Lord Jim - Conrad Joseph - darmowy ebook

Lord Jim ebook

Conrad Joseph

3,8

Opis

Jedna z najważniejszych powieści XX wieku “Lord Jim” Josepha Conrada jest dostępna w Legimi za darmo w formie ebooka, zarówno w formacie epub jak i mobi.

 

Conrad jest jednym z najciekawszych autorów przełomu XIX i XX wieku. Urodzony na Ukrainie, pochodził z polskiej, ziemiańskiej rodziny. Zostaje zesłany w głąb Rosji za patriotyczną działalność ojca, wraca do Polski, ale ostatecznie udaje się na emigrację. Część życia spędza na statkach, gdzie może szlifować język angielski. Debiutuje dosć późno, a jego teksty spotykają się z przychylnością krytyków.

 

“Lord Jim” opowiada historię zdegradowanego oficera. Poznajemy ją z wielu różnych perspektyw. Główny bohater od dzieciństwa marzył o wielkich przygodach i bohaterskich czynach. Gdy w końcu miał okazję, aby wykazać się, przestraszył się. Nie był na to przygotowany. We własnych oczach okrył się hańbą. Jim cały czas starał się postępować honorowo. Swoje marzenie o bohaterstwie mógł zrealizować dopiero w odległym mieście Patusan, gdzie zdobył zaufanie rdzennych mieszkańców i pomógł im zakończyć długotrwałe spory.

 

Conrad nie oszczędza swojego bohatera. Autor stawia go przed wieloma trudnymi zadaniami. Musi rozliczyć się z własną przeszłością, która blokuje go w dalszym życiu, odkupić swoje winy. Chce dojrzeć do własnego obrazu, pokonać swoje słabości. Ostatecznie stawia go przed tragicznym wyborem między słowem danym ukochanej, a przyjęciem odpowiedzialności.

 

Historia Jima stawia wiele pytań przed czytelnikiem, a jednocześnie daje bardzo mało odpowiedzi. Niejednoznacza postawa bohatera pozwala na wiele rozstrzygnięć i interpretacji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 396

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (36 ocen)
9
15
10
0
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
aniamat4320

Nie polecam

W tej książce brakuje rozdziałów.
20
PrzemoD

Nie oderwiesz się od lektury

Warto przeczytać. Polecam.
00

Popularność




Jo­seph Con­rad

Lord Jim

Roz­dział I

Po­tęż­nie zbu­do­wa­ny, bar­dzo wy­so­ki, szedł pro­sto na cie­bie z lek­kim po­chy­le­niem ra­mion, gło­wą na­przód, pa­trząc spode łba, jak byk go­tu­ją­cy się do ata­ku. Je­go głę­bo­ki, ni­ski głos, na­ce­cho­wa­ny pew­no­ścią sie­bie, nie miał w so­bie nic przy­kre­go. Był nie­po­ka­la­nie czy­sty, bia­ło ubra­ny od trze­wi­ków do ka­pe­lu­sza i w roz­ma­itych wschod­nich por­tach, gdzie za­ra­biał na ży­cie w cha­rak­te­rze agen­ta okrę­to­we­go, ci­szył się wiel­ką po­pu­lar­no­ścią.

Agent okrę­to­wy nie po­trze­bu­je zda­wać żad­nych eg­za­mi­nów, ale mu­si po­sia­dać zdol­ność abs­trak­cyj­ne­go my­śle­nia i umieć wy­ka­zać je w prak­ty­ce. Je­go pra­ca po­le­ga na tym, by przy po­mo­cy pa­ry, ża­gli lub wio­seł ści­gać się z in­ny­mi agen­ta­mi na wi­dok za­rzu­ca­ją­ce­go ko­twi­cę okrę­tu, ser­decz­nie po­wi­tać ka­pi­ta­na i wsu­nąć mu swą kar­tę – kar­tę agen­ta okrę­to­we­go – a przy pierw­szej je­go wi­zy­cie na wy­brze­żu sta­now­czo, lecz bez osten­ta­cji skie­ro­wać go do ob­szer­ne­go, po­dob­ne­go do wi­niar­ni ma­ga­zy­nu, gdzie jest wszyst­ko, co się pi­je i je na stat­ku; gdzie ku­pić moż­na wszyst­ko, co jest po­trzeb­ne do użyt­ku i upięk­sze­nia okrę­tu, po­cząw­szy od łań­cu­chów z ha­ka­mi, po­przez ozdo­by ste­ru aż do ksią­żek o zło­tych kart­kach, i gdzie ka­pi­tan okrę­tu przyj­mo­wa­ny jest z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi przez agen­ta okrę­to­we­go, któ­re­go przed­tem ni­g­dy w ży­ciu nie wi­dział. Tam jest chłod­na izba, wy­god­ne fo­te­le, bu­tel­ki, cy­ga­ra, ma­te­ria­ły pi­śmien­ni­cze, ko­pie prze­pi­sów por­to­wych i cie­pło po­wi­ta­nia to­pią­ce ca­łą sól ze­bra­ną w ser­cu ma­ry­na­rza po trzy­mie­sięcz­nej wę­drów­ce po mo­rzu. Za­war­ta w ten spo­sób zna­jo­mość trwa tak dłu­go, do­pó­ki okręt po­zo­sta­je w por­cie, gdyż agent pa­mię­ta o zło­że­niu co­dzien­nej wi­zy­ty. Dla ka­pi­ta­na jest wier­ny jak przy­ja­ciel, uważ­ny jak syn, od­zna­cza się cier­pli­wo­ścią Hio­ba, od­da­niem ko­bie­ty i we­so­ło­ścią do­bre­go kom­pa­na. Póź­niej za to wszyst­ko po­sy­ła się ra­chu­nek. Jest to pięk­ne, hu­ma­ni­tar­ne za­ję­cie. Dla­te­go też do­brych agen­tów nie li­czy się na tu­zi­ny. Gdy ta­ki je­go­mość nie tyl­ko po­sia­da zdol­ność abs­trak­cyj­ne­go my­śle­nia, ale jest jesz­cze oswo­jo­ny z mo­rzem, to dla swe­go pra­co­daw­cy przed­sta­wia nie­ma­łą war­tość i za­słu­gu­je na to, by mu do­ga­dza­no. Jim otrzy­my­wał za­wsze do­sko­na­łą pen­sję i do­ga­dza­no mu tak, że moż­na by w ten spo­sób ku­pić wier­ność sa­me­go czar­ta. Po­mi­mo to z czar­ną nie­wdzięcz­no­ścią rzu­cał on na­gle służ­bę i zmy­kał. Przy­czy­ny, ja­kie po­da­wał, wy­da­wa­ły się pra­co­daw­com dzi­wacz­ne. „Prze­klę­ty głu­piec” mó­wi­li za je­go ple­ca­mi, kry­ty­ku­jąc w ten spo­sób je­go nad­zwy­czaj­ną draż­li­wość.

Dla bia­łych lu­dzi pro­wa­dzą­cych in­te­re­sy w por­cie i dla ka­pi­ta­nów okrę­tów był on po pro­stu Ji­mem. Miał, ro­zu­mie się, rów­nież na­zwi­sko, ale bar­dzo pra­gnął, by go nie wy­mie­nia­no. Je­go in­co­gni­to, po­dziu­ra­wio­ne jak rze­szo­to, kry­ło nie osob­ni­ka, lecz pew­ne zda­rze­nie. Gdy wia­do­mość o nim roz­nio­sła się w por­cie, gdzie w tym cza­sie prze­by­wał – rzu­cał to miej­sce i uda­wał się gdzie in­dziej – naj­czę­ściej da­lej na wschód. Trzy­mał się mor­skich por­tów, gdyż był wy­gna­nym z mo­rza ma­ry­na­rzem, a miał zdol­ność do te­go ro­dza­ju abs­trak­cyj­ne­go my­śle­nia, któ­re przy­dat­ne jest tyl­ko w pra­cy agen­ta okrę­to­we­go. Zna­ny był w Bom­ba­ju, Kal­ku­cie, Ran­gu­nie, Pe­nang, Ba­ta­wii – i w tych wszyst­kich miej­sco­wo­ściach Jim był agen­tem okrę­to­wym. Póź­niej, gdy je­go wy­sub­tel­nio­ne od­czu­cia od­cią­gnę­ły go na do­bre od por­tów mor­skich i bia­łych lu­dzi, skrył da­ne mu od na­tu­ry, a nie­wy­god­ne wła­sno­ści du­cho­we w dzie­wi­czych la­sach i tam miesz­kań­cy dżun­gli, Ma­laj­czy­cy, do­da­li słów­ko do je­go jed­no­zgło­sko­we­go in­co­gni­ta. Na­zwa­li go Tu­an Jim, co się rów­na mia­nu Lord Jim.

Po­cho­dził z pro­bo­stwa. Wie­lu ka­pi­ta­nów han­dlo­wych okrę­tów po­cho­dzi z te­go przy­byt­ku po­boż­no­ści i spo­ko­ju. Oj­ciec Ji­ma po­sia­dał pew­ną do­zę wia­do­mo­ści o rze­czach nie­zba­da­nych, któ­re po­trzeb­ne są lu­dziom miesz­ka­ją­cym w skrom­nych dom­kach, a nie na­ru­sza­ją spo­ko­ju umy­sło­we­go lu­dzi, któ­rym nie­omyl­na Opatrz­ność za­miesz­ki­wać ka­że w pa­ła­cach. Ma­ły ko­śció­łek na wzgó­rzu miał sza­rą bar­wę ska­ły wi­dzia­nej po­przez za­sło­nę z zie­lo­nych li­ści. Stał tam już od wie­ków, a ota­cza­ją­ce go drze­wa pa­mię­ta­ły za­pew­ne chwi­lę, gdy kła­dzio­no ka­mień wę­giel­ny. Po­ni­żej czer­wo­ny dach pro­bo­stwa two­rzył cie­płą pla­mę na tle ga­zo­nów i grzą­dek kwia­to­wych. Wa­rzyw­ny ogró­dek znaj­do­wał się w głę­bi, żwi­ro­wa­ny dzie­dzi­niec na fron­cie, a szkla­ny dach oran­że­rii wzno­sił się nad ce­gla­nym mu­rem. Od kil­ku już po­ko­leń dom ten na­le­żał do ro­dzi­ny, ale Jim był jed­nym z pię­ciu sy­nów, więc gdy po po­cząt­ko­wych stu­diach nad li­te­ra­tu­rą ob­ja­wi­ło się je­go po­wo­ła­nie do ka­rie­ry ma­ry­na­rza, zo­stał wy­sła­ny na­tych­miast „na okręt, gdzie kształ­co­no przy­szłych ofi­ce­rów flo­ty han­dlo­wej”.

Na­uczył się tam tro­chę try­go­no­me­trii i na­był zręcz­no­ści we wdra­py­wa­niu się na wy­so­kie masz­ty. Ogól­nie był lu­bia­ny. Był trze­ci w sztu­ce pły­wa­nia i wio­sło­wał za­wsze w pierw­szej ło­dzi. Ma­jąc moc­ną gło­wę i do­sko­na­łe zdro­wie, czuł się do­brze na du­żych wy­so­ko­ściach. Sta­no­wi­sko je­go by­ło na sa­mym szczy­cie masz­tu i czę­sto spo­glą­dał stam­tąd z po­gar­dą czło­wie­ka prze­zna­czo­ne­go do błysz­cze­nia wśród nie­bez­pie­czeństw na spo­koj­ne da­chy do­mów, mię­dzy któ­ry­mi wi­ła się ciem­na wstę­ga rze­ki, na ko­mi­ny fak­to­rii1 wzno­szą­ce się pro­sto­pa­dle na tle sza­re­go nie­ba, wy­smu­kłe jak ołów­ki i wy­rzu­ca­ją­ce dy­my jak wul­ka­ny. Mógł pa­trzeć na od­pły­wa­ją­ce wiel­kie okrę­ty, na sze­ro­kie pro­my w nie­ustan­nym ru­chu, na ma­lut­kie łó­decz­ki, uwi­ja­ją­ce się pod je­go sto­pa­mi, na mgli­stą wspa­nia­łość od­da­lo­ne­go mo­rza, piesz­cząc na­dzie­ję prze­by­wa­nia w świe­cie peł­nym przy­gód i nie­bez­pie­czeństw.

Na dol­nym po­kła­dzie, wśród gwa­ru dwóch­set gło­sów za­pa­dał w ma­rze­nia i z gó­ry prze­ży­wał hi­sto­rie za­czerp­nię­te z opi­sów po­dró­ży mor­skich. Zda­wa­ło mu się, że ra­tu­je lu­dzi z to­ną­cych okrę­tów, od­ci­na­jąc masz­ty przy hu­ku na­wał­ni­cy, że trzy­ma­jąc się li­ny wal­czy z bał­wa­na­mi; al­bo znów ja­ko sa­mot­ny roz­bi­tek, na­gi, bo­sy, wdra­pu­je się po ska­łach, szu­ka­jąc śli­ma­ków, by się ra­to­wać od śmier­ci gło­do­wej. Spo­ty­kał się z dzi­ku­sa­mi na pod­zwrot­ni­ko­wych wy­brze­żach, uspa­ka­jał bun­ty i w ma­łej łó­decz­ce rzu­co­nej na ła­skę oce­anu, pod­trzy­my­wał na du­chu zroz­pa­czo­nych to­wa­rzy­szy. Za­wsze był wzo­rem czło­wie­ka od­da­ne­go swym obo­wiąz­kom, za­wsze nie­wzru­szo­ny – jak bo­ha­ter w książ­ce.

– Coś się sta­ło na gó­rze. Leć­my!

Ze­rwał się. Chłop­cy cią­gnę­li dra­bi­ny. Na gó­rze sły­chać by­ło bie­ga­ni­nę i krzy­ki, a gdy wy­lazł przez otwór – sta­nął jak ska­mie­nia­ły.

Był zmierzch zi­mo­we­go dnia. Od po­łu­dnia wiatr wzmógł się, za­trzy­mu­jąc ruch na rze­ce, te­raz wył w strasz­nym hu­ra­ga­nie, a wy­bu­chy je­go spra­wia­ły wra­że­nie wy­strza­łów ar­mat­nich. Deszcz lał ca­ły­mi stru­ga­mi, któ­re to wi­sia­ły w po­wie­trzu, to wia­trem pchnię­te – roz­su­wa­ły się; w ta­kiej chwi­li Jim doj­rzał ma­łe stat­ki przy brze­gu ci­ska­ne fa­la­mi, ol­brzy­mie gma­chy nie­wy­raź­nie ry­su­ją­ce się na wy­brze­żu, sze­ro­kie ło­dzie pro­mo­we szar­pią­ce się na ko­twi­cach, po­mo­sty pod­rzu­ca­ne w gó­rę i za­le­wa­ne pia­ną wod­ną. No­wy tu­man za­krył to wszyst­ko. Po­wie­trze prze­peł­nio­ne by­ło le­cą­cą wo­dą. Był ja­kiś śmia­ły cel w tym wi­chrze, ja­kaś wście­kła sta­now­czość w je­go wrze­niu, w tym bru­tal­nym roz­hu­ka­niu nie­ba i zie­mi, któ­re zda­wa­ło się zwra­cać prze­ciw nie­mu i za­par­ło mu dech z prze­ra­że­nia. Stał nie­po­ru­szo­ny. Zda­wa­ło mu się, że jest po­rwa­ny w ja­kiś wir.

Po­pchnię­to go. „Śpiesz­cie się, do ło­dzi!” ktoś krzyk­nął. Ma­li ma­ry­na­rze prze­bie­gli obok nie­go. Je­den z ku­trów pły­wa­ją­cych zwy­kle wzdłuż wy­brze­ży, szu­ka­jąc schro­nie­nia, wpadł na sta­tek sto­ją­cy na ko­twi­cy, a któ­ryś z okrę­to­wych in­struk­to­rów do­strzegł wy­pa­dek. Gro­ma­da chło­pa­ków wgra­mo­li­ła się na bel­ki po­przecz­ne i sku­pi­ła się u otwo­rów ze­wnętrz­nych. „Zde­rzy­ły się stat­ki. Aku­rat przed na­mi. Pan Si­mons wi­dział to!” No­we pchnię­cia, Jim za­to­czył się do środ­ko­we­go masz­tu i schwy­cił się za sznur. Sta­ry „okręt-szko­ła” przy­mo­co­wa­ny do swych pa­li, za­drgał ca­łym cia­łem, ła­god­nie chy­ląc swój przód w stro­nę wia­tru, zda­wał się nu­cić ni­skim ba­sem prze­brzmia­łą pio­sen­kę mło­do­ści.

„Spusz­czać łódź!” Uj­rzał lek­ko opusz­cza­ją­cą się łódź i rzu­cił się za nią. Usły­szał plusk. „Da­lej! Na­przód!” Po­chy­lił się jesz­cze bar­dziej. Wo­da na­oko­ło go­to­wa­ła się, roz­pry­sku­jąc ja­sne smu­gi. Przy za­pa­da­ją­cej ciem­no­ści wi­dać by­ło łód­kę tar­ga­ną nie­mi­ło­sier­nie wi­chrem. Prze­cią­gły krzyk do­szedł nie­wy­raź­nie uszu Ji­ma. „Rów­no, szcze­nia­ki, je­że­li chce­cie ko­goś wy­ra­to­wać! Rów­no!” Na­gle łódź, pchnię­ta zręcz­ny­mi wio­sła­mi, pod­nio­sła wy­so­ko swój dziób i prze­sko­czy­ła hu­czą­cy bał­wan, zwy­cię­ża­jąc za­klę­cie rzu­co­ne na nią przez wi­cher i wo­dę.

Jim uczuł, że ktoś go moc­no schwy­cił za ra­mię. „Za póź­no, smy­ku!” Ka­pi­tan okrę­tu po­ło­żył swą cięż­ką rę­kę na ra­mie­niu chłop­ca, któ­ry, zda­wa­ło się, chce się rzu­cić do wo­dy. Jim spoj­rzał w gó­rę z wy­ra­zem bo­le­sne­go za­wo­du w oczach. Ka­pi­tan uśmiech­nął się przy­jaź­nie. „Bę­dziesz miał wię­cej szczę­ścia in­nym ra­zem. To cię na­uczy zwin­no­ści!”

Ra­do­sne okrzy­ki po­wi­ta­ły po­wra­ca­ją­cą łódź. Tań­czy­ła na fa­lach do po­ło­wy na­peł­nio­na wo­dą, wio­ząc dwóch ura­to­wa­nych lu­dzi. Ca­ła gro­za wzbu­rzo­nych ży­wio­łów zda­wa­ła się te­raz Ji­mo­wi god­na po­gar­dy, zwięk­sza­jąc żal, że te mar­ne po­gróż­ki zdo­ła­ły roz­bu­dzić w nim ta­ki strach. Te­raz wie­dział, co o tym my­śleć. Prze­ko­na­ny był, że nic a nic nie boi się hu­ra­ga­nu. Mógł­by sta­wić czo­ło więk­szym nie­bez­pie­czeń­stwom. Po­tra­fił­by te­go le­piej do­ko­nać niż in­ni. Nie po­zo­sta­ła w nim ani odro­bi­na stra­chu. Jed­nak te­go wie­czo­ru trzy­mał się na ubo­czu, gdyż chło­piec, któ­ry po­śpie­szył na po­moc za­gro­żo­ne­mu stat­ko­wi, był bo­ha­te­rem dol­ne­go po­kła­du. Chło­piec ten, o twa­rzy dziew­czy­ny i du­żych sza­rych oczach, za­rzu­ca­ny był py­ta­nia­mi przez ci­sną­cych się do nie­go to­wa­rzy­szy.

– Gdy uj­rza­łem – opo­wia­dał – wy­nu­rza­ją­cą się z wo­dy je­go gło­wę, ci­sną­łem do wo­dy hak ra­tun­ko­wy. Utkwił w je­go majt­kach, a ja o ma­ło nie wy­le­cia­łem z łód­ki i był­bym wy­padł, gdy­by sta­ry Si­mons nie po­rzu­cił ru­dla i nie schwy­cił mnie za no­gi. To po­rząd­ny chłop ten sta­ry Si­mons. Ani tro­chę nie mam ża­lu do nie­go, że gde­ra na nas tak czę­sto. Prze­kli­nał mnie ca­ły czas, trzy­ma­jąc mnie za no­gę, ale to był je­go spo­sób ostrze­ga­nia, bym nie pu­ścił z rę­ki li­ny. Sta­ry Si­mons pręd­ko się uno­si, to praw­da. Nie, nie ten ja­sno­wło­sy, to tam­ten z bro­dą. Gdy­śmy go wcią­gnę­li do ło­dzi, ję­czał: „Oj, mo­ja no­ga! Mo­ja no­ga!” i prze­wra­cał ocza­mi. Po­my­śl­cie so­bie, ta­ki wiel­ki chłop, a mdlał jak dziew­czy­na. Czy któ­ry z was mdlał­by od uką­sze­nia ta­kie­go ha­ka? Bo ja to nie. Ta­ki ka­wa­łek wlazł mu w mię­so! – Po­ka­zy­wał hak, któ­ry w tym ce­lu przy­niósł ze so­bą na dół, i wy­wo­łał wiel­kie wra­że­nie. – To śmiesz­ne, do­praw­dy! Że tam du­żo krwi stra­cił, to się ro­zu­mie.

Jim po­my­ślał, że to nie­ład­nie tak prze­chwa­lać się swy­mi czy­na­mi. Hu­ra­gan wy­wo­łał w tym chłop­cu rów­nie fał­szy­wy he­ro­izm, jak w nim strach. Gnie­wał się na ten bru­tal­ny spi­sek nie­ba i zie­mi, któ­ry go za­sko­czył nie­spo­dzia­nie i ogłu­szył go­to­wość na wszyst­kie nie­bez­pie­czeń­stwa. Gdy­by nie to, był­by na­wet rad, że nie przy­stą­pił do czy­nu, sko­ro tak pręd­ko da­ło się to za­ła­twić. Po­sze­rzył swo­je wia­do­mo­ści bar­dziej niż ci, któ­rzy tej pra­cy do­ko­na­li. Gdy wszy­scy bę­dą się wa­hać, on, czuł to do­sko­na­le, bę­dzie wie­dział, jak dzia­łać wo­bec gro­zy wzbu­rzo­ne­go oce­anu i wi­chru. Wie­dział, co o tym my­śleć. Nie czuł w so­bie naj­mniej­sze­go wzru­sze­nia na wspo­mnie­nie na­wał­ni­cy i osta­tecz­ny sku­tek te­go wy­pad­ku był ta­ki, że trzy­ma­jąc się z da­la od ha­ła­śli­wej gro­ma­dy chłop­ców, drżał no­wą żą­dzą przy­gód, wie­rząc w swą nie­za­chwia­ną, wszech­stron­ną od­wa­gę.

Roz­dział II

Po dwóch la­tach ta­kie­go oswa­ja­nia się z nie­bez­pie­czeń­stwa­mi mor­ski­mi zna­lazł się na peł­nym oce­anie i wcho­dząc w kra­iny tak do­brze zna­ne je­go ima­gi­na­cji, ze zdzi­wie­niem prze­ko­ny­wał się, że są zu­peł­nie ogo­ło­co­ne z nad­zwy­czaj­nych przy­gód. Od­był wie­le po­dró­ży. Po­znał ma­gicz­ną jed­no­staj­ność ist­nie­nia mię­dzy nie­bem a wo­dą; mu­siał zno­sić ludz­ką kry­ty­kę, pro­za­icz­ną su­ro­wość co­dzien­nych obo­wiąz­ków, któ­rych wy­peł­nia­nie da­je chleb, ale za któ­re je­dy­ną na­gro­dą jest praw­dzi­we umi­ło­wa­nie swej pra­cy. Ta na­gro­da omi­ja­ła go. A nie mógł już cof­nąć się, gdyż nic tak nie wią­że, nic tak nie po­zba­wia złu­dzeń, a za­ra­zem znie­wa­la – jak ży­cie na mo­rzu. Przy tym je­go przy­szłość przed­sta­wia­ła się w do­brych bar­wach. Bę­dąc dżen­tel­me­nem po­waż­nym, ła­god­nym w obej­ściu, po­sia­dał głę­bo­ką zna­jo­mość swych obo­wiąz­ków; z cza­sem, cho­ciaż jesz­cze bar­dzo mło­dy, zo­stał po­moc­ni­kiem ka­pi­ta­na na pięk­nym okrę­cie, nie prze­szedł­szy na­wet przez pró­by wy­sta­wia­ją­ce na świa­tło dzien­ne we­wnętrz­ną war­tość czło­wie­ka, je­go tem­pe­ra­ment i ro­dzaj sub­stan­cji two­rzą­cej je­go je­ste­stwo, co po­świad­czy­ło­by ta­jem­ną praw­dę je­go dąż­no­ści i aspi­ra­cji, nie tyl­ko wo­bec in­nych, ale dla nie­go sa­me­go.

Raz tyl­ko w cią­gu ca­łe­go te­go cza­su miał przed­smak te­go, czym gro­zi roz­hu­ka­ny oce­an. Ta praw­da nie prze­ja­wia się tak czę­sto, jak mo­że się wy­da­wać. W nie­bez­pie­czeń­stwach hu­ra­ga­nu roz­ma­ite są od­cie­nie i tyl­ko od cza­su do cza­su oka­zu­je się jaw­nie ca­ła po­nu­ra gwał­tow­ność złych za­mia­rów – coś nie­okre­ślo­ne­go, co ka­że umy­sło­wi i ser­cu ludz­kie­mu uwie­rzyć, że ta kom­pli­ka­cja wy­pad­ków, te ży­wio­ło­we si­ły rzu­ca­ją się na nie­go z ca­łym roz­my­słem zło­śli­wo­ści, z si­łą prze­cho­dzą­cą wszel­ką kon­tro­lę, z nie­okieł­zna­nym okru­cień­stwem, pra­gną­cym wy­drzeć z nie­go wszel­ką na­dzie­ję, oba­wę, ból wy­czer­pa­nia i żą­dzę spo­czyn­ku; coś, co chce zmiaż­dżyć, znisz­czyć, zni­we­czyć wszyst­ko, co wi­dział, znał, ko­chał, co go cie­szy­ło lub cze­go nie­na­wi­dził; wszyst­ko, co jest bez­cen­ne i ko­niecz­ne: pro­mie­nie słoń­ca, pa­mięć, przy­szłość – coś, co chce zmieść ca­ły ogrom­ny świat raz na za­wsze sprzed je­go oczu przez pro­sty a bez­li­to­sny akt po­zba­wie­nia go ży­cia.

Jim obez­wład­nio­ny cio­sem spa­da­ją­ce­go nań masz­tu na po­cząt­ku ty­go­dnia (o któ­rym je­go szkoc­ki ka­pi­tan zwykł był póź­niej po­wta­rzać: „Lu­dzie! To cud, do­praw­dy, że okręt prze­trwał to wszyst­ko!”) spę­dził wie­le dni wy­cią­gnię­ty na grzbie­cie, oszo­ło­mio­ny, przy­bi­ty, zgnę­bio­ny, prze­cho­dząc mę­ki jak na dnie prze­pa­ści, w któ­rej nie ma uko­je­nia. Nie dbał o to, ja­ki bę­dzie ko­niec i w chwi­lach przy­tom­no­ści był na wszyst­ko obo­jęt­ny. Nie­bez­pie­czeń­stwo, gdy się go nie wi­dzi, po­sia­da nie­okre­ślo­ność wła­ści­wą my­śli ludz­kiej. Bo­jaźń kry­je się w cie­niu, ima­gi­na­cja, wróg lu­dzi, źró­dło wszel­kich stra­chów, nie­pod­sy­ca­na ni­czym za­pa­da w spo­kój wy­czer­pa­nych wzru­szeń. Jim nie wi­dział nic po­za nie­ła­dem pa­nu­ją­cym w po­trzą­sa­nej ka­ju­cie. Le­żał, pa­trząc na ota­cza­ją­ce go spu­sto­sze­nie i rad był, że nie po­trze­bu­je iść na po­kład, ale od cza­su do cza­su chwy­tał go ja­kiś nie­zwal­czo­ny nie­po­kój; dy­szał i wił się pod koł­drą i wów­czas bez­myśl­na bru­tal­ność ist­nie­nia, któ­ra na­ra­zi­ła go na ta­kie od­czu­cia, na­peł­nia­ła go roz­pacz­li­wym pra­gnie­niem uciecz­ki za ja­ką­kol­wiek ce­nę. Na­stęp­nie wró­ci­ła pięk­na po­go­da i nie my­ślał już o tym wię­cej.

Po­wstał jed­nak ku­la­wy i sła­by i gdy okręt przy­był do jed­ne­go ze wschod­nich por­tów, mu­siał pójść do szpi­ta­la. Po­wo­li wra­cał do zdro­wia, więc po­zo­sta­wio­no go w szpi­ta­lu.

By­ło tam jesz­cze tyl­ko dwóch bia­łych pa­cjen­tów: ja­kiś ma­ry­narz ze zła­ma­ną no­gą i do­staw­ca ko­le­jo­wy są­sied­niej pro­win­cji, tknię­ty ja­kąś ta­jem­ni­czą cho­ro­bą pod­zwrot­ni­ko­wą, któ­ry utrzy­my­wał, że dok­tór jest osłem i le­czył się pa­ten­to­wa­ny­mi środ­ka­mi prze­my­ca­ny­mi przez od­da­ne­go mu słu­gę. Ci dwaj opo­wia­da­li so­bie na­wza­jem swo­je ży­cie, gra­li tro­chę w kar­ty lub le­żąc na fo­te­lach, w szla­fro­kach, zie­wa­li dzień ca­ły, nie mó­wiąc ani sło­wa. Szpi­tal stał na wzgór­ku i ła­god­ny wie­trzyk, wpły­wa­jąc przez za­wsze sze­ro­ko otwar­te okna, przy­no­sił ła­god­ność nie­ba, obez­wład­nie­nie zie­mi, to cza­row­ne tchnie­nie wschod­nich wód. By­ły w nim bal­sa­micz­ne wo­nie, su­ge­stie nie­skoń­czo­ne­go spo­ko­ju, da­ry wiecz­nych ma­rzeń. Jim pa­trzył po­przez gąsz­cze ogro­dów, da­chy mia­sta, po­nad pal­ma­mi ro­sną­cy­mi na wy­brze­żu na tę przy­stań upstrzo­ną wy­sep­ka­mi, ob­la­ną wspa­nia­ły­mi pro­mie­nia­mi słoń­ca, ze swy­mi okrę­ta­mi, po­dob­ny­mi z da­la do dzie­cin­nych za­ba­wek, z tą błysz­czą­cą ru­chli­wo­ścią, przy­po­mi­na­ją­cą ja­kąś świą­tecz­ną pa­ra­dę, i ze skle­pie­niem nie­bios wie­czy­ste­go, wschod­nie­go spo­ko­ju, ze słod­kim uśmie­chem wschod­nich mórz, wła­da­ją­cych prze­strze­nią aż po da­le­ki wid­no­krąg.

Gdy tyl­ko mógł cho­dzić bez ki­ja, po­szedł do mia­sta, szu­ka­jąc spo­sob­no­ści do­sta­nia się do do­mu. W owej chwi­li nic się nie nada­rza­ło, więc na­tu­ral­nie za­warł zna­jo­mość w por­cie z ludź­mi swe­go po­wo­ła­nia. Na­tknął się na dwa ich ro­dza­je. Jed­ni, nie­licz­ni i rzad­ko tam wi­dy­wa­ni, pro­wa­dzi­li ta­jem­ni­cze ży­cie, za­cho­wa­li nie­spo­ży­tą ener­gię, z tem­pe­ra­men­tem roz­bój­ni­ków mor­skich, a spoj­rze­niem ma­rzy­cie­li ży­li w ja­kimś cha­osie pla­nów, na­dziei, nie­bez­pie­czeństw, przed­się­wzięć wy­prze­dza­ją­cych cy­wi­li­za­cję; śmierć zda­wa­ła się być je­dy­nym pew­nym zda­rze­niem w ich fan­ta­stycz­nej eg­zy­sten­cji. Więk­szość zaś lu­dzi by­ła tak jak on sam rzu­co­na tu przez ja­kiś przy­pa­dek i po­zo­sta­ła w cha­rak­te­rze ofi­ce­rów na miej­sco­wych okrę­tach. Wstręt­na im by­ła te­raz myśl służ­by na eu­ro­pej­skich okrę­tach z jej trud­niej­szy­mi wa­run­ka­mi, su­row­szym po­ję­ciem obo­wiąz­ków i nie­bez­pie­czeń­stwa­mi burz­li­wych oce­anów. Na­stro­ili się do wiecz­ne­go spo­ko­ju mo­rza i nie­ba Wscho­du. Po­lu­bi­li krót­kie wę­drów­ki, wy­god­ne fo­te­le na po­kła­dzie, licz­ne za­ło­gi zło­żo­ne z tu­ziem­ców i wy­róż­nia­nie z po­wo­du bia­ło­ści skó­ry. Drże­li na myśl o cięż­kiej pra­cy i pę­dzi­li wy­god­ne ży­cie, ocze­ku­jąc ni­by la­da chwi­la no­wych roz­ka­zów, słu­żąc Chiń­czy­kom, Ara­bom, Me­ty­som – dia­błom sa­mym go­to­wi słu­żyć, gdy­by pra­ca by­ła lek­ka. Wiecz­nie opo­wia­da­li o ja­kichś szczę­śli­wych wy­pad­kach: jak ktoś tam otrzy­mał do­wódz­two stat­ku idą­ce­go do Chin – rzecz bar­dzo przy­jem­na; to znów w Ja­po­nii ktoś do­brze so­bie ży­je; tam­ten zaś uży­wa we flo­cie sy­jam­skiej; w tym wszyst­kim, co mó­wi­li – w swo­ich czy­nach, w spoj­rze­niach, w ca­łych po­sta­ciach – zdra­dza­li swój sła­by punkt, świad­czą­cy o pew­nym ze­psu­ciu, o po­sta­no­wie­niu, by bez­piecz­nie prze­próż­no­wać ży­cie.

Ji­mo­wi ten plot­ku­ją­cy tłum ni­by­ma­ry­na­rzy wy­da­wał się z po­cząt­ku zło­żo­ny nie z istot ludz­kich, lecz cie­ni. W koń­cu jed­nak za­czął go po­cią­gać wi­dok tych lu­dzi, dzi­wił się tym po­zo­rom szczę­ścia przy tak ma­łej do­zie obo­wiąz­ków, przy zu­peł­nym bra­ku nie­bez­pie­czeństw i przy­gód. I z cza­sem, obok po­cząt­ko­wej po­gar­dy, po­wo­li zbu­dzi­ło się w nim no­we uczu­cie; i na­gle po­rzu­cił myśl o po­wro­cie do do­mu, a za­cią­gnął się ja­ko po­moc­nik ka­pi­ta­na na pa­row­cu „Pat­na”.

„Pat­na” był to lo­kal­ny pa­ro­wiec sta­ry jak świat, dłu­gi jak chart, bar­dziej zje­dzo­ny przez rdzę niż gar­nek od daw­na po­rzu­co­ny w wo­dzie. Na­le­żał do Chiń­czy­ka, wy­dzier­ża­wio­ny był przez Ara­ba, a ko­men­dan­tem na nim był pe­wien re­ne­gat2, Nie­miec z po­łu­dnio­wej No­wej Wa­lii o pur­pu­ro­wym no­sie i ru­dych wą­sach, bar­dzo wy­kli­na­ją­cy pu­blicz­nie swą oj­czy­znę, ale w zgo­dzie ze zwy­cię­ską po­li­ty­ką Bi­smarc­ka bru­ta­li­zu­ją­cy wszyst­kich, któ­rych się nie oba­wiał i przy­bie­ra­ją­cy mi­nę „że­la­zne­go” czło­wie­ka. Gdy pa­ro­wiec zo­stał wy­ma­lo­wa­ny na ze­wnątrz, a wy­bie­lo­ny we­wnątrz, mniej wię­cej ośmiu­set piel­grzy­mów zna­la­zło po­miesz­cze­nie na je­go po­kła­dzie.

Na­pły­wa­li nań trze­ma dro­ga­mi, na­pły­wa­li pcha­ni wia­rą i na­dzie­ją otrzy­ma­nia kró­le­stwa nie­bie­skie­go, na­pły­wa­li z nie­ustan­nym ha­ła­sem i tu­po­ta­niem bo­sych nóg, bez sło­wa, bez szem­ra­nia, bez jed­ne­go spoj­rze­nia za sie­bie; i gdy usu­nię­to wszyst­kie bel­ki, dzie­lą­ce po­kład na czę­ści, roz­le­li się po nim na wszyst­kie stro­ny, za­ję­li je­go przód i tył, prze­le­wa­li się na dół przez zie­ją­ce otwo­ry, za­peł­ni­li wszyst­kie we­wnętrz­ne kry­jów­ki okrę­tu – na kształt wo­dy wpły­wa­ją­cej do cy­ster­ny, na­peł­nia­ją­cej wszyst­kie szpa­ry i pęk­nię­cia, pod­no­szą­cej się po­wo­li aż do brze­gów.Ośmiu­set lu­dzi, męż­czyzn i ko­biet, z wia­rą i na­dzie­ją, z ja­ki­miś swo­imi ser­decz­ny­mi przy­wią­za­nia­mi i wspo­mnie­nia­mi ze­bra­ło się tam, przy­by­wa­jąc z pół­no­cy, po­łu­dnia, znad gra­nic wschod­nich, dep­cząc po dróż­kach pro­wa­dzą­cych z dżun­gli, idąc wzdłuż rzek, prze­pra­wia­jąc się w ma­łych łó­decz­kach z wy­spy na wy­spę, zno­sząc cier­pie­nia, na­po­ty­ka­jąc dziw­ne zja­wi­ska, ule­ga­jąc dziw­nym oba­wom – a pod­trzy­my­wa­ło ich tyl­ko jed­no pra­gnie­nie. Przy­by­wa­li z sa­mot­nych sza­ła­sów, z lud­nych osad, nad­brzeż­nych wio­sek. Na głos jed­nej idei po­rzu­ci­li swe la­sy, wy­rę­by, opie­kę swo­ich rzą­dów, swo­je po­wo­dze­nie, swą nę­dzę, zna­ne od lat mło­dzień­czych oto­cze­nie i gro­by oj­ców. Przy­by­li po­kry­ci py­łem, po­tem, sa­dzą, łach­ma­na­mi – sil­ni męż­czyź­ni na cze­le ca­łych ro­dzin, chu­dzi star­cy, śpie­szą­cy na­przód bez na­dziei po­wro­tu; mło­dzi chłop­cy z nie­ustra­szo­ny­mi ocza­mi pa­trzą­cy­mi cie­ka­wie; nie­śmia­łe ma­łe dziew­cząt­ka ze zwi­chrzo­ny­mi, dłu­gi­mi wło­sa­mi; za­kwe­fio­ne ko­bie­ty, tu­lą­ce do pier­si owi­nię­te w brud­ne chu­s­ty dzie­ci – nie­świa­do­mi piel­grzy­mi po­słusz­ni prze­pi­som wy­ma­ga­ją­cej wia­ry.

– Spoj­rzyj na to by­dło – rzekł Nie­miec-dzier­żaw­ca do swe­go no­we­go po­moc­ni­ka.

Arab, wódz tej po­boż­nej po­dró­ży, przy­szedł ostat­ni. Szedł po­wo­li na po­kład, pięk­ny, po­waż­ny, w bia­łej sza­cie i sze­ro­kim tur­ba­nie. Szła za nim ca­ła gro­ma­da słu­żą­cych, nio­sąc je­go pa­kun­ki; Pat­na pod­nio­sła ko­twi­cę i od­pły­nę­ła od przy­sta­ni.

Prze­pły­nę­ła mię­dzy dwie­ma ma­ły­mi wy­sep­ka­mi, ob­je­cha­ła miej­sce, gdzie ża­glow­ce za­rzu­ca­ją ko­twi­ce, za­to­czy­ła pół­ko­le w cie­niu ja­kie­goś wzgó­rza i zna­la­zła się obok sze­re­gu wzdy­ma­nych wia­trem ża­gli. Arab, sto­jąc na przo­dzie pa­row­ca, gło­śno od­ma­wiał mo­dli­twy za po­dró­żu­ją­cych po mo­rzu. Wzy­wał ła­ski Wszech­moc­ne­go na tę po­dróż, bła­gał o Je­go bło­go­sła­wień­stwo dla pra­cy ludz­kiej i ta­jem­nych pra­gnień ich ser­ca; przy za­pa­da­ją­cym zmierz­chu pa­ro­wiec pruł spo­koj­ne wo­dy cie­śni­ny; a tam w da­li, w ty­le pa­row­ca, la­tar­nia mor­ska, po­sta­wio­na przez nie­wier­nych na zdra­dli­wej mie­liź­nie, zda­wa­ła się mru­żyć swe pło­mien­ne oko, pa­trząc na od­pły­wa­ją­cy pa­ro­wiec, jak­by szy­dząc z je­go po­boż­nych za­mia­rów.

Prze­byw­szy cie­śni­nę, Pat­na dą­ży­ła da­lej przez prze­smyk „One-de­gree” pro­sto do Mo­rza Czer­wo­ne­go pod spo­koj­nym, pa­lą­cym, nie­zmą­co­nym żad­ną chmur­ką nie­bem, spo­wi­ta go­re­ją­cy­mi pro­mie­nia­mi słoń­ca, za­bi­ja­ją­cy­mi wszel­ką myśl, przy­gnę­bia­ją­cy­mi ser­ce, ni­we­czą­cy­mi ca­łą wo­lę i ener­gię. A pod tą groź­ną wspa­nia­ło­ścią nie­ba mo­rze błę­kit­ne i głę­bo­kie po­zo­sta­ło spo­koj­ne, bez jed­ne­go ru­chu, bez jed­nej zmarszcz­ki, gę­ste, sto­ją­ce, mar­twe. Pat­na z lek­kim świ­stem pły­nę­ła tą rów­ni­ną świe­tla­ną a gład­ką, roz­wi­ja­ła czar­ną wstę­gę dy­mu na tle ja­sne­go nie­ba, a po­za so­bą, na wo­dzie, po­zo­sta­wia­ła bia­łą wstę­gę pia­ny nik­ną­cej na­tych­miast jak wid­mo szla­ku po­zo­sta­łe na mar­twym mo­rzu po wid­mie pa­row­ca.

Każ­de­go ran­ka słoń­ce, jak gdy­by za­war­ło ugo­dę z tym dą­żą­cym na piel­grzym­kę pa­row­cem, z ci­chym a na­głym wy­bu­chem świa­tła uka­zy­wa­ło się za­wsze w tym sa­mym miej­scu, w ty­le pa­row­ca, w po­łu­dnie do­ga­nia­ło go, zle­wa­jąc skon­cen­tro­wa­ny żar swych pro­mie­ni na po­boż­ne za­mia­ry ludz­kie, prze­chy­la­ło się da­lej i za­pa­da­ło ta­jem­ni­czo do mo­rza wie­czór za wie­czo­rem. Pię­ciu bia­łych na pa­row­cu ży­ło na śród­o­krę­ciu, w od­osob­nie­niu od ludz­kie­go ła­dun­ku. Roz­cią­gnię­te płót­no two­rzy­ło bia­ły dach nad po­kła­dem od koń­ca do koń­ca i je­dy­nie nie­ja­sny po­mruk, ci­chy szept smut­nych gło­sów zdra­dzał obec­ność te­go tłu­mu lu­dzi na ol­brzy­mim prze­stwo­rze wód. Ta­kie by­ły te dni spo­koj­ne, go­rą­ce, cięż­kie, zni­ka­ją­ce je­den po dru­gim w prze­szło­ści, jak gdy­by wpa­da­ły w wiecz­nie otwar­tą prze­paść; a pa­ro­wiec, sa­mot­ny pod słu­pem dy­mu, trzy­mał się sta­le jed­ne­go kie­run­ku, czar­ny, dy­mią­cy w tym świe­tli­stym bez­mia­rze, jak­by spa­lo­ny ogniem, le­cą­cym nań z bez­li­to­sne­go nie­ba.

Za­pa­da­ją­ca noc zda­wa­ła się bło­go­sła­wień­stwem.

Roz­dział III

Cu­dow­na ci­sza za­pa­no­wa­ła nad świa­tem, a gwiaz­dy wraz ze spo­ko­jem swych pro­mie­ni zda­wa­ły się zle­wać na zie­mię za­pew­nie­nie wiecz­no­tr­wa­łe­go bez­pie­czeń­stwa. Księ­życ w swej pierw­szej kwa­drze błysz­czał na za­cho­dzie, po­dob­ny do wió­ra od­cię­te­go od zło­tej szta­by, a Mo­rze Arab­skie, gład­kie i chłod­ne dla oka jak prze­strzeń lo­do­wa, roz­cią­ga­ło swą do­sko­na­łą płasz­czy­znę pod spo­koj­nym ko­li­skiem ciem­ne­go wid­no­krę­gu. Pa­ro­wiec szedł na­przód, je­go ru­chy zda­wa­ły się har­mo­ni­zo­wać z bez­pie­czeń­stwem wszech­świa­ta; a po obu stro­nach głę­bo­kie fał­dy wo­dy, wy­sta­ją­ce i ciem­ne na tej błysz­czą­cej rów­ni, wchła­nia­ły w swe pro­ste i po­przecz­ne bruz­dy de­li­kat­ną bia­łą pia­nę, wy­pry­sku­ją­cą z lek­kim świ­stem, ma­łe fa­le, zmarszcz­ki, zwo­je, któ­re, gdy po­zo­sta­ły w ty­le, mą­ci­ły przez chwi­lę po­wierzch­nię mo­rza po przej­ściu pa­row­ca, a póź­niej się uspa­ka­ja­ły, wy­gła­dza­ły, gi­nąc w ogól­nym spo­ko­ju nie­ba i wo­dy, po któ­rej po­ru­sza­ła się czar­na pla­ma łu­pi­ny okrę­tu, po­zo­sta­jąc wiecz­nie w jej cen­trum.

Jim, sto­jąc na most­ku, prze­nik­nię­ty był tą wiel­ką pew­no­ścią bez­gra­nicz­ne­go bez­pie­czeń­stwa i spo­ko­ju, ja­ki się da­je czy­tać ze spo­koj­ne­go sta­nu na­tu­ry, po­dob­nie jak czy­ta się pew­ność i pie­czo­ło­wi­tą mi­łość roz­la­ną na twa­rzy mat­ki. Pod płó­cien­nym da­chem, pod­daw­szy się wie­dzy i od­wa­dze bia­łych lu­dzi, ufa­jąc w po­tę­gę i moc że­la­znej sko­ru­py ich ogni­ste­go okrę­tu, piel­grzy­mi, wy­znaw­cy wy­ma­ga­ją­cej wia­ry, spa­li na ma­tach, de­rach, de­skach, na wszyst­kich po­kła­dach, we wszyst­kich ciem­nych ką­tach, owi­nię­ci w far­bo­wa­ne suk­na, oku­ta­ni w brud­ne łach­ma­ny, z gło­wa­mi opar­ty­mi na ma­łych za­wi­niąt­kach, z twa­rza­mi wci­śnię­ty­mi w pod­ło­żo­ne pod nie rę­ce; męż­czyź­ni, ko­bie­ty, dzie­ci; sta­rzy z mło­dy­mi, nie­do­łęż­ni z krzep­ki­mi – wszy­scy rów­ni wo­bec snu, bę­dą­ce­go bra­tem śmier­ci.

Po­dmuch po­wie­trza, we­pchnię­ty z przo­du pa­row­ca szyb­ko­ścią ru­chu, prze­cho­dził wzdłuż, mu­skał sze­re­gi wy­cią­gnię­tych ciał; za­wie­szo­ne tu i ów­dzie na słu­pach lam­py rzu­ca­ły mdłe świa­tło, w któ­re­go nie­ja­snych krę­gach, rzu­ca­nych na dół i drga­ją­cych lek­ko wsku­tek nie­wy­czu­wal­nych ru­chów pa­row­ca, uka­zy­wa­ła się to zwró­co­na do gó­ry bro­da, to pa­ra za­mknię­tych oczu, ciem­na rę­ka ze srebr­ny­mi pier­ścion­ka­mi, chu­de cia­ło owi­nię­te w łach­man, gło­wa od­rzu­co­na w tył, na­ga sto­pa lub gar­dło, ob­na­żo­ne i na­prę­żo­ne, wy­sta­wio­ne jak­by pod nóż. Za­moż­niej­si urzą­dzi­li dla swo­ich ro­dzin za­kąt­ki przy po­mo­cy cięż­kich pak i oku­rzo­nych mat; lu­dzie spo­czy­wa­li po­ko­tem, z ca­łym swym bo­gac­twem zwią­za­nym w je­den wę­zeł pod gło­wą; sa­mot­ni star­cy spa­li z wy­cią­gnię­ty­mi no­ga­mi na dy­wa­ni­kach słu­żą­cych do mo­dli­twy, rę­ka­mi za­kry­wa­li uszy, a łok­cie ster­cza­ły im po obu stro­nach twa­rzy; ja­kiś oj­ciec ze wznie­sio­ny­mi ra­mio­na­mi i ko­la­na­mi sty­ka­ją­cy­mi się z gło­wą – drze­mał, trzy­ma­jąc na ple­cach chłop­ca ze zwi­chrzo­ny­mi wło­sa­mi, któ­ry spał wy­cią­ga­jąc na­ka­zu­ją­cym ge­stem rę­kę; ko­bie­ta spo­wi­ta jak trup w bia­łe płót­no od stóp do gło­wy, trzy­ma­ła po na­gim dziec­ku w za­głę­bie­niu każ­de­go ra­mie­nia; bo­gac­two i cno­ta re­zy­do­wa­ły w jed­nym miej­scu na przo­dzie pa­row­ca, gdzie utwo­rzy­ła się wy­so­ka gó­ra o nie­rów­nych za­ry­sach i w bla­sku wi­szą­cej nad nią lam­py na tle nie­wy­raź­nych kształ­tów zgro­ma­dzo­nych tam przed­mio­tów po­ły­ski­wa­ły brzu­cha­te mie­dzia­ne dzba­ny, ostrza oszcze­pów, gdzieś po­chwa sta­rej sza­bli spo­czy­wa­ła na ku­pie po­du­szek, gdzie in­dziej znów wy­su­wał się dzió­bek dzban­ka do ka­wy. Umiesz­czo­ny w po­bli­żu przy­rząd pe­rio­dycz­nie wy­dzwa­niał każ­dą mi­lę prze­by­tą na tej dro­dze osło­dzo­nej na­dzie­ją i wia­rą. Nad uśpio­nym tłu­mem uno­si­ło się sła­be, cier­pli­we tchnie­nie, od cza­su do cza­su tyl­ko zmą­co­ne, gdy z głę­bi pa­row­ca wy­do­by­wa­ły się krót­kie, me­ta­licz­ne dźwię­ki, ostry zgrzyt szpa­dla pod­no­szą­ce­go wę­giel, gwał­tow­ny stu­kot za­trza­ski­wa­nych drzwi­czek pie­ca, jak gdy­by lu­dzie tam, w głę­bi, trzy­ma­ją­cy w rę­kach ta­jem­ni­czą wła­dzę, mie­li pier­si prze­peł­nio­ne wście­kłym gnie­wem, pod­czas gdy gór­na łu­pi­na pa­row­ca szła rów­no na­przód, bez jed­ne­go chyb­nię­cia się masz­tu, pru­jąc nie­ustan­nie wiel­kie spo­koj­ne wo­dy pod nie­do­stęp­nym w swej bło­go­ści nie­bem.

Jim prze­szedł w po­przek most­ka, a wła­sne kro­ki w tej nie­zmą­co­nej ci­szy do­szły tak wy­raź­nie je­go uszu, jak gdy­by od­bi­ły się echem o czu­wa­ją­ce gwiaz­dy; je­go oczy, błą­dząc po li­nii wid­no­krę­gu, zda­wa­ły się ła­ko­mie spo­glą­dać w nie­do­stęp­ny świat, nie wi­dząc cie­nia zbli­ża­ją­cych się wy­pad­ków.Je­dy­nym cie­niem na mo­rzu był cień czar­ne­go dy­mu, cięż­kim, ol­brzy­mim słu­pem wy­bu­cha­ją­cy nie­ustan­nie i roz­pły­wa­ją­cy się w po­wie­trzu. Dwaj Ma­laj­czy­cy, mil­czą­cy i pra­wie nie­ru­cho­mi, sta­li po obu stro­nach ko­ła, któ­re­go mo­sięż­ny brzeg błysz­czał ka­wał­ka­mi w owa­lu świa­tła pa­da­ją­ce­go z klat­ki kom­pa­su. Co chwi­la w oświe­tlo­nej czę­ści uka­zy­wa­ła się rę­ka z czar­ny­mi pal­ca­mi, pusz­cza­ją­ca i chwy­ta­ją­ca szpry­chy; zwo­je łań­cu­cha ko­ło­we­go cięż­ko chrzęsz­cza­ły w za­głę­bie­niu becz­ki. Jim rzu­cał okiem na kom­pas, to znów na ten nie­do­ści­gnio­ny wid­no­krąg, to wy­cią­gał się tak, że wszyst­kie sta­wy trzesz­cza­ły i by­ło mu do­brze; jak­by ośmie­lo­ny tym wi­do­kiem nie­na­ru­szal­ne­go spo­ko­ju czuł, że nie dba o to, co się z nim stać mo­że, za­nim na­stą­pi kres ży­cia. Od cza­su do cza­su spo­glą­dał le­ni­wie na ma­pę przy­twier­dzo­ną czte­re­ma plu­skiew­ka­mi do ni­skie­go, trój­noż­ne­go sto­li­ka, umiesz­czo­ne­go w ty­le okrę­tu. Ćwiart­ka pa­pie­ru, uświa­da­mia­ją­ca o głę­bo­ko­ści mo­rza, two­rzy­ła błysz­czą­cą po­wierzch­nię w świe­tle lam­py, po­wierzch­nię gład­ką i rów­ną jak po­ły­skli­wa prze­strzeń wód. Spo­czy­wa­ły na niej na­rzę­dzia mier­ni­cze; po­ło­że­nie pa­row­ca o pół­no­cy za­zna­czo­ne by­ło ma­łym, czar­nym ołów­kiem, a pro­sta li­nia za­kre­ślo­na ołów­kiem aż do Pe­rim, wy­ka­zy­wa­ła kie­ru­nek okrę­tu – dro­gę, wio­dą­cą du­sze do świę­te­go miej­sca, do na­dziei zba­wie­nia, na­gro­dy ży­wo­ta wiecz­ne­go (…). „Jak on rów­no idzie” – po­my­ślał Jim ze zdzi­wie­niem, z ja­kimś uczu­ciem wdzięcz­no­ści za ten nie­wzru­szo­ny spo­kój mo­rza i nie­ba. W ta­kich chwi­lach my­ślał o speł­nie­niu wiel­kich czy­nów: ko­chał te ma­rze­nia i wie­rzył w po­wo­dze­nie swych wiel­kich za­mia­rów. By­ły one naj­lep­szą cząst­ką je­go ży­cia, je­go ta­jem­ną praw­dą, ukry­tą rze­czy­wi­sto­ścią. Ce­cho­wa­ła je dum­na mę­skość, urok nie­okre­ślo­no­ści, po­prze­dza­ły go kro­kiem bo­ha­ter­skim; uno­si­ły z so­bą je­go du­szę i po­iły ją bo­ską am­bro­zją bez­gra­nicz­nej uf­no­ści w sie­bie sa­me­go. Nie by­ło rze­czy, któ­rej by nie mógł sta­wić czo­ła. Był za­do­wo­lo­ny ze swych my­śli i uśmie­chał się, pa­trząc przed sie­bie, a gdy przy­pad­kiem rzu­cił okiem po­za sie­bie, wi­dział na mo­rzu bruz­dę, zo­sta­wio­ną przez pa­ro­wiec, tak pro­stą, jak ta li­nia wy­kre­ślo­na ołów­kiem na pa­pie­rze.

Me­ta­licz­ny dźwięk spusz­cza­nych i wy­cią­ga­nych ce­brów3 z po­pio­łem ostrzegł go, że zbli­ża się ko­niec je­go czu­wa­nia. Wes­tchnął z ukon­ten­to­wa­niem, a za­ra­zem z ża­lem, że mu­si po­że­gnać się z tym spo­ko­jem, pod­nie­ca­ją­cym awan­tur­ni­czą lot­ność je­go my­śli. Chcia­ło mu się też tro­chę spać i czuł przy­jem­ne obez­wład­nie­nie wszyst­kich człon­ków, jak gdy­by ca­ła krew w cie­le za­mie­ni­ła się w go­rą­ce mle­ko. Ka­pi­tan pod­szedł ci­cho w szla­fro­ku i w noc­nej ko­szu­li sze­ro­ko roz­chy­lo­nej na pier­siach. Czer­wo­ny na twa­rzy, tyl­ko na wpół roz­bu­dzo­ny, le­we oko miał za­mknię­te, pra­we pa­trza­ło głu­pio, szkli­ście; po­chy­lił wiel­ką gło­wę nad kar­tą i skro­bał się po że­brach. Coś wstręt­ne­go by­ło w wi­do­ku te­go ob­na­żo­ne­go cia­ła. Na­ga pierś błysz­cza­ła od tłusz­czu, jak gdy­by w cza­sie snu ca­ły wy­to­pił się na wierzch. Wy­po­wie­dział fa­cho­wą, nie­zbęd­ną uwa­gę gło­sem ostrym, ochry­płym, przy­po­mi­na­ją­cym zgrzyt pi­ły o de­skę; fał­dy po­dwój­ne­go pod­bród­ka wi­sia­ły jak wo­rek pod szczę­ka­mi. Jim ze­rwał się i od­po­wiedź je­go peł­na by­ła sza­cun­ku; ale wstręt­na, mię­si­sta po­stać, wi­dzia­na po raz pierw­szy w ten spo­sób, utkwi­ła w je­go pa­mię­ci na za­wsze ja­ko wcie­le­nie wszyst­kie­go, co ni­skie, pod­łe, a by­tu­ją­ce w ukry­ciu na świe­cie, któ­ry ko­cha­my; bo­wiem w głę­bi serc wia­rę w na­sze zba­wie­nie po­kła­da­my w lu­dziach nas ota­cza­ją­cych, w wi­do­kach na­peł­nia­ją­cych na­sze oczy, w dźwię­kach do­cho­dzą­cych na­szych uszu i w po­wie­trzu na­peł­nia­ją­cym na­sze płu­ca.

Cien­ki, zło­ty wiór księ­ży­ca, pły­nąc po­wo­li w dół, zgi­nął na­resz­cie w czar­nej po­wierzch­ni wód, a po­za­świa­to­wa wiecz­ność zda­wa­ła się zbli­żać do zie­mi wraz ze zwięk­szo­nym bły­skiem gwiazd, z głęb­szym od­cie­niem po­ły­sku na wpół prze­zro­czy­ste­go skle­pie­nia wi­szą­ce­go nad pła­skim krę­giem nie­prze­zro­czy­ste­go mo­rza. Pa­ro­wiec szedł tak ła­god­nie, że je­go ruch na­przód był nie­od­czu­wal­ny dla zmy­słów ludz­kich, jak gdy­by był za­tło­czo­ną pla­ne­tą śpie­szą­cą przez ciem­ną prze­strzeń ete­ru za ro­jem słońc, we wzru­sza­ją­cym spo­ko­ju i sa­mot­no­ści cze­ka­ją­cych tchnie­nia przy­szłych kre­acji.

– Tam na do­le, to ma­ło po­wie­dzieć: go­rą­co – ode­zwał się ja­kiś głos.

Jim uśmiech­nął się, nie oglą­da­jąc. Ka­pi­tan wy­sta­wił ca­łą sze­ro­kość swych ple­ców; by­ła to ulu­bio­na sztucz­ka re­ne­ga­ta -- uda­wać, że nie wi­dzi wca­le czy­jejś obec­no­ści, chy­ba że spodo­ba­ło mu się zwró­cić na ko­goś na­gle swój wście­kły wzrok, a na­stęp­nie za­cząć wy­le­wać nań po­to­ki dzi­kich obelg, wy­bu­cha­ją­cych jak bru­dy ze ście­ku. Te­raz tyl­ko chrząk­nął nie­mi­le; dru­gi ma­szy­ni­sta, sto­jąc na szczy­cie dra­bi­ny, gnio­tąc rę­ka­mi brud­ny, mo­kry od po­tu łach­man, cią­gnął da­lej swe je­re­mia­dy4. Ma­ry­na­rzom do­brze się tu dzie­je na gó­rze, a ja­ki z nich po­ży­tek na świe­cie, to on by du­żo dał, że­by to wie­dzieć, a bied­ni ma­szy­ni­ści mu­szą pil­no­wać, by pa­ro­wiec szedł, a przy tym mo­gą do­sko­na­le i in­ne rze­czy ro­bić – ta­kie ży­cie to…

– Milcz! – mruk­nął groź­nie Nie­miec.

– A tak! Milcz! A gdy coś złe­go się dzie­je, to le­cisz pan do nas, co? – od­parł tam­ten.

On jest na wpół ugo­to­wa­ny, pew­ny jest te­go; ale w każ­dym ra­zie nie dba już o licz­bę swych grze­chów, gdyż przez ostat­nie trzy dni prze­szedł przez pró­bę ży­cia, ja­kie bę­dą pę­dzi­li źli lu­dzie po śmier­ci – tak, tak – a przy tym jest pra­wie ogłu­szo­ny tym ha­ła­sem, hu­kiem na do­le. Tam wre, ki­pi jak w pie­kle, a dla­cze­go on dzień i noc ry­zy­ku­je ży­cie, da­ne mu od Bo­ga, te­go sam po­wie­dzieć nie mo­że. Wi­docz­nie uro­dził się ta­ki głu­pi. Już on…

– Gdzie­żeś się upił? – py­tał Nie­miec dzi­kim gło­sem, ale nie ru­sza­jąc się z miej­sca; świa­tło od kom­pa­su pa­da­ło na nie­go, uwy­dat­nia­jąc tę nie­zgrab­ną fi­gu­rę jak­by wy­cię­tą z ka­wa­ła tłusz­czu.

Jim od­cho­dził, uśmie­cha­jąc się do nik­ną­ce­go wid­no­krę­gu; je­go ser­ce prze­peł­nio­ne by­ło szla­chet­ny­mi po­pę­da­mi, a my­śli po­dzi­wia­ły wła­sną wyż­szość.

– Upił? – po­wtó­rzył ma­szy­ni­sta po­gar­dli­wie; uwie­sił się rę­ka­mi na bel­ce, two­rząc ciem­ną pla­mę, po­ru­sza­ją­cą się mia­ro­wo. – Nie pa­na kosz­tem, ka­pi­ta­nie! Je­steś na to za ską­py, do pio­ru­na! Wo­lał­byś wi­dzieć, jak po­rząd­ny czło­wiek umie­ra, a nie dał­byś mu kro­pli sznap­sa. To wy, Niem­cy, na­zy­wa­cie oszczęd­no­ścią!

Sta­wał się sen­ty­men­tal­ny. Po­czci­wy pierw­szy ma­szy­ni­sta dał mu na­par­ste­czek o dzie­sią­tej „tyl­ko je­den, Bóg mi świad­kiem!” – po­czci­wy sta­ry; ale że­by ta­kie­go sta­re­go wy­gę jak on, wy­pro­wa­dzić z rów­no­wa­gi – na to nie wy­star­czy­ła­by i pię­cio­wia­dro­wa becz­ka. O nie! W każ­dym ra­zie nie dziś w no­cy. Szef śpi so­bie słod­ko jak nie­mow­lę z bu­tel­ką do­sko­na­łej wód­ki pod po­dusz­ką!

Z gru­be­go gar­dła ka­pi­ta­na Pat­ny wy­pły­nął ba­so­wy po­mruk, w któ­rym dźwięk sło­wa „Schwe­in”5 uno­sił się to wy­so­ko, to ni­sko, jak ka­pry­śne piór­ko przy lek­kim po­dmu­chu wia­tru. On z tym pierw­szym ma­szy­ni­stą już od wie­lu lat by­li kam­ra­ta­mi, słu­żąc jo­wial­ne­mu, spryt­ne­mu, sta­re­mu Chiń­czy­ko­wi z oku­la­ra­mi w ro­go­wej opra­wie i ka­wał­ka­mi czer­wo­ne­go je­dwa­biu wple­cio­ny­mi w si­we wło­sy war­ko­cza. W por­cie, gdzie zwy­kle sta­wa­ła Pat­na, krą­ży­ła po­gło­ska, że co się ty­czy bez­czel­ne­go okra­da­nia skar­bu pań­stwa, „to ci dwaj kom­pa­ni zro­bi­li wszyst­ko, co się tyl­ko da­ło”. Ze­wnętrz­nie by­li nie­do­pa­so­wa­ni: je­den z po­nu­rym wej­rze­niem, zły, o kor­pu­lent­nej bu­do­wie cia­ła; dru­gi – dłu­gi, chu­dy, kan­cia­sty, z gło­wą ko­ści­stą i dłu­gą jak u sta­re­go ko­nia, z za­pa­dły­mi po­licz­ka­mi, z obo­jęt­nym, szkli­stym wzro­kiem za­pa­dłych oczu. Wy­rzu­co­ny zo­stał gdzieś na wschod­nich wy­brze­żach – w Kan­to­nie, Szan­gha­ju lub mo­że w Jo­ko­ha­mie, przed dwu­dzie­stu, a mo­że i wię­cej la­ty; za­pew­ne sam na­wet nie chciał pa­mię­tać do­kład­nie miej­sco­wo­ści, ani przy­czy­ny roz­bi­cia się okrę­tu. Spra­wa ta nie na­bra­ła roz­gło­su, gdyż dzię­ki je­go mło­do­ści, po­prze­sta­no na wy­da­le­niu go z okrę­tu spo­koj­nym kop­nię­ciem no­gą. Że­glu­ga po tych mo­rzach co­raz bar­dziej za­czy­na­ła się roz­wi­jać, a lu­dzi je­go za­wo­du by­ło jesz­cze nie­wie­lu, więc „wy­pły­nął na wierzch”. Chęt­nie da­wał do zro­zu­mie­nia ob­cym lu­dziom, że on w tej pra­cy „zę­by zjadł”. Gdy się po­ru­szał, zda­wa­ło się, że pod ubra­niem dzwo­nią ko­ści szkie­le­tu; włó­czył się nie­ustan­nie po okrę­cie, pa­ląc faj­kę na bar­dzo dłu­gim cy­bu­chu, z ogłu­pia­łą po­wa­gą my­śli­cie­la, wy­pro­wa­dza­ją­ce­go sys­tem fi­lo­zo­ficz­ny z mgli­ste­go prze­bły­sku praw­dy. Zwy­kle trząsł się nad swym za­pa­sem trun­ków; ale tej no­cy od­stą­pił od swych za­sad, a to wy­szło na ko­rzyść je­go po­moc­ni­ka, mło­de­go chłop­ca o sła­bej gło­wie, któ­ry wsku­tek nie­spo­dzie­wa­nej uczty i tę­go­ści ma­te­ria­łu – stał się szczę­śli­wy, po­ufa­ły i roz­mow­ny. Wście­kłość Niem­ca z No­wej Po­łu­dnio­wej Wa­lii nie mia­ła gra­nic; sa­pał jak wy­pa­lo­na faj­ka, a Jim, za­ba­wio­ny tro­chę tą sce­ną, nie­cier­pli­wił się jed­nak, chcąc już zejść na dół; ostat­nie dzie­sięć mi­nut czu­wa­nia by­ło tak de­ner­wu­ją­ce jak wy­cze­ki­wa­nie na wy­strzał du­bel­tów­ki. Ci lu­dzie nie na­le­że­li do świa­ta bo­ha­ter­skich przy­gód, choć nie­złe z nich chło­py. Na­wet ten ka­pi­tan. Mdło mu się zro­bi­ło, gdy spoj­rzał na tę drga­ją­cą ma­sę mię­sa, z któ­rej wy­pły­wa­ły, char­czą­ce dźwię­ki, brud­ny po­tok ohyd­nych wy­ra­żeń; ale był za­nad­to obez­wład­nio­ny, by w tej chwi­li zdo­być się na nie­lu­bie­nie ko­goś lub cze­goś. War­tość tych lu­dzi nie ob­cho­dzi­ła go; ocie­rał się o nich, ale nie mo­gli go do­tknąć; dzie­lił z ni­mi wdy­cha­ne po­wie­trze, ale róż­nił się od nich… Czy ka­pi­tan rzu­ci się na ma­szy­ni­stę?… Ży­cie pły­nie ła­two, a on jest tak pew­ny sie­bie, zbyt pew­ny, by… Li­nia dzie­lą­ca je­go roz­my­śla­nia od zu­peł­ne­go za­śnię­cia cień­sza by­ła od pa­ję­czej ni­ci.

Po­moc­nik ma­szy­ni­sty ła­twym zwro­tem prze­szedł do kwe­stii swo­ich fi­nan­sów i od­wa­gi.

– Kto pi­ja­ny? Ja? Nie, ka­pi­ta­nie! Tak nie moż­na. Mu­si pan wie­dzieć, że mój star­szy jest tak ską­py, że i wró­bla by nie upo­ił. Ni­g­dy w ży­ciu tak nie po­ści­łem, jak te­raz; a ten ga­tu­nek wód­ki ni­ko­mu w gło­wie nie za­pró­szy. Ja mógł­bym pić roz­to­pio­ny ogień, a był­bym zim­ny jak lód. Gdy­bym my­ślał, że je­stem pi­ja­ny, rzu­cił­bym się do mo­rza, skoń­czył­bym ze so­bą, do pio­ru­na. Tak! Pro­sto! A z most­ka nie zej­dę. Gdzie pan my­ślisz, że bę­dę szu­kał świe­że­go po­wie­trza w ta­ką noc jak dzi­siaj, co? Mo­że na dol­nym po­kła­dzie, mię­dzy tym ro­bac­twem? Przy­pusz­czam, że nie! A zresz­tą, wca­le się pa­na nie oba­wiam.

Nie­miec wzniósł w gó­rę dwa cięż­kie ku­ła­ki6, po­trzą­sał ni­mi, nie mó­wiąc sło­wa.

– Ja nie znam, co to strach – cią­gnął da­lej ma­szy­ni­sta z za­pa­łem szcze­re­go prze­ko­na­nia. – Nie bo­ję się pra­co­wać w tej zgni­łej sko­ru­pie! To szczę­ście nie­ma­łe dla pa­na, że jest nas kil­ku na świe­cie, co się o wła­sne ży­cie nie bo­imy – ina­czej – gdzie był­by pan sam – i ten sta­ry grat, z bo­ka­mi cien­ki­mi jak pa­pier – tak, pa­pier – mo­że nie? To wszyst­ko bar­dzo pięk­nie dla pa­na – cią­gnie pan so­bie pie­niąż­ki, czy tak, czy owak; ale cóż mi z te­go – co ja z te­go mam? Mi­zer­nych sto pięć­dzie­siąt do­la­rów mie­sięcz­nie. Chciał­bym się pa­na z usza­no­wa­niem spy­tać – z usza­no­wa­niem, uwa­żaj pan, kto by nie plu­nął na ta­kie psie za­ję­cie jak to?… Nie ga­daj, że bez­piecz­ne – to nie­praw­da! Tyl­ko że ja je­stem jed­nym z tych nie­ustra­szo­nych lu­dzi…

Pu­ścił trzy­ma­ną bel­kę i wy­ko­ny­wał sze­ro­kie ru­chy, jak gdy­by chcąc wska­zać kształt i do­nio­słość swej war­to­ści; je­go cien­ki głos roz­cho­dził się po mo­rzu jak prze­cią­gły kwik, po­chy­lał się to na­przód, to w tył, i na­gle ru­nął gło­wą na­przód, jak gdy­by pchnię­ty z ty­łu. „Psia krew!” – za­wo­łał pa­da­jąc i chwi­la ci­szy na­sta­ła po tym okrzy­ku. Jim i ka­pi­tan, jak­by jed­ną my­ślą tknię­ci, rzu­ci­li się na­przód, a opa­no­waw­szy się, sta­nę­li sztyw­ni i pa­trzy­li wciąż ze zdu­mie­niem na nie­zmą­co­ną po­wierzch­nię mo­rza. Na­stęp­nie spoj­rze­li w gó­rę na gwiaz­dy.

Co się sta­ło? Ma­szy­na sap­nę­ła cięż­ko. Czy zie­mia zo­sta­ła wstrzy­ma­na w swym bie­gu? Nie mo­gli zro­zu­mieć; i na­gle to spo­koj­ne mo­rze, to nie­po­ka­la­nie czy­ste nie­bo wy­da­ło się strasz­nie nie­pew­ne w swej nie­ru­cho­mo­ści, jak gdy­by zwia­sto­wa­ło zbli­ża­nie się ogól­ne­go znisz­cze­nia. Ma­szy­ni­sta ca­łym swym cia­łem pod­sko­czył w gó­rę i opadł znów jak bez­kształt­na ma­sa. Ta ma­sa jęk­nę­ła: „A co to?” ze stłu­mio­nym ak­cen­tem wiel­kie­go gnie­wu. Od­głos grzmo­tu, grzmo­tu nad­zwy­czaj od­da­lo­ne­go, mniej niż głos, tro­chę wię­cej niż wi­bra­cja, prze­szedł po­wo­li, a w od­po­wie­dzi pa­ro­wiec za­drżał, jak gdy­by ten grzmot za­grzmiał głę­bo­ko w wo­dzie. Oczy dwóch Ma­laj­czy­ków przy ko­le bły­snę­ły w stro­nę bia­łych lu­dzi, ale ciem­ne ich rę­ce po­zo­sta­ły przy szpry­chach ko­ła. Dłu­ga łu­pi­na, pły­nąc da­lej, zda­wa­ła się wzno­sić na kil­ka ca­li stop­nio­wo, przez ca­łą swą dłu­gość, jak gdy­by sta­ła się gięt­ka i znów po­wró­ci­ła do swej sztyw­no­ści, i da­lej pru­ła gład­ką po­wierzch­nię mo­rza. Drże­nie jej usta­ło, ścichł też głos grzmo­tu, jak gdy­by pa­ro­wiec prze­pły­nął przez wą­ski pas drga­ją­cej wo­dy i dźwię­czą­ce­go po­wie­trza.

Roz­dział IV

W mie­siąc czy póź­niej po­tem, gdy Jim w od­po­wie­dzi na roz­ma­ite py­ta­nia sta­rał się po­wie­dzieć uczci­wie ca­łą praw­dę o prze­szłych wy­pad­kach, wy­ra­ził się tak o pa­row­cu:

– Prze­szedł tak ła­two przez to, co tam by­ło, jak wąż prze­śli­zgu­ją­cy się po ki­ju.

Okre­śle­nie to by­ło do­bre: py­ta­nia mia­ły na ce­lu zba­da­nie fak­tów, a śledz­two od­by­wa­ło się w po­li­cyj­nym gma­chu, w jed­nym z por­tów wschod­nich. Jim stał na wznie­sie­niu, w miej­scu dla świad­ków, z pa­ła­ją­cy­mi po­licz­ka­mi, w chłod­nej, ob­szer­nej izbie; wy­so­ko nad je­go gło­wą umiesz­czo­ny wen­ty­la­tor po­ru­szał się mia­ro­wo, a z do­łu spo­glą­da­ły ku nie­mu oczy z ciem­nych twa­rzy, bia­łych twa­rzy, czer­wo­nych twa­rzy, twa­rzy sku­pio­nych, ocza­ro­wa­nych, jak gdy­by wszy­scy ci lu­dzie, sie­dzą­cy w rów­nych rzę­dach na wą­skich ła­wach, by­li pod wpły­wem hip­no­zy je­go gło­su. A był on do­no­śny, brzmiał za­dzi­wia­ją­co dla je­go wła­snych uszu, był to je­dy­ny dźwięk sły­szal­ny na świe­cie, gdyż te okrut­nie wy­raź­ne py­ta­nia, któ­re wy­dzie­ra­ły je­go od­po­wie­dzi, zda­wa­ły się kształ­to­wać sa­me w bó­lu i roz­pa­czy we­wnątrz je­go pier­si i do­cho­dzi­ły do nie­go, bo­le­sne a mil­czą­ce, jak okrut­ne py­ta­nia wła­sne­go su­mie­nia. Tam, za tą sa­lą są­do­wą słoń­ce przy­pie­ka­ło, we­wnątrz wiał wiatr z wiel­kich wen­ty­la­to­rów wy­wo­łu­jąc dresz­cze, wstyd pa­lił, spoj­rze­nia tych utkwio­nych oczu by­ły jak ostrza szty­le­tów. Twarz pre­zy­du­ją­ce­go urzęd­ni­ka, gład­ko wy­go­lo­na i nie­wzru­szo­na, pa­trza­ła na Ji­ma, tru­pio bla­da, w oto­cze­niu dwu czer­wo­nych twa­rzy urzęd­ni­ków mor­skich. Przez sze­ro­kie okno umiesz­czo­ne pod su­fi­tem spły­wa­ło świa­tło na gło­wy i ra­mio­na tych trzech lu­dzi, któ­rzy od­ci­na­li się wy­raź­nie w pół­świe­tle wiel­kiej sa­li są­do­wej, gdzie au­dy­to­rium zda­wa­ło się być zło­żo­ne z ru­cho­mych cie­ni. Do­ma­ga­li się fak­tów. Fak­tów! Do­ma­ga­li się od nie­go fak­tów, jak gdy­by te fak­ty mo­gły wszyst­ko wy­tłu­ma­czyć!

– Gdy do­szedł pan do prze­ko­na­nia, że ze­tknę­li­ście się z czymś pły­wa­ją­cym, po­wiedz­my z ja­kąś reszt­ką roz­bi­te­go okrę­tu, ka­pi­tan ka­zał pa­nu pójść na przód pa­row­ca, by się prze­ko­nać, czy nie zo­stał uszko­dzo­ny. Czy są­dził pan, że si­ła zde­rze­nia mo­gła to zro­bić? – spy­tał urzęd­nik sie­dzą­cy na le­wo.

Miał cien­ką, w pod­ko­wę pod­cię­tą bro­dę, wy­sta­ją­ce ko­ści po­licz­ko­we, a oparł­szy oba łok­cie na sto­le, skła­dał i roz­kła­dał gru­be pal­ce, pa­trząc na Ji­ma ba­daw­czy­mi, nie­bie­ski­mi oczy­ma; dru­gi, cięż­ki, pe­łen po­gar­dy męż­czy­zna, roz­par­ty w krze­śle, wy­cią­gnął na ca­łą dłu­gość le­wą rę­kę i de­li­kat­nie bęb­nił pal­ca­mi po bi­bu­le le­żą­cej przed nim; po środ­ku nich sie­dział pro­sto w wy­so­kim fo­te­lu sę­dzia, gło­wę lek­ko po­chy­lił na ra­mię, rę­ce zło­żył na pier­siach; obok ka­ła­ma­rza sta­ły kwia­ty za­nu­rzo­ne w szklan­ce wo­dy.

– Nie – od­parł Jim. – Po­wie­dzia­no mi, by nie wo­łać ni­ko­go i nie ro­bić żad­ne­go ha­ła­su z oba­wy przed wy­wo­ła­niem pa­ni­ki. Uwa­ża­łem tę ostroż­ność za ko­niecz­ną. Wzią­łem jed­ną z lamp wi­szą­cych pod płót­nem i po­sze­dłem na przód pa­row­ca. Otwo­rzy­łem kla­pę i usły­sza­łem bul­go­ta­nie wo­dy. Spu­ści­łem lam­pę jak mo­głem naj­głę­biej i prze­ko­na­łem się, że otwór jest do po­ło­wy wy­peł­nio­ny wo­dą. Wie­dzia­łem już, że tam w do­le mu­si być wiel­ka dziu­ra.

Umilkł.

– Tak – rzekł gru­by urzęd­nik, uśmie­cha­jąc się do bi­bu­ły; je­go pal­ce nie­ustan­nie ska­ka­ły po pa­pie­rze nie wy­wo­łu­jąc stu­ku.

– Nie po­my­śla­łem jesz­cze o nie­bez­pie­czeń­stwie. Mo­głem być tro­chę oszo­ło­mio­ny; wszyst­ko to się sta­ło tak spo­koj­nie, tak na­gle. Wie­dzia­łem, że w pa­row­cu nie ma in­ne­go spo­je­nia, tyl­ko tam w dzio­bie, gdzie pu­sta prze­strzeń dzie­li dno od dol­ne­go po­kła­du. Wró­ci­łem do ka­pi­ta­na, by mu to po­wie­dzieć. Na­tkną­łem się na dru­gie­go ma­szy­ni­stę, któ­ry pod­no­sił się z zie­mi u stóp dra­bi­ny wio­dą­cej na po­most; zda­wał się oszo­ło­mio­ny i po­wie­dział mi, że praw­do­po­dob­nie ma zła­ma­ne le­we ra­mię; po­tknął się na jed­nym ze stop­ni, gdy ja by­łem na prze­dzie stat­ku. Krzyk­nął: „Bo­że mój! To zgni­łe, za­rdze­wia­łe że­la­stwo roz­pad­nie się za chwi­lę, a prze­klę­ty pa­ro­wiec pój­dzie na dno jak bry­ła oło­wiu!” Ode­pchnął mnie pra­wą rę­ką, wy­prze­dził i dra­piąc się po dra­bi­nie krzy­czał. Le­we ra­mię wi­sia­ło mu bez­wład­nie. Po­dą­ży­łem za nim i wi­dzia­łem, jak ka­pi­tan rzu­cił się na nie­go i po­wa­lił na ple­cy. Nie bił go wię­cej; po­chy­lił się tyl­ko nad nim mó­wiąc coś gniew­nie, lecz ci­cho. Zda­je mi się, że mó­wił mu, dla­cze­go, u dia­bła, nie za­trzy­mał ma­szy­ny, za­miast wrzesz­czeć na po­kła­dzie. Sły­sza­łem, jak po­wie­dział: „Ru­szaj się! Leć, prę­dzej!” Prze­kli­nał wciąż. Ma­szy­ni­sta spu­ścił się po dra­bi­nie i po­le­ciał, ję­cząc przy tym bo­le­śnie…

Jim mó­wił po­wo­li; przy­po­mi­nał so­bie wszyst­kie szcze­gó­ły szyb­ko i z nad­zwy­czaj­ną do­kład­no­ścią; mógł­by jak echo po­wtó­rzyć ję­ki ma­szy­ni­sty dla lep­sze­go ob­ja­śnie­nia wszyst­kie­go tym lu­dziom do­ma­ga­ją­cym się fak­tów. Po pierw­szych chwi­lach bun­tu zro­zu­miał, że tyl­ko dro­bia­zgo­we świa­dec­two wy­do­bę­dzie na wierzch rze­czy­wi­stą okrop­ność ca­łej tej spra­wy. Fak­ty, któ­rych ci lu­dzie tak gwał­tow­nie się do­ma­ga­ją, by­ły wi­docz­ne, zro­zu­mia­łe dla zmy­słów, zaj­mo­wa­ły swo­je miej­sce w prze­strze­ni i cza­sie, wy­da­rzy­ły się na pa­row­cu wa­żą­cym ty­siąc czte­ry­sta ton w cią­gu dwu­dzie­stu sied­miu mi­nut pod­czas war­ty; two­rzy­ły ca­łość ma­ją­cą za­ry­sy, swój wy­raz, skom­pli­ko­wa­ny wy­gląd, któ­ry moż­na za­pa­mię­tać ocza­mi, a oprócz te­go by­ło coś nie­wi­dzial­ne­go, ja­kiś kie­row­ni­czy duch za­tra­ce­nia za­miesz­ki­wał tam jak zło­śli­wa du­sza we wstręt­nym cie­le. Ko­niecz­nie chciał to wy­ja­śnić. To nie by­ła zwy­kła spra­wa, wszyst­ko w niej mia­ło nie­zmier­ną do­nio­słość, ale na szczę­ście pa­mię­tał wszyst­ko do­sko­na­le. Chciał wy­po­wie­dzieć wszyst­ko ze wzglę­du na mi­łość praw­dy, a mo­że tak­że i dla wła­sne­go do­bra; i gdy mó­wił z roz­my­słem, umysł je­go krą­żył i krą­żył wo­ko­ło gru­py fak­tów, któ­re zbi­ły się, ogar­nia­jąc go ca­łe­go, aby go od­ciąć od resz­ty lu­dzi; był isto­tą jak­by uwię­zio­ną w ogro­dze­niu o wy­so­kich pa­lach, rzu­ca­ją­cą się to tu, to tam, szu­ka­ją­cą słab­sze­go miej­sca, ja­kiejś szcze­li­ny, otwo­ru, by móc się wy­śli­znąć i uciec. Ta nad­zwy­czaj­na czyn­ność umy­sło­wa spra­wia­ła, że chwi­la­mi wa­hał się w swych od­po­wie­dziach…

– Ka­pi­tan prze­bie­gał po­most nie­ustan­nie; wy­da­wał się dość spo­koj­ny, tyl­ko po­tknął się kil­ka­krot­nie; raz, chcąc mu coś po­wie­dzieć, sta­ną­łem na­prze­ciw nie­go, wpadł na mnie, jak gdy­by był zu­peł­nie śle­py. Nie dał mi żad­nej okre­ślo­nej od­po­wie­dzi na mo­je spra­woz­da­nie. Mru­czał do sie­bie; po­chwy­ci­łem pa­rę słów, brzmią­cych coś jak: „prze­klę­ta pa­ra”! „pie­kiel­na pa­ra”! My­śla­łem…

„To do rze­czy nie na­le­ży” – rzu­ce­nie te­go ostre­go zda­nia prze­rwa­ło je­go mo­wę jak­by bo­le­snym cio­sem i po­czuł się bar­dzo znie­chę­co­ny i zmę­czo­ny. Już, już do­cho­dził do te­go, a te­raz, bru­tal­nie zmu­szo­ny do za­milk­nię­cia, mu­si od­po­wia­dać tak lub nie. Od­po­wie­dział uczci­wie krót­kim: „Tak, zro­bi­łem to” i, pięk­ny na twa­rzy, po­tęż­nie zbu­do­wa­ny, z mło­do­ścią i bla­skiem w oczach, trzy­mał się pro­sto i pew­nie, gdy du­sza wi­ła się w nim. Mu­siał od­po­wie­dzieć jesz­cze na jed­no py­ta­nie, tak ni­by ści­słe, a tak bez­u­ży­tecz­ne – i znów cze­kał. W ustach miał ta­ką su­chość, jak gdy­by jadł pył, go­rycz i sło­ność, jak po wy­pi­ciu wo­dy mor­skiej. Otarł wil­got­ne czo­ło, prze­su­nął ję­zyk po spa­lo­nych war­gach, zim­ny dreszcz prze­szedł mu po ple­cach. Gru­by urzęd­nik spu­ścił po­wie­ki i bęb­nił bez ha­ła­su, obo­jęt­ny, po­nu­ry; oczy dru­gie­go, po­nad ogo­rza­ły­mi, zło­żo­ny­mi pal­ca­mi, zda­wa­ły się ja­śnieć do­bro­cią; sę­dzia po­chy­lił się na­przód; je­go bla­da twarz zna­la­zła się w po­bli­żu kwia­tów, po­tem po­chy­la­jąc się na ra­mię fo­te­la, wsparł gło­wę na dło­ni. Wiatr z wen­ty­la­to­rów mu­skał gło­wy, spa­dał na tu­ziem­ców o ciem­nych twa­rzach, na Eu­ro­pej­czy­ków, sie­dzą­cych w mun­du­rach tak ob­ci­słych, że zda­wa­ły się przy­le­gać jak skó­ra; służ­ba są­do­wa w opię­tych, dłu­gich, bia­łych sur­du­tach uwi­ja­ła się wzdłuż mu­rów, bie­ga­jąc na­gi­mi sto­pa­mi tak ci­cho, jak gdy­by nie by­li to lu­dzie, lecz cie­nie. Czer­wo­ne pa­sy i czer­wo­ne tur­ba­ny do­da­wa­ły im ma­low­ni­czo­ści.

Oczy Ji­ma, błą­ka­ją­ce się po sa­li w chwi­lach mil­cze­nia, spo­czę­ły na bia­łym czło­wie­ku sie­dzą­cym z da­la od in­nych, z twa­rzą chmur­ną, zmę­czo­ną, ale ocza­mi spo­koj­ny­mi, pa­trzą­cy­mi pro­sto, cie­ka­wie i ja­sno. Jim znów dał od­po­wiedź i miał ocho­tę krzyk­nąć: „Ale po cóż to? Po co?!…” Tu­pał z lek­ka no­gą, za­gryzł war­gi i spoj­rzał w dal. Spo­tkał się ze wzro­kiem bia­łe­go czło­wie­ka. Zwró­co­ne na nie­go spoj­rze­nie nie mia­ło te­go hip­no­tycz­ne­go wy­ra­zu, co in­ne. Był to akt in­te­li­gent­nej wo­li. Jim za­po­mniał się tak da­le­ce mię­dzy dwo­ma py­ta­nia­mi, iż zna­lazł czas na myśl. „Ten czło­wiek – my­ślał – pa­trzy na mnie, jak gdy­by wi­dział ko­goś czy coś za mo­imi ple­ca­mi”. Mu­siał te­go czło­wie­ka gdzieś wi­dzieć – mo­że na uli­cy. Pew­ny jest, że ni­g­dy z nim nie roz­ma­wiał. Od wie­lu, wie­lu dni nie roz­ma­wiał z ni­kim, mil­czał, pro­wa­dząc dłu­gie roz­mo­wy z so­bą sa­mym jak wię­zień za­mknię­ty w ce­li lub roz­bi­tek w pusz­czy. Te­raz od­po­wia­dał na py­ta­nia nie­ma­ją­ce żad­ne­go zna­cze­nia, cho­ciaż sta­wia­ne w pew­nym ce­lu, ale wąt­pił, czy kie­dy­kol­wiek bę­dzie znów roz­ma­wiać. Dźwięk je­go wła­snych ze­znań po­twier­dzał z gó­ry po­wzię­te mnie­ma­nie, że mo­wa już mu nie jest wię­cej po­trzeb­na. Ten czło­wiek tam zda­wał się ro­zu­mieć je­go bez­na­dziej­ne po­ło­że­nie. Jim spoj­rzał na nie­go, póź­niej od­wró­cił się ener­gicz­nie, jak gdy­by że­gnał się z nim osta­tecz­nie.

Póź­niej nie­raz, w roz­ma­itych stro­nach świa­ta bę­dąc, Mar­low chęt­nie wspo­mi­nał Ji­ma.

Mo­że to by­ło po obie­dzie, na we­ran­dzie udra­po­wa­nej nie­ru­cho­mą zie­lo­no­ścią, ozdo­bio­nej kwia­ta­mi, w głę­bo­kim zmro­ku upstrzo­nym błysz­czą­cy­mi koń­ca­mi cy­gar. Wy­dłu­żo­ne trzci­no­we fo­te­le by­ły wszyst­kie za­ję­te. Tu i ów­dzie bły­snę­ło na­gle czer­wo­ne świa­teł­ko, roz­ta­cza­jąc blask na pal­ce ocię­ża­łej rę­ki, na część spo­koj­nej twa­rzy lub za­pa­la­ło iskier­kę w my­ślą­cych oczach, ocie­nio­nych cząst­ką gład­kie­go czo­ła; z pierw­szym wy­po­wie­dzia­nym sło­wem cia­ło Mar­lo­wa wy­cią­gnę­ło się w fo­te­lu i po­zo­sta­ło zu­peł­nie nie­ru­cho­me, jak gdy­by duch je­go cof­nął się w cza­sy mi­nio­ne i prze­ma­wiał stam­tąd przez je­go usta.

Roz­dział V

– Ach, tak, by­łem obec­ny przy tym ba­da­niu – rzekł – i do tej po­ry nie prze­sta­łem się dzi­wić, po co tam po­sze­dłem. Skłon­ny je­stem wie­rzyć, że każ­dy z nas ma anio­ła stró­ża, je­że­li zgo­dzi­cie się z tym, że każ­dy z nas ma rów­nież swe­go złe­go du­cha. Chcę, by­ście to przy­zna­li, gdyż nie mam ocho­ty wy­róż­niać się od in­nych, a wiem, że go po­sia­dam – złe­go du­cha, chcę po­wie­dzieć. Nie wi­dzia­łem go, ro­zu­mie się, ale mam na to do­wo­dy. Sie­dział on so­bie we mnie, a bę­dąc zło­śli­wej na­tu­ry, pchnął mnie, bym wmie­szał się w te­go ro­dza­ju spra­wę. W ja­ką spra­wę? – py­ta­cie. – No, w to ba­da­nie, w to śledz­two, gdzie nie­spo­dzie­wa­nym, sza­tań­skim spo­so­bem spo­tka­łem lu­dzi naj­roz­ma­iciej ska­la­nych, któ­rzy na mój wi­dok roz­pu­ści­li swe ję­zy­ki, by mi czy­nić swe pie­kiel­ne zwie­rze­nia, jak gdy­bym nie mógł sam so­bie czy­nić zwie­rzeń, jak gdy­bym – na Bo­ga! – nie po­sia­dał dość wia­do­mo­ści o so­bie, drę­czą­cych du­szę mo­ją do koń­ca ży­cia. A chciał­bym wie­dzieć, co zro­bi­łem, by na ta­ką ła­skę za­słu­żyć. Oświad­czam, że mam ty­le sa­mo wła­snych spraw na gło­wie, co i każ­dy czło­wiek, a pa­mięć mam tak sa­mo do­brą, jak prze­cięt­ny piel­grzym na tym świe­cie; wi­dzi­cie więc, że nie je­stem wy­jąt­ko­wym na­czy­niem do zbie­ra­nia zwie­rzeń ludz­kich. Więc po cóż mam mó­wić? Chy­ba dla za­bi­cia cza­su po obie­dzie. Ka­ro­lu, ko­cha­ny chłop­cze, obiad twój był wy­jąt­ko­wo do­sko­na­ły i w re­zul­ta­cie ci oto lu­dzie uwa­ża­ją spo­koj­ne­go ro­bra7 za coś mę­czą­ce­go, wy­ma­ga­ją­ce­go wy­sił­ku. Po­grą­ży­li się w twych wy­god­nych fo­te­lach i my­ślą so­bie: „nie chce nam się ru­szać, niech Mar­low opo­wia­da.”

Opo­wia­dać! Niech i tak bę­dzie. Ła­two opo­wia­dać o pa­nu Ji­mie po do­brej uczcie, z pu­deł­kiem przy­zwo­itych cy­gar pod rę­ką, w chłod­ny, gwiaź­dzi­sty wie­czór, mo­gą­cy spra­wić, że naj­lep­szy z nas za­po­mni, że je­ste­śmy tu po to tyl­ko, by cier­pieć i drą­żyć swą dro­gę w wę­drów­ce po­przez świa­tła, li­cząc się z każ­dą mi­nu­tą i kro­kiem, wie­rząc, że u kre­su wy­do­bę­dzie­my się z te­go ja­koś przy­zwo­icie. I nie­wie­le po­mo­cy mo­że­my ocze­ki­wać od tych, o któ­rych ocie­ra­my się łok­cia­mi. Ro­zu­mie się, że tu i ów­dzie są lu­dzie, dla któ­rych ca­łe ży­cie jest jak­by jed­ną po­obied­nią go­dzi­ną, spę­dzo­ną z cy­ga­rem w ustach: ła­twe, przy­jem­ne, pu­ste, mo­że oży­wio­ne ja­kąś baj­ką o wal­ce, baj­ką, o któ­rej się za­po­mi­na, za­nim się usły­sza­ło jej ko­niec, je­że­li w ogó­le ma ja­kiś ko­niec.

Na­sze oczy spo­tka­ły się po raz pierw­szy w cza­sie te­go prze­słu­cha­nia. Trze­ba wam wie­dzieć, że znaj­do­wa­li się tam wszy­scy ja­kim­kol­wiek spo­so­bem zwią­za­ni z mo­rzem, dla­te­go że spra­wa ta by­ła po­wszech­nie zna­na od chwi­li, gdy do­szedł nas ten ta­jem­ni­czy te­le­gram z Ade­nu. Mó­wię ta­jem­ni­czy, gdyż w pew­nym sen­sie ta­ki był, cho­ciaż za­wie­rał na­gi fakt, tak na­gi i szpet­ny, jak tyl­ko fakt być mo­że. Ca­ła ma­ry­nar­ka mó­wi­ła tyl­ko o nim. Te­go dnia z ra­na, gdym się ubie­rał, usły­sza­łem po­przez ścia­nę, jak mój Par­see Du­bash szwar­go­tał o Pat­nie z okrę­to­wym ste­war­dem ła­ska­wie ugosz­czo­nym her­ba­tą w spi­żar­ni. Gdy zna­la­złem się na wy­brze­żu, spo­tka­łem zna­jo­me­go, a pierw­sze je­go sło­wa by­ły: „czy sły­sza­łeś kie­dyś o czymś po­dob­nym?” Je­den, dru­gi, trze­ci po­wta­rzał to sa­mo, to uśmie­cha­jąc się cy­nicz­nie, to pa­trząc smut­nie, to klnąc, za­leż­nie od swe­go cha­rak­te­ru. Zu­peł­nie ob­cy lu­dzie po­ufa­le za­ga­dy­wa­li do sie­bie je­dy­nie w ce­lu ulże­nia swym prze­my­śle­niom na ten te­mat; każ­dy pra­cu­ją­cy w mie­ście za­cho­dził do knaj­py, by tam przy kie­lisz­ku po­mó­wić o tej spra­wie; sły­sza­ło się o tym w por­cie, w skle­pach, od agen­tów, od bia­łych lu­dzi, od tu­ziem­ców, me­ty­sów, od każ­de­go na wpół na­gie­go ry­ba­ka sie­dzą­ce­go na ka­mien­nych stop­niach. By­ło obu­rze­nie i żar­ty, a przede wszyst­kim nie­skoń­czo­ne dys­pu­ty o tym, co się też z ni­mi sta­ło. Tak rze­czy sta­ły przez pa­rę ty­go­dni czy dłu­żej, aż za­czę­ła prze­wa­żać opi­nia, że to, co by­ło ta­jem­ni­cze­go w tej spra­wie, oka­że się tra­gicz­ne, gdy pew­ne­go pięk­ne­go po­ran­ka, sto­jąc w cie­niu przy scho­dach por­to­we­go gma­chu, uj­rza­łem czte­rech lu­dzi, idą­cych ku mnie wy­brze­żem. Roz­my­śla­łem przez chwi­lę, skąd oni się tu na­gle zna­leź­li, gdy rap­tem, mo­gę po­wie­dzieć, krzyk­ną­łem do sie­bie: „Oto oni!”