Kryminalne dzieje Piastów. Mroczna historia dynastii - Mariusz Samp - ebook + audiobook + książka

Kryminalne dzieje Piastów. Mroczna historia dynastii audiobook

Mariusz Samp

0,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Bezwzględni tyrani, przebiegli spiskowcy, nieokiełznani okrutnicy – oto ojcowie państwa polskiego

W czasach, gdy politykę uprawiało się mieczem, nie było miejsca na skrupuły. Brat występował przeciw bratu, syn przeciw ojcu, mąż przeciw żonie – w walce o władzę nie ma żadnych świętości.

Piastowie byli najkrwawszą dynastią w naszej historii. Swoje pomniki wznieśli na kościach przeciwników. Jedni odważnie i otwarcie siekali biskupów, inni skrycie knuli i truli konkurentów. Likwidowali tych, którzy ośmielili im się przeciwstawić. Albo tych, którzy rozpuszczali plotki. Każdy powód był dobry, by wrzucić kogoś do lochu lub zamknąć w wieży, ewentualnie oślepić.

Co – i kogo – ma na sumieniu dynastia, którą maluje się jako cnotliwych ojców narodu? Królów będących przecież zwykłymi ludźmi, kierowanymi żądzami i targanymi silnymi uczuciami, których korona na głowie zmieniła w tyranów.

Ale historia bywa przewrotna. Raz trzymasz miecz, a raz znajdujesz się na jego końcu. Dziś spiskujesz, jutro sam padasz ofiarą spisków. Bo w krwawej grze o tron role oprawcy i ofiary zmieniają się bardzo szybko.

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 35 min

Lektor: Grzesław Krzyżanowski

Data ważności licencji: 8/12/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt okładki

Ula Pągowska

Grafiki na okładce

Freepik

Zdjęcie autora

Archiwum prywatne autora

Redaktor inicjujący

Krzysztof Chaba

Redaktorka prowadząca

Magdalena Kowalewska

Redaktorka językowa

Agnieszka Mąka

Opieka promocyjna

Maciej Pietrzyk

Koordynatorka procesu wydawniczego

Agata Błasiak

Adiustacja

Adam Osiński

Korekta

Paweł Denkowski

Karina Bednarska-Markot

Fotoedycja

Mariusz Samp

Magdalena Kowalewska

Copyright © by Mariusz Samp

Copyright © for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2026

ISBN 978-83-8427-607-5

Znak Horyzont

www.znakhoryzont.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Wstęp

Piastowie rządzili Polską do XIV wieku, a na Mazowszu i Śląs­ku panowali jeszcze dłużej (odpowiednio do 1526 i 1675 roku). Ogromna liczba przedstawicieli tego rodu, rozrastającego się w zastraszająco szybkim tempie, powodowała zaciekłe zmagania o władzę w każdym praktycznie pokoleniu. Walkę o tron i wpływy prowadzono często bez żadnych zasad i skrupułów. Konfliktom tym towarzyszyły nierzadko krwawe zbrodnie i akty bestialstwa. Ich motorem napędowym była przemoc: wobec wrogów wewnętrznych i zewnętrznych, wobec bliższych i dalszych krewnych oraz wobec swoich poddanych. Z dzisiejszej perspektywy Piastów można bez cienia przesady określić mianem najkrwawszej, najbrutalniejszej polskiej dynastii. Ich barbarzyństwo i bezwzględność na tle innych naszych rodów nie miały sobie równych. Podstępni okrutnicy, szaleni, bezlitośni, bezkompromisowi, awanturniczy i kłótliwi – tacy byli niektórzy członkowie pierwszej polskiej dynastii.

Obraz ten kłóci się z powszechnym wyobrażeniem, jakoby polscy władcy byli krystalicznie czystymi ludźmi, stroniącymi od okrucieństwa czy nieprawości. Prawda jest zupełnie inna. Poza kilkoma chwalebnymi wyjątkami nasi panujący, zwłaszcza wywodzący się z dynastii Piastów, nie stanowili wzoru do naśladowania. Część z nich miała za uszami ciężkie przewinienia i zbrodnie, o których jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności nie mówi się wcale lub zdecydowanie za mało. Tymczasem historia rodu Piastów jest przepełniona mało chwa­lebnymi wydarzeniami, o których jakby celowo zapominano w historiografii. Okazuje się, że władcy – uchodzący na ogół za sprawiedliwych – byli w rzeczywistości tyranami, których sumienia obciążają liczne winy.

I właśnie takie mroczne karty z polskiej historii przedstawiamy w tej książce. Jej ramy czasowe obejmują panowanie Piastów do XVI wieku włącznie. Omówiono najważniejsze przypadki zbrodniczej działalności nie tylko Piastów z głównej linii (wymarłej w 1370 roku na Kazimierzu Wielkim), lecz także z pobocznych gałęzi: mazowieckiej i śląskiej. Zasadniczy trzon rozważań poświęciliśmy najbardziej znanym czynom kryminalnym popełnionym przez poszczególnych członków dynastii, ale przedstawiliśmy również te skierowane przeciwko nim samym (działalność wrogów zewnętrznych). Nie pominięto też spraw, w których Piastów posądzono o niecne postępowanie – przyjrzeliśmy się stawianym oskarżeniom oraz ich mocnym i słabym stronom. We wszystkich przypadkach staraliśmy się odpowiedzieć na każde pytanie, które zadaje się w sytuacji popełnienia zbrodni, czyli: kiedy, gdzie i jak do niej doszło, co się stało i jakie niosło to konsekwencje.

Tam, gdzie uznano to za stosowne i zarazem konieczne, zdecydowaliśmy się osądzić poszczególne czyny porywczych i okrutnych Piastów. Pamiętać trzeba jednak o tym, jak podkreślał to chociażby znany popularyzator historii Sławomir Leśniewski, że „panujące przed wiekami standardy zachowań i ich moralna ocena często okazują się nieprzystawalne do współczesności. Wiele piastowskich uczynków uznamy dzisiaj za w najwyższym stopniu naganne, niemożliwe do zaakceptowania bądź niezrozumiałe, tyle tylko, że należy przykładać do nich zupełnie inną miarę i interpretować je w kontekście epoki. Proste przełożenie pomiędzy dobrem i złem, brzydotą i pięknem w tym wypadku nie istnieje”. Z kolei niedostatki źródłowe, lakoniczność pewnych przekazów czy wreszcie zupełny brak źródeł, mogących stanowić podstawę dla opracowania niektórych tematów, spowodowały, iż ośmieliliśmy się w pewnych miejscach sformułować hipotetyczne wnioski, które staraliśmy się w odpowiedni sposób umotywować.

Zapraszamy w podróż w głąb mrocznego świata piastowskich zbrodni, intryg i morderstw, które przez stulecia kształtowały losy polskiej dynastii. Podróż ta wiedzie przez trzy okresy, a każdy z nich skrywa historie, od których nierzadko krew ścina się w żyłach nawet najbardziej zahartowanemu miłośnikowi średniowiecznych dziejów.

WCZESNE ŚREDNIOWIECZE

Rozdział 1

Po trupach do celu

Krwawy start Bolesława Chrobrego

Narastanie konfliktu

Bolesław Chrobry, pierworodny syn Mieszka I i czeskiej księżniczki Dobrawy, przyszedł na świat w 967 roku. Imię otrzymał po dziadku ze strony matki, czeskim księciu Bole­sławie I Srogim, i po wuju – Bolesławie II Pobożnym. Był to czytelny sygnał, że dziecko miało w żyłach krew dwóch panujących rodów i nikt nie powinien o tym zapominać. Już w średniowieczu nadano mu przydomek „Chrobry” (względnie „Chabry”), co dosłownie znaczy „waleczny”, „dzielny”. Przydomek trafiony, bo mało który piastowski władca przelał tyle krwi co właśnie on.

O dzieciństwie i młodości przyszłego króla wiemy zadziwiająco niewiele. Wiadomo natomiast, że w pewnym momencie młody Bolesław trafił na dwór cesarski jako zakładnik, gwarantujący lojalność Mieszka I wobec potężnego Ottona I. Brzmi to dość ponuro, lecz pobyt w Rzeszy okazał się dla chłopca czymś w rodzaju przyspieszonego kursu przetrwania. Nauczył się tam języka niemieckiego, nawiązał znajomości, a przede wszyst­kim zyskał orientację w zawiłościach dworskich intryg, co w późniejszych latach miało wyraźnie zaprocentować. Po powrocie do ojczyz­ny ojciec włączył go w rządzenie państwem. Bolesław uczestniczył w wiecach i sądach, wizytował grody, towarzyszył Mieszkowi podczas misji poza granicami kraju. W chwili śmierci ojca Chrobry miał około dwudziestu pięciu lat, był silny, zdrowy i gotowy do walki o władzę. Żaden kronikarz nie odnotował jakichkolwiek problemów ze zdrowiem u Bolesława, a biorąc pod uwagę, iż w ciągu wieloletniego panowania stoczył dziesiątki bitew i poprowadził liczne wyprawy wojenne, musiał być prawdziwym twardzielem.

Bolesław Chrobry według malarza Aleksandra LesseraPolona / domena publiczna

Życie osobiste młodego Piasta kształtowało się natomiast w sposób dość burzliwy, by nie powiedzieć – chaotyczny. Pierwsze małżeństwo Bolesław Chrobry zawarł około 984 roku z córką margrabiego miśnieńskiego Rygdaga – jej imienia źródła niestety nie odnotowały. Związek ten rozpadł się błyskawicznie i w dość niejasnych okolicznościach, ponieważ najpóźniej w 986 roku Piast odesłał wybrankę do rodzinnego domu. Co stało za tą decyzją, możemy jedy­nie zgadywać. Czy powodem były względy polityczne, zmiana konfiguracji sojuszy, a może po prostu osobista niechęć? W skromnym materiale źródłowym próżno szukać jednoznacznej odpowiedzi. Niedługo po rozstaniu z pierwszą żoną Bolesław związał się z bliżej nieznaną Węgierką, lecz i ten związek nie okazał się trwały. Druga małżonka podzieliła los poprzedniczki, opuszczając piastowski dwór zapewne nie bez żalu i rozgoryczenia. O uczuciach samego Chrobrego trudno natomiast powiedzieć to samo, ponieważ traktował on swoje kolejne małżeństwa w sposób wyraźnie instrumentalny, podporządkowując decyzje matrymonialne bliżej nieokreślonym kalkulacjom. Takie postępowanie budziło zresztą konsternację już wśród współczesnych mu obserwatorów, a późniejsi historycy do dziś na różne sposoby próbują rozwikłać motywy, jakimi kierował się w tych sprawach przyszły pierwszy król Polski.

Dopiero trzeci związek małżeński Bolesława Chrobrego okazał się udany i trwały, co w kontekście jego wcześniejszych doświadczeń mogło nieco zaskakiwać. Zawarte w 988 lub 989 roku małżeństwo z Emnildą, córką słowiańskiego księcia Dobromira, przetrwało blisko trzydzieści lat, aż do śmierci samej Emnildy. Genealodzy wskazują, że urodziła się ona najpóźniej około 975 roku, a zatem w chwili zaślubin była młodsza od przyszłego męża o mniej więcej dekadę. Kronikarze nie szczędzili jej ciepłych słów, przedstawiając ją jako kobietę mądrą, pobożną i obdarzoną łagodnym usposobieniem. Z tego związku narodziło się dwóch synów i trzy córki, co z dynastycznego punktu widzenia stanowiło rezultat więcej niż zadowalający. Emnilda nie ograniczała się zresztą wyłącznie do roli matki i żony, gdyż uczestniczyła również w wydarzeniach o charakterze międzynarodowym. Jej obecność u boku męża podczas zjazdu z cesarzem Henrykiem II w Merseburgu w 1013 roku jest poświadczona źródłowo, co potwierdza pozycję, jaką zdołała sobie wypracować na piastowskim dworze.

Pod pewnymi względami Emnilda przypominała inną kobietę, która odcisnęła znaczące piętno na losach wczesnopiastowskiej dynastii. Mowa tu o Odzie, drugiej (względnie nawet dziewiątej, jeśli dać wiarę zagadkowej wzmiance Galla Anonima o siedmiu pogańskich małżonkach Mieszka I) żonie ojca Bolesława. Oda pojawiła się w Polsce około 980 roku jako córka Dytryka, margrabiego Marchii Północnej. Okoliczności jej małżeństwa z piastowskim księciem wywołały w Rzeszy niemały skandal, albowiem Oda była mniszką w klasztorze św. Wawrzyńca w Kalbe nad Muldą, nieopodal Magdeburga. Jej ojciec, nie bacząc na złożone przez córkę śluby zakonne, nakazał jej opuszczenie klasztornych murów i oddał za żonę niedawno ochrzczonemu Mieszkowi. Biskup merseburski Thietmar, relacjonując te wydarzenia w swojej kronice, nie krył oburzenia wobec eksza­konnicy, wskazując na ciężar grzechu, jakiego się dopuściła. Zapomniał jednak (co znamienne) odnotować, że sama Oda miała w tej sprawie najpewniej niewiele do powiedzenia. Być może niechętnie żegnała się z klasztornym życiem, z którego wyrwano ją wbrew jej woli.

W klasztorze Oda miała sposobność nauczyć się czytać i pisać, co stanowiło umiejętność nader rzadką nawet wśród ówczesnych elit świeckich. Zdolność ta mogła zaimponować Mieszkowi I, który sam był (co jest bardziej niż prawdopodobne) analfabetą, podobnie jak zdecydowana większość władców tamtej epoki. Nie można także wykluczyć, że młoda mniszka oczarowała polańskiego księcia niepo­s­politą urodą, choć o jej wyglądzie źródła milczą równie uporczywie co o wielu innych szczegółach z jej życia. Pod wpływem nowej małżonki (oraz równolegle podpisanego porozumienia z cesarzową Teofano) Mieszko podjął decyzję o uwolnieniu niemieckich jeńców przetrzymywanych dotych­czas w niewoli, co skrupulatnie zanotował we wspomnianej już kronice Thietmar. Małżeństwo zawarte z pobudek wyłącznie politycznych, jak na to wskazuje cały szereg poszlak, z upływem czasu przerodziło się w autentyczne i głębokie uczucie. Więź ta uległa dodatkowemu wzmocnieniu, gdy Oda urodziła mężowi trzech synów: Mieszka, Świętopełka oraz Lamberta. I to właśnie zadecyduje o przyszłym dramatycznym konflikcie.

Naturalną bowiem konsekwencją pojawienia się potomstwa z drugiego małżeństwa było to, iż Oda zaczęła dążyć do zabezpieczenia sukcesji dla przynajmniej jednego ze swoich synów. Każda matka na jej miejscu postąpiłaby zapewne podobnie, zważywszy na realia epoki, w której pozycja kobiety zależała w ogromnym stopniu od statusu jej dzieci. Nie mogło to rzecz jasna wzbudzić entuzjazmu u Bolesława Chrobrego, który postrzegał przyrodnich braci jako potencjalnych konkurentów w walce o schedę po ojcu. Napięcie między pierworodnym synem Mieszka a jego macochą musiało narastać stopniowo, choć źródła nie pozwalają nam prześledzić poszczególnych etapów tego procesu. Niemniej sytuacja, w której ambitny i zahartowany w politycznych bojach Bolesław miałby dobrowolnie podzielić się władzą z małoletnimi przyrodnimi braćmi, wydaje się skrajnie nieprawdopodobna.

Niewykluczone, że Oda zdołała namówić starzejącego się męża do oddania państwa pod opiekę papieża. Uczyniono to w dokumencie znanym od pierwszych słów jako Dagome iudex. Sprawa jest o tyle ciekawa, że w dokumencie tym zabrakło imienia Bolesława, co można tłumaczyć na różne sposoby. Czy Mieszko I celowo wydziedziczył pierworodnego? Brzmi intrygująco, lecz na potwierdzenie tej wersji brakuje twardych dowodów. Trudno sobie wyobrazić, by doświadczony polityk pokroju Mieszka dał się w tak fundamentalnej kwestii zdominować żonie, nawet jeśli darzył ją szczerym uczuciem. Bolesław był wówczas w sile wieku, kilkukrotnie żonaty i miał przynajmniej dwóch synów: Bezpryma (z drugiego małżeństwa z Węgierką) oraz Mieszka. Fakt nadania drugiemu z nich imienia Mieszko z pewnością nie był przypadkiem. Bolesław w ten sposób dawał do zrozumienia, że jest i pozostanie pełnoprawnym członkiem panującego rodu.

Mieszko I, zdając sobie sprawę, że po jego śmierci może ewentualnie dojść do przesilenia w rodzinie Piastów, zdecydował się na wydanie odpowiedniego rozporządzenia, regulującego porządek dziedziczenia w Polsce. Jakie były poszczególne punkty tego „testamentu”, nie sposób rozstrzygnąć. Monarchia piastowska była w tym czasie, o czym nie można zapomnieć, monarchią patrymonialną. W praktyce oznaczało to, że Mieszko mógł przekazać władzę nad swoim państwem na przykład jedynie pierworodnemu Bolesławowi. Mógł również dopuścić do udziału w rządzeniu wszystkich swoich synów, wyznaczając nad nimi księcia zwierzchniego. Na jaki ostatecznie wariant zdecydował się podstarzały książę, z braku źródeł trudno powiedzieć. Warto w tym kontekście nadmienić tylko, iż podział władztwa na mniejsze części był wówczas w Euro­pie czymś normalnym. Wymuszał go istniejący system społeczny i gospodarczy. Każdy dynasta – nawet niepanujący – utrzymywał swoją drużynę czy dwór, co w ówczesnych warunkach było niemożliwe bez posiadania odpowiedniego terytorium.

Macocha na bruku

Wiosna 992 roku przyniosła wiadomość, na którą jedni czekali z niepokojem, a inni (choć zapewne nie przyznaliby się do tego publicznie) z ledwo skrywaną niecierpliwością. Wtedy bowiem, jak odnotował Thietmar, książę Mieszko I, „sędziwy już wiekiem i gorączką zmożony, przeniósł się z tego miejsca wygnania do wiekuistej ojczyzny, pozostawiając swoje państwo do podziału między kilku książąt. Z lisią chytrością złączył je potem w jedną całość syn jego Bolesław, wypędziwszy macochę i braci oraz oślepiwszy swoich zaufanych Odylena i Przybywoja. Onże Bolesław, aby tylko samemu panować, podeptał wszelkie prawo i sprawiedliwość”.

Mieszko I, rycina Walerego Eljasza-RadzikowskiegoPolona / domena publiczna

Zatrzymajmy się przy tej relacji na chwilę, ponieważ zasługuje ona na baczniejszą uwagę. Gdy obedrze się ją z moralizatorskiego tonu, okaże się, że Thietmar wiedział o konflikcie wewnątrz piastowskiej rodziny zadziwiająco niewiele. Nie powin­no to nikogo specjalnie zaskakiwać. Był on przede wszystkim kronikarzem spraw saskich, a wypadki w odległej Polsce interesowały go o tyle, o ile dotykały bezpośrednio interesów Rzeszy. Pisał o nich, kiedy miał pod ręką jakiekolwiek wiadomości od swoich rozmówców, względnie wtedy, gdy sam uznał je za godne utrwalenia. Pomimo tych oczywistych ograniczeń jego przekaz pozostaje bezcenny, albowiem bez niego obraz pierwszych lat rządów Bolesława Chrobrego składałby się niemal wyłącznie z domysłów. Inne źródła (jak choćby kronika Galla Anonima, spisana ponad sto lat później) o samym przejęciu władzy w 992 roku milczą zupełnie. Tym cenniejsze są więc zapiski merseburskiego skryby, wówczas przesiąknięte były niechęcią do polskiego władcy.

Z tych skąpych wzmianek wyłania się obraz społeczeństwa podzielonego na co najmniej dwa zwalczające się obozy. Nie chodziło tu wyłącznie o rywalizację wewnątrz samej rodziny panującej. Po każdej ze stron stanęli również ówcześni możnowładcy, ludzie dysponujący własnymi drużynami zbrojnymi i żywiący konkretne ambicje. Rozbicie monarchii otwierało przed nimi perspektywy awansu, godności i powiększenia majątków, co siłą rzeczy podsycało istniejące podziały. Brak źródeł jest w tym wypadku doskwierający, ponieważ nie wiemy praktycznie nic o tym, jakimi obietnicami Bolesław Chrobry przekonywał wahających się. Jedno wydaje się natomiast pewne: musiał to robić nadzwyczaj sprawnie, skoro cały proces przejęcia rządów zamknął się w stosunkowo krótkim czasie. Gdyby bowiem znacząca część ówczesnych elit opowiedziała się za Odą i jej synami, spór dynastyczny ciągnąłby się zapewne miesiącami, a może i latami.

Dlaczego więc tak wielu możnych poparło właśnie Bolesława Chrobrego? Odpowiedź, choć pozornie prosta, kryje w sobie głębszą logikę tamtych czasów. Elity myślały przede wszystkim w kategoriach własnego interesu i stabilności porządku, z którego czerpały wymierne korzyści. Trwanie silnego państwa gwarantowało dalsze prowadzenie zwycięs­kich wojen, a co za tym idzie, stały dopływ łupów i niewolników, na których opierała się w znacznej mierze ówczesna gos­podarka. Pierworodny syn Mieszka, dorosły i zahartowany w politycznych bojach mężczyzna, jawił się w tym kontekście jako kandydat nieporównanie bardziej wiarygodny aniżeli macocha z trzema niepełnoletnimi chłopcami. O pozycji Piastów w ówczesnej Europie świadczy zresztą wymowny fakt, iż śmierć Mieszka I odnotowano w Annales Fuldenses, nekrologu prowadzonym w jednym z czołowych klasztorów Rzeszy, gdzie uwieczniano zgony monarchów Francji, Burgundii oraz najznaczniejszych feudałów cesarstwa. Trafienie do takiego grona nie było bynajmniej dziełem przypadku.

Oda tymczasem znalazła się w pułapce, z której w zasadzie nie było dobrego wyjścia. Spędziła w Polsce nieco ponad dekadę, co okazało się okresem zbyt krótkim, by otoczyć się gronem naprawdę lojalnych stronników. Mogła oczywiście próbować odwołać się do pamięci o niedawno zmarłym mężu, lecz wierność wobec księcia nie musiała bynajmniej oznaczać wierności wobec wdowy po nim. W polityce (zarów­no tej średniowiecznej, jak i współczesnej) sojusze zawiera się z tymi, którzy mają realną szansę na wygraną. Niewykluczone zatem, że spora część dawnych popleczników Mieszka I przeszła pod sztandary Bolesława Chrobrego nie z przekonania, lecz z pragmatyzmu, gdy stało się jasne, kto góruje w tej rozgrywce. Thietmar, opisując całą operację jako dokonaną „z lisią chytrością”, nie zdawał sobie chyba sprawy, że składa pierworodnemu Mieszka swoisty komplement. Pragnął zapewne podkreślić podstępność polskiego władcy, lecz mimowolnie potwierdził coś zupełnie innego: Bolesław okazał się politykiem niezwykle zręcznym, potrafiącym pozyskiwać sojuszników i neutralizować przeciwników z imponującą sprawnością.

Na pomoc z zewnątrz nieszczęsna Oda również nie miała co liczyć. Rok wcześniej (991) niespodziewanie odeszła z tego świata cesarzowa Teofano, która przez kilka lat sprawowała regencję w imieniu małoletniego Ottona III. Za jej rządów sojusz Rzeszy z Polską funkcjonował całkiem sprawnie. Jeszcze w 990 roku wojska cesarskie wsparły Mieszka I w starciu z połączonymi siłami Czechów i Luciców (wojowniczych pogańskich plemion zza Odry), co najlepiej świadczy o ówczesnej bliskości obu dworów. Po Teofano regencję objęła wszakże babka młodego cesarza, sędziwa Adelajda, a wraz z nią przyszła całkowita zmiana priorytetów. Nowa regentka żywiła jawną niechęć do wszystkiego, co kojarzyło się z polityką jej zmarłej synowej. Zainteresowania Adelajdy kierowały się ku Bawarii i Przemyślidom czeskim, a nie ku Piastom. Formalnie relacji z Polską nie zerwała, bo nie było takiej potrzeby, lecz o jakimkolwiek wsparciu dla wdowy po Mieszku nie mogło być mowy. Nawet gdyby Oda wysłała do Adelajdy posłów z prośbą o pomoc, odpowiedź byłaby zapewne odmowna.

Sytuację macochy pogarszał dodatkowo fakt, że jej własna rodzina przeżywała podówczas poważny kryzys. Ród Halbenlebenów, z którego się wywodziła, stracił w poprzedniej dekadzie sporo ze swoich wpływów. Gdy w 985 roku zmarł jej ojciec, margrabia Dytryk, marchię po nim przejęli nie jego potomkowie, lecz przedstawiciele konkurencyjnego rodu Walbecków. Halbenlebenowie odzyskali utracone pozycje dopiero po osiemnastu latach, i to kosztem bolesnych ustępstw. Oprócz tego na pograniczu sasko-polsko-czeskim rządził w owym czasie margrabia miśnieński Ekkehard, pilnujący cesarskich interesów i z pewnością niezainteresowany wspieraniem roszczeń byłej żony polańskiego księcia. Oda pozostawała więc osamotniona zarówno wewnątrz Polski, jak i poza jej granicami. Czas grał wyłącznie na korzyść Bolesława.

Jak wobec tego mogły wyglądać ostatnie tygodnie (a może zaledwie dni) pobytu Ody na ziemiach polskich? Żaden kronikarz nie opisał przebiegu wygnania, więc pytanie to musi w dużej mierze pozostać bez odpowiedzi. Czy Bolesław Chrobry obszedł się z macochą i przyrodnimi braćmi w sposób choćby minimalnie przyzwoity, czy potraktował ich z brutalną pogardą? Tego nie wiemy i być może nigdy się nie dowiemy. Pewne jest jedynie, że Oda wraz z synami musiała opuścić kraj, w którym jeszcze niedawno czuła się jak u siebie. W zachowanych przekazach próżno szukać wzmianek o bitwach czy oblężeniach toczonych podówczas w Wielkopolsce, co pozwala ostrożnie przypuszczać, iż cała operacja przebieg­ła bez większego przelewu krwi. Oddziały pierworodnego, ciągnące najprawdopodobniej z Małopolski, wkraczały do centralnych grodów bez napotykania poważniejszego oporu.

Gdy Poznań i Gniezno (a więc dwa najważniejsze ośrodki władzy w ówczesnej Polsce) znalazły się w rękach Bolesława Chrobrego, gra była właściwie skończona. Oda musiała pożegnać się z wszelkimi nadziejami na utrzymanie jakiejkolwiek pozycji w państwie, które współtworzyła u boku Mieszka I. Widziała się zapewne w roli regentki, kierującej losami kraju do chwili, aż jeden z jej synów dorośnie na tyle, by samodzielnie objąć rządy. Plany te legły w gruzach w krótkim czasie od śmierci męża. Zwycięski pasierb nie zamierzał bynajmniej dzielić się z kimkolwiek schedą po ojcu. Kto rządził w Poznaniu i Gnieźnie, ten rządził całą Polską. Pozostałe terytoria, choć nieraz bogate, nie mogły się z nimi równać pod względem prestiżu i strategicznej wagi. Pierworodny syn Mieszka mógł więc teraz z satysfakcją spoglądać na dzieło, którego dokonał. Pozostało jeszcze rozprawić się z tymi, którzy odważyli się stanąć po niewłaściwej stronie.

Zduszona opozycja

Oda i jej synowie nie byli jedynymi, którzy ucierpieli. Thietmar odnotował w swojej kronice jeszcze jeden ponury szczegół: Bolesław Chrobry kazał oślepić dwóch wielmożów noszących imiona Przybywój i Odylen. Kronikarz przedstawił ich jako stróżów „testamentu” Mieszka I, co sugeruje, że pełnili funkcje doradców zmarłego księcia i zachowali swoje stanowiska po jego zgonie. Być może aspirowali nawet do udziału we władzy, aczkolwiek jest to mało prawdopodobne. Kara, jaką wymierzył im Bolesław (czyli właśnie oślepienie), była wtedy stosowana przede wszystkim wobec zdrajców. Gdyby dopuścili się czegoś poważniejszego, na przykład próby zamachu stanu, mogłoby spotkać ich coś znacznie gorszego, nie wyłączając powieszenia. Samo oślepienie wskazuje raczej na to, iż musieli nowemu władcy w jakiś sposób zaleźć za skórę, lecz ich przewinienie nie było na tyle ciężkie, by sięgać po najwyższy wymiar kary.

Jak wyglądała egzekucja wyroku? Tego nie wiemy. Thietmar nie opisał okoliczności zbrodni, nie wspomniał też o oślepieniu kogokolwiek innego, co nie oznacza wcale, że do tego nie doszło. Kronikarz nie miał wszak obowiązku do­kumentowania wszystkiego, a w swoim dziele zamieścił jedynie to, co uznał za najistotniejsze. Z drugiej strony jego milczenie na temat ewentualnych dalszych ofiar może nieco zaskakiwać. Thietmar bowiem szczerze nie znosił Bolesława Chrobrego i skrzętnie odnotowywał każde jego przewinienie, jakie dotarło do jego uszu. Gdyby Chrobry kazał okaleczać więcej ludzi, merseburski biskup z pewnością by o tym napisał. Fakt, że ograniczył się do wzmianki o dwóch wielmożach, może świadczyć o tym, iż represje nie przybrały masowego charakteru.

Strona z Kroniki ThietmaraPolona / domena publiczna

Pojawiła się też intrygująca hipoteza, zgodnie z którą Bolesław Chrobry mógł osobiście pozbawić wzroku Przy­bywoja i Odylena. Miałby to uczynić nie z okrucieństwa, lecz wypełniając swoisty „krwawy obowiązek” władcy, który sam wykonuje wyrok na zdrajcach. Hipotezy tej nie sposób ani potwierdzić, ani jednoznacznie odrzucić, ponieważ źródła milczą na temat przebiegu samego aktu oślepienia. Jedno jest natomiast pewne: Bolesław w późniejszych latach wielokrotnie dowiódł, że wobec wrogów nie zna litości. Realizując swoje cele, potrafił poświęcić dosłownie wszystko, a jego umiejętność błyskawicznego podejmowania działań wobec zagrożeń nie miała sobie równych.

Jak zareagowałby Mieszko I, gdyby mógł zobaczyć, co jego pierworodny wyprawia z politycznymi przeciwnikami? Czy zaaprobowałby oślepienie lojalnych doradców? Czy wstrząsnęłoby nim wygnanie ukochanej żony i trojga najmłodszych synów? Tego nie dowiemy się nigdy. Mieszka od jakiegoś czasu nie było już wśród żywych, a Bolesław Chrobry najwyraźniej nie kierował się sentymentem. Dla niego liczyła się wyłącznie władza – i jej nieustanne poszerzanie.

Jakkolwiek by oceniać metody, jakimi posłużył się pierworodny syn Mieszka, to objęcie przezeń niepodzielnych rządów okazało się w ostatecznym rozrachunku nad wyraz korzystne dla samego państwa. Zapobieżono bowiem dalszym walkom wewnętrznym, które w niesprzyjających okolicznościach mogłyby przerodzić się w pełnoskalową wojnę domową. Konflikt taki mógłby okazać się katastrofalny dla państwa, jakie wciąż jeszcze znajdowało się na wczesnym etapie formowania. Powstałą koniunkturę mogliby wyzyskać Wieleci, pragnący zrewanżować się za wcześniejsze klęski z rąk Mieszka I, a także czescy Przemyślidzi, którzy chętnie odzyskaliby niedawno utracone Śląsk i Małopolskę. Szybkie opanowanie sytuacji przez energicznego Bolesława Chrob­rego zapobiegło na szczęście tej ponurej ewentualności. Niewykluczone, iż nowy władca uczcił zakończenie kryzysu emisją monety z napisem „BOLIZLAVO DVX”. Do naszych czasów zachowały się zaledwie dwa egzemplarze tego denara, datowanego na okres po 995 roku, co sugeruje, że nie wszedł on do szerszego obiegu. Musiał zatem odgrywać inną rolę, zapewne propagandową. Był to po prostu komunikat dla poddanych i sąsiadów: oto nowy, niepodzielny pan Polski.

Bolesław Chrobry wygrał pierwszą rundę. Przepędził macochę, oślepił oponentów, scalił ojcowiznę i zasiadł na tronie jako jedynowładca. Mógł wreszcie odetchnąć i zająć się tym, co kochał najbardziej, a zatem wojną i wielką polityką. Nie wiedział jednak, że niebawem przyjdzie mu zmierzyć się z zagrożeniem zupełnie innego rodzaju.

Rozdział 2

O krok od tragedii

Zamach, o którym milczą podręczniki

Tajne uzgodnienia

Minęło dziesięć lat od wydarzeń opisanych w poprzednim rozdziale. Bolesław Chrobry zdążył w tym czasie okrzepnąć na tronie, uporządkować sprawy wewnętrzne i nawiązać kontakty dyplomatyczne, o jakich jego ojciec mógł jedynie pomarzyć. W 1000 roku gościł w Gnieźnie samego cesarza Ottona III, co było wydarzeniem bez precedensu. Teraz, u progu nowego stulecia, wypatrywał okazji do dalszego poszerzenia granic. I właśnie w 1002 roku taka szansa nadarzyła się za sprawą wydarzeń, na które sam nie miał najmniejszego wpływu.

W styczniu 1002 roku w Italii zmarł młodo cesarz Otton III, nie pozostawiając po sobie dziedzica. Dla Rzeszy był to moment, w którym wszystkie karty trafiały z powrotem na stół. O koronę zaczęli rywalizować dwaj potężni kandydaci: książę bawarski Henryk (jedyny żyjący potomek panującej dynastii Ludolfingów) oraz margrabia miśnieński Ekkehard, bliski przyjaciel i współpracownik zmarłego cesarza, który za jego życia zdołał zostać księciem Turyngii. Obaj dysponowali poważnymi zasobami i lojalnymi stronnikami. Wszystko zapowiadało długą i wyniszczającą walkę o tron.

Los rozstrzygnął sprawę w sposób brutalny i krwawy. Trzydziestego kwietnia 1002 roku Ekkehard zatrzymał się wraz ze swoim orszakiem na nocleg w Pöhlde. Thietmar opisał to, co stało się potem, z przerażającą dokładnością. Gdy zmęczeni podróżą ludzie margrabiego pogrążyli się we śnie, do budynku wtargnął oddział napastników. Ekkehard zerwał się z łoża. Próbował się bronić: podsycił ogień, rzucając weń szaty i co tylko miał pod ręką, po czym wyłamał okno, chcąc stworzyć sobie drogę odwrotu. Zamiast tego ułatwił napastnikom dostęp. Przy drzwiach padł wierny rycerz Her­man, poległ również Atolf, który wybiegł z sąsiedniego budynku na pomoc swemu panu. Raniony został komornik cesarski Erminold. Wreszcie niejaki Zygfryd jednym potężnym pchnięciem włóczni złamał margrabiemu kręgi szyjne i powalił go na ziemię. Napastnicy odcięli konającemu głowę i obrabowali trupa. Potem odeszli spokojnie, bo reszta orszaku, skulona w sąsiedniej izbie, nie kiwnęła nawet palcem, żeby pomścić swojego pana.

Thietmar twierdził, iż mordu dokonali panowie z Katlenburga, mszcząc się za dawne upokorzenia ze strony Ekkeharda. Być może tak właśnie było. Faktem jest natomiast, że na śmierci margrabiego najbardziej skorzystał książę bawarski, który 6 czerwca 1002 roku włożył wreszcie upragnioną koronę na swe skronie. Nie jest wykluczone, że tragedia w Pöhlde nie była zwykłą prywatną vendettą, lecz elementem szerszej gry politycznej, choć dowodów na bezpośredni udział Henryka II w spisku brakuje. Tak czy inaczej, los usunął z drogi najgroźniejszego konkurenta, a nowy król mógł zająć się konsolidacją władzy.

Bolesław Chrobry rozkazujący wbić słupy graniczne na Łabie i Soławie, obraz Józefa PeszkiFot. Mathiasrex, Maciej Szczepańczyk, CC BY-SA 4.0

Bolesław Chrobry śledził te wydarzenia z żywym zainteresowaniem. Gdy tylko dotarła do niego wiadomość o zabójstwie Ekkeharda, ruszył do akcji z szybkością, która zdumiewała nawet w tamtym czasie. Wkroczył na Połabie i w błyskawicznym tempie zajął Łużyce, nie napotykając praktycznie żadnego oporu. Odpowiedzialny za obronę tego obszaru margrabia Geron II nawet nie próbował stawiać czoła piastowskim oddziałom. Potem przyszła kolej na Milsko z Budziszynem, a na samym końcu na grody w Strzale i w Miśni. Cała kampania przebiegła gładko. W jej wyniku zachodnia granica państwa polskiego przesunęła się aż po rzeki Elsterę i Salę. Gall Anonim, piszący ponad sto lat później, wspominał, że Bolesław kazał wbić w dno Sali żelazne słupy, by oznaczyć w ten sposób zasięg swoich posiadłości. Gest teatralny, ale wymowny.

Gdy Chrobry szykował się już do powrotu, pozostawiwszy w zdobytych grodach swoje załogi, drogę zagrodziły mu oddziały niemieckie. I tu właśnie nastąpił moment, który odsłania przed nami prawdziwe oblicze Bolesława jako gracza politycznego. Zamiast walczyć, wysłał naprzeciw Niem­ców posła z oświadczeniem, które musiało wprawić ich w osłupienie. Oznajmił mianowicie, że wszystko, czego dokonał na Połabiu, uczynił za wiedzą i zgodą księcia Henryka. Dodał, że nie zamierza ciemiężyć miejscowej ludności, a gdy tylko Henryk obejmie władzę królewską, zastosuje się do jego woli we wszystkim. Thietmar opisał reakcję niemieckich dowódców z ledwo skrywaną goryczą: „Kiedy nasi to usłyszeli, uwierzyli pięknie brzmiącym słowom i na hańbę swoją udawszy się do niego, jak gdyby do pana, zamienili wrodzoną cześć na uniżoność”.

Czy Bolesław blefował? Niewykluczone, lecz wiele wskazuje na to, że przynajmniej częściowo mówił prawdę. Cały przebieg wypadków sugeruje bowiem, iż między nim a Henrykiem II doszło do jakiegoś poufnego porozumienia, i to jeszcze przed śmiercią Ekkeharda. W innym miejscu swojej kroniki Thietmar wyraźnie zanotował, że Chrobry ucieszył się z wiadomości o zgonie margrabiego, po czym natychmiast wkroczył na tereny dotąd przezeń kontrolowane. Taka reakcja byłaby dziwna, gdyby polska strona nie miała wcześniej żadnych ustaleń z Henrykiem. Układ musiał być wymierzony wprost w Ekkeharda. Wiedziało o nim zapewne niewielu ludzi, bo gdyby informacja wyciekła, Bolesław nie miałby szans na tak błyskawiczny sukces. Warunków tego porozumienia nie znamy. Niewykluczone, że Henryk obiecał Chrobremu południowe Połabie z Milskiem i Łuży­cami w zamian za poparcie w walce o koronę. Bawarski książę nie tracił na takiej transakcji nic, ponieważ ziemie te znajdowały się pod kontrolą jego politycznych przeciwników. Bolesław natomiast zyskiwał ogromne terytoria praktycznie za darmo. Obaj panowie rozumieli się doskonale, bo myśleli w podobny sposób – że cel uświęca środki. Sam Thietmar zresztą, wielo­krotnie wychwalając Henryka, przyznawał ze szczerością, iż nowy król lojalność części swoich stronników kupił po prostu za pieniądze.

Zjazd w Merseburgu

Latem 1002 roku nowo koronowany Henryk II zwołał wielki zjazd w Merseburgu. Miał on służyć umocnieniu władzy świeżo upieczonego króla: zgromadzeni dostojnicy (a zjechało się ich naprawdę wielu, od arcybiskupów po grafów i opatów) mieli złożyć przysięgę wierności i wspólnie naradzić się nad kształtem polityki Rzeszy na najbliższe lata.

Wśród tłumu biskupów, margrabiów i książąt pojawił się ktoś, kogo obecność musiała wzbudzić poruszenie. Bole­sław Chrobry wjechał do Merseburga z taką miną, jakby był u siebie w domu. I trudno mu się dziwić, zważywszy, że miał w ręku atuty, o jakich inni uczestnicy mogli jedynie pomarzyć. Kontrolował Łużyce, Milsko, Budziszyn i Miśnię. Był sojusznikiem nowego króla (a przynajmniej tak twierdził). Thietmar, relacjonując przebieg zjazdu, umieścił polskiego księcia na swojej liście uczestników tuż za saskim księciem Bernardem, przed wszystkimi pozostałymi gośćmi. W tamtych czasach takie szczegóły nie były bynajmniej dziełem przypadku. Kto stał wyżej na liście, ten ważył więcej w oczach świata. Bolesław zachowywał się w Merseburgu tak, jakby był jednym z najpotężniejszych władców cesarstwa. I na dobrą sprawę wówczas rzeczywiście nim był.

Bolesław Chrobry na obrazie Marcellego BacciarellegoPolona / domena publiczna

Co ciekawe, Thietmar odnotował, że Bolesław Chrobry „zabiegał usilnie o nabycie grodu Miśni, choćby za największą sumę pieniędzy”. Henryk II miał odmówić, tłumacząc to interesem państwa. Zachowanie polskiego księcia wydaje się na pierwszy rzut oka pozbawione sensu. Skoro jego ludzie od wiosny siedzieli w Miśni, to po co za nią płacić? Chyba że chodziło o coś zupełnie innego, a mianowicie o zalegalizowanie istniejącego stanu rzeczy. Bolesław nie tyle chciał kupić gród, ile oferował Henrykowi pieniądze w zamian za oficjalne uznanie, iż Miśnia podlega odtąd Polsce. Była to próba przekucia siły militarnej w formalny tytuł prawny. Thietmar, który zaczął spisywać swoją kronikę dopiero dekadę później, mógł nie w pełni rozumieć, o co toczyła się ta gra. Nie on jeden zresztą.

Ostatecznie wypracowano kompromis, który Bolesław Chrobry mógł uznać za częściowy sukces. Miśnia trafiła w ręce Guncelina, człowieka blisko związanego z polskim dworem. Chrobry musiał zaproponować tę kandydaturę osobiście, bo Guncelin wspierał go czynnie w trakcie wiosennej kampanii i zasługiwał na nagrodę. Formalnie gród wracał pod zwierzchnictwo Rzeszy, lecz w praktyce Guncelin słuchał się raczej Gniezna aniżeli królewskiego dworu. Rozwiązanie sprytne i typowe dla Bolesława, który wolał kontrolować ludzi niż terytoria. Natomiast Herman, syn zamordowanego w Pöhlde Ekkeharda, wyjechał z Merseburga z pustymi rękami, choć liczył na odziedziczenie ojcowskich ziem. Łatwo sobie wyobrazić, jakie uczucia musiały mu wówczas towarzyszyć.

Na zjazd przypadła też ceremonia hołdownicza. Thietmar zanotował, że niemal wszyscy dawni poddani Ottona III przysięgli wierność Henrykowi. Czy Bolesław Chrobry również ugiął kolano? To pytanie, na które do dziś nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Sam Thietmar, który, przypomnijmy, nie żywił do Chrobrego ciepłych uczuć i chętnie odnotowałby każde jego upokorzenie, w kluczowym fragmencie pisze wyłącznie o hołdzie złożonym przez Sasów. O polskim księciu wspomina osobno, przy okazji negocjacji o Miśnię. Dopiero inny kronikarz, Adalbold z Utrechtu, spisując żywot Henryka II około dwudziestu lat później, stwierdził wprost, że Bolesław podporządkował się królowi na równi z innymi. Kto miał rację? Jeśli jakikolwiek hołd rzeczywiście miał miejsce, to dotyczył zapewne wyłącznie ziem zdobytych wiosną na Połabiu, a nie całej Polski. Bolesław był zbyt dumny i zbyt potężny, by klękać przed kimkolwiek. A Thietmar był zbyt złośliwy, by o czymś takim zapomnieć napisać.

Bolesław Chrobry opuszczał Merseburg w doskonałym nastroju. Łużyce i Milsko pozostawały pod jego kontrolą, w Miśni rządził zaufany sojusznik, a sam Bolesław cieszył się pozycją, jakiej żaden polski władca przed nim nie osiągnął. Wyglądało na to, że pierworodny syn Mieszka I może teraz spokojnie planować kolejne posunięcia. Ale jego pewność siebie szybko zmąciły dalsze wydarzenia.

O krok od tragedii

Zanim Bolesław Chrobry wyjechał z Merseburga, Henryk II obdarował go jeszcze bogatymi darami, co w tamtych czasach stanowiło normę przy tego typu spotkaniach. Wszystko wyglądało na pozór przyjaźnie. A jednak już za chwilę miało dojść do sceny, która o mały włos nie skończyła się śmiercią polskiego władcy i zmianą biegu historii.

Gdy Bolesław wraz ze swoim orszakiem przemierzał ulice miasta, nagle (jak odnotował Thietmar) zaatakował ich „tłum zbrojnych ludzi”. Razem z polskim księciem szedł też margrabia Henryk ze Schweinfurtu, więc napastnicy musieli widzieć, kogo biorą na cel. Wywiązała się zacięta walka. Jedni z ludzi Chrobrego zostali obrabowani i poturbowani, inni odnieśli ciężkie rany. Niektórym życie uratował dopiero książę saski Bernard, który zdążył wkroczyć ze swoimi zbrojnymi i odeprzeć napastników. Gdyby nie jego interwencja, pierworodny syn Mieszka I mógłby skończyć żywot na niemiec­kiej ziemi, a Polska musiałaby szukać sobie nowego władcy.

Thietmar, wierny swojemu zwyczajowi chronienia Henryka II, próbował całe zajście zrzucić na Bolesława Chrob­rego. Polski książę miał sam sprowokować atak, bo jakoby wkroczył do królewskiego pałacu w pełnym uzbrojeniu i nie chciał go opuścić, mimo że gospodarz tego żądał. Brzmi to jak zręczne zacieranie śladów. Bolesław wjechał do Merseburga w paradnym stroju i z ozdobną bronią (być może nawet z kopią włóczni św. Maurycego, darem od cesarza Ottona III z czasów zjazdu gnieźnieńskiego), co mogło rzeczywiście zirytować Henryka. Nowy król, świeżo koronowany i nie do końca pewny swojej pozycji, nie lubił, gdy ktoś obok niego zbyt ostentacyjnie prężył muskuły. Chrob­ry, przebywając w nieprzyjaznym sobie otoczeniu, zapewne nie zamierzał rozstać się ze zbrojną eskortą. I miał ku temu powody, o czym przekonał się na własnej skórze kilka godzin później.

Możliwe, że Bolesław przeczuwał zagrożenie. Wjazd do pałacu z uzbrojoną drużyną byłby w takim wypadku zwykłym aktem samoobrony, a nie prowokacją. Niezależnie od tego, kto pierwszy zadarł nosa, faktem pozostaje to, że w pewnym momencie na polskiego księcia rzucili się zbrojni ludzie. Nie była to szarpanina uliczna ani bijatyka rozochoconych piwem hulaków. Napastników musiało być wielu, bo nawet razem z Henrykiem ze Schweinfurtu Chrobry nie dawał sobie z nimi rady. Bez zbrojnych Bernarda wszystko mogło skończyć się trumną. To był prawdziwy zamach, a nie przypadkowa awantura.

W poszukiwaniu zleceniodawców zamachu

Kto stał za napaścią na Bolesława Chrobrego? To pytanie pasjonuje historyków od stuleci, a pewnej odpowiedzi jak dotąd nie ma. Warto jednak przyjrzeć się kolejnym kandydatom, odrzucając po drodze tych, których udział wydaje się najmniej prawdopodobny.

Najpierw odpadają sami mieszkańcy Merseburga. Zwykli mieszczanie nie dysponowali ani uzbrojeniem, ani doświadczeniem bojowym, które pozwoliłoby im zaatakować zawodowych wojów polskiego księcia. Odpada też Guncelin, nowy pan Miśni. Był przecież sojusznikiem Bolesława, to jemu zawdzięczał właśnie otrzymany gród. Nie miał żadnego powodu, by strzelać sobie w stopę.

Pojawił się w ostatnich latach pomysł, że zamach mogła zorganizować sama Oda, macocha Bolesława, wygnana przezeń z Polski dziesięć lat wcześniej. Brzmi efektownie, lecz rozpada się przy pierwszym dotknięciu. Oda dokonała żywota w klasztorze w Kwedlinburgu, gdzie trafiła po wygnaniu i gdzie pozostała aż do śmierci w 1023 roku. Trudno sobie wyobrazić, by zza klasztornych murów organizowała zamach na głowę państwa, nie wtajemniczając w to ani króla, ani własnych przełożonych zakonnych. Gdyby takie intrygi wyszły na jaw, z pewnością spotkałaby ją surowa kara. Do niczego takiego nie doszło. Oda spokojnie dożyła swoich dni, co każe porzucić tę romantyczną, lecz naciąganą hipotezę.

Pozostaje zatem kilka poważniejszych kandydatur. Pierwsza to margrabia Geron II – ten sam, który wiosną stracił Łużyce na rzecz Bolesława Chrobrego. Motyw odwetu wygląda przekonująco. Geron poniósł upokarzającą klęskę i mógł szukać okazji, by odpłacić pięknym za nadobne. Problem w tym, że motyw to nie to samo co dowód. Żadne ze źródeł nie wskazuje bezpośrednio na margrabiego, a sam powód zemsty jest równie dobrze przypisywany innym osobom, włącznie ze wspomnianą już Odą.

Druga kandydatura, i ta wydaje się najpoważniejsza, to sam Henryk II. Sugestia wprawdzie mocna, lecz wiele właśnie za nią przemawia. Thietmar, który zwykle bronił króla jak niepodległości, w tym wypadku wtrąca zdanie, że Bolesław Chrobry, „przypuszczając, iż stało się to wskutek złoś­liwie uplanowanej zdrady, bardzo sobie to wziął do serca i przypisywał wszystko niesłusznie królowi”. Zwrot „niesłusznie” jest rzecz jasna dodatkiem samego kronikarza, stającego w obronie swojego pana. Ważniejsze jest to, że Thietmar w ogóle musiał ten wątek poruszyć. Gdyby podejrzenie wobec Henryka nie krążyło po ówczesnych dworach, biskup nie miałby potrzeby go dementować. Kronikarz bronił swojego władcy, bo było przed czym.

Za udziałem Henryka przemawia również jego zachowanie po zamachu. Król nie zrobił absolutnie nic. Nie ukarał napastników, nie wszczął śledztwa, nie przeprosił gościa, któremu o mały włos nie poderżnięto gardła pod dachem własnej rezydencji. Nie próbował nawet zapewnić Bolesławowi bezpieczeństwa w drodze powrotnej. Zupełnie tak samo zachował się zresztą wcześniej wobec morderców Ekkeharda w Pöhlde, którzy nigdy nie odpowiedzieli za swoją zbrodnię. Dwa bardzo podobne schematy w krótkim czasie, oba na korzyść Henryka. Mało prawdopodobne, aby to był przypadek.

Sakramentariusz króla Henryka IIPolona / domena publiczna

Logika polityczna również wskazuje na króla. Henryk II mógłby oczywiście pozbyć się Bolesława dyskretniej, za pomocą trucizny, względnie zamachu w bardziej odludnym miejscu. Tyle że polski książę w Merseburgu nie odstępował swojej zbrojnej drużyny ani na krok. Próba dosypania truciz­ny do wina byłaby ryzykowna, bo Chrobry miał własnych ludzi do kosztowania potraw. Pozostawała jedynie otwarta napaść. Gdyby się powiodła, Henryk mógłby zwalić winę na „nieznanych sprawców” i cieszyć się śmiercią niewygodnego sąsiada. Cała gra była warta świeczki.

Bolesław Chrobry nie mógł ścierpieć tego, jak potrakto­wano go w Saksonii. Król Henryk, zamiast przyjść mu z pomocą, biernie obserwował rozwój wydarzeń. Dla słowiańskiego księcia, który nawet w najgorszych snach nie spodziewał się czegoś podobnego, było to już za wiele. Kipiąc ze złości po dotarciu nad Łabę, rozkazał puścić z dymem gród Strzałę. W ten sposób zostały zerwane między państwami polskim a niemieckim dobrosąsiedzkie stosunki. Zapewne nikt nie przypuszczał wówczas, że wybuchnie długotrwała wojna, ciągnąca się z przerwami aż do 1018 roku.

Nie tak najpewniej Bolesław Chrobry i Henryk II wyobrażali sobie wzajemne relacje. Zresztą początek ich znajomości nie zapowiadał tego. Z czasem okazało się, że obu władców zbyt dużo dzieli. Przedstawiciel dynastii Ludolfingów był zupełnym przeciwieństwem Ottona III. Podczas gdy zmarły cesarz chciał współpracować ze Słowianami, nowy król niemiecki nie brał na poważnie takiej możliwości. Z czasem zapatrywania Henryka II uległy jednak zmianie, czego dowiódł, sprzymierzając się z Wieletami z Połabia. Duży wpływ miały na to okoliczności zewnętrzne, a nie zmiana w myś­leniu króla. Pokojowej koegzystencji Niemców i Polaków przeszkadzały dodatkowo neurotyczne skłonności króla. Kronika Thietmara, zapewne wbrew intencji samego autora, zawiera mnóstwo szczegółów ukazujących Henryka jako władcę nieprzebierającego w środkach w dążeniu do osiągnięcia zakładanych celów. Cierpiący od dzieciństwa, trapiony chorobami i kolkami stał się z czasem jednym z najbardziej świadomych swej władzy panujących niemieckich. Raczej ponury niż wesoły, bardziej wyrachowany niż otwarty, nie lubił sprzeciwu. Był nieprzejednany, do kompromisu skory jedynie w skrajnych przypadkach, kiedy już siła oręża całkowicie zawiodła. Niczego nie potrafił zapomnieć, niczego przebaczyć. Doskonale się maskował i kiedy trzeba było, milczał jak grób. Nawet najbliżsi jego współpracownicy nie wiedzieli dokładnie, co zamierza. Podobnym zestawem cech, poza kilkoma wyjątkami, dysponował zresztą Bolesław Chrobry. Być może to właśnie one pozwoliły mu zachować życie i móc czerpać z niego garściami aż do 1025 roku. W dniu swojej śmierci miał około pięćdziesięciu ośmiu lat. Dożył więc sędziwego wieku jak na standardy średniowiecza.

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Wstęp

WCZESNE ŚREDNIOWIECZE

Rozdział 1. Po trupach do celu. Krwawy start Bolesława Chrobrego

Rozdział 2. O krok od tragedii. Zamach, o którym milczą podręczniki

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Wprowadzenie

Meritum publikacji