Kto zabił Darię Górską? Tom 39. Komisarz Oczko - Tomasz Wandzel - ebook + audiobook

Kto zabił Darię Górską? Tom 39. Komisarz Oczko ebook i audiobook

Tomasz Wandzel

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

W ponure październikowe przedpołudnie straż pożarna z Pszczółek zostaje zadysponowana do pożaru samochodu na leśnej polanie. Po ugaszeniu ognia strażacy znajdują w bagażniku zwłoki młodej kobiety. Komisarz Oczko musi wyjaśnić, kto, dlaczego i kiedy zamordował Darię Górską. To nie będzie łatwe: mąż ofiary ma niepodważalne alibi, a monitoring i sąsiedzi potwierdzają, że Górska, jak zwykle, wyjechała rano do pracy.

To cykl opowiadań kryminalno-sensacyjnych, których akcja rozgrywa się na Pomorzu. Polecamy kolejne części o śledztwach komisarza Oczko, również cykl o komisarzu Andrzeju Papaju i cykl o detektywce Róży Wielopolskiej.

Tomasz Wandzel – Autor, który ma na swoim koncie powieści sensacyjne, kryminalne, obyczajowe oraz historyczne. Jest wielokrotnym stypendystą różnych instytucji, wspierających rozwój kultury m.in. Marszałka Województwa Pomorskiego oraz Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Mieszka w Prabutach, które często pojawiają się w jego twórczości

Grafiki na okładce częściowo wygenerowane przy użyciu AI

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 93

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 2 godz. 18 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Marcin Popczyński

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Jeniulka

Nie oderwiesz się od lektury

super
00



TOMASZ WANDZEL

Kto zabił Darię Górską?

Komisarz Oczko (t. 39)

@lindcopl

e-mail: [email protected]

Tytuł oryginału: Kto zabił Darię Górską?

Seria: Komisarz Oczko (t. 39)

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana

ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana

w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody

Wydawnictwa Lind & Co Polska sp. z o.o.

Ten e-book jest zgodny z wymogami

Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

Wydanie I, 2026

Opracowanie redakcyjne: kaziki.pl

Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz

(Grafiki na okładce częściowo wygenerowane przy użyciu AI)

Copyright © dla tej edycji:

Wydawnictwo Lind & Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026

ISBN 978-83-68636-73-4

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Gdy Monika Zielonka, operatorka numeru alarmowego 112, wyszła z bloku na gdańskiej Zaspie, od razu poczuła, że ponure, październikowe przedpołudnie ma w sobie tę specyficzną, przygnębiającą ciężkość, tak odmienną od lekkości zarezerwowanej dla polskiej złotej jesieni. Jeden rzut oka na szare chmury, szczelnie przesłaniające niebo, wystarczył, aby jej nastrój zjechał o kilka punktów.

Jeszcze godzinę wcześniej, kiedy kończyła śniadanie i zerkała przez kuchenne okno, słońce świeciło tak mocno, że przez moment pomyślała nawet o cieńszej kurtce. Teraz jednak całe niebo wyglądało, jakby ktoś przykrył miasto ciężką, brudnoszarą płachtą. Powietrze było chłodne, wilgotne i gęste, a bloki stojące po drugiej stronie ulicy wydawały się bardziej bure niż zwykle.

I pomyśleć, że jeszcze przed godziną nad Gdańskiem świeciło piękne słońce – westchnęła w duchu, przyspieszając kroku.

Na przystanku schowała się pod wiatą. Co prawda jeszcze nie padało, ale Monika była przekonana, że wkrótce zacznie. Zbyt dobrze znała ten rodzaj pogody. Najpierw wiszące nisko chmury, potem kilka ciężkich minut ciszy, a na końcu deszcz, który nie tyle spada, ile po prostu zaczyna być wszędzie. Podobnego zdania musiały być dwie starsze panie siedzące na ławce, które wspominały ostatnią ulewę, kiedy to deszcz dosłownie sparaliżował Gdańsk.

Na szczęście do Centrum Powiadamiania Ratunkowego, w którym pracowała od dziesięciu lat, dotarła suchą stopą. Skinęła ochroniarzowi głową, odbiła kartę i ruszyła na górę. Lubiła przychodzić kilka minut wcześniej. Dzięki temu mogła spokojnie zrobić kawę, porozmawiać z koleżankami i rozpocząć swój dyżur, a te niezwykle rzadko bywały spokojne. Czasami już od pierwszych zgłoszeń musiała się mierzyć z historiami o krwotoku, pożarze albo dziecku zamkniętym w samochodzie. Monika zdjęła kurtkę, odwiesiła ją na oparcie krzesła i podeszła do dwóch koleżanek, które stały przy ekspresie.

Agnieszka była wysoka, szczupła, z włosami związanymi w byle jaki kucyk i podkrążonymi oczami, które od razu zdradzały ciężką noc. Kasia wyglądała lepiej, ale tylko odrobinę. Jedną ręką trzymała kubek, drugą opierała się o blat, jakby sama myśl o powrocie do domu i położeniu się spać dawała jej jeszcze resztki sił.

– No i jak było? – zapytała Monika, sięgając po papierowy kubek. – Noc spokojna czy tradycyjnie ludzkość dała popis?

Agnieszka prychnęła cicho.

– Popis to mało powiedziane. O drugiej w nocy facet zadzwonił, bo sąsiad mu chrapie za głośno i on uważa, że to zakłócanie ciszy nocnej.

– Klasyk – mruknęła Monika. – Przerabiałam to już kilkanaście razy.

– A to jeszcze nic – wtrąciła Kasia, upijając łyk kawy. – Rano miałam hit. Dzwoni jakaś starsza pani i prosi, abym jej sprawdziła, czy w Biedronce albo w Lidlu jest promocja na cukier, bo dostała od znajomej trzy skrzynki śliwek i chce zrobić powidła.

Monika uniosła brwi. Owszem, ludzie dzwonili w najróżniejszych sprawach. Pytali o numer do pizzerii, taksówki, nocnej apteki, a nawet, raz, o rozkład pociągów. Ale o promocję na cukier jeszcze nikt jej nie pytał.

– I co jej powiedziałaś? – zapytała z autentycznym zaciekawieniem.

– To, co zwykle, że numer alarmowy nie służy do sprawdzania promocji w dyskontach. A ona na to, że przecież „młodzi wszystko dziś mogą znaleźć w komputerze”, więc my pewnie też.

Monika pokręciła głową z niedowierzaniem.

– Czasami mam wrażenie, że dla części ludzi 112 to taki numer od wszystkiego. Pożar, zawał, pobity człowiek, zaginione dziecko i cukier do powideł w jednym pakiecie.

– Jeszcze brakuje, żeby ktoś zadzwonił z pytaniem, czy schab lepiej piec w rękawie, czy bez – powiedziała Agnieszka.

– Daj spokój, nie wywołuj wilka z lasu – odparła Kasia. – Przy tej robocie nic mnie już nie zdziwi.

Monika uśmiechnęła się pod nosem, ale tylko na chwilę. Zbyt dobrze wiedziała, że za większością absurdów kryją się też zgłoszenia, po których człowiek długo nie może dojść do siebie. W tej pracy jedno często sąsiadowało z drugim. Ktoś dzwonił po straż pożarną, bo kot od dwóch godzin siedział na drzewie, a pięć minut później inny człowiek łamiącym się głosem mówił, że jego żona nie oddycha. Jedna rozmowa śmieszyła cały pokój, druga sprawiała, że po skończonym dyżurze nikt nie miał ochoty się odzywać.

– Miałaś coś ciężkiego? – zapytała cicho Agnieszka, jakby czytając jej w myślach.

Monika wzruszyła ramionami.

– Wczoraj? Wypadek na obwodnicy, próba samobójcza i matka, która przez trzy minuty nie była w stanie powiedzieć, że dziecko połknęło baterię. Poza tym rutyna.

– Czyli standard – podsumowała Kasia.

– Niestety.

Ekspres zapiszczał, kończąc parzenie kolejnej porcji kawy. Monika zabrała kubek i wróciła do swojego stanowiska. Usiadła, poprawiła słuchawki, wprowadziła hasło i przez chwilę patrzyła na ekran, na którym wyświetlił się znajomy interfejs systemu. Wszystko było na swoim miejscu: formularze, mapy, okna do przekazywania zgłoszeń, historia rozmów, zakładki z typami zdarzeń. Rutyna, która jako jedyna w tej pracy pomagała zachować spokój.

Odchyliła się lekko w fotelu. Z sąsiednich stanowisk dochodziły urywki rozmów. Ktoś spokojnie tłumaczył, że pogotowie już jedzie. Ktoś inny prosił o dokładne podanie numeru domu. Monika lubiła ten moment na początku zmiany, kiedy jeszcze nic wielkiego się nie wydarzyło, ale już było wiadomo, że za chwilę może wydarzyć się wszystko.

Sięgnęła po kubek z kawą, zdążyła upić ledwie łyk, gdy w słuchawkach rozległ się sygnał przychodzącego połączenia. Odstawiła kubek i odruchowo wyprostowała plecy. Na ekranie pojawiła się mapa okolic Pruszcza Gdańskiego z pulsującym punktem, oznaczającym lokalizację telefonu dzwoniącego, zaciągniętą z systemu AML.

– Numer alarmowy sto dwanaście, w czym mogę pomóc? – powiedziała, otwierając zakładkę z formatką do rejestracji zgłoszenia.

Po drugiej stronie odezwał się kobiecy głos. Młody, lekko zadyszany, ale opanowany. Nie było w nim histerii, nie było płaczu, nie było też tej pustej paniki, z którą Monika spotykała się często. Głos brzmiał tak, jakby jego właścicielka miała nad sobą kontrolę, tylko bardzo się spieszyła.

– Dzień dobry. Nazywam się Judyta Skórska. Dzwonię, bo w okolicy Żelisławek na leśnej polanie niedaleko nieczynnych torów i starej żwirowni pali się samochód.

Monika od razu zaczęła wpisywać niezbędne informacje. Najpierw wybrała z listy kod zdarzenia: „P_POJ_LAS”, oznaczający pożar pojazdu w lesie, a następnie zapytała dzwoniącą, czy jest w stanie podać dokładniejszą lokalizację.

– Jestem na drodze z Trąbek do Żelisławek. Zatrzymałam się przy takim zjeździe w las. Kawałek dalej są stare tory, a nad lasem widać dym.

Monika zawahała się na ułamek sekundy. To nie była odpowiedź idealna, ale wystarczająca, by wysłać służby we właściwy rejon.

– Czy jest pani przy tym pojeździe?

– Nie, stoję przy drodze. Nie podchodziłam bliżej.

– Czy widzi pani przy samochodzie jakichś ludzi?

– Nie, ponieważ, jak powiedziałam, jestem przy drodze i nie widzę tego samochodu – rzuciła rozmówczyni i przerwała połączenie.

Monika przez chwilę patrzyła na ekran.

– To skąd, kobieto, wiesz, że pali się samochód? – mruknęła pod nosem, klikając przycisk „Przekaż do służb”.

Formatka natychmiast „wskoczyła” na konsole dyżurnych w Komendzie Powiatowej Straży Pożarnej w Pruszczu Gdańskim oraz w Komendzie Powiatowej Policji. Monika z doświadczenia wiedziała, że dalej wszystko potoczy się już szybko. System, radiostacje, alarm, wyjazd. Czasem wystarczało kilka minut, żeby między spokojnym porankiem a miejscem zdarzenia rozciągnęła się cała gotowa procedura.

Po kilkunastu sekundach w Pszczółkach, które leżały najbliżej miejsca zdarzenia, zawyła syrena Ochotniczej Straży Pożarnej. Alarm rozszedł się po miejscowości trzema minutowymi, jednostajnymi wezwaniami. Dla strażaków ochotników był to sygnał, że właśnie ktoś potrzebuje ich pomocy.

Jeden porzucił skrzynkę z narzędziami w warsztacie, zostawiając niedokręcone koło w starym oplu. Inny wysiadł z dostawczaka zaparkowanego pod sklepem, rzucił kierowcy siedzącemu obok krótkie: „Muszę lecieć” i zatrzasnął drzwi. Jeszcze inny wybiegł z domu, narzucając kurtkę na bluzę, podczas gdy jego żona, z progu, podała mu rękawice i krzyknęła, żeby uważał na śliskie drogi.

Po kilku minutach pod remizą zbiegali się już kolejni ochotnicy, pośpieszani dobrze wyćwiczoną rutyną. Nie było tu miejsca na zamieszanie. Każdy wiedział, gdzie ma biec, po co sięgnąć, co sprawdzić. Ktoś otwierał bramę. Ktoś inny wskakiwał do kabiny. Ktoś sprawdzał aparaty oddechowe. Nie minęło nawet pięć minut, gdy ciężki samochód ratowniczo-gaśniczy Scania P410, wyposażony w zbiornik o pojemności pięciu tysięcy litrów wody, wyjechał z remizy.

W kabinie było ciepło i ciasno od kilku mężczyzn w strażackich kombinezonach, ale każdy z nich siedział skupiony. Minęli mokre zabudowania Pszczółek, niewielkie sklepy, płoty, przystanek autobusowy i boisko, na którym o tej porze nie było żywej duszy. Potem wjechali na węższą drogę, prowadzącą w kierunku Żelisławek.

Za szybą przesuwały się mokre pola, ciemne pasy drzew i przydrożne rowy pełne brunatnej wody. Niebo było niskie i ciężkie, jakby wisiało tuż nad dachami i za moment miało pęknąć, zalewając wszystko jesiennym deszczem. Jednak na razie ani jedna kropla nie spadła na ziemię. Tylko szyby kabiny od czasu do czasu pokrywała chłodna mgiełka od oddechów strażaków.

– Coś widać? – zapytał siedzący obok kierowcy dowódca.

Strażak przy oknie wychylił się lekko i zmrużył oczy.

– Jeszcze nie… Czekaj. Jest. Nad lasem.

Wszyscy spojrzeli w tę samą stronę. Ponad linią drzew unosił się ciemny, ciężki dym. Nie był jasny ani rwany, jak przy ognisku z mokrych gałęzi, tylko gęsty, tłusty, niemal czarny.

Po kolejnych kilkuset metrach zjechali z asfaltu na leśny dukt. Wóz od razu zwolnił. Koła weszły w błoto i rozchlapały na boki wodę, zmieszaną z piaskiem. Kierowca mocniej ścisnął kierownicę, bo droga zrobiła się nierówna i pełna kolein. W kabinie zatrzęsło, gdy ciężki samochód przejechał przez większą wyrwę.

Drzewa rosły tu gęściej, a teren robił się coraz bardziej odludny. Nie było domów, nie było gospodarstw, nawet śladów spacerowiczów. Tylko mokry las, stara droga i dym, który stawał się coraz wyraźniejszy. Po obu stronach ciągnęły się wysokie trawy i krzaki, uginające się pod ciężarem wilgoci.

– Kto normalny pcha się autem w takie miejsce? – rzucił jeden ze strażaków, ale nikt tego nie skomentował.

Kierowca jeszcze bardziej zdjął nogę z gazu. Po chwili między pniami zamigotał pulsujący pomarańczowy blask.

– Mamy go – powiedział dowódca.

Samochód stał nie przy drodze, nie na poboczu i nie w rowie, lecz dalej, na niewielkiej polanie ukrytej za ścianą młodych brzóz i sosen. Już samo to wyglądało źle. Gdyby ktoś miał awarię albo po prostu zjechał z trasy, zatrzymałby się bliżej. Tutaj auto zostało wprowadzone głębiej, jakby celowo ktoś chciał je ukryć przed wzrokiem przypadkowych ludzi.

Płomienie nie były już wysokie, ale nadal trawiły wnętrze i tył pojazdu. Z wybitych szyb wydobywał się dym, a nagrzana karoseria błyszczała matowo w szarym świetle dnia. Wokół nie było nikogo. Ani człowieka, ani śladu ruchu, ani żadnego innego auta.

Dowódca wysiadł pierwszy, zrobił kilka szybkich kroków i zatrzymał się, omiatając wzrokiem teren. Pozostali strażacy wyskakiwali już z wozu, sięgając po sprzęt. Jeden pociągnął linię gaśniczą. Drugi otwierał skrytkę. Trzeci poprawiał rękawice i hełm.

– Uważajcie na podłoże, ślisko jak cholera – rzucił dowódca.

– I bez kozaczenia. Auto może mieć pełny bak.

Przez chwilę słychać było tylko stuk butów o błoto i szum wody zalewającej płonący pojazd. Strumień uderzał w karoserię z głuchym łoskotem, rozbijając resztki ognia i rozrzucając parę. Po kilku minutach płomienie straciły impet. To, co jeszcze chwilę wcześniej drżało w wybitych oknach i lizało tylną część nadwozia, skurczyło się do pojedynczych, nerwowych języków ognia.

Został dym, syk wody trafiającej na rozgrzany metal i zapach spalenizny, tak ciężki, że wciskał się pod ubranie i zostawał w gardle. Strażacy dogaszali wrak już spokojniej, bardziej metodycznie, pilnując, by w aucie nie zostały żadne ukryte zarzewia. Jeden polewał komorę silnika, drugi kierował prąd wody na tylne siedzenia i bagażnik, trzeci obchodził samochód dookoła i sprawdzał, czy ogień nie przeniósł się na ściółkę.

Dowódca stał kilka kroków dalej, obserwując teren i samochód z tą samą uważnością, z jaką przed chwilą oceniał przebieg akcji. Z dala od głównej drogi nawet szum silnika wozu gaśniczego zdawał się nienaturalnie głośny.

– Dobra, sprawdź środek – rzucił do jednego ze strażaków. – Tylko ostrożnie.

– Jasne.

Mężczyzna poprawił aparat oddechowy, po czym podszedł do wraku. Karoseria nadal oddawała ciepło. Lakier zszedł płatami, szyby albo popękały, albo już dawno wypadły, a wnętrze wyglądało jak czarna, wypalona skorupa. Strażak nachylił się nad przednimi drzwiami i zajrzał do środka. Obejrzał deskę rozdzielczą, resztki foteli, przestrzeń pod kierownicą. Potem obszedł auto z drugiej strony i kucnął, żeby sprawdzić pod siedzeniami.

– Coś masz? – zapytał ktoś zza jego pleców.

– Na razie nic. Jeszcze tył.

Ruszył dalej, powoli, bez pośpiechu. Zawód przyzwyczaił go do tego, że właśnie po ugaszeniu pożaru trzeba najbardziej uważać, bo to wtedy wychodziło na jaw wszystko, co wcześniej skrywał ogień. Kiedy stanął przy tylnej części pojazdu, przez chwilę patrzył na odkształconą klapę bagażnika. Metal wygiął się od temperatury, szczeliny zmieniły kształt, a z krawędzi wciąż unosiła się cienka smuga dymu.

– Podaj łom – powiedział.

Narzędzie od razu znalazło się w jego dłoni. Wsunął je ostrożnie między rant klapy a nadwozie i spróbował podważyć blachę. Za pierwszym razem metal tylko jęknął głucho. Dopiero przy drugim podejściu ustąpił z chrzęstem. Strażak użył więcej siły. Pokrywa drgnęła, uniosła się o kilkanaście centymetrów i zatrzymała, jakby sama nie chciała odsłonić wnętrza. Jednak jemu to w zupełności wystarczyło.

Nachylił się, żeby zajrzeć do środka. I znieruchomiał. Potem cofnął się o pół kroku, zdjął maskę z twarzy i odetchnął głęboko powietrzem przesyconym zapachem spalenizny.

– Jurek! – zawołał w kierunku dowódcy.

Tamten od razu odwrócił głowę.

– Co jest?

Strażak przez moment nie odpowiedział. Patrzył nadal w szczelinę uchylonego bagażnika, jakby chciał mieć pewność, że wzrok go nie myli. W środku, pośród zwęglonych resztek tapicerki i poczerniałego wnętrza, leżało coś, co nie mogło być częścią wyposażenia samochodu ani spalonym bagażem. Zarys ciała był już nie do pomylenia.

– Tu są zwłoki.

Słowa zawisły w wilgotnym powietrzu ciężej niż dym. Przez moment nikt się nie poruszył. Potem dowódca podszedł bliżej, ale nie za blisko, i sam zajrzał w uchyloną klapę. Wystarczył jeden rzut oka.

W bagażniku leżały mocno nadpalone zwłoki kobiety. Wskazywały na to długie, częściowo spalone włosy.

Dowódca wyprostował się powoli, a jego twarz stężała tak, że przez chwilę wyglądała, jakby wykuto ją z mokrego kamienia. Przeniósł wzrok na strażaków stojących wokół i natychmiast wiedział, że każdy z nich zrozumiał już, że sytuacja zmieniła się całkowicie.

– Odsunąć się od auta – powiedział spokojnie, ale twardo. – Niczego więcej nie ruszać – dodał, sięgając po radiostację.

Gdy meldował, że w ugaszonym pojeździe ujawniono ciało, jego głos brzmiał rzeczowo i chłodno. Jednak stojący obok strażacy wiedzieli, że od tej chwili nie są już przy zwykłym wraku. Teraz każdy krok, każdy ślad buta w błocie, każde niepotrzebne dotknięcie mogło mieć znaczenie.

Nad polaną unosił się ciężki, cuchnący dym, a gdzieś wysoko, ponad koronami drzew, przeleciało stado ptaków. Wóz strażacki stał z boku, z wciąż włączonym silnikiem, a jego niebieskie światła odbijały się od mokrej karoserii spalonego auta.

Dowódca odsunął radiostację od ust i spojrzał jeszcze raz na wrak. Od początku coś mu się w tym wszystkim nie podobało. Miejsce, w którym znaleziono samochód. Sposób, w jaki był ukryty. Gęsty, czarny dym. A teraz jeszcze ciało w bagażniku.

To nie był zwykły pożar. I wszyscy na tej polanie już o tym wiedzieli.

DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ

Spis treści

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

ROZDZIAŁ CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĄTY

ROZDZIAŁ SZÓSTY

ROZDZIAŁ SIÓDMY

ROZDZIAŁ ÓSMY