Księga przyjaciół i szkice wybrane - Hugo von Hofmannsthal - ebook

Księga przyjaciół i szkice wybrane ebook

Hugo von Hofmannsthal

4,5

Opis

Klasyczny zbiór szkiców Hugo von Hofmannsthala (1874-1929) w wyborze i tłumaczeniu Pawła Hertza zawierający m.in. eseje o Balzaku, Wildzie, Paterze, zapis wrażeń z podróży do Grecji i na Sycylię, tekst o ogrodach oraz kolekcji dzieł sztuki Karola Lanckorońskiego. Tytułowa „Księga przyjaciół” to bardzo obszerny zbiór aforyzmów autora uzupełniony wybranymi przez niego cytatami z Goethego, Pascala czy La Bruyère'a.

„Dla Hofmannsthala obecność w kulturze, wśród ludzi, słów, zdarzeń, jest czymś oczywistym i zdumiewającym. Nie przekreśla on przeszłości, społeczeństwa, języka, lecz stara się uchwycić te trzy zjawiska zarazem elementarne i niepojęte. […] Hofmannsthal pozostaje dziś żywy, nie jako symbol nostalgii, nie w wezwaniach do duchowej restauracji, lecz w tych dziełach, które przedzierają się do nas pokonując pokusę milczenia. Jest pisarzem Europy otwartej, pamiętającej o przeszłości, kwestionującej własny sens, zmagającej się ze sprzecznościami, odważnie patrzącej w przepaść. Zdołał przekazać w artystycznej formie doznania i problemy zasadnicze, ważne na dziś, na jutro” – Wojciech Karpiński.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 334

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (2 oceny)
1
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




HUGO VONHOFMANNSTHAL

Księgaprzyjaciółi szkice wybrane

 

 

Wybrał, tłumaczył i notami opatrzył Paweł Hertz

 

Posłowie Wojciech Karpiński

 

Warszawa 2023

CHWILE W GRECJI

1. KLASZTOR ŚWIĘTEGO ŁUKASZA

Tego dnia jechaliśmy jakie dziewięć czy dziesięć godzin. Kiedy słońce stanęło w zenicie, rozłożyliśmy się obozem przed niewielkim kanem, gdzie biło czyste źródło i wznosił się wielki platan. Później, leżąc płasko na ziemi obok naszych mułów, raz jeszcze piliśmy wodę z jakiegoś strumyka. Z początku droga wiodła wzdłuż zbocza Parnasu, a następnie pradawnym skamieniałym łożyskiem rzeki, potem w zagłębieniu między dwiema stożkowatymi górami, wreszcie pośród pól zielonej pszenicy na wysoko położonej żyznej równinie. Niekiedy biegła przez pustkowie tchnące odludziem tysiącleci; wokół nas nie było nic prócz jaszczurki przesuwającej się z szelestem po ziemi i krogulca krążącego wysoko w niebie; gdzie indziej znów kłębiły się stada owiec. Wtedy psy, podobne do wilków, podbiegały tuż ku naszym mułom i musieliśmy je odpędzać kamieniami. Ociężałe wełniste barany stały stłoczone w cieniu skały i dyszały z wysiłkiem. Dwa czarne kozły nacierały na siebie rogami. Młody śliczny pasterz niósł na ramionach owieczkę. Cień obłoku trwał nieruchomo na płaskiej, kamienistej okolicy. W jakiejś kotlinie o dziwacznym kształcie, gdzie leżały tysiące głazów, wśród których rosły tysiące drobnych, mocno pachnących krzewów, przecinając drogę, wlókł się wielki żółw. Potem, pod wieczór, ujrzeliśmy z daleka jakąś wieś, ale jechaliśmy dalej. Obok drogi stała cysterna z tryskającym w jej głębi źródłem. Przy studni rosły dwa cyprysy. Kobiety zaczerpnęły z niej czystej wody i napoiły nasze zwierzęta. Wieczornym niebem płynęły małe obłoki, po dwa, po trzy. Z bliska i z daleka rozlegały się dzwonki trzód. Muły stąpały żwawiej, wdychając świeże powietrze, które napływało ku nam z doliny. Nad drogą unosił się zapach akacji, poziomek i tymianku. Wyczuwało się, że niebieskawe góry zamykają horyzont i że ta dolina była kresem naszej podróży. Długo jechaliśmy szpalerem dzikich róż. Przed nami polatywał jakiś ptaszek, nie większy niż plamka cienia pod jedną z tych kwitnących róż. Z lewej strony, gdzie ciągnęła się dolina, żywopłot się skończył i można było niby z balkonu spojrzeć w dół i w dal. Niżej, na samym dnie niewielkiej doliny, wygiętej w kształt łuku, aż do połowy zbocza przeciwległej góry na przemian z ciemnymi cyprysami rosły kępy owocowych drzew. Między drzewami kwitły żywopłoty, pośród nich poruszały się stada, na drzewach śpiewały ptaki. Niżej, wzdłuż naszej drogi, biegły inne drogi. Widać było, że je tu wytyczono wedle upodobania, a nie dla wygody podróżnych czy pasterzy. Tworzyły łagodne zakola nad doliną, zawsze na jednakowej wysokości. Pośrodku zbocza rosła pinia, samotne, królewskie drzewo, jedyne naprawdę wielkie w całej dolinie. Była z pewnością bardzo stara, ale wdzięk, z jakim wznosiła ku niebu swoje nieco zakrzywione trzy wierzchołki, miał w sobie jakąś odwieczną młodość. Teraz droga prowadziła między niskimi murami. Za nimi ciągnęły się sady. Na starą oliwkę, jak gdyby chciała się na nią wdrapać, wspinała się przednimi nogami czarna koza. Stary człowiek, z nożem ogrodowym w dłoni, brodził, zanurzony aż po pierś, w kwitnącym szpalerze róż. Klasztor musiał być już całkiem blisko, o jakie sto kroków albo bliżej, i dziwiliśmy się, że go nie widać. W widniejących w murze z lewej strony niewielkich otwartych drzwiach stał wsparty o nie mnich. W długim czarnym odzieniu, w czarnym wysokim nakryciu głowy, stojąc tak niedbale i spoglądając na przybyszów w tej rajskiej samotności, przypominał jak gdyby czarodzieja. Był młody, nosił długą, jasno- rudawą brodę, podobną swoim kształtem do bród na bizantyjskich obrazach, nos miał orli, oczy niebieskie, patrzące niespokojnie, prawie natarczywie. Pozdrowił nas, pochylając się i rozwierając ramiona gestem, który wydawał się nieco wymuszony. Zsiedliśmy z mułów i ruszyliśmy za nim. Przez całkiem mały, otoczony murami ogród weszliśmy do pokoju, w którym nas zostawił. Były tu tylko najniezbędniejsze sprzęty. Przed bizantyjskim obrazem Matki Bożej płonęła wieczna lampka; naprzeciw wejścia stały otworem drzwi prowadzące na balkon. Gdy znaleźliśmy się na balkonie, okazało się, że znajdujemy się w obrębie klasztoru, który był wbudowany w górę. Nasz pokój, od strony ogrodu położony na równi z jego powierzchnią, od strony dziedzińca znajdował się na drugim piętrze. Stary kościół, na którego tysiącletnich czerwonawych murach i kopułach lśnił blask wieczorny, tworzył jeden z boków dziedzińca, a trzy pozostałe – takie same domy jak nasz, z takimi samymi balkonami jak ten, o którego poręcz staliśmy oparci. Domy, o kształcie nieregularnym, miały barwę rozmaitą, a balkoniki były pomalowane na jasnoniebiesko, żółtawo i bladozielono. Dom narożny łączył się z kościołem jak gdyby loggią podobną do zwodzonego mostu. Jeden z tych domów wydawał się bardzo stary, inny znów sprawiał wrażenie, że nie przekroczył przeciętnego wieku człowieka. Wszystko tu tchnęło spokojem i radością miarkowaną słodyczą zapachów. Z dołu dobiegał szmer fontanny. Dwaj starsi mnisi z brodami czarnymi jak heban siedzieli na ławce. Inny znów, w wieku nieokreślonym, z głową wspartą na dłoni, wychylał się ku nim z balkonu pierwszego piętra. Po niebie płynęły małe obłoki. Dwaj mnisi wstali i ruszyli w stronę kościoła. Dwaj inni zeszli ze schodów. I oni mieli na sobie długie czarne odzienie, ale czarne czapki na ich głowach były nie tak wysokie, a twarze – bezbrode. Szli takim samym krokiem, którego rytm, trudny do określenia, był daleki zarówno od pośpiechu, jak powolności. Znikli jednocześnie w drzwiach kościoła niby żagiel za skałą, niby jakieś wielkie zwierzę, co, niewidoczne zza drzew, bezszelestnie stąpa przez las, inaczej niż ludzie, kiedy wchodzą do domu. W kościele, półgłosem, na bardzo starą melodię, zaczęto śpiewać psalmy. Głosy wznosiły się i opadały, było w tym coś z nieskończoności, ani skarga, ani radość, coś dostojnego, co mogło tak brzmieć przez całą wieczność, która już minęła, i całą wieczność, która nadejdzie. Z jakiegoś okna otwartego nad dziedzińcem ktoś powtarzał każdą strofę na tę samą melodię: był to głos kobiecy, zdawało się to czymś wprost niezwykłym, jakimś złudzeniem. Ale śpiew nie ustawał i był to głos kobiecy. A przecież owo echowe brzmienie tego śpiewu, owo wierne podporządkowanie się wzniosłej, niemal już nieczłowieczej tonacji, jego prawie zupełna bezwolność i nieświadomość sprawiały, że nie sposób było sobie wyobrazić, by to wszystko dobywało się z piersi kobiecej. Zdawało się, że to śpiewa sama tajemnica, nierzeczywistość. Nagle głos zamilkł. Z kościoła, wraz z ciemnymi, miękkimi, wibrującymi głosami mężczyzn, dolatywał zmieszany zapach wosku, miodu i kadzidła, jak gdyby to była woń tego śpiewu. Teraz, w ślad za owym śpiewem, zachowując pauzy, znów rozległ się głos kobiecy. Ale z tego samego otwartego okna, niedaleko mojego balkonu, niezbyt donośnie, bez zbytniej powagi, jakby dla zabawy, podniosły się inne podobne głosy: wiedziałem już, że to byli chłopcy. Zarazem w oknie pojawiły się ich głowy. Jeden był piękny i delikatny jak dziewczyna, jasne włosy, sięgając pasa, spadały mu na ramiona. Inni stali na dziedzińcu i wołali do tych na górze: „Brat, brat! Pasterz, pasterz!”.

Potem zrozumiałem, że byłem świadkiem pożegnania dwóch braci. Młody pasterz stał w blasku zachodzącego słońca, ciemny, smukły, zadzierzysty, za nim trzoda i psy. W mocnej, opalonej dłoni trzymał dłoń chłopca z długimi włosami. Jakiś mnich w czarnej sutannie, ale jeszcze młody, bez zarostu, nowicjusz, urodziwy dwudziestolatek, wszedł przez półuchyloną bramę; uśmiech, który wokół jego młodych ust i na gładkich policzkach był bezmyślny i próżny, bliżej pięknych ciemnych oczu wyrażał uległość i wiedzę. Nie zawołał chłopca, tylko dał mu znak. W geście jego wzniesionej ręki nie było zniecierpliwienia. Nie był rozkazodawcą, tylko przekazywał rozkaz jako wysłaniec. Jakiś starszy mnich wyszedł na balkon nad bramą, oparł łokieć o balustradę, głowę podparł ręką i spokojnie przyglądał się, jak przekazywano i jak wykonywano rozkaz. Nowicjusz skłonił się ledwo dostrzegalnie czy też może uśmiechnął się uleglej i promienniej. Piękny chłopak puścił rękę pasterza i podbiegł do nowicjusza. Pasterz odwrócił się i schodząc z góry wielkimi miarowymi krokami, ruszył w stronę wsi. Owce, jak gdyby stanowiąc z nim jedno, spędzone przez psy w zwarte stado płynęły już za nim drogą. Mnisi w kościele śpiewali głośniej. Odprawiając to nabożeństwo o wieczornej porze, wszyscy klęczeli w mroczniejących kaplicach albo leżeli rozpostarci na kamiennej posadzce, czy stojąc przed wysokim pulpitem, trwali w głębokiej medytacji ze skrzyżowanymi rękami i twarzą opartą o świętą Księgę. We wzniosłym spokoju ich śpiewu drżała żarliwość powściągana zgodnie z dawnymi regułami. Wieczne lampki z lekka migotały w powietrzu ciężkim od zapachu kadzidła i miodu. Odprawiano to samo nabożeństwo, które od tysiąca lat celebrowano tu każdego wieczora w tym samym miejscu i o tej samej godzinie. Czy jest potok tak czcigodny, że od tysiąca lat płynie z szumem tym samym łożyskiem? Czy istnieje drzewo oliwne tak stare, że od dziesięciokroć stu wieków to samo jego listowie drży na wietrze? Nic nie jest tak starożytne, chyba tylko odwieczne morze tam, w zatoce, i okryty lśniącym śniegiem odwieczny szczyt Parnasu pod odwiecznymi gwiazdami.

Gwiazdy zapalały się ponad ciemniejącymi ścianami doliny. Gwiazda wieczorna świeciła osobliwym blaskiem; jeśli gdziekolwiek była jakaś woda, choćby źródło lub kałuża między dwoma drzewami figowymi, z pewnością padała na nią smuga jej światła niczym od księżyca. Teraz na bliższym ciężkiej ziemi horyzoncie, w przestrzeni nie tak odległej od człowieka, zapalały się gdzieniegdzie inne jasne gwiazdy: były to ogniska pasterskie rozkładane niżej i wyżej na zboczach ciemnych gór otaczających łuk doliny. Przy każdym z nich spoczywał samotny człowiek ze swoim stadem. Szerokim łukiem naokół klasztoru, w którym płonęły wieczne lampki, był rozmieszczony dobytek mnichów. Jedne psy ujadały, inne im odpowiadały. Ognisk płonęło przeszło trzydzieści, a na zboczach leżało mnóstwo śpiących. Tu i tam pobekiwało jakieś jagnię zbudzone ze snu. Nawoływały się sowy, głośno dzwoniły cykady, a jednak nad wszystkim panowała cicha, wieczna noc.

Gdzie stała gwiazda wieczorna, tam za ciemnymi górami niewyraźnie połyskiwał Parnas. Tam, na zboczu góry, leżały Delfy. Gdzie było święte miasto, u stóp świątyni boga, wznosi się dziś tysiącletni las oliwny, a szczątki kolumn poniewierają się między pniami. Te tysiącletnie, prastare drzewa są jednak zbyt młode, nie sięgają tak daleko w przeszłość, już nie widziały ani Delf, ani domu boga. Spoglądamy w ich stulecia z góry, niby w głąb cysterny, gdzie na dnie, we śnie, leży to, co nieosiągalne. Ale tu wszystko jest bliskie. Pod tymi gwiazdami, w tej dolinie, gdzie śpią pasterze i stada, wszystko jest bliskie jak nigdy. Ta sama ziemia, to samo powietrze, to samo życie, ten sam spoczynek. Trwa tu coś nienazwanego, co nie jest ani skryte, ani pozorne, ani uchwytne, a mimo to nie znika: po prostu jest blisko. Tu są Delfy, pola delfickie, miejsca święte i pasterze, tu jest Arkadia tylu snów, a przecież to nie sen. Powoli wracamy do klasztoru. Tuż koło nas warczą wielkie psy. O poręcz balkonu nad bramą opiera się jakaś postać. Zza żywopłotów, stamtąd, gdzie warczą psy, wychodzi jakiś sługa. „Atanazy! – woła mnich z balkonu. – Atanazy!”. Nie woła właściwie, raczej mówi, tonem spokojnego i łagodnego nakazu. „Atanazy, co się tam dzieje?”. „To goście, dwaj cudzoziemcy, którzy wyszli na przechadzkę”. „Dobrze. Uważaj na psy”. Tylko kilka słów. Rozmowa kapłana ze sługą była krótka. Ale jej ton sięgał czasów patriarchalnych. Wszystko to składa się z niewielu elementów. Niczym nienaruszona, pewna siebie władza kapłańska, łagodny ton bezspornej mocy, okazywana w sposób naturalny gościnność, dom, świątynia strzeżone przez liczne psy. A przecież rytm tych kilku nic nieznaczących słów, wypowiedzianych wśród nocy, miał w sobie coś z wieczności. Sięgał czasów, których nie pamiętały wielowiekowe oliwki. Jeszcze nie narodził się Homer, a kapłan i sługa tym właśnie tonem wymieniali z sobą takie słowa. Gdyby z jakiejś dalekiej gwiazdy spadł bodaj najmniejszy, ale żywy twór, cząsteczka jakiegoś kwiatu, ułamek kory jakiegoś drzewa, byłoby to mimo wszystko jakieś poselstwo, które by do nas dotarło. Tak właśnie słuchaliśmy owej rozmowy. Sprawiły to pora, wiatr i miejsce.

2. WĘDROWIEC

eisi kai kynon erinyes

Mnisi śpią krótko. Zaraz po północy uderzają w dzwony, modlą się, śpiewają; powtarza się to przed wschodem słońca. Drzemaliśmy ledwo dwie i pół godziny; tym bardziej byliśmy rześcy. Jeden za drugim szliśmy wąską ścieżką tak szybko, tak szybko, że muły z dosiadającymi ich przewodnikami stąpały za nami. W porannym chłodzie droga wiodła zboczem nad uroczą doliną, potem po owej równinie między dwiema nagimi górami, następnie skręcała w wyschnięte łożysko jakiegoś potoku, dalej szła znów w bok, na dół, rozchodząc się na rozstaju z jednej strony ku Davlii, a z drugiej ku Cheronei w Beocji, dokąd trzeba było stąd jechać siedem godzin: w połowie tej drogi znajdowała się, znana wszystkim okolicznym pasterzom, nigdy niewysychająca żyła wodna.

Rozmawialiśmy aż do chwili spotkania z samotnym wędrowcem; trwało to więc jakie dwie i pół, trzy godziny, bez przerwy, bez najmniejszego przymusu czy wysiłku, a była to jedna z najdziwniejszych i najpiękniejszych rozmów, jakie zapamiętałem.

Byliśmy we dwóch i kiedy tak mówiliśmy, zdawało się, że każdy z nas oddaje się tylko własnym wspomnieniom, choć wiele mieliśmy wspólnego. Czasem jeden z nas przywoływał postać któregoś ze swoich przyjaciół, jednak drugi, mimo że nigdy go nie widział, wiele o nim słyszał. Ale otaczające nas zupełne, a zarazem odwieczne odludzie, bezcielesna wzniosłość tych okolic – od stóp Parnasu aż do Cheronei, od pól delfickich aż do Teb, jechaliśmy przecież drogą Edypa – promienna czystość poranka po nocy nieobciążonej głębokim, otępiającym snem, wszystko to tak wyostrzyło naszą wyobraźnię, że dość, by jeden z nas wymówił choćby słowo, drugi już podchwytywał je myślą i zdawało mu się, że dotyka rękami tego, co tamtemu ledwo snuło się przed oczyma.

Nasi przyjaciele zjawiali się przed nami, a przybywając, przynosili z sobą to, co było w nas najczystsze. Ich rysy, wprost niepokojąco wyraziste, tchnęły powagą. Kiedy tak trwali przed nami i spoglądali na nas, ożywały też najdrobniejsze nawet okoliczności i sprawy, które nas niegdyś łączyły. Jakiś dreszcz, jakieś łagodniejące spojrzenie, dłoń wilgotniejąca w chwili irytacji, niepewność pełna zakłopotania, chwiejność kroku, poczucie oddalenia, a potem zbliżenia, wszystkie te odcienie stawały przed nami z niezwykłą wyrazistością, a jednocześnie nie wiedzieliśmy, czy to są wspomnienia naszych własnych doznań, czy doznań naszych przyjaciół, których twarze na nas spoglądały; wiedzieliśmy tylko, że wszystko to było cząstką życia, które gdzieś tam wciąż się toczyło, było tu bowiem obecne, a góry w niemym, błękitnym drżeniu powietrza nie wydawały się bardziej rzeczywiste niż towarzyszące nam postaci.

Jedno wypowiedziane imię przyzywało następne. Postać nadchodziła za postacią, syciła nas swoim widokiem, chwilę nam towarzyszyła i znikała; inne, tłocząc się, już czekały, zajmowały puste miejsce, rozświetlały jakąś część naszego minionego życia i po chwili, jak tamte, zostawały na drodze za nami, a my tymczasem wciąż szliśmy przed siebie, jak gdyby od tego zależało, czy owe czary trwać będą nadal. Garstka mężczyzn na mułach pozostawała o kilkaset kroków za nami. Przychodzili do nas zarówno ci z naszych przyjaciół, co jeszcze żyli, jak ci, co już zeszli z tego świata. W takich chwilach widzimy wszystko wyraźnie: tajemna moc życia płonie w nas tylko po to, aby odsłonić to, co się nie odsłania. Widzimy ich twarze, wierzymy, że dochodzi nas dźwięk ich głosu, jakieś oderwane zdania, z pozoru mało znaczące, ale wydaje się, że tkwi w nich cały człowiek; ich twarze to coś więcej niż twarze, tchnie z nich to samo, co z dźwięku owych urywanych zdań, coraz bardziej nas ogarnia, pojawia się w ich rysach, zastyga i utwierdza się w ich niewysłowionym wyrazie, ale nie sprawia, że stają się spokojniejsze. To niekończące się pragnienie, powołanie do cierpienia, bolesna gotowość znoszenia udręki. Każda z tych twarzy jest uosobieniem jakiegoś losu, czegoś odrębnego, jedynego, a zarazem nieskończonego, jakiegoś nieustannego dążenia do bezgranicznie odległego celu. Wydają się żyć, kiedy tak na nas patrzą, jak gdyby czerpały życie z naszych spojrzeń. Widzimy twarze, ale twarze to nie wszystko; w twarzach widzimy losy, ale i losy to nie wszystko. Każdy, co nas pozdrawia, ma w sobie jeszcze coś odleglejszego, jakąś tamtą stronę, swoją i naszą, która nas wzrusza. Jesteśmy jak dwa duchy, co tkliwie sobie przypominają, że niegdyś zasiadały na ucztach ludzi śmiertelnych.

Liczne obrazy młodzieńców i mężczyzn przesunęły się już przed nami, gdy wtem pojawił się jeszcze jeden. Ujrzeliśmy, jak wynurza się ten, który najsrożej cierpiał, nim nas opuścił na zawsze. Powiedziałem, że to byli „nasi przyjaciele”, ale właściwie spotykaliśmy się z nimi rzadko; ten zaś raz tylko zetknął się z nami, w niezwykle namiętnej rozmowie okazując jakieś wewnętrzne rozdarcie ponad wszelką miarę, jakąś zawziętość przeciw niebu i piekłu; z początku nasze rozbieżności miały jeszcze charakter braterski, potem stał się obcy, lodowato obcy. Ale jego listy, jakieś jego zdanie, chłodne, a zarazem wzniosłe, inne jego wypowiedzi jak gdyby ociekające krwią, jego dziennik, kilka nieporównanych wierszy, napisanych w jednym tylko roku, gdy miał dziewiętnaście lat, a będące przedmiotem jego nienawiści i pogardy – darł je i pluł na nie, ilekroć je znajdował – okrutne dzieje ostatnich tygodni jego życia i jego śmierci, opowiedziane nam przez jego siostrę, oto obraz, jaki pozostawił po sobie w głębi naszych serc. Kto ośmieliłby się okazać pomoc temu nieszczęsnemu biedakowi, kto odważyłby się choć zbliżyć do tego tak rozpaczliwie samotnego człowieka, który z nadludzkim wysiłkiem zmagał się z sobą jak gdyby napinał cięciwę łuku, aby z niego wypuścić najbardziej bezlitosną strzałę, który odtrącał każdą wyciągniętą do niego dłoń, krył się w otchłani wielkich miast, odpowiadał szyderstwem na każdą próbę zbliżenia się do niego, jak galernik przed rozpalonym żelazem wzdrygał się na każdą wzmiankę o jego talentach, o jego geniuszu, prowadził żywot włóczęgi, pojawiał się raz tu, to znów gdzie indziej, czasem z Macedonii, Kaukazu czy Abisynii posyłał swoim bliskim jakiś list, gdzie nadzieja brzmiała dźwiękiem rozpaczy, a oschłe wiadomości – jak wydany na siebie wyrok śmierci. Wydawało mu się, że walczy o pieniądze, tylko o pieniądze, a tymczasem mocował się z własnym demonem, walcząc o coś, co jest ogromne, nienazwane. I widzimy, jak znoszą go z gór Abisynii odludną, skalistą ścieżką, w milczącym powietrzu: chwila obecna jest nieruchoma, jak tutaj; niosą go jak gdyby ku nam. Leży na noszach, twarz ma okrytą czarną chustą, derka narzucona na nogi wznosi się nad chorym, wielkim jak dynia kolanem; piękną, wychudłą dłonią, którą tak kochała jego siostra, zrywa co chwila chustę z twarzy i wskazuje kierunek dźwigającym go czarnym, kolorowym; zamierzali iść powoli, wzdłuż zbocza, drogą, on zaś chce, aby niesiono go prosto w dół, szybko, na przełaj. Niepojęty bunt mimo śmierci widomej w białkach jego oczu, mimo bólu wykrzywiającego mu usta, z których nie pada nawet słowo skargi.

Ani jedna z twarzy, które zjawiły się tego dnia, nie wywarła na nas większego wrażenia niż ta ostatnia. Co jeszcze moglibyśmy ujrzeć? Szliśmy wolniej, w milczeniu. Poranne słońce, jak gdyby grożąc, lśniło nad obcą, surową okolicą. Znikło gdzieś poczucie wspólnej obecności, w którym mają upodobanie ludzie i zwierzęta. Obce losy, co w innych okolicznościach toczyłyby się niewidzialnie obok nas, wdarły się w nas i nabrały kształtu. Widok jakiegoś stada sprawiłby nam przyjemność. Z radością powitalibyśmy ptaka unoszącego się w powietrzu. Wtem w oddali ujrzeliśmy idącego ku nam człowieka. Mężczyzna szedł szybko; był sam, a tu rzadko ktoś idzie sam. Pasterz kroczy ze swoim stadem; kto nie jest pasterzem, jedzie wierzchem; ten zaś szedł, zdawało się nam, z odkrytą głową. Ze względu na działanie słońca nikt tu tak nie chodzi, musiało więc to być złudzenie. Podszedł bliżej i okazało się, że głowę ma odsłoniętą. Włosy miał czarne, twarz – obrośniętą czarną szczeciniastą brodą; krok – niepewny. W ręku trzymał gruby kij, na którym się opierał. Słońce błyszczało na twardym żwirze i wydało się nam, że ów człowiek jest bosy. Ale to było niemożliwe; drogi górskie to osypiska drobnych, ostrych jak noże kamieni, nawet najbiedniejszy żebrak ma tu na nogach drewniane chodaki. Mężczyzna zbliżył się i ujrzeliśmy, że jest boso. Z jego chudych nóg zwisały strzępy spodni, jakie noszą ludzie w miastach. Ktokolwiek spotyka w tych odludnych górach drugiego wędrowca, nie mija go w milczeniu. Ten, idąc o dziesięć kroków od drogi z pochyloną głową, chciał nas wyminąć bez pozdrowienia. Wykrzyknęliśmy kilka greckich słów oznaczających powitanie. Odpowiedział, nie zatrzymując się, ale po niemiecku. Na to mój przyjaciel zastąpił mu drogę, pytając krótko, skąd i dokąd idzie. Zatrzymałem się o trzy kroki i ujrzałem na jego stopach zastygłą krew, a na jego silnej dłoni głęboką krwawą ranę. Był szeroki w ramionach, miał mocny kark, sądząc z rysów, liczył jakie trzydzieści, czterdzieści lat, raczej bliżej czterdziestu, wyglądał żałośnie, a czarna broda pogłębiała żółtawą bladość jego cery. Błędne spojrzenie lśniących, zdziczałych oczu przypominało wzrok wystraszonego, udręczonego zwierzęcia. Powiedział, że nazywa się Franciszek Hofer i pochodzi z Laufen nad Salzachą. Wiek: dwadzieścia jeden lat; cel podróży: Patras. Dla silnego, znającego okolicę mężczyzny Patras był oddalony o pięć dni drogi stąd; aby tam dotrzeć, trzeba było przebyć góry, pustynną równinę i morską cieśninę. Kiedy nie wspierał się na kiju, drżał na całym ciele, wargi miał obwisłe. Już od trzech miesięcy trawi go gorączka. Dlatego chce wrócić do domu. Z Aleksandrii do portu w Pireusie dotarł w węglowni statku, gdzie ukrył go palacz okrętowy, ale statek płynął dalej do Konstantynopola, musi więc teraz iść pieszo do Triestu. Jak tam trafi? Ma tu wszystko wypisane. Wydobył zza paska jakiś strzęp papieru, na którym, prawie już zatarte, widniały skreślone ołówkiem nazwy miejscowości. Pokazał jedną z nich: tam musi dotrzeć dzisiaj. Miejscowość ta znajdowała się w okolicach Delf, o osiem godzin od miejsca, w którym staliśmy, dla kogoś, kto znał drogę i potrafił należycie rozpoznawać skąpe oznaki w pustynnym krajobrazie. Zapytaliśmy, czy zna język krajowy. Nie znał nawet słowa: ludzie nie rozumieją, gdy mówi do nich po niemiecku czy po włosku, to okropne. Kiedy jadł po raz ostatni? Wczoraj w południe kawałek chleba, a dziś wypił łyk wody ze źródła tam, przed nami. Było to źródło, do którego zmierzaliśmy, w połowie drogi do Cheronei w Beocji.

Tymczasem zbliżyli się nasi ludzie i muły, otoczyli nas i nie mogli nadziwić się wędrowcowi. Podaliśmy mu kubek wina; chwycił go drżącą dłonią i rozlał więcej niż połowę jego zawartości; potem daliśmy mu chleba i sera, ale usta tak mu się trzęsły, że ledwo mógł je przełknąć. Poprosiliśmy, żeby usiadł, ale odparł, że nie ma czasu, bo musi dzisiaj ujść jeszcze spory kawał drogi. Gdy to mówił, w jego spojrzeniu przez chwilę pojawiło się coś obłędnego. Powiedzieliśmy, że chcielibyśmy mu dać trochę pieniędzy, i zapytaliśmy, czy ktoś z nas nie mógłby napisać do jego wsi, aby powiadomić jego bliskich, że jest chory, i o tym, co się z nim dzieje. Prosił nas na wszystko, aby tego nie robić, wyprasza to sobie, to byłoby nieznośne, nikt tam nie powinien mieszać się do jego spraw. Odwrócił się i ruszył przed siebie, opierając się na kiju. Poszliśmy za nim i powiedzieliśmy, żeby dosiadł jednego z naszych mułów, że wróci z nami, że dotrze w ten sposób do Aten i do portu w Pireusie, a tam damy mu pieniądze na podróż do Triestu i dalej. Nasi przewodnicy, którzy pojęli nasz zamiar, podprowadzili już osiodłanego muła i chwycili wędrowca, chcąc go podsadzić, ten jednak cofnął się i podnosząc kij, oświadczył, że powtórne przebycie tej samej drogi, którą raz już przeszedł, byłoby dla niego nie do zniesienia i nikt nigdy go do tego nie zmusi. Kiedy tak stał, wygrażając nam kijem, który trzymał w wyraźnie trzęsącej się ręce, można się było przekonać, jak nieposkromiona wola ożywia tego potężnie zbudowanego, silnego człowieka; w swojej wsi był pewno gwałtownikiem, kimś, kto budził strach, ale teraz choroba tak go wyniszczyła, że przypominał tropione zwierzę, co jeszcze będzie się wlokło dzień lub dwa i padnie przed nocą, aby zginąć nędznie i samotnie. Jeżeli teraz go zostawimy, nie wyjdzie żywy z tych gór. Kazaliśmy przewodnikom, aby się oddalili, i zostaliśmy z nim we dwóch. Powiedzieliśmy mu, że nie chcemy go odstąpić w jego biedzie, niech więc sam powie, co mamy zrobić; uczynimy wszystko, cokolwiek by to było. „Chcę iść tam”, rzekł, wskazując kierunek, z którego nadeszliśmy. Musi zatem – orzekliśmy – dosiąść jednego z naszych mułów i dać się solidnie przymocować do siodła; przydzielimy mu też dwóch naszych przewodników, którzy dziś jeszcze doprowadzą go do jednej z wiosek na zboczu Parnasu, skąd widać już zatokę, na której przeciwległym brzegu leży Patras; przewodnicy mieli też znaleźć dla niego gospodę i kupić mu obuwie noszone przez tutejszych mieszkańców. Tam wypocznie przez jaki tydzień, dziesięć dni, aż mu się zagoją rany na nogach. Następnie wrócimy i zabierzemy go do Patras.

Uchwycił przedni i tylny, oba nieco wzniesione krańce siodła i z pomocą przewodników, co nazywali go „obcym panem żebrakiem”, z trudem wydźwignął się na siodło, do którego, z wielkim dla niego szacunkiem i oznakami czci, mocno go przytroczono w takiej pozycji, w jakiej u nas jeżdżą wierzchem kobiety. Muł wraz z uwiązanym do niego człowiekiem ruszył w górę, my zaś, dosiadłszy naszych zwierząt, jechaliśmy w milczeniu w dół, w stronę Cheronei.

Niezwykłe wydało się nam teraz gorliwe stąpanie mułów, gdy tak posuwaliśmy się przed siebie, niezwykłe powietrze otaczające nas, kiedy przybyliśmy nad ową strugę, co, przezroczysta i bystra, płynęła pośród kamieni, niezwykłe, że rozsiodłano muły, że ludzie pokładli się na ziemi i pili wodę wraz ze zwierzętami i że, ułożywszy się nieco wyżej, wśród niskich krzewów, piliśmy ze strumienia tak jak oni. Tu, ledwo kilka godzin temu, leżał ów rozbitek, obdarty wędrowiec; wokół zwarty, jednolity świat czyhał na nas jak wróg. Kiedy tak piłem, wydawało mi się, jak gdyby owa woda spływała z jego do mojego serca. Twarz wędrowca spoglądała na mnie jak przedtem tamte twarze; zatraciłem się prawie, wpatrując się w jego rysy, i jak gdyby ratując się z tej zasadzki, rzekłem: „Kimże jest ów człowiek? To przecież obcy!”. A obok tej twarzy pojawiały się wciąż inne, co na mnie spoglądały i próbowały swojej mocy. Nie mógłbym w owej chwili orzec, czy obrócone ku mnie twarze były twarzami nieznajomych pośród nieznajomych i czy kiedykolwiek, gdziekolwiek zwróciłem się do któregoś z nich, mówiąc: „Mój przyjacielu” i usłyszałem w odpowiedzi: „Mój przyjacielu”. Potem, nagle, coś się we mnie zbudziło, coś dalekiego, boleśnie i cudownie odległego: jakiś chłopiec, a przed nim twarze, kompania za kompanią, idących żołnierzy, niezliczone, tchnące znużeniem, okryte kurzem twarze, zawsze po cztery, lecz każda odrębna, a żadnej nie mógł zapamiętać; w milczeniu dotykał ich po kolei, po omacku, powtarzając w głębi duszy: „To ten! To ten! To ten!”, a łzy napływały mu do oczu.

Nad tym wszystkim unosiło się jakieś jak gdyby zdumienie, poczucie nieprzynależności, przenikliwe doznanie samotności, dojmujące pytanie: „Kim jestem?”. Ale nagle, w chwili najbardziej dręczącej niepewności, znów się ocknąłem, obraz chłopca znikł we mnie, woda sączyła się tuż koło mojej twarzy i omywała policzek; wspierając się rękami, wstałem i byłem już tylko kimś, kto podnosi się znad strumienia, z którego przedtem, zanurzywszy wargi w wodzie, pociągnął długi łyk.

Ale w tej godzinie i następnej, aż do Cheronei, i później, kiedy wsiedliśmy do wagonu i jechaliśmy przez Beocję i Attykę, póki pociąg nie zatrzymał się na dworcu w Atenach, widziałem krajobraz bez imienia. Góry przyzywały jedna drugą, rysy wąwozów były bardziej ożywione niż rysy twarzy, każda fałdka na odległym zboczu jakiegoś wzgórza trwała jak gdyby sama w sobie, a wszystko to było mi bliższe niż moja własna dłoń. Już nigdy więcej tego nie zobaczę: był to ofiarowany nam jak gdyby w podzięce dar spotkanego przez nas samotnego wędrowca.

Pewnego dnia wszystko, co żywe, wszystkie krajobrazy, odsłonią się w pełni, ale tylko temu, kto ma serce otwarte.

3. POSĄGI

Gdy nazajutrz pod wieczór wstępowałem na Akropol, nie myślałem już o tym wędrowcu. Nie mogłaby mi też towarzyszyć tu żadna z bliskich mi w życiu postaci. Wydawało mi się, że znów dzieli mnie od nich jakaś szczelna przegroda; ze zdziwieniem przypomniałem sobie ów czar, który nas przedtem ogarnął. Spotkanie w górach Fokidy chorego na febrę człowieka z Laufen nad Salzachą było w istocie czymś niezwykłym. Niezwykłe też było i to, że ów człowiek z takim spokojem szedł ku swojej śmierci i że za nic nie chciał wracać już przebytą drogą. Kiedy zastanowić się nad tym jego milczeniem i nad wzrokiem, którym nas mierzył, chcąc nas odpędzić, można by pomyśleć, że uważał nas za natrętów, ponieważ stanęliśmy między nim i jego śmiercią.

Ale nie miałem ochoty dłużej się nad tym zastanawiać. „Było, minęło”, rzekłem machinalnie, idąc wśród odłamków porozrzucanych tu setkami. Teraz dopiero spostrzegłem, że słońce zaszło za Partenonem i że jestem sam jeden na wzgórzu. Napływające cienie miały w sobie coś uroczystego, jak gdyby zawarta w nich jeszcze resztka życia lała się w wieczornej libacji ofiarnej na to wzgórze, na którym rozpadały się nawet prastare kamienie. Spojrzałem bezwiednie na jedną z kolumn. Stała jak gdyby odsunięta od innych. W tym jej tu trwaniu była jakaś nieopisana moc i delikatność, a przy tym jej zarys z każdym moim oddechem to wznosił się, to opadał. Ale w blasku wieczora, czystszym niż roztopione złoto, również i ją owiewało wszystko niweczące tchnienie przemijania, a to, że tu trwała, nie było niczym innym niż niepowstrzymanym, bezgłośnym upadaniem.

A jednak jakimś cudownym sposobem stała tu przecież nietknięta. Chciałem do niej podejść; coś mnie skłaniało, aby ją okrążyć. Jej cień spływał ku jej podnóżu; wydawało mi się, że jej życie rzeczywiste toczy się z tamtej drugiej strony, wystawionej na blask zachodzącego słońca.

Ale nim postąpiłem o krok, zmieniłem zamiar. Owiało mnie tchnienie zwątpienia, już z góry poczułem jak gdyby rozczarowanie. Znowu wróciło całe to przedpołudnie, ustawiczna krzątanina wokół przeróżnych spraw, znużenie drogą, każdym krokiem pośród kamieni i ich szczątków; tu były wykopaliska na Agorze, tam znów Pnyks, pagórek, na którym stawał mówca, a tu trybuna; tam resztki ich domów, ich tłocznie winne, a dalej ich groby przy drodze do Eleuzis. To były Ateny. Ateny? Więc to była Grecja, starożytność. Ogarnęło mnie rozczarowanie. Usiadłem na rozrzuconych tu gruzach, jak gdyby czekających na przyjście wiecznej nocy; cokolwiek to było, stopień do jakiejś świątyni, zniekształcony szczątek ołtarza czy postać bóstwa już zatarta i tworząca krągły głaz, usiadłem na jednym z tych szczątków plecami do kolumny.

Ale gdzie są ci Grecy, zapytałem w głębi duszy. Usiłowałem sobie przypomnieć, ale przypominałem sobie tylko wspomnienia, jak gdyby lustro bez końca odbijało się w lustrze. Unosiły się przede mną imiona, postaci; nie było w nich piękności, zlewały się z sobą, jak gdybym je unicestwiał jakimś zielonkawym dymem, który miał je strawić. Czym je unicestwiałem? Zacząłem się zastanawiać. Niczym innym niż tchniętym na nie przekleństwem przemijania; zwięzłe powiedzenie: „Było, minęło” miało większą moc niż cały ten świat. Tchnąłem na nie czas i ujrzałem, że ich oblicza zielenieją, przemijają.

Nienawidziłem ich dlatego, że już dawno umarli i że umarli tak szybko. Te ich kilka stuleci, żałosna chwila trwania ponad niezmierzoną otchłanią; ich dzieje, ów stek baśni, kłamstw, gadulstwa, zdrad, strachu, zawiści, słów; wieczne przechwałki, wieczny lęk, szybki upadek. Wszystko to było już nicością, choć jeszcze mniemało, że istnieje. I unosząca się nad tym wieczna złuda ich poezji; a nawet ci ich bogowie: widma niepewne, wciąż spieszące przed siebie; oto Kronos i tytani, groźni i potężni, a już przeminęli, strąceni i zapomniani przez własne dzieci; oto na ich miejsca wstępują bogowie Olimpu; kto w nich wierzy? I oni przeminęli, rozwiali się w barwnej mgle, przebrzmieli jak własne echo; bogowie, wieczni? Już odeszli, trwają tylko w opowieściach milezyjskich jako ozdoby wymalowane na ścianie domu jakiejś ladacznicy.

Gdzie jest ów świat i co o nim wiem – wykrzyknąłem. Gdzie mógłbym go ogarnąć? Gdzie mógłbym w niego uwierzyć? Gdzie mógłbym się w nim zatracić? Tu albo nigdzie. Tu jest jego duch i miejsce. Czy nic we mnie nie drgnie? Oto leżę tu, czy wiecznie mi to będzie odmówione? Czy nic więcej nie przypadnie mi w udziale niż ten posępny lęk, te niepewne domysły w ciemnościach?

Słońce chyba już całkiem zaszło, cienie gęstniały, gdy nagle – z zewnątrz czy z wewnątrz – poczułem na sobie jakieś spojrzenie, głębokie, niejasne, jak spojrzenie przechodnia. Szedł i był odwrócony na poły ode mnie, na poły też pogardliwie odwrócony od tego miasta, od swojego rodzinnego miasta. Jego spojrzenie odsłoniło mnie przed sobą samym i zarazem jego: był to Platon. Wokół warg twórcy mitów, co wzgardził bogami, igrały pycha i widmowe sny. Szedł przed siebie we wspaniałej, niepokalanej szacie, której rąbek ledwo dotykał ziemi, królewski, niepodległy prawom współobywateli, mijał mnie, z lekka unosząc się w powietrzu, jak duchy sunące na złączonych stopach. Wzgardliwie muskał przestrzeń i czas; zdawało się, że nadszedł ze Wschodu i zniknie na Zachodzie.

Gdy widmo przepadło, wszystko znów stało się jałowe i smutne. Wzgórze i ruiny wydały mi się podwójnie znieważone i moja w tym wina stała się oczywista.

To twoja własna słabość, wykrzyknąłem, nie potrafisz ożywić tych chwil. Wszystko to jest wezwaniem przeszłości – kto zdołałby je usłyszeć! Jak możesz je usłyszeć? Cały przecież drżysz przed przemijaniem, a wszystko, co cię otacza, zanurzasz w przerażającej kąpieli czasu. Kiedy chciałeś podejść do kolumny, pragnąłeś jedynie powstrzymać mijającą chwilę. – Wstałem machinalnie. Moja obecność ciążyła temu miejscu. To, co umarło, umiera przeze mnie po raz drugi. Będę czytał, pomyślałem i wyszukałem miejsce w cieniu. Wyjąłem książkę – był to Filoktet Sofoklesa – zacząłem czytać. Chciałem uciec przed sobą, a ścigałem sam siebie; czytałem linijkę po linijce, jak gdybym, znak po znaku, odczytywał rozrzucone wokół mnie szczątki. Nie byłem bynajmniej odurzony i pojmowałem, co czytam: każdy wiersz jawił mi się przed oczyma jasno i wyraziście; melodyjnie i przeraźliwie unosiły się w powietrzu skargi samotnego człowieka. Odczuwałem w pełni wagę owego lamentu, a zarazem nieporównaną subtelność i czystość Sofoklesowych wierszy. Ale między mną i wszystkim, co mnie otaczało, znów zapadła owa zielonkawa zasłona i znów ogarnęło mnie owo niszczące podejrzenie, ów bunt wewnętrzny całej mojej istoty. Ci bogowie, ich wyroki, ci ludzie, ich postępki, wszystko to wydało mi się ponad wszelką miarę obce, kłamliwe, daremne. Te postaci, kiedy tak przede mną rozprawiały, zmieniały jak gdyby twarze. Działają, oszukują – czy oszukują siebie? Czy ów syn Achillesa wierzy w to, co mówi? Najpierw pomyślałem, że Odyseusz oplątał tę niewinną duszę swoimi machinacjami, potem znów wydało mi się, że uczynił z niego świadomego i chętnego poplecznika. Co oznacza jego nagły bunt przeciw Odyseuszowi i dana Filoktetowi obietnica, że go zawiezie do ojczyzny? Przecież nie ma statku, aby tam dopłynąć. Co więc dzieje się w jego duszy? Chcą odebrać choremu człowiekowi jego łuk, ale przecież wiedzą, muszą wiedzieć, że bez Filokteta miasto upaść nie może. Czy wiedzą, że to, co robią, jest daremne? Że daremne są te podstępne przemowy? Czy sami nie zdają sobie z tego sprawy? Wszystko to było ponad wszelką miarę dziwne i niepojęte. Nie mogłem dalej czytać. Odłożyłem książkę. Powiał lekki wiatr, musnął wzgórze, przewrócił stronice. Nagle zapachniało poziomkami, akacją, dojrzewającym żytem, kurzem ulic i pełnym morzem. Ogarnął mnie urok tej woni skupiającej w sobie cały ów krajobraz, owiany zapachem tysiącleci, w którym rozpłynęło się złoto wieczności. Ale nie chciałem się temu poddać. Schyliłem się, podniosłem książkę i zamierzałem odejść.

Starożytność mnie drażni, pomyślałem, drażni mnie, że wciąż próbuję do niej wrócić, że jej szukam. – Stanowczość tych słów jak gdyby mnie ucieszyła. – W ogóle jej tu nie ma. Tu, gdzie zdawało mi się, że będę mógł jej dotknąć, tu właśnie znikła na dobre. Jakaś demoniczna ironia osnuwa te szczątki, które, nawet rozpadając się, zachowują swoją tajemnicę. Za bardzo przypominają owe zapachy. Jak one, skłaniają do daremnych snów, a wszystko, co po nich zostaje, to gorzki smak kłamstwa na wargach.

Ruszyłem naprzód, chcąc porzucić te widmowe miejsca nieistnienia i udać się do położonego na zboczu niewielkiego muzeum, zbudowanego z niepozornej cegły. Są tam, myślałem, wystawione w oszklonych szafach cenne przedmioty, pochodzące z gruzu dobytego z grobów: małe metalowe zwierciadła, bransolety lub wisiory z kutego złota, dzbany i urny. Oparły się mocy czasu bodaj na chwilę, mówią tylko o sobie i są doskonale piękne. Puchar ma krągłość piersi lub ramienia bogini. Złoty wąż uwydatnia ramię, które owija. Meander zdobiący węża ukazuje duszy motyw nieskończoności, ale tak ujarzmiony, że już nam nie zagraża. Rozkosz oczu zaspokaja zmysły i gasi ich dążenie do nieskończoności. Chcę więc tam iść. Daremna jest chęć walki o to, co nieosiągalne.

Szedłem szybko na przełaj i znalazłem się w przedsionku niewielkiego muzeum. Kustosz stał w progu i przyglądał mi się, kiedy nadchodziłem. Gdy już byłem blisko, z udaną obojętnością usunął się, ale gdy wszedłem, z pozornym zdumieniem wynurzył się przede mną z mroku. „Szedł pan wolno, łaskawy panie, i późno przychodzi – rzekł – ale nie za późno”. Był to niski człowiek o nieokreślonym wieku i nieprzyjemnej cerze blondynów rasy ciemnej. „Przychodzi pan nie za późno dlatego, że, wbrew regulaminowi, gotów jestem pana wpuścić, choć zachodzące słońce właśnie dotknęło skraju wzgórza”. Jego wargi i obrzydliwie jasne długie wąsy z jakąś niezwykłą próżnością uczestniczyły w każdym wypowiadanym przez niego słowie, jego uszy z podziwem słuchały obcej mowy, której używał, a niemile błyszczące oczy trwały w bezmiernym nad nim samym zachwycie. „Wpuszczę pana – ciągnął – uważam to bowiem za słuszne, choć śmieszny regulamin nie pozwala mi na omijanie przepisów. Ale ma pan niewiele czasu, proszę więc wybrać, co chciałby pan zobaczyć”.

Kiedy mówił, jego twarz wydała mi się szkaradna, choć właściwie nie była taka brzydka. Ale potrójny, z nadmierną troskliwością wypielęgnowany zarost: zawiesisty wąs, okalająca całą twarz broda i stercząca z niej bródka nadawały tej drobnej fizjonomii wyraz prowokacyjny, toteż chciałem po prostu minąć go i wejść. „Najpierw niech pan podziwia – rzekł i widać było, że sam podziwia własne słowa – mądrość, z jaką zbudowano to moje muzeum w taki sposób, że w niczym nie narusza zarysu tego dostojnego wzgórza”. Pozwolił mi oddać sprawiedliwość temu niezwykłemu zjawisku, a następnie cofnął się i puścił mnie przodem. „Teraz pokażę panu skarby, które naród grecki powierzył mojej pieczy. Nie będę panu przeszkadzał; jeżeli wzrok panu nie wystarczy, proszę dłonią znawcy dotknąć czcigodnego kamienia. Widzę bowiem od pierwszego wejrzenia, że nie jest pan ani Niemcem, ani archeologiem, lecz Francuzem i artystą”. Zostawiłem go z jego paplaniną i wszedłem do pierwszej sali. Przy ścianie, gdzie było już dość ciemno, na drewnianym postumencie widniało coś, co wydawało mi się obce i brzydkie, toteż szybko chciałem iść dalej. Ale kustosz stał już za moimi plecami. „Słusznie, łaskawy panie, proszę poświęcić jak najwięcej czasu temu dziełu: nie ma w świecie chyba nic wznioślejszego, a z pewnością nic godniejszego uwagi. Stoi pan przed z trzech ciał złożonym demonem, najświetniejszą z ozdób pierwotnej świątyni Ateny”. Trzy męskie tułowia, wystające z grubego, pierścieniowatego, smoczego ogona, wydawały mi się obrzydliwe; trzy brodate twarze miały wyraz jak gdyby dobroduszny i tępo, zwierzęco wybałuszały na mnie oczy. „Tu, łaskawy panie – zawołał mały i nawinął na palec swoją bródkę – ma pan przed sobą naprawdę wielką, archaiczną sztukę. Jaka męskość! Jaka powaga, wobec której wszystko, co stworzono później, wydaje się uosobieniem zniewieściałości i dekadencji! Tu jest pan świadkiem upadku baśni o bezbrodych Grekach”. Spojrzał na mnie przeciągle, jakby mi groził, i zrozumiałem, jakie w związku z tym przydaje znaczenie swojemu potrójnemu zarostowi. „A teraz proszę sobie wyobrazić, jak ta wspaniała rzeźba wyglądała w kolorach: twarze i wargi brązowoczerwone – widzi tu pan jeszcze ślady – gałki oczne żółtobiałe, źrenice zielone, tęczówki szaroczarne. Wszystkie brody i wąsy – niebieskie; proszę też zauważyć, że tak też pomalowano włosy na dwóch głowach, z wyjątkiem trzeciej, tej pośrodku, które pociągnięto barwą starczą, żółtawobiałą. Ile w tym ducha, ile znaczenia, wiele o tym rozmyślam i przygotowuję na ten temat publikację”. Zmusił mnie, abym podszedł bliżej, i chciał mnie dotknąć, żeby mi dokładnie pokazać ślady farby na tych tępych twarzach, ale gwałtownie odwróciłem się do niego plecami. Bardzo szybko wszedłem do następnej sali, gdzie całkiem pociemniało, bo znajdowało się w niej tylko jedno wąskie okno, i zatrzymałem się: zdawało mi się, że słyszę za sobą jego kroki. Nasłuchiwałem, ale go nie było. Minąłem kolejny próg i wszedłem do trzeciej sali.

Stały tu posągi kobiet w długich szatach. Tworzyły wokół mnie półkole; mimowolnie zaciągnąłem kotarę w drzwiach i zostałem z nimi sam. W swoim doskonałym spokoju, aż po brzegi wypełnionym życiem, zdawały się patrzyć jedna na drugą, spoglądać przed siebie, ale mnie nie dostrzegały. A jednak – i to była chyba ostatnia rzecz, z której, wchodząc tu, zdołałem jeszcze zdać sobie sprawę, nim coś zaczęło dziać się ze mną nowego – ich oczy widziały. Był to może efekt skupionego nad górną powieką wyrazu jakiejś niezwykłej żywotności, który rozlewał się wokół nasady nosa i ze wzniosłą powagą nikł pod oczyma.

W tej chwili coś się ze mną stało: ogarnął mnie jakiś niepojęty lęk, który nie pochodził z zewnątrz, lecz z niezmierzonej głębi jakiejś wewnętrznej otchłani; był jak błyskawica; kwadratowa sala o pobielonych ścianach, ze stojącymi w niej posągami, nagle rozjarzyła się blaskiem znacznie jaśniejszym od światła, co ją rzeczywiście wypełniało. Oczy posągów nagle zwróciły się ku mnie, a na ich twarzach pojawił się jakiś niepojęty uśmiech. Istotna treść owej chwili tkwiła jednak we mnie: pojąłem ów uśmiech, wiedziałem bowiem, że widzę go nie po raz pierwszy; w jakiś sposób, w jakimś świecie stałem już przed owymi postaciami, miałem już z nimi do czynienia i od tamtej pory wszystko we mnie oczekiwało owego lęku tak dojmującego, że musiałem oprzytomnieć, aby znów stać się tym, kim byłem. Mówię: wtedy, od tamtej pory, ale żadne określenie czasu nie odpowiada owemu stanowi ekstazy, która mnie ogarnęła; nie odnosiło się do niej pojęcie trwania, a to, co ją napełniało, istniało poza czasem. Wszystko to się przeplatało, razem dokądś płynęło, niedosłyszalnym, rytmicznym ruchem, donośniejszym, innym niż muzyka, zmierzało do jakiegoś celu; wewnętrzne napięcie, wymarsz; coś, co było jak podróż; niezliczone unoszące się stopy, niezliczeni jeźdźcy; poranek świątecznego dnia; dziewicze powietrze, wczesny ranek przed wschodem słońca – stamtąd płynęło to blade mocne światło, przenikające tę salę i moje serce – dzień nadziei i rozstrzygnięcia. Gdzieś trwała jakaś uroczystość, jakaś bitwa, jakieś chwalebne ofiarowanie: stąd właśnie ów niepokój w powietrzu, owo zacieśnianie się i poszerzanie przestrzeni, stąd – ów niewysłowiony wewnętrzny poryw, przepełniające mnie wesele na przemian z obezwładniającym, owianym tchnieniem śmierci zwątpieniem: jestem bowiem kapłanem sprawującym ową ceremonię, a zarazem składaną podczas niej ofiarą; wszystko to zmierza ku rozstrzygnięciu, kończy się z przekroczeniem któregoś progu, z przybiciem do brzegu, z zatrzymaniem się tu – z owym trwaniem tu, z moim trwaniem pośród nich: wszystko to jeszcze trwa w ich powłóczystych szatach, w ich wiedzącym uśmiechu; potem to gaśnie w ich skamieniałych twarzach, gaśnie i niknie; nie zostaje nic prócz owianego tchnieniem śmierci zwątpienia. Posągi stoją przede mną, jest ich pięć, dopiero teraz zdaję sobie sprawę z ich liczby, stoją przede mną obce, ciężkie, kamienne, z ukośnie spozierającymi oczyma. Ich postaci są ogromne, ich kształty – zwierzęce czy boskie – ponad zwykłą miarę, ich twarze – nieznajome, wargi – wywinięte, łuki brwiowe – uniesione wysoko, wielkie policzki, podbródki – pełne życia; czy to jeszcze oblicza ludzkie? Nic w nich nie nasuwa myśli o świecie, w którym poruszam się i oddycham. Czy w dwuznacznie uśmiechniętych maskach nie czyha spojrzenie z tamtego świata, a zarazem jakaś groźba, wisząca tu i teraz niby ciemniejące niebo, gdy zbiera się na burzę? Czy nie stoję tu przed czymś, co pośród rzeczy obcych jest najbardziej nieznane? Czy z tych pięciu dziewiczych twarzy nie spogląda na mnie odwieczna groza chaosu?

Ale, mój Boże, jakże są rzeczywiste! Ich cielesna obecność zapiera dech w piersiach. Ich ciała, zbudowane jak świątynie, wspierają się na wspaniałych, mocnych stopach. Uroczysty wyraz ich twarzy nie ma w sobie nic z maski: ich rysy nabierają znaczenia poprzez ciało. Są to kobiety dojrzałe, narzeczone, kapłanki. Ich oblicza tchną jedynie mocą oczekiwania, świadomością własnej godności. Uczestniczą w czymś, co jest ponad wszelkie pojęcie, i to sprawia, że pośród niepokoju wzniosłej uroczystości wydają się takie sztywne i nieruchome.

Jakie są piękne! Wydaje się, że ich ciała są bardziej rzeczywiste niż moje ciało. Z ich kształtów płynie większa nauka niż z moich. Tkwi w nich wola tak silna, że i mnie się udziela. Nigdy przedtem nie widziałem niczego, co przypominałoby miary i zarysy ich postaci. Czy przez mgnienie wszechświat nie stanął przede mną otworem?

Ale także i teraz, kiedy wydaje mi się, że przecież już otrzeźwiałem, całkiem otrzeźwiałem i znów jestem sobą – materia tych ciał tu, przede mną, choć wydaje się tak trwała, ma w sobie coś płynnego, tęsknego, przychodzi skądś i daje do zrozumienia, że chce dokądś odejść. Znajduje się w drodze, w tej chwili właśnie przystanęła; czy pragnie zabrać mnie z sobą? Skąd zresztą bierze się we mnie owo przeczucie odjazdu, skąd to rytmiczne trwanie całej atmosfery, ta wędrówka pewnym krokiem nad jakąś obcą, szeroką rzeką, to wstąpienie na jakąś nigdy niewidzianą, pełną załomów górę, skąd ów niepokój pełen przeczuć, ów bezgłośny zgiełk – czy mi grozi, czy też jest mi powolny? Tajemnica nieskończoności, odpowiadam sobie z takim poczuciem nieomylności, jak to bywa we śnie, tkwi w tych szatach. Nie tylko ich fałdzistość, nie tylko to, co spływa z ich ramion aż po kolana, nie, cała ich postać jest szatą i poruszającą się zasłoną, objawioną tajemnicą. Czy w takiej samej mierze zasłona, co tam z lekka się chwieje, nie stanowi jakiejś poruszającej się cząstki mnie samego? Czy nie dano mi niewidocznych członków ciała, którymi poruszam nieświadomie, jak we śnie? Czy nie dano mi ich, abym nieziemskimi rękami uniósł zasłonę, abym wstąpił do wiecznie żywej świątyni? Gdyby zbudził się we mnie zmysł, co góruje nad wszystkimi zmysłami, gdyby zdołał z wewnątrz zapanować nad wzrokiem – odpowiedziało coś we mnie płynnie i stanowczo, jak gdyby woda wytrysnęła ze źródła, i od razu pojawiła się nowa myśl: kto rzeczywiście dorósłby do tych postaci, musiałby zbliżyć się do nich inaczej niż poprzez wzrok, z większą czcią i zarazem odwagą. Ale musiałby mu to jednak nakazać jego wzrok, musiałby na nie spoglądać, a potem spuścić oczy jak ktoś pokonany w walce. – I ta myśl uniosła mnie jak powódź, co wdarłszy się do domu, chwyta jego mieszkańca pod pachy. Uniosła mnie naprzeciw nich, unosząc je zarazem naprzeciw mnie.

Nie spuściłem wzroku, lecz jakaś postać padła na kolana przed jedną z kapłanek, a ktoś dotykał czołem stóp jednego z posągów. Nie wiedziałem, czy to mi się zdawało, czy też działo się naprawdę. Bywa sen na jawie, sen, co trwa ledwo mgnienie, a ma więcej mocy, aby dokonać przemiany, i jest bliższy śmierci niż długi, głęboki sen nocą.

 

I znowu oprzytomniałem. Nie ulega wątpliwości, pomyślałem, że trwam tu w mocy obecności silniejszej i w jakiś inny sposób niż zwykle. To, co mam tu przed sobą, co napełnia mój wzrok, kieruje mnie gdzie indziej, w nieskończoność. Może to te posągi kierują moją duszą, może co innego, czego są otaczającymi mnie tutaj wysłanniczkami. Dziwna to bowiem rzecz, że właściwie znów nie odczuwam ich obecności, tylko z nieustannym zdumieniem, z uczuciem słodkiego lęku, skądś je przywołuję niby wspomnienie. W istocie bowiem przypominam je sobie i w miarę jak oddaję się temu wspomnieniu, potrafię zapomnieć o sobie. Owo samozapomnienie jest czymś niezwykle wyrazistym: jak gdybym wszystko zrzucał z siebie w ciemności, część po części, zasłonę po zasłonie. Byłoby to czymś rozkosznym, gdyby rozkosz sięgała tych tak wysokich stref. Wyzuwając się tak bez miary z siebie, unicestwiając się, będę coraz silniejszy; jestem niezniszczalny w samej swojej istocie. Niezniszczalny jak one, naprzeciw mnie. Byłoby wprost nie do pomyślenia, aby chcieć przytulić się do ich postaci. Przecież tej postaci w ogóle tu nie ma – ona powstaje skutkiem ciągłego zbliżania się do niej, z niezmierzonych głębi. Są tutaj i są nieosiągalne. Tak jak ja. To właśnie nas łączy.

Jednego tymczasem domyślam się natychmiast: na czym polega moja obecna wspaniałość. Gardzę liczbą i wszelkimi różnicami. To stanowi część tego, co odrzuciłem. Czuję, że coś więcej niż ludzka wielkość tych postaci unicestwia się we mnie, staje się niczym. A następnie, że ich wielość nie jest dla mnie niczym innym niż jednością. Wreszcie – i czuję, że należy to do tej samej kategorii, co inne zjawiska – owe podróże, które przed chwilą mi ofiarowano, nie są mi już potrzebne; uparcie trwam nad brzegiem owej niezwykle szerokiej, nigdy niewidzianej rzeki, stoję na szczycie owej góry o zboczu pełnym załomów. Trzeba mi tylko ich, kariatyd wieczności, z którymi sam staję się bóstwem. Z ich tu trwania, z ich powłóczystych szat, z ich twarzy, co niewidomo spoglądają wiedzącym wzrokiem, spływa jedno tylko słowo: „Wieczny!”. Kiedy rozpoznaję hieroglify ich oblicza – ich twarze bowiem od dawna są dla mnie jednym obliczem, a ich postaci od stóp aż do głowy są rzeczywiście jedną postacią, toteż przyglądając się im, nie rozróżniam ich kolejności – kiedy w ostatnim porywie do końca odczytuję wewnętrznie związane z owymi hieroglifami znaki, wiem z całą pewnością: i one nie są mi potrzebne. Potrzebuję ich tylko o tyle, o ile one mnie potrzebują. Nie stałyby przede mną, gdybym nie pomagał im trwać z wieczności w wieczność.

I kiedy czuję się coraz mocniejszy i coraz bardziej zatracam się w tym jednym słowie: wieczny, unosząc się jak słup rozgrzanego powietrza nad pogorzeliskiem, dogasając jak lampa w pełnym świetle dnia, zadaję sobie pytanie: skoro to, co niepoznawalne, żywi się tym, co tkwi we mnie, a to, co wieczne, ze mnie buduje swoją wieczność, czy jest coś jeszcze, co mnie dzieli od boskości?

 

Chwile w Grecji (Augenblicke in Griechenland) składają się z trzech szkiców, z których pierwszy pt. Klasztor Świętego Łukasza (pierwotny tytuł oryginału: Ritt durch Phokis. Das Kloster des heiligen Lukas) powstał w roku 1908 i był ogłoszony w czasopiśmie berlińskim „Morgen. Wochenschrift für deutsche Kultur”, 1908 nr 25. Szkic drugi pt. Wędrowiec (Der Wanderer), planowany w roku 1909, był pisany latem i jesienią 1912 roku. Szkic trzeci pt. Posągi (Die Statuen) został ukończony w roku 1914. Po raz pierwszy owe trzy szkice pod wspólnym tytułem ukazały się w: Hugo von Hofmannsthal, Die prosaischen Schriften. Tom III, Berlin 1917. Chwile w Grecji są osnute wokół doznań wyniesionych z podróży odbytej wspólnie z hrabią Harrym Kesslerem i rzeźbiarzem francuskim Arystydem Maillolem w dniach od 25 kwietnia do 11 maja 1908 roku.

Pierwsze dwa szkice dotyczą ich wspólnej jazdy z Ithei do Delf i dalej położonego w Focydzie klasztoru Osios Lukas, szkic trzeci pt. Posągi, zwany przez niektórych komentatorów w nawiązaniu do słynnej Modlitwy na Akropolu Renana pielgrzymką Hofmannsthala na owo święte wzgórze cywilizacji europejskiej, stanowi jak gdyby zapis samotnych na nim rozpamiętywań.

Bizantyjski monaster Świętego Łukasza pochodzi z wieku dziesiątego, a jego nazwa, Osios Lukas – od pustelnika Łukasza ze Stiris, zmarłego w roku 953 i tu pogrzebanego. Wzniesiona przez niego kapliczka została rozbudowana jako klasztor przez cesarza Romanosa, a następnie, w wieku jedenastym, zastąpiona przez budowle stojące tam obecnie.

Przytoczone jako motto drugiego szkicu, Wędrowca, przysłowie greckie: eisi kai kynon erinyes – nawet i psy mają boginie mścicielki, wziął Hofmannsthal z książki Gilberta Murraya The Rise of the Greek Epic, Oxford 1911, która, według komentatorów, wywarła na nim wielkie wrażenie. Przysłowie owo oznaczało: nie wolno lekceważyć spraw błahych.

Opisane w szkicu Posągi muzeum na Akropolu zostało przebudowane, a nadal znajdujące się w nim odnotowane tu przez Hofmannsthala zabytki, wśród nich posągi wyobrażające postaci kobiece (korai), inaczej rozmieszczone.

 

WYDAWCA

Wydawnictwo Próby

Warszawa 2023

 

REDAKCJA

Artur Urban, Marek Zagańczyk

KOREKTA

Bartosz Choroszewski

PROJEKT GRAFICZNY

Janusz Górski

DTP

Krzysztof Gotowicki

PRZYGOTOWANIE WERSJI ELEKTRONICZNEJ

Lingventa Sp. z o.o.

www.lingventa.pl

 

WYDAWNICTWO PRÓBY

00-029 Warszawa, ul. Nowy Świat 33 m. 15

tel. (22) 657 10 44

[email protected]

www.wydawnictwoproby.pl