Kwant (3). Kwantowy atak - Tom Clancy - ebook

Kwant (3). Kwantowy atak ebook

Tom Clancy

5,0

Opis

[PK]

 

Net Froce - doborowy oddział FBI do walki z przestępczością internetową pod wodzą Alexa Michaelsa musi stawić czoło groźnej grupie przestępczej działającej na Bliskim Wschodzie. Jest rok 2011. W pobliżu granicy między Indiami a Pakistanem terroryści wysadzają pociąg, przewożący podzespoły służące do produkcji oprzyrządowania reaktorów atomowych. W jaki sposób się dowiedzieli o transporcie cennego ładunku? Jak weszli w posiadania informacji o dokładnej lokalizacji cennej przesyłki? A może udało się im dotrzeć do nich poprzez sieć, łamiąc szyfr teoretycznie nie do złamania? 

 

Cykl: Kwant, t. 3 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Ostrołęce
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 426

Rok wydania: 2012

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



rom cinncv

przy współpracy Steve’a Pieczenika

KWANTOWY ATAK

przełożył Andrzej Zieliński

ram

przy współpracy Steve’a Pieczenika

| buchmann

pocket

Warszawa 2012

Tytuł oryginału: NET FORCE™: Knight Moves

Copyright © 2000 by Netco Partners NET FORCE is trademark of Netco Partners, a partnership of Big Entertainment, Inc., and CP Group

Polish edition copyright © Buchmann Sp. z o.o., Warsaw, 2012

Copyright © for the Polish translation by Andrzej Zieliński

Projekt okładki: Krzysztof Kielbasiński Korekta: Dorota Wojciechowska Skład: TYPO 2

Wydawca: Buchmann Sp. z o.o. ul. Wiktorska 65/14,02-587 Warszawa Tel./fax 22 6310742

www.buchmann.pl

Wydanie I

Druk i oprawa:

www.cpi-mornvia.com

Podziękowania

Pragniemy gorąco podziękować Steve’owi Perryemu za jego inspirujące pomysły, jakże przydatne podczas przygotowywania maszynopisu. Pragniemy również podziękować następującym osobom: Martinowi G. Greenbergowi, Larryemu Segriffowi, Denise Uttle, Johnowi Helfersowi, Robertowi Youdelmanowi, Esq., Richardowi Hellerowi, Esq. i Tomowi Mallonowi, Esq.; Mitchell Rubinstein i Laurie Silvers z BIG Entertainment; cudownym ludziom z Penguin Putnam Inc., a zwłaszcza Phyllis Grann, Davido-wi Shanksowi i Tomowi Colganowi; naszym producentom mini-serialu ABC, Gilowi Catesowi i Dennisowi Doty; reżyserowi i scenarzyście Robowi Libermanowi i wszystkim wspaniałym ludziom z ABC. Jak zawsze, pragniemy podziękować Robertowi Gottliebowi z agencji Williama Morrisa, naszemu przyjacielowi i agentowi, bez którego ta książka nigdy nie ujrzałaby światła dziennego, oraz Jenyemu Katzmanowi, wiceprzewodniczącemu agencji Williama Morrisa i jego kolegom z telewizji. Ale, co najważniejsze, to ty, Czytelniku, rozstrzygniesz, czy nasze przedsięwzięcie zakończy się sukcesem.

Historia miecza jest historią ludzkości.

Richard Burton

Zakładanie okularów nauki w nadziei na znalezienie odpowiedzi na wszystkie pytania świadczy o wewnętrznej ślepocie.

J. Frank Dobie

NAD IMPERIUM BRYTYJSKIM SŁOŃCE NIGDY NIE ZACHODZI

Prolog

Piątek, 1 kwietnia 2011 roku, godzina 02.15 okolice Sahiwal w Pakistanie

Nawet teraz, w środku nocy, temperatura przekraczała trzydzieści stopni Celsjusza. Wilgotność powietrza była tak duża, że pot nie mógł wyparowywać; nasiąkały nim czarne mundury, które mieli na sobie mężczyźni. Był dopiero kwiecień, a tu, w Pendża-bie, padi już kolejny rekord temperatury: czterdzieści pięć stopni. Na jutro zapowiedziano podobny upał. Uff.

Trzej mężczyźni w przesiąkniętych potem czarnych mundurach potowych czekali, leżąc za karłowatymi krzakami, kilka metrów od torów kolejowych.

Z oddali dobiegł gwizd lokomotywy, sygnalizujący zbliżanie się pociągu.

- Już niedługo - powiedział Bhattacharya. Był tak gruby, że pozostali nazywali go czasem Ganeśą, ale tylko kiedy nie mógł ich usłyszeć. Bhattacharya, chociaż otyły, łatwo wpadał w gniew,

szybko się porusza! i biada temu, kto mu się narazi!. Jeszcze dwa lata temu by! pułkownikiem. Ale pewnego dnia, na przyjęciu w Panipat, pchnął nożem innego oficera, który go obraził. Szczęśliwym trafem na miejscu był lekarz i tylko dzięki temu grubas uniknął oskarżenia o zabójstwo. Zdegradowano go, aresztowano i dano do wyboru: więzienie albo przeniesienie do Jednostki Specjalnej.

Jednostka Specjalna, podobnie jak inne tajne formacje na całym świecie, oficjalnie nie istniała. Żaden z mężczyzn, którzy w niej służyli, nie był wyposażony w broń i sprzęt regularnej armii. Mieli kałasznikowy wyprodukowane w Chinach, niemieckie pistolety i japońskie noże. Ich sprzęt łącznościowy pochodził z Nowej Zelandii, buty z Indonezji, mundury z Australii. Żaden nie miał przy sobie niczego, co pozwalałoby na identyfikację, a już na pewno nie jako indyjskiego żołnierza. A podczas akcji żadnemu z nich nie wolno było dać się wziąć żywcem. Gdyby pojawiła się taka groźba, oczekiwano po nich, że sami pozbawią się życia, za pomocą broni palnej lub noża. Nie było to zresztą takim bohaterstwem, jak mogłoby się wydawać. Każdy, kto nie spełniłby tego obowiązku i tak wkrótce by nie żył. Przed wyruszeniem na akcję wszyscy zażywali powolnie działającą truciznę. Kiedy wracali po wykonaniu zadania, otrzymywali antidotum i przez kilka dni czuli się, jakby złapali grypę. Jeśli ktoś z jakiegoś powodu nie wrócił, musial umrzeć, konając długo i w takich cierpieniach, że samobójstwo wydawało się przy nich piknikiem w parku. Członkowie grupy wiedzieli, że jeśli przyjdzie co do czego, lepiej skończyć ze sobą szybko i bezboleśnie.

Kiedy w Indiach trzeba było załatwić pewne wyjątkowe sprawy wojskowe, wzywało się do tego Jednostkę Specjalną. Prawie wszystkie kraje mają takie formacje, ale większość zdecydowanie temu zaprzecza.

Ta misja też miała charakter specjalny. Wypad na terytorium Pakistanu w celu przeprowadzenia tajnej operacji był co najmniej

ryzykowny. Pakistańczycy mieli się na baczności, co w obecnej sytuacji politycznej było zupełnie zrozumiałe.

Obok Ganeśi leżał Rahman, czterdziestolatek, pochodzący z Delhi, nienależący do żadnej konkretnej kasty. Wysoki i szczupły, był przeciwieństwem Bhattacharii. Rahman znal ten region Pakistanu, ponieważ służył kiedyś w indyjskich Granicznych Silach Bezpieczeństwa - formacji, która stała twarzą w twarz naprzeciw pakistańskich rangersów, po drugiej stronie zasieków z drutu kolczastego, na punkcie granicznym Wagah. Co wieczór obie strony odprawiały tam stylizowany rytuał agresji, pobrzękując szabelką podczas opuszczania flag przy dźwiękach trąbek. Tłumy ściągały z całej okolicy, żeby oglądać ten spektakl, zagrzewając swoich okrzykami, jakby to był mecz piłki nożnej.

Trzecim mężczyzną był Harbhajan Singh i oczywiście wołano na niego Sikh. Wśród sikhów imię Singh było bardzo popularne, ale Harbhajan Singh otrzymał swoje na cześć słynnego żołnierza, który w latach 60. osiągnął stan moksza - wyzwolenie pierwiastka duchowego z materii - podczas patrolowania granicy z Chinami w rejonie NathuLa. Po tamtym Singhu odnaleziono tylko gogle przeciwsłoneczne, hełm i karabin. Do dziś duch Singha patroluje podobno tamten rejon; Chińczycy często widywalili go, jak stał na szczycie góry lub szedł po powierzchni strumienia. Armia przez długi czas nie chciała uwierzyć w tę historię, aż kiedyś pewien generał, wizytujący tamten rejon, okazał duchowi brak szacunku i szybko został za to ukarany: zginął w katastrofie śmigłowca w drodze powrotnej do domu. Od tamtego czasu kolejni dowódcy rejonu raz do roku wysyłali tam swe samochody, oferując udającemu się na doroczny urlop duchowi podwiezienie do stacji kolejowej. Duch miał też zawsze zarezerwowane miejsce w pociągu. Dla kierowców mu-sialy to być interesujące wyprawy, chociaż żaden z nich nigdy nie chwalił się, że widział Singha w swoim samochodzie czy w pociągu.

Wszystko to było bardzo fascynujące, ale w niczym nie poprawiało samopoczucia brodatego Singha, pocącego się pod turbanem w tę upalną noc. Wprawdzie jego pradziad mieszkał koło La-hauru, zaledwie kilkanaście kilometrów na północ od miejsca, w którym się teraz znajdowali, jednak Singh większość życia spędził w Madrasie nad Zatoką Bengalską i choć tam było gorąco przez cały rok, to przynajmniej wiatr od morza przynosił jakąś ulgę. Prawda, mieszkał też przez kilka lat w Kalkucie, gdzie było goręcej niż w Madrasie, ale nawet Kalkuta nie była takim piecem jak Pendżab. Mówiło się o tym regionie, że jest najgorętszym miejscem na Ziemi. Wierzył w to bez zastrzeżeń.

- Nadjeżdża - sapnął Bhattacharya. - Widzicie światło?

Singh i Rahman skinęli głowami, mrucząc coś na potwierdzenie.

Wzdłuż torów pozostali członkowie Jednostki Specjalnej szykowali się do ataku. Było ich sześćdziesięciu i część z nich najprawdopodobniej zginie podczas tej akcji, ale oprócz kolegów nie mieli nikogo, kto by ich potem żałował. Ci, którzy wstępowali do Jednostki, nie mieli rodzin i nie utrzymywali żadnych więzi ze światem. Jakby wcale nie istnieli.

Znów rozległ się gwizd lokomotywy, tym razem bliżej. Singh zacisnął ręce na swym kałasznikowie i odetchnął głęboko rozpalonym, cuchnącym powietrzem nocy. Nie był zbyt religijnym si-khiem, i to już od wielu lat, ale i tak kilka razy przywołał imię boga. W końcu nie mogło to przecież zaszkodzić.

Zobaczyli nadjeżdżający pociąg. Natomiast maszynista nie mógł zauważyć żelaznych sztab przyspawanych do szyn w miejscu, w którym tory skręcały nieco w lewo. Ich zadaniem było wykolejenie pociągu. Pociąg specjalny z Multanu do Lahaur czekał nieplanowany i bardzo gwałtowny przystanek.

Singh wstrzymał oddech, kiedy lokomotywa najechała na sztaby. Rozległ się głośny huk i jęk protestującego metalu, lokomotywa wypadła z szyn i zaryła się w ziemię, wyrzucając w górę fontan-

ny piachu. Metal znów zazgrzytał, kiedy lokomotywa przewróciła się na bok i sunęła dalej. Pierwszych pięć wagonów też wypadło z szyn, jakby pociąg był dziecinną zabawką. Noc wypełniła się zgrzytem metalu i wielkimi kłębami dymu oraz kurzu.

Singh poderwał się, biegł w kierunku pociągu, który jeszcze sunął do przodu. Kilka wagonów pozostało na szynach; jeden z nich, kryty wagon towarowy, zatrzymał się naprzeciw Singha. Drzwi się otworzyły i ze środka wyskoczyło pięciu pakistańskich rangersów. Singh otworzył ogień, wodząc lufą z lewa na prawo. Obok niego odezwała się broń Rahmana i Ganeśi. Pakistańczycy padli, skoszeni gradem pocisków.

Macie pecha, patałachy, może następnym razem wam się poszczęści.

Rozległy się kolejne strzały, ciemności nocy rozświetliły płomienie wylotowe i eksplodujące granaty. Oślepiającym blaskiem rozkwitły granaty fosforowe i czerwone race.

Pakistańskich żołnierzy było tyle samo co napastników, ale ludzie z Jednostki Specjalnej mieli po swojej stronie element zaskoczenia i wykolejony pociąg. Po chwili wszystko się skończyło. Kilku rannych krzyczało z bólu, ale strzały szybko ich uciszyły. Singh, Bhattacharya i Rahman zgodnie z planem ruszyli do wagonu towarowego. Stal pusty, ale nie miało to znaczenia. Podłożyli ładunki wybuchowe i uaktywnili zapalniki czasowe.

- Znikamy stąd! - rzucił Rahman. - Szybko!

Całą trójką dołączyli do pozostałych żołnierzy Jednostki Specjalnej, biegiem oddalających się od wraku pociągu. Mieli tylko kilka sekund na to, żeby znaleźć się w bezpiecznej odległości. Zapalniki czasowe zostały nastawione tak, żeby nikt nie zdążył rozbroić podłożonych ładunków wybuchowych, jeśli w ogóle ktoś tam jeszcze pozostał przy życiu.

Z lewej strony dobiegł odgłos strzału. Singh odwrócił się i zaczął strzelać krótkimi, trzystrzalowymi seriami ze swego kałasznikowa w miejsce, w którym dostrzegł płomień wylotowy, dopóki

nie usłyszał krzyku bólu. Jeden z Pakistańczyków, jak się okazało, udawał trupa. No, teraz już nie musial udawać. Ale ostatni pocisk Pakistańczyka dosięgnął celu. Bhattacharya upadl. Singh zatrzymał się gwałtownie, natomiast Rahman biegł dalej. Grubas został trafiony w pierś. Jego mundur był już przesiąknięty krwią. Bhattacharya spojrzał na Singha.

- Koniec ze mną - powiedział. - Pomóż mi, Sikh.

Sikh skinął głową, przystawił lufę kałasznikowa do głowy grubasa i ściągnął spust, oddając pojedynczy strzał. Ciało Bhattacha-rii wyprężyło się na chwilę, po czym zwiotczało.

Nie było czasu na modlitwę za zmarłego. Singh pobiegł dalej. Kilka sekund później gorącą, wilgotną noc rozdarły jaskrawe błyski i odgłosy eksplozji, z pewnością widoczne w promieniu paru kilometrów, jeśli ktoś akurat patrzył w tamtą stronę.

W pewnym sensie fala uderzeniowa, towarzysząca tym eksplozjom, przetoczyła się przez cały świat.

Piątek, 1 kwietnia Hampton Court, Anglia

Posiadłość, której pierwszym królewskim mieszkańcem został Henryk VIII, była ogromna. Same kamienne budynki zajmowały dwa i pól hektara, a trawniki i ogrody dziesięć razy tyle. Całość otaczał mur. Sale były wielkie, z wysokimi oknami, a w kilku znajdowały się kamienne kominki tak duże, że mieścił się w nich wyprostowany człowiek. Większość pomieszczeń pozostała pusta. Z sufitów zwieszały się barokowe żyrandole, a ściany ozdabiały wielkie, stare obrazy. W kilku salach stały monstrualne łoża z baldachimami, w innych stoły i krzesła. Tę część posiadłości nazywano Apartamentami Królewskimi. W połowie lat 80. strawił ją pożar, ale odrestaurowano ją, przywracając apartamentom wygląd, jaki zapewne miały w XVIII wieku.

Alex Michaels rozglądał się z szacunkiem. Trudno było sobie wyobrazić, że kiedyś ktoś naprawdę mieszkał w takim miejscu.

Za wejście do pałacu musieli zapłacić po piętnaście euro.

Przyjechali metrem z Londynu, przeszli przez Tamizę mostem Hampton Court i dotarli do głównego wejścia. Michaels sporo podróżował, od kiedy został dyrektorem Net Force, samodzielnej jednostki FBI, ale dotychczas jakoś nigdy nie dotarł do Anglii. On i Toni postanowili zostać tu jeszcze prywatnie po tygodniu obrad Międzynarodowej Konferencji w sprawie Przestępczości Komputerowej. Potrzebowali kilku dni wolnego; przez ostatnie parę tygodni jakoś nie bardzo im się układało w życiu prywatnym.

I oto byli tutaj, w wielkiej rezydencji królów, ale cały ten ogrom pałacu Hampton Court nie był w stanie stłumić gniewu, od którego aż gotowała się Toni Fiorella. Michaels spodziewał się, że Toni lada chwila eksploduje. Nie byli małżeństwem, ale i tak wydawało się, że ich miodowy miesiąc szybko dobiega końca, chociaż Michaels bynajmniej tego nie chciał.

Piętnaście euro to spora suma za kilkugodzinny spacer po zatęchłych pałacowych wnętrzach. Gdyby nie kalkulator, wbudowany w elektronicznego virgila, który miał przy pasku, Michaels nie potrafiłby obliczyć, ile to jest w dolarach. Mnożenie ułamków nie było jego ulubionym sposobem spędzania wolnego czasu.

Zwrócił uwagę Toni na laserowy promień, który, podobnie jak liny z aksamitu, miał powstrzymywać turystów przed siadaniem na antycznych krzesłach.

- Zrób krok w tę stronę, a założę się, że zawyją syreny alarmowe - powiedział.

Toni nie zareagowała.

Boże, co ja znowu zrobiłem?

- Wszystko w porządku?

- Nic mi nie jest.

Michaels odetchnął głęboko, powoli. Ruszyli dalej. Pod obrazem przedstawiającym jakąś brzydką parę i dwa znacznie lepiej prezentujące się psy człowiek w kostiumie z epoki, wyglądający jak dworzanin Henryka, objaśnia! grupie turystów sens malowidła.

Mówił z akcentem charakterystycznym dla angielskich wyższych sfer, o czym Michaels zdążył się już dowiedzieć.

Alex miał już za sobą małżeństwo i rozwód, zanim on i Toni zostali kochankami. Wiedział, że jeśli kobieta mówi „nic mi nie jest” takim tonem, jak przed chwilą Toni, znac2y to, że coś jej jest, i to bardzo. Zycie nauczyło go, że nie należy drążyć tematu, chyba że naprawdę gotów był usłyszeć, co jest nie w porządku; czasem bywało w takich sytuacjach bardzo głośno, jakby człowiek stał przy baterii głośników na koncercie zespołu rockowego- Twój Mózg Na Prochach. Czy Toni zacznie na niego krzyczeć tu, w Wielkiej Sali? Czy też zaczeka, aż znajdą się w mniejszych komnatach Tudorów, w których kardynał Wolsey snuł kiedyś swoje intrygi? Alex był przekonany, że gdyby się odważył dotknąć Toni w tej chwili, na pewno poparzyłby sobie palce. Wkurzyła się jak diabli, a on był pewien, że to przez niego.

Dlaczego życie nie może być proste? Dwoje ludzi się kocha, są razem i szczęśliwie dożywają sędziwego wieku?

Pewnie tak samo myślała Anna Boleyn, kiedy się spiknęla z tym grubym facetem, nie sądzisz? - spytał go wewnętrzny głos. Powiedział swemu wewnętrznemu głosowi, żeby się zamknął.

Milczała, dopóki nie znaleźli się na zewnątrz i nie ruszyli przez mokry trawnik w kierunku Ogrodów Północnych i wypielęgnowanego labiryntu z żywopłotu. Spoglądał na nią spod oka, podziwiając prężny chód, piękną twarz i smukłą figurę. Była jego zastępczynią, od kiedy przeszedł do Net Force, i bardzo dobrze wykonywała swoją pracę. Była też młodsza od niego o dobre dziesięć lat. Inteligentna, twarda, urocza wioska dziewczyna z Bro-nxu, adeptka indonezyjskiej sztuki walki pentjak silat.

Uczyła go tej sztuki i robił niezte postępy, jednak gdyby przyszło co do czego, a ona byłaby naprawdę rozgniewana, zamiotłaby nim podłogę i nawet się przy tym nie spociła. Dziwna była świadomość, że kobieta, którą kochał, mogłaby mu dokopać, gdyby naszła ją ochota.

Kiedy się odezwała, cicho, spokojnie, w jej glosie nie było ani śladu gniewu.

- Dlaczego na konferencję w sprawie przestępczości zorganizowanej wysłałeś do Kabulu Marshalla?

Michaels znów głęboko zaczerpnął powietrza. Dlaczego nie ją tam wysiał? Bo Afganistan nie był miejscem, w którym chętnie widziałby Toni. To zacofany kraj, w którym kobiety należały do istot czwartej kategorii, po mężczyznach, chłopcach i koniach, gdzie często dochodziło do terrorystycznych ataków na cudzoziemców, zwłaszcza na Amerykanów. Nie chciał jej narażać. Nie mógł jej o tym powiedzieć.

- Marshall chciał tam polecieć. Wydawało mi się, że ty nie miałaś ochoty.

- Rzeczywiście, niespecjalnie mi na tym zależało.

- No więc nie musiałaś. Żaden problem, prawda?

Mówiąc to, nie wierzył, że sprawa jest zakończona.

- To była moja kolej. Ja powinnam polecieć.

- Ale przecież przed chwilą powiedziałaś, że wcale ci na tym nie zależało.

Stanęła i wbiła w niego wzrok. Boże, jakże była piękna, nawet kiedy się na niego wściekała. A może zwłaszcza wtedy.

- Nie o to chodzi. To była moja kolej i powinieneś byl mnie wysłać, czy chcialam tego, czy nie. Dlaczego tego nie zrobiłeś?

Michaels miał całkiem dobrą pamięć, co jest niezbędne, kiedy człowiek musi się uciekać do wykrętów, ale i tak nie potrafił kłamać. Jasne, stać go było oczywiście na powiedzenie kobiecie, że ma ładną fryzurę, chociaż była okropna. Potrafiłtgżhez slęwa, tyl-

ko uśmiechem i skinieniem głowy skwitować zły gust przełożonego w kwestii ubrań, ale poza niewinnymi kłamstewkami, żeby nie ranić czyichś uczuć, mówienie nieprawdy nie leżało w jego naturze. Teraz tylko pokręcił głową i zdecydował się powiedzieć prawdę.

- Bo nie chciałem cię wysyłać gdzieś, gdzie groziłoby ci niebezpieczeństwo.

- Tak też myślałam. - Ruszyła dalej.

Pośpieszył za nią.

- Hej, Toni, przecież cię kocham. Co w tym złego, że nie chcę, żeby ci się coś stało?

- Taka postawa jest w porządku u mojego kochanka. Byłabym nieszczęśliwa, gdybyś myślał inaczej. Ale u kolegi ze służby wywiadowczej nie jest w porządku. Dobrze wiesz, że potrafię się o siebie zatroszczyć.

- Wiem - przyznał.

Parę razy był świadkiem, kiedy demonstrowała swe umiejętności. W walce wręcz była lepsza od niego, ale przecież nie była żadną superwoman...

- Chciałabym, żebyś mnie traktował tak samo jak chłopaków. Uśmiechnął się.

- Musiałbym udawać. Nie potrafię na ciebie patrzeć w taki sposób, a gdybym potrafił, hm... nie zainteresowałbym się tobą. Ja lubię dziewczyny, a zwłaszcza ciebie.

Uśmiechnęła się w odpowiedzi, słabo, ale jednak. Pomyślał, że może nie jest na niego aż tak strasznie wkurzona.

- Mam na myśli sprawy zawodowe. Bardzo pragnę, żebyś mnie traktował jak kobietę, ale po służbie.

-    Rozumiem.

-    Mam nadzieję, że rzeczywiście rozumiesz. Chcę, żebyś mnie trzymał za rękę, kiedy spacerujemy w świetle księżyca, ale nie w pracy. Alex, musisz oddzielić nasze życie prywatne od spraw służbowych.

- W porządku, postaram się. Następnym razem, kiedy będzie twoja kolej, polecisz, nawet jeśli to będzie Antarktyda.

Tym razem jej uśmiech nie byl już taki mizerny.

- Doskonale. Myślisz, że uda nam się znaleźć tu gdzieś czekoladę?

Roześmieli się oboje, a on poczuł wielką ulgę. Żadne z nich nie było przedtem w Anglii i jedną z pierwszych rzeczy, jakie rzuciły im się w oczy zaraz po przybyciu, były automaty z cukierkami czekoladowymi, poustawiane dosłownie wszędzie, w sklepach, na dworcach, nawet w pubach. Zabawiali się, które z nich dostrzeże następny taki automat. Oboje podejrzewali, że zanim wrócą do Stanów, przytyją po kilkanaście kilogramów i będą wyglądać jak pączki.

Jego virgil odegrał Fanfary dla zwykłego człowieka Aarona Coplanda, sygnalizujące przychodzącą rozmowę. Odpiął aparat od paska, spojrzał na wyświetlacz i zorientował się, że dzwonią z biura dyrektora FBI.

- Fajna muzyczka - powiedziała Toni, machając rękami, jakby dyrygowała orkiestrą.

- To na pewno sprawka Jaya. Zakradł się do mojego gabinetu i znów przeprogramował sygnał. I tak jest lepiej niż ostatnim razem, kiedy ustawił mi Złego do szpiku kości George’a Thorogooda.

- Tra ra ra ra bum! - zanuciła Toni.

- Wszyscy, z którymi przychodzi mi pracować, mają spaczone poczucie humoru - mruknął. - Alex Michaels, słucham.

- Łączę z panią dyrektor - powiedziała sekretarka.

Toni spojrzała na niego pytająco. Zakrył dłonią virgil i szepnął:

- Szefowa.

- Jaka szkoda, że Walt Carver miał ten zawal - powiedziała Toni.

- A ja myślę, że w sumie jest zadowolony. Wreszcie ma powód, żeby przejść na emeryturę i zająć się wędkowaniem. To dopiero miesiąc, powinniśmy dać jej szansę...

- Dyrektorze, tu Melissa Allison. Przykro mi, że przerywam panu urlop, ale mamy tu do czynienia z sytuacją, z którą powinien pan się zapoznać.

Na wyświetlaczu ciekłokrystalicznym virgila pojawiła się jej twarz, więc i Alex przeszedł na tryb wideo i trzymał aparat tak, żeby w rogu ekranu widzieć ikonę własnej twarzy.

Allison miała czterdzieści sześć lat, była ruda, a jej glos i zachowanie charakteryzowały się chłodem graniczącym z oziębłością. Nominację dostała z klucza politycznego, jako prawnik nie miała żadnego doświadczenia w sprawach FBI, ale za to dysponowała encyklopedyczną wiedzą na temat mnóstwa ciemnych sprawek w świecie polityki. Krążyła plotka, że kilku wpływowych kongres-manów skutecznie nalegało na prezydenta, żeby powierzył jej stanowisko dyrektora FBI, zwolnione przez Walta Carvera, który przeszedł niewielki zawał serca. Liczyli na to, że Allison będzie trzymała buzię na kłódkę w sprawach, których lepiej nie ruszać. Michaels nie miał z nią dotąd wiele do czynienia.

- Słucham.

- Kilka godzin temu niezidentyfikowany oddział wojska zaatakował pakistański pociąg w pobliżu granicy z Indiami. Napastnicy zabili kilkunastu żołnierzy ochrony i wysadzili jeden z wagonów w powietrze. Przewoził on supertajny ładunek: podzespoły elektroniczne, które miały być wykorzystane w pakistańskim programie atomowym.

- Myślałem, że Indie i Pakistan podpisały układ o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej.

- Podpisały, ale żadna ze stron nie przywiązuje do niego większej wagi. Rząd Pakistanu jest przekonany, że atak terroiystycz-ny przeprowadziła jednostka specjalna armii indyjskiej.

- Mają na to jakieś dowody?

- Nie na tyle, żeby rozpoczynać wojnę, przynajmniej na razie, ale usilnie szukają.

Michaels spojrzał na maleńki wizerunek twarzy Melissy Allison.

- Z całym szacunkiem, pani dyrektor, ale co my mamy z tym wspólnego? Czy to nie robota dla CIA?

- Pracują już nad tym, ale jeśli można wierzyć im i Pakistańczykom, nie istniała żadna możliwość, żeby ktokolwiek niepowołany wiedział o tym pociągu i ładunku, jaki przewoził. Terroryści mieli najwyraźniej mnóstwo czasu na zorganizowanie zasadzki, a tymczasem Pakistańczycy upierają się, że to wykluczone, by przeciek nastąpił u nich.

- Więc nie mają racji - powiedział Michaels.

- Pakistański oficer łącznikowy w CIA twierdzi, że tylko czterech ludzi wiedziało o tym ładunku i znało jego trasę. Skrzynie były nieoznakowane, ludzie, którzy je ładowali, nie wiedzieli, co znajduje się w środku, obsługa pociągu nie wiedziała, co przewozi.

- A może to po prostu zbieg okoliczności? Może terroryści przypadkiem zaatakowali właśnie ten pociąg?

- W ciągu dwudziestu czterech godzin przed napadem przejechało tamtędy dziewiętnaście pociągów. Zniszczony został dwudziesty -jedyny, którym przewożono podzespoły o znaczeniu strategicznym.

- Więc jednak musiał być przeciek.

- Pakistańczycy mówią, że to niemożliwe. Nikt nie miał szansy powiedzenia czegokolwiek. Kiedy operacja się rozpoczęła, trzech z tej czwórki, która znała szczegóły, było razem, a czwarty - przypadkiem jest to szef ich tajnej policji - dopiero godzinę przed atakiem rozszyfrował wiadomość informującą go o wysyłce. Miał awarię komputera. Nawet gdyby chciał kogoś powiadomić, nie miałby na to czasu.

- Więc ktoś przechwycił tę wiadomość i złamał szyfr - stwierdził Michaels.

- I dlatego nas to interesuje - powiedziała Allison. - Problem w tym, że szyfr był nie do złamania, oparty na czynnikach, pierwszych liczby złożonej z setek cyfr. Według speców od kryptografii z CIA supercray pracujący pełną parą potrzebowałby około miliona lat na złamanie tego szyfru.

Cudownie, pomyślał Michaels.

- Każę się tym zająć moim ludziom - powiedział.

- Dobrze. Proszę mnie informować na bieżąco.

Jej twarz znikła z ekranu, kiedy Allison przerwała połączenie. Toni, która przysłuchiwała się rozmowie, pokręciła głową.

- Niemożliwe - powiedziała.

- Masz rację. Sprawy trudne załatwiamy od ręki. Rzeczy niewykonalne zabierają nam trochę więcej czasu. Chodź, obejrzymy ten labirynt.

- Nie zadzwonisz do Jaya?

- Nic się nie stanie, jeśli zrobię to trochę później.

Piqtek, 1 kwietnia Londyn, Anglia

Kelner przyniósł bombajski gin z tonikiem i postawił go nasto-liku koto skórzanego fotela, na którym siedział lord Geoffrey Go-swell, czytając „Timesa”. Japońskie rynki leciały na łeb, na szyję, amerykański rynek akcji jakoś się trzymał, cena złota rosła.

Prognoza pogody na następny dzień dla Londynu mówiła o opadach deszczu.

Nic, czym trzeba by się niepokoić.

Goswell uniósł wzrok znad gazety. Kelner stal z boku, nie wiedząc, czy nie będzie trzeba przynieść jeszcze czegoś. Goswell skinął mu głową krótko, po wojskowemu.

- Dziękuję, Paddington.

- Do usług, milordzie.

Kelner oddalił się bezszelestnie. Dobry człowiek z tego sta-

rego Paddingtona. Roznosił tu, w klubie, gazety i drinki już od... trzydziestu lat? Trzydziestu pięciu? Byl uprzejmy, sprawny, znał swoje miejsce i nigdy nie przeszkadzał. Żeby tak wszyscy służący mieli choć w połowie tak dobre maniery. Paddingtonowi należy się przyzwoita premia na Boże Narodzenie. Trzeba o tym pamiętać.

Po drugiej stronie orientalnego dywanu, ciemnego i wytartego, Bellworth czytał jakiegoś szmatławca w rodzaju „The Sun” czy „New York Times”, pochrząkując i wydmuchując wonny dym kubańskiego cygara. Opuścił nieco gazetę i spojrzał na Go-swella.

- Wprost nie mogę uwierzyć w to, co dziś powiedział ten amerykański prezydent. Nie pojmuję, dlaczego tolerują tam takie bzdury. Gdyby nasz premier zrobił coś takiego, zostałby wytargany za uszy, i słusznie.

Sir Harold Bellworth miał osiemdziesiąt dwa lata; był o osiem lat starszy od Goswella.

Goswell posiał mu uprzejmy uśmiech.

- No cóż, to przecież Amerykanie, prawda?

- Hm, tak, oczywiście.

Była to standardowa odpowiedź na tak wiele rozmaitych pytań. Istniał brytyjski sposób życia i... wszystkie inne. Cóż, przecież to Amerykanie, prawda? Albo Francuzi, albo Niemcy, albo, Boże uchowaj, Hiszpanie. Czegóż można się spodziewać po cudzoziemcach oprócz tego, że niczego nie potrafią zrobić, jak należy?

- Hm. - Harry uniósł gazetę i wrócił do lektury.

Goswell zerknął na wielki okrągły zegar nad półką z książkami. Już wpół do szóstej. Czas kazać Paddingtonowi, żeby zawołał Stephensa. Jazda do Cisów będzie długa i nużąca, zwłaszcza w piątek wieczorem, kiedy cała ta hołota wyjeżdża z miasta na weekend, ale cóż, nie ma na to rady. W normalnych warunkach zostałby po prostu w mieście, w Portman House, do sobo-

ty, a potem spokojnie pojechał do swej posiadłości w Sussex, ale dziś ten zaprzyjaźniony naukowiec Peter Bascomb-Coombs miał przyjechać na kolację o wpół do dziewiątej, więc nie było rady.

Goswell doszedł do wniosku, że będzie miał szczęście, jeśli w ogóle zdąży na czas. Zamknął gazetę, odłożył ją na stolik obok ginu z tonikiem, wziął drinka i pociągnął spory łyk, po czym odstawił szklaneczkę.

Chwilę później pojawił się Paddington.

- Milordzie?

- A, tak, powiedz Stephensowi, żeby podstawił samochód, dobrze?

- Oczywiście, milordzie. Może herbatę i kanapki na drogę?

- Nie, czeka mnie kolacja, kiedy przyjadę na wieś. - Machnął niedbale ręką, żeby go odprawić.

Paddington odszedł poszukać szofera. Goswell wstał, wyjął zegarek z kieszonki kamizelki i porównał czas z tym, który pokazywał zegar klubowy.

Harry znów spojrzał znad gazety.

- Opuszczasz nas?

- Tak, mam spotkanie z moim naukowcem w rezydencji na wsi.

- Naukowcy. - W ustach Harry’ego zabrzmiało to jak „złodzieje” albo „dziwki”. Pokręcił głową. - No to bywaj. Aha, tak przy okazji, wyciąłeś już ten parszywy cis za oranżerią?

- Oczywiście, że nie. Mam nadzieję, że już niedługo cię pod nim zakopię.

Harry zaśmiał się ochryple.

- To raczej ja zatańczę jeszcze na twoim grobie, młodziku. I ogrzeję sobie ręce tym parszywym cisem, kiedy wesoło zapłonie w moim kominku.

Obaj mężczyźni uśmiechnęli się szeroko. Nie pierwszy raz tak żartowali. Cisy często sadziło się na cmentarzach i wydawało się,

że szczególnie dobrze rosną w takich miejscach, panowało więc przekonanie, że rozkładające się zwłoki są dobrym nawozem dla tych drzew. Wielki cis za oranżerią w posiadłości Goswella miał ponad dwadzieścia pięć metrów wysokości i liczył sobie zapewne dobre czterysta lat. Goswell od lat groził Harry’emu, że go pod nim zakopie.

Spojrzał na zegarek. Śpieszył się trochę, może minutę, ale nie więcej. Był to zloty waltham z dewizką, niezbyt drogi, ale należał kiedyś do jego wuja Patricka, który zginął od niemieckich bomb w czasie drugiej wojny światowej. Goswell dostał ten zegarek jako mały chłopiec. Miał lepsze chronometry, które chodziły absolutnie dokładnie, rolexy i cartiery, a także kilka ręcznie robionych zegarków szwajcarskich, z których każdy kosztował tyle, co nowy samochód. Waltham był dość prostym urządzeniem. Nie podawał daty ani informacji giełdowych, nie można go było użyć jako telefonu. Był to po prostu zegarek i Goswellowi nawet się to podobało.

Wsunął walthama z powrotem do kieszonki kamizelki i ruszył do wyjścia. Wiedział, że kiedy znajdzie się na ulicy, Stephens będzie już tam czekał w bentleyu z 1954 roku. Wołał bentleya niż rollsa. W zasadzie był to ten sam samochód, ale bez ostentacyjnej chłodnicy, a przecież dżentelmenowi ostentacja nie przystoi, prawda?

W drodze do wiejskiej rezydencji zamierzał posłuchać wiadomości BBC. Chciał się dowiedzieć, czy te brudasy w Indiach i Pakistanie zaczęły już do siebie strzelać w związku z... tym drobnym incydentem, który zaaranżował. Jakże byłoby pięknie, gdyby zbombardowali się nawzajem, cofnęli do poziomu z czasów brytyjskich rządów kolonialnych i imperium musiałoby tam wrócić, żeby znów ich ucywilizować.

To by była sprawiedliwość, czyż nie?

Epoka Imperium Brytyjskiego, piątek gdzieś w Indiach

Jay Gridley, mistrzowski cybernauta, wędrował po Sieci. Był w tej chwili w rzeczywistości wirtualnej, w scenariuszu opracowanym specjalnie w związku z tym nowym zadaniem, które powierzył mu Alex Michaels. W świecie realnym siedział przy konsoli komputera w centrali Net Force w Quantico w stanie Wirginia. Na oczach i w uszach miał sensory wejściowe, ręce i klatkę piersiową podłączył do przewodów, tak że najmniejsze ruchy ciała mogły być przekładane na impulsy kontrolne. Za to w rzeczywistości wirtualnej Jay miał na głowie chroniący przed słońcem hełm korkowy, ubrany był w szorty i wykrochmaloną koszulę khaki, podkolanówki, mocne buty, a przy pasie miał rewolwer Webley Mark Ul. 38. Siedział na grzbiecie indyjskiego słonia, wewnątrz howdah1, obok miejscowego radży. Popołudniowe słońce bezlitośnie lało żar na ludzi, zwierzęta i rośliny. Przed nimi ciemnoskórzy tubylcy w przepaskach biodrowych uderzali kijami w kawałki blachy, potrząsali puszkami, w których były kamienie, i pokrzykiwali głośno, żeby z wysokich, sięgaj ącychczłowiekowi po pierś traw wypłoszyć tygrysa, który mógł się tam ukrywać.

Jay uśmiechnął się na ten widok, nie przejmując się, że jego scenariusz nie jest politycznie poprawny. Nie spodziewał się napotkać nikogo ze znajomych, a poza tym był przecież w połowie Tajem. W dawnych czasach, w ówczesnym Syjamie, któryś z jego przodków w linii męskiej szedł prawdopodobnie boso wśród traw, robiąc hałas i modląc się do wybranych bogów, żeby tygrys wybrał sobie inną okolicę. Tak czy inaczej, lepiej było siedzieć w ocienionej chatce na grzbiecie trzymetrowej wysokości słonia, mając pod ręką dwulufowy sztucer Nitro Express, niż biec po

ziemi, waląc kijem w blaszany talerz. W swoim scenariuszu Jay zawarł jeszcze pewien subtelny drobiazg - małego chłopca, który siedział na zadzie słonia i machał wachlarzem zamocowanym na końcu długiej tyczki, wywołując ciepłą, ale przyjemną bryzę.

Wszystko pierwsza klasa. Najlepszy, jedyny sposób podróżowania.

W rzeczywistości Jay poszukiwał informacji, ale stukanie w klawiaturę i rozsyłanie zakodowanych kwerend z pewnością nie było tak zabawne, jak polowanie na bengalskiego tygrysa-lu-dojada.

Oczywiście nie natrafili jeszcze na wielkiego tygrysa, chociaż ludzie z nagonki zdążyli się już nieźle nabiegać. Radża nie ukrywał zakłopotania.

- Tak mi przykro, sahib - powtarzał, choć nie była to jego wina. Nie można wypłoszyć tygrysa, jeśli nie ma go w okolicy.

Widzieli trochę mniejszej zwierzyny, uciekającej przed myśliwymi. Jay zauważył jelenie, dziki, najrozmaitsze węże, w tym dwie wielkie kobry. Dostrzegł nawet młodego tygrysa, ale nigdzie nie było tego wielkiego kota, którego miał nadzieję znaleźć. Tygrys pojawił się i uciekl, porwał swoją ofiarę i znikł, nie zostawiając po sobie wyraźnego tropu. W rzeczywistości wirtualnej ofiarą był w tym wypadku kozioł, zamknięty w klatce ze stali i z tytanu, której pręty były grube jak uda kulturysty. I tyranozaur nie mógłby się dostać do tej klatki, nawet gdyby jego wielkie zębiska były twarde jak diament. Nie miałby szans. Kozioł - w rzeczywistości zaszyfrowany plik komputerowy z informacjami o zaatakowanym pociągu w Pakistanie, łącznie z dokładnym czasem wyjazdu, trasą i innymi szczegółami - powinien być zabezpieczony przed każdą bestią. A jednak coś wyłamało pręty klatki, jakby były zrobione z rozgotowanego makaronu, dostało się do środka i dobrało się do kozła.

W pierwszej chwili Jay nie mógł w to uwierzyć, przypuszczał, że ktoś zdołał jakoś wejść w posiadanie unikatowego klucza do

szyfru, ale kiedy spojrzał na klatkę - matematyczny szyfr - przekona! się, że do jej otwarcia użyto brutalnej siły, a nie klucza. To nie był jakiś prosty, standardowy szyfr nastolatka, który chce ukryć przed rodzicami pliki z pornografią, lecz przyzwoity produkt wojskowej kryptografii. Oczywiście nawet taki szyfr można złamać, jeśli się ma dużo czasu, ale tutaj ktoś uporał się z tym w ciągu niespełna doby. A to było zupełnie niemożliwe. Żaden komputer na świecie nie zdołałby tego dokonać. Kilkanaście su-percrayów, pracujących równolegle, mogłoby dać sobie z tym radę w ciągu, powiedzmy, dziesięciu tysięcy lat, ale na pewno nie w ciągu tych niewielu godzin, jakie minęły od wysłania tej wiadomości do jej przechwycenia i złamania szyfru. Nie ma mowy. Koniec. Kropka.

Wykluczone...

Jay zdjął korkowy hełm i ramieniem otarł pot z czoła. Gorąco tu, w Pendżabie, howdah dawało wprawdzie trochę cienia, ale nie było wyposażone w klimatyzację. Mógłby, oczywiście, wprowadzić to do swego scenariusza, ale jaki miałoby to sens? Byle patałach potrafił sklecić scenariusz pełen anachronizmów; artystów obowiązywało zachowanie czystości formy. Przynajmniej od czasu do czasu, żeby pokazać, że jeszcze to potrafią.

Jak ten szyfr mógł zostać złamany? Jay nie miał pojęcia, sam nie zdołałby tego dokonać. To mu przypomniało pewną starą opowieść z początków lotnictwa. Kilku inżynierów przeprowadzało badania nad trzmielami. Na podstawie powierzchni skrzydeł, masy i kształtu tych owadów, liczby mięśni i mocy, jaką dawały, ustalili, po dłuższych wyliczeniach na suwaku logarytmicznym i na kartkach, że takie zwierzę po prostu nie może latać.

Bzzzz! Oho, znów przeleciał trzmiel...

To musiało być okropnie frustrujące - patrzeć na kartkę zapisaną precyzyjnymi obliczeniami dotyczącymi aerodynamiki, oporu powietrza, wznoszenia, wiedzieć, że trzmiele nie mogą latać,

a zaraz potem przyglądać się, jak przelatują z kwiatka na kwiatek, nieświadome przekonania człowieka, że nie są w stanie tego robić.

Nasuwał się oczywisty wniosek: badacze musieli coś pominąć. Wrócili więc do swych suwaków logarytmicznych i ogryzionych ołówków, poczynili kolejne obserwacje, zapisali mnóstwo papieru i w końcu ustalili, na czym polega synergizm lotu trzmiela. Kiedy się już miało odpowiedź, wykoncypowanie pytania powinno być proste. Trzmiele latają od milionów lat, bez względu na to, co kto sobie o tym myśli i trzeba wziąć to pod...

No więc istniał ten komputerowy plik, zabezpieczony szyfrem niemożliwym do złamania, a jednak został złamany z równą łatwością, jak człowiek lamie w palcach zapałkę. Jak powiedział Sherlock Holmes?

„Jeśli wyeliminowałeś to, co niemożliwe, to, co pozostanie, choćby nieprawdopodobne, musi być prawdą”.

Tego szyfru nie można było złamać za pomocą żadnej ze znanych Jayowi Gridleyowi metod, a - przy całej skromności - wiedział, że nikomu w tym biznesie nie ustępuje wiedzą. Skoro więc szyfr został jednak złamany, to znaczy, że w okolicy pojawił się nowy tygrys. Jay musiał teraz dociec, jak też to zwierzę może wyglądać, wytropić je i schwytać. I nie dać się pożreć przy okazji.

Uśmiechnął się, wspominając stary myśliwski przepis na gulasz z królika.

Najpierw trzeba złapać królika...

Stonewall Fiat, Nevada

Michail Rużjo zmrużył oczy pod wpływem pustynnego słońca. Choć miał dość jasną karnację, opalił się, od kiedy tu zamieszkał. Jego skóra była teraz brązowa, miał pooraną bruzdami twarz i żylaste, odsłonięte ramiona. W Nevadzie dni nie były jeszcze tak gorące; prawdziwy upal miał się zacząć dopiero za kilka miesię-

cy. Noce wciąż były chłodne, ale nie na tyle, żeby marzł. Stał przed niewielką przyczepą kempingową Airstream, którą kupił i przyholował na dwuhektarową, piaszczystą działkę, z rzadka porośniętą karłowatymi krzakami. Działkę też kupił. Był tu praktycznie sam. Tylko jedna z innych dwuhektarowych „posiadłości” w promieniu dwóch kilometrów była zabudowana, przy czym całą zabudowę stanowiła zielona szopa z plastiku, wyłożona od środka folią aluminiową i wypełniona paczkami liofilizowanej żywności, takiej, jaką wędrowcy zabierają na wyprawy. Rużjo bez trudu otworzył prosty zamek zabezpieczający szopę i uważnie wszystko obej-rzał. Co parę miesięcy jakiś stary człowiek podjeżdżał tam furgonetką GMC, przywożąc kolejną porcję liofilizowanej żywności. Chował ją w szopie, przekręcał klucz w zamku i odjeżdżał. Rużjo zastanawiał się, po co ten stary to robi. Zapasy na wypadek jakiejś katastrofy? Wojny? Zarazy? A może to jakiś biznes?

Trudno czasem zrozumieć motywy, którymi kierowali się Amerykanie. Ani u siebie w domu, w Czeczenii, ani nawet w Rosji nigdy nie widział, żeby starzy ludzie gromadzili taką żywność. Może myśleli, że nie warto? A może chcieliby robić takie zapasy, ale nigdzie nie znaleźli liofilizowanej żywności?

Rużjo wzruszył ramionami. Nieważne. Szopa była jedynym budynkiem w najbliższej okolicy; trochę dalej, jakieś pięć kilometrów, nad rzeczką, w której przez większą część roku nie było wody, stała jeszcze chata należąca do Kościoła Metodystów. Od czasu gdy Rużjo się tu sprowadził, zaledwie trzy razy zatrzymali się tam wędrowcy, lecz nie zostali dłużej niż na dwie noce. Żaden z nich nie zbliżył się do jego przyczepy.

Rużjo był wdzięczny losowi za tę samotność. Od kiedy zaniechał mokrej roboty, rzadko miał okazję rozmawiać z ludźmi, nie mówiąc już o tym, że wreszcie nie musiał ich zabijać. Miał pieniądze w banku i mógł z nich dowolnie korzystać, posługując się kartą komputerową. Mniej więcej raz w tygodniu jechał samochodem dwie godziny do miasta, żeby zrobić zakupy w jednym

z wielkich supermarketów, gdzie byl kimś zupełnie anonimowym. Nigdy nie zamienił słowa z żadną z kasjerek. Po zrobieniu zakupów tankował samochód i wracał do domu. Mijał Dolinę Śmierci od zachodu, po czym zjeżdżał z autostrady na piaszczystą drogę, która prowadziła do jego przyczepy. Najbliższym miastem -jeśli można tak było nazwać tę dziurę - było Scotty’s Junction. Po stronie wschodniej rozlegle tereny zajmował wojskowy poligon artyleryjski armii.

Rużjo zapłacił gotówką za toyotę runner, używaną, ale niezbyt starą. Kupił ją, podobnie jak przyczepę, z ogłoszenia w jednej z gazet w Las Vegas. Działkę nabył pod jednym z fałszywych nazwisk, którymi się posługiwał. Żeby uniknąć niepotrzebnego zainteresowania, wręczył poprzedniemu właścicielowi sporą zaliczkę, a resztę spłacał w miesięcznych ratach, przelewanych przez bank pierwszego każdego miesiąca z jego konta. W ten sposób nikomu nie rzucał się w oczy.

Przyczepa była wyposażona w generator i akumulatory, a nawet w klimatyzator, z którego jednak rzadko korzystał. Lubił ciepło.

Nie mógłby powiedzieć, że jest szczęśliwy - nie był szczęśliwy od czasu, kiedy nowotwór zabrał mu Annę i Rużjo nie oczekiwał, że jeszcze kiedykolwiek zazna szczęścia - ale na pewno był zadowolony. Prowadził proste życie, miał skromne potrzeby. Największym przedsięwzięciem, jakie sobie zaplanował, było wybudowanie kamiennego muru wzdłuż granic posiadłości. Mogło to potrwać nawet dziesięć lat, ale było mu to obojętne.

Tak, był zadowolony, ale tylko do dzisiaj. Wodząc teraz wzrokiem po skalistej okolicy, po zakurzonych wzgórzach widocznych przez rozedrgane od upału powietrze, wiedział, że coś jest nie w porządku. Nie dostrzegł żadnych znaków, po których mógłby się zorientować, na czym polega problem. Śmigłowce nie przelatywały mu nad głową, nie zauważył tumanów kurzu, które zdradzałyby samochody próbujące tu podjechać niepostrzeżenie.

Uniósł silną lornetkę i powoli, uważnie obejrzał okolicę. Jego dwa hektary położone były na wznoszącym się terenie, jakieś dwadzieścia metrów wyżej niż większość pozostałych działek, więc miał dobry widok. Stojąc przed swoją przyczepą, widział zieloną szopę starego człowieka. Popatrzył uważnie. Nic.

Wszedł na niewielkie, kilkumetrowe wzniesienie za przyczepą, z którego mógł zobaczyć dach chaty metodystów. Nic się tam nie działo.

Opuścił lornetkę. Niczego nie widać, nie ma się czym przejmować.

A jednak czuł, że coś jest nie w porządku. Ruszył z powrotem do przyczepy. Miał tam broń w płaskiej skrzynce schowanej pod podłogą w sypialni. Może czas już ją wyjąć i trzymać pod ręką?

Nie, jeszcze nie. Nie było do czego strzelać. Może przeczucie go myliło; może tylko zjadł coś niestrawnego albo złapał jakieś zatrucie pokarmowe.

Uśmiechnął się sam do siebie. Nie przeżyłby tak długo, gdyby próbował szukać takich racjonalnych wyjaśnień. U szczytu formy reagował jak karaluch dostrzegający nagle światło w ciemnościach nocy. Najpierw uciekać, a potem martwić się o resztę. Pozwoliło mu to zostać przy życiu, podczas gdy wielu z jego branży zginęło. Z biegiem lat nauczył się ufać swemu instynktowi. Teraz z całą pewnością coś było nie w porządku. Prędzej czy później to coś będzie się musiało objawić. A wtedy on się tym zajmie.

Wszedł do przyczepy.

Sobota, 2 kwietnia Las Vegas, Nevada

Na pułkownika Johna Howarda, dowódcę oddziału szturmowego Net Force, czekały na lotnisku dwie niespodzianki, kiedy wysiadł ze starego lear jęta, jednego z tych, które po renowacji służyły im do krótszych podróży po kraju. Pierwszą niespodzianką była informacja, że Wydział Taktycznych Operacji Satelitar-

nych Armii USA - nazywany w skrócie USAT, a czasem, nieformalnie, Wielki Zez - jednoznacznie zidentyfikował wskazanego im faceta jako tego, którego poszukiwała Net Force.

Niespodzianka nie była może aż tak wielka, ponieważ Net Force miała uzasadnione podejrzenia, wystarczające, żeby zwrócić się do tych z USAT o zmianę orbity jednego z satelitów i przyjrzenie się facetowi. Ale dobrze, że jest potwierdzenie.

Za to druga niespodzianka wprawiła Howarda w osłupienie: miał dostać awans.

Stopnie wojskowe były w Net Force sprawą dość szczególną. Oficjalnie wszyscy oficerowie i zwykli żołnierze pod dowództwem Howarda byli „oddelegowani” z Gwardii Narodo-. wej, bez względu na to, w jakich formacjach służyli wcześniej. Tu, w Net Force, nie mieli już żadnych powiązań z Gwardią czy też z siłami zbrojnymi Stanów Zjednoczonych. Wiązało się to z kwestią wykorzystywania wojska do rozwiązywania konfliktów cywilnych, co w kraju było w zasadzie niedozwolone, ale także z pewną dziwaczną ustawą podatkową. Howard jej nie rozumiał, jego szef zapewne też nie, jego księgowy nie rozumiał, ale istniała i działała. Jednym z jej efektów było praktyczne zamrożenie awansów oficerskich w Net Force. Jako dowódca Howard mógł awansować szeregowych, ale tylko do stopni podoficerskich. Howard wiedział, że mógł pozostać w armii i nawet w czasach pokoju przejść na emeryturę w randze o stopień, dwa stopnie wyższej od tej, którą miał obecnie. Pomocny mógł się okazać fakt, że był Afroamerykaninem; wśród białych liberałów wciąż jeszcze istniało dość poczucia winy, żeby czasem trochę faworyzować ludzi o czarnej skórze. Odchodząc z armii i wstępując do Net Force, nie oczekiwał, że kiedykolwiek wzniesie się ponad stopień pułkownika. Za to pieniędzy i, co ważniejsze, okazji do powojowania, miał znacznie więcej. Jego bezpośrednim szefem był cywil, więc wśród wojskowych Howard był najwyższy stopniem.

Julio Fernandez, jego sierżant i przyjaciel przez cały okres służby w Net Force, a i dawniej, przekazał mu tę wiadomość, wyraźnie rozradowany.

- Co takiego, sierżancie?

Fernandez stal w zadaszonym przejściu do prywatnego hangaru. Wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- Której części pan generał nie zrozumiał?

- Ujmę to dosadniej, bo strasznie tu gorąco. O czym ty, do diabla, mówisz?

Ruszyli w stronę hangaru.

Fernandez roześmiał się.

- Cóż, sir, chodzą słuchy, że w ciągu trzydziestu dni od pierwszego kwietnia zostanie pan generałem brygady - to więcej niż pułkownik, a mniej niż generał major, sir - w tej cholernej przybudówce Gwardii Narodowej, do której mnie pan wciągnął.

- Pewnie musiaiem ci przystawić pistolet do głowy, co?

- O ile mnie pamięć nie myli, sir.

Howard uśmiechnął się.

- Julio, co ty wygadujesz? Nic nie słyszałem o żadnym awansie, ani słóweczka. - Starał się ukryć podniecenie. Fernandez lubił się wygłupiać, ale przecież nie żartowałby z czegoś takiego. Howard zawsze pragnął zostać generałem, ale porzucił wszelką nadzieję, kiedy odszedł z armii.

- To dlatego, John, że nie jesteś zaręczony z najpiękniejszą i najinteligentniejszą kobietą na całej zachodniej półkuli, a pewnie i na wschodniej. Z kobietą, która bez najmniejszego wysiłku potrafi sprawić, że komputer śpiewa, tańczy, recytuje. Sam widziałem ten rozkaz i możesz mi wierzyć, że jest jak najbardziej oficjalny.

Mimo nagiego wzrostu poziomu adrenaliny we krwi Howard zapytał:

- A porucznik Winthrop, oczywiście, nie węszy tam, gdzie nie powinna, co?

Fernandez rozłoży! ręce w geście niewinności.

- Co ja mogę? Jestem tylko sierżantem, ona jest moją przełożoną. Moja wiedza o komputerach jest guzik warta. Ale co za sens miałoby należenie do najlepszego na świecie zespołu komputerowych zapaleńców, gdyby człowiek nie mógł poszperać tu i tam, kiedy tylko przyjdzie mu na to ochota? Twój awans jest faktem, John. Gratulacje.

- Dzięki, ale uwierzę, kiedy sam zobaczę. - Poczuł, że ogarnia go radosne podniecenie. Generał Howard. A to dopiero.

Fernandez zachichotał, czytając w jego myślach. Howard ochłonął, powściągnął podniecenie i dumę, która go rozpierała.

- No a co z Joan?

- W ciąży, jak wszyscy diabli. Termin ma wyznaczony na wrzesień i muszę ci powiedzieć, że chyba tego nie przeżyję. Raz jestem jej aniołem, rycerzem bez skazy, a za chwilę dostaję po głowie, bo za głośno oddycham. Je ziemniaki purée polane keczupem i posypuje lody solą. I chodzi siusiu czterdzieści dziewięć razy na dobę.

Howard roześmiał się.

- Dobrze ci tak. A kiedy zamierzasz uczynić z niej przyzwoitą kobietę?

- Pierwszego czerwca, a przynajmniej tak mi powiedziano. Ona wołałaby oczywiście poczekać z rok, bo podobno tyle czasu potrzeba na przygotowanie wesela, ale ja uważam, że to bez sensu. A skoro tak, to Joan chce wyjść za mąż, zanim urodzi się dziecko, ale powiada, że nie chce wyglądać jak maciora, no więc ślub odbędzie się pierwszego czerwca. Mnie nikt nie pyta o zdanie, w końcu jestem tylko panem młodym.

- Tak to już jest z ciążami i ślubami, Julio.

- Ale przynajmniej będę mógł sobie wybrać świadka. Byłbyś zainteresowany?

Howard entuzjastycznie skinął głową.

- Żartujesz? Za nic nie odmówiłbym sobie widoku osławionego sierżanta Julio Fernandeza w chwili, kiedy wypowiada sakramentalne „tak”. Znacie już płeć dziecka?

- Chłopiec. - Uśmiechnął się szeroko.

- A imię wybraliście?

- Cztery imiona: Julio Garcte Edmund Howard.

Howard zatrzymał się w pól kroku i spojrzał na przyjaciela.

- Jestem zaszczycony.

- To nie mój pomysł, całą winę ponosi Joan. Chłopak będzie jeszcze nosił imiona po dziadkach. Ja dałbym mu na imię Bud i na tym bym poprzestał. Aha, musisz być też ojcem chrzestnym - to jeden z tych jej zwariowanych pomysłów.

Howard uśmiechnął się. Będzie świadkiem na ślubie swego najlepszego przyjaciela, ojcem chrzestnym chłopca, któremu nadano także jego imię, i zostanie awansowany na generała w tej wersji armii, jaką jest Net Force. Co za dzień.

- Nie chcialbym popsuć nastroju, ale co z naszym zbiegiem?

- Bez obaw, sir. Mieszka w przyczepie kempingowej na pustkowiu, zupełnie sam, nawet psa sobie nie sprawił. Wydaje się, że najambitniejszym zadaniem, jakie wykonuje, jest budowa kamiennego muru wokół posiadłości. Z nikim się nie spotyka, z nikim nie rozmawia, po prostu układa kamienie na kupę. Aż trudno uwierzyć, że to były specjalista specnazu od mokrej roboty, z czterdziestoma czterema potwierdzonymi zabójstwami na koncie.

- Cóż, jeśli można wierzyć Władimirowi Plechanowowi - a nasi spece od przesłuchań mówią, że można - to umiejętności tego człowieka, którego znamy jako Michaiła Rużjo, nie ograniczają się do układania kamieni na pustyni. Musimy go przejąć bez zbędnego huku; tylko żywy będzie nam mógł odpowiedzieć na kilka pytań.

- To żaden problem. Pójdzie jak z płatka. Ale myślalem, że Rosjanie są teraz naszymi przyjaciółmi.

- Puszczę tę żartobliwą uwagę mimo uszu, sierżancie. Nie muszę wam mówić, że im więcej wiemy o naszych przyjaciołach, tym lepiej dla nas.

- Amen.

- W porządku. Chodźmy zobaczyć, czy mają coś dla nas ci od Wielkiego Zeza.

- Stanowisko dowodzenia w najchłodniejszym kącie, jaki udało mi się znaleźć, panie generale.

- Sierżancie, zaczekajmy z tym awansem, dopóki go nie zobaczę na piśmie - odparł Howard z uśmiechem.

- Coś zabawnego, sir? - spytał Julio.

- Właśnie wyobraziłem sobie ciebie jako porucznika.

- Nie zrobisz mi tego!

- Jeśli zostanę generałem, moja opinia będzie miała pewne znaczenie...

Przerażony wyraz twarzy Fernandeza był wart każdej ceny.

Sobota, posiadłość Cisy, Sussex, Anglia

Major Terrance Arthur Peel - Tap dla kolegów - stal koło oranżerii lorda Goswella, na tyłach rezydenqi, patrząc na stare, sfatygowane volvo, które właśnie przyjechało. Trzy psy zarządcy - para collie i owczarek alzacki - zaczęły szczekać.

Peel lubił psy. W buszu, w namiocie, wołałby mieć przy sobie takiego czworonoga niż najlepszy system alarmowy. Pies powiadamiał, kiedy ktoś się zbliżał, a dobrze wytresowany pies umiał odróżnić przyjaciół swego pana od wrogów. I gotów był, na rozkaz pana, rozszarpać wrogowi gardło. W odróżnieniu od ludzi dobre psy były lojalne.

Volvo stanęło, drzwi po prawej stronie otworzyły się ze skrzypnięciem i z samochodu wysiadł wysoki, chudy mężczyzna w wieku około pięćdziesięciu lat, z siwiejącymi włosami, o bardziej cha-

rakterystycznych rysach twarzy, niż mogłoby to sugerować jego imię i nazwisko; Peel wiedział, że Peter Bascomb-Coombs ma-domieszkę krwi żydowskiej. Major osobiście sprawdzał naukowca.

Bascomb-Coombs miał na sobie drogi, ale źle na nim leżący beżowy garnitur, żółtą jedwabną koszulę, niebieski krawat i szare, ręcznie robione włoskie półbuty. Nic w tym zestawie nie było tanie. Same buty musiały kosztować ze trzysta, czterysta funtów.

Jego lordowska mość nie był skąpcem, kiedy przychodziło do płacenia ulubionym pracownikom, a do takich należał Bascomb--Coombs, bez względu na swe żydowskie korzenie.

Zresztą pochodzenie naukowca nie miało w tym wypadku znaczenia. W niczym nie ograniczało umysłu tego człowieka, a Bascomb-Coombs został obdarzony umysłem nieprzeciętnym. Błyskotliwy, z ilorazem inteligencji świadczącym o geniuszu, tak dalece wyprzedza! innych w swej dziedzinie, że był jak Einstein czy Hawking klasą sam dla siebie; szkoda tylko, że przy całej tej genialności nie potrafił zapanować nad terminarzem spotkań. Został tu zaproszony na kolację poprzedniego wieczoru i po prostu pomylił dni. A nawet gdyby był to właściwy dzień, to i tak naukowiec przybył o całe pół godziny za późno.

Stereotyp roztargnionego profesora niewątpliwie miał podstawy; Bascomb-Coombs był na to dowodem. Goswell skwitował ten afront wzruszeniem ramion. Z takimi rzeczami trzeba się po prostu pogodzić - czegóż innego można oczekiwać od ludzi pracy, choćby i byli geniuszami?

Goswell nie był całkiem głupi, jeśli nie brać pod uwagę jego manii na tle imperium, i z pewnością miał dość zdrowego rozsądku, żeby wiedzieć, ze Bascomb-Coombs był zbyt cenny, by go wyrzucić z powodu pomylenia terminu kolacji.

Peel uśmiechnął się, poprawiając czarny pistolet SIG w kaburze Galco na prawym biodrze. Był postawnym mężczyzną, więc kaburę z pistoletem łatwo ukrył pod białą sportową kurtką z Saville Row. Miał prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu, dzie-

więćdziesiąt kilogramów wagi i wciąż utrzymywał się w całkiem niezłej formie. Oczywiście jego lordowska mość nie był typem człowieka, który wynająłby jakiegoś zbira w polowym mundurze i z pistoletem maszynowym, przeszkadzającego gościom samym swoim widokiem. Peel, chociaż odszedł ze służby u Jej Królewskiej Mości w dość nieprzyjemnych okolicznościach, niewątpliwie odznaczał się prezencją i odpowiednimi manierami. Dobry pułk, przyzwoite szkoły - to robi swoje. Był wciąż w wyśmienitej formie fizycznej, mimo czterdziestu pięciu lat, i w razie potrzeby potrafił dobrać odpowiednie sztućce do konkretnych potraw podczas uroczystej kolacji. Wykształcony, cywilizowany człowiek, który umie rozmawiać z bogatymi i sławnymi, nie sprawiając wrażenia, że znalazł się w nieodpowiednim miejscu. Byłby teraz pułkownikiem, gdyby nie tamta... nieprzyjemna sprawa w ostatnim okresie służby w Irlandii Północnej. Parszywy kraj, zamieszkany przez parszywych dzikusów.

Usłyszał sygnał małego radiotelefonu, który ukrył w kieszeni kurtki. Wiedział, że to Hawkins przy bramie, potwierdzający przyjazd volvo i upewniający się, że z samochodu nie wyskoczyła przypadkiem na Peela zgraja terrorystów.

- Tu P-l. Paczka dotarła?

- Potwierdzam, P-l. Jesteśmy koło oranżerii.

- Zrozumiałem. Tutaj też wszystko w porządku.

Peel spojrzał na zegarek, czarny, analogowy model dla sił specjalnych, z fosforyzującymi w nocy wskazówkami, podarunek, który otrzymał od kolegów z jednostki, kiedy odchodził. Żaden z nich nie cieszył się z jego odejścia. Cóż...

Reszta zespołu ochroniarskiego powinna się zgłosić mniej więcej... teraz...

- P-l. Nic do zameldowania.

- P-2. Mam do towarzystwa dwie krowy. Poza tym spokój.

- Patrol trzeci. Wzdłuż ogrodzenia spokój od odcinka czwartego do odcinka siódmego.

- Brama druga. Nic się tu nie dzieje.

Peel po kolei kwitowa! zgłoszenia strażników przy bramie i tych, którzy patrolowali wzdłuż ogrodzenia. Miał tu rozmieszczonych na całym terenie dziesięciu ludzi, samych byłych żołnierzy. O wiele za mało, gdyby doszło do wymiany ognia, ale większość wrogów jego lordowskiej mości nie należała do ludzi, którzy byliby gotowi podjąć próbę wzięcia Cisów szturmem. Ich bronią były raczej transakcje giełdowe.

Uśmiechnął się. Jego lordowska mość miał oczywiście wrogów, którzy nie wiedzieli, że znaleźli się na jego liście. Co jakiś czas należało się którymś z nich... zająć, oczywiście, w sposób bardzo oględny. Właśnie w związku z tym „Tap” Peel trafił na służbę do Goswella. Oczywiście także dlatego, że ojciec Peela i lord Go-swell byli kolegami w Oksfordzie, a Peel senior doczekał się przed śmiercią tytułu szlacheckiego. Pewne sprawy załatwiało się w rodzinie, a jeśli nie było to możliwe - między starymi kumplami.

Od północy nadciągały deszczowe chmury. Prognoza dla Londynu przewidywała opady, a i tutaj trochę deszczu przydałoby się roślinności, chociaż jego ludzie utyskiwaliby co niemiara. Ale cóż, taki już jest los żołnierza. Zawsze na służbie, w deszczu czy w słońcu, na mrozie czy w upale. Peel też nieraz wystał się na deszczu ściekającym mu strugami za kołnierz i przeklinał oficerów, którzy wysłali go gdzieś w taką pogodę.

Uśmiechnął się. Dobrze było być żołnierzem. Szkoda, że teraz pozostała mu tylko profesja najemnika. Alternatywą mogła być tylko służba w namiastce armii w jednej z republik Trzeciego Świata. Nie, to nie dla niego. W czasach jego dziadka żołnierz najemny był jeszcze w miarę szanowaną profesją, ale dziś byle głupek bez doświadczenia wojskowego mógł odpowiedzieć na ogłoszenie w którymś z amerykańskich magazynów i jako najemnik pilnować czyjegoś tyłka w afrykańskiej dżungli. Bardzo dziękuję.

Brytyjscy żołnierze na pewno byli dziwaczną zgrają, ale mieli klasę i tym różnili się od żołdaków, których można znaleźć z ogłoszenia w jakimś parszywym piśmie.

Pomyślał, że czas już wejść do środka. Kolacja miała się wkrótce rozpocząć, a przedtem będą jeszcze drinki. Bascomb-Coombs lubił białe wino, a jego lordowska mość nie czul się dobrze wśród ludzi, którzy w ogóle nie pili, więc Peel zwykle sączył whisky dla towarzystwa. Jego lordowska mość nienawidził pić w samotności. Czyli mała whisky, nie więcej niż na dwa palce, żeby na pewno nie stracić jasności umysłu.

Peel znów się uśmiechnął. Na pewno miewał już gorszą służbę.

Sobota, 2 kwietniaWaszyngton, Dystrykt Kolumbii

Krajowe zawody kwalifikacyjne w rzucie bumerangiem odbywały się na nowym boisku szkoły średniej im. Clintona. Tyrone Howard nawet nie próbował ukryć podniecenia. Był tu, i to niejako widz, lecz jako jeden z zawodników. Zgoda, startował w kategorii juniorów i tylko w jednej dyscyplinie, w której liczył się czas, przez jaki bumerang utrzymywał się w powietrzu, ale i tak wszystko było niesamowicie fascynujące. W końcu poważnie zajął się rzucaniem dopiero pół roku temu.

Koło Tyrone’a jego najlepszy przyjaciel Jimmy Joe zamrugał za grubymi szklarni okularów, przyglądając się rozgrzewce zawodników.

- Hej, Tyr, czy to nie jest trochę... niebezpieczne? Co będzie, jak ten patyk walnie cię w czaszkę? Przecież to się dzieje naprawdę, a nie w rzeczywistości wirtualnej.

Jimmy Joe byl fanatykiem rzeczywistości wirtualnej, podobnie jak Tyrone jeszcze kilka miesięcy temu, ale Tyrone zaczynał na-

bierać przekonania, że ten świat realny jest... całkiem w porządku. Dobry tydzień zabrało mu namówienie przyjaciela, żeby oderwał się od komputera i poszedł na prawdziwe zawody.

- Wywiniesz kozła i obudzisz się z guzem na głowie - odpowiedział. - W końcu i komputer może być niebezpieczny. Zrobisz zwarcie sterownika w wizjerze i możesz sobie usmażyć móżdżek.

- Akurat. Są potrójne zabezpieczenia, a zresztą, jakie tam jest napięcie? Pól miliwolta? Żabiego skrzeku byś na tym nie usmażył. Nie ma porównania z jakimś wielkim, krzywym kijem, który cię wali w łeb.

Jimmy Joe pokręcił głową. Niemal błyszczał w słońcu.

Musial używać kremu do opalania, żeby co rano bezpiecznie chodzić na przystanek autobusowy, a po dwóch tygodniach ną słońcu „opalił się” z koloru śnieżnobiałego na biały. Skóra Tyro-ne’a miała czekoladowy odcień, nawet jeśli chłopiec w ogóle nie wychodził z domu. A ostatnio sporo wychodził. Jasne, kiedyś był zwariowanym komputerowcem, i to dobrym, ale wszystkie te perypetie z Bellą radykalnie przeniosły go z rzeczywistości wirtualnej do świata realnego. Długo nie mógł się pozbierać, kiedy go rzuciła.

Trzynasty rok życia nie był dla niego łatwy, oj, nie był.

- W porządku, przyciągnąłeś mnie tutaj - odezwał się Jimmy Joe, kiedy Tyrone nie odpowiedział - więc przynajmniej wyjaśnij mi, o co w tym wszystkim chodzi. Co to za sprawa z tym zakrzywionym patykiem?

Tyrone uśmiechnął się.

- Są dwa podstawowe rodzaje bumerangów. Jeden wraca do ciebie, kiedy go rzucisz. Po drodze może jeszcze robić różne dziwne rzeczy, albo i nie, w zależności od typu. Najprostszy model wygląda jak przekrój banana, ale są i bumerangi podobne do śmigłowców, z sześcioma albo ośmioma łopatkami. - Jimmy Joe pokiwał głową. - Drugi rodzaj wywodzi się z bumerangów bojowych, jakimi posługiwali się aborygeni. Nie wraca do rzucającego, leci prosto,

dopóki nie spadnie na ziemię albo nie stuknie kogoś w głowę. Bumerangiem bojowym możesz rzucić dalej niż każdym innym równie ciężkim przedmiotem. Taki bumerang leci za sprawą precesji żyroskopowej, powodowanej przez asymetryczną silę nośną. Sita nośna powstaje w wyniku połączenia rotacji z ruchem liniowym.

- Przerwij tę transmisję danych! Nie mógłbyś tego wyrazić w moim ojczystym języku?

- Bumerang leci, bo staje się skrzydłem, kiedy się obraca.

- Aha, zatacza krąg i powraca do rzucającego z powodu szczególnego profilu skrzydła.

Obok nich przebiegł czarnorudy owczarek niemiecki, goniąc plastikowe frisbee jackarang.

Tyrone zdjął plecak z ramion i wyjął swego podstawowego wedderburna.

- Widzisz skos tej krawędzi po stronie wewnętrznej? A po tej stronie skośna jest krawędź spływu. Kiedy bumerang obraca się, rzucony pod wiatr, zwrot siły pchającej zmienia się podczas każdego obrotu i bumerang zaczyna zataczać tuk. Rzucony prawą ręką, o tak. - Tyrone pokazał mu chwyt, z wklęsłą stroną do przodu i końcem do góry - zaczyna zataczać luk w lewo w locie poziomym.

Jimmy Joe spojrzał na bumerang. Wziął go do ręki.

- Hm, mógłbym napisać program uwzględniający te wszystkie czynniki - masę, prędkość obrotową, prędkość liniową, aerodynamikę i tak dalej - i miałbym w rzeczywistości wirtualnej bumerang działający dokładnie tak samo.

- Witaj w przeszłości. Od niepamiętnych czasów poważni zawodnicy mieli opracowane szczegółowe scenariusze rzutów. Ja też mam dokładne wytyczne dla każdego z moich bumerangów. -Otworzył plecak, żeby pokazać przyjacielowi bumerangi. Miał trzy modele klasyczne i trzy do konkurencji maksymalnego przebywania w powietrzu, ultracienkie i lekkie, z impregnowanymi kalafonią płóciennymi łopatkami w kształcie litery L, zaprojektowany-

mi tak, żeby zapewniały jak najdłuższy czas lotu. W tej grupie jego ulubionym bumerangiem był Ocean Indyjski Moliera, standardowy model, z którym radził sobie już całkiem nieźle.

Tyrone wskazał na móllera.

- Z tym wystartuję w zawodach.

- Hm, Nie wydaje się to takie trudne, jak DinoWarz. •

- Zdarzenia analogowe w czasie rzeczywistym to coś innego niż świat cyfrowy, głąbie. Trening, ocena prędkości wiatru, temperatury i tak dalej.

Na przyjacielu nie robiło to większego wrażenia.

- Mógłbym to wszystko włączyć do programu. Wystarczy jedna sesja.

- Ale nie mógłbyś przejść, o tam, i rzucić jak należy.

Pies przebiegł z powrotem z frisbee w pysku i położył je u nóg swego pana, wysokiego faceta z zielonymi włosami.

- Grzeczna dziewczynka, grzeczna Gady - pochwalił zwierzę zielonowłosy. - Jeszcze raz?

Pies zaszczekał i odwrócił się, gotów do biegu.

- A co to za konkurencja, w której ty startujesz?

- Maksymalny czas przebywania w powietrzu. Rzucasz, bumerang leci do góry, zaczyna krążyć, sędzia uruchamia stoper. Każdy ma jeden rzut, a wygrywa ten zawodnik, którego bumerang latał najdłużej. Trzeba go jeszcze złapać, kiedy będzie spadał, bo inaczej rzut jest nieważny, a lądowanie musi nastąpić w pięćdzie-sięciometrowym kręgu. Do tego potrzebny jest bumerang lekki i z wielką siłą nośną. Rekord to nieco ponad cztery minuty...

- Gorzej ci? Cztery minuty latania bez silnika? Nie ściemniaj.

- W dodatku to rekord oficjalny. Są faceci, którzy dociągają prawie do osiemnastu minut, tyle że nieoficjalnie.

- Naprawdę? To chyba niemożliwe.

- Możesz mi wierzyć.

Tyrone uniósł móllera.