spytała.

— Jutro poprowadzą do powiatu.

— To mi dziś trzeba się do niego dostać!

— Spróbuj! — roześmiał się.

— Ot, ktoś się zlituje i puści. Zapłacę! — mruknęła niewyraźnie. — Na moment wpadnę, muszę!

— Zapłacisz! — szydził. — No, drogo będzie kosztować.

— Dam trzy ruble.

— Czy od Jasińskiego dostałaś?

— Juści nie od was. Puścicie? — szepnęła.

— Idź do diabła!

— Pójdę! Byłam tam nieraz!

Zmieszała się z tłumem. Zaczepił ją Żyd o krowy Szczepańskiego — potem chłop o klacz. Poszli we troje na rynek, po chwili zebrało się jeszcze paru Żydów i chłopów i weszli do jednej z karczem. W alkierzu43 za szynkową izbą Pokotynka zasiadła z chłopami. Żyd dał parę flaszek wódki i piwa, rozpoczął się traktament44.

Na dworze szarzało — nadchodziła na świat bezmiernie długa i bezmiernie ciemna noc listopadowa...

Szczepański w areszcie godzin nie liczył. Leżał na pryczy, zimno było i ciemno. Stróż wieczorem zajrzał, rzucił mu kożuch, który ze dworu przyniesiono, spytał, czy głodny. Na odmowną odpowiedź oznajmił, że rano go poprowadzą do powiatowego więzienia — i wyszedł. Więźniowi wszystko było obojętne wobec szalonego bólu głowy i nudności. Chwilami jęczał głucho, to zapadał w omdlenie, czuł, że umiera — i odzyskiwał przytomność, z rozpaczą, że jeszcze cierpi. Nareszcie porwały go straszne wymioty i po nich tak osłabł, że leżał jak martwy. Ocuciło go wrażenie ciepła i łyk zimnej wody. Poczuł, że już nie deskę ma pod głową, ale futro kożucha, i że z tą wodą połkniętą życie mu wraca. Otworzył oczy.

W latarce na ziemi, tlała łojówka — nad nim klęczała Pokotynka.

— Daj jeszcze wody! — szepnął.

— Może wódki? — spytała.

Wzdrygnął się.

— Otruli mnie wódką. Do ust nie wezmę więcej.

— Herbatę mam ciepłą w butelce.

— To daj.

— Podnieście się trochę.

Dźwignął się. Otuliła go swą chustką, podparła ramieniem i poiła, zapatrzona w niego.

— Jak cię puścili? — spytał.

— Zapłaciłam.

— Skąd miałaś pieniądze? — rzucił ostro.

— Wasze wzięłam ze skrzyni.

— A papiery?

— Schowałam.

— Dobrze?

— Niech znajdą. Czy wam przynieść?

— Po co? Ja już człowiek umarły.

Kobieta zapłakała.

— Czego płaczesz — mruknął. — Sprzedaj, co jest, i weź pieniądze sobie. Mnie nic nie trzeba.

— Pójdę za wami!

— Ani się waż! Po coś tam potrzebna. Psa mi dopilnuj, pamiętaj. Zbierzesz może dwieście rubli, starczy ci na kilka lat.

Patrzyła nań uparcie z jakąś tępą rozpaczą.

— I grosza nie wezmę! — rzekła wreszcie. — Sprzedam i pieniądze wam do ostrogu przyniosę. Mnie one niepotrzebne.

— Milcz, kiedy ci mówię, to słuchaj. Niepotrzebne ci pieniądze, co będziesz robić? Znowu się poniewierać! Ubiję i ciebie!

Potrząsnął nią brutalnie za ramię, nie broniła się, schyliła głowę.

— Ubijcie, macie prawo! — szepnęła przez łzy.

Spojrzał na nią, zmieniła mu się twarz.

— Nie płaczże45 — mruknął.

Potem się zaniepokoił znowu i spytał:

— Dobrześ schowała papiery?

— Bądźcie spokojni. A wiecie, że Bielak był dziś o świcie i chciał je dostać. Mówił, że wyście go po nie przysłali, obces46 do kufra lazł.

— Powiedziałaś to na śledztwie?

— Nie.

— Czemu?

— Albo ja wiem. Jak Bielak ich chciał, to może by i sędzia chciał zobaczyć. Wasze dobro chowałam i zataiłam. A słyszałam, jakeście rzekli, że do winy się przyznajecie, więc po co plątać Bielaka i papiery, żeby was więcej dręczyli. Powiedziałam, że Bielak był i kazał mi ze straży się wynosić, boć47 to się nie utai.

Szczepański się zamyślił.

— On cię jeszcze napastować będzie o te papiery, powiesz, żeś mnie oddała, i zejdź mu z oczu.

— On mnie nie ubije, jak Jasińskiego ubił! — wybuchnęła dzikim szeptem.

Zerwał się wściekły.

— Ty głupia, co prawisz48! Ja ci zapowiadam, że jeśli słowo piśniesz żywej duszy o tym, co ci po durnym łbie się plącze, to ja ci zaprzysięgam, że żywa z moich rąk nie wyjdziesz.

Ale Pokotynka nie zlękła się. Patrzała w jego dziko błyskające oczy i jej źrenice poczęły się złowieszczo palić.

— Ja wasz pies i własność. Chcecie w katorgę iść, to widać tak trzeba. Nie rzekłam nic i nie rzeknę, pójdziecie, i ja precz pójdę — w świat. Dajecie mi psa i papiery, to wam dochowam. Ale co wiem, to wiem, wiele wiem!

— Co wiesz? Gadaj! — warknął.

— To, co i wy.

Rzucił się ku niej i zdławił za gardło.

— Czytałaś, bestio, papiery. Ostatnia twoja godzina!

Potrząsnął głową, upadła na wznak. Poczęła się bronić rozpacznie. Dławił ją, oszalały.

Może by zabił, ale wpadł do aresztu chłop-wartownik i porwał Szczepańskiego za ramiona, odciągnął, szamotał się z nim, rzuciwszy kobiecie:

— Idź won! Zarobiłaś. Bodaj cię choroba!

Towarzysz jego ukazał się z kijem i wypędził ją, potem zabrali wódkę, którą przyniosła, zagasili łojówkę, wyszli i zaryglowali drzwi.

Pokotynka wyrzucona za furtkę na uliczkę usiadła przy parkanie, skuliła się z niefrasobliwością włóczęgi — czekała świtu. Noc była tak czarna, że nie było sposobu odnaleźć drogi. Po chwili coś się zbliżyło do niej — wyciągnęła rękę, namacała łeb psa i przygarnęła go do siebie, i tak we dwoje pozostali. Pies zasnął — ona rozmyślała, co ze sobą zrobi, gdy ten jej „pan” nie pozwolił iść za sobą.

Poszłaby za nim razem z tym psem, ale gdy zabronił, to już wiedziała, że słowa nie zmieni, odpędzi ją. A jak by chętnie szła aż do powiatowego więzienia, a potem — po wyroku — na kraj świata — byle z nim! Taka zapamiętała była całe życie. Miała szesnaście lat, gdy się rozmiłowała w Hipku Łabędzkim z Bud Mazurskich49, w ich okolicy. Jedynaczką była u ojców — mieli własny folwarczek; ojciec jej, honorny szlachcic, był pan Feliks Kałaur i chował Magdusię dla lepszego niż Hipek Łabędzki, który pracować nie lubił, z fuzyjką50 po cudzych borach kłusował, upijał się, burdy wszczynał o byle co i tylko z rozpusty sławny był.

Ale Magda innymi oczami patrzała na chłopaka. Ładny był, wesół, zuchwały, cudnie śpiewał, a jak tańczył, a jak wśród młodzieży rej wodził51, a jak za nim latały dziewczęta!

A on ino za Magdusią oczami wodził i za nią chodził, i słodkie słowa gadał, i smętne pieśni śpiewał, aż się rozkochała w nim na umór. Gdy stary Kałaur to spostrzegł, począł strofować52, wreszcie bić. Nie było rady.

Dziewczyna oszalała ze szczętem. Stała się pośmiewiskiem okolicy, w domu miała piekło, Hipek nawet wreszcie z niej żartował — nie dbała o nic, miłowała go tak okrutnie. Aż gdy plotek i gawęd, i wstydu przebrała się miara, stary Kałaur skatował ją i precz z domu wygonił. Dziewczyna nawet nie zapłakała, poszła do Bud Mazurskich, do Hipka. Łabędzcy biedni byli i obarczeni dziećmi, radzi by byli posażnej synowej, ale Kałaur zapowiedział, że folwarczek sprzeda i grosza łajdaczce nie da. Groził procesem, bo i małoletnią jeszcze była.

Więc przyjęli ją niechętnie i złajali Hipka. Dziewczyna zniosła i to. Żniwa właśnie były, poszła do roboty z sierpem — pracowała im jak wyrobnica, byle być bliżej ukochanego.

Nie czuła, że i jemu poczyna się przykrzyć53, ciężyć, zawadzać. Drwili z niego koledzy, drwiły dziewczęta, napastliwe, gwałtowne kochanie już mu też się sprzykrzyło i spowszechniało.

Do jesieni tak trwało, do rekruckiego poboru, Hipek zły numer wyciągnął, wzięto go. Gdy się stary Kałaur o tym dowiedział, spodziewał się, że Magda wróci — naszykował rzemień, ale gotów był przecież darować i przyjąć na powrót szaloną.

Tymczasem Magda poszła za Hipkiem.

Wtedy stary ją przeklął i zaprzysiągł, że gdyby konała mu pod progiem, zmiłowania już i litości nie dostanie. Ale o Magdzie wieść przepadła. Wtedy to wojsko stało w Oranach i za partią rekrutów ona przyszła.

Jak szła, czym żyła, ile nędzy zniosła, tego nie pamiętała. Dobrze jej było, bo za Hipkiem szła. Była wtedy nadzwyczaj urodziwa, każdy się za nią obejrzał, każdy zaczepił. Oficerowie ofiarowali pieniądze, rzucała je im w oczy, żołnierze napastowali zuchwale, odtrącała ich — miłowała bo54 swego chłopaka jako duszę, poza nim świat i życie nie istniało.

A Hipek już wcale o nią nie dbał, poniewierał i łajał, chciał pieniędzy na hulankę55, pędził ją do roboty, zabierał każdy zarobiony grosz, namawiał ją do kradzieży i rozpusty.

Kraść — może by i namówił wreszcie, ale w owe czasy przyczepił się do niej feldfebel56, łaził za nią, wabił i nęcił:

— Ty, głupia — mówił. — Żydom bieliznę pierzesz, głodem umrzesz, Łabędzkiemu wszystko, co zarobisz, oddajesz, a on przepija z Mereczanką.

— Łżesz!

— Idź do Mejłacha wieczorem, to zobaczysz.

Mereczanka była bogata mieszczanka, wdowa, u Mejłacha za sklepem w alkierzu poiła i ugaszczała ładnych chłopców. Nie wpuszczono tam Magdy, ale zajrzała oknem, ujrzała Hipka, całował i obejmował tamtą, więc oszalała zazdrością, wybiła szybę i ugodziła Mereczankę kamieniem. Powstał popłoch. Żydzi zdarli z niej chustkę i kaftan za rozbitą szybę, a pijany Hipek skatował ją, w błoto butami wdeptał, zbił, zabiłby może, gdyby go gawiedź57 nie oderwała od ofiary. Ale razy te, obelgi, błoto — zabiły w Magdzie duszę i czucie. Wpółmartwą zabrał feldfebel, a po tygodniu już przyrosło do niej urągliwe przezwisko — rzucone przez ulicznego dowcipnisia — stała się Pokotynką.

Z wiosną żołnierze opuścili Orany i nie wrócili na zimowe leże, bo miejscowość i koszary były niezdrowe, i została po nich tylko ta kobieta włóczęga i rozpustnica — wszystkich własność i niczyja.

Ulica, rynek, szynk, to był dom Pokotynki, cała jej majętność — jaskrawe łachmany i uroda. Żyła tak parę lat, aż ją na samo dno nędzy i niedoli strąciła choroba. Było to owej późnej jesieni, gdy ją w borze Jasiński spotkał i poszczuł psami. Chorą odstąpili wszyscy, nikt jej nie chciał, nie miała siły się śmiać i bawić gości Zelmana, szynkarza, u którego mieszkała. Wyrzucili ją wtedy do chlewu. Leżała w kącie za drzewem, na kupie śmieci, ale widząc, że już ledwie dysze, zlękli się Żydzi, że tam u nich zamrze, napadli z wymysłami i łajaniem, kazali iść precz. Zwlekła się nie wiadomo jaką siłą i poszła szukać schronienia po innych znajomych. Wypędzano ją zewsząd. Jesień była późna, deszcz mżył, ruszyła przed siebie, na oślep, bezmyślnie jak zwierzę, które szuka ustronnego kąta, by zwinąć się i zdechnąć.

Taką poszczuł psami Jasiński na skraju lasu, ale dalej nie prześladował, przekonawszy się, że wygląda szpetnie i jest brudna jak ścierka. Zresztą i psy jej szarpać nie chciały i zostawiły skuloną pod świerkowym wywrotem58. Dalej iść już nie mogła. Czekała apatycznie nocy — i śmierci.

Tam ją zwęszył pies Szczepańskiego i szczekaniem sprowadził swego pana. Wczesny ranek był, noc minęła — śmierć nie przyszła, ale i życia już mało było w nędzarce. Znał ją Szczepański, chociaż nigdy nie zaczepiał i nawet nie zagadał. Myślał zrazu, że zabłądziła po pijanemu, wracając z jakiejś hulanki, trącił, chcąc zbudzić. Ale gdy spojrzał na jej twarz sczerniałą od gorączki, na oczy nieprzytomne, spytał, co jej jest. Nie mogła odpowiedzieć, nie mogła się poruszyć, nie pojmowała nic.