Legion Nieśmiertelnych. Tom 4. Świat Maszyn - B. V. Larson - ebook + audiobook
BESTSELLER

Legion Nieśmiertelnych. Tom 4. Świat Maszyn ebook i audiobook

B V Larson

4,4

Opis

W czwartym tomie cyklu Legion Nieśmiertelnych James McGill stara się o awans. Nie wszystkim się to podoba, więc McGill musi dowieść swojej wartości. Podczas misji na obcej planecie poza granicami Imperium Galaktycznego wikła się w wojnę i intrygę polityczną. Ziemia poszerza sferę wpływów, Królestwo Głowonogów wysyła wrogie okręty, a na szczytach władzy Hegemonii rodzi się wielki spisek.

W „Świecie Maszyn” McGill ma do czynienia z całkiem nowymi formami życia pozaziemskiego, oskarżeniem przez Galaktyków i tysiącami nieugiętych kalmarów. Żyje i ginie, podczas gdy Imperium drży w posadach. McGill najbardziej ceni sobie honor, a ludzkość staje u progu odrodzenia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 514

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 52 min

Lektor: Roch Siemianowski/B. V. Larson/䑔䍒

Oceny
4,4 (480 ocen)
254
173
43
6
4
Sortuj według:
wojcik227

Dobrze spędzony czas

Lepsza od części trzeciej.
00
JacekStajuda

Dobrze spędzony czas

Niestety audiobook nie jest poskładany jak należy dla tego tylko 4*
00
Sierraleone1

Nie polecam

brakuje rozdziału 26
00
solo81

Nie oderwiesz się od lektury

Super lektura
00
Izzat

Dobrze spędzony czas

Kolejna część perypetii Jamesa McGil'a. Ten koleś ma talent do wpadania w kłopoty i niesamowite szczęście. Niestety, stare sprawy, i stary wróg, znów dają o sobie znać. A jemu z ledwością udaje się uniknąć wysłania na permy.
00

Popularność




Tytuł oryginału: UNDYING MERCENARIES BOOK 4. MACHINE WORLD

Copyright © 2015 by Iron Tower Press, Inc.

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:Drageus Publishing House Sp. z o.o.ul. Kopernika 5/L600-367 Warszawae-mail: [email protected]

ISBN EPUB: 978-83-66375-87-1ISBN MOBI: 978-83-66375-88-8

Struktura ziemskich legionów około roku 2125

Ziemskie siły zbrojne dzielą się na dwie zasadnicze grupy. Większość okrętów i żołnierzy podlega Hegemonii, czyli organowi planetarnemu skupionemu na obronie świata ojczystego. Pozostała część wojska jest zorganizowana w niezależne legiony.

Legiony są wynajmowane do walki poza Ziemią w innych układach gwiezdnych na Rubieży 921. Legioniści reprezentują praktycznie wszystkie siły Ziemi posiadające doświadczenie bojowe.

Wszyscy najwyżsi rangą oficerowie są członkami Hegemonii. Stopień trybuna (odpowiednik dawnego generała brygady) stanowi najwyższą godność dostępną członkowi niezależnego legionu.

Poniżej podajemy wykaz stopni:

Konsul – odpowiednik stopnia generała pięciogwiazdkowego nadawanego w wielonarodowej przeszłości Ziemi. Ranga konsula ma charakter tymczasowy i jest przyznawana wyłącznie w czasie otwartej wojny z sąsiednimi mocarstwami. Możliwe jest ustanowienie kilku konsulów, gdyby Ziemia zaangażowała się w działania wojenne na kilku frontach.

Pretor – generał czterogwiazdkowy. Stopień ten nadaje się rzadko, ale nie jest zastrzeżony dla jednej osoby. Wszyscy konsulowie są wybierani z puli tych właśnie czołowych oficerów.

Ekwita – generał trzygwiazdkowy. Jest to najwyższa ranga dla oficera mogącego brać czynny udział w bitwach i odpowiedzialnego za kierowanie całym frontem w czasie wojny. Ekwita może dowodzić obroną całego świata lub kilku światów.

Imperator – generał dwugwiazdkowy. Imperatorów wykorzystuje się często do koordynacji działań kilku legionów zaangażowanych w jeden konflikt.

Trybun – generał jednogwiazdkowy lub „generał brygady”. Każdym legionem dowodzi trybun, posiadający praktycznie pełną autonomię w zakresie szczegółów misji. Na legion składa się od dziesięciu do piętnastu kohort. Połowę kohort stanowią lekkozbrojni, a drugą połowę ciężkozbrojni z bronią większego kalibru. Do niektórych legionów przydziela się wyspecjalizowane kohorty pomocnicze.

Primus – odpowiednik pułkownika. Primus dowodzi kohortą, złożoną z dziesięciu zwykłych jednostek w sile około tysiąca dwustu żołnierzy.

Centurion – centurion jest głównodowodzącym kierującym grupą około stu dwudziestu żołnierzy. Centurioni, będący odpowiednikami kapitanów, osobiście wiodą swoje jednostki do boju. Są najwyższymi rangą żołnierzami na linii frontu.

Adiunkt – adiunkci pełnią funkcję poruczników, wspomagających centuriona. Na każdą jednostkę przypada zwykle trzech adiunktów.

Weteran – najwyższa ranga, jaką może osiągnąć zwerbowany żołnierz. Wojownicy uhonorowani stopniem weterana są odpowiednikami dawnych starszych sierżantów. W każdej jednostce jest kilku weteranów, mających za zadanie wspomaganie oficerów.

Specjalista – specjaliści są podoficerami niższego szczebla. Ceni się ich bardziej za ich przeszkolenie niż zdolności przywódcze. Posiadają szeroki wachlarz specjalności, jednak trzy najczęściej spotykane to: biospecjalista, bombardier i technik.

Szeregowy – szeregowy to doświadczony i sprawdzony w boju żołnierz. Szeregowych częściej wyposaża się w drogie pancerze i broń oraz umieszcza w kohorcie ciężkiej piechoty, a nie w lekkiej formacji. Stopień ten odpowiada dawnemu szeregowemu pierwszej klasy.

Rekrut – punkt wyjścia dla wszystkich nowych żołnierzy. Rekruci są najmniej doświadczonymi ludźmi w legionie i w związku z tym zawsze trafiają do kohort lekkiej piechoty, wyposażonej w najtańsze uzbrojenie. Dobry sprzęt produkcji pozaziemskiej jest kosztowny i zwykle wydaje się go wyłącznie żołnierzom, którzy dowiedli swoich zdolności.

Rekrutów często określa się potocznie mianem „kleksów” ze względu na tendencję do ponoszenia przez nich nagłej i brutalnej śmierci.

Trwożliwy stokroć umiera przed śmiercią[1].

Juliusz Cezar, rok 48 p.n.e.

–1–

Podczas mojego dorosłego życia Ziemia doświadczyła kilku radykalnych zmian. Po pierwsze, znaleźliśmy się w samym środku chaosu gospodarczego, kiedy planeta Cancri-9, znana bardziej jako Świat Stali, anulowała najbardziej lukratywne kontrakty z naszymi legionami. Kilka lat później dostaliśmy zastrzyk pieniędzy z kasy imperialnej na obronę lokalną. Nastały wtedy tłuste lata.

Tego roku wszystko znowu się skomplikowało. Po kolejnej konfrontacji z rasą głowonogów na Świecie Postępu, przez którą jakimś sposobem znaleźliśmy się w stanie niewypowiedzianej wojny z tymi istotami, Ziemia musiała ponownie zaciskać pasa.

Nie żebyśmy nie mieli forsy. Mogwa, jedna z ras Galaktyków walczących o dominację w Układach Centralnych, praktycznie miała w swoim posiadaniu naszą zaściankową prowincję. Może wyznawali taką strategię, a może my byliśmy zaledwie maleńką pozycją w wielkim budżecie, w każdym razie nadal przesyłali nam fundusze w postaci twardej waluty.

Zmianie uległ natomiast tok rozumowania rządu Hegemonii. Nasi światowi politycy i biurokraci racjonowali co tylko się dało, wydając każdy zaoszczędzony kredyt na operacje wojskowe. Choć rozumiałem tę strategię, i tak byłem podminowany.

Przeminęły dni, gdy żołnierz mógł sprawić sobie kosmiczny cud techniki, bo akurat miał taki kaprys. Wszystkie najlepsze towary z importu trafiały prosto do legionów. Przestali płacić nam w kredytach galaktycznych i zamienili je na kredyty Hegemonii. Co gorsza, aktualny kurs wymiany walut był tragiczny. Wcześniej około tysiąc kredytów Hegemonii równało się jednemu kredytowi galaktycznemu. Teraz, kiedy w księgowości wszystko zostało już przyklepane, dawali nam mniej niż połowę tego.

– Podłe pachołki rządu! – utyskiwał Carlos nad kuflem piwa w Kapitularzu Legionu Varus w Atlancie. – Ale przynajmniej w końcu postawili nam jakiś tani pub.

Pokiwałem głową i łyknąłem kwaśnego piwa. Było niedrogie i lane z kija. Jednak na tym, moim zdaniem, kończyły się zalety tego pieniącego się sikacza. Podejrzewałem, że za otwarciem baru przy Kapitularzach legionów w Atlancie krył się podstęp. Miał to być tani sposób na przekabacenie trepów takich jak Carlos i ja. Pewnie, straciliśmy połowę zarobków przez jakieś podejrzane, skomputeryzowane roszady pieniężne, ale przynajmniej mogliśmy się taniej schlać i utopić smutki.

Krzywiąc się, wychyliłem kufel do dna i stuknąłem nim o kontuar. Barmanka wzdrygnęła się, spoglądając na nas z niepokojem.

– Nie zamierzacie chyba robić burd? – zapytała.

– Że co? – wybuchnął Carlos. – Żołnierze z Varusa mają aż tak złą reputację?

– Grabicie sobie. Zeszłej nocy mieliśmy tu poważną bijatykę. Trzeba było wzywać żandarmów. Dwóch ludzi zginęło, a z jednym wskrzeszeniem czekają, aż ruszy śledztwo.

Parsknąłem i potrząsnąłem głową.

– Niech zgadnę… Gość, którego nie chcą ożywić, jest z Varusa, prawda? Jak się nazywał?

Barmanka wzruszyła ramionami i zrobiła zamyśloną minę.

– Duży był. Sargon albo jakoś tak.

– Jasna cholera! – zawołałem. – Szkoda, że mnie tu nie było. Przypilnowałbym go. Biedny Sargon.

Carlos szturchnął mnie łokciem.

– A może uśmiechniesz się ładnie do pani imperator? Założę się, że jeśli się nią zajmiesz jak trzeba, to wydębi dla niego wskrzeszenie.

Mówił o imperator Turov, z którą rok wcześniej łączyły mnie co najmniej dyskusyjne stosunki. Spojrzałem kwaśno na kumpla i machnięciem ręki zażądałem kolejnego piwa. Barmanka nalała, ale widziałem, że zastanawia się, czy dobrze robi.

– Ta sprawa to już przeszłość, Carlos – oznajmiłem. – Teraz mój los lata jej koło dupy.

Uniosłem kufel, jednak nie zdążyłem się napić. Czyjaś dłoń – dość mocna, choć blada i koścista – dotknęła mojego nadgarstka.

Wtrynianie się pomiędzy pijącego faceta i jego browca rzadko jest dobrym pomysłem. Zwłaszcza jeśli ma się do czynienia z żołnierzem Legionu Varus.

Instynktownie obróciłem się w stronę intruza. Drugą dłoń zdążyłem już zacisnąć w pięść. W tym czasie barmanka przypadła do ziemi. Pewnie wzywała gliny przez stuka, jednak niespecjalnie mnie to obchodziło.

Już miałem rozkwasić gębę człowieka stojącego nade mną, ale w porę go rozpoznałem.

– Winslade? – zapytałem.

Facet ewidentnie zdał sobie sprawę, że mocno przesadził, łapiąc mnie za nadgarstek. Cofnął rękę jak oparzony i zrobił krok w tył.

– McGill – powiedział, udając, że wcale się nie przestraszył. – Wiesz chyba, że za podniesienie ręki na oficera grożą baty?

– No tak – powiedziałem powoli, jakby rozważając możliwości. W końcu opuściłem pięść i ostentacyjnie pochyliłem się nad kuflem. Pociągnąłem łyk, skrzywiłem się z niesmakiem i czekałem, aż Winslade zacznie się tłumaczyć.

Adiunkt Winslade był przydupasem Turov. I do tego strasznym lizusem, a nawet kimś gorszym. On i Turov porzucili Legion Varus na rzecz Hegemonii. W oczach każdego legionisty walczącego poza Ziemią było to haniebne zagranie. Wiedzieliśmy, że ludzie, którzy nie radzą sobie z prawdziwą walką, często szukają ciepłych posadek w biurowcach na pewnym gruncie naszej planety.

– Jesteś pijany, prawda? – dopytywał się Winslade. – Wspaniale. Czego innego mógłbym się po tobie spodziewać?

– Sir, to jest bar – zauważył Carlos. – A my jesteśmy po służbie.

Adiunkt kiwnął głową.

– Raczej byliście. Bo teraz wracacie do roboty, McGill.

Zwrócił moją uwagę.

– O co chodzi, adiunkcie? – zapytałem.

Jak wszyscy ludzie jego pokroju, Winslade był nadętym oficerzyną i widziałem, że nie podoba mu się mój opór. Drgające wargi i zmrużone oczy zdradzały irytację, jednak nie robiło to na mnie wrażenia.

– Pojedziemy do Centrali Hegemonii. W Sektorze Północno-Wschodnim.

– Przecież wiem, gdzie to jest – powiedziałem, marszcząc brwi.

Światowa siedziba rządu Hegemonii stanęła na skrawku ziemi, który w odległej przeszłości znany był pod nazwą Connecticut. Nigdy specjalnie nie zastanawiałem się nad tym, dlaczego ważniacy postano­wili ustanowić stolicę na tym niewielkim obszarze, ale zakładałem, że powód był ten sam, co przy budowie stolicy w Waszyngtonie – w pobliżu mieszkali ważni ludzie i tyle.

– Zabiera pan tam McGilla? – zapytał Carlos, który od razu zaczął mi zazdrościć. – A ja? Jeśli on zrobił coś fajnego, to tylko dlatego, że służyłem mu radą.

Winslade wydawał się rozbawiony. Gdy otrząsnął się z napadu lęku na widok mojej pięści, wróciła mu pewność siebie i znów zaczął cwaniakować.

– A może zabieram go tam na zasłużony permazgon? – zapytał.

– A, chyba że tak – zmitygował się Carlos. – W takim razie ja za to nie odpowiadam. Prawdę mówiąc, McGill ostatnio jakoś dziwnie się zachowuje. Jakby miał coś do ukrycia. Może powinien pan dziś wieczorem zajrzeć do jego chatki na bagnach i trochę mu pograć na nerwach. On to uwielbia!

Winslade skinął Carlosowi głową lekceważąco i pomachał do mnie samymi palcami, jakby wołał psa.

– Za mną, McGill.

– Jesteś pan wieprzem – stwierdziłem. – Może i oficerem, ale wieprzem. Potrzebuję rozkazu od mojego legionu.

Z twarzy Winslade’a nie schodził wyraz zuchwałego rozbawienia.

– Sprawdzałeś ostatnio stuka, specjalisto?

Spochmurniałem i popatrzyłem na ramię. Lampka sygnalizująca pocztę migała na czerwono. W mojej skrzynce czekała priorytetowa wiadomość. Nie musiałem jej nawet czytać.

– No dobra – rzuciłem, godząc się z porażką.

Winslade należał do ludzi, którzy czekają, aż będą mieć wszystkie karty w garści przed wykonaniem ruchu. Nie było sensu się z nim teraz sprzeczać.

Rzuciłem na kontuar dwudziestokredytówkę i wstałem.

– Na razie, Carlos. Chodźmy, Winslade.

Poszedłem za oficerem do wyjścia. Zdążyłem jeszcze usłyszeć, jak Carlos zapewnia barmankę:

– Za mnie też zapłacił!

Pokręciłem głową. Chciałem raczej zostawić tej dziewczynie sowity napiwek. Choć tyle mogłem zrobić po tym, jak wystraszyłem ją prawie na śmierć.

Wychodząc na parking, podążyłem za Winslade’em w stronę smukłej, czarnej maszyny zaparkowanej na krawężniku chodnika z pastobetonu.

– Czy to aerowóz? – zapytałem zaskoczony.

– Tak. Do użytku prywatnego. Nie powiesz chyba, że nigdy w czymś takim nie siedziałeś?

– Owszem, zdarzyło się. Wyswobodziłem go spod władzy pewnego Galaktyka – oznajmiłem, uśmiechając się złośliwie.

Twarz adiunkta zastygła w wyrazie, który mówił mi, że zdradziłem mu więcej, niż chciał usłyszeć. Otworzył drzwi, a ja wspiąłem się po skrzydle i wślizgnąłem na pluszowe siedzenie z tapicerką z sauriańskiej skóry. Winslade wsiadł z drugiej strony.

– Nie opowiadaj takich rzeczy – polecił poważnym tonem. – O Galaktykach. Nawet w żartach.

– Sądzi pan, że teraz instalują podsłuchy w autach z kosmosu?

– Może… – odparł, oblizując wargi i uruchamiając aerowóz.

Dziwny pojazd najpierw zaczął drgać, a potem gwałtownie wystartował. Wznieśliśmy się do chmur i wyrównaliśmy kurs. Słyszeliśmy jedynie warkot sinika i przytłumiony pęd powietrza.

– Czego pan właściwie ode mnie chce? – zapytałem.

– To Xlur chciał się z tobą widzieć – wyjaśnił ­adiunkt. – Czeka na nas w Centrali.

Po tych słowach gwałtownie wytrzeźwiałem. Jeszcze chwilę wcześniej byłem po prostu kolejnym trepem zapijającym smutki. Teraz wiedziałem, że to poważna sprawa.

Xlur należał do rasy Mogwa. Dla Ziemian był istnym faraonem. Boskim królem i najwyższym przedstawicielem władzy Galaktyków w obrębie Rubieży 921.

Spotkałem się z nadinspektorem Xlurem już wcześ­niej, w dość niefortunnych okolicznościach. Żywiłem szczerą nadzieję, że mnie nie rozpozna.

–2–

Zawsze gdy Winslade wypełzał na światło dzienne, wiedziałem, że dostał rozkazy od imperator Turov. I rzeczywiście, kiedy dotarliśmy do Centrali, wylądowaliśmy na dachu sztabu Hegemonii, po czym inteligentna winda przewiozła nas do gabinetu pani imperator.

Rozpoczęła od przemowy, ale szybko odpłynąłem. Gapiłem się na jej tyłek, kiedy dumnie kroczyła w tę i z powrotem po nowym pluszowym dywanie.

Znajdowaliśmy się u szczytu chyba jednej z największych budowli, jakie w życiu widziałem. Przy sztabie Hegemonii stary budynek Pentagonu wyglądał wręcz pociesznie. Gmach miał kształt zikkuratu i składał się z tysiąca pastonowych kondygnacji. Sięgał wyżej niż niejeden górski szczyt. Za pochyłym oknem gabinetu Turov, sięgającym od sufitu do podłogi, widziałem chmury przemykające daleko pod nami i przesłaniające ulice miasta.

Mój wzrok wędrował od tych fantastycznych widoków do tyłka Turov i z powrotem. Imperator przyłapała mnie na tym, ale nie protestowała. Być może nawet ją to cieszyło. Czasami zakładała przesadnie obcisłe mundury z inteligentnego materiału i paradowała w nich, żeby popisywać się wyglądem. Po ostatnim wskrzeszeniu odzyskała nieprawdopodobną wręcz młodość i urodę. Wyglądała na mniej więcej dwadzieścia lat, chociaż naprawdę miała dwa razy tyle.

– Jamesie – zagaiła, wyrywając mnie z zadumy – pobudka. Gdy spotkasz się z Xlurem, musisz udawać oficera.

– Mam kłamać w sprawie stopnia? – zapytałem. – A to czemu?

– Bo nie mam ochoty wyjaśniać, dlaczego jakiś podoficerzyna był zamieszany w międzygwiezdną katastrofę dyplomatyczną.

– Dlaczego Xlur w ogóle chce się ze mną widzieć, pani imperator?

Machnęła ręką z irytacją.

– Nie wiem. To Nairbowie pierwsi o to poprosili. Najpierw zażądali listy zamieszanych w to osób. Myśleliśmy, że może formułują zarzuty. Teraz nie jestem już tego taka pewna. Xlur zajął się tą sprawą osobiście, ale nie wniósł oficjalnego oskarżenia. Zamiast tego domagał się przesłuchania. Nasza czwórka osobiście rozmawiała z głowonogami, więc wszyscy musimy się stawić.

– Cóż, chyba wiem, jak można rozwiązać ten problem z rangą. Wystarczy, że mianuje mnie pani oficerem. Z chęcią zostałbym primusem, ale wystarczy mi adiunkt, gdybym miał…

– Przymknij się! Przecież nawet jeszcze nie awansowałeś na weterana. Brzydzi mnie takie jawne karierowiczostwo.

Parsknąłem mimowolnie.

– To był tylko żart, pani imperator.

– Mnie jakoś nie rozbawił. Jeśli niczego nie wypaplasz, jakoś przez to przejdziemy.

Wkurzyłem się, ale trzymałem gębę na kłódkę. Słowa o obrzydliwym karierowiczostwie w ustach Turov brzmiały jak marna kpina. W końcu sama walczyła zaciekle o stopień imperatora, stosując najróżniejsze brudne zagrywki.

Wkrótce potem Xlur przybył, aby z nami pomówić, i ogólny nastrój uległ zmianie. Początkowo to imperator Turov zajmowała się mówieniem – czy może raczej gładką gadką. Musiałem przyznać, że ma do tego prawdziwy talent. Na swoich podkomendnych mogła wylewać wiadra pomyj, ale w konfrontacji z prawdziwymi ważniakami była słodka jak cukierek.

Nadinspektor Xlur był najwyższym przedstawicielem władzy na Rubieży 921. Zarządzał bezpośrednio tysiącami układów gwiezdnych. Należał do gatunku Mogwa, władającego naszą lokalną połacią gwiazd.

Jeśli chodzi o wygląd, Mogwa byli pająkowatymi kosmitami z tułowiem jak u czarnej wdowy. Xlur posiadał sześć kończyn, które służyły mu wymiennie za ręce lub nogi. Każda z nich kończyła się dłońmi, które mogły być używane również jako stopy.

Wydawało mi się jednak, że Xlur, pomimo władzy i pozycji, niezbyt lubi swoją robotę. Wiecznie na nią narzekał.

– Te wasze światy są zwane przez Mogwa Światami Ciemności – burczał jego translator. – Są posępne i nieprzyjazne. Przygnębia mnie ten ochłap kosmosu pełen zimnych, samotnych planet. Przy centrum świecą niezliczone słońca i nigdy nie zapada zmrok. To, co moglibyście nazwać „nocą”, u nas jest feerią barwnych świateł kilkunastu pobliskich gwiazd, piękniejszą nawet od naszych olśniewających dni.

Zauważyłem, że adiunkt Leeson zerka na mnie z ukosa, jakby spodziewał się, że zaraz powiem coś głupiego. Unikałem jego wzroku. Fakt, miałem ochotę zaproponować Xlurowi, by się pakował i wracał na swoją lśniącą ojczystą planetę, ale trzymałem język za zębami i stałem na baczność. W końcu nie wypadłem sroce spod ogona, a tani alkohol z Kapitularza zdążył już w większości opuścić mój organizm.

– Co gorsza, nie macie tu choćby namiastki kultury – ciągnął Xlur. – Gdzież wam do splendoru Układów Centralnych?

– Proszę przyjąć nasze pokorne przeprosiny za brak udogodnień, panie nadinspektorze – powiedziała Turov.

Dobra była. Brzmiało to nawet, jakby mówiła poważnie.

Oprócz Turov i Leesona był z nami również Graves. Wszyscy rozmawialiśmy z kalmarami, gdy po raz ostatni nawiązaliśmy z nimi kontakt na Świecie Postępu – zaledwie kilka godzin przed brutalnym „incydentem dyplomatycznym”, o który się rozchodziło.

– A zatem – zaczął Xlur, gdy już dość naubliżał naszej zaściankowej planecie – powiedzieliście temu wichrzycielowi imieniem Ślizg, że powinien opuścić przestrzeń należącą do Galaktyków. Gdy odmówił, nie podjęliście żadnych działań. Ale kiedy zaatakował megadom na Tau Ceti, zniszczyliście jego okręt. Czy nie mylę się co do tych podstawowych faktów?

– To mistrzowskie podsumowanie sekwencji zdarzeń, wasza ekscelencjo – zapewniła Turov.

– Rozumiem. A czy zdajecie sobie sprawę, że stawia to Imperium w niebezpiecznej sytuacji? Jeżeli głowonogi postanowią uderzyć, nie będziemy mieć na podorędziu naszych sił obronnych.

Wszyscy się zmieszaliśmy.

– Mieliśmy nadzieję, sir – zaczęła Turov, ostrożnie dobierając słowa – że flota wkrótce wróci do domu. Minęły już ponad dwa lata, odkąd…

– Nie – uciął Xlur. – Flota bojowa nie wróci w najbliższym czasie. Oczywiście koniec końców okręty Mogwa posrebrzą niebo nad każdą planetą głowonogów, by wywrzeć sprawiedliwą zemstę na tych barbarzyńskich najeźdźcach. Jednak na razie musicie znaleźć sposób, by radzić sobie z tym samodzielnie. Waszym zadaniem jest powstrzymać wszelkie próby ataku ze strony tych stworzeń. Jako egzekutorzy macie obowiązek strzec granicznej prowincji.

Turov oblizała wargi.

– Czy Hegemonia wie o tym wymogu? – spytała.

– Oczywiście – odpowiedział Xlur.

– I otrzymaliśmy większy budżet, aby móc spełnić wasze…

– Imperator Turov – przerwał jej ostro Xlur – wykraczasz poza swoje kompetencje. Omówiłem już takie sprawy z twoimi przełożonymi i nie zamierzam o nich rozmawiać z tobą.

– Z całego serca przepraszam, panie inspektorze. Dałam się ponieść ciekawości. Nie będę już wypytywać o tę…

– Taką mam nadzieję. Ja już nie mam więcej pytań. Moja osoba zostanie teraz odeskortowana do aerowozu na dachu.

– Bez zwłoki, panie inspektorze!

Dziwnie się czułem, patrząc, jak Turov płaszczy się i kaja przed obcym dygnitarzem. Wiedzieliśmy, że zawsze taka była – traktowała przełożonych jak bogów, jednocześ­nie gnojąc podkomendnych. Jednak nigdy wcześniej nie widziałem, by zachowywała się tak samo wobec kosmity.

Tak czy inaczej, musiałem przyznać, że dała radę. Xlur był najwyraźniej zadowolony z jej odpowiedzi, a żadne pytanie nie było skierowane bezpośrednio do mnie. Wszystkim to pasowało.

Kiedy dotarliśmy na dach, Xlur był rozgoryczony, że aerowóz jeszcze po niego nie przyleciał.

Właśnie wtedy zrobiłem coś, przed czym mnie przestrzegano – odezwałem się.

– Cóż, sir, nie mamy nieskończonej liczby aerowozów do podróżowania po Ziemi – powiedziałem. – Czasem każdy musi poczekać na swoją kolej.

Xlur obrócił się i otaksował mnie wzrokiem.

– Co to za istota i dlaczego się do mnie zwraca? – zapytał z oburzeniem.

– To adiunkt McGill, panie inspektorze – odparła pospiesznie Turov. – Jeden z naszych oficerów najniższego szczebla. Jest tu obecny, ponieważ prosił pan, by na przesłuchaniu stawił się cały personel, który miał kontakt z głowonogami.

– Czy słusznie wnioskuję z twojej wypowiedzi, że ta istota miała bezpośrednio do czynienia z barbarzyńcami?

– Cóż, tak, ale…

Xlur wyciągnął chyboczącą się kończynę w moim kierunku.

– Istoto… McGill – zwrócił się do mnie – co takiego powiedziałeś barbarzyńcom?

Zmartwiałem. Podobnie jak wszyscy inni. Mama zawsze powtarzała, że szczerość jest najlepszym wyjściem, ale nigdy jej nie wierzyłem. Tak czy inaczej, nie uważałem, żeby jasna i klarowna odpowiedź na to pytanie miała wyrządzić jakieś szkody.

– Odpowiadałem na ich pytania, sir. To wszystko.

Xlur podsunął się o jeden krok bliżej mnie.

– A zatem potwierdzasz, że rozmawiałeś bezpośrednio z nimi? Tego mi nie powiedziano. Myślałem, że istota zwana Turov zajmowała się rozmową, a cała reszta była tylko świadkami. Turov, zechciej mi wyjaśnić, kto tutaj kłamie. Czy może mam zażądać transmisji wideo i stenogramów? Miałem nadzieję, że nie będę musiał się z tym kłopotać.

– Yyy… – wyjąkała imperator, wyraźnie skrępowana. – Sir, proszę o wybaczenie. Nie sądziłam, by było to istotne, ale obecny tu McGill rzeczywiście udzielił bezpośredniej odpowiedzi na co najmniej jedno pytanie zadane przez głowonogi.

– Jedno pytanie? A jakie?

– Pytali… – zaczęła.

– Nie! – wybuchnął Xlur, wymachując w jej stronę jedną ze swoich kończyn. – On ma o tym opowiedzieć. Mów, istoto McGill!

– Yyy… Cóż, nadinspektorze, więc to było tak – zacząłem. – Kalmary… tak je tu nazywamy… no więc te kalmary zapytały mnie o zbombardowanie ich kolonii. Chciały poznać szczegóły.

– I co im powiedziałeś?

– Prawdę, sir. Widziałem bombardowanie na włas­ne oczy. Nairbowie zrzucili dziewięć żarbomb. Każda struktura organiczna na tamtej planecie została rozbita na cząsteczki w ciągu godziny od zrzutu. Imperium dobitnie zademonstrowało swoją potęgę.

Kiedy mówiłem, aerowóz przyleciał i wylądował za Xlurem. Ten nie zwracał na niego uwagi, skupiony na mnie. Inni oficerowie patrzyli po sobie z coraz większym niepokojem.

– Udziel mi precyzyjnej odpowiedzi, istoto McGill. Powiedziałeś nieprzyjacielowi, że Nairbowie unicest­wili jego kolonię?

Nie do końca wiedziałem, o co ta cała afera, ale brnąłem dalej, chcąc wypaść jak najlepiej. Pozostali zdążyli już zblednąć i zacisnąć zęby. Widocznie nie pokładali we mnie zbyt wiele wiary.

– Ekhm… właśnie tak, sir – powiedziałem. – W końcu tak przebiegło bombardowanie.

– Katastrofa – stwierdził Xlur. – Wyrządziłeś niepomierne szkody.

– Jak to, sir?

– Milczeć! – warknął Xlur, po czym obrzucił każdego z nas po kolei złowrogim spojrzeniem swoich gałek ocznych. – Czy wszyscy jesteście oddani służbie swojego Imperium?

– Oczywiście – zapewniła Turov. Pozostali, poza mną, zgodzili się z nią, mamrocząc pod nosem.

– Wyciągnijcie pistolety! – polecił Xlur.

Serce zaczęło mi mocniej bić. Już przez to przechodziłem. Szczerze mówiąc, czekałem, aż ten podły kosmita każe innym oficerom mnie rozstrzelać. Sięgnęli po broń zgodnie z rozkazem. Ja również. Jeżeli mieli robić za mój pluton egzekucyjny, to przynajmniej mog­łem zginąć ze spluwą w dłoni.

– A teraz wszyscy dokonacie samoegzekucji! – nakazał Xlur zebranym.

Zbił nas z tropu. Oficerowie spoglądali na siebie z zakłopotaniem i niedowierzaniem.

– Czy można wiedzieć dlaczego, nadinspektorze? – zapytała Turov. Cała krew odpłynęła jej z twarzy. Inni wyglądali nie lepiej.

– Ponieważ uwikłaliście Imperium w niepotrzebną wojnę! Nasz korpus dyplomatyczny dokłada wszelkich starań, by przekonać głowonogi, że to ludzie ponoszą bezpośrednią odpowiedzialność za tę katastrofę! Dopiero gdy to stworzenie przemówiło, zdałem sobie sprawę, że przedstawiliście im dowody obalające nasze założenia. Poinformowaliście ich, że przedstawiciele Imperium postanowili zniszczyć ich kolonię. Teraz na pewno nie usatysfakcjonuje ich eliminacja waszego politowania godnego gatunku. Będą ciągnąć wojnę i przeć coraz dalej na naszym terytorium. A tak się składa, że teraz nie możemy sobie pozwolić na dekoncentrację.

Kiedy mówił, coś nagle zaskoczyło w moim móz­gu. Wcześniej zastanawiałem się, co właściwie stało się z ostatnimi egzekutorami mianowanymi przez Galaktyków. Wszystko wskazywało na to, że po prostu zniknęli. Czy to możliwe, by gatunek pełniący funkcję egzekutorów na Rubieży służył tak naprawdę za kozła ofiarnego?

– Ależ, wasza ekscelencjo – powiedziałem, nie do końca nadążając za tokiem rozumowania Xlura – dlaczego chce pan, żebyśmy odebrali sobie życie? Chyba lepiej by było dla was, gdybyście pozwolili nam bronić naszego świata, a przy okazji wyrządzać dalsze szkody kalmarom.

– Garstka ludzi nie będzie mieć żadnego wpływu na końcowy wynik. Nieprzyjacielskie Królestwo obejmuje trzysta światów.

– Jeśli nie mamy na nic wpływu, to po co ta egzekucja?

– Dla zasady – odparł Xlur, wyciągając się wyżej i groźnie wymachując kończynami. – Sprowadziliście na moją osobę ten dyskomfort, więc poczuję się lepiej, gdy was nie będzie. No już, do roboty!

– Nadinspektorze Xlur – odezwała się Turov oficjalnym tonem – niniejszym żądam złożenia zażalenia…

– Żadnych zażaleń! – ryknął kosmita. – To dobre dla sądów Nairbów i innych podrzędnych istot. Obywatela Galaktyki, zwłaszcza inspektora takiego jak ja, nie obowiązuje bzdurna biurokracja. Żądam, by każde z was odebrało sobie życie. W przeciwnym razie rozkażę, by niezwłocznie unicestwiono tę planetę!

Cali roztrzęsieni, trzymaliśmy pistolety w zesztywniałych palcach i gapiliśmy się na siebie.

Graves wykonał pierwszy ruch. Z kamienną twarzą przystawił lufę do podbródka.

– Żyłem dla Ziemi i teraz dla niej skonam – oświadczył.

Potem wypalił i upadł na twarz.

Następny był adiunkt Leeson. Spojrzał na mnie, pokręcił głową i wycedził przez zęby:

– Pierdol się, McGill!

Zastrzelił się i padł na Gravesa.

Patrzyłem na dwa ciała, dysząc ciężko. Xlur zabulgotał. Nie byłem pewien, czy się śmieje, czy puszcza wiatry, ale nie podobało mi się to.

– Jestem ubawiony – wyznał Xlur. – A teraz dokończcie to, co zaczęliście.

Turov wypuściła powietrze ze świstem. Popatrzyłem na nią.

– Dlaczego zawsze musisz coś wymodzić, McGill? – zapytała.

– Chyba mam taki dar – odparłem.

– No i co? Zróbże coś!

Uniosłem pistolet. Przecież właśnie otrzymałem rozkaz od wysokiego rangą oficera.

Bez wahania strzeliłem Xlurowi prosto między gały. Padł martwy, wydając jeszcze więcej pierdzących odgłosów i obryzgując dach błękitną posoką.

–3–

Xlur po śmierci nie wyglądał ani trochę lepiej niż za życia. Tak właściwie wydawał mi się jeszcze trochę brzydszy. I z całą pewnością strasznie śmierdział – jak zgniły owoc.

– Czyś ty zdurniał, McGill? – pisnęła Turov.

– Przecież kazała mi pani coś zrobić.

– Zastrzelenie Galaktyka niczego nie naprawi! Kiedy go wskrzeszą na okręcie, będzie wszystko pamiętał! Załatwiłeś permy nam wszystkim, a może nawet całej planecie!

– Bez obaw – odparłem. – Mam plan. Proszę mi podać klucz Galaktyków.

Zawahała się ku mojemu zaskoczeniu. Czy powodowała nią aż taka chciwość i paranoja? Nawet w obliczu unicestwienia całego rodzaju ludzkiego nie chciała mi powierzyć swojego najcenniejszego skarbu. Choćby na chwilę.

– Szybko, czas goni! – naciskałem, wyciągając rękę.

Wepchnęła mi klucz w dłoń, parskając z niesmakiem. Urządzenie miało kształt morskiej muszli, jednak ten nijaki wygląd nie dawał pojęcia o jego prawdziwych możliwościach. Ogólnie rzecz biorąc, przedmiot ten działał jak wytrych pozwalający użytkownikowi łamać systemy zabezpieczeń. Był przeznaczony tylko dla Galaktyków i o ile było mi wiadomo, imperator Turov jako jedyny człowiek była w posiadaniu tego zdecydowanie nielegalnego cudu techniki.

Szybko zlokalizowałem stuka Xlura. Był wszczepiony w stygnącą, gumowatą skórę na jednej z jego kończyn. Dotknąłem go kluczem, obchodząc wszelkie ewentualne hasła, po czym wszedłem w menu ustawień.

Na szczęście byłem w stanie odczytać wyświetlające się symbole. Technologia galaktyczna została stworzona z myślą o przeróżnych mieszkańcach tysięcy światów. Interfejsy musiały być możliwe do obsługi przez niemal każdego, więc dostosowano je do uniwersalnych standardów.

Szybko wykonałem parę sztuczek, które Natasha pokazała mi jakiś rok wcześniej, i wymazałem najświeższą kopię umysłu Xlura.

Stuk Mogwa działał właściwie tak samo jak ludzki. Co kilka minut rejestrował zmiany sieci neuronowych w mózgu właściciela i przesyłał je do najbliższej stacji przekaźnikowej. Często działo się to także po śmierci, ponieważ stuki nie wyłączają się od razu, chyba że na skutek uszkodzenia. Właśnie dlatego mogliśmy zapamiętać nasze spotkania ze śmiercią z wszelkimi krwawymi detalami.

Informacje nie były jednak przesyłane natychmiast. Polegało to raczej na transmisji migawek co pewien czas. To wszystko wymagało czasu, a stuki musiały współdzielić pasmo z innymi urządzeniami. Gdyby nam się poszczęściło…

– Chyba się udało – oznajmiłem mniej więcej po minucie zabaw z interfejsem. – Jego ostatnia mózgofotka była już w kolejce do przesłania, ale właśnie ją skasowałem. Szybko, proszę mi pomóc.

Chwyciłem po jednej z kończyn Xlura i zacząłem go ciągnąć.

– W czym niby mam pomóc? – zapytała Turov.

– Musimy zapakować ciało Xlura do aerowozu – wyjaśniłem.

Nachmurzyła się, ale pomogła mi zawlec zwłoki kosmity do pojazdu, po czym wepchnęła je na siedzenie pasażera. Kobieta za sterami wyglądała na co najmniej oszołomioną.

– Nie mogę tego przewieźć! – zwróciła się z przerażeniem do imperator. – Poślą mnie na permy, kiedy dotrę na okręt…

Turov oddała dwa strzały. Pierwszy zostawił sporą wyrwę w ramieniu pilotki i zniszczył jej stuka. Zanim zdołała choćby krzyknąć, drugi pocisk zmienił jej mózg w krwawą miazgę, która zapaskudziła całą tapicerkę.

– Co jest, do cholery? – zapytałem gniewnie.

– Ona musi pozostać w fotelu pilota, żeby to wszystko wyglądało wiarygodnie. No nie gap się już tak na mnie. Potem każę ją ożywić i przesłuchać.

Ta kobieta nie miała żadnych skrupułów. Pokręciłem głową. Nie podobało mi się, że wciągnęliśmy w to niewinną osobę, ale wiedziałem, że Turov ma rację.

Po części byłem pod wrażeniem, że udało jej się ogarnąć istotę mojego planu i dodać zaimprowizowane poprawki w tak szybkim tempie. Zwykle kiedy odwalałem podobne numery, ludzie po prostu stali i gapili się na mnie.

Kiedy załadowaliśmy ciała, upewniłem się, że aerowóz jest ustawiony na pełne sterowanie ręczne. Lekko pchnąłem dźwignię, a pojazd podryfował do krawędzi dachu, przechylił i zjechał po ścianie budynku niczym sanie.

Patrzyliśmy, jak wiruje i staje w płomieniach kilkaset metrów pod nami.

– Szkoda tylko tej pilotki – stwierdziłem.

– Jaja sobie robisz? Tylko tyle masz do powiedzenia? Przecież prawie ściągnąłeś zagładę na nasz świat. Znowu!

– Nie słyszała pani, co powiedział Xlur? – spytałem. – I tak mamy przesrane. Galaktycy rozmawiają z kalmarami i przekonują ich, że to my narozrabialiśmy. A my zwaliliśmy winę na Galaktyków wtedy, na Świecie Postępu. Pamięta pani?

Mina Turov świadczyła dobitnie o tym, że istotnie pamiętała. Byłem przy tym, kiedy zapewniała kalmary, że jesteśmy niezależni i neutralni. Że nie jesteśmy częścią właściwego Imperium, ale raczej wynajmowanymi przez nie żołnierzami. Skłamała, aby podpuścić głowonogi do ataku na Imperium zamiast na Ziemię. Najwyraźniej Mogwa wpadli na taki sam pomysł.

Mogwa i Ziemianie przerzucali się winą. Miałem przeczucie, że kalmarom nie zrobi to większej różnicy. Skoro już po nas przybyli, nie zamierzali wybrzydzać. Byli gotowi zabić każdego, kto stanie im na drodze.

Turov schowała pistolet do kabury i wzięła się pod boki.

– Co teraz zrobimy? – zapytała.

– Zgłosimy to jako wypadek. Jeśli będziemy mieć szczęście, Xlur się wkurzy, ale będzie zbyt zarobiony, żeby szukać małostkowej zemsty. Ważniejsze pytanie brzmi, co teraz zrobią kalmary?

– Nie o to mi chodziło – powiedziała, masując skronie. – Co powiemy ludziom z Hegemonii? Przecież muszą się o tym dowiedzieć. Trzeba im powiedzieć, że Imperium odcina się od Ziemi. Trzysta układów gwiezdnych… Tak powiedział, prawda?

– Mówi pani o królestwie kalmarów? Tak, chyba tak.

– Aż się wierzyć nie chce – odparła, kręcąc głową.

Zostawiliśmy Gravesa i Leesona na pobojowisku i poszliśmy do windy. Oboje byliśmy lekko skołowani.

Karetki pogotowia już nadlatywały. Pomyślałem, że lepiej będzie się ulotnić, aby nie odpowiadać na krępujące pytania. Ratownicy nie musieli znać żadnych szczegółów. Ustawią wskrzeszenia w kolejce i jeśli żadne z nich nie zostanie wstrzymane, wszystkie ofiary tego „wypadku” szybko wrócą do życia.

Gdy zjeżdżaliśmy już windą, Turov wyciągnęła do mnie rękę, patrząc wyczekująco.

Szybko się rozejrzałem. Nie dostrzegłem żadnych kamer. Wzruszyłem ramionami i ująłem jej dłoń. Pomyślałem, że pani imperator potrzebuje pocieszenia. A może była to szansa, żeby na nowo rozniecić przelotny romans, który połączył nas na Świecie Postępu.

Gwałtownym ruchem odtrąciła moją rękę.

– Nie, kretynie! – syknęła. – Oddawaj klucz!

– A, o to chodzi – powiedziałem i wyłowiłem przedmiot z kieszeni. Podałem go Turov z pewnym wahaniem.

Klucz Galaktyków był prawdopodobnie jednym z najpotężniejszych urządzeń na Ziemi, jeśli nie najpotężniejszym. Nikomu nie byłoby łatwo go oddać. Od razu za nim zatęskniłem.

Turov obróciła go w dłoniach dwa razy, a potem schowała. Przemknęło mi przez myśl, że sprawdzała, czy to na pewno oryginał. Jak już wspomniałem, była paranoiczką jakich mało.

– Sądzisz, że ta podpucha wypali, McGill? – zapytała, gdy upewniła się co do klucza.

– Ten wypadek? Mam nadzieję – odpowiedziałem.

Potrząsnęła głową.

– Nie wierzę, że to się stało. Nie wierzę, że podjąłeś takie ryzyko.

– Nie mieliśmy raczej wielkiego wyboru. Nie chciałem odejść z tego świata, salutując jakiemuś kosmicie i rozwalając sobie łeb.

– Nie o tym mówię. Ryzykowałeś, zakładając, że mam przy sobie klucz. A gdybym tak na przykład zostawiła go w gabinecie?

Zaśmiałem się, kręcąc głową.

– Zdążyłem panią poznać. Nie zrobiłaby pani czegoś takiego. Po co komu klucz zamknięty w sejfie? Jeśli ma się do czegoś przydać, musi być pod ręką. Wiedziałem, że ma go pani w kieszeni.

Nic na to nie odpowiedziała, czym tylko potwierdziła, że trafiłem w sedno.

–4–

Tamtą noc spędziłem w hotelu w śródmieściu. Miasto składało się z kręgu nowoczesnych budynków otaczających zikkurat Hegemonii. Spoglądając przez ogromne okno na ulice i strzeliste budowle, nie mogłem oderwać wzroku od olbrzymiego budynku sztabu wznoszącego się pośrodku. Hotel miał ponad sto pięter, ale przy takim kolosie prezentował się mizernie.

Próbowałem uporządkować w głowie wydarzenia minionego dnia. Chwilę wcześniej na tamtym dachu zamordowałem najwyższą rangą istotę w tej części Galaktyki. Teraz wydało mi się to nierealne.

Hotel był całkiem niezły, ale ceny miał zawrotne. Nie miałem już przy sobie żadnych kredytów galaktycznych, a kredyty Hegemonii szły w tym mieście jak woda. Mimo to uznałem, że skoro i tak tu utknąłem, mogę sobie trochę dogodzić. Turov poleciła mi pozostać w pobliżu, gdyby jakaś szycha z Centrali zażądała sprawozdania. Wiedziałem, że tak naprawdę potrzebuje świadka, który w razie czego potwierdzi jej wersję wydarzeń.

Zasnąłem około północy. Upiwszy się piętnastoma odmianami alkoholu, odpłynąłem i zacząłem chrapać przed naściennym ekranem. Skorzystałem z minibaru, choć zdawałem sobie sprawę, że to nie jest najlepszy pomysł. Forsa uciekała z mojej kieszeni jak powietrze z balonika za pół kredytu.

Ktoś zadzwonił do drzwi, ale nie wstawałem. Otworzyłem nieprzytomne oczy, po czym znowu je zamknąłem. Dzwonek zabrzęczał jeszcze kilka razy, a potem usłyszałem pukanie.

Stęknąłem i z trudem stanąłem na nogi. Po drodze do drzwi wziąłem pistolet.

Szczerze mówiąc, spodziewałem się zastać na korytarzu bandę zakapiorów. Niespecjalnie mógłbym mieć pretensje do tego, kto ich nasłał. Po dzisiejszym nieplanowanym zabójstwie urzędnika galaktycznego nie powinienem oczekiwać czegokolwiek innego niż aresztowania czy najzwyklejszego zamachu.

Jednak gdy otworzyłem drzwi, byłem mile zaskoczony, widząc nie goryli, a imperator Turov, która bacznie mi się przyglądała. Nadal miała na sobie mundur. Ciekawe, czy w nim spała.

– Pani imperator? – zapytałem. – Wie pani, która godzina?

– Znowu się nachlałeś? – spytała w odpowiedzi, przechodząc obok mnie. Rozejrzała się po pokoju, jakby spodziewała się kogoś w nim znaleźć. – Jesteś sam, specjalisto?

– Tak jest. A przynajmniej byłem jeszcze przed chwilą.

– Musimy ustalić wspólną wersję wydarzeń, McGill – oznajmiła, siadając na kanapie i zmiatając dłonią pobrzękujący stos plastikowych fiolek. Nie przeszkadzało mi to, bo i tak w większości były już opróżnione.

– Yyy… – wydukałem, zamykając drzwi i siadając obok niej. – Czeka nas jakieś przesłuchanie albo coś?

– A jak myślisz?

Pokiwałem głową.

– A kto chce wiedzieć, co zaszło? – spytałem.

– Wszyscy – odparła. – Prasa, sam konsul Hegemonii… Żaden Galaktyk nigdy wcześniej nie zginął na powierzchni Ziemi. Wiedziałeś o tym?

– Nie, ale mogłem się w sumie domyślić…

– To naprawdę gruba afera, McGill. Ogarnij się!

– Spróbuję, sir – zapewniłem, otwierając puszkę z napojem i zastanawiając się, czy przyszła do mnie wyłącznie w sprawach służbowych. Na razie wszystko na to wskazywało, ale po północy umysł faceta zawsze błądzi.

– Nawet Graves nie do końca orientuje się w szczegółach – ciągnęła Turov zmartwionym tonem. – Tyle dobrze, że nie jest chyba aż tak durny, żeby komukolwiek się wygadać, jeśli coś podejrzewa. Będzie milczał, ale i tak szkoda, że nie byliśmy na tyle przewidujący, żeby wymazać wspomnienia jego i adiunkta Leesona.

– Chyba nie było na to czasu. Musieliśmy zaaranżować ten wypadek i wiać, zanim przyjechało pogotowie.

– Pewnie masz rację.

– Czy kontaktowała się już pani z Gravesem i Lee­sonem?

– Nie, nie miałam takiej możliwości. Zostali wskrzeszeni, ale zaraz potem zabrali ich goryle z Hegemonii.

– Hmm… – zamyśliłem się. – Powiem pani, kto jest najsłabszym ogniwem: Leeson. To swój chłop, ale w sytuacjach takich jak ta nie umie myśleć elastycznie.

Turov pokręciła głową ze śmiechem.

– Myśleć elastycznie? Tak to nazywasz? W takim razie ty musisz mieć pod czerepem wielką gumkę recepturkę!

– Uznam to za komplement. Napije się pani czegoś?

Widziałem, że walczy z pokusą. Uśmiechała się do mnie, gdy mówiła o gumie pod moją czachą. Uśmiech i drink po północy… cóż, to plus stresujący dzień w robocie może grozić niezłymi tarapatami.

– Nie, Jamesie – powiedziała w końcu z nutką żalu w głosie. – Podziękuję.

Z tego, jak taksowała mnie wzrokiem, wywnioskowałem, że domyśliła się, o co tak naprawdę mi chodzi. Westchnąłem, ale nie drążyłem dalej.

Potem jeszcze rozmawialiśmy, ustalając detale naszego planu wyrolowania każdego, kto zapyta o dokładny przebieg katastrofy. Trudno było stwierdzić, czy to wypali.

Około drugiej nad ranem Turov wyszła z pokoju. Po jej wizycie nie mogłem spać. Zasnąłem dopiero tuż przed świtem.

***

Następnego ranka obudził mnie mój stuk. Przestawiłem go na tryb cichy, ale na wezwania od Legionu Varus to nie działało.

Stuk nie tylko brzęczał, ale też wibrował. Nikt nie lubił tego uczucia – całe ramię przechodziły ciarki. Jakby ktoś popieścił prądem czułe miejsce w łokciu.

Po gwałtownym przebudzeniu usiłowałem skupić wzrok na stuku.

– Wezwanie od Legionu Varus – odczytałem na głos. – Rozkazuje się wszystkim członkom legionu będącym w pełni sił, by udali się do Izby Werbunkowej w trybie natychmiastowym.

Stęknąłem i poszedłem pod prysznic, masując skronie. Poważnie wątpiłem, czy akurat w tej chwili byłem „w pełni sił”. Jednak gdy się umyłem i coś zjadłem, poczułem się o wiele lepiej. Po wymeldowaniu się z hotelu, nie mając odwagi spojrzeć na sumę u dołu rachunku, złapałem najtańszy tramwaj miejski i pojechałem do Newark, gdzie mieściła się Izba Werbunkowa Sektora Północnoamerykańskiego.

Podróż przywołała wspomnienia o mojej pierwszej wizycie w tym miejscu. Byłem wtedy dzieciakiem, zielonym jak nieskoszona trawa. Od tego czasu sporo się zmieniło. Pod względem fizycznym byłem starszy góra o rok, ale jeśli chodzi o umysł, to zupełnie inna historia.

Skontaktowałem się z kilkoma znajomymi przez stuka, ale najwyraźniej wiedzieli tyle co ja, a możliwe, że jeszcze mniej.

Podchodząc do inteligentnych drzwi Izby Werbunkowej, przyłożyłem dłoń do płyty obok nich. Drzwi zabrzęczały, ale się nie otworzyły.

Ludzie za mną ustawili się w długiej kolejce. Protestowali, kiedy kilkakrotnie próbowałem wejść, za każdym razem z tym samym rezultatem. Wszyscy musieli się zalogować przy tych drzwiach i nie chcieli czekać, aż łaskawie wejdę do środka.

– Ruchy, kleksie! – zawołał jakiś szeregowiec, stojący parę miejsc dalej w kolejce.

Obróciłem się i zmierzyłem go wzrokiem. Pewnie dopiero wtedy zauważył belki specjalisty i głowę wilka – symbol Legionu Varus.

Szeregowy pochodził z Legionu Solstice. Poznałem to po naramiennej naszywce ze wschodzącym słońcem. Solstice był znaną formacją, ale nie miał takiej reputacji jak nasza.

– Yyy… przepraszam, specjalisto – zmitygował się żołnierz. – Oczywiście, proszę sobie nie przeszkadzać.

Naparłem dłonią na drzwi jeszcze przynajmniej dziesięciokrotnie. Za każdym razem brzęczały, czerwieniały, po czym musiałem czekać kilka sekund i spróbować ponownie. Zdegustowany tłum za mną zaczynał się przerzedzać. Nie obchodziło mnie to. Jeśli ktoś chciał, to mógł pójść do innego wejścia, po przeciwnej stronie budynku. Trzeba było się trochę nachodzić, ale…

Nagle drzwi stanęły otworem. Byłem zdumiony, bo jeszcze przed chwilą symbol czerwonej ręki po raz kolejny odmówił mi wstępu.

Tajemnica wyjaśniła się od razu, kiedy zdałem sobie sprawę, że to dwaj weterani otworzyli podwoje od wewnątrz. Byli z Hegemonii i chyba tego dnia wstali lewą nogą.

– Specjalista James McGill? – zapytał ten stojący najbliżej.

– To ja, wieprzu – odparłem.

Spochmurniał jeszcze bardziej. Nazwanie kogoś z Hegemonii wieprzem było obelgą, stanowiącą wstęp do niezliczonych barowych burd.

– Z Legionu Varus? – spytał.

Klepnąłem naszywkę z wilczym łbem i spojrzałem na niego jak na idiotę.

Bez dalszych ceregieli żołnierze wyciągnęli ręce, by mnie schwycić.

W tym momencie chyba powinienem się wytłumaczyć. W szeregach legionów nie było mi lekko. Członkowie innych formacji nigdy nie traktowali mnie dobrze. Prawdę mówiąc, kiedy ostatnim razem Hegemonia wysłała żandarmów do mojego domu w dystrykcie Georgia, odesłałem tych panów na wskrzeszenie. Całą trójkę.

Tę długo pielęgnowaną niechęć pogarszał jeszcze fakt, że tego dnia miałem kaca, a te parszywe drzwi doprowadziły mnie do szewskiej pasji.

Pierwszemu weteranowi złamałem rękę. Zrobiłem to odruchowo. Złapałem go za nadgarstek i szarpnąłem, wytrącając z równowagi. Uniosłem kolano i przyciskałem do niego ramię tego faceta, aż w końcu pękło. Cała ta zabawa trwała może pół sekundy.

Drugi z nich, wstrząśnięty nagłym zwrotem akcji, cofnął się i sięgnął do kabury. Ja zrobiłem to samo. Żaden z nas nie wyciągnął gnata. Zamiast tego gapiliśmy się na siebie przez jakieś dwie sekundy.

Pierwszy weteran klęczał i syczał jak wąż. Był zbyt zajęty bezwładnie zwisającą ręką, żeby skupić się na czymś innym.

– McGill? – odezwał się drugi. – Po jaką cholerę to zrobiłeś?

– Nie można cisnąć się z łapami do człowieka z Varusa. Ani grozić mu bronią, chyba że ma się ochotę na przejażdżkę przez wskrzeszarkę. A teraz, wieprzu, może zechcesz mi wyjaśnić, o co chodzi?

Wieprz głośno przełknął ślinę.

– Dostaliśmy rozkaz, żeby doprowadzić cię do gabinetu ekwity. Dlatego musiałeś czekać pod drzwiami aż do naszego przybycia.

Ekwita! Potrzebowałem chwili, by przetrawić tę myśl. Ekwita stał oczko wyżej od imperatora, takiego jak Turov. To już prawdziwa szycha. Nigdy wcześniej nawet nie widziałem żadnego na oczy. Nie dałem niczego po sobie poznać, ale byłem pod niemałym wrażeniem.

– Czy jestem aresztowany? – zapytałem.

– Nie… przynajmniej oficjalnie – odparł weteran.

– Mogę zobaczyć panów rozkazy?

Wyraźnie obawiając się o swoją rękę, mężczyzna pokazał mi stuka. Kiwnąłem głową.

– Wygląda na to, że wszystko jest jak należy – stwierdziłem. – Pan przodem.

– Tyle? Zadowolony jesteś z siebie? Czemu po prostu nie poszedłeś z nami, jak prosiliśmy?

– Ponieważ o nic nie prosiliście. Zamiast tego próbowaliście mnie chwycić.

Pogderał coś pod nosem, ale poszedł pierwszy. Podążyłem za nim na ruchome schody. Wieprz ze złamaną ręką wlókł się chwiejnie za nami.

– Wniosę zarzuty przeciwko tobie, McGill – odgrażał się.

– Już się boję – odparłem. – Nie powiedzieliście, ani kim jesteście, ani z czym przychodzicie. Jestem członkiem niezależnego legionu, a wy usiłowaliście pojmać mnie bez powodu. To się nazywa napaść, wieprzu. Poszukaj sobie w słowniku.

Zamilkł. Zastanawiałem się, czy mógłby mi strzelić w plecy. Szanowałbym go za to, jednak był raczej za cienki. Jak większość żołnierzy Hegemonii. Człowiek, który wybierał tak lekką służbę, zapewne nie łamał zasad, a już na pewno nie w Izbie Werbunkowej.

Dotarliśmy do gabinetu ekwity już bez dalszych zawirowań. Ku mojemu zaskoczeniu zastałem tam trybuna Drususa, generalnego dowódcę Legionu Varus.

– Ach, jesteś nareszcie… McGill, cholera jasna! – powitał mnie Drusus, zauważając wieprza ze złamaną ręką.

Nie przypominałem sobie, żebym Drusus wcześniej klął w mojej obecności. Pomimo swojej rangi był człowiekiem o łagodnym usposobieniu.

– Przepraszam, sir – powiedziałem i odchrząknąłem. – Zaszło nieporozumienie.

Drusus pokręcił głową.

– Dziękuję panom za odnalezienie mojego specjalisty – zwrócił się do wieprzy. – Sądzę, że powinni panowie iść po pomoc.

Weterani spojrzeli na ekwitę, który przytaknął. Potem zwinęli się, utyskując cicho.

Ekwita przyglądał mi się przez kilka sekund, składając palce w piramidkę. Nie wyglądał na kogoś z poczuciem humoru.

– Jestem ekwita Nagata – przemówił z lekkim japońskim akcentem. – Być może słyszałeś o mnie.

Co prawda nie słyszałem, ale i tak uśmiechnąłem się i kiwnąłem głową.

– To dla mnie zaszczyt pana poznać – zapewniłem.

Nagata warknął.

– McGill, jesteś brutalnym człowiekiem z legionu słynącego z brutalności. Mam rację?

– Ekhm… – wyjąkałem niepewnie. Spojrzałem na Drususa, szukając wskazówek, ale on zachowywał pokerową twarz. Postanowiłem zdać się na intuicję.

– Tak jest. Zdecydowanie ma pan rację. Jednak w przeciwnym razie nie bylibyśmy przydatni. W końcu jesteśmy wojownikami.

Nagata pokiwał głową.

– Dobrze powiedziane. Zatem dam tobie i innym buntownikom szansę się wykazać. Ale najpierw musisz mi odpowiedzieć zgodnie z prawdą na kilka pytań.

– Jasna sprawa, sir.

– Czy zabiłeś nadinspektora Xlura?

Ponownie popatrzyłem na Drususa. Teraz wydawał się trochę bledszy, choć może tylko to sobie wyobrażałem. W niczym mi nie pomagał.

– Tak jest – wyznałem. – Zabiłem go.

Nagata ponownie pokiwał głową, tym razem wolniej.

– Zechciałbyś wyjaśnić, co skłoniło cię do podjęcia tak drastycznego kroku… który może nawet sprowadzić zagładę na nasz gatunek? Zakładam, że nie poczułeś się znieważony, gdy poprosił o eskortowanie na dach?

– Nie, sir, w żadnym wypadku. Zresztą Galaktycy i tak nigdy nie okazują ludziom ani odrobiny szacunku.

– Hmmm… no tak. Rzeczywiście. Czy mógłbyś więc opowiedzieć, co zaszło?

– Otóż, sir, było to tak…

Pokrótce opisałem wydarzenia, które miały miejsce na dachu sztabu Hegemonii. Niczego nie zmieniałem ani nie ubarwiałem. Nie zdradziłem jedynie, że użyliśmy klucza Galaktyków. Zamiast tego powiedziałem, że mam wiedzę techniczną, i objaśniłem, w jaki sposób ktoś o zręcznych palcach może wykasować na stuku dane z ostatniego wskrzeszenia. I tak była to niemal szczera prawda.

Pomogła mi wizyta Turov poprzedniego wieczora. Przewidziała tę chwilę i podsunęła mi scenariusz. Był zgodny z prawdą w jakichś dziewięćdziesięciu pięciu procentach. Nie widziałem większego sensu we wciskaniu kitu. Ważniacy z Hegemonii byli może słabeuszami i tchórzami, ale na pewno nie durniami.

Gdy mówiłem, zerkałem na Drususa. Wyglądał, jakby słuchał własnej mowy pogrzebowej.

– I tak to właśnie było, sir – podsumowałem. – Nie mieliśmy wielkiego wyboru. Xlur chwilę wcześniej skazał nas wszystkich na permy, a co gorsza, mówił coś o unicestwieniu Ziemi. Podjąłem kroki, bo musiałem to zrobić.

– Takie drastyczne posunięcie… bez planu i premedytacji? I zrobiłeś to sam?

Napomknął o czymś, z czego ja nie robiłem większej afery: o udziale imperator Turov.

– Niezupełnie, sir – odpowiedziałem takim tonem, jakby ten szczegół umknął mi przypadkowo. – Pomog­ła mi Turov.

– Ach, rozumiem! A czy nie było tak, że ona rozkazała ci to zrobić? – dopytywał się Nagata, pochylając się do przodu z nieoczekiwanym zaciekawieniem.

Nagle wszystko stało się dla mnie jasne jak słońce. Chcieli dopaść Turov, a nie podrzędnego specjalistę. Pewnie gdyby chcieli, mogliby mnie posłać na permy jednym ruchem ręki nad stukiem. Możliwe jednak, że chcieli, żeby poleciała głowa kogoś ważniejszego. Osoba, którą byłbym skłonny podać na tacy, nie cieszyła się zbytnią popularnością wśród innych oficerów. Kto wie, może Turov już starała się o posadę Nagaty? Wiedziałem, że nie spocznie, dopóki nie dochrapie się stopnia samego konsula. A co potem?

– Rzeczywiście kazała mi działać – powiedziałem ostrożnie. – Ale muszę przyznać, że mogłem zrobić wiele różnych rzeczy. Ktoś inny mógłby z miejsca odebrać sobie życie, jak choćby Graves i Leeson. Ja jednak wybrałem jedyny sposób, jaki przychodził mi do głowy, żeby nas wszystkich ocalić.

Nagata potrząsnął głową, patrząc w nieokreślony punkt.

– Cóż za brawura. Cóż za ryzykanctwo. To niebywałe, że osobę taką jak ty postawiono w takiej sytuacji. Zależał od ciebie los miliardów istnień.

– I nie zawahał się ani chwili – wtrącił się Drusus. – Podjął śmiały krok i jak się okazało, była to właściwa decyzja.

Nagata nie przestawał kręcić głową.

– To szaleństwo. Powinienem wedle wszelkich praw, rozwiązać twoją formację, Drususie. Ludzie w Centrali powtarzają to od lat.

– Zamiast tego proszę zrobić z nas użytek – poradził trybun. – Dlaczego miałby pan niszczyć najtwardszą jednostkę w obliczu międzygwiezdnej wojny?

– No nie wiem, pomyślmy… Może dlatego, że to wy pomogliście rozpętać tę wojnę?! – odparł Nagata, podnosząc głos do krzyku pod koniec zdania.

– Powtarzam – odpowiedział Drusus ze spokojem – proszę, by pan nas zaangażował, ekwito. I wysłał nas tam, gdzie będziemy najbardziej użyteczni.

Nagata patrzył chwilę na Drususa, a potem powoli pokiwał głową. Jego gwałtowny atak gniewu zdawał się ustępować.

– Niech i tak będzie. Dokładnie wiem, gdzie powinienem posłać twój legion wyrzutków, Drususie. Jeszcze się nam przysłużycie… nawet jeśli ten tutaj żądny krwi specjalista ma na ten temat inne zdanie.

–5–

Tej nocy położyłem się do snu na zimnym pastonie w podziemiach pod dworcem tramwajowym. Ta część Izby Werbunkowej była zawilgła i słabo oświetlona. Większość ludzi nawet nie zdawała sobie sprawy z jej istnienia. Tramwaje dudniły i piszczały nade mną przez całą noc.

Różni członkowie tak mojej, jak i wielu innych jednostek stopniowo pojawiali się i znajdowali w pobliżu miejsce na obozowisko, ale prawie na mnie nie patrzyli.

Carlos się nie pokazał wbrew moim oczekiwaniom. Może nie chciało mu się mnie szukać. Gdy inni mnie mijali, rozpoznawałem niektórych, ale nikt nie zatrzymał się, żeby pogadać.

Widocznie fama już poszła. Specjalistę McGilla należało omijać szerokim łukiem. Narozrabiałem i wszyscy o tym wiedzieli.

Sam byłem trochę przybity. Koczowanie w podziemnych pieczarach stanowiło dość nieprzyjemną odmianę po poprzedniej nocy w drogim hotelu. O piwie mog­łem zapomnieć, a z jedzeniem też było kiepsko. Gdy już się tam zameldowaliśmy, nie było nam wolno wrócić do samej Izby Werbunkowej, w której moglibyśmy chociaż kupić hamburgera. Powiedziano nam, że wyruszamy o świcie i że najlepiej będzie, jeśli zamkniemy jadaczki i pozostaniemy w gotowości.

Gdy w końcu zawitał do mnie ktoś znajomy, było już późno. Chrapałem smacznie, jak większość żołnierzy.

Kopniak w żebra ostrzegł mnie, że nie jestem sam. Zerwałem się na nogi i spojrzałem na napastnika.

– Czyżbyś miał focha, McGill? – zapytał weteran Harris. Wyglądał na rozbawionego i trzymał ręce zaciśnięte w pięści na biodrach. Pomimo niefrasobliwego tonu patrzył na mnie czujnie i z powagą. Nie był ze mnie zadowolony. Jak zwykle zresztą.

Weteran Harris był czarnoskórym olbrzymem, wrednym jak diabli, a przy tym doświadczonym żołnierzem i najwyższym rangą podoficerem w mojej jednostce. Jakoś nigdy nie przywykł do mojego stylu.

– O, to pan, weteranie – powiedziałem. – Przyszedł pan utulić mnie do snu?

– Żebyś wiedział. Ja i moi koledzy mamy z tobą do pogadania.

Obejrzałem się przez ramię. Faktycznie, stali za mną jeszcze trzej weterani, krzyżujący ramiona na piersiach. Wszyscy mieli naszywki Varusa. Na ich widok serce mi trochę zamarło. Tym razem nie mogłem się wykręcić, że nie jestem ich podkomendnym. Byli z mojej formacji i mieli wszelkie prawo wydawać mi rozkazy.

– O co chodzi, weteranie? – zapytałem nonszalancko, choć już domyśliłem się odpowiedzi.

Między Harrisem a mną wiecznie dochodziło do konfliktów. Co więcej, kilka razy zdarzyło mu się mnie zabić, a ja odpłacałem mu pięknym za nadobne na swój niepowtarzalny sposób. Kiedy obaj stawialiśmy czoła prawdziwemu wrogowi, zawsze walczyliśmy ramię w ramię, ale po godzinach… cóż, nie mogliśmy się dogadać.

– Chcemy, żebyś zrezygnował z awansu na kandydata – oznajmił Harris bez ogródek.

– Czemu miałbym to zrobić, weteranie?

– Ponieważ uważamy, że jeszcze nie jesteś gotowy na taką odpowiedzialność.

– Z całym szacunkiem ośmielę się nie zgodzić – odparłem.

Wówczas jeden z facetów stojących za mną przywalił mi w lewą nerkę. Nie walił z całej siły, ale na tyle mocno, żeby ostro mnie zabolało. To mnie już lekko wkurwiło.

Stęknąłem, ale zdołałem ustać na nogach. Nawet się nie obróciłem.

– Chce pan to zrobić teraz? – zapytałem Harrisa.

Przez twarz weterana przemknął wyraz zakłopotania.

– Niby co? – zapytał.

– Test. Próbę. Czy jaką tam szopkę wymyśliliście, żeby zdecydować, czy ktoś się nadaje na weterana.

Mówiąc to, wyprężyłem się na baczność i założyłem ręce z tyłu.

– Pomyślałem, że może atak od tyłu to część waszych otrzęsin – dodałem.

Sięgnąłem ukradkiem do tylnej kieszeni i wyciąg­nąłem nóż. Nie pokazywałem im go. W podziemiach nie panowały może egipskie ciemności, ale niewiele do tego brakowało. Jedynie nieliczne latarnie oświetlały moją twarz.

– Chyba nie rozumiesz, o czym mowa, McGill – stwierdził Harris.

Trzymając ręce z tyłu, skierowałem ostrze w stronę mężczyzn czających się za mną. Uśmiechnąłem się do Harrisa.

– Może i tak – przyznałem. – Ale jestem gotowy i przyjmę pana najlepszy cios, trzymając ręce za plecami. Co pan na to?

Harris zbliżył się do mnie.

– Czyżbyś mi groził, specjalisto? Bo odnoszę takie wrażenie – warknął.

– Ależ nie, weteranie. Po prostu nic z tego nie rozumiem. Może zechcecie to wyjaśnić, drogie panie?

Ostatnie zdanie rzuciłem przez ramię w stronę facetów stojących za mną. W odpowiedzi jeden z nich znowu mnie rąbnął, dla odmiany w prawą nerkę. Tym razem walnął mocniej, co nie skończyło się dla niego zbyt dobrze.

Sporo ryzykowałem. Przykładowo, tym razem mog­łem dostać w inne miejsce, jednak przewidziałem, że tak nie będzie. Gościa widocznie fascynowało bicie po nerach. Mógł znowu rąbnąć w lewą, ale domyśliłem się, że będzie wolał prawą, skoro nie zdołał mnie powalić poprzednim razem.

Kiedy przyjąłem drugi cios w plecy, usłyszałem dziwaczny pisk.

– Johnson, do cholery, co z tobą?! – zapytał gniewnie Harris.

– Nie mam palców… dwóch!

Harris spojrzał mi w oczy i pokiwał głową z powagą. Nadal trzymałem się na nogach, a nóż za moimi plecami ociekał krwią – na szczęście nie moją.

– Nie jesteśmy wieprzami – powiedział Harris groźnym tonem. – Tylko twoimi przełożonymi.

– Wiem, weteranie – odparłem. – Dlatego wciąż jeszcze was nie powaliłem.

Harris zdegustowany uniósł ręce.

– Dobra, niech ci będzie! – zawołał. – Chcesz spróbować szczęścia, co? Nie wiem, po co marnowałem czas i siły, żeby cokolwiek ci wytłumaczyć. Jestem chyba jakimś durniem o gołębim sercu. Przyszedłem tutaj, próbując dać ci przyjacielską przestrogę. Chciałem postąpić uczciwie wobec człowieka, z którym stoczyłem tyle bitew. Ale do ciebie nie dociera, że tu nie chodzi o twoje zdolności bojowe, McGill. Wszyscy wiemy, że umiesz się bić. Po prostu nie wydaje nam się, że jesteś gotowy prowadzić ludzi do walki. Jako weterani Varusa mamy powinność zgłaszać takie wątpliwości. Czy wyraziłem się jasno?

– Jasno i klarownie, weteranie – zapewniłem.

Harris westchnął i skrył się w mroku. Usłyszałem jeszcze, jak mówi:

– Pozbieraj te paluchy, Johnson. I przestań się mazać!

Kiedy odeszli, ułożyłem się z powrotem na twardym, zimnym podłożu, używając plecaka jako poduszki. Zamknąłem oczy, skrzyżowałem ramiona i udawałem, że znowu śpię.

Jednak tak naprawdę wcale nie zmorzył mnie sen. Nie mogłem przestać myśleć o tej próbie i o tym, co może się z nią wiązać. Miałem przeczucie, że nie będzie to test wielokrotnego wyboru i dobrotliwa rundka siłowania na rękę.

Mimo to byłem jeszcze bardziej zdeterminowany niż kiedykolwiek, żeby przez to przejść. Możecie mówić, że to moja wada, ale kiedy ktoś mówi, że się do czegoś nie nadaję, tym mocniej się przy tym upieram. Po prostu musiałem im pokazać, że się pomylili.

[1] Cytat z dramatu Juliusz Cezar Williama Szekspira w przekładzie Leona Ulricha. (przyp. tłum.)

Koniec darmowego fragmentu