Legion Nieśmiertelnych. Tom 5. Świat Śmierci - B. V. Larson - ebook
BESTSELLER

Legion Nieśmiertelnych. Tom 5. Świat Śmierci ebook

B.V. Larson

4,5

23 osoby interesują się tą książką

Opis

Ziemię atakują nieznani obcy. Ich planeta w tajemniczy sposób uniknęła dotąd wykrycia i pełna jest najgroźniejszych kosmitów, jakich do tej pory spotkała ludzkość. James McGill odkrył właśnie Świat Śmierci.

W piątym tomie cyklu Legion Nieśmiertelnych tajemniczy wróg zadaje druzgocący cios naszej ojczystej planecie. Ogarnięty żądzą zemsty Legion Varus ściga napastników pośród gwiazd i odkrywa nowe zagrożenie dla naszej części Galaktyki. McGill dowiaduje się także, dlaczego Królestwo Głowonogów wciąż nie zaatakowało Ziemi i co dzieje się za kulisami w Światach Centralnych. I mimo trudnych okoliczności wciąż stara się zachowywać przyzwoicie i honorowo.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 452

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (22 oceny)
13
8
1
0
0

Popularność




Tytuł oryginału: UNDYING MERCENARIES BOOK 5. DEATH WORLD

Copyright © 2015 by Iron Tower Press, Inc.

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:Drageus Publishing House Sp. z o.o.ul. Kopernika 5/L600-367 Warszawae-mail: [email protected]

ISBN EPUB: 978-83-66375-90-1ISBN MOBI: 978-83-66375-91-8

Początki ziemskich legionów (fragment)

Ziemskie siły zbrojne zmieniły się na zawsze, gdy Imperium Galaktyczne poinformowało, że spotkał nas zaszczyt i zostaliśmy jego członkami. Do tej pory ludzkość błędnie zakładała, że jesteśmy sami we wszechświecie i że istotne są tylko nasze drobne problemy, dotyczące jednej planety. Nie pojmowaliśmy wówczas prawdziwego stanu rzeczy. Nie mieliśmy pojęcia, że stanowimy część wielkiej organizacji politycznej władającej pięćdziesięcioma miliardami gwiazd Drogi Mlecznej.

Po spokojnej chwili formalnej aneksji na ludzkość spłynęła jednocześnie pokora i oświecenie. Nastąpił burzliwy okres, gdy należało skorygować sposób myślenia mieszkańców niektórych krajów. Ale w ciągu dekady ci z nas, którzy przeżyli, zaakceptowali swoje miejsce w kosmosie.

Dowiedziawszy się, że Ziemia stanowi część ogromnego braterstwa obcych światów, otrzymaliśmy wiele wspaniałych darów. Pierwszym z nich było bezpieczeństwo. Każdą prowincję, w tym naszą Rubież 921, patrolowała flota bojowa mająca dwa cele: utrzymywanie porządku i ekspansję. Kolejną korzyścią był handel z niezliczonymi obcymi światami. Ziemia mogła zakupić niezmierzone bogactwa i technologię od każdego w Imperium dzięki galaktycznym kredytom.

Te dary miały jednak swoją cenę. Nasi wielcy opiekunowie, zwani Galaktykami, nie tolerują łamania zasad. Odstępstwo od najmniejszego z ich nieskończenie mądrych praw skutkuje natychmiastowymi surowymi karami. Zazwyczaj jest to permanentna śmierć sprawcy czynu, ale nie jest to jedyna możliwa opcja. Czasami za winnych wspierania przestępcy uznaje się całą rodzinę, organizację, miejsce czy nawet gatunek – wówczas są one usuwane i skazane na zapomnienie.

Od czasu aneksji rola Ziemi w Imperium zawsze była natury wojskowej. Szybko odkryto, że naszym najlepszym towarem są najemnicy. Powołaliśmy legiony, by służyły militarnym potrzebom kosmicznych braci. W ostatnim czasie staliśmy się narzędziem egzekucji prawa samych Galaktyków. Ziemskie siły zbrojne są więc kluczowe dla gospodarki i bezpieczeństwa naszej planety.

Nasze siły składają się z dwóch głównych grup. Hegemonia to planetarna organizacja zajmująca się obroną Ziemi. Zlecenia dla innych światów wykonują jednak luźne, niezależne bractwa zwane legionami. Wymienimy tu kilka najsłynniejszych legionów z ziemskiego panteonu.

Hegemonia

Symbol: błękitny glob

Choć nazywa się ją legionem, Hegemonia w rzeczywistości jest znacznie większa niż wszystkie niezależne legiony razem wzięte. Organizacja ta stanowi główne dowództwo wojskowe Ziemi i odpowiada za bezpieczeństwo planety oraz nadzór nad mniejszymi legionami podczas ich pozaplanetarnych misji.

Jako że nasza rola zmieniła się i z najemników staliśmy się częścią sił obronnych prowincji, bardzo możliwe, że Hegemonia z czasem wchłonie resztę legionów. Istnieje jednak znaczny opór wobec takiego pomysłu ze strony legionów, różnych dowódców wojskowych, a nawet opinii publicznej. Legiony mają oddanych wielbicieli, prawie jak drużyny sportowe. Mówienie o ich potencjalnym rozwiązaniu kończyło się dla wielu polityków przegranymi wyborami. Poza tym niezależna struktura dowodzenia ma też swoje zalety. Ze względu na ogrom kosmosu w praktyce nie jest możliwe, aby scentralizowany rząd był w stanie w pełni kontrolować siły zbrojne wysłane na odległą planetę. Oznacza to, że grupy zadaniowe działające w nieznanym środowisku muszą być w stanie podejmować przez miesiące czy nawet lata suwerenne decyzje.

Fakt, że wyprawy legionów czasami kończą się incydentami, które mają potem reperkusje dla Ziemi, stanowi przedmiot niezliczonych debat, ale przynajmniej na razie mniejsze legiony pozostają niezależne.

Victrix

Symbol: skrzyżowane miecze

Victrix to pierwszy z utworzonych przez Ziemię legionów. Sprowadził na ojczystą planetę kredyty galaktyczne po pomyślnym wykonaniu misji dla Skrullów w ich układzie gwiezdnym. Z uwagi na tę operację i wiele kolejnych legion ten na zawsze zostanie zapamiętany i otoczony czcią. Bez ich początkowych wypraw, z których dwie zakończono, zanim wysłano gdziekolwiek drugi z legionów, mogłaby nas czekać zagłada z powodu bankructwa finansowego – przestępstwa, którego nie toleruje się w Imperium.

Germanica

Symbol: głowa byka

Germanica od dawna znana jest jako legion najbardziej pożądany przez zamożnych klientów. Słyną ze swojej elegancji, a nawet gracji. Nie ma legionu tak profesjonalnego, jeśli chodzi o wygląd i wyniki. Każdy despota z sąsiadujących z nami światów potrzebujący eskorty, demonstracji bogactwa czy po prostu gwardii honorowej prosi o Germanicę.

Należy tu wspomnieć o obrzydliwych pogłoskach o korupcji wśród oficerów legionu. Dowództwo Germaniki od lat stanowczo zaprzecza tym oskarżeniom. Autor niniejszej książki podejrzewa, że takie oszczerstwa to nieuchronny skutek zazdrości, grzechu toczącego serca wszystkich prostaczków.

Żelazne Orły

Symbol: dwugłowy orzeł

Historia Żelaznych Orłów jest dość skomplikowana. Są trzecim z powołanych na Ziemi legionów i brały udział w wielu trudnych kampaniach. Historycznie uważane były za jeden z najbardziej profesjonalnych i zdolnych legionów. Jeśli jakiś przywódca planety ryzykował utratę władzy na rzecz rebeliantów, często wzywał właśnie Orły. Współcześnie czasami mówi się, że legion ten zgnuśniał i stał się zbyt wybredny, jeśli chodzi o misje, często odmawiając najtrudniejszych z nich. Mimo wszystko nadal uważany jest za najlepszą jednostkę bojową Ziemi.

Teutoburg

Symbol: liść dębowy

Teutoburg to legion o dość dyskusyjnej przeszłości. Ich trybuni oskarżani byli o korupcję, niesubordynację i niesankcjonowane układy z obcymi częściej niż dowódcy jakiegokolwiek innego legionu. Jeśli przejrzeć akta sądowe, szanse na to, że dany przywódca tej organizacji ostatecznie zostanie skazany za poważne przestępstwo, wynoszą niemal jeden do trzech.

Z drugiej strony jednak warto wspomnieć, że Teutoburg wielokrotnie dobrze przysłużył się Ziemi. Szczyci się tym, że nigdy nie odmawia misji ani nie kończy jej bez wypełnienia postawionych przez najemcę warunków. Krytycy przypominają jednak, że to nie skuteczność legionu jest kontrowersyjna, ale jego niekonwencjonalne metody.

Solstice

Symbol: wschodzące słońce

Legion Solstice normalnie nie zasługiwałby na wzmiankę, jako że dawniej jego wyniki nie były zachwycające. Ostatnio miał jednak więcej szczęścia. Wraz z Legionem Varus, najbardziej niesławną z ziemskich formacji, okazał się kluczowy dla zdobycia bogatej w metale planety w układzie Gamma Pavonis.

Autor opracowania zgadza się z powszechnym poglądem, że to legioniści Solstice w większości walczyli i umierali na Gamma Pavonis, zwanej Światem Maszyn, i dlatego zasługują na lwią część chwały.

Varus

Symbol: wilczy łeb

Niektórzy historycy powiedzieliby, że Varus nie zasługuje na wzmiankę obok legionów o dumnej, pełnej chwały historii. Jednakże mimo jego złej sławy jeśli chodzi o niechlujność, wątpliwą etykę zawodową i niemal zbrodnicze zachowania, autor uważa, że bez niego każda lista legionów byłaby niekompletna.

Cokolwiek o nim myśleć, nie da się zaprzeczyć, że miał ogromny wpływ na historię. Legion ten brał udział w wielu kluczowych kampaniach i, na dobre czy na złe, wpłynął na losy każdego żyjącego dziś człowieka.

U świtu obecnej ery, kiedy miejscową flotę bojową odwołano do Układów Centralnych, Varus walczył z Saurianami z Cancri-9, planety nieoficjalnie zwanej Światem Stali. Doprowadziło to do napięć między Ziemią a Saurianami, którzy do tej pory byli naszymi najlepszymi klientami. Ta nowa rywalizacja międzyplanetarna od tamtej pory nie ustała.

Mówi się, że ostatnio bezpośredni konflikt z Saurianami miał miejsce na Świecie Maszyn, naszej nowej, bogatej w metale planecie. W tych walkach znów brał udział Legion Varus.

Być może ważniejsze od tych słynnych katastrof było uczynienie Świata Pyłu drugą legalnie skolonizowaną przez Ziemię planetą. Na miejscu znów znalazł się Legion Varus, który objął w posiadanie nowe terytorium i przyczynił się do konfliktu z Królestwem Głowonogów. Przypadek ten to doskonały przykład dychotomii, jeśli chodzi o Legion Varus: kilka tysięcy wygnańców trafiło na pustynną planetę, ale kosztem nowego konfliktu z głowonogami. Niektórzy uważają, że przerodzi się on w otwartą wojnę, która doprowadzić może do naszej zagłady.

Czy to godni współczucia pechowcy, czy też diabły wcielone? Autor niniejszej publikacji, jak wielu innych, podejrzewa, że w jednym i drugim określeniu jest ziarno prawdy.

Zatruta figa smakuje nie mniej słodko.

Liwia Druzylla, 14 n.e.

1.

Po miesiącach spędzonych na Świecie Maszyn w układzie Gamma Pavonis powrót na Ziemię był jak wakacje w raju. W porównaniu z nią Świat Maszyn wydawał się zamarzniętym piekłem. Ląd był wiecznie zachmurzony i pozbawiony organicznego życia. Morza wypełniał metan, którego płatki spadały z nieba, tworząc obce śnieżyce. „Żyjące” tam elektromechaniczne istoty potrafiły być względnie przyjazne, ale nie były zbyt bystre i ich naturalny głód metalu prowadził do agresji, gdy napotykały opancerzonych ludzi. Krótko mówiąc, wcale nie tęskniłem za tym miejscem.

Moje rodzinne miasteczko to Waycross w dystrykcie Georgia. Rodzice mają tam kawałek ziemi nad rzeką Satilla. Mieszkam w słabo oświetlonej chatce na tyłach ich posiadłości. Mam tam przenośną lodówkę, skrzypiącą podłogę i zapadającą się kanapę. Niezbyt imponujące, ale dla mnie jest to dom.

Anne Grant, bioska z legionu, z którą trochę mnie łączyło przez te lata, spędziła ze mną kilka szczęśliwych dni w tej chatce po naszym powrocie na Ziemię. Ale pewnego szarego popołudnia pożegnała się i pojechała z powrotem do Kentucky. Wiedziałem, że będzie mi jej brakowało, ale nie czułem się z tym źle. Byłem pewien, że dobrze ją zapamiętam.

Widząc, że kolejna dziewczyna odeszła z mojego życia, i być może niepotrzebnie się nade mną litując, rodzice zabrali mnie jeszcze tego samego wieczora na kolację. Opowiedzieli mi wszystkie miejscowe wieści, gdy wracaliśmy do domu rodzinną ciężarówką. Jak dobry synek siedziałem na tylnym siedzeniu, kiwając głową, wydając z siebie pomruki i udając, że słucham.

Nie pytali mnie już nawet o szczegóły ostatniej kampanii. Przestali wypytywać o takie rzeczy po tym, jak usłyszeli, że musiałem patrzeć, jak wielkie jaszczury biegały z moimi wnętrznościami w pyskach na Świecie Stali, i o innych podobnych przygodach. Nauczyli się, że lepiej nie wiedzieć za dużo.

Zamiast więc pytać o Świat Maszyn, próbowali zabić czas luźną pogawędką – i sam też to wolałem. Mieliśmy już wypracowaną rutynę moich powrotów do domu i wszyscy troje czuliśmy się z tym dobrze.

Po kolacji byłem gotów iść spać. Wysiedliśmy z samochodu i życzyliśmy sobie nawzajem dobrej nocy. Rodzice weszli do głównego domu, podczas gdy ja po ciemku podążyłem do swojej prywatnej rezydencji pośród drzew.

Zasypiając samotnie na kanapie, czułem się jak w raju. Anne była doskonałym gościem, ale miałem ochotę na odrobinę odpoczynku po jej wizycie. Gdy przebywa u mnie kobieta, zwykle nie przesypiam nocy, jeśli wiecie, co mam na myśli.

Zanim się położyłem, postanowiłem wypić parę drinków. W wyniku eksperymentów odkryłem idealną ilość alkoholu, by spokojnie spać i obudzić się bez nieprzyjemności. Po wypiciu ostatniego szota przeciąg­nąłem się z uśmiechem.

Kilka kolejnych tygodni, podczas których wróciłem do paru dawnych przyjemności, przeleciało błyskawicznie. Jeździłem na poduszkowcu nad rzeką Satilla, odwiedziłem bar Chapter House, by napić się taniego piwa i zagrać w bilard. Odkąd zaczęto tam podawać alkohol, Chapter House stał się miejscem spotkań miejscowych legionistów. Nie bywali tam już tylko naiwni rekruci z sektora, ale mężczyźni i kobiety tacy jak ja. Ludzie, w których oczach widać było upiorny blask gwiazd.

Minął już jakiś miesiąc od mojego powrotu na Ziemię, gdy popełniłem pewien błąd. Odwiedziłem mamę i przyłapała mnie na gapieniu się w stuka zamiast słuchania, co ma do powiedzenia. Przeglądanie stuka i udawanie, że słucha się rodziców, było oczywiście czymś powszechnym. Jaka starsza osoba była w stanie skupić na sobie pełną uwagę kogoś dwa razy młodszego? Wyobraźcie sobie tę pokusę. Cała rozrywka w Galaktyce dostępna na małym ekranie wszczepionym w moją rękę. Tymczasem mama gadała coś o przycinaniu żywopłotu, sugerując oczywiście, że powinienem się tym zająć.

– Jasne, mamo, zrobię to – powiedziałem, nie unosząc wzroku. – Nie przejmuj się tym.

– Co masz na ekranie? – spytała, wyciągając szyję, gdy przechodziła obok, kierując się do kuchni. – Co to za dziecko?

Na ułamek sekundy zamarłem, po czym opuściłem rękę i wcisnąłem przycisk zamykający okno.

– To nic takiego.

– Masz dziecko w galerii zdjęć? To nie pasuje do Jamesa McGilla, którego znam. To dziewczynka, prawda?

– Uch… Chyba tak. Jak potrafisz poznać płeć tak małego dziecka?

– Parę już w życiu widziałam – odparła z nutą sarkazmu.

– Nigdy mnie to nie przestaje zadziwiać. Kobiety mają pod tym względem sporą przewagę. Weźmy na przykład modę…

– Kto to jest? – przerwała mi matka.

Stała i przyglądała mi się ze zmarszczonym czołem. Próba zmiany tematu zawiodła. Czułem, że oblewa mnie pot. Dziewczynką była Etta, moja córka, którą urodziła Della. To, że nie wspomniałem rodzicom o ich wnuczce, czasami mnie gryzło, ale do tej pory uważałem, że tak będzie lepiej.

Co mnie podkusiło, żeby przeglądać zdjęcia na stuku właśnie w tej chwili, w towarzystwie najbardziej niebezpiecznej osoby na Ziemi, jeśli chodzi o moją prywatność? Nie wiem. Nie byłem pewien, dlaczego właściwie zataiłem przed nimi te informacje. Pewnie zdawałem sobie sprawę, że rodzice zaczną wypytywać o szczegóły, o których nie miałem pojęcia.

Z głębi mojej piersi wydobyło się długie westchnienie. Nie spojrzałem mamie w oczy. Nie mówiłem nic. Nie zamierzałem jej okłamywać, ale nie chciałem też zaczynać nieuchronnej rozmowy.

Mama przyglądała mi się jeszcze przez dwie sekundy, po czym weszła do kuchni.

– Zaraz wracam.

Ulga trwała krótko. Wróciła z pincetą. Skrzywiłem się z irytacją, gdy ją zobaczyłem.

– Pokaż rękę – powiedziała.

– Nie mam już siedmiu lat, mamo – jęknąłem. – Sam potrafię pozbyć się włosów z ekranu.

– Najwyraźniej nie – odparła, trzymając mnie za nadgarstek. Pozwoliłem jej pociągnąć mnie za rękę, by mogła wyrwać około dziesięciu blond włosków, które wyrosły po wewnętrznej stronie mojego przedramienia, przysłaniając lekko ekran otaczający mój lewy nadgarstek.

Pozornie przypadkiem otworzyła znów mój album ze zdjęciami. Wyświetliła się twarz Etty, spoglądającej na nas tępym wzrokiem, jakim patrzą zwykle niemowlęta.

– Popatrz, jaki słodziak – powiedziała.

Znów westchnąłem.

– Owszem.

– Trochę dla ciebie za młoda, czyż nie?

– To nie moja dziewczyna, mamo.

– W takim razie kto?

– Ona… ma na imię Etta.

Mama odłożyła pincetę, po czym usiadła na kanapie naprzeciwko mnie. Wpatrywała się we mnie wygłodniałymi oczami. Wiedziałem, że mnie ma i będę musiał wszystko wyznać.

– Przepraszam. Nie wiedziałem, jak ci to powiedzieć.

– Powiedzieć co? – spytała cicho.

– Etta to moja córka. Jest twoją wnuczką, mamo.

Przez jakieś pięć sekund dało się usłyszeć, jak rośnie trawa. Mama miała dziwny wyraz twarzy, jakby miała się rozpłakać, zemdleć albo jedno i drugie.

Zamiast tego podskoczyła i mnie przytuliła. Potem uderzyła mnie otwartą dłonią w twarz.

– Ty mały draniu – powiedziała syczącym szeptem. – Dlaczego nic nie powiedziałeś?

– Nie wiedziałem jak.

Chwyciła mnie za nadgarstek i zaczęła nawigować po moim stuku jak zawodowiec. W menu szybko znalazła nagranie wideo z Ettą i obejrzała je ze łzami w oczach.

– Ma jakieś dwa lata. Umie już chodzić. Dwa lata, James? Utrzymywałeś moją jedyną wnuczkę w tajemnicy przez dwa lata?

– Nie, poczekaj – powiedziałem. – To nie tak. Sam dowiedziałem się o niej dopiero parę miesięcy temu.

Opowiedziałem jej historię o szalonej kolonistce imieniem Della, która zabiła mnie kilka razy, po czym celowo zaszła w ciążę. Oczywiście opuściłem ten fragment z zabijaniem, ale nadal nie brzmiało to dla niej najlepiej.

– Ledwie znasz tę dziewczynę? I… zaraz, mówisz, że to dziecko nie przebywa nawet na Ziemi?

– Tak, to właśnie mówię, mamo. Mieszka na Świecie Pyłu… no wiesz, Zeta Herculis. Nigdy jej nawet nie spotkałem. Della dała mi tylko parę zdjęć.

– Jesteś pewien, że to twoje dziecko? To znaczy jest podobna do ciebie, ale ta cała Della nie brzmi jak wiarygodne źródło.

– Chodzi ci o to, że pewnie sypia z wieloma facetami? To prawda. Ale co do ojcostwa jestem pewien. Ojciec Delli to… rodzaj lekarza. Zrobił test DNA.

– Mają twoje DNA?

– Tak.

Prawda była taka, że na Świecie Pyłu mieli mnóstwo mojego DNA, więcej nawet niż ja sam. Zrobili sekcje kilku moich ciał i znali mnie lepiej niż ktokolwiek. Mieli dość cholernego DNA, żeby zbudować sobie nowego Jamesa McGilla, jeśli tylko chcieli.

Moja mama znów się rozpłakała. Próbowałem ją pocieszyć i przesłałem jej wszystkie zdjęcia i filmy, jakie miałem. To chyba jednak niewiele pomogło. Przejrzała je, ale nadal nie była zadowolona.

Gdy się uspokoiła, zjedliśmy obiad i wróciłem do siebie. Szedłem do domu jak pies, który właśnie dostał porządnego kopa w tyłek. Wyglądało na to, że mama dowiedziała się wszystkiego w najgorszy możliwy sposób i podobnie zareagowała.

James McGill znów się spisał.

Tego wieczora do moich drzwi zapukał tata. Wpuściłem go ze sztucznym uśmiechem. Udało mu się odpowiedzieć podobnym.

– Co tam, tato?

Przyglądał mi się przez parę sekund.

– Masz jeszcze trochę tego kiepskiego piwa?

– Jasne.

Podałem mu zimną puszkę, sobie też otworzyłem. Łyknął, po czym odezwał się:

– Twoja matka jest cała w nerwach.

– Tak… Przepraszam za to. Nie chciałem, żeby dowiedziała się w taki sposób.

– Nie chodzi o to, jak jej to powiedziałeś, tylko o same wieści.

– Zawsze sugerowała, że chciałaby zostać babcią. Myślałem, że może się ucieszy, jak się w końcu uspokoi.

– Naprawdę, James? Nasza pierwsza wnuczka tkwi na innej planecie i myślałeś, że to nas uszczęśliwi? Młodsi już nie będziemy. Może nie zauważyłeś, ale się starzejemy. Ty może nie, ale my tak. Nie będziemy czekać wiecznie.

Zmarszczyłem brwi. Miał rację. Służąc przez dłuższy czas w legionach, można było przeżyć sto lat albo i więcej, zachowując młodość. Na przykład centurion Graves miał jakieś siedemdziesiąt do stu lat, ale wyglądał na góra trzydzieści pięć.

Dla kogoś młodego brzmiało to świetnie, ale rodzina i inni ludzie, którzy nie służyli w legionach, starzeli się. Podczas każdej kampanii leciałem do gwiazd i zwykle w jakiś sposób umierałem. Przy użyciu uzyskanych od kosmitów wskrzeszarek legiony odtwarzały dla mnie nowe ciało i umysł. Jako że nie robiono zbyt często kopii zapasowych ciał, zwykle wracałem do życia fizycznie młodszy, niż kiedy opuściłem Ziemię.

Ale w domu w normalnym tempie toczyło się zwykłe, spokojne życie. Moi rodzice cały czas się starzeli. Widziałem to, ale do tej pory tak naprawdę się nad tym nie zastanawiałem.

– Mama chce zobaczyć dziecko? O tym mówisz?

– Oczywiście, że chce – warknął. – Jak możesz być tak inteligentny i tak głupi jednocześnie?

Był wkurzony i miał ku temu dobry powód, więc nie zaprzeczałem. Zamiast odpowiedzieć, wychyliłem resztę piwa i poszedłem po kolejne dla nas obu.

– Już sprawdza ceny lotu na Świat Pyłu – powiedział kilka minut po tym, jak w ciszy wypiliśmy kolejne piwo.

– Co? Chyba żartujesz.

– Nie, nie żartuję. Będzie mnie to kosztować roczną wypłatę.

W głowie miałem plątaninę myśli. Della powiedziała, że ma męża. Nie mówiąc o tym, że gdy ostatnio odwiedziłem Świat Pyłu, nie był miejscem szczególnie przyjaznym dla turystów.

– Tato… powinieneś chyba spróbować ją powstrzymać.

– Nie wiem, czy jestem w stanie.

– Ale, tato, Świat Pyłu… nie jest jak Ziemia. Większość planety to śmiercionośna dzicz. Tamtejsi ludzie nie myślą jak my.

– Oczywiście, że nie. Nie mogłeś się jakoś zabezpieczyć?

– Przepraszam, tato. Wzięła mnie z zaskoczenia.

Parsknął z rozbawieniem i pokręcił głową. Normalnie nie pił zbyt wiele. Postawiłem przy nim na stoliczku kolejne piwo. Po chwili zastanowienia otworzył je.

– Wiesz, o czym mówi już twoja mama? – spytał.

– O czym?

– O przeprowadzce tam. Emigracji. Hegemonia ma nową politykę rządową. Jeśli kupisz bilet w jedną stronę jako kolonista, płacisz połowę ceny. Może być nas stać, jeśli sprzedamy tę ziemię.

Szeroko otworzyłem oczy.

– Ale…

– Owszem, polecę z nią. Teraz wiesz już, dlaczego tyle dzisiaj piję.

Zaczynałem rozumieć. Moją mamę trudno było odwieść od postanowienia. Sam byłem podobny. Ale to było szaleństwo.

– Nie możecie przenieść się na Świat Pyłu. Jest niczym jedna wielka Dolina Śmierci, a nawet gorzej.

– Wiem. Ale większość kolonistów osiedla się na drugiej planecie układu, tej oceanicznej.

Szeroko otworzyłem oczy.

– Stamtąd wykurzono głowonogi! To jeszcze gorszy pomysł. Nadal uważają ją za swoją własność. Mogą kiedyś tam wrócić i wybić wszystkich ludzi, których tam znajdą.

Tata wzruszył ramionami.

– Mogą to zrobić też tutaj, na Ziemi. Właściwie większość ludzi myśli, że to tylko kwestia czasu. Jeśli Imperium nie przyśle floty bojowej z powrotem na Rubież 921, wkrótce będzie po nas. Może twoja matka ma rację? Czemu chociaż wcześniej nie zobaczyć dziecka?

– Budujemy własne okręty – odparłem. – Każdego dnia rozbudowujemy ziemską flotę. Nasze okręty mogą się zmierzyć z ich jednostkami, dwa do jednego. Widziałem je w akcji.

– Okręty imperialne tak, ale nie ziemskie – odparł tata. – Ludzie wciąż to mylą. Okręty Galaktyków z Układów Centralnych budują obcy, którzy wiedzą, co robią. Imperialny okręt łatwo poradzi sobie z jednostką głowonogów. Widzieliśmy to na nagraniach. Ale nasze własne okręty są zupełnie inne. Widziałeś je? Wielkie kule pastobetonu na metalowych rusztowaniach. Wyglądają kiepsko i są niesprawdzone. Niektórzy eksperci mówią, że w bitwie popękają jak balony.

Mój tata oczywiście miał rację. Hegemonia budowała okręty tak szybko jak mogła, ale nasze jednostki przypominały koślawe psie gówna. Były w zasadzie beczkami z zamontowanymi działami. Kadłuby zbudowano z pastobetonu nałożonego na tytanową siatkę, nadającą im jakiś kształt. Proces ten przypominał budowanie basenów w ziemi. Beton z metalowymi prętami w środku. Nowe ziemskie okręty były powolne, ciężkie i brzydkie. Czy były w stanie walczyć? Mogliśmy jedynie zgadywać.

Z niebywałą prędkością skończyliśmy razem cały dwunastopak, który trzymałem w lodówce na weekend. Byliśmy przynajmniej w znacznie lepszym nastroju. Żartując sobie po drodze, wróciliśmy razem do domu, gdzie zastaliśmy mamę oglądającą kolejne nagranie z Ettą. Udało jej się znaleźć filmik z pierwszymi krokami dziecka. Natychmiast otrzeźwieliśmy i spojrzeliśmy po sobie.

– Porozmawiam o tym z Dellą, jeśli wciąż jest na Ziemi – powiedziałem.

– Jeśli przebywa na Ziemi, to może razem z Ettą?

– Nie. Pyłowcy są inni. Wychowują dzieci grupowo. Della dołączyła do legionu, ale nie wzięła ze sobą Etty.

Tata pokręcił głową.

– Wygląda na to, że nie myślą jak my.

– Owszem. Ale słuchajcie, jeśli lot tam jest możliwy, to pomogę opłacić bilet powrotny. Nie dacie sobie rady jako koloniści na tak nieprzyjaznej planecie.

Ojciec przytulił mnie, a ja spojrzałem przez jego ramię na duży ekran w salonie. Etta miała na nogach sandały, ale jej stopy były czarne od brudu. Dorośli koloniści wokół nie przejmowali się ani nawet tego nie zauważali.

Wyszedłem na zewnątrz. Stojąc w ciemnościach wśród brzęczenia muszek i komarów, napisałem na stuku wiadomość do Delli. Nie wiedziałem, czy przebywa na Ziemi, ale gdy tylko wcisnąłem „wyślij” i zaczęła kręcić się ikonka oczekiwania, poczułem, że moje serce bije mocniej.

Wiadomość brzmiała po prostu: „Della, musimy porozmawiać”.

Czekałem dość długo. Zacząłem myśleć, że może opuściła Ziemię i wróciła na Świat Pyłu. Może nawet porzuciła życie w legionach, zostawiając wszystko za sobą jak zły sen.

Tak jednak nie było. Kółko na ekranie przestało się kręcić i usłyszałem cichy dźwięk. Odebrała moją wiadomość.

2.

Dzień czy dwa później w środku nocy usłyszałem kogoś w swoim pokoju.

Della nie odpisała. Wiedziałem tylko, że odebrała wiadomość, ale nie miałem pojęcia, czy ją odczytała.

Szczerze mówiąc, starałem się o tym wszystkim zapomnieć. Widziałem, że moja mama wciąż jest spięta. Zadawała mi pytania, na które nie mogłem znać odpowiedzi.

Jak wysoka jest teraz Etta? Ile ważyła po urodzeniu? Czy podczas porodu były jakieś komplikacje? Jak nazywa się ten cały mąż, ojczym, który rzekomo zajmował się dzieckiem, podczas gdy szaleni rodzice dawali się raz po raz zabijać na obcych planetach?

W odpowiedzi na to wszystko mogłem jedynie wzruszać ramionami i kręcić głową. Wtedy matka zrzędziła, oskarżając mnie o głupotę i nieodpowiedzialność. Znosiłem to ze spokojem. Wiedziałem, że ma dobre powody, by być zła. Della i ja nie byliśmy idealnymi rodzicami.

Zbudził mnie szelest papierów na brudnym dywanie. Znałem ten odgłos, słyszałem go za każdym razem, gdy chodziłem po zawalonej makulaturą podłodze.

Odruchowo zacisnąłem palce na szyjce butelki burbona z Kentucky, którą miałem wciąż w ręku. Zasnąłem z butelką, bo poprzedniego dnia skończyło mi się piwo. Mimo wszystkich swoich wad wciąż jestem weteranem legionów, którego napadano fizycznie więcej razy, niż potrafię zliczyć. Takie doświadczenia zmieniają człowieka. Szczerze mówiąc, chyba nigdy tak zupełnie nie spałem. Jakaś część mnie zawsze była przytomna i szukała najmniejszych oznak zagrożenia.

Wciąż działająca część mojego mózgu uruchomiła dzwonek alarmowy i nagle puściłem butelkę. Spadła na podłogę, a jej zawartość zaczęła wylewać się na dywan – kolejna z niezliczonych plam.

Ta sama dłoń uniosła się w górę, celując niezawodnie. Moje palce znalazły gardło i zacisnęły się na nim.

Otworzyłem oczy i odkaszlnąłem. Sprawiło to, że na mojej szyi pojawiło się lekkie nacięcie. Ktoś przystawił mi nóż do gardła.

– Rzuć to – powiedziałem do intruza. Po mojej szyi płynęła krew, układając się w dwie strużki.

Przez krótką chwilę ja i intruz zmagaliśmy się w ciemnościach. Nie zamierzałem puścić jego gardła. Jasne, ktokolwiek trzymał nóż, mógł mnie zabić, ale zabrałoby mu to parę sekund. Widzieliście kiedyś świnię z poderżniętym gardłem? Często wierzga jeszcze przez dłuższy czas, zanim przestanie się ruszać.

Szyja nie wydawała się szczególnie gruba ani silna. Uznałem, że mogę nieźle poddusić napastnika, zanim stracę przytomność.

Nie bez powodu śmierć nie robiła na mnie wrażenia. Czasami porządne wystraszenie nieprzyjaciela sprawia, że następnym razem dobrze się zastanowi, zanim wyskoczy z łapami. Jasne, zapewne to ja miałem obudzić się we wskrzeszarce, kiedy walka dobiegnie końca. Ale mój zabójca będzie chociaż wiedział, że zwycięstwo nie przyszło mu łatwo.

Przez jakieś pięć sekund stękaliśmy, nie ustępując. W końcu jednak usłyszałem dźwięk, który mnie zaskoczył – metaliczny brzęk. Napastnik upuścił nóż.

Jeszcze jednak nie puszczałem gardła przeciwnika. Drugą ręką wymacałem włącznik światła.

Zobaczyłem wykrzywioną, bladą twarz Delli. Wyglądała na wkurzoną. Puściłem ją i usiadłem.

Odetchnęła ciężko i rozmasowała gardło. Były tam wciąż ślady palców, które rano zmienić się miały w siniaki.

– Gdyby to był ktoś inny niż ty, James – powiedziała – jego głowa leżałaby na ziemi.

– Trzeba było pukać. Tak robią normalni ludzie na Ziemi. Wiesz, co to pukanie, prawda?

– Lubię kontrolować sytuację – wyjaśniła.

– To nie powód, żeby zakradać się do czyjegoś domu i przykładać gospodarzowi nóż do gardła.

– Gdybyś tylko odpuścił i dał mi przejąć kontrolę, nie krwawiłbyś teraz.

– Przetestujemy tę teorię, jeśli ja kiedyś cię odwiedzę.

Oboje z trudem oddychaliśmy i próbowaliśmy się uspokoić. Delli zajęło to dłużej niż mnie. Miała dość wybuchowy charakter.

Nasza relacja zawsze była dziwna. Oboje mieliśmy sporą paranoję. Kilkakrotnie zabijaliśmy się nawzajem. Gdy dwie osoby łączy taka historia, zawsze mają potem problem z zaufaniem.

– Dlaczego wysłałeś mi tę wiadomość? – spytała.

– Bo chciałem z tobą porozmawiać.

– Wiem. Ale o czym?

– O Etcie… i moich rodzicach.

To ją nieco zaskoczyło. Zamrugała ze zdziwieniem i zmarszczyła brwi.

– Myślałam, że chodzi o Turov i Clavera. Że masz jakiś nowy plan, żeby podbić świat z tą dwójką.

– Spokojnie, nie jestem rebeliantem. Po prostu przypadkiem wplątuję się w plany innych.

Zaśmiała się cicho.

– Tak, a potem je rozwalasz. No dobrze… Powiedz, czego twoi rodzice chcą od Etty.

– Chcą ją zobaczyć oczywiście. Moja mama zaczyna mieć szalone pomysły o locie na Świat Pyłu.

Wyjaśniłem jej całą sytuację. Niektóre fragmenty mojej opowieści zbiły ją z tropu, na przykład to, jak bardzo moja matka chciała zobaczyć się ze swoją jedyną wnuczką. Ale Della wydawała się też ucieszona, że tak się nią interesują.

– Może powinnam przywieźć Ettę na Ziemię, żeby się nią zajęli – stwierdziła. – Nie przyszło mi to do głowy.

– Jest to jakiś pomysł – odparłem.

Della pokręciła głową, marszcząc czoło. Podniosła nóż i schowała go, podczas gdy ja uważnie patrzyłem jej na ręce. Nie do końca jej ufałem, więc zawsze miałem przy niej oczy szeroko otwarte.

– Chyba nie chciałabym wychowywać dziecka tu, na Ziemi – powiedziała w końcu. – Jest zbyt inna. Tutejsi ludzie są miękcy i leniwi, James.

– Ja nie.

Spojrzała mi w oczy i roześmiała się.

– Nie – przyznała. – Ty nie.

– O tym właśnie chciałem porozmawiać. Chciałem twojego pozwolenia, żebyśmy zobaczyli się z Ettą.

Spojrzała na mnie z konsternacją.

– Pozwolenia? Nie potrzeba żadnego pozwolenia. Ty i twoi rodzice to jej krewni. Macie prawo.

Tym razem to ja uważnie się jej przyjrzałem. Zdałem sobie sprawę, że niewiele wiem o tym, jak zachowuje się w różnych sytuacjach. W pewnym sensie miałem dziecko z osobą tak odmienną kulturowo, jak to tylko możliwe. Nie miałem takiego planu, ale tak jakoś wyszło. Cholera, nie była nawet z Ziemi. Mówiliśmy tym samym językiem, ale tam kończyły się podobieństwa. Dziewczyna z każdego kontynentu mojej ojczystej planety byłaby dla mnie bardziej zrozumiała niż Della.

– Dobrze więc – powiedziałem. – Więc nie miałabyś nic przeciwko, gdybyśmy polecieli spotkać się z Ettą. Ale jest jeszcze jedna kwestia. Co z twoim mężem?

Spojrzała mi w oczy, po czym opuściła wzrok. Pokręciła głową.

– Nie przejmuj się tym.

– Co? Jak mogę się nie przejmować? Będzie miał w tej kwestii swoje zdanie. Na pewno zdajesz sobie z tego sprawę. Może nie podobać mu się, że zjawię się tam z rodzicami. Musisz go jakoś powiadomić. Jak się nazywa?

– Nie martw się.

– Dlaczego?

Znów na mnie spojrzała z zakłopotaniem. Westchnęła ciężko i usiadła na kanapie. Usiadłem obok niej, zbity z tropu.

– Mój mąż… – powiedziała w końcu – nie istnieje.

– Nie… Co takiego?

– Nie ma żadnego ojczyma, James. Żadnego małżeństwa.

– Skłamałaś?

– Nie skłamałam. Nie jestem kłamczynią.

– W takim razie jak to nazwiesz?

Była wyraźnie skrępowana.

– Nie lubię być tak nazywana. Jestem zwiadowczynią, honorową członkinią swojej…

– Dobra, zapomnijmy o tym. Kto się zajmuje Ettą, jeśli nie ma ojczyma? Twój ojciec?

– Badacz? – spytała z niedowierzaniem. – Nie, jest zbyt zajęty przewodzeniem ludziom, by robić coś tak trywialnego.

– W takim razie kto? Nie mów, że samodzielnie łowi skałoryby.

Skrzywiła się

– Natasha. Zajmuje się nią Natasha. Sama chciała pomóc.

– Ettą zajmuje się więc Natasha… Ach.

– Co?

– Teraz zrozumiałem, dlaczego mnie okłamałaś. Powiedziałaś mi o Etcie na Świecie Maszyn, ale wtedy jeszcze nie zdradziłaś mi prawdy o Natashy. Więc wymyśliłaś ojczyma, żeby ją chronić. Ale potem powiedziałaś mi o kopii Natashy. Dlaczego wtedy nie wyznałaś prawdy?

– Zwiadowcy nie kłamią… a przynajmniej nie powinni.

– Rozumiem. Musiałaś przykryć jedno kłamstwo drugim. Trochę to rozumiem. Sam wpadałem przez to w kłopoty.

Della wstała, wyraźnie zagniewana. Nie mogłem się powstrzymać przed podziwianiem jej ciała, gdy od niechcenia przyjęła elegancką pozę. Chyba nie spotkałem jeszcze kobiety poruszającej się z większą gracją i o tak zgrabnej sylwetce. Nie była jak ziemska dziewczyna, która wciąż musiała ćwiczyć, żeby utrzymać formę. Była raczej jak dziki kot, z ciałem zbudowanym z uzyskanych w naturalny sposób mięśni.

– Nie wiem, dlaczego w ogóle tu przyszłam. Tylko mnie obrażasz.

Zrobiła krok w stronę drzwi, ale delikatnie chwyciłem ją za rękę. Zatrzymała się i spojrzała na mnie z ukosa.

– Lepiej mnie puść – powiedziała.

– Dlatego wciąż przychodziłaś do mojego łóżka na Świecie Maszyn, prawda? – spytałem, nadal ją lekko trzymając. – Tak naprawdę nie miałaś męża, ale nie mogłaś mi o tym powiedzieć. Nie powinienem był wtedy ci odmawiać, ale nie znałem prawdy.

– Co się stało, to się nie odstanie. Nie ma co myśleć o tamtych błędach. A teraz muszę iść.

Mój umysł działał w przyspieszonym tempie. Wiedziałem, że został mi tylko jeden ruch. Następnie musiałbym puścić ją, zanim odetnie mi rękę.

– Nie martw się – powiedziałem. – Twój honor jest bezpieczny.

Widziałem po wyrazie jej twarzy, że powiedziałem to, co trzeba. Niektórzy uważają, że zawsze mówię nie to, co należy, ale w przypadku kobiet często udawało mi się w ostatniej chwili naprawić kiepską sytuację. Wszyscy mamy swoje talenty.

Della uśmiechnęła się. Całe to zamieszanie między nami obracało się wokół jej honoru. Okłamywała mnie w tej czy innej kwestii, odkąd spotkaliśmy się ponownie na „Cyklopie” i gryzło ją to. Ale zapewniwszy ją, że nie będę tego rozpowiadać, wybawiłem ją od najgorszych obaw.

Usiadła z powrotem na kanapie.

Nie zamierzam twierdzić, że jestem mistrzem wyczucia czasu, ale jestem oportunistą. Rzadko kiedy ignoruję kobiety, które uśmiechają się i są w zasięgu ręki. Położyłem na niej dłonie i nie opierała się.

W ciągu kilku sekund złączyliśmy usta. Musiałem pogratulować sobie w myślach. W pół godziny Della przemieniła się z czyhającej na mnie morderczyni w namiętną kochankę.

Ale to nie tylko moja zasługa. Tak już po prostu było między nami. Nie istniało nic pomiędzy.

Wszystko działo się bardzo szybko. Obnażyła piersi i zęby, po czym kochaliśmy się.

Co do tych zębów, widziałem to już wcześniej i zawsze mnie to nieco niepokoiło. Za każdym razem gdy uprawialiśmy seks, zmieniała się w dzikie zwierzę. Trudno opisać to inaczej.

Później przyjrzałem się w lustrze zakrwawionemu gardłu. Cholera, dziewczyna była bliżej poderżnięcia mi tętnicy szyjnej, niż myślałem. Zakleiłem ranę plastrem i zagwizdałem. Byłem pod wrażeniem. Dobrze, że nie zagłębiła ostrza o parę milimetrów dalej. Poranne spotkanie zapoznawcze z moimi rodzicami byłoby nieco niezręczne, gdyby wcześniej mnie zabiła.

Gdy zmyłem krew, wtuliliśmy się w siebie na kanapie. Spaliśmy w plątaninie kończyn, aż przez poszarpane zasłony przeniknęło blade światło poranka.

3.

Kolejny dzień był znacznie lepszy. Moja mama ucieszyła się z poznania Delli. Dziewczyna przywiozła ze sobą nawet trochę nowych zdjęć Etty ze Świata Pyłu, których nikt z nas jeszcze nie widział. Dellę wyraźnie poruszyło szczere pragnienie mojej mamy, żeby poznać wnuczkę. Zapewne jej rodzina tylko z grzeczności udawała, że się nią interesuje.

Na planecie Delli, jedynej kolonii Ziemi, rodziny były sobie znacznie mniej bliskie. Krewni Delli to ważni ludzie, których szanowała, ale nie byli kochający, jak rodzina każdego dziecka z Sektora Północnoamerykańskiego. Byli raczej jak lekarz rodzinny: przyjazna, opiekuńcza osoba, w towarzystwie której dorastałeś, ale która zachowywała pewien zawodowy dystans do ciebie i twoich problemów.

Rozmowy z Dellą dotyczące Etty i jej życia były dziwne. Moja mama robiła co mogła, by wciąż się uśmiechać. Widziałem jednak, że ledwie powstrzymywała chęć nakrzyczenia na Dellę i pytanie, co sobie myślała, zostawiając dziecko samo na pustynnej planecie. Udało się jej jednak zachować zimną krew i być miłą dla tej nieznajomej, która była matką jej wnuczki.

Nieco źle się czułem z tym wszystkim. Nie jestem typem człowieka, który wciąż się martwi. Zwykle po prostu płynę z prądem, a jeśli świat nie próbuje mi przeszkadzać, ja nie przeszkadzam jemu.

Dlatego też kobiety w moim życiu nigdy nie zawładnęły moimi myślami. Zawsze skakałem od jednej do drugiej, nie biorąc żadnej relacji zbyt poważnie. Ale wszystko się zmieniło. Wiedza, że mam dziecko żyjące na kawałku skały krążącym wokół odległej gwiazdy, zaczęła na mnie działać, czułem to. I działała też na moich rodziców.

– A więc, Dello – odezwała się moja mama po dziesięciu minutach owijania w bawełnę – co myślisz o pomyśle, abyśmy polecieli odwiedzić to śliczne maleństwo?

Mówiąc to, mama wyciągnęła rękę, aby nalać każdemu z nas świeżej kawy. Czułem, że się denerwuje. Ręka jej nieco drżała, ale mimo wszystko nie rozlała ani kropli.

Della nie ruszyła swojej filiżanki. Jako że nie pochodziła z Ziemi, uważała, że kawa smakuje jak zużyty olej silnikowy. Nie powstrzymało to jednak mojej mamy przed dolaniem jej.

– Myślę, że to do zrobienia – powiedziała Della neutralnym tonem.

To było dla niej typowe. Pyłowcy nie należeli do ludzi, którzy skakali z radości, spotykając przyjaciela czy krewnego. Byli porywczy i nieco paranoiczni. Zapewne zbyt wiele dekad spędzili, wyglądając na niebie statków łowców niewolników, aby stanowić radosną gromadkę.

Moją mamę jednak ucieszyła odpowiedź Delli, bo nie brzmiała „nie”. Uśmiechnęła się szeroko.

– W takim razie mamy wstępny plan – powiedziała. – Jak myślisz, kiedy będziesz wracać?

– Mam nadzieję, że po ceremonii powitalnej w porcie kosmicznym. Członkowie Legionu Varus mają obowiązek się tam stawić.

Mama zmarszczyła brwi.

– Jakiej ceremonii?

– Zamierzałem ci o tym powiedzieć – odparłem. – Musiało wylecieć mi z głowy. Cały legion, w tym kohorta smoków Winslade’a, ma uroczyście powitać pierwszy frachtowiec ze Świata Maszyn. Z tego, co wiem, powinien przywieźć sporo tytanu, jakieś trzydzieści tysięcy ton. Uwierzysz, że wydobyli z tej góry tyle metalu w parę miesięcy?

– To maszyny robocze – dodała Della. – Pracują za metal, ale wydobywają więcej, niż potrafią zjeść. Czy James wam o nich opowiedział?

Moi rodzice spojrzeli na nią z konsternacją.

– James woli zachowywać szczegóły kampanii dla siebie.

Della skinęła głową i spojrzała na mnie z podziwem.

– Przezorny jest bezpieczny – stwierdziła, cytując przysłowie Pyłowców. – Nawet w domu dotrzymujesz tajemnic? Wciąż się od ciebie uczę.

To był doskonały przykład tego, jak wyglądały rozmowy z Dellą. Nie zawsze rozumiała, co się do niej mówiło, a my nie zawsze rozumieliśmy ją.

Prawdziwym powodem, dla którego nie opowiedziałem rodzicom o szczegółach kampanii na Świecie Maszyn, było to, że była krwawa jak cholera. I… cóż… po prostu dziwaczna. Ale Della uznała, że siedziałem cicho z paranoicznego poczucia poufności, bo ona by tak postąpiła.

Uznałem, że lepiej nie wyprowadzać nikogo z błędu, i zamiast tego zmieniłem temat.

– Zamierzacie pojechać? – spytałem rodziców. – To znaczy na ceremonię w porcie kosmicznym?

– Z wielką chęcią – odparła mama, zanim tata zdążył choć otworzyć usta. Zamknął je z powrotem z niewyraźną miną.

– To spory kawał drogi… – mruknął.

– Żaden problem – naciskała mama. – Dello, nie widzę żadnego pojazdu przed domem…?

– Podwiózł mnie człowiek z Atlanty – powiedziała. – Wielokrotnie nagabywał mnie o kontakt seksualny, ale odmówiłam, bo wydał mi się nieprzyjemny.

Moja mama odchrząknęła i skinęła głową.

– Rozumiem… Cóż, w takim razie będziemy musieli cię podwieźć. Kiedy ma być ta ceremonia, James?

– Uch… Chyba w czwartek.

Jako że już był wtorek, moja mama uniosła brwi.

– Dobrze… W takim razie do tego czasu zostaniesz u nas, Dello. Przygotowałam pokój gościnny na piętrze. Rzadko przyjmujemy gości.

– Nie, dziękuję – odparła Della. – Wolę zostać z Jamesem na jego kanapie.

Moi rodzice zamilkli na sekundę. Spoglądali to na mnie, to na nią. Wiedzieli, że od czasu do czasu przyjmowałem w swojej chatce różne kobiety, ale to było coś innego.

Spodziewałem się, że moja mama z dezaprobatą zmarszczy czoło, ale tego nie zrobiła. Zamiast tego uśmiechnęła się.

– W porządku – powiedziała.

Zrozumienie tego zajęło mi chwilę. Mama o dziwo chciała, żebym spał z Dellą. Może już fantazjowała o tym, że weźmiemy ślub. Mogłem powiedzieć jej, że szanse na to są nikłe, niezależnie od dziecka. Cholera, ta kobieta dopiero co niemal zabiła mnie we śnie!

Kolejne dni były bardzo miłe, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Dzieliłem pokój i łóżko z dziewczyną, a rodzice traktowali nas jak parę królewską. To była bezprecedensowa sytuacja. Moi starzy nie zadawali niewygodnych pytań, nie wspominali o Anne, mama nie spoglądała na Dellę z dezaprobatą. Starali się sprawić, by było nam miło i wygodnie, i nalegali, abyśmy spożywali posiłki w głównym domu. Cała nasza czwórka spędziła razem sporo czasu.

Mimo wszystko nie mogłem się doczekać czwartku. Nie zrozumcie mnie źle, kocham rodziców. Ale chociaż wyglądałem na jakieś dwadzieścia cztery lata, to zbliżałem się do trzydziestki i przywykłem do tego, że mam przestrzeń dla siebie.

W dzień wielkiej parady pojechaliśmy do Atlanty i otrzymaliśmy sprzęt w Kapitularzu. Stara ciężarówka ledwie zipała z naszą czwórką i bagażami w środku, ale dotarliśmy do kosmodromu i zostawiliśmy moich rodziców za bramą. Dołączyli do publiczności tłoczącej się przy ogrodzeniu.

W środku spotkaliśmy Carlosa Ortiza na jego składanym, wykonanym przez obcych monocyklu. Wykupił go, zanim Hegemonia zaczęła konfiskować kredyty galaktyczne i wysysać środki z naszych legionowych kont.

Zaskoczył mnie nie sam pojazd, ale to, że wiózł pasażerkę. Rozpoznałem ją i zauważyłem, że mocno przytulała się do Carlosa.

– Kivi? – zawołałem zaskoczony.

Carlos skręcił w naszą stronę i niemal nas przejechał. Miał tylko częściową kontrolę nad monocyklem, jako że było to pozaziemskie urządzenie.

Po tym, jak pojazd niemal rozbił się, hamując, Kivi zeszła z niego i lekko uderzyła kierowcę.

– Nie mówiłeś, że będzie mnie od tego bolał tyłek – jęknęła.

– Pozwól, że go ucałuję, od razu zrobi się lepiej – odparł Carlos.

Przez chwilę ganiali się, podczas gdy Della i ja kręciliśmy jedynie głowami.

Gdy w końcu się uspokoili i podeszli bliżej, Kivi przyjrzała się uważnie Delli.

– Och, nie jesteś Anne, prawda? – spytała, jakby właśnie przyszło jej to do głowy.

Mocno poczułem tę szpilę. Kivi zawsze miała zmienne nastroje i ten dzień nie stanowił wyjątku. Gdybym miał to jakoś nazwać, uznałbym, że tym razem jest w nastroju uszczypliwym.

Spojrzałem na Dellę z nadzieją, że nie wzięła do siebie przytyku Kivi. Niestety, Della wydawała się rozumieć aluzję i zmarszczyła brwi.

– Jestem Della, specjalistka, i przewyższam cię stopniem – powiedziała.

Kivi uśmiechnęła się i uniosła palec.

– Już nie. Ja też jestem teraz specjalistką. Techniczną.

– A ja jestem biosem w trakcie szkolenia – dodał Carlos. – Ktoś chce odwrócić głowę i odkaszlnąć?

Głośno klasnąłem. Wszyscy na mnie spojrzeli. Póki dziewczyny licytowały się na stopnie, uznałem, że mogę sam się pochwalić. Byłem weteranem legionu, co stawiało mnie wyżej od nich wszystkich.

– Chodźmy do punktu zbiórki – powiedziałem stanowczo. – Musimy się przebrać i zabrać z magazynu nasze smoki. Według mejla informacyjnego są na barkach.

Razem przemierzyliśmy niemal niekończący się przestwór asfaltu i doszliśmy do kolejki przed barkami.

Okręty transportowe były szerokie, niskie i zbudowane raczej z myślą o użyteczności niż stylu. Wraz z kilkudziesięcioma innymi legionistami weszliśmy na metalową rampę i jakąś godzinę później ustawiliśmy się w naszych smokach z resztą Legionu Varus. Staliśmy wszyscy na baczność. Jako najstarszy podoficer, weteran Harris dzierżył sztandar z wilczą głową. Trzymanie sztandaru stanowiło wielki zaszczyt. Jako świeżo upieczony weteran mogłem się tylko przyglądać, jak on czyni to z wyraźną dumą.

Ustawiły się nas tysiące, jednostka po jednostce. Mniej niż dziesięć minut po tym, jak przybraliśmy szyk, barki wystartowały i kolejne zajęły ich miejsce.

Z ramp zeszli następni żołnierze w zbrojach i ze lśniącą bronią. Również mieli sztandary, ale konkurencyjnego legionu.

– To wschodzące słońce Legionu Solstice – powiedział głośno Harris. – Stójcie prosto, wyglądajcie porządnie. Nie przynieście mi wstydu.

Legion Solstice walczył i ginął razem z nami na Świecie Maszyn. Miałem co do nich mieszane uczucia z osobistych powodów, ale zasalutowałem im wraz z resztą naszych smoków. Żołnierze Solstice byli prawdziwymi wojownikami, nawet jeśli mieli swoje wady. Mogłem tylko się domyślać, co sądzą o nas.

Wkrótce na asfalcie stało ponad dwadzieścia tysięcy legionistów. Był to imponujący widok i cieszyłem się, wiedząc, że moi rodzice są gdzieś tam w tłumie i patrzą na nas. Nie mieli zbyt wielu okazji, żeby widzieć, jak mojemu legionowi przypadają jakieś zaszczyty.

Na scenie przed dwoma legionami stała gromada oficerów i polityków. Wokół nich tłoczył się tłum reporterów z dronami. Zauważyłem, że tylko kilka z nich skupia się na żołnierzach. Większość zajmowała się sceną.

Najpierw przemówiła imperator Turov. Nie zdziwiłem się, że tam stała i wdzięczyła się do kamer. Nie przegapiała takich okazji, a nawet starała się je tworzyć, gdy tylko było to możliwe.

– Za kilka minut czeka nas historyczna chwila – odezwała się donośnym głosem. Jakiś żartowniś ustawił pełną moc głośników. – Ważna dla całej Ziemi. Ja, imperator Galina Turov, sprowadziłam na naszą planetę wielką zdobycz spoza granic Imperium. Jak wielu z was wie, dowodziłam ekspedycją w nieznaną przestrzeń. Po pełnej trudów kampanii Legiony Solstice i Varus pokonały aż trzy armie obcych na Świecie Maszyn. Teraz w końcu zobaczymy owoce przelanej krwi i wydanych na wyprawę środków…

Mówiła tak przez dłuższy czas. Ta kobieta zdecydowanie wiedziała, jak przemawiać. Nie przegapiła żadnej okazji, by wspomnieć o sobie samej i swojej randze, gdy z elokwencją opisywała niezmierzone bogactwo, które zapewniła Ziemi.

W końcu, długo po tym, jak przestałem słuchać, ponad nami rozległ się hałas. Niebo zrobiło się jaśniejsze. Wyciągnęliśmy szyje, mimo że powinniśmy wpatrywać się jedynie w naszych dowódców.

Przybył frachtowiec. Całkiem spory, jak na tę klasę statków. Nazywali je supermasywnymi. Przewoziły między gwiazdami towary w ilościach, które wystarczyły, by zaopatrzyć całe planety.

– Coś jest nie tak – odezwała się przez głośnik w moim hełmie Della.

Zmarszczyłem brwi. Miała rację. Statek wyglądał inaczej, niż powinien. Ten pierwszy rozbłysk – co to było? Zbyt jasny na rakiety hamujące. Teraz widziałem, jak te odpalają się na dziobowych modułach.

– Jest zbyt blisko – powiedziałem. – Wyszedł za wcześnie z zakrzywienia czasoprzestrzeni. Powinien już siedzieć na orbicie.

Turov mówiła dalej, jakby nieświadoma problemu.

– Oto i on! – zagrzmiała. – Zauważcie unoszące się na jego spotkanie barki. Trzydzieści tysięcy ton tytanu. Sami pomyślcie! Roczna produkcja na Ziemi to mniej niż jedna dziesiąta tego, a podobny frachtowiec ze Świata Maszyn będzie teraz przybywać co miesiąc…

Przerwała, gdy wszyscy zebrani, całe tysiące, unieśli głowy ku niebu.

Zobaczyliśmy kolejny jasny rozbłysk. Tym razem efekt był silniejszy, cichy w przestrzeni kosmicznej, ale na tyle jasny, abyśmy musieli zmrużyć oczy. Żołnierze wokół mnie wstrzymali oddech.

– Chwieje się. Jest zdecydowanie zbyt blisko – powiedziałem. – Smoki, uruchomić silniki. Możliwe, że będziemy musieli szybko się przemieścić.

– Dokąd? – spytał Carlos. – Nie ma gdzie uciekać. Barki już odleciały. Turov myśli, że kierują się do doku, ale jak dla mnie to spieprzają.

– Cicho tam! – zagrzmiał Leeson na kanale plutonu. – Mamy wieści od dowództwa, że coś jest nie tak z frachtowcem. Nie zatrzymuje się.

– No co ty, kurwa, nie powiesz – powiedział cicho Carlos.

Nawet na niego nie nakrzyczałem. Po co? Wszyscy to już widzieliśmy. Leciał na nas statek wielkości drapacza chmur. Nie poruszał się już nawet w linii prostej, jego dziób skręcał w prawo, a cały kadłub powoli obracał się wokół własnej osi.

Ludzie zaczęli rozbiegać się na wszystkie strony, ale ja stałem bez ruchu. Harris także. Trzymał mocno sztandar Varusa, który powiewał na coraz silniejszym wietrze. Harris spojrzał na mnie.

– Co to, kurwa, ma być?! Zrobiłeś coś z tym statkiem, McGill?

– Jasne, Harris. Własnoręcznie rozpierdoliłem mu silnik.

Wtedy frachtowiec się rozpadł. Przysięgam, że widziałem, jak wypadają z niego metalowe sześciany. Spadły na ziemię niczym deszcz meteorytów, na całą przestrzeń portu kosmicznego. Dotarły na powierzchnię przed płonącym kadłubem statku. Sztaby twardego metalu wywołały tysiąc ogłuszających eksplozji, które zwaliły wszystkich z nóg.

Ludzie rozbiegli się z krzykiem. Niektórzy rzucili się na ziemię. Ja i Harris nawet nie próbowaliśmy. Wiedzieliśmy, że mamy przerąbane, więc przyglądaliśmy się spektaklowi z ponurymi minami. Płonący statek znalazł się tuż nad nami. W ostatnich chwilach zdawał się niemożliwie wielki i głośny i był to widok wart zapamiętania.

Moja ostatnia myśl, gdy umierałem razem z tysiącami innych, dotyczyła moich rodziców. Żałowałem, że sprowadziłem ich w pobliże Legionu Varus. Jeśli w historii legionów istniała jakaś przyciągająca pecha jednostka, to właśnie ta.

Płonący sześcian uderzył w asfalt kilkaset metrów ode mnie. Fala uderzeniowa zmiotła z ziemi mojego smoka.

Ginąc w kokpicie, pomyślałem o mamie, której nie będzie dane zobaczyć jedynej wnuczki. Cholerna szkoda.

Koniec darmowego fragmentu