List do ojca - Franz Kafka - ebook

List do ojca ebook

Franz Kafka

5,0

Opis

Najdroższy Ojcze,

zapytałeś mnie ostatnio, dlaczego twierdzę, że odczuwam przed Tobą lęk. Jak zwykle nie wiedziałem, co Ci odpowiedzieć, częściowo właśnie z lęku, jaki odczuwam wobec Ciebie, a częściowo dlatego, że na uzasadnienie owego lęku musiałbym przytoczyć zbyt wiele szczegółów, zanim bym go choćby w przybliżeniu uargumentował...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 101

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
August_Witteger

Nie oderwiesz się od lektury

Genialny Kafka!
00



Franz Kafka

List do ojca

Tłumaczenie

Kajetan Maria Jaksender

Posłowie

Gilles Deleuze & Félix Guattari

Ilustracje w książce i na okładce

Ignacy Kotkowski

OSTROGI

Kraków 2026

List do Ojca

Najdroższy Ojcze,

zapytałeś mnie ostatnio, dlaczego twierdzę, że odczuwam przed Tobą lęk. Jak zwykle nie wiedziałem, co Ci odpowiedzieć, częściowo właśnie z lęku, jaki odczuwam wobec Ciebie, a częściowo dlatego, że na uzasadnienie owego lęku musiałbym przytoczyć zbyt wiele szczegółów, zanim bym go choćby w przybliżeniu uargumentował. I choć właśnie próbuję odpowiedzieć Ci na piśmie, to odpowiedź nie będzie pełna, ponieważ podczas pisania też paraliżuje mnie strach przed Tobą i jego konsekwencje, a moja pamięć i mój rozum pozostają bezradne wobec ogromu sprawy, która wykracza dalece poza ich możliwości.

Dla Ciebie sprawa była zawsze bardzo prosta, wtedy przynajmniej, kiedy rozmawiałeś o tym ze mną, a także z kim popadło, bez wyjątku. W Twoich oczach wyglądało to mniej więcej tak: całe życie ciężko pracowałeś, wszystko poświęciłeś dzieciom, zwłaszcza mnie, dzięki czemu mogłem „hulać sobie do woli i swawolić”, miałem całkowitą swobodę wyboru ścieżki edukacji, nie martwiłem się o wikt, zupełnie nie miałem powodów do trosk. Nie wymagałeś za to żadnej wdzięczności – Ty wiesz, co to „wdzięczność dzieci” – chciałeś jednak odrobiny zrozumienia, cienia współczucia; zamiast tego od dawna zamykałem się w moim pokoju, uciekałem w świat książek, w szalone przyjaźnie, w ekscentryczne pomysły; nigdy z Tobą otwarcie nie rozmawiałem, nigdy nie przyszedłem do Ciebie do świątyni, nie odwiedzałem we Franciszkowych Łaźniach, poza tym nigdy nie odczuwałem więzi rodzinnych, nie dbałem o sklep czy o Twoje interesy, Ciebie obarczyłem sprawami fabryki a potem Cię opuściłem, wspierając Ottlę w jej uporze, i choć nigdy nie kiwnąłem dla Ciebie choćby palcem (ani razu nie przyniosłem Ci biletu do teatru), to dla przyjaciół gotów byłem zrobić wszystko. Gdy wydajesz na mnie wyrok, nie oskarżasz mnie – jak się okazuje – o nic nieprzyzwoitego czy złego (może z wyjątkiem moich ostatnich planów co do małżeństwa), lecz jedynie o chłód, obcość, niewdzięczność. I oskarżasz mnie o to, jakby to była moja wina, jakbym mógł zmienić wszystko jednym gestem, podczas gdy Ty nie ponosisz najmniejszej winy, poza tym, że byłeś dla mnie za dobry.

Opinię, którą sobie wyrobiłeś, o tyle uważam za prawdziwą, o ile sam też nie sądzę, żebyś ponosił winę za ochłodzenie naszych stosunków. Ale w tym samym stopniu jestem bez winy również i ja. Gdybym potrafił jeszcze przekonać Cię do uznania tego, możliwe byłoby nie tyle jakieś nowe życie – na to obaj jesteśmy już za starzy – ale coś w rodzaju pojednania; nie kres, ale przynajmniej załagodzenie Twych niekończących się wymówek.

Dziwnym zbiegiem okoliczności jakoby przeczuwasz, co chcę powiedzieć. Całkiem niedawno wyznałeś mi na przykład: „Zawsze cię lubiłem, jeśli nawet pozornie nie byłem dla ciebie taki, jakimi bywają inni ojcowie, to właśnie dlatego, że nie potrafiłem udawać, jak tamci”. Ojcze, nigdy nie wątpiłem w Twoją dobroć dla mnie, ale tej uwagi nie uważam za słuszną. Nie potrafisz udawać, to prawda, ale jeśli tylko z tego powodu chcesz twierdzić, że inni ojcowie to robią, to jest to albo jawny upór, z którym nie ma co dalej dyskutować, albo też – i moim zdaniem to jest sedno sprawy – zawoalowany, ukryty wyraz tego, że między nami jest coś nie w porządku, i że Ty również, choć nieświadomie, miałeś w tym swój udział. Jeśli rzeczywiście tak to widzisz, to jesteśmy zgodni.

Oczywiście nie twierdzę, że tym, kim jestem, stałem się wyłącznie dzięki Tobie. Byłaby to gruba przesada (choć sam także bywam skłonny do przesady). Bardzo łatwo można przyjąć, że gdybym nawet dorastał całkowicie niezależnie od Twego wpływu, nie stałbym się mimo to takim, jakiego pragnęłoby Twoje serce. Prawdopodobnie byłbym słabowitym, lękliwym, niezdecydowanym, niespokojnym człowiekiem, ani Robertem Kafką, ani Karolem Hermanem, ale kimś jeszcze innym niż jestem naprawdę, i moglibyśmy żyć ze sobą w doskonałej zgodzie. Byłbym bardzo szczęśliwy, gdybyś był moim przyjacielem, szefem, wujem, dziadkiem, ba, nawet (chociaż tu już się waham) gdybyś był moim teściem. Tylko właśnie jako Ojciec byłeś dla mnie po prostu zbyt silny dla mnie, szczególnie, że moi bracia zmarli młodo, a siostry przyszły na świat znacznie później, więc to ja, zupełnie sam, musiałem znieść pierwszy cios; byłem na to o wiele za słaby.

Porównaj nas obu: ja, mówiąc najkrócej, jestem Löwym z pewnymi cechami Kafkowskimi, które jednak nie przejawiły się ani w Kafkowskiej witalności, ani w Kafkowskim zmyśle kupieckim czy żądzy posiadania, lecz które dzięki naturze Löwych, bardziej skrytej i strachliwej, idą w innym kierunku, a czasem w ogóle zanikają. Ty natomiast – ze swoją żywotnością, zdrowiem, apetytem, siłą głosu, zadowoleniem z siebie, z poczuciem wyższości wobec świata, opanowaniem, znajomością ludzi, pewną dozą wspaniałomyślności – naturalnie wraz ze wszystkimi słabościami i wadami, które towarzyszą tym cechom i do których popycha Cię Twój temperament, a czasem też Twoja popędliwość – jesteś prawdziwym Kafką. Być może nie jesteś do końca Kafką jeśli chodzi o ogólne wyobrażenie o świecie, o ile mogę Cię porównać z wujem Filipem, Ludwikiem, Henrykiem. To ciekawe, i ta sprawa nie jest dla mnie do końca jasna. Wszyscy oni byli przecież weselsi, żwawsi, swobodniejsi, bardziej niefrasobliwi, mniej surowi od Ciebie. (Zresztą wiele z tego po Tobie odziedziczyłem i tą spuścizną aż nazbyt dobrze gospodarowałem, nie mając w swej naturze tej niezbędnej przeciwwagi, którą Ty masz). Z drugiej strony, jeśli chodzi o te sprawy, Ty również przechodziłeś różne okresy, byłeś może i weselszy, zanim nie zgnębiły i nie rozczarowały Cię dzieci, zwłaszcza ja (gdy przychodzili obcy bywałeś przecież inny), i może teraz znów stałeś się pogodniejszy, ponieważ wnuki i zięć dają Ci coś z tego ciepła, którego dzieci, chyba z wyjątkiem Valii, nie potrafiły Ci dać. W każdym razie byliśmy tak różni, a w tej odmienności tak bardzo dla siebie niebezpieczni, że gdyby można było z góry przewidzieć nasze wzajemne wobec siebie zachowania, moje, wolno rozwijającego się dziecka, i Twoje, dojrzałego mężczyzny, to założono by zapewne, że mnie po prostu zdepczesz, że nic ze mnie nie zostanie. Tak się jednak nie stało, w życiu nie da się wszystkiego przewidzieć, ale być może wydarzyło się coś gorszego. Przy czym proszę Cię, abyś nie zapominał, że zawsze byłem jak najdalszy od wiary w Twoją winę. Oddziaływałeś na mnie tak, jak umiałeś, powinieneś był jedynie nie patrzeć na moją reakcję – na to, że padłem ofiarą tego wpływu – jako na przejaw szczególnej złośliwości z mojej strony.

Byłem dzieckiem lękliwym, a mimo to z pewnością także upartym, jak to dzieci; zapewne matka mnie rozpieszczała, ale nie mogę uwierzyć, że byłem szczególnie trudny do wychowania, nie mogę uwierzyć, że zwracając się do mnie miło, łagodnie trzymając za rękę, patrząc z czułością, nie udałoby się skłonić mnie do zrobienia wszystkiego, czego ode mnie oczekiwano. W gruncie rzeczy jesteś człowiekiem dobrym i łagodnym (to, co napiszę dalej, nie przeczy temu, mówię przecież tylko o sposobie, w jaki oddziaływałeś na dziecko), ale nie każde dziecko ma dość wytrwałości i odwagi, by w nieskończoność doszukiwać się dobroci. Potrafisz traktować dziecko tylko tak, jak traktowano Ciebie: energicznie, hałaśliwie i porywczo, i w tym przypadku wydaje Ci się to wręcz bardzo stosowne, ponieważ zamierzałeś wychować mnie na silnego, dziarskiego i odważnego chłopca.

Oczywiście nie jestem w stanie opisać Twoich metod wychowawczych z lat najwcześniejszych, mogę jednak wyobrazić je sobie w ogólnych zarysach, wnioskując z późniejszych lat oraz z Twego sposobu traktowania Feliksa. Sprawę zaostrza jeszcze fakt, że byłeś wtedy młodszy, a więc bardziej energiczny, dzikszy, bardziej pierwotny, jeszcze bardziej beztroski niż dzisiaj, na dodatek całkowicie pochłonięty sklepem, pokazywałeś mi się więc ledwie raz na dzień, przez co wywierałeś na mnie tym większe wrażenie, które omal nie przerodziło się w przyzwyczajenie.

Pamiętam dokładnie pewne zdarzenie z wczesnego dzieciństwa. Ty też je być może pamiętasz. Pewnego razu w nocy bez ustanku marudziłem o trochę wody, zapewne nie z pragnienia, ale trochę po to, by Cię zirytować, trochę po to, by się zabawić. Gdy nie pomogły surowe napomnienia, wyciągnąłeś mnie z łóżka, zaniosłeś na długi, drewniany balkon i na chwilę zostawiłeś samego, w koszuli, pod zamkniętymi drzwiami. Nie chcę powiedzieć, że to było niewłaściwe, może naprawdę nie dało się w inny sposób zapewnić spokoju w nocy, chcę jednak przez to nakreślić Twoje metody wychowawcze i ich oddziaływanie na mnie. Potem byłem już chyba posłuszny, pozostał mi jednak po tym wewnętrzny uraz. Nigdy nie potrafiłem doszukać się związku pomiędzy tym zrozumiałym dla mnie, choć bezsensownym proszeniem o wodę, a potwornym doświadczeniem wyniesienia mnie na balkon. Jeszcze po latach cierpiałem z powodu dręczącego wspomnienia, że ten olbrzymi mężczyzna, mój Ojciec, najwyższa instancja, mógł przyjść i niemal bez powodu wynieść mnie w nocy z łóżka na balkon, jakbym zupełnie dla niego nic nie znaczył.

Był to zaledwie skromny początek, ale to ogarniające mnie często poczucie nicości (uczucie skądinąd także szlachetne i płodne) bierze się pod wieloma względami z Twojego wpływu. Potrzebowałem nieco zachęty, przyjaźni, pozostawienia mi odrobiny samodzielności w wyborze drogi; zamiast tego zmieniłeś mi ją, ma się rozumieć w dobrych zamiarach, bo powinienem iść inną drogą. Lecz ja się do tego nie nadawałem. Na przykład przyklaskiwałeś mi, gdy pięknie salutowałem i maszerowałem, choć nie byłem materiałem na żołnierza, albo kibicowałeś mi, gdy potrafiłem tęgo podjeść i nawet popijać piwem, albo gdy potrafiłem wyśpiewywać piosenki, których nie rozumiałem, lub gdy papugowałem Twoje ulubione powiedzenia – mimo że nic z tego nie miało związku z moją przyszłością. I co znaczące, nawet dzisiaj właściwie tylko wtedy dodajesz mi otuchy, gdy sam masz kłopoty, gdy chodzi o Twoje poczucie godności, które obrażam (na przykład moimi planami matrymonialnymi) lub które ktoś obraża uderzając we mnie (gdy, dajmy na to, Pepa mnie zwymyśla1). Wtedy dodajesz mi odwagi, przypominasz o mojej wartości, wskazujesz, jakie to kandydatki na żonę są w moim zasięgu, a Pepa zostaje całkowicie potępiona. Pomijając fakt, że w moim wieku jestem już prawie niewrażliwy na słowa zachęty. I jak mi one mogą pomóc, skoro pojawiają się tylko wtedy, gdy przede wszystkim nie o mnie chodzi?

To wtedy szczególnie potrzebowałem pocieszenia. Już sama Twoja fizyczność mnie przygnębiała. Pamiętam na przykład, jak kilkakrotnie rozbieraliśmy się razem w jednej kabinie. Ja mizerny, wątły, szczupły, Ty silny, potężny, szeroki. Już w kabinie wydawałem się sobie nędzny, i to nie tylko w porównaniu z Tobą, lecz wobec całego świata, ponieważ stanowiłeś dla mnie miarę wszechrzeczy. A gdy wychodziliśmy z kabiny między ludzi, ja u Twego boku, mały szkielet, niepewny, boso na deskach, bojący się wody, niezdolny do powtórzenia Twoich ruchów pływackich, które mi wciąż pokazywałeś – dobrej wierze, ale w rzeczywistości ku memu zawstydzeniu – bywałem wtedy wprost zrozpaczony i moje przykre doświadczenia we wszystkich dziedzinach doskonale się ze sobą w tych momentach zestrajały. Najlepiej, o ile w ogóle, czułem się wtedy, gdy czasami rozbierałeś się pierwszy, a ja zostawałem sam w kabinie i odwlekałem hańbę publicznego wystąpienia, aż do chwili gdy wracałeś do kabiny, by mnie z niej wypędzić. Byłem Ci wdzięczny, że nie dostrzegałeś – jak się zdawało – mojej lichoty, byłem też dumny z budowy ciała mojego Ojca. Ta różnica między nami istnieje zresztą i dziś.

Odpowiadała temu z kolei Twoja duchowa władza nade mną. Dzięki własnej pracy zaszedłeś tak wysoko i dlatego byłeś bezgranicznie pewien swojej opinii. Gdy byłem dzieckiem, nie biło mnie to tak po oczach, jak w okresie młodzieńczym. Ze swego fotela rządziłeś światem. Słuszne było tylko Twoje zdanie, każde inne było poronione, dziwaczne, meszuge2, nienormalne. Nadto Twoja pewność siebie była tak wielka, że zupełnie nie będąc konsekwentnym, nie przestawałeś mieć racji. Zdarzało się również, że w jakiejś sprawie nie miałeś wcale wyrobionego zdania, a wówczas wszystkie możliwe zdania na ten temat z zasady były fałszywe. Potrafiłeś, na przykład, wymyślać na Czechów, potem na Niemców, potem na Żydów, jak popadło, w każdej sprawie, tak, że w końcu na placu boju zostawałeś sam. Byłeś dla mnie uosobieniem tajemniczych cech właściwych wszystkim tyranom, których prawo opiera się na ich osobie, a nie na rozumie. Przynajmniej tak mi się wydawało.