Księgi nomów - Terry Pratchett - ebook + książka

Księgi nomów ebook

Terry Pratchett

0,0
59,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Trylogia Nomów.

Na trylogię o nomach, małych istotach żyjących pod podłogą Sklepu, składają się: Księga wyjścia,Księga kopania i Księga odlotu. Zabawne stworzenia dowiadują się od przechowywanej przez przodków Rzeczy, która nagle ożywa, skąd pochodzą. Zagrożone pozbawieniem… dachu nad głową wychodzą do Kamieniołomu, ale i on ma zostać uruchomiony. Ich przywódca, Masklin, idąc za radą Rzeczy, udaje się więc na Florydę – na pokładzie samolotu, w podróżnej torbie, na piechotę pośród traw pełnych krokodyli, w końcu na grzbiecie gęsi – tam bowiem ma na nich czekać wybawienie…

Wydanie specjalne - z barwionymi brzegami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 566

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Polecamy

Nakła­dem Domu Wydaw­ni­czego REBIS

tego autora uka­zały się:

Nacja

Księgi nomów

Opo­wie­ści o John­nym Maxwellu

oraz

Dysk

Dywan

Ciemna strona Słońca

NOMÓW KSIĘGA WYJŚCIA

Dedykacja

Jesz­cze jedna dla Rhianny

NOMY I CZAS

Nomy są małe, a gene­ral­nie rzecz ujmu­jąc, małe istoty nie żyją długo. Za to mogą żyć szybko.

Na przy­kład: jed­nym z naj­kró­cej żyją­cych na Ziemi stwo­rzeń jest pospo­lita jętka, zwana jed­nod­niówką. Naj­bar­dziej zaś dłu­go­wieczny jest pewien gatu­nek sosny, któ­rego naj­starsi przed­sta­wi­ciele mają cztery tysiące sie­dem­set lat i na­dal rosną.

Może się to wydać nie­spra­wie­dliwe dla jętek, ale naj­waż­niej­sze prze­cież nie jest to, ile czasu fak­tycz­nie się żyje, lecz jak długo to trwa dla przed­sta­wi­cieli danego gatunku. Dla jętki jedna godzina może trwać rów­nie długo jak stu­le­cie. Ot, choćby stare jętki mogą toczyć dłu­gie poga­wędki o tym, że życie w tej minu­cie jest znacz­nie gor­sze, niż to kie­dyś bywało – dajmy na to, ze dwie godziny temu. Świat był młod­szy, słońce jaśniej­sze, a larwy oka­zy­wały star­szym choć tro­chę sza­cunku.

Sosny nato­miast, nie­sły­nące z szyb­kiego refleksu, mogły wła­śnie zauwa­żyć, jak dziw­nie niebo migoce, co pew­nie ma zwią­zek z pod­sy­cha­ją­cymi korze­niami, a być może też z natręc­twem kor­ni­ków.

Wszystko, a zwłasz­cza czas, jest w pewien spo­sób względne – im szyb­ciej się żyje, tym czas się bar­dziej roz­ciąga. Dla nomów rok trwa tak samo długo, jak dla ludzi dzie­sięć lat. Należy o tym pamię­tać.

I nie należy się tym przej­mo­wać.

Nomy się nie przej­mują. Prawdę mówiąc, nawet o tym nie wie­dzą.

NA POCZĄTKU…

I.

Na początku było Miej­sce.

II.

I przy­był tam Arnold Bros (zał. 1905) i dostrzegł, iż ma ono Moż­li­wo­ści.

III.

Jako że znaj­do­wało się przy High Street.

IV.

A takoż było dogodne dla Auto­bu­sów.

V.

I rzekł Arnold Bros (zał. 1905): „Niech sta­nie się tu Sklep i nie­chaj będzie to Sklep, jakiego do tej pory Świat nie widział.

VI.

Nie­chaj jego dłu­gość będzie od Pal­mer Street po Fish Mar­ket, sze­ro­kość zaś od High Street po Disra­eli Road.

VII.

Zasię jego wyso­kość nie­chaj będzie na Pięć Pię­ter, a takoż Piw­nicę. Nie­chaj znajdą się w nim Windy, nie­chaj w Kotłowni pło­nie Wie­czy­sty Ogień, a ponad wszyst­kim nie­chaj się sta­nie Rachuba Klien­tów, by Zama­wiać Dobra Wsze­la­kie.

VIII.

I nie­chaj wszy­scy wie­dzą, że Arnold Bros (zał. 1905) to Dobra Wsze­la­kie pod Jed­nym Dachem. I nie­chaj nazwany zosta­nie: Sklep Arnolda Brosa (zał. 1905)”.

IX.

I tak się stało.

X.

I podzie­lił Arnold Bros (zał. 1905) Sklep na Działy, jako to: Towary Żela­zne, Gor­sety, Moda, Mate­riały Piśmienne i wiele innych według potrzeb jego. I stwo­rzył mro­wie Ludzi, by je zapeł­nili Dobrami Wsze­la­kimi i dzi­wo­wali się wielce: Zaprawdę Wsze­la­kie Dobra tu są. I rzekł Arnold Bros (zał. 1905): „Nie­chaj staną się Auta Cię­ża­rowe, a ich barwy nie­chaj będą Czer­wień i Złoto, i nie­chaj wyjadą, aby wia­do­mym było, iże Arnold Bros (zał. 1905) dostar­cza Dóbr Wsze­la­kich, jed­na­koż jedy­nie po Umó­wie­niu.

XI.

I nie­chaj się staną Groty Świę­tego Miko­łaja,

1

Wyprze­daże Zimowe, Obniżki Let­nie, Znów do Szkoły i inne Oka­zje w Porach Wła­ści­wych”.

XII.

I do Sklepu przy­byli nomo­wie, obie­ra­jąc go na swą Sie­dzibę po Wieczne Czasy.

Księga nomów, Piw­nice, w. I–XII

Przed Gwiazdką w dużych skle­pach ame­ry­kań­skich i bry­tyj­skich buduje się groty, w któ­rych sie­dzi Święty Miko­łaj z drob­nymi upo­min­kami i przyj­muje dzieci. W Pol­sce dotąd ten oby­czaj się nie przy­jął, choć w niektó­rych skle­pach (zwłasz­cza więk­szych) można spo­tkać Świę­tego Miko­łaja (przyp. tłum.). [wróć]

ROZDZIAŁ 1

Jest to opo­wieść o powro­cie do domu.

Jest to także opo­wieść o kry­tycz­nej dro­dze.

I jest to rów­nież opo­wieść o cię­ża­rówce, która z rykiem sil­nika prze­je­chała przez śpiące mia­sto, demo­lu­jąc latar­nie i wystawy, a gdy już za mia­stem zatrzy­mała ją poli­cja, oka­zało się, że nikt nią nie kie­ro­wał. Gdy ogłu­pieni poli­cjanci mel­do­wali o tym przez radio, cię­ża­rówka spo­koj­nie odje­chała i znik­nęła w mro­kach nocy.

By­naj­mniej nie jest to koniec opo­wie­ści.

Prawdę mówiąc, nie jest to także jej począ­tek.

Z nieba padało przy­gnę­bie­nie i nuda. Był to ten zło­śliwy rodzaj mżawki, który moczył znacz­nie dokucz­li­wiej i szyb­ciej niż porządny deszcz pada­jący dużymi kro­plami albo inny, przy­po­mi­na­jący spły­wa­jące z góry morze, w któ­rym z rzadka wystę­pują prze­rwy.

Kro­ple wystu­ki­wały zwa­rio­wany rytm na sta­rych pudeł­kach po ham­bur­ge­rach i toreb­kach po fryt­kach, które wypeł­niały dru­ciany kosz sta­no­wiący chwi­lową kry­jówkę Masklina.

Masklin był mokry, zzięb­nięty i wybit­nie zanie­po­ko­jony. I miał dzie­sięć cen­ty­me­trów wzro­stu.

Kosz z zasady sta­no­wił cał­kiem dobry teren łowiecki, nawet zimą. Czę­sto zna­leźć można było kilka fry­tek – zim­nych co prawda, ale za to w torebce. Cza­sem nie cał­kiem ogry­zioną kość kur­czaka, a raz albo dwa nawet szczura. Ostatni szczur wystar­czył im na tydzień, choć kło­pot pole­gał na tym, że miało się go naprawdę dość trze­ciego dnia. Prawdę mówiąc, to nawet przy trze­cim gry­zie… ale mimo wszystko był to dobry dzień – ten, w któ­rym spo­tkał owego szczura.

Masklin ponow­nie przyj­rzał się par­kin­gowi dla cię­ża­ró­wek.

Dokład­nie o cza­sie zja­wiła się ta, na którą cze­kał, roz­pry­sku­jąc kałuże i zatrzy­mu­jąc się z sykiem. Przez ostat­nie cztery tygo­dnie obser­wo­wał jej przy­by­cie każ­dego ranka we wto­rek i czwar­tek i spraw­dzał, jak długo trwa każdy postój.

Wyszło mu, że trzy minuty, co dla pię­cio­ca­lo­wego osob­nika sta­nowi rów­no­war­tość pół­go­dziny.

Ześli­znął się po wytłusz­czo­nym papie­rze, wypadł przez dziurę w dnie kosza i pognał ku zaro­ślom na skraju par­kingu, w któ­rych cze­kali Grimma i sta­rzy.

– Już tu jest! – oznaj­mił. – Chodź­cie!

Pod­nie­śli się, mam­ro­cząc i narze­ka­jąc; przy­glą­dał się temu ze znie­cier­pli­wie­niem, ale po dwóch tuzi­nach prób dosko­nale zda­wał sobie sprawę, że nie ma sensu ich pona­glać krzy­kiem. Pod­nie­siony głos powo­do­wał jedy­nie poiry­to­wa­nie i więk­sze niż zwy­kle ogłu­pie­nie koń­czące się falą zrzę­dzeń i narze­kań. Narze­kali zresztą zawsze i na wszystko – na zimne frytki, mimo że Grimma pod­grze­wała je nad ogni­skiem, na szczury i na ich brak. Poważ­nie się zasta­na­wiał, czy ich nie zosta­wić i nie opu­ścić oko­licy samemu, ale nie mógł się na to zdo­być. Prawda była taka, że go potrze­bo­wali.

Choćby po to, by mieć na kogo gde­rać.

Ale byli tak powolni… zamiast jed­nak ich poga­niać, zwró­cił się do Grimmy:

– Chodź! Albo podziała na nich, że oboje odcho­dzimy, albo trzeba ich będzie popę­dzać kijem. Sami ni­gdy się nie ruszą!

– Są prze­ra­żeni. – Pokle­pała go po ramie­niu. – Idź przo­dem, przy­pro­wa­dzę ich na czas, nie bój się.

Czasu wła­śnie nie mieli, toteż posta­no­wił nie mar­no­wać go na spory.

Bie­gnąc przez błot­ni­stą nawierzch­nię par­kingu, zdjął z ramie­nia zwój liny zakoń­czo­nej kotwiczką, któ­rej wyko­na­nie zajęło mu tydzień. Na szczę­ście drut w pło­cie nie był zbyt gruby. Kilka kolej­nych dni spę­dził na ćwi­cze­niach, zanim doszedł do jakiej takiej wprawy, ale za to gdy się zatrzy­mał przy kole cię­ża­rówki, kotwiczka zata­czała już ze świ­stem kręgi nad jego głową.

Ostrze zacze­piło o plan­dekę przy dru­giej pró­bie. Masklin spraw­dził, czy solid­nie, i zaczął wspi­naczkę, wyma­cu­jąc sto­pami nie­rów­no­ści opony. Radził sobie cał­kiem spraw­nie, ale prze­cież robił to już czwarty raz.

Wgra­mo­lił się przez szcze­linę mię­dzy burtą a plan­deką w wypeł­nia­jącą wnę­trze ciem­ność i natych­miast przy­wią­zał linkę do jed­nej z gru­bych lin mocu­ją­cych bre­zent do drewna. Lina była gru­bo­ści jego ramie­nia, ale obwią­zał ją sta­ran­nie swoją linką i pospie­szył do otworu, przez który dostał się do środka.

Grimma na szczę­ście zaga­niała sta­rych w stronę cię­ża­rówki. Szło jej to nawet nie­źle, skoro sły­szał już ich narze­ka­nia. Tym razem głów­nie na kałuże. I tak zresztą trzę­sło go ze znie­cier­pli­wie­nia, bo cała ope­ra­cja zda­wała się trwać godzi­nami. A prze­cież tłu­ma­czył im milion razy, że konieczny jest pośpiech.

Lecz za młodu nie wdra­py­wali się na skrzy­nie cię­ża­ró­wek i nie bar­dzo rozu­mieli, dla­czego mają zacząć to robić na sta­rość. Na przy­kład Babka Mor­kie uparła się, żeby wszy­scy się odwró­cili, kiedy zaka­sy­wała spód­nice. A stary Tor­rit tak skam­lał, że Masklin musiał go opu­ścić, by Grimma mogła zawią­zać mu oczy. Gdy wcią­gnął kil­koro pierw­szych, szło już łatwiej, ponie­waż byli jakąś pomocą przy win­do­wa­niu następ­nych.

Grimmę pod­cią­gnął ostat­nią. Była zadzi­wia­jąco lekka. Po praw­dzie to każdy z nich był lekki. No cóż – nie co dzień tra­fia się szczur.

Ku swemu szcze­remu zasko­cze­niu stwier­dził nagle, że wszy­scy są już na górze, a nie trza­snęły jesz­cze drzwi kie­rowcy, któ­rego powolne, cięż­kie kroki sły­szał wyraź­nie.

– Dobra – odsap­nął z ulgą. – Skoro wresz­cie jeste­śmy w kom­ple­cie, to wystar­czy, jak…

– Upu­ści­łem Rzecz! – jęk­nął nagle stary Tor­rit. – Rzecz! Upu­ści­łem ją przy kole, kiedy ona zawią­zy­wała mi oczy. Zejdź i przy­nieś ją, chłop­cze.

Masklin wytrzesz­czył oczy. Naj­pierw na sta­rego, a potem na dół przez odchy­loną plan­dekę. Rze­czy­wi­ście, w dole dostrzegł nie­wielki, czarny sze­ścian leżący na ziemi.

Rzecz.

Sze­ścian leżał w samym środku kałuży obok koła, co zresztą było bez zna­cze­nia – woda na niego nie dzia­łała, nic innego rów­nież nie. Nie można go było nawet spa­lić.

– Nie ma czasu! – sprze­ci­wił się, sły­sząc zbli­ża­jące się kroki.

– Nie możemy bez niej odejść! – Grimma nie­spo­dzie­wa­nie poparła Tor­rita.

– Natu­ral­nie, że możemy. To tylko przed­miot. Na nic się nam nie przyda tam, dokąd jedziemy! – Wstyd mu się zro­biło, led­wie to powie­dział, ale i tak jego reak­cja była niczym w porów­na­niu z reak­cjami pozo­sta­łych.

Grimma zanie­mó­wiła, a Babka Mor­kie wypro­sto­wała się niczym drżąca struna.

– Zapo­mi­nasz się, mło­dzień­cze! – wark­nęła. – Tym razem bluź­nier­stwa ci nie pomogą. Powiedz mu, Tor­rit!

Ton i szturch­nię­cie w żebra pobu­dziły Tor­rita do kolej­nej wypo­wie­dzi:

– Bez Rze­czy ni­gdzie nie jadę! – oznaj­mił sta­now­czo. – Nie­wła­ściwe jest…

– Wódz ci to mówi! – prze­rwała mu Babka Mor­kie. – Więc zrób, co mówi. Zosta­wić?! Też coś! To nie byłoby wła­ściwe! Ani uczciwe! Prze­stań tak stać i gapić się na mnie, tylko złaź i przy­nieś ją. Natych­miast!

Masklin spoj­rzał z obrzy­dze­niem na kałużę i bez pro­te­stów prze­rzu­cił za burtę linę, po któ­rej ześli­znął się na dół. Padało moc­niej niż przed chwilą, w dodatku do desz­czu dołą­czył śnieg, choć jesz­cze nie­śmiało. Wiatr przy­brał na sile i zdrowo nim potrzą­snął, nim minął koło i z chlu­po­tem wylą­do­wał w kałuży. Masklin zła­pał Rzecz i usły­szał trza­śnię­cie drzwi kie­rowcy…

Gorącz­kowo zaczął się wspi­nać, gdy cię­ża­rówka ożyła.

Naj­pierw ryk­nęła; nie był to już dźwięk, lecz solidna ściana hałasu. Potem par­sk­nęła falą smrodu, a w końcu zady­go­tała, aż zatrzę­sła się zie­mia.

Masklin krzyk­nął roz­pacz­li­wie, nie prze­ry­wa­jąc jed­nakże wspi­naczki, gdy dotarło doń, że nawet on nie sły­szy wła­snego głosu. Ktoś na górze musiał jed­nak myśleć – naj­praw­do­po­dob­niej była to Grimma, gdyż rów­no­cze­śnie z drgnię­ciem wiel­kiego koła lina nagle pode­rwała się, uno­sząc go tak szybko, że zanie­chał wspi­naczki, kur­czowo trzy­ma­jąc się sznura.

Nie­mal bli­ski ogłuch­nię­cia, krę­cił się i obi­jał, usi­łu­jąc rów­no­cze­śnie wmó­wić sobie, że nie jest prze­ra­żony. Wiel­kie koło obró­ciło się o cale od jego oczu i stwier­dził, że nie jest prze­ra­żony. To było coś znacz­nie gor­szego.

Poza tym był pewien, że zgi­nie. I to za chwilę. A naj­gor­sza była świa­do­mość, że zgi­nie przez Rzecz, czyli przez coś, co się ni­gdy nikomu na nic nie przy­dało. Przez bez­u­ży­teczne coś, co było zwy­kłą rze­czą, trafi do nieba. Cie­kawe, czy stary Tor­rit ma rację co do tego, co się dzieje, gdy się umrze?

Wyda­wało mu się, że to lekka prze­sada – zgi­nąć, by się o tym prze­ko­nać, tym bar­dziej że od lat wpa­try­wał się w niebo i ni­gdy nie zauwa­żył tam żad­nego noma…

Teraz zresztą i tak nie miało to zna­cze­nia…

Czy­jeś dło­nie zła­pały go pod ramiona i wcią­gnęły pod plan­dekę, a potem z pew­nym tru­dem wycią­gnęły mu z zana­drza Rzecz.

Puste pola za roz­pę­dza­jącą się cię­ża­rówką prze­sło­niła entu­zja­styczna fala desz­czu. Nie tylko na polach nie było już upraw – w całym kraju nie było już nomów.

W cza­sach, w któ­rych znacz­nie mniej padało, nomów było dużo – Masklin oso­bi­ście pamię­tał, że było ich ponad czter­dzie­ścioro. Potem zbu­do­wano auto­stradę, stru­mień umiesz­czono w pod­ziem­nych rurach, a naj­bliż­sze krzewy wycięto. Nomy zawsze zamiesz­ki­wały roz­ma­ite kąty, a tu nagle oka­zało się, że na świe­cie nie ma już żad­nych kątów.

Nic więc dziw­nego, że liczba nomów zaczęła maleć. Czę­ściowo spo­wo­do­wane to było przy­czy­nami natu­ral­nymi, a dla pię­cio­ca­lo­wych osob­ni­ków to ozna­cza wszystko, co ma zęby, szyb­kie nogi i ochotę na polo­wa­nie. Czę­ściowo powo­dem był Pyr­rince, który – jako typ naj­bar­dziej awan­tur­ni­czy – popro­wa­dził eks­pe­dy­cję przez auto­stradę, by zba­dać leżący za nią las. Wyru­szyli pew­nej nocy i ni­gdy nie wró­cili. Nie­któ­rzy utrzy­my­wali, że przy­czyną były sokoły, inni, że cię­ża­rówka, a jesz­cze inni twier­dzili wręcz, że wyprawa dotarła do połowy auto­strady i wciąż tkwi na roz­dzie­la­ją­cym jezd­nię pasie zie­leni, nie mogąc ani pójść dalej, ani się cof­nąć, odcięta nie­koń­czą­cymi się sznu­rami samo­cho­dów.

Potem przy dro­dze wybu­do­wano bistro, co można było uznać za poprawę. Ocena zale­żała od punktu widze­nia. Jeśli ktoś uznaje zimne frytki i pozo­sta­ło­ści po sza­rych kur­cza­kach za jedze­nie, to nagle zro­biło się go wystar­cza­jąco dużo dla wszyst­kich.

W końcu zaczęło się lato i Masklin z pew­nym zdzi­wie­niem stwier­dził, że pozo­stało ich zale­d­wie dzie­się­cioro, z czego osiem sztuk jest zbyt sta­rych, by przy­dać się na cokol­wiek. Tor­rit miał pra­wie dzie­sięć lat! Było to upiorne lato. Grimma robiła, co mogła, pró­bu­jąc orga­ni­zo­wać rajdy na kosze na śmieci (z reguły o pół­nocy), Masklin zaś usi­ło­wał polo­wać.

Samotne polo­wa­nie naj­bar­dziej przy­po­mi­nało umie­ra­nie po kawałku, ponie­waż więk­szość tego, na co się poluje, także poluje na myśli­wego. A jeśli nawet ma się szczę­ście i upo­luje szczura, to jak go dostar­czyć do domu? Ostat­nio zabrało mu to dwie doby cią­gnię­cia za ogon i noc spę­dzoną na prze­ga­nia­niu wszyst­kiego, co także miało ochotę na szczura, ale nie miało ochoty na polo­wa­nie.

Dzie­się­ciu sil­nych myśli­wych mogło zro­bić wszystko – obra­bo­wać ul, nała­pać myszy, odko­pać kreta. Lecz jeden, i to nie­ma­jący oczu z tyłu głowy, był w wyso­kiej tra­wie po pro­stu następ­nym obia­dem dla wszyst­kiego, co miało kły i pazury.

Żeby mieć co jeść, potrzeba wielu sil­nych myśli­wych, ale żeby mieć dużo myśli­wych, potrzebna jest oko­lica, w któ­rej można zna­leźć dużo jedze­nia. I w tym wła­śnie tkwił pro­blem.

Grimma co prawda twier­dziła, że na jesieni się poprawi, gdyż będą grzyby, jagody, orze­chy i wszystko. Oka­zało się, że grzy­bów nie ma w ogóle, a padało tak, że więk­szość jagód zgniła na krzacz­kach, zanim zdą­żyły doj­rzeć. Orze­chów za to było dużo, tylko co z tego? Naj­bliż­sza lesz­czyna rosła o pół dnia mar­szu, a on sam mógł zabrać naj­wy­żej tuzin orze­chów, jeśli wpierw wyłu­skał je ze sko­rup i cią­gnął w papie­ro­wej tor­bie zna­le­zio­nej w koszu. Zabie­rało to w sumie cały dzień i pocią­gało za sobą ryzyko wypa­trze­nia przez jastrzę­bie, a dawało w efek­cie jedze­nie dla wszyst­kich na jeden dzień. Led­wie.

Na koniec zawa­liła się, pod­myta przez desz­cze, tylna ściana nory. Wtedy to wła­śnie Masklin zaczął nie­mal z przy­jem­no­ścią opusz­czać norę: nawet samotne polo­wa­nia były lep­sze od cią­głego zrzę­dze­nia, że nie prze­pro­wa­dza pod­sta­wo­wych napraw. Tym, co prze­peł­niło czarę, czyli wyczer­pało defi­ni­tyw­nie jego cier­pli­wość, był ogień. A raczej jego brak.

Ogień był potrzebny tak do goto­wa­nia, jak i do odstra­sza­nia róż­nych stwo­rzeń, zwłasz­cza noc­nych. Dla­tego ogni­sko roz­pa­lano przy wej­ściu i zawsze go pil­no­wano. Tyle że Babka Mor­kie zasnęła pew­nego dnia na war­cie i ogień zgasł. Dobrze, że miała choć na tyle przy­zwo­ito­ści, by się do tego przy­znać i prze­pro­sić.

Masklin, gdy wró­cił tam­tego wie­czoru i zoba­czył wyga­słe ogni­sko, wbił dzidę w zie­mię i wybuch­nął śmie­chem. Śmiał się tak długo, aż się roz­pła­kał, a potem wyszedł i sie­dział na zewnątrz. Grimma przy­nio­sła mu sko­rupę orze­cha pełną her­baty pokrzy­wo­wej. Zim­nej natu­ral­nie.

A potem doszło do nastę­pu­ją­cej wymiany poglą­dów:

– Bar­dzo ich to wzbu­rzyło – pierw­sza ode­zwała się Grimma.

– Pew­nie, że tak – par­sk­nął. – Sły­sza­łem nawet, jak bar­dzo. Tor­rit wła­śnie zażą­dał nowego nie­do­pałka, bo mu się tytoń koń­czy, a reszta ma ochotę na rybę, którą natu­ral­nie też ja powi­nie­nem przy­nieść. No i stałe zrzę­dze­nie, że mło­dzi myślą tylko o sobie, nie to, co za ich cza­sów…

– Tacy już są – wes­tchnęła. – Tylko nie dociera do nich, że gdy byli mło­dzi, były tu setki nomów.

– Sporo czasu minie, nim znów będziemy mieli ogień. – Masklin bez celu pogrze­bał w bło­cie.

Mieli soczewkę ze zna­le­zio­nych na par­kingu oku­la­rów, ale do roz­pa­le­nia ognia nie­zbędny był jesz­cze sło­neczny dzień.

– Mam tego dość – stwier­dził cicho i zde­cy­do­wa­nie. – Zamie­rzam się stąd wynieść.

– Ależ… my cię potrze­bu­jemy.

– Ja też się potrze­buję. To zna­czy: co to jest za życie?

– Ale jeśli odej­dziesz, oni umrą!

– Oni i tak umrą – zauwa­żył roz­sąd­nie.

– Jesteś okrutny!

– Takie już jest życie, każdy kie­dyś umiera. My też. Popatrz na sie­bie: spę­dzasz całe dnie na myciu, goto­wa­niu i cho­dze­niu wokół nich. Masz pra­wie trzy lata! Naj­wyż­szy czas, żebyś miała wła­sne życie.

– Babka Mor­kie była dla mnie miła, kiedy byłam mała. Poza tym ty też kie­dyś będziesz stary.

– Tak? I kto wtedy będzie się o mnie trosz­czył?

Było to pyta­nie koń­czące wymianę poglą­dów.

Sytu­acja dener­wo­wała go coraz bar­dziej. Był prze­ko­nany, iż ma rację, a czuł się tak, jakby jej nie miał. To jedy­nie pogar­szało sprawę.

Myślał o tym od dłuż­szego czasu i zawsze się zło­ścił, prze­ko­nany, że dał się wro­bić. Wszy­scy sprytni i odważni ode­szli dawno temu w ten czy inny spo­sób. Na poże­gna­nie mówili mu, że jest porządny chłop i żeby opie­ko­wał się sta­rymi, a oni będą z powro­tem, nim się obej­rzy. Gdy tylko znajdą lep­sze miej­sce. Za każ­dym razem ustę­po­wał i zosta­wał, mimo że miał ochotę z nimi iść, i to wła­śnie naj­bar­dziej go dener­wo­wało. Cokol­wiek sobie obie­cał, i tak zawsze dawał się wma­new­ro­wać. Inni odcho­dzili, a on zosta­wał ze sta­rymi, przej­mu­jąc na sie­bie obo­wią­zek opieki nad nimi.

Zdał sobie sprawę, że Grimma wpa­truje się w niego nie­zbyt przy­chyl­nie.

Wzru­szył ramio­nami, zre­zy­gno­wany.

– Już dobrze, dobrze, mogą iść z nami – burk­nął.

– Wiesz, że ni­gdzie nie pójdą, są za sta­rzy. Tu się uro­dzili i wyro­śli, tu zawsze żyli i tu im się podoba.

– Im się podoba, dopóki jeste­śmy w pobliżu, by się o nich trosz­czyć – popra­wił ją.

Na tym dys­ku­sja się skoń­czyła.

Na kola­cję były orze­chy. Masklin zna­lazł w swoim wkładkę mię­sną, czyli robaka. Potem poszedł na wzgó­rze, siadł, pod­pie­ra­jąc brodę dłońmi, i obser­wo­wał auto­stradę, przy­po­mi­na­jącą stru­mień bia­łych i czer­wo­nych świa­teł. Świa­tła nale­żały do pudeł na kołach, w któ­rych sie­dzieli ludzie spie­szący w jakichś tajem­ni­czych inte­re­sach. Ludzie zawsze za czymś gonią, cokol­wiek to jest.

Gotów był się zało­żyć, że nie jadają szczu­rów. Ludzie w sumie mają dobrze – są duzi i powolni, ale nie muszą żyć w wil­got­nych norach, cze­ka­jąc, aż jakaś tępa, stara baba zapo­mni doło­żyć do ognia. Piją cie­płą her­batę i wyrzu­cają orze­chy z wkładką mię­sną. Jeż­dżą, dokąd chcą, i robią, co chcą, a to dla­tego, że cały świat należy do nich.

I całą noc jeż­dżą w tę i z powro­tem: czyżby ni­gdy nie sypiali? Muszą ich być całe setki.

Od dawna śnił, że odje­dzie stąd cię­ża­rówką – jedną z tych, które czę­sto zatrzy­my­wały się przy bistro. Łatwo by było zna­leźć się w któ­rejś z nich; no, powiedzmy, w miarę łatwo.

Wszyst­kie były lśniące i czy­ste – musiały pocho­dzić z lep­szego miej­sca niż to. Alter­na­tywy w sumie nie było – w żaden spo­sób nie można liczyć na to, że prze­trzy­mają tu zimę, a o wędrówce pie­chotą przez zaśnie­żone pola nawet nie ma co marzyć.

Dotąd koń­czyło się natu­ral­nie na marze­niach, jak zwy­kle w całym jego życiu. Można było tylko śnić o tych miga­ją­cych świa­tłach… albo o gwiaz­dach widocz­nych na nie­bie. Tor­rit gadał zawsze, że gwiazdy są bar­dzo ważne, z czym Masklin pry­wat­nie nie bar­dzo się zga­dzał. Bo tak: zjeść się ich nie dało, nawet dobrze nie świe­ciły i mało co było widać bez księ­życa. Jak się tak głę­biej zasta­no­wić, gwiazdy były wła­ści­wie bez­u­ży­teczne…

Ktoś krzyk­nął.

Masklin był na nogach i w biegu, zanim zdał sobie w pełni sprawę z tego, co robi i dokąd zmie­rza. A zmie­rzał ku wej­ściu do nory.

Wej­ście było w cało­ści zablo­ko­wane przez łeb lisa, któ­rego reszta znaj­do­wała się na zewnątrz i machała rado­śnie ogo­nem. Masklin roz­po­znał go natych­miast – miał już z nim kilka bli­skich spo­tkań.

Gdzieś w gło­wie Masklina jego część, o któ­rej stary Tor­rit mawiał, że to praw­dziwy Masklin, z prze­ra­że­niem obser­wo­wała, jak jego ręka łapie dzidę wbitą w zie­mię przed norą i z całych sił dźga lisa w tylną łapę.

Z nory doszedł stłu­miony sko­wyt i po chwili łeb dołą­czył do reszty lisa, parą błysz­czą­cych ślepi przy­glą­da­jąc się napast­ni­kowi, który odsko­czył, nie wypusz­cza­jąc broni z rąk. Był to jeden z tych momen­tów, gdy czas zwal­nia, a wszystko wygląda znacz­nie bar­dziej real­nie. Może kiedy się wie, że się umiera, zmy­sły pakują do głowy, ile tylko zdo­łają szcze­gó­łów, korzy­sta­jąc z tego, że jesz­cze mają oka­zję…

Śle­pia lisa były żółte i złe, a pysk uma­zany we krwi… Masklin poczuł wście­kłość rosnącą w nim niby gigan­tyczny bąbel. Nie prze­pa­dał za sta­rymi, ale to nie powód, by takie coś mogło sobie z nich robić prze­ką­skę. Widząc czer­wony jęzor zli­zu­jący krew z pyska, Masklin zro­zu­miał, że ma tylko dwie moż­li­wo­ści – uciec lub zgi­nąć.

Dla­tego też zaata­ko­wał. Cel­nie rzu­cona włócz­nia tra­fiła lisa pro­sto w pysk, wbi­ja­jąc się w wargę, a nim zasko­czony dra­pież­nik skoń­czył skom­leć, pró­bu­jąc się jej pozbyć, Masklin dopadł jego boku, sko­czył i wdra­pał się po rudym futrze na lisi grzbiet, siadł mu okra­kiem na karku i kamien­nym nożem zaczął dźgać tak ener­gicz­nie, jakby pró­bo­wał odpła­cić za całe zło tego świata…

Lis zaskom­lał i odsko­czył. Gdyby Masklin był zdolny do logicz­nego myśle­nia, zro­zu­miałby, że nożem może jedy­nie wku­rzyć zwie­rzę. Lis nato­miast nie był przy­zwy­cza­jony do odgry­za­ją­cych się zacie­kle prze­ką­sek, toteż zre­zy­gno­wał z jedze­nia i podał tyły. Natu­ral­nie rzu­cił się pro­sto przed sie­bie, a że stał aku­rat zwró­cony ku auto­stra­dzie, pognał ku rzece świa­teł.

Pęd i gwizd wia­tru w uszach otrzeź­wiły nieco Masklina, dzięki czemu ponow­nie zaczął myśleć. Sły­sząc coraz gło­śniej­szy hałas cię­ża­ró­wek, sko­czył w wysoką trawę, tuż przed tym jak lis wypadł na asfalt. Ciężko wylą­do­wał, prze­to­czył się po tra­wie i stra­cił oddech. Ale nie stra­cił zdol­no­ści obser­wa­cji, a to, co zoba­czył, naprawdę na długo zapa­dło mu w pamięć. Sam był zdzi­wiony, zoba­czył bowiem potem tyle dzi­wów, że na nic wię­cej nie powinno mu star­czyć miej­sca w pamięci.

Otóż lis wpadł na asfalt i zamarł, oświe­tlony lam­pami naj­bliż­szej cię­ża­rówki, a potem spró­bo­wał wark­nąć gło­śniej niż ona. W następ­nej sekun­dzie doszło do spo­tka­nia nie­ru­cho­mego dra­pież­nika z dzie­się­cioma tonami metalu poru­sza­ją­cego się z pręd­ko­ścią sie­dem­dzie­się­ciu mil na godzinę.

Coś łup­nęło, pisnęło i znik­nęło.

Masklin leżał przez długą chwilę, wtu­la­jąc twarz w mokrą trawę i wysi­la­jąc wyobraź­nię. Gdy uznał, że wyobra­ził sobie wystar­cza­jąco maka­bryczne rze­czy, wstał i ruszył ku norze.

Przy wej­ściu cze­kała Grimma, trzy­ma­jąc pałkę z gałęzi, którą omal go nie zdzie­liła, gdy wyto­czył się z ciem­no­ści. Deli­kat­nie, acz sta­now­czo odsu­nął znie­ru­cho­miałą w pobliżu ucha broń i spoj­rzał pyta­jąco na Grimmę.

– Nie wie­dzie­li­śmy, co się z tobą stało. – Sły­chać było, że tylko mały krok dzieli ją od histe­rii. – Usły­sze­li­śmy hałas i tam, gdzie ty powi­nie­neś być, był lis i dostał Merta i Cooma, i zaczął kopać… – Zamil­kła i jakby zapa­dła się w sobie.

– Ser­deczne dzięki za tro­skę – odparł chłodno. – Tak, jestem cały. Miło, że pytasz.

– Co… co się stało?

Zigno­ro­wał ją, wszedł do ciem­nego wnę­trza i poło­żył się po omacku. Sły­szał szepty pozo­sta­łych, sku­lo­nych w ciem­no­ściach, i dosko­nale wie­dział, o czym szep­czą.

O tym, że powi­nien tu wtedy być.

Bo oni naprawdę są od niego zależni.

I dla­tego muszą jechać razem z nim. Wszy­scy.

Wtedy wyglą­dało to na dosko­nały pomysł.

Teraz wyglą­dało to troszkę ina­czej.

Teraz wszy­scy sie­dzieli sku­leni w kącie ogrom­nej, ciem­nej cię­ża­rówki. Byli cicho, bo na żaden hałas nie było miej­sca – ryk sil­nika szczel­nie wypeł­niał całe wnę­trze. Cza­sami przy­ga­sał, ale jedy­nie po to, by wybuch­nąć z nową siłą. Chwi­lami całą cię­ża­rówką szar­pało i rzu­cało.

Grimma prze­czoł­gała się po dygo­czą­cej pod­ło­dze do sie­dzą­cego przy bur­cie Masklina.

– Jak długo potrwa, zanim tam doje­dziemy? – spy­tała.

– Gdzie „tam”?

– Tam, dokąd jedziemy. Gdzie­kol­wiek to jest.

– Poję­cia nie mam.

– Widzisz, oni są głodni.

Nie było to nic nowego czy zaska­ku­ją­cego – zawsze byli głodni. Masklin spoj­rzał w stronę sku­lo­nych sta­rych: jeden czy dwoje obser­wo­wało go wycze­ku­jąco.

– Nic na to nie pora­dzę – odparł zre­zy­gno­wany. – Też jestem głodny, ale sama widzisz, że tu nic nie ma. Ani do jedze­nia, ani w ogóle.

– Babka Mor­kie robi się bar­dzo ner­wowa, gdy nie dostaje posiłku na czas – dodała Grimma.

Masklin spoj­rzał na nią pustym wzro­kiem, po czym prze­czoł­gał się do sku­lo­nej grupy i siadł mię­dzy Tor­ri­tem a starą zrzędą. Uświa­do­mił sobie, że tak naprawdę ni­gdy z nimi nie roz­ma­wiał. Gdy był mały, oni byli olbrzy­mami, któ­rzy go nie inte­re­so­wali; potem był łowcą prze­by­wa­ją­cym z innymi myśli­wymi, a tego roku albo szu­kał poży­wie­nia, albo spał jak zabity. Wie­dział, dla­czego Tor­rit jest wodzem – był naj­star­szy, a naj­star­szy nom był zawsze przy­wódcą i co do tego ni­gdy nie było żad­nej wąt­pli­wo­ści. Podob­nie jak co do tego, że musi to być nom płci męskiej, i nawet Babka Mor­kie wie­działa, że nie do pomy­śle­nia jest, aby było ina­czej. Ogól­nie było to nieco dziwne, gdyż akcep­tu­jąc tę tra­dy­cję, i tak trak­to­wała Tor­rita jak idiotę, a on nie pod­jął żad­nej decy­zji, nie patrząc na nią choćby kątem oka. Masklin wes­tchnął ciężko i wle­pił wzrok we wła­sne kolana.

– Posłu­chaj­cie, nie wiem, jak długo…

– Nie martw się o nas, chłop­cze – odparła Babka Mor­kie zadzi­wia­jąco niskim gło­sem. – To wszystko jest raczej pod­nie­ca­jące, nie sądzisz?

– Ale może zająć wieki. Nie wiem, ile to potrwa. To był w sumie zwa­rio­wany pomysł… – Masklin urwał, czu­jąc kości­sty palec mię­dzy żebrami.

– Mło­dzień­cze, prze­ży­łam Wielką Zimę tysiąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­tego szó­stego roku, a była straszna. Nie powiesz mi nic nowego o gło­dzie. Grimma to dobra dziew­czyna, ale za bar­dzo się zamar­twia.

– Prze­pra­szam, ale ja nawet nie wiem, dokąd jedziemy! – nie wytrzy­mał Masklin.

Tor­rit, trzy­ma­jący na kola­nach Rzecz, przyj­rzał mu się kry­tycz­nie oczkami krót­ko­wi­dza.

– Mamy Rzecz – oznaj­mił nie­spo­dzie­wa­nie. – Ona pokaże nam drogę. Pokaże.

Masklin ponuro kiw­nął głową. Zabawne, skąd Tor­rit zawsze wie­dział, czego chce Rzecz. Zwy­kły czarny sze­ścian miał cał­kiem kon­kretne poglądy na waż­ność regu­lar­nych posił­ków albo na to, że należy słu­chać star­szych. Zda­wał się mieć odpo­wiedź albo radę na wszystko.

– A dokąd nas zapro­wa­dzi ta droga? – spy­tał Masklin, sta­ra­jąc się, by nie brzmiało to zło­śli­wie.

– Dosko­nale wiesz. Do nie­bios.

– A, tak – mruk­nął zre­zy­gno­wany, podejrz­li­wie przy­glą­da­jąc się Rze­czy.

Był pra­wie pewien, że nic nie mówiła Tor­ri­towi. Nic w ogóle. Miał naprawdę dobry słuch, a ni­gdy nie zda­rzyło mu się sły­szeć, by choć szep­tała cokol­wiek. Ani nic nie mówiła, ani się nie ruszała, ani w ogóle nic nie robiła. Jedyne, co robiła przez cały czas, to wyglą­dała czarno i sze­ścien­nie. W tym była naprawdę dobra.

– Tylko ści­śle wypeł­nia­jąc pole­ce­nia Rze­czy, możemy być pewni, że tra­fimy do nie­bios – oznaj­mił nie­pew­nie Tor­rit, zupeł­nie jakby ten tekst sły­szał dawno temu, ale wciąż nie do końca go rozu­miał.

– No dobra – zgo­dził się Masklin i wstał.

Tym razem do burty prze­szedł, co było spo­rym wyczy­nem, jako że pod­łoga wyczy­niała dzi­kie harce. Zebrał się na odwagę, wysu­nął głowę spod plan­deki i rozej­rzał się.

Na zewnątrz nie było nic poza roz­ma­za­nymi kształ­tami i świa­tłami oraz dziw­nymi woniami. Wszystko szło nie tak, jak powinno, a tydzień temu wyda­wało mu się takie sen­sowne i logiczne. Wszystko wyda­wało się lep­sze od pozo­sta­nia tam, gdzie byli dotych­czas. Sta­rzy zrzę­dzili i jęczeli prak­tycz­nie przy każ­dej oka­zji, kiedy im się coś nie podo­bało, za to teraz, gdy wszystko zaczęło wyglą­dać naprawdę źle, stali się nie­mal rado­śni. Wycho­dziło na to, że są znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wani, niż wyglą­dają. Może Rzecz byłaby w sta­nie to wyja­śnić, gdyby się wie­działo, jak zapy­tać.

Cię­ża­rówka nagle skrę­ciła, wje­chała w dół, w ciem­ność, i nie­spo­dzie­wa­nie sta­nęła. Zupeł­nie bez ostrze­że­nia Masklin zna­lazł się w dużej, oświe­tlo­nej prze­strzeni peł­nej cię­ża­ró­wek i, co gor­sza, peł­nej ludzi…

Cof­nął czym prę­dzej głowę i pospie­szył ku Tor­ri­towi.

– Hm… – zagaił nie­pew­nie.

– Tak, chłop­cze?

– Nie­biosa. Ludzie też tam tra­fiają?

– Nie­bios jest wiele, ale do tych nie­bios tra­fiamy tylko my.

– Jesteś tego abso­lut­nie pewien?

– Abso­lut­nie. – Tor­rit uśmiech­nął się. – Natu­ral­nie ludzie mogą mieć swoje wła­sne, o któ­rych nic nie wiemy. Ale w naszych nie­bio­sach ich nie ma. Możesz być tego pewien.

– Aha.

Tor­rit przyj­rzał się Rze­czy.

– Zatrzy­ma­li­śmy się – stwier­dził. – Gdzie jeste­śmy?

Masklin spoj­rzał nie­pew­nie w stronę bre­zentu.

– Myślę, że lepiej będzie, jak się dowiem – zgło­sił się na ochot­nika.

Na zewnątrz coś zagwiz­dało, huk ludz­kich gło­sów stop­niowo ucichł i świa­tło zga­sło. Coś prze­su­nęło się ze zgrzy­tem i łosko­tem, potem szczęk­nęło meta­licz­nie i zapa­dła cisza.

Po chwili od strony jed­nej z cię­ża­ró­wek dobie­gło ciche chro­bo­ta­nie. Spod jej plan­deki wysu­nęła się linka gru­bo­ści nitki i wysu­wała się tak długo, aż dotknęła tłu­stej pod­łogi garażu. Minęła minuta cał­ko­wi­tej ciszy i bez­ru­chu.

Potem powoli i ostroż­nie po linie opu­ściła się nie­wielka, krępa postać i sta­nęła na pod­ło­dze. Kilka sekund stała nie­ru­chomo, wodząc jedy­nie oczami.

Postać wpraw­dzie była huma­no­idalna: miała odpo­wied­nią liczbę rąk i nóg oraz innych ele­men­tów, jak oczy czy uszy, wszystko także znaj­do­wało się na wła­ści­wym miej­scu. Ale – odziana w mysie skóry – prze­my­kała się po zacie­nio­nej pod­ło­dze, kształ­tem przy­po­mi­na­jąc cegłę. Nor­malny nom zbu­do­wany był tak, że zawod­nik sumo wyglą­dał przy nim jak na wpół zagło­dzona ofiara, a jego spo­sób poru­sza­nia się suge­ro­wał, że jest wytrzy­mal­szy od woj­sko­wych butów.

Prawdę mówiąc, Masklin był tak prze­ra­żony jak ni­gdy. Wokół nie było niczego, co mógłby roz­po­znać albo co choćby wyglą­dało zna­jomo, jeśli nie liczyć zapa­chu wo, który – jak się prze­ko­nał – nie­od­łącz­nie towa­rzy­szył ludziom, a zwłasz­cza cię­ża­rów­kom (Tor­rit twier­dził, że jest to pło­nąca woda, którą piją cię­ża­rówki, co osta­tecz­nie prze­ko­nało Masklina, że stary stra­cił resztki zdro­wego roz­sądku, jako że woda się prze­cież nie pali).

Nic tu w ogóle nie miało sensu. Wokół stały wyso­kie puszki i inne wiel­kie kawały metalu, co suge­ro­wało, że zna­lazł się w ludz­kich nie­bio­sach. Ludzie uwiel­biali metal, zwłasz­cza taki, z któ­rego coś zro­biono.

Ostroż­nie omi­nął roz­dep­tany nie­do­pa­łek, zapa­mię­tu­jąc, gdzie leży, by w dro­dze powrot­nej zabrać go dla Tor­rita.

Wszę­dzie wokół stały cię­ża­rówki – ciche i ciemne. Masklin uznał, że jest to gniazdo cię­ża­ró­wek. A to z kolei suge­ro­wało, iż jedy­nym poży­wie­niem w oko­licy będzie naj­praw­do­po­dob­niej poży­wie­nie cię­ża­ró­wek.

Odprę­żył się nieco i posta­no­wił spe­ne­tro­wać mrok pod ławką, która góro­wała przy ścia­nie niczym dom. Leżały tam jakieś pognie­cione papiery i coś zna­jomo pach­niało… Zapach dopro­wa­dził go do cał­kiem spo­rego ogryzka jabłka, które led­wie zaczy­nało brą­zo­wieć. Było to cał­kiem nie­złe zna­le­zi­sko, toteż zarzu­cił je sobie na ramię i odwró­cił się, chcąc wra­cać.

I znie­ru­cho­miał.

Dostrzegł bowiem przy­glą­da­ją­cego mu się z namy­słem szczura. I to więk­szego niż te, z któ­rymi wal­czył w koszu na śmieci. Zwie­rzę opa­dło na cztery łapy i ruszyło ku niemu nie­spiesz­nie. Masklin pra­wie się uśmiech­nął – wresz­cie coś zna­jo­mego: co to szczur i jak z nim postę­po­wać, wie­dział dosko­nale i nie miało naj­mniej­szego zna­cze­nia, w jakich warun­kach docho­dzi do spo­tka­nia. Puścił ogry­zek, zmie­nił uchwyt na drzewcu dzidy i powoli wymie­rzył grot dokład­nie mię­dzy oczy szczura…

Rów­no­cze­śnie wyda­rzyły się dwie rze­czy.

Zauwa­żył, że szczur ma wąską, czer­woną obrożę, i usły­szał czyjś głos:

– Stop! Za długo go tre­so­wa­łem! Na Raj Prze­cen, skąd ty się wzią­łeś?!

Pyta­jący wyszedł z cie­nia i Masklina zamu­ro­wało.

Obcy bowiem był nomem. Przy­naj­mniej Masklin zmu­szony był tak zało­żyć, skoro wyglą­dał i poru­szał się jak nom.

Tylko to ubra­nie…

Pod­sta­wo­wym kolo­rem stroju prak­tycz­nego noma, nie­ży­wią­cego skłon­no­ści samo­bój­czych, zawsze był błot­ni­sty. Tak naka­zy­wał zdrowy roz­są­dek. Grimma znała z pół setki spo­so­bów uzy­ski­wa­nia barw­ni­ków z roz­ma­itych roślin, ale wszyst­kie dawały kolor będący, jeśli się dobrze przy­pa­trzyć, w zasa­dzie odmianą błot­ni­stego. Cza­sem był to żół­to­błotny, cza­sem brą­zo­wo­błotny, a cza­sem nawet zie­lon­ka­wo­bury, ale błot­ni­sty domi­no­wał. Powód był pro­sty: jaki­kol­wiek nom para­du­jący po świe­cie w jaskra­wej czer­wieni czy inten­syw­nym błę­ki­cie miał przed sobą mniej wię­cej (z naci­skiem na mniej) pół godziny życia, nim przy­tra­fiło mu się coś tra­wien­nego, czyli mówiąc krótko, nim stał się czy­imś posił­kiem.

Ten zaś nom wyglą­dał niczym tęcza, a jego róż­no­barwne ubra­nie zro­bione było z tak dosko­na­łego mate­riału jak opa­ko­wa­nia po cze­ko­lad­kach. Pas nabi­jany miał kawał­kami szkła, a na nogach wyso­kie buty z praw­dzi­wej skóry. Na dokładkę nosił kape­lusz z piór­kiem, a gdy mówił, ude­rzał się po udzie smy­czą, na któ­rej – co Masklin dostrzegł dopiero teraz – trzy­mał szczura.

– No?! – ziry­to­wał się nieco nom. – Odpo­wiedz mi!

– Przy­je­cha­łem cię­ża­rówką – odparł krótko Masklin, nie spusz­cza­jąc wzroku ze szczura.

Ten prze­stał się iskać za uchem, przyj­rzał mu się nie­zbyt życz­li­wie i scho­wał się za swoim panem.

– Ale co tu robisz? Odpo­wia­daj!

Masklin wypro­sto­wał się.

– Podró­żu­jemy – odparł jesz­cze zwięź­lej.

Kolo­rowy nom wytrzesz­czył na niego oczy.

– Co to zna­czy „podró­żu­jemy”? – spy­tał po chwili.

– Prze­no­sić się z miej­sca na miej­sce. No, przy­być z jed­nego, a uda­wać się do innego.

Oświad­cze­nie wywarło dziwne wra­że­nie na kolo­ro­wym: nie żeby od ręki zro­bił się uprzejmy, ale przy­naj­mniej prze­stał być nie­miły.

– Chcesz mi powie­dzieć, że przy­by­łeś z Zewnątrz?!

– Wła­śnie.

– Ależ to nie­moż­liwe!

– Naprawdę? – Masklin lekko się zanie­po­koił.

– Zewnątrz nie ma!

– Naprawdę? Przy­kro mi, ale stam­tąd wła­śnie przy­by­wamy. Spra­wia ci to jakiś kło­pot?

– Ty naprawdę masz na myśli Zewnątrz? – spy­tał nom, przy­su­wa­jąc się bli­żej.

– Chyba naprawdę. Ni­gdy się wła­ści­wie nad tym nie zasta­na­wia­li­śmy. Co to za mie…

– Jakie ono jest?

– Co?!

– Zewnątrz. Jakie ono jest?

Pyta­nie zasko­czyło Masklina.

– No… – odparł po namy­śle. – Duże…

– I?

– No… i jest go tam naprawdę dużo…

– Tak?

– No i… jest tam cała masa róż­nych rze­czy…

– Czy to prawda, że sufit jest tak wysoko, że go nie widać? – Kolo­rowy nom naj­wy­raź­niej nie potra­fił opa­no­wać pod­nie­ce­nia.

– Nie wiem – przy­znał Masklin. – Co to „sufit”?

– To – odparł kolo­rowy nom, wska­zu­jąc na led­wie widoczną w górze plą­ta­ninę cieni i wspor­ni­ków.

– Aha… niczego podob­nego nie widzia­łem – poin­for­mo­wał go Masklin. – Zewnątrz jest nie­bie­skie albo szare i cza­sami latają tam takie małe, białe.

– I… i ściany są tak daleko, i na pod­ło­dze leży taki zie­lony dywan, co rośnie? – Kolo­rowy nom zaczął pod­ska­ki­wać z prze­ję­cia.

– Nie wiem. – Masklin był jesz­cze bar­dziej wygłu­piony. – Co to „dywan”?

– Uch! – Kolo­rowy nom naj­wy­raź­niej jakoś się opa­no­wał i wycią­gnął drżącą dłoń. – Nazy­wam się Angalo. Angalo de Pasman­teri, ale to ci natu­ral­nie nic nie mówi. A to jest Bobo.

Szczur wyglą­dał, jakby się uśmie­chał, a Masklin zaczął docho­dzić do wnio­sku, że zdzi­wie­nie może nie mieć gra­nic. Poza tym ni­gdy nie sły­szał, by szczura nazy­wano ina­czej niż „obia­dem”.

– Jestem Masklin – przed­sta­wił się. – Nie masz nic prze­ciwko temu, żeby reszta do nas dołą­czyła? To była naprawdę długa podróż.

– Jasne! To was jest wię­cej? I wszy­scy z Zewnątrz?! Ojciec mi ni­gdy nie uwie­rzy.

– Prze­pra­szam, ale nie rozu­miem. Co w tym takiego nie­zwy­kłego? Byli­śmy na zewnątrz, teraz jeste­śmy wewnątrz.

Tym­cza­sem doszli do cię­ża­rówki i na sygnał Masklina pozo­stali powoli zaczęli się opusz­czać po linie.

– Starsi! – zdu­miał się Angalo. – I wyglą­dają zupeł­nie jak my! I nawet nie mają spi­cza­stych głów!

– Imper­ty­nent! – wark­nęła Babka Mor­kie i Angalo prze­stał się cie­szyć.

– Madame, czy wie pani, do kogo mówi? – spy­tał lodo­wato.

– Do kogoś, kto nie jest wystar­cza­jąco stary, by nie przy­dało mu się lanie – odparła ze znaw­stwem. – Gdy­bym wyglą­dała tak jak ty, chłop­cze, wyglą­dałabym na pewno o wiele lepiej. Spi­cza­ste głowy, też coś!

Angalo bez­gło­śnie otwo­rzył usta, po czym tak samo je zamknął.

– Zadzi­wia­jące! – przy­znał. – Dorcas uwa­żał, że nawet jeśli życie na zewnątrz Sklepu jest moż­liwe, nie może to być życie, jakie znamy! Pro­szę za mną, wskażę drogę.

I pognał ku ścia­nie.

Pozo­stali wymie­nili zna­czące spoj­rze­nia, ale podą­żyli za nim. Gniazdo cię­ża­ró­wek nie było miej­scem zachę­ca­ją­cym do dłuż­szego pobytu.

– Pamię­tam, jak twój ojciec kie­dyś był za długo na słońcu i potem wyga­dy­wał roz­ma­ite bzdury. Zupeł­nie jak ten tu – oce­niła cicho Babka Mor­kie.

Wyglą­dało na to, że Tor­rit docho­dzi do jakie­goś wnio­sku, co zawsze długo trwało, ale wszy­scy zdą­żyli się do tego przy­zwy­czaić, toteż cze­kali w uprzej­mej ciszy.

– Uwa­żam – oświad­czył wresz­cie – uwa­żam, że powin­ni­śmy zjeść jego szczura.

– Och, zamknij się lepiej – sko­men­to­wała auto­ma­tycz­nie Babka Mor­kie.

– Jestem wodzem… jestem! – upew­nił się Tor­rit.

– Oczy­wi­ście, że jesteś! – wark­nęła Babka. – Kto mówi, że nie jesteś? Ni­gdy nie powie­dzia­łam, że nie jesteś wodzem! Jesteś wodzem.

– Wła­śnie. – Tor­rit prze­stał jęczeć.

– A teraz się zamknij – zakoń­czyła.

Masklin stuk­nął Angala w ramię i spy­tał uprzej­mie:

– Co to za miej­sce?

Angalo zatrzy­mał się przy ścia­nie i spoj­rzał na niego zdzi­wiony.

– Nie wie­cie?!

– Jak­by­śmy wie­dzieli, toby­śmy nie pytali, prawda? Po pro­stu myśle­li­śmy, że dobrze byłoby zna­leźć się tam, dokąd udają się cię­ża­rówki – odparła z god­no­ścią Grimma.

– No i mie­li­ście rację. – Angalo nadął się dum­nie. – To naj­lep­sze miej­sce, w któ­rym można być. To Sklep!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: The Bro­me­liad Tri­logy

Copy­ri­ght © Terry Prat­chett, 1998

First publi­shed as The Bro­me­liad Tri­logy in 1998 by Double­day, an imprint of Ran­dom House Chil­dren’s is part of the Pen­guin Ran­dom House group of com­pa­nies.

No part of this book may be used or repro­du­ced in any man­ner for the pur­pose of tra­ining arti­fi­cial intel­li­gence tech­no­lo­gies or sys­tems. This work is rese­rved from text and data mining (Article 4(3) Direc­tive (EU) 2019/790.

Truc­kers

Text copy­ri­ght © Terry and Lyn Prat­chett, 1989

First publi­shed as Truc­kers in 1989 by Double­day, an imprint of Ran­dom House Chil­dren’s is part of the Pen­guin Ran­dom House group of com­pa­nies.

No part of this book may be used or repro­du­ced in any man­ner for the pur­pose of tra­ining arti­fi­cial intel­li­gence tech­no­lo­gies or sys­tems. This work is rese­rved from text and data mining (Article 4(3) Direc­tive (EU) 2019/790.

Dig­gers

Copy­ri­ght © Terry and Lyn Prat­chett, 1989

First publi­shed as Dig­gers in 1990 by Double­day, an imprint of Ran­dom House Chil­dren’s is part of the Pen­guin Ran­dom House group of com­pa­nies.

No part of this book may be used or repro­du­ced in any man­ner for the pur­pose of tra­ining arti­fi­cial intel­li­gence tech­no­lo­gies or sys­tems. This work is rese­rved from text and data mining (Article 4(3) Direc­tive (EU) 2019/790.

Wings

Copy­ri­ght © Terry and Lyn Prat­chett, 1989

First publi­shed as Wings in 1990 by Double­day, an imprint of Ran­dom House Chil­dren’s is part of the Pen­guin Ran­dom House group of com­pa­nies.

No part of this book may be used or repro­du­ced in any man­ner for the pur­pose of tra­ining arti­fi­cial intel­li­gence tech­no­lo­gies or sys­tems. This work is rese­rved from text and data mining (Article 4(3) Direc­tive (EU) 2019/790.

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e‑book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2026

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­cja: Mał­go­rzata Chwa­łek

Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Jacek Pie­trzyń­ski

Ilu­stra­cja na okładce

Copy­ri­ght © 1989 Josh Kirby

Wyda­nie I e‑book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Księgi nomów, wyd. II, Poznań 2026)

ISBN 978-83-8338-574-7

WYDAWCA

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań, Pol­ska

tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer