Lord Jim - Conrad Joseph - ebook

Lord Jim ebook

Conrad Joseph

5,0

Opis

Lord Jim – powieść Josepha Conrada wydana w 1900 roku. Uważana jest za jedno z najwybitniejszych dzieł autora, w którym w szczególny sposób prezentuje swoją wizję honoru jako najwyższej wartości. Ebook w formacie EPUB - dostosowuje tekst i czcionkę do wielkości ekranu. Tagi: powieść, bestseller

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 394

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS



Lord Jim

Joseph Conrad

Tłumaczenie Emilia Węsławska
(1904)

Strona redakcyjna

ISBN: 978-83-63625-97-9 Tekst z domeny publicznej. Źródło tekstu: Wikiźródła. Tłumaczenie: Emilia Węsławska Opracowanie tej wersji elektronicznej: © Masterlab, 2013. Na podstawie publikacji z roku 1904. Język i pisownia mogą być miejscami archaiczne. W numeracji i zawartości rozdziałów pozostawiono nieścisłości z wersji oryginalnej. Zdjęcie na okładce: Solid Tscheik
MASTERLAB Wydawanie i konwersja ebooków E-mail: [email protected] www.masterlab.pl

PRZEDMOWA.

Syn Apollona Korzeniowskiego, wnuk Teodora, kapitana wojsk polskich, Konrad Korzeniowski urodził się w 1859 r. na Ukrainie, w majątku pani Melanii Sobańskiej, którego ojciec jego był dzierżawcą.

W 1867 r. ojciec Konrada przesiedlił się do Krakowa i tam w dwa lata umarł, zostawiając sierotę pod opieką drugiego szwagra, Tadeusza Bobrowskiego, autora pamiętników.

W Krakowie Konrad uczęszczał parę lat do szkół, ale już w 1874 r. dziwną do morza gnany tęsknotą — opuścił ziemię polską.

Marynarzem został i Anglikiem, ale ani w ciągu dwudziestoletniej po oceanach wędrówki, ani później, nigdy nie rozstał się z wierną pamięcią o kraju rodzinnym i z gorącem do niego przywiązaniem.

W 1890 i 1895 r., już jako poddany angielski, odwiedzał Ukrainę.

Zawód swój marynarski ukończył w 1895 r. i osiadł w wiejskiej siedzibie w Folkstone, zkąd przygląda się kominom, zastępującym w cieśninie Kaletańskiej dawny las masztowy i uważa się podobno za ostatniego przedstawiciela innej marynarki, prawdziwej, owej żaglowej, której zawdzięczał najsilniejsze wzmożenie sił, najpotężniejsze uczucia zadowolonej dumy, a której obrazowaniu poświęcił w znacznej części swój talent powieściopisarski.

Conrad późno rozpoczął swój zawód literacki, bo w 38 roku życia, a gdy się pomyśli, że do lat 17-tu nie znał zupełnie mowy angielskiej, podziwiać trzeba zdolności lingwistyczne naszego rodaka, który zdołał do tego stopnia opanować i zgłębić obcy język, że pisze nim tak artystycznie, iż nie ustępuje żadnemu z najlepszych autorów angielskich.

Krytyka angielska oddaje mu tę sprawiedliwość.

W opisowych ustępach plastyka tego autora jest nadzwyczajna i zadziwia siłą efektu, skupioną w stosunkowo niewielkiej ilości słów.

Żadnego opisu Korzeniowskiego rozwlekłym nazwać nie można, gdyż jak zdolny malarz kolorysta rzuca kilka plam jaskrawych, odtwarzających całą piękność krajobrazu, tak Conrad kilku frazesami oddaje piękność otoczenia, określa potęgę rozbudzonych żywiołów, lub czar pozostającej w spokoju natury.

Dokoła każdej postaci i każdej sceny autor roztacza odpowiednią atmosferę, wprowadza nas w nią, żyć nam każe z istotami, które do życia powołuje.

W powieściach i nowelach Conrada jest kilka opisów burzy, o których co najmniej powiedzieć można, że wytrzymują zaszczytnie porównanie z najlepszemi opisami tego rodzaju we wszystkich literaturach.

Jednak strona opisowa nie jest umiłowaniem autora, gdyż właściwie analizowaniu charakterów ludzkich całą swą duszę poświęca.

Przekształcenia, którym pojęcia i instynkty ludzi cywilizowanych ulegają w barbarzyńskiem otoczeniu, oraz odwrotne reakcye są ulubionym tematem Conrada. Przyczem nie zaniedbuje on jednak uwydatniać jednostajności i trwałości ludzkiego wspólnego podkładu na wszystkich stopniach rozwoju i wskroś wszelakich doświadczeń.

Innym tematem, przez autora wyzyskiwanym jest fatalna potęga miłości, zwłaszcza u mężczyzn miłości czysto zmysłowej.

Opowiadaniom Conrada zarzucić można pewną monotonność. Niewątpliwie, oceniać je trzeba ze specyalnego punktu widzenia, właściwego krajowi, w którym, jak mówi sam autor, morze i życie ludzkie przenikają się wzajemnie i w którym każdy w pewnym sensie jest lub był marynarzem. Rozbitek z powieści p. t. „An outcast of the Islands”, jest powtórzonym typem Lorda Jima, mniej jednak głębokim.

Na lądzie i morzu widoki, które autor odsłania przed nami, są jednostajnie posępne.

Trafiają się w nich przebłyski humoru i to w najlepszym gatunku, ale zostawiające wrażenie błyskawicy na zachmurzonem niebie, a przechodzące często w cierpką, gorzką ironię.

Twórczość naszego rodaka, to potok bardzo rwący a kapryśny, z tysiącznemi zakrętami, częstemi zamuleniami, po których następują przepaściste wodospady. Conrad prawie nigdy nie idzie prosto do celu, choć zmierza do niego zawsze bardzo umiejętnie. Najzupełniej nie dba o to, czy znuży czytelnika, lub zbije go z tropu.

Trzeba mieć skupioną myśl, by nie stracić wątku, gdyż jak w „Lordzie Jimie” opowiadanie dziejów jego rwie się, przerzuca w lat parę naprzód, lub cofa się wstecz, lub też staje na miejscu, bo pisarz, obracając na wszystkie strony daną myśl, lub sytuacyę, usiłuje nam dać poznać rozmaite punkty jej widzenia.

W niektórych utworach autor przecenił zainteresowanie, jakie budzić w czytelnikach może egzotyczne życie z przygodami, intrygami i kłótniami malajskich i arabskich bohaterów.

W całej swej dotychczasowej twórczości Conrad zdradza przekonanie, że jeżeli czytelnik czegoś nie rozumie, to tem gorzej dla niego.

Treścią „Lorda Jima” jest walka duchowa i dzieje bohatera Jima, który raz niewytłómaczoną siłą z drogi obowiązku sprowadzony, przechodzi męki piekielne, gdyż widmo przestępstwa stoi mu wciąż przed oczyma.

Będąc pomocnikiem na parowcu, wiozącym setki pielgrzymów, w chwili niebezpieczeństwa opuszcza placówkę i dla ratowania własnego życia, oddaje na pastwę losu tych, co mu zaufali. Około tego jądra autor snuje pajęcze nici swych subtelnych analiz.

Ktoby szukał w Jimie zwykłych sensacyj romansowych, ten zawiedzie się niewątpliwie. Tu niema „miłości”. Stosunek Jima z jedną z dziewczyn malajskich jest zlekka naszkicowany i nie przedstawia żadnych drastycznych epizodów, a za to z każdej niemal stronicy wyziera głębia duszy autora, badającego, analizującego, grzebiącego się w najskrytszych zakątkach ducha ludzkiego, by odczuć i zrozumieć motywy jego czynów, wrażeń i myśli.

Czy rodowity Anglik stworzyłby typ takiego Jima, przesiąkniętego romantyzmem i sentymentalizmem?

Na to trzeba mieć w sobie marzycielską krew Słowianina.

Tu, jak i w innych utworach, autor opisując naturę, wykazuje plastykę nieporównaną, czytelnik czuje żar promieni słonecznych, płynących z niepokalanie czystego nieba na sunącą po niezmąconej powierzchni morza — łupinę parowca.

Słyszy ryk fal, lub cichy odgłos spadających w morze kropli deszczu, lub też odczuwa ten chłód nocy, jak błogosławieństwo zapadające nad głowami wyczerpanych upałem pielgrzymów.

Starałam się o możliwie najściślejszy przekład, zachowując wszystkie właściwości stylu, by polskim czytelnikom przedstawić Conrada takim, jakim jest, bo chociaż pisze w obcym dla nas języku, zbyt wiele zdradza pokrewnych nam drgnień duszy, byśmy go za obcego uważać mogli.

E. W.

ROZDZIAŁ I.

Potężnie zbudowany, bardzo wysoki, szedł prosto na ciebie, z lekkiem pochyleniem ramion, głową naprzód, ze wzrokiem z podełba patrzącym, przypominającym byka, gotującego się do ataku. Głos jego głęboki, nizki, nacechowany pewnością siebie, nie miał w sobie nic przykrego. Był niepokalanie czysty, biało ubrany, od trzewików do kapelusza, i w rozmaitych wschodnich portach, gdzie zarabiał na życie w charakterze kramarza okrętowego, był bardzo popularny.

Taki wodny urzędnik nie potrzebuje zdawać żadnych egzaminów, ale musi mieć zdolności do abstrakcyi i wykazać je praktycznie. Praca jego polega na wyściganiu się z kolegami przy pomocy pary, żagli lub wioseł, na widok zarzucającego kotwicę okrętu, na serdecznem witaniu kapitana i wsunięciu mu swej karty — kartę okrętowego kramarza — a przy pierwszem zjawieniu się jego na wybrzeżu, na stanowczem, lecz bez ostentacyi skierowaniu go do obszernego, podobnego do winiarni magazynu, gdzie jest wszystko, co się pije i je; gdzie kupić można wszystko, co jest potrzebne do użytku i upiększenia okrętu, zacząwszy od haków z łańcuszkami aż do książek o złotych kartkach do ozdabiania steru, i gdzie kapitan samego okrętu przyjmowany jest z otwartemi ramionami przez okrętowego kramarza, którego nigdy w życiu nie widział.

Tam jest chłodna izba, wygodne fotele, butelki, cygara, materyały piśmienne, kopie przepisów portowych i ciepło powitania, topiące całą sól, zebraną w sercu marynarza po trzymiesięcznej wędrówce po morzu.

Zawarta w ten sposób znajomość trwa tak długo, dopóki okręt w porcie pozostaje, gdyż ten wodny urzędnik pamięta o złożeniu codziennej wizyty. Dla kapitana jest wierny jak przyjaciel, uważny jak syn, z cierpliwością Hioba, oddaniem się kobiety, wesołością dobrego kompaniona. Później za to wszystko rachunek się posyła. To jest piękne, humanitarne zajęcie. Dlatego też dobrych wodnych urzędników nie liczy się na tuziny. Gdy taki jegomość posiada nietylko zdolności do abstrakcyi, ale jest jeszcze z morzem oswojony, to dla swego pracodawcy przedstawia wartość niemałą i zasługuje na dogadzanie.

Jim otrzymuje zawsze doskonałą pensyę i dogadzają mu tak, że takie postępowanie mogłoby kupić wierność czarta samego. Pomimo to z czarną niewdzięcznością rzuca on nagle służbę i zmyka. Przyczyny, jakie podaje, wydają się pracodawcom dziwaczne. „Przeklęty głupiec” mówią, gdy tylko się odwróci. Tak krytycznie mówią o jego nadzwyczajnej drażliwości.

Dla białych ludzi, prowadzących wodny interes i dla kapitanów okrętów był on Jimem, niczem więcej. Miał, rozumie się, inne nazwisko, ale bardzo pragnął, by nie było ono wypowiadane. Jego incognito, tak przedziurawione jak rzeszoto, kryło nie osobnika, lecz pewne zdarzenie. Gdy wiadomość o tem rozniosła się w porcie, gdzie w tym czasie przebywał — rzucał dane miejsce i udawał się gdzie indziej — najczęściej dalej na wschód. Trzymał się morskich portów, gdyż był wygnanym z morza marynarzem, miał zdolności do abstrakcyi, co jest odpowiednie tylko dla pracy kramarza okrętowego.

Znanym był w Bombaju, Kalkucie, Rangunie, Penang, Batawii — i w tych wszystkich miejscowościach Jim był wodnym kupczykiem. Później, gdy jego wysubtelnione odczucia odciągnęły go na dobre od portów morskich i białych ludzi, skrył dane mu od natury, a niewygodne własności duchowe w dziewiczych lasach i tam mieszkańcy „jungli” Malajczycy dodali słówko do jego jednozgłoskowego incognita. Nazwali go Tuan Jim, co się równa mianu Lord Jim.

Pochodził on z probostwa. Wielu kapitanów handlowych okrętów pochodzi z tego przybytku pobożności i spokojności. Ojciec Jima posiadał tę dozę wiadomości o rzeczach niezbadanych, które potrzebne są ludziom mieszkającym w skromnych domkach, nie naruszając spokoju umysłowego ludzi, którym nieomylna Opatrzność zamieszkiwać każe w pałacach. Mały kościołek na wzgórzu ma szarą — skały, widzianej po przez zasłonę z zielonych liści. Stał już on tam od wieków, ale otaczające go drzewa pamiętały zapewne chwilę, gdy zakładano pierwszy kamień.

Poniżej czerwony dach probostwa tworzył ciepłą plamę na tle gazonów, grządek kwiatowych. Warzywny ogródek znajdował się w głębi, zwirowany dziedziniec na froncie, a szklany dach oranżeryi wznosił się nad ceglanym murem.

Od kilku już pokoleń dom ten należał do rodziny, ale Jim był jednym z pięciu synów, więc gdy po początkowych studyach nad literaturą objawiło się jego powołanie do karyery marynarza, był wysłany natychmiast „na okręt — gdzie kształcono przyszłych oficerów floty handlowej.”

Nauczył się tam trochę trygonometryi, nabył zręczności w drapaniu się na wysokie maszty. Ogólnie był lubiany. Był trzecim w sztuce pływania i wiosłował zawsze w pierwszej łodzi. Mając mocną głowę i doskonałe zdrowie, czuł się dobrze na wyżynach. Stanowisko jego było na samym szczycie masztu i często spoglądał ztamtąd z pogardą człowieka przeznaczonego do błyszczenia wśród niebezpieczeństw na spokojne dachy domów, między któremi wiła się ciemna wstęga rzeki, na kominy faktoryi wznoszące się prostopadle na tle szarego nieba, wysmukłe jak ołówki i wyrzucające dymy jak wulkany. Mógł patrzeć na odpływające wielkie okręty, na szerokie promy w nieustannym ruchu, na malutkie łódeczki, uwijające się pod jego stopami, na mglistą wspaniałość oddalonego morza, pieszcząc nadzieję przebywania w świecie pełnym przygód i niebezpieczeństw. Na dolnym pokładzie, wśród gwaru dwóchset głosów zapadał w marzenia i z góry przeżywał historye, zaczerpnięte z opisów podróży morskich.

Zdawało mu się, że ratuje ludzi z tonących okrętów, odcinając maszty przy huku nawałnicy, że trzymając się liny walczy z bałwanami; lub jako samotny rozbitek, nagi, bosy, drapie się po skałach, szukając ślimaków, by się od śmierci głodowej ratować. Spotykał się z dzikusami na podzwrotnikowych wybrzeżach, uspakajał bunty, i w małej łódeczce, rzuconej na łaskę oceanu, podtrzymywał ducha zrozpaczonych towarzyszów. Zawsze był wzorem człowieka, oddanego swym obowiązkom, zawsze niewzruszony — jak bohater w książce.

— Coś się stało na górze. Lećmy!

Zerwał się. Chłopcy ciągnęli drabiny. Na górze słychać było bieganinę i krzyki, a gdy wylazł przez otwór — stanął jak skamieniały.

Był zmierzch dnia zimowego. Od południa wiatr się wzmógł, zatrzymując ruch na rzece, teraz wył w strasznym huraganie, a wybuchy jego sprawiały wrażenie wystrzałów armatnich. Deszcz lał strugami całemi, które to wisiały w powietrzu, to wiatrem pchnięte — rozsuwały się; w takiej chwili Jim dojrzał małe statki przy brzegu, rzucane falami, olbrzymie gmachy, rzucające się niewyraźnie na wybrzeżu, szerokie łodzie promowe, zarzucające kotwice, pomosty podrzucane w górę, zalewane pianą wodną.

Nowy tuman zakrył to wszystko. Powietrze przepełnione było lecącą wodą. Był jakiś śmiały cel w tym wichrze, jakaś wściekła stanowczość w jego wrzeniu, w tem brutalnem rozhukaniu nieba i ziemi, co przeciw niemu zwracać się zdawało i z przerażenia dech w nim zaparło.

Stał nieporuszony. Zdawało mu się, że jest w jakiś wir porwany.

Popchnięto go.

— Śpieszcie się, do łodzi! — krzyknięto.

Mali marynarze przebiegli obok niego.

Jeden ze statków, pływających zwykle wzdłuż wybrzeży szukając schronienia, wpadł na statek stojący na kotwicy, a jeden z okrętowych instruktorów dostrzegł wypadek.

Gromada chłopaków wgramoliła się na belki poprzeczne i skupiła się u otworów zewnętrznych.

— Zetknęły się statki. Akurat przed nami. Pan Symons widział to!

Nowe pchnięcia, Jim zatoczył się do środkowego masztu i schwycił się za sznur.

Stary „okręt - szkoła” przymocowany do swych pali, zadrgał całem ciałem, łagodnie chyląc swój przód w stronę wiatru, zdawał się nucić nizkim basem przebrzmiałą piosenkę młodości.

— Spuszczać łódź!

Ujrzał łódź lekko spuszczającą się i rzucił się za nią. Usłyszał plusk.

— Dalej! naprzód! — Pochylił się jeszcze więcej.

Woda naokoło gotowała się, rozpryskując jasne smugi. Przy zapadającej ciemności widać było łódkę, targaną wichrem niemiłosiernie.

Przeciągły krzyk doszedł niewyraźnie uszu Jima.

— Równo! szczeniaki, jeżeli chcecie kogo wyratować! Równo!

Nagle łódź, pchnięta zręcznemi wiosłami, podniosła wysoko swój dziób i przeskoczyła przez huczący bałwan, zwyciężając zaklęcie, rzucone na nią przez wicher i wodę.

Jim uczuł, że ktoś go mocno schwycił za ramię.

— Za późno, smyku!

Kapitan okrętu położył ciężką swą rękę na ramieniu chłopca, któremu zdawało się, że chce się rzucić do wody. Jim spojrzał w górę z wyrazem bolesnego zawodu w oczach.

Kapitan uśmiechnął się przyjaźnie.

— Będziesz szczęśliwszy drugim razem. To cię nauczy zwinności!

Radosne okrzyki powitały powracającą łódź.

Tańczyła na falach do połowy wodą napełniona, wioząc dwóch uratowanych ludzi.

Cała groza wzburzonych żywiołów zdawała się teraz Jimowi pogardy godną, zwiększając żal, że te marne pogróżki zdołały rozbudzić w nim taki strach.

Teraz on wie co o tem myśleć. Przekonany był, że nic a nic nie boi się huraganu. Może stawić czoło większym niebezpieczeństwom. Potrafi on tego lepiej dokonać niż inni, ani odrobina strachu nie pozostała w nim.

Trzymał się jednak na uboczu tego wieczoru, gdyż chłopiec, który pośpieszył na pomoc zagrożonemu statkowi, był bohaterem dolnego pokładu.

Chłopiec ten, o twarzy dziewczyny i dużych szarych oczach, zarzucany był pytaniami przez cisnących się do niego towarzyszów.

— Gdy ujrzałem — opowiadał — wynurzającą się z wody głowę jego, cisnąłem do wody hak ratunkowy. Utkwił on w jego majtkach, a ja o mało nie wyleciałem z łódki i byłbym wypadł, gdyby stary Symons nie porzucił rudla i nie schwycił mnie za nogi. To porządny chłop ten stary Symons. Ani trochę nie mam żalu do niego, że gderze na nas tak często. Przeklinał mnie cały czas, trzymając mnie za nogę, ale to był jego sposób ostrzegania, bym nie puścił z ręki liny. Stary Symons prędko się unosi, to prawda. Nie, nie ten jasnowłosy, tamten z brodą. Gdyśmy go wciągnęli do łodzi, jęczał: „Oj, moja noga! Moja noga!” i przewracał oczami. Pomyślcie sobie, taki wielki chłop, a mdlał jak dziewczyna. Czy który z was mdlałby od ukąszenia takiego haka? bo ja to nie. Taki kawałek wlazł mu w mięso!

Pokazywał hak, który w tym celu przyniósł ze sobą na dół i wywołał wielkie wrażenie.

— To śmieszne, doprawdy! że tam dużo krwi stracił, to się rozumie.

Jim pomyślał, że to nieładnie tak przechwalać się czynami swemi. Huragan wywołał w tym chłopcu taki fałszywy heroizm, jak jego strach. Gniewał się na ten brutalny spisek nieba i ziemi, który go zaskoczył niespodzianie i ogłuszył gotowość na wszystkie niebezpieczeństwa. Gdyby nie to, byłby nawet rad, że nie wystąpił do czynu, kiedy tak prędko dało się to załatwić.

Rozszerzył swoje wiadomości więcej niż ci, którzy tej pracy dokonali. Gdy wszyscy wahać się będą, on, czuje to doskonale, będzie wiedział, jak działać wobec grozy wzburzonego oceanu i wichru. Wie co o tem myśleć. Nie czuje w sobie najmniejszego wzruszenia na wspomnienie nawałnicy i ostateczny skutek tego wypadku był taki, że trzymając się zdala od hałaśliwej gromady chłopców, drżał nową żądzą przygód, wierząc w swą niezachwianą, wszechstronną odwagę.

KONIEC WERSJI DEMO