Lekka księżniczka i inne baśnie - George MacDonald - ebook
Opis

Jego dziełami inspirował się m.in. J.R.R. Tolkien, C.S. Lewis był zagorzałym wielbicielem jego twórczości, Lewis Carroll prosił go o zaopiniowanie roboczej wersji Alicji w krainie czarów, a Mark Twain planował napisać z nim wspólną książkę. Polscy czytelnicy dopiero poznają twórczość George’a MacDonalda – szkockiego pisarza epoki wiktoriańskiej.

Lekka księżniczka i inne baśnie to pierwsze polskojęzyczne wydanie tego dzieła – w formie pięknie ilustrowanej książki.

Baśnie skierowane są zarówno do dzieci i młodzieży, jak i dorosłych. Pierwsza z nich opowiada o księżniczce dotkniętej stanem nieważkości, niemogącej – dosłownie i w przenośni – postawić stopy na ziemi, dopóki nie znajdzie miłości. Złoty klucz z kolei jest alegorycznym opisem duchowej drogi w poszukiwaniu sensu życia. To niezwykła opowieść o dzieciach poszukujących zamka, do którego pasowałby posiadany przez nie tytułowy klucz. Natomiast w Sercu olbrzyma MacDonald nawiązuje do znanego w kulturze ludowej motywu przechowywania swej duszy z dala od ciała – w tej baśni odnalezienia ukrytego serca okrutnego olbrzyma podejmuje się dwójka rodzeństwa. Chcą dzięki temu zdobyć władze nad gigantem i ocalić dzieci, które zamierzał pożreć.

MacDonald, kreując swój baśniowy świat, podejmuje walkę o wartości moralne, które zdają się zapomniane, a które powinny przenikać wszystkie aspekty rzeczywistości. Wybierając metaforę, przypomina też czytelnikowi, aby nie traktował siebie zbyt poważnie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 143

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Baśń Lekka księżniczka (The Light Princess) pochodzi ze zbioruThe Light Princess and Others Fairy Tales (pierwsze wydanie 1864), natomiastZłoty klucz (The Golden Key) i Serce olbrzyma (The Giant’s Heart) ze zbioru Dealings with the Fairies (pierwsze wydanie 1867).

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo W drodze, 2017

Redaktor prowadzącyEwa Kubiak

Redakcja i korekta literackaMagdalena Ciszewska

KorektaAgnieszka Czapczyk, Magdalena Ciszewska

Redakcja technicznaJustyna Nowaczyk

Projekt okładki i layoutu oraz skład i łamanieJoanna Dąbrowska

ISBN 978-83-7906-182-2

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o. Wydanie I, 2017 ul. Kościuszki 99, 61-716 Poznań tel. 61 852 39 62, faks 61 850 17 82

Co? Nie ma dzieci?

awno, dawno temu, tak dawno, że całkiem zapomniałem, kiedy to było, żyli sobie król i królowa, którzy nie mieli dzieci.

Król powiedział sobie: – Wszystkie królowe, jakie znam, mają dzieci. Niektóre mają troje, niektóre siedmioro, inne z kolei aż dwanaścioro, a moja królowa nie ma ani jednego. Czuję się pokrzywdzony.

I postanowił, że będzie się o to gniewał na swoją żonę. Ale ona znosiła to wszystko jak dobra, cierpliwa królowa, którą zresztą była. Wówczas król naprawdę wielce się rozgniewał. Królowa udawała jednak, że traktuje to wszystko jak żart, w dodatku bardzo zabawny.

– Dlaczego nie masz przynajmniej córek? – spytał król. – Nie mówię, żeby zaraz synów, nie chciałbym wymagać zbyt wiele.

– Rzeczywiście, drogi królu; bardzo żałuję – odparła królowa.

– I słusznie – odpowiedział król. – To z pewnością nie powód do chwały.

Król nie był kłótliwy i w każdej sprawie mniejszej wagi całym sercem byłby za tym, żeby królowa postępowała, jak zechce. Jednakże to była sprawa wagi państwowej.

Królowa się uśmiechnęła.

– Drogi królu, trzeba być cierpliwym wobec kobiet – powiedziała.

Doprawdy, to była bardzo miła królowa i szczerze żałowała, że nie może spełnić jego życzenia natychmiast.

A może by tak?

ról usiłował wykazaćsię cierpliwością, ale z bardzo mizernym skutkiem. Toteż, kiedy w końcu królowa obdarzyła go córką – najśliczniejszą księżniczką, jaka kiedykolwiek kwiliła na tym świecie – otrzymał znacznie więcej, niż na to zasługiwał.

Zbliżał się dzień, w którym należało ochrzcić dzieciątko. Król własnoręcznie napisał wszystkie zaproszenia. Oczywiście o kimś zapomniał. Zwykle, kiedy tak się dzieje, nie ma to większego znaczenia, tyle że trzeba wiedzieć, o kim zapomnieć. Niestety, król zapomniał bez takiego zamiaru i traf chciał, że padło akurat na księżną Danauke, co było niezręczne. Księżna była bowiem rodzoną siostrą króla, dlatego też powinien był o niej pamiętać. Jednak tak bardzo dała się we znaki staremu królowi, ich ojcu, że ten zapomniał o niej, sporządzając testament. Nic więc dziwnego, że i brat zapomniał jej wysłać zaproszenie. Ale ubodzy krewni nie robią nic, by o nich pamiętać. Dlaczego? Król nie mógł zajrzeć do jej mieszkania na poddaszu, prawda?

Księżna Danauke była zgorzkniałą, mściwą istotą. Zmarszczki pogardy krzyżowały się na jej twarzy ze zmarszczkami drażliwości i sprawiały, że cała była pomarszczona jak krążek masła. Jeśli jakiegokolwiek króla można by usprawiedliwić, że o kimś zapomniał, to właśnie ten nasz król zasługiwał na całkowite wybaczenie, że zapomniał o swojej siostrze, nawet przy okazji chrztu. Wygląd księżnej również był bardzo osobliwy. Jej czoło, które było tak duże, jak pozostała część twarzy, sterczało nad nią niczym urwisko. Kiedy się gniewała, jej małe oczka błyskały niebiesko. Kiedy czuła do kogoś nienawiść, świeciły na żółto i zielono. Jak wyglądały, kiedy kogoś kochała – nie wiem, bo nigdy nie słyszałem, by kochała kogoś poza sobą. Nie sądzę też, by była w stanie pokochać samą siebie, gdyby nie to, że jakoś do siebie przywykła. To, że król o niej zapomniał, było szczególnie nieroztropne dlatego, że cechowała się ona niezwykłym sprytem. W rzeczywistości była czarownicą, a ten, kogo zaczarowała, bardzo szybko miał tego dość, ponieważ przewyższała wszystkie niegodziwe czarownice w ich niegodziwości i wszystkie sprytne w ich sprycie. Gardziła wszelkimi znanymi nam z historii sztuczkami, za których pomocą dokonują zemsty obrażone wróżki i czarownice. Dlatego też, kiedy na próżno czekała i czekała na zaproszenie, postanowiła w końcu udać się na chrzest bez niego i unieszczęśliwić całą rodzinę. Taką właśnie była księżną.

Ubrała się więc w swoją najlepszą suknię, poszła do pałacu, została uprzejmie przyjęta przez szczęśliwego władcę, który zapomniał, że o niej zapomniał, i zajęła miejsce w procesji do królewskiej kaplicy. Kiedy już wszyscy zebrali się wokół chrzcielnicy, księżna zdołała się przedostać w jej pobliże i wrzuciła coś do wody. Potem zaś zachowywała się z wielkim szacunkiem do czasu, aż główkę dziecka polano wodą. W tej właśnie chwili trzykrotnie zakręciła się w miejscu i wymamrotała następujące słowa, na tyle głośno, że usłyszeli ją ci, którzy stali obok:

– Lekkość ducha – oto me zaklęcie, Lekkość ciała – każdej jego części. Ramiona, co cię noszą, nie będą znużone, Za to serca rodziców – na zawsze strapione.

Zebrani myśleli, że postradała zmysły i powtarza jakąś niemądrą wyliczankę, niemniej jednak wszystkich przeszedł dreszcz. Dziecko zaś, przeciwnie, zaczęło się śmiać i gaworzyć, podczas gdy niania się przeraziła i stłumiła krzyk, wydało jej się bowiem, że dotknął ją paraliż: nie czuła ciężaru dziecka, które trzymała w ramionach. Ale mocno je przytuliła i nic nie powiedziała. Krzywda została wyrządzona.

Ona nie może być nasza

krutna ciotka pozbawiładziecko całej wagi. Gdybyście mnie spytali, jak tego dokonała, odpowiedziałbym: w najprostszy na świecie sposób. Musiała jedynie zlikwidować siłę przyciągania ziemskiego. Księżna była bowiem filozofem i wszelkie prawa przyciągania znała od podszewki, równie dobrze jak wszystkie szczegóły dotyczące jej własnego sznurowadła. A ponieważ była też czarownicą, mogła w jednej chwili uchylić te prawa albo przynajmniej tak zablokować ich kółka zębate i tak pokryć łożyska rdzą, żeby w ogóle nie działały. Nas jednak interesuje nie to, w jaki sposób przeprowadziła swoje czary, ale to, co się wydarzyło później.

Pierwszą niezręcznością, jaka wynikła z owego nieszczęśliwego i dotkliwego braku, było to, że w chwili, w której niania zaczęła kołysać dziecko w górę i w dół, ono uleciało jej z ramion. Na szczęście opór powietrza sprawił, że pęd księżniczki ku górze skończył się tuż pod sufitem. Pozostała tam w pozycji poziomej, w jakiej opuściła ramiona niani, wierzgając i śmiejąc się wniebogłosy. Przerażona niania czym prędzej zadzwoniła po lokaja, a kiedy się pojawił, ubłagała go, by natychmiast przyniósł drabinkę. Choć drżały jej wszystkie kończyny, wdrapała się na szczebelki, a żeby dosięgnąć unoszącego się w powietrzu trenu długiej szatki dziecka, musiała stanąć na samym wierzchołku drabinki i wyciągnąć ręce.

Kiedy wieść o tym niezwykłym zjawisku się rozniosła, w pałacu nastało wielkie poruszenie. Król, odkrywając tę cechę księżniczki, przeżył oczywiście to samo, co niania. Zaskoczony, że nie czuje ciężaru dziecka złożonego w jego ramionach, zaczął je kołysać w górę, ale w dół już nie, bo ono powoli uniosło się w stronę sufitu, tak jak wcześniej, i tam się zatrzymało, zawisając w powietrzu w wygodnej pozycji i zadowolone, o czym świadczyły cichutkie kaskady jego śmiechu. Król patrzył w górę w niemym zdumieniu i drżał tak, że jego broda falowała jak trawa na wietrze. Wreszcie, odwróciwszy się do królowej, zdjętej grozą w równym stopniu co on, powiedział, sapiąc, wytrzeszczając oczy i jąkając się:

– Królowo, ona nie może być nasza!

Królowa była jednak znacznie bystrzejsza od króla i już wcześniej zaczęła podejrzewać, że „efekt afektu to defekt, przynajmniej w tym wypadku”*.

– Jestem pewna, że jest nasza – odparła – ale należało jej lepiej pilnować podczas chrztu. Ludzie, którzy nie dostali zaproszenia, nie powinni byli być obecni.

– O, nie! – zakrzyknął król, pukając się palcem wskazującym w czoło. – Już wszystko rozumiem. Zdemaskowałem ją. Czy tego nie widzisz, królowo? Księżna Danauke rzuciła czary na dziecko.

– Właśnie o tym mówię – odpowiedziała królowa.

– Wybacz, moja duszko, nie dosłyszałem cię. Janie! Przynieś schodki, po których wchodzę na tron.

Był to bowiem nieduży król z wielkim tronem, jak wielu innych królów.

Schodki przyniesiono i ustawiono na stole, a następnie Jan wspiął się na ich szczyt. Nie mógł jednak dosięgnąć małej księżniczki, która zawisła w powietrzu jak obłoczek dziecięcego śmiechu, wciąż od nowa wybuchający wesołością.

– Weź szczypce, Janie – poradził Jego Wysokość i stanąwszy na stole, wręczył słudze narzędzie.

Teraz Jan dosięgnął dziecka i mała księżniczka została ściągnięta za pomocą szczypiec.

Gdzie ona jest?

ewnego pięknego letniego dnia, miesiąc po owych pierwszych przygodach, w którym to czasie obserwowano ją bardzo uważnie, księżniczka leżała na łóżku w komnacie królowej i smacznie spała. Jedno z okien otwarto, ponieważ było południe, a dzień był tak duszny, że małą dziewczynkę otulał jedynie jej własny zwiewny sen. Królowa weszła do komnaty i nie zauważywszy dziecka ułożonego na posłaniu, otworzyła drugie okno. Swawolny czarodziejski wiatr, który tylko czekał na okazję do psoty, wpadł jednym oknem i obrawszy drogę nad łóżkiem, na którym leżało dziecko, chwycił je, po czym, obracając i unosząc jak puszek albo nasionko dmuchawca, uniósł je ze sobą przez drugie okno. Królowa zeszła po schodach, zupełnie nieświadoma straty, którą sama spowodowała.

Kiedy niania wróciła, uznała, że Jej Wysokość zabrała dziecko, i w obawie przed burą zwlekała z dopytywaniem się o nie. Ale ponieważ nic nie słyszała, zaczęła się niepokoić i w końcu weszła do buduaru królowej, gdzie zastała Jej Wysokość.

– Wasza Wysokość, czy mogę zabrać dziecko? – spytała.

– A gdzie ono jest? – zdziwiła się królowa.

– Proszę o wybaczenie. Wiem, że postąpiłam niewłaściwie.

– O czym ty mówisz? – spytała królowa z poważną miną.

– Och! Wasza Wysokość, proszę mnie nie przerażać! – wykrzyknęła niania, klasnąwszy w dłonie.

Królowa spostrzegła, że coś jest nie tak, i upadła zemdlona. Niania zaś biegała po całym pałacu, krzycząc:

– Moje dziecko! Moje dziecko!

Wszyscy zbiegli się do komnaty królowej. Ale ona nie była w stanie wydać żadnych rozkazów. Wkrótce jednak odkryto, że księżniczka zaginęła, i w jednej chwili pałac zaczął przypominać ogrodowy ul, zaś chwilę później, w wyniku głośnego pokrzykiwania i klepania jej po rękach, królowa przyszła do siebie. Księżniczkę, pogrążoną w głębokim śnie, znaleziono pod różanym krzewem. Tam właśnie zaniósł ją psotny podmuch wietrzyka, kończąc swój figiel deszczem czerwonych płatków róż, które strząsnął na małego białego śpiocha. Przestraszona harmidrem, jakiego narobiły służące, księżniczka obudziła się i radośnie rozrzuciła płatki we wszystkich kierunkach, jak snop promieni zachodzącego słońca.

Po tym, co się stało, niewątpliwie pilnowano jej uważniej, choć można by bez końca opisywać wszystkie niezwykłe wydarzenia będące wynikiem tej szczególnej cechy małej księżniczki. W żadnym jednak domu, nie wspominając nawet o pałacach, nigdy nie było dziecka, które utrzymywałoby wszystkich w tak nieustająco dobrym humorze, przynajmniej jeśli chodzi o pomieszczenia dla służby. Nawet gdy nianiom niełatwo było ją utrzymać, to nie bolały ich z jej powodu ręce ani serca. I tak przyjemnie grało się nią w piłkę! Nie było absolutnie żadnego ryzyka, że księżniczka spadnie na ziemię. Mogli ją rzucać albo przewracać, albo popychać – ale nie byli w stanie jej upuścić. To prawda: mogłaby polecieć w ogień albo do schowka na węgiel, albo wylecieć przez okno – ale nic takiego się nie zdarzyło. Gdybyście usłyszeli wybuchy śmiechu dochodzące z nieokreślonego kierunku, moglibyście być całkowicie pewni, co je spowodowało. Po zejściu do kuchni albo do pokoju zastalibyście tam Janinę i Tomasza, Roberta i Zuzannę, wszystkich razem, grających w piłkę z małą księżniczką. Piłką była ona sama i wcale nie umniejszało to jej radości z zabawy. Piszcząc ze śmiechu, przelatywała od jednego do drugiego. A służący lubili swoją piłkę nawet bardziej niż samą grę. Musieli jednak nieco uważać, w jaki sposób nią rzucają, bo gdyby nadano jej kierunek ku górze, nie wróciłaby na dół, dopóki by jej nie ściągnięto.

W takim razie cóż można zrobić?

a wyższych piętrachpałacu sprawy miały się jednak inaczej. Na przykład pewnego dnia po śniadaniu król udał się do skarbca, gdzie liczył pieniądze. Czynność ta nie sprawiła mu przyjemności.

– Pomyśleć tylko – powiedział do siebie – że każdy z tych złotych suwerenów waży kilka gramów, a moja prawdziwa, żywa księżniczka z krwi i kości nie waży nic a nic!

I znienawidził swoje złote suwereny, które, zadowolone z siebie, leżały z szerokim uśmiechem na żółtych obliczach.

Królowa przebywała w salonie, gdzie jadła chleb z miodem. Ale przy drugim kęsie wybuchnęła płaczem i nie mogła nic przełknąć.

Król usłyszał jej szloch. Gotów do kłótni z każdym, a szczególnie ze swoją królową, wrzucił złote suwereny do skarbony, wcisnął koronę na głowę i popędził do salonu.

– Co się dzieje? – wykrzyknął. – Królowo, dlaczego płaczesz?

– Nie mogę tego zjeść – powiedziała królowa, spoglądając żałośnie na słój z miodem.

– Nie dziwota! – zauważył król. – Dopiero co jadłaś śniadanie: dwa indycze jaja i trzy sardele.

– Och, nie w tym rzecz! – załkała Jej Wysokość. – Chodzi o moje dziecko, moje dziecko!

– Cóż to się dzieje z twoim dzieckiem? Nie ma go ani na kominie, ani w studni. Właśnie słyszę, jak się śmieje.

Nie zdołał jednakże powstrzymać westchnienia, które usiłował zamaskować kaszlnięciem, i rzekł:

– Jestem pewien, że dobrze jest mieć lekkie serce, niezależnie od tego, czy księżniczka jest nasza, czy nie.

– Ale niedobrze jest być lekkomyślnym – odpowiedziała królowa, przewidująco spoglądając w odległą przyszłość.

– Dobrze jest mieć lekki chód – stwierdził król.

– Niedobrze jest mieć lekką rękę – odparła królowa.

– Dobrze jest mieć lekką postać – powiedział król.

– Niedobrze jest… – zaczęła królowa, ale król jej przerwał:

– Tak naprawdę – powiedział tonem osoby, która kończy sprzeczkę z wyimaginowanym przeciwnikiem i dlatego też wychodzi z niej zwycięsko – tak naprawdę, ogólnie rzecz biorąc, dobrze jest mieć lekkie ciało.

– Ale, ogólnie rzecz biorąc, niedobrze jest być lekkoduchem – odparła królowa, zaczynając tracić panowanie nad sobą.

Te ostatnie słowa całkiem zbiły z tropu Jego Wysokość, który obrócił się na pięcie i udał się znów w kierunku skarbca. Ale nie uszedł nawet połowy drogi, kiedy dogonił go głos królowej:

– Lekki blond też jest niedobry! – krzyknęła, zdecydowana mieć ostatnie słowo teraz, kiedy nabrała animuszu.

Włosy królowej były czarne jak noc, a włosy króla i jego córki złote jak poranek. Ale to nie uwaga dotycząca włosów zatrzymała króla, chodziło o podwójne znaczenie słowa „lekki”. Król nie znosił bowiem wszelkich dowcipnych powiedzonek, a zwłaszcza gierek słownych. Poza tym nie wiedział, czy królowa powiedziała „lekki blond” czy „lekki błąd”, bo skoro miała muchy w nosie, to mogła unosawiać głoski.

Zawrócił więc na pięcie i poszedł do królowej. Wciąż jeszcze wydawała się rozzłoszczona, bo wiedziała, że wina leży po jej stronie albo, co właściwie na jedno wychodzi, wiedziała, że on tak uważa.

– Moja droga królowo – powiedział. – Jakakolwiek dwulicowość jest nad wyraz niestosowna między poślubionymi sobie ludźmi wszelkiego stanu, nie wspominając nawet o królach i królowych. A już najbardziej niestosowną formą, jaką może przybrać dwulicowość, są gierki słowne.

– Ach tak! – odparła królowa. – Nawet jeszcze nie zażartowałam, a ty już zarzucasz mi kiepski dowcip! Jestem najbardziej pechową kobietą na świecie!

Wyglądała tak żałośnie, że król wziął ją w ramiona i usiedli, by porozmawiać.

– Potrafisz to znieść? – spytał król.

– Nie, nie potrafię – odpowiedziała królowa.

– W takim razie cóż można zrobić? – zastanowił się król.

– Nie mam najmniejszego pojęcia – odparła królowa. – Ale może spróbowałbyś przeprosić?

– Chodzi ci zapewne o moją starszą siostrę? – upewnił się król.

– Tak – potwierdziła królowa.

– Cóż, czemu nie.

Następnego ranka udał się więc do domu księżnej i przeprosiwszy ją uniżenie, błagał, by odczyniła zaklęcie. Ale księżna oznajmiła z kamienną twarzą, że nic o tym nie wie. Jednakże jej oczy zabłysły różowo, co oznaczało, że jest szczęśliwa. Poradziła królowi i królowej, by byli cierpliwi i się poprawili. Król wrócił niepocieszony. Królowa usiłowała podnieść go na duchu.

– Poczekamy, aż podrośnie. Może wówczas sama coś na to poradzi. Przynajmniej będzie wiedziała, jakie to uczucie, i nam wytłumaczy.

– A jeśli będzie miała wyjść za mąż? – wykrzyknął król, z nagła uderzony tą myślą.

– Cóż wtedy? – zdziwiła się królowa.

– Pomyśl tylko! Gdyby chciała mieć dzieci! Za sto lat w powietrzu może szybować tyle dzieci, co babiego lata na jesieni.

– To nie nasza sprawa – stwierdziła królowa. – Poza tym do tego czasu już się nauczą, jak sobie z tym radzić.

Jedyną odpowiedzią króla było westchnienie.

Poprosiłby o radę nadwornych medyków, ale obawiał się, że księżniczka stanie się obiektem ich eksperymentów.

Za dużo się śmieje

ymczasem mała księżniczka, mimo dziwnych zdarzeń i zgryzoty, jakiej przysparzała rodzicom, śmiała się i była coraz większa – nie gruba, ale pełna i wysoka. Skończyła siedemnaście lat i nigdy nie wpadła w żaden kłopot większy niż komin, z którego uratował ją mały łobuziak – kolekcjoner ptasich jaj – zyskując w ten sposób sławę i uczernioną twarz. Ani też, choć nierozważna, nie dopuściła się żadnego gorszego postępku niż śmianie się z każdego i ze wszystkiego, co pojawiało się na jej drodze. Kiedy powiedziano jej, w ramach eksperymentu, że generał Klannamury i wszystkie jego oddziały zostali posiekani na kawałki, roześmiała się; kiedy usłyszała, że wróg maszeruje na stolicę jej taty, chcąc ją oblegać, roześmiała się serdecznie; kiedy zaś powiedziano jej, że miasto z pewnością zostanie opuszczone i pozostawione na łaskę wrogich wojsk – ach, wówczas śmiała się bez opamiętania. Nie można było sprawić, by dostrzegła poważną stronę czegokolwiek. Kiedy jej matka płakała, księżniczka mówiła:

– Jakie dziwne miny robi mama! Wyciska wodę z policzków? Śmieszna mama!

A kiedy tata grzmiał na nią, śmiała się i obtańcowywała go w kółko, klaszcząc w ręce i wołając:

– Zrób to jeszcze raz, tatku. Zrób to jeszcze raz! To takie śmieszne! Kochany, zabawny tatuś!

Zaś kiedy próbował ją złapać, natychmiast odfruwała, ani trochę się go nie bojąc, tylko traktując to jako część zabawy w gonionego. Potrafiła, odepchnąwszy się stopą, szybować nad jego głową albo odskakiwała w tył, w przód i na boki jak wielki motyl. Kilkakrotnie, kiedy ojciec i matka rozmawiali o niej na osobności, zdarzyło się, że przerwały im wybuchy śmiechu, tłumione bezskutecznie tuż nad ich głowami. Kiedy z oburzeniem spoglądali w górę, widzieli księżniczkę, która unosiła się w najlepsze nad nimi i przyglądała im się z komicznym upodobaniem, wynikającym z jej położenia.

Pewnego dnia zdarzył się kłopotliwy wypadek. Księżniczka wyszła na trawnik z jedną ze swoich opiekunek, która trzymała ją za rękę. Spostrzegłszy ojca na drugim końcu trawnika, wyrwała się pokojówce i popędziła do niego. Zwykle, kiedy chciała pobiegać sama, brała kamień do każdej ręki, by po każdym podskoku móc znów opaść. Żaden element jej stroju nie działał w ten sposób: nawet złoto, które, noszone przez nią, stawało się poniekąd jej częścią, traciło na ten czas cały swój ciężar. Za to cokolwiek wzięła do ręki, zachowywało zdolność spadania. Tym razem królewna nie dostrzegła niczego, co mogłaby chwycić, poza wielką ropuchą, przemierzającą trawnik tak wolno, jakby miała na to sto lat. Nie wiedząc, co to obrzydzenie – była to jedna z jej niezwykłych cech – złapała ropuchę i skoczyła przed siebie. Już prawie dotarła do ojca, a on wyciągnął ręce, żeby ją chwycić i przyjąć z jej ust pocałunek, który zawisł na nich jak motyl na pączku róży, kiedy podmuch wiatru zniósł ją w bok, prosto w ramiona młodego gońca, który właśnie odbierał wiadomość od Jego Wysokości. Ilekroć królewna znalazła się w ruchu, wiele czasu i zachodu kosztowało ją zatrzymanie się – co akurat nie było jej szczególnie osobliwą cechą. Tym razem nie miała na to czasu. Musiała pocałować – i pocałowała gońca. Nie bardzo się tym przejęła, wstydliwość nie leżała bowiem w jej usposobieniu, poza tym wiedziała, że nie ma na to wpływu. Roześmiała się tylko jak pozytywka. Biedny młodzieniec miał mniej szczęścia, ponieważ księżniczka, usiłując skorygować niefortunną trasę pocałunku, wyciągnęła ręce, żeby nie zbliżyć się do gońca, wskutek czego wraz z pocałunkiem otrzymał on w drugi policzek klapsa ogromną czarną ropuchą, którą księżniczka wetknęła mu następnie w samo oko. On również usiłował się roześmiać, ale próba ta skończyła się przedziwnym grymasem, po którym można było poznać, że goniec z pewnością nie będzie się chełpił tym pocałunkiem. Co do króla, jego poczucie godności zostało głęboko zranione i monarcha przez cały miesiąc nie odzywał się do młodzieńca.

Tutaj pragnę zauważyć, że widok księżniczki w biegu był bardzo zabawny, o ile jej sposób przemieszczania się można w ogóle nazwać biegiem. Najpierw się odbijała, a następnie, opadając, podbiegała kilka kroków i odbijała się znów. Czasami wydawało jej się, że wylądowała na ziemi, zanim się to naprawdę stało, i poruszała stopami do przodu i do tyłu, biegając w powietrzu, zupełnie jak leżący na grzbiecie kurczak. Potem królewna śmiała się jak sam duch dobrej zabawy, tyle tylko że w jej śmiechu czegoś brakowało. Co to było takiego – nie potrafię opisać. Myślę, że chodziło o pewien szczególny odcień, który pojawia się tylko tam, gdzie istnieje możliwość odczuwania smutku – być może morbidezza. Królewna nigdy się nie uśmiechała.

Spróbujcie metafizyki

ról i królowa długounikali tego bolesnego tematu, wreszcie jednak postanowili zwołać naradę. Posłali więc po księżniczkę. Przybyła, prześlizgując się, przemykając i szybując z jednego mebla na drugi, po czym ostatecznie zatrzymała się na fotelu, przyjmując pozycję siedzącą. Nie będę próbował ustalać, czy można to było nazwać siedzeniem, skoro księżniczka nie otrzymywała żadnego podparcia ze strony fotela.

– Moje drogie dziecko – przemówił król. – Z pewnością masz już świadomość tego, że nie jesteś zupełnie taka sama jak inni ludzie.

– Och, drogi, zabawny tatku! Mam nos i dwoje oczu, i całą resztę. Tak samo jak ty. I mama.

– Kochanie, choć raz zachowaj powagę – upomniała ją królowa.

– Nie, dziękuję, mamo, wolałabym nie.

– Czy nie chciałabyś móc chodzić tak jak inni ludzie? – spytał król.

– Nie, doprawdy, raczej nie. Wy się wleczecie. Jesteście jak powolne karoce!

– A jak ty się czujesz, moje dziecko? – podjął król po chwili, wypowiedź córki zbiła go bowiem z tropu.

– Całkiem dobrze, dziękuję.

– Chodzi mi o to: czym się czujesz?

– Niczym, o czym bym wiedziała.

– Musisz się czuć jak coś.

– Czuję się jak księżniczka, która ma zabawnego tatę i bardzo uroczą istotę za królewską mamę!

– Doprawdy! – zaczęła królowa, ale księżniczka jej przerwała.

– Och, tak – dodała – przypominam sobie. Czasami mam takie dziwne wrażenie, jak gdybym była jedyną osobą na tym świecie, która ma jaki taki rozum.

Wcześniej starała się zachowywać poważnie, ale teraz wybuchnęła gwałtownym śmiechem, rzuciła się w tył ponad fotelem i w napadzie wesołości zaczęła się tarzać po podłodze. Król podniósł ją z łatwością większą, niż kto inny podniósłby pierzynę, i umieścił ją w poprzednim stosunku do krzesła. Niestety, nie znam przyimka, który trafnie wyrażałby ten stosunek.

– Niczego nie pragniesz? – ciągnął król, który do tej pory nauczył się już, że złoszczenie się na nią do niczego nie prowadzi.

– Och, kochany tatku! Tak, pragnę! – odpowiedziała.

– Cóż to takiego, moja droga?

– Pragnę tego – och, od tak dawna! Od ostatniego wieczora.

– Powiedz mi, co to takiego.

– Czy obiecasz, że się zgodzisz?

Król właśnie zamierzał powiedzieć „tak”, ale roztropniejsza królowa powstrzymała go jednym ruchem głowy.

– Najpierw powiedz mi, co to takiego – zażądał król.

– Nie, nie, najpierw obiecaj.

– Nie odważę się. Co to takiego?

– Pamiętaj, że trzymam cię za słowo. Chcę, żeby przywiązano mnie do końca liny – naprawdę bardzo długiej liny – i puszczano jak latawiec. Cóż to by była za zabawa! Zsyłałabym na ziemię deszcz z wody różanej i grad cukierków, i śnieg z bitej śmietany i… i… i…

Przerwał jej wybuch śmiechu i znów zaczęłaby się tarzać po podłodze, gdyby król nie zerwał się i nie powstrzymał jej w ostatniej chwili. Widząc, że nie dojdą do niczego poza czczą gadaniną, zadzwonił i odesłał ją z dwiema służącymi.

– Zatem, królowo – zwrócił się do Jej Wysokości. – Co począć?

– Zostało tylko jedno – stwierdziła. – Poradźmy się kolegium Metafizyków.

– Brawo! – zakrzyknął król. – Tak zrobimy! Na czele kolegium stało dwóch bardzo mądrych chińskich filozofów o imionach Zanu-Dzi i Papugun. Po nich to posłał król, a oni stawili się niezwłocznie. Król w długiej przemowie zaznajomił ich z tym, o czym już świetnie wiedzieli – bo któż nie wiedział? – mianowicie ze szczególnym położeniem swojej córki względem globu, na którym żyje, następnie zaś poprosił ich, by się naradzili, co może być przyczyną jej ciężkiej przypadłości i prawdopodobnym lekarstwem na nią. Król położył nacisk na słowa „ciężka przypadłość”, ale przeoczył własny słowny żart. Królowa się roześmiała, Zanu-Dzi i Papugun słuchali jednak z uniżeniem i wycofali się w milczeniu.

Narada opierała się przede wszystkim na postulatach i dostarczaniu dowodów, po raz tysięczny, na ulubione teorie każdego z filozofów. Stan księżniczki dawał bowiem wyborną okazję do przedyskutowania wszelkich kwestii, wywodzących się z zagadnienia, które dzieliło wszystkich Metafizyków Cesarstwa Chińskiego. Gwoli sprawiedliwości należy jednak przyznać, że nie całkiem zlekceważyli dyskusję nad praktycznym zagadnieniem: co począć.

Zanu-Dzi był materialistą, a Papugun – spirytualistą. Pierwszy był powolny i pompatyczny, drugi zaś szybki i roztrzepany; drugi zazwyczaj miał pierwsze słowo, pierwszy zazwyczaj ostatnie.

– Po raz kolejny zwracam uwagę na moje wcześniejsze twierdzenie – zaczął Papugun, kłaniając się. – W księżniczce nie ma żadnej usterki – ani w jej ciele, ani w duszy – są one jedynie niewłaściwie poskładane. Posłuchaj mnie teraz, Zanu-Dzi, a ja powiem ci pokrótce, co myślę. Nic nie mów. Nie odpowiadaj mi. Nie będę cię słuchał, dopóki nie skończę. W tej rozstrzygającej chwili, kiedy dusze poszukują wyznaczonych sobie siedzib, dwie niecierpliwe duszyczki spotkały się, zderzyły, odbiły od siebie i zmyliły drogę, po czym każda z nich dotarła w niewłaściwe miejsce. Jedną z nich była dusza księżniczki, która bardzo zbłądziła. W istocie w ogóle nie należy do tego świata, ale do jakiejś innej planety, może do Merkurego. Skłonność tej duszy do właściwego jej ciała niebieskiego niweczy cały naturalny wpływ, jaki w przeciwnym razie miałaby na jej materialne ciało nasza planeta. O nic tutaj się nie troszczy. Nie istnieje żaden związek między nią a naszym światem.

Dlatego też należy ją uczyć pod jak najsurowszym przymusem, by zainteresowała się Ziemią jako Ziemią. Musi przestudiować każdy dział historii: historię zwierząt, historię warzyw, historię minerałów, historię społeczeństw, historię moralności, historię polityki, historię nauki, historię literatury, historię muzyki, historię sztuki; nade wszystko zaś historię metafizyki. Musi zacząć od dynastii chińskiej i skończyć na Japonii. Ale najpierw musi przestudiować geologię, a zwłaszcza historię wymarłych gatunków zwierząt – ich usposobienia, ich zwyczaje, ich miłości, ich nienawiści, ich zemsty… Musi…

– Zaraz, zara-a-az! – krzyknął Zanu-Dzi. – Z całą pewnością teraz moja kolej. Mam głęboko zakorzenione i niepodważalne przeświadczenie, że przyczyny anomalii zauważalnych w stanie księżniczki są ściśle i wyłącznie natury fizycznej. Co jest równoznaczne z potwierdzeniem, że one istnieją. Wysłuchaj mojej opinii. Z takiego czy innego powodu, nieistotnego dla naszego dochodzenia, praca serca księżniczki została odwrócona. To niezwykłe połączenie pompy ssącej z pompą tłoczącą działa niewłaściwie – mam na myśli przypadek nieszczęsnej księżniczki: jej serce zasysa, kiedy powinno tłoczyć, i tłoczy, kiedy powinno zasysać. Zadania przedsionków i komór są zamienione. Krew płynie żyłami i wraca tętnicami. Wskutek tego biegnie w niewłaściwym kierunku przez cały jej organizm – płuca i tak dalej. Zatem, skoro tak to wygląda, czy można uznać za zagadkowe, że i w innym szczególe, to jest w kwestii ciążenia, różni się ona od innych ludzi? Moja propozycja uzdrowienia brzmi następująco: upuścić krwi, aż księżniczka znajdzie się na granicy bezpieczeństwa. Jeśli trzeba, można przeprowadzić zabieg w ciepłej kąpieli. Kiedy księżniczka zostanie doprowadzona do stanu uduszenia, należy podwiązać jej lewą kostkę tak mocno, jak tylko zniesie to kość. Równocześnie nałożyć taki sam ucisk wokół prawego nadgarstka. Przy użyciu podstawek zbudowanych do tego celu umieścić drugą stopę i dłoń pod zbiornikami dwu pomp próżniowych. Usunąć powietrze ze zbiorników. Postawić pół litra francuskiej brandy i czekać na efekty.

– Które pojawią się w krótkim czasie pod postacią posępnej Śmierci – powiedział Papugun.

– Jeśli tak, to umrze przynajmniej, kiedy my będziemy spełniali swój obowiązek – odparł Zanu-Dzi.

Jednakże Ich Wysokości darzyły swoje lotne dziecko zbyt wielkim uczuciem, by narażać je na którykolwiek z planów filozofów, obu w równym stopniu pozbawionych skrupułów. W rzeczy samej nawet doskonała znajomość praw natury byłaby bezużyteczna w wypadku księżniczki, ponieważ nie można było jej sklasyfikować. Była piątą substancją nieważką**, dzielącą wszystkie pozostałe cechy tych ważkich.

* William Shakespeare, Hamlet, tłum. Stanisław Barańczak, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013, s. 286.

** Fizycy wyróżniali dawniej cztery ciągłe substancje nieważkie, do których należały: ciepło, światło, elektryczność i magnetyzm (przyp. tłum.).