Krótkie panowanie Pepina IV - John Steinbeck - ebook

Krótkie panowanie Pepina IV ebook

John Steinbeck

4,3

Opis

Najbardziej satyryczna powieść Steinbecka.

Zaiste, gdyby w lutym 19.. spytać Pepina Héristala o jego wymarzony tryb życia, z kilku zaledwie zmianami opisałby życie, które wówczas prowadził. Miał pięćdziesiąt cztery lata, był szczupły, przystojny i, o ile wiedział, cieszył się dobrym zdrowiem, co oznaczało, że w ogóle nie musiał zaprzątać tym sobie głowy.

Jego małżonka, Marie, znała swoje miejsce i dobrze wywiązywała z obowiązków żony i pani domu. Była pulchna, miła i pogodna; równie dobrze mogłaby stać za barem wykwintnej restauracyjki. […] Podziwiała męża, nie próbując go zrozumieć, i udało jej się znaleźć w nim przyjaciela, co nie zdarza się w małżeństwach, gdzie na pierwszym miejscu stawia się namiętność, a nie spokój. […] Państwo Héristalowie mieli jedną pociechę – dwudziestoletnią Clotilde – obdarzoną bujnym temperamentem, ładną dziewczynę o obfitych kształtach. […]

14 lutego w sferach niebieskich doszło do wydarzenia, które miało olbrzymi wpływ na życie rodziny Héristalów […] Francja została bez rządu.

Cytat z powieści

John Steinbeck (1902–1968) – amerykański powieściopisarz, laureat literackiej Nagrody Nobla 1962 za „realistyczny i poetycki dar, połączony z subtelnym humorem i ostrym widzeniem spraw społecznych”. Jego najbardziej znane powieści to „Grona gniewu”, „Myszy i ludzie” i „Na wschód od Edenu”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 182

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuły oryginałów

THE SHORT REIGN OF PIPPIN IV: A FABRICATION

Copyright © John Steinbeck, 1957

Copyright © renewed Elaine Steinbeck,

John Steinbeck IV, and Thom Steinbeck 1985

All rights reserved

Projekt serii

Olga Reszelska

Opracowanie graficzne okładki

Ewa Wójcik

Zdjęcie na okładce

© James Day/Getty Images

Redaktor prowadzący

Katarzyna Rudzka

Redakcja

Michał Załuska

Korekta

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8069-483-5

Warszawa 2015

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Mojej siostrze Esther

*

Dom przy Avenue de Marigny 1 w Paryżu wygląda poważnie i nobliwie. Ta duża, kwadratowa rezydencja stoi na rogu Avenue de Marigny i Avenue Gabriel, niedaleko ChampsÉlysées i Pałacu Elizejskiego – siedziby francuskiego prezydenta. Do dziedzińca osłoniętego szklanym dachem przylega wysoki, wąski budynek, w którym niegdyś mieściły się stajnie i zajazd. Dół nadal zajmują bardzo wytworne stajnie – z rzeźbionymi marmurowymi żłobami – na górze zaś znajduje się trzypoziomowe mieszkanie. Niewielki, lecz ogromnie miły dom w centrum Paryża. Duże szklane drzwi na pierwszym piętrze prowadzą do nieosłoniętej części dziedzińca, łączącej oba budynki.

Podobno budynek pod numerem 1 wraz ze stajniami wybudowali joannici jako swoją paryską siedzibę, teraz jednak zamieszkuje go pewna szacowna francuska rodzina, która od wielu lat wynajmuje część przerobionego zajazdu – pół płaskiego dachu (wraz z pozwoleniem na korzystanie z dziedzińca) – panu Pepinowi Arnulfowi Héristalowi, jego małżonce Marie i córce Clotilde. Wkrótce po zajęciu mieszkania Héristal poprosił szanownego właściciela rezydencji o pozwolenie na ustawienie na wynajętej części dachu ośmiocalowego teleskopu ze zmienną ogniskową. Właściciel wyraził zgodę i od tej pory, jako że pan Héristal nigdy nie spóźniał się z czynszem, kontakty między rodzinami ograniczały się do wymiany ukłonów podczas przypadkowych spotkań na dziedzińcu, oddzielonym od ulicy bramą z grubych metalowych prętów. Domu strzegł dozorca – ponury prowincjusz, który po latach mieszkania w Paryżu nadal pogardzał stolicą. Właściciel rezydencji nigdy nie uskarżał się na astronomiczną działalność lokatora, ponieważ ten prowadził ją nocą, nie zakłócając przy tym spokoju sąsiadów. Nie należy jednak z tego powodu lekceważyć pasji pana Héristala, bowiem to, że oddawał się jej w ciszy, nie oznacza, że nie oddawał jej się z prawdziwą namiętnością.

Dzięki stałym dochodom Héristal mógł prowadzić spokojne życie zamożnego Francuza. Źródłem owych dochodów były wschodnie stoki wzgórz niedaleko Auxerre nad Loarą, gdzie winorośl wchłaniała słodycz porannego słońca, unikając goryczy wieczornego, co w połączeniu z żyzną glebą i piwnicą o idealnej temperaturze dawało wino o smaku, który przywodził na myśl zapach wiosennej łąki; wino, które co prawda źle znosiło podróż, ale też nie musiało daleko jeździć, bowiem jego wierni czciciele sami przybywali doń z pielgrzymką. Majątek, choć niewielki, leżał w najlepszej chyba części niegdyś ogromnej winnicy. Co więcej, od wielu pokoleń pozostawał w rękach wspaniałych fachowców, którzy nie dość, że uprawiali go i użyźniali z doświadczeniem i wiedzą graniczącymi z magią, to jeszcze regularnie płacili dzierżawę. Dochody Héristala nie były oszałamiające, ale za to stałe i pozwalały mu żyć dostatnio w mieszkaniu przy Avenue de Marigny 1, uczęszczać na starannie wybrane sztuki, koncerty i przedstawienia baletowe, należeć do dobrego klubu i trzech uznanych towarzystw naukowych, kupować książki, na które miał ochotę, i jako szanowany amator być dopuszczanym na zawrotne wyżyny Ósmej Dzielnicy Paryża.

Zaiste, gdyby w lutym 19.. spytać Pepina Héristala o jego wymarzony tryb życia, z kilku zaledwie zmianami opisałby życie, które wówczas prowadził. Miał pięćdziesiąt cztery lata, był szczupły, przystojny i, o ile wiedział, cieszył się dobrym zdrowiem, co oznaczało, że w ogóle nie musiał zaprzątać tym sobie głowy.

Jego małżonka, Marie, znała swoje miejsce i dobrze wywiązywała się z obowiązków żony i pani domu. Była pulchna, miła i pogodna; równie dobrze mogłaby stać za barem wykwintnej restauracyjki. Jak większość Francuzek z jej sfery nie znosiła marnotrawstwa i herezji, uznając to drugie za niszczenie przyzwoitego niebiańskiego budulca. Podziwiała męża, nie próbując go zrozumieć, i udało jej się znaleźć w nim przyjaciela, co nie zdarza się w małżeństwach, gdzie na pierwszym miejscu stawia się namiętność, a nie spokój. Marie uważała za swój obowiązek zapewnienie mężowi i córce spokojnego, czystego, prowadzonego w oszczędny sposób domu. Poza tym powinna żyć przyzwoicie i nie zaniedbywać ćwiczeń duchowych – owych regularnych wpłat na zapisaną jej w Niebie działkę. Te czynności wypełniały jej całe dnie. Gwałtowne uczucia rozładowywała, kłócąc się od czasu do czasu z kucharką, Rose, i tocząc stałą walkę ze sprzedawcą wina i sklepikarzem, których wyzywała od oszustów, świń, a czasem też i od stetryczałych pryków. Najbliższą i chyba jedyną zaufaną przyjaciółką madame była siostra Hiacynta, o której jeszcze szerzej napiszemy.

Pan Héristal był więcej niż prawdziwym Francuzem z krwi i kości. Na przykład nieznajomości francuskiego nie uważał za grzech, a uczenia się obcych języków za skazę francuskiej duszy. Mówił po niemiecku, włosku i angielsku. Interesował się współczesnym jazzem i śledził najnowsze wydarzenia w tej dziedzinie muzyki, przepadał za dowcipami rysunkowymi z „Puncha”. Podziwiał Anglików za ich siłę, miłość do róż i koni oraz dobre maniery.

– Każdy Anglik to prawdziwa bomba – mawiał – tyle że z opóźnionym zapłonem. Niemal każde z utartych twierdzeń na temat Anglików – zauważał dalej – w pewnym momencie okazuje się całkowicie nieprawdziwe. Nie do wiary, jak bardzo się różnią od Amerykanów – dodawał na koniec.

Znał i lubił Cole Portera, Ludwiga Bemelmansa. Jeszcze kilka lat temu potrafił wymienić więcej niż połowę utworów Harmonica Rascals. Raz miał okazję spotkać się z Louisem Armstrongiem i kiedy zwrócił się do niego Cher Maître Satchmo, usłyszał:

– Te żabojady zawsze muszą mnie małpować.

Państwo Héristalowie urządzili swój dom wygodnie, choć bez ekstrawagancji, dokładnie na miarę ich dochodów, które wystarczyły na prowadzenie przyjemnego, choć oszczędnego życia, typowego dla przeciętnych Francuzów. Jedyną ekstrawagancją, na jaką sobie pozwalał pan Héristal, była astronomia. Jego teleskop miał znacznie większą siłę niż przeciętny sprzęt amatorski, specjalny mechanizm korygował zmiany powstałe na skutek ruchu obrotowego Ziemi, a mocna, solidna podstawa nie pozwalała na zmianę pozycji. Niektóre zdjęcia ciał niebieskich zrobione przez pana Héristala ukazały się w „Paris Match”, i słusznie, jako że Pepin w 1951 roku odkrył obiekt, który nazwał Kometą Elizejską. Równocześnie jej odkrycie zgłosił mieszkający w Kalifornii amator, Japończyk, niejaki Walter Haschi, więc obaj podzielili się chwałą. Zresztą Héristal i Haschi regularnie do siebie pisywali, porównując zdjęcia i wymieniając poglądy na temat metod badawczych.

Jeśli nic nie stawało na przeszkodzie, Pepin – jak każdy uważny i dobry obywatel – codziennie czytał cztery gazety. Nie był związany z żadną partią polityczną i nie ufał żadnemu rządowi, a szczególnie temu, który właśnie sprawował władzę, ale akurat ta cecha stanowiła bardziej francuski niż osobisty rys charakteru.

Państwo Héristalowie mieli jedną pociechę – dwudziestoletnią Clotilde – obdarzoną bujnym temperamentem, ładną dziewczynę o obfitych kształtach. Jej życiorys był dość ciekawy. Jako dziecko buntowała się dosłownie przeciw wszystkiemu. Skończywszy czternaście lat, postanowiła zostać lekarką, w rok później napisała opowieść Adieu ma vie, która doskonale się rozeszła i na jej podstawie nakręcono film. Po tym literackim i kinematograficznym sukcesie Clotilde wyruszyła do Ameryki i wróciła do Francji odziana w dżinsy, półbuty z kolorowymi noskami i męską koszulę. Styl ten – ku niewysłowionemu bólowi rodziców – wkrótce przyjęły miliony dziewcząt, które potem przez wiele lat nazywano „Les Jeannes Bleues”. Mówiło się, że Les Jeannes Bleues są jeszcze bardziej niedbałe i niechlujne niż egzystencjalistki, a ich – określane przez nie mianem „tańca” – wygibasy, którym towarzyszył ponury wyraz twarzy, sprawiały, że zrozpaczeni ojcowie zaciskali gwałtownie pięści.

Po sztuce nadeszła kolej na politykę. Mając szesnaście i pół roku, Clotilde wstąpiła do partii komunistycznej i pobiła rekord, przez sześćdziesiąt dwie godziny pikietując fabrykę Citroëna.

W tym okresie bratania się z niższymi warstwami społeczeństwa poznała ojca Méchanta ze zgromadzenia Podnóżek Niebios, niewielkiego człeczynę, który wywarł na niej takie wrażenie, że poważnie się zastanawiała nad wstąpieniem do zakonu. Reguła spisana przez założycielkę, św. Hannę, patronkę stóp, zobowiązywała siostry do milczenia, życia o czarnym chlebie i robienia ubogim pedikiuru.

14 lutego w sferach niebieskich doszło do wydarzenia, które miało ogromny wpływ na życie rodziny Héristalów. Posypał się obfity i niespodziewany deszcz meteorów. Pepin pracował jak szalony, naświetlając film za filmem, choć zdawał sobie sprawę, że za pomocą swojego aparatu fotograficznego nie zdoła oddać piękna gorejących ogni mknących ku Ziemi. Wiedział o tym, nim jeszcze zszedł do ciemni, którą urządził w podziemiach stajni w piwniczce z winami. Wywołany film potwierdził jego obawy. Klnąc pod nosem, Héristal udał się do dużego sklepu ze sprzętem optycznym, odbył dłuższą rozmowę z kierownikiem i zadzwonił do kilku znających się na rzeczy przyjaciół. Wreszcie niechętnie ruszył w stronę Avenue de Marigny 1. Był tak pogrążony w myślach, że nie dostrzegł żołnierzy Gwardii Republikańskiej w lśniących hełmach z czerwonymi pióropuszami, którzy kręcili się przed wjazdem do Pałacu Elizejskiego.

Kiedy Pepin wchodził po schodach, madame właśnie kończyła sprzeczkę z kucharką. Szła korytarzem, zwycięska, lekko zaczerwieniona, podczas gdy z kuchni dobiegało gniewne mruczenie pokonanej Rose.

– Zamknęła okno w spiżarni – odezwała się Marie do męża, kiedy znaleźli się w salonie. – Wyobrażasz sobie? Kilogram sera dusił się przez całą noc w zamkniętym pomieszczeniu! I wiesz, jakie było jej wytłumaczenie? Że się przeziębiła. Dla jej wygody ser musiał się dusić. Wieczne utrapienie z tą służbą, nikomu nie można już ufać.

– Rzeczywiście, to trudna sytuacja – odparł monsieur.

– Trudna… Oczywiście, że trudna! Gdzież tej hołocie do prawdziwych kucharek!

– Madame… deszcz meteorów potrwa jeszcze jakiś czas, to pewne. Uznałem, że powinienem kupić nowy aparat fotograficzny.

Wydatki leżały w gestiimadame, która pilnie strzegła rodzinnej kasy. Marie milczała, ale monsieur, widząc, jak żona mruży oczy i podpiera się pod boki, poczuł, że sprawa nie będzie prosta.

– To po prostu konieczne – tłumaczył się niezręcznie. – Siła wyższa, można powiedzieć, że rozkaz przyszedł z samych niebios.

– A koszt tego… tego aparatu, monsieur?

W głosie madame dźwięczała stal.

Podał cenę.Madamenajpierw zadrżała, jakby coś w niej eksplodowało, ale niemal natychmiast ogromnym wysiłkiem woli wzięła się w karby i przystąpiła do ataku.

– W ubiegłym miesiącu m’sieur uznał, że musi nabyć nowy… jak to się nazywało? A samo wywołanie filmów kosztuje krocie! Czyżby m’sieur zapomniał o liście z Auxerre, w którym pisano o konieczności położenia nowego dachu i nalegano, byśmy pokryli połowę kosztów?

– Madame – zawołał – to nie moja wina, że spadł deszcz meteorów!

– I nie moja, że rdza przeżarła dachy w Auxerre.

– Nie mam wyboru, madame.

Pepin miał wrażenie, że widzi przed sobą wyniosłą wieżę spowitą w chmurę gradową.

– M’sieur jest panem tego domu – odezwała się wreszcie Marie. – Skoro m’sieur życzy sobie, żeby meteory ściągnęły nędzę na głowę jego rodziny… cóż mi pozostaje? Muszę pójść przeprosić Rose. Kilo zmarnowanego sera to nic w porównaniu z jakimiś jasnymi plamkami na błonie fotograficznej. Czy meteorami można się najeść, m’sieur? Czy one nas ochronią przed chłodem i deszczem? Czy z owych cennych meteorów da się zrobić beczki na wino? M’sieur, decyzję pozostawiam panu.

To mówiąc, spokojnym, pewnym krokiem opuściła salon.

W Pepinie Héristalu gniew walczył z trwogą. Przez podwójne przeszklone drzwi widział swój teleskop, zasłonięty pokrowcem z wodoodpornego jedwabiu. Zwyciężył gniew. Pepin zdecydowanym krokiem zszedł po schodach, wcisnął kapelusz na głowę, wziął laskę i leżącą na stole aktówkę Clotilde. Z pełną wściekłości godnością przeszedł przez dziedziniec i czekał, aż dozorca otworzy bramę. Ulegając na moment słabości, obejrzał się i w kuchennym oknie dostrzegł przyglądającą mu się madame, a u jej boku wykrzywioną radośnie Rose.

– Idę do wuja Charliego – oznajmił Pepin Héristal i zatrzasnął żelazne wrota.

Charles Martel był właścicielem niewielkiej, acz dobrze prosperującej galerii sztuki i sklepu z antykami przy rue de Seine, ciemnego i przytulnego miejsca, gdzie wisiały stosownie źle oświetlone i przyciągające wzrok obrazy. Sprzedawał niepodpisane płótna, co do których nie mógł gwarantować, że to na pewno wczesny Renoir, oraz kryształy, błyskotki i porcelanę, których pochodzenie – należały niegdyś do sławnych francuskich rodów – mógł poświadczyć, i poświadczał.

W głębi, oddzielone od galerii czerwoną aksamitną zasłoną, znajdowało się jedno z najwygodniejszych i najdyskretniejszych kawalerskich mieszkań w całym Paryżu. Krzesła, na których leżały miękkie aksamitne poduchy wypchane pierzem, aż się prosiły, by na nich usiąść. Pozłacane rzeźbione łóżko w kształcie łodzi wikingów stanowiło majstersztyk stylu napoleońskiego. Przykryte za dnia narzutą i poduszkami z wypłowiałych szat liturgicznych, wyglądało zachęcająco i odrobinę grzesznie. Lampy osłonięte zielonymi abażurami dawały dość światła, by podkreślić urodę pokoju, nie obnażając przy tym jego braków. Kącik kuchenny ze zlewem i jednopalnikową kuchenką gazową był oddzielony od reszty pomieszczenia chińskim parawanem, który przez lata użytkowania nabrał koloru czarnej perły i złocistego masła. Na półkach stały rzędy książek oprawionych w skórę ze złotymi literami, miłych dla oka, ale niekoniecznie żądających, żeby je przeczytać.

Charles uchodził za światowca, człowieka delikatnego, choć nieugiętego, którego manierom i strojowi trudno było cokolwiek zarzucić. Liczył sobie wprawdzie ponad sześćdziesiąt lat, lecz nadal przepadał za kobietami i każdą traktował jak damę – chyba że domagała się czegoś wręcz przeciwnego. Nawet teraz, kiedy coraz częściej miał większą ochotę na drzemkę niż zaloty, nie pozwalał sobie na obniżenie poprzeczki, tak że owe nieliczne szczęśliwe młode damy, słysząc zaproszenie na aperitif za czerwoną kotarę, czuły przyjemny dreszczyk podniecenia. I trzeba Charles’owi przyznać, że nigdy nie wyszły rozczarowane. Mieszkanie miało małe tylne drzwi prowadzące na boczną ulicę – drobiazg, ale ogromnie dodający otuchy towarzyszkom Charles’a.

Kiedy jakiś posiadacz starego nazwiska i pełnego nietoperzy zamku uznał, że koniecznie potrzebuje kilkudniowego wypoczynku w Auteuil albo nowego podbicia futrzanej pelisy, to gdzie zanosił kryształowy żyrandol z sali balowej albo nikomu niepotrzebny stolik do gry w karty, należący niegdyś do królewskiej metresy, jeśli nie do galerii wuja Charliego? Grupka wtajemniczonych klientów wiedziała, że Charles Martel, gdy go dobrze przycisnąć, potrafi znaleźć istne cacko. Boazeria i wyposażenie barku w willi słynnego reżysera Williego Chitlinga w Palm Springs pochodziły z trzynastowiecznej kaplicy z Château Vieilleculotte. Charles zajmował się również pożyczaniem pieniędzy na rozsądnych warunkach. Był ponoć w posiadaniu weksli dziewięciu z dwunastu francuskich parów.

Charles Martel – wuj i przyjaciel Pepina Arnulfa Héristala, mimo że interesowały go wyłącznie dzieła sztuki i bric-à-brac, kiedyś specjalnie dla siostrzeńca wyszukał brakujące nagrania Bixa Beiderbecke’a, uzupełniając w ten sposób jego niemal kompletny zbiór płyt. Służył także Pepinowi radą w sprawach duchowych i doczesnych.

Kiedy Héristal wpadł do galerii przy rue de Seine, Charles zauważył, że siostrzeniec przyjechał taksówką. Oznaczało to, że sprawa musi być poważna.

Charles ruchem ręki zaprosił Pepina za aksamitną kotarę i szybko dobił targu ze starszą panią, turystką oglądającą szkatułkę z czasów Ludwika XV. Drobiazg właściwie nieszczególnie jej się podobał. Aby zakończyć sprawę, Charles zamiast opuścić cenę, gwałtownie ją podniósł, tak że kobieta natychmiast kupiła szkatułkę w obawie, że za chwilę będzie to już niemożliwe. Charles w lansadach wyprowadził klientkę z galerii, zamknął drzwi wejściowe i wywiesił tabliczkę z napisem „Zamknięte z powodu remontu”, po czym udał się za kotarę i przywitał chodzącego nerwowo z kąta w kąt siostrzeńca.

– Coś cię gnębi, mój drogi – stwierdził. – Siadaj, siadaj, proszę. Pozwól, że naleję ci kropelkę koniaku na uspokojenie wzburzonych nerwów.

– Jestem wściekły – oznajmił Pepin, ale posłusznie usiadł i przyjął kieliszek.

– Chodzi o Marie? – spytał wuj Charlie. – A może o Clotilde?

– O Marie.

– Poszło o pieniądze?

– O pieniądze.

– Ile?

– Nie przyjechałem, żeby od wuja pożyczać.

– W takim razie przyjechałeś się wyżalić?

– Dokładnie tak, wyżalić się.

– Dobry pomysł. W ten sposób rozładujesz napięcie. Wrócisz do domu w lepszym nastroju, słowem idealny małżonek. Chcesz opowiedzieć dokładniej, o co poszło?

– W atmosferze okołoziemskiej wystąpił nieoczekiwany deszcz meteorów. Mój aparat nie nadaje się do… Nieważne, potrzebuję nowego aparatu.

– Drogiego i zdaniem Marie całkowicie zbędnego?

– Widzę, że wuj doskonale rozumie sytuację. Marie chodzi obrażona, z tą przeklętą miną cierpiętnicy. Na pewno knuje zemstę.

– Kupiłeś już ten aparat?

– Jeszcze nie.

– Ale jesteś zdecydowany kupić?

– Zrozum, wuju, deszcze meteorów o tej porze roku zdarzają się niezwykle rzadko. Kto wie, co się dzieje tam na górze? Niech wuj nie zapomina, że właśnie ja odkryłem Kometę Elizejską. Zyskałem rekomendację Akademii. Krążą pogłoski, że w dość bliskiej przyszłości mogę zostać wybrany.

– Gratulacje, mój chłopcze. Co za zaszczyt! Co prawda nie podzielam twojej namiętności do astronomii, ale popieram wszelkie namiętności, niezależnie od ich obiektu. Wróćmy jednak do sprawy, drogi siostrzeńcze. Teraz ja będę Marie, a ty będziesz sobą. Zacznijmy może od tego, że wasze dochody pochodzą z winnicy, a nie z tego drobiażdżku?

– Dokładnie.

– Która to ziemia od zarania dziejów należała do twojej rodziny.

– Od najazdu Franków Salickich ze wschodu.

– Mówiąc dokładniej, wasze wzgórza są pozostałościami dawnego królestwa.

– Cesarstwa.

– Pochodzisz z tak starożytnego, tak arystokratycznego rodu, że nie musisz podkreślać swego szlachectwa, używając tytułów, które zresztą słusznie ci się należą.

– Wspaniale to wuj ujął. A teraz wszystko, czego chcę, to kupić nowy aparat.

– No właśnie – odparł Charles. – Ulżyło ci trochę?

– Znacznie.

– W takim razie pozwól, żebym ci pożyczył pieniędzy na aparat, mój drogi. Oddasz mi w ratach. Marie powiesz, że z niego zrezygnowałeś. Czy ona odróżni ten aparat od starego?

– Skądże. Ale czy w ten sposób nie osłabię swojej pozycji w domu?

– Wręcz przeciwnie, mój drogi. Twoja żona poczuje się winna. Będzie cię namawiała do kupna różnych drobiazgów. W ten sposób oddasz mi pieniądze.

– Ciągle nie rozumiem, jak to się stało, że wuj się nie ożenił.

– Wolę widzieć innych szczęśliwymi. A teraz… na ile mam wypisać czek?

Kiedy pan Héristal zatrzasnął za sobą bramę i ruszył w stronę postoju taksówek przy Avenue Gabriel, madame, mimo zimnej i wyniosłej miny pełnej triumfu, w duchu była poruszona i niepewna – a w takich sytuacjach zwykle odwiedzała swoją starą przyjaciółkę, siostrę Hiacyntę. Klasztor znajdował się niedaleko Porte de Vincennes – był to spory, przysadzisty budynek widoczny z Lasku. Madame przebrała się, wzięła torebkę, czarną siatkę na zakupy i udała się na stację metra.

Przyjaźń z siostrą Hiacyntą datowała się od wczesnego dzieciństwa. Dziewczynki razem chodziły do szkoły. Śliczna Suzanne Lescault była obdarzona wysokim, czystym głosem i miała wrodzony talent, tak że zawsze w czasie szkolnych przedstawień inne dzieci przy niej ginęły. Suzanne zaczęła od roli leśnego duszka, potem przyszła kolej na królewnę Pierrette, aż wreszcie przez trzy lata, ku zachwytowi autorki tego dzieła, wcielała się w postać Joanny d’Arc w sztuce napisanej przez siostrę przełożoną. Marie zaś, która nie potrafiła ani śpiewać, ani tańczyć, nie tylko nie zazdrościła, ale też szczerze podziwiała swą utalentowaną przyjaciółkę i czuła się, jakby spływała na nią część chwały Suzanne.

Po ukończeniu szkoły Suzanne najprawdopodobniej wyszłaby za mąż i zniszczyła swój talent oraz zgrabną figurę. Jednak gdy w następstwie machinacji na wysokim szczeblu w banku Crédit Lyonnais jej ojciec, pracownik tej instytucji, popełnił samobójstwo, Suzanne została głową i jedyną żywicielką rodziny, składającej się z chorej matki i karłowatego brata w wieku szkolnym. Wtedy po raz pierwszy ona – a przede wszystkim jej matka – zastanowiła się poważniej nad często słyszanym zdaniem, że Suzanne powinna występować na scenie.

W Comédie Française nie potrzebowano w tym momencie nowych aktorek, ale wpisano jej nazwisko na listę. Czekając na angaż, Suzanne zatrudniła się w Folies Bergère, gdzie jej głos, wdzięk i jędrny, pełny biust zostały natychmiast docenione i wykorzystane. Choroba matki i konieczność ciągłego łożenia na naukę brata, która zakończyła się gwałtownie wraz z jego śmiercią, będącą skutkiem pechowej przejażdżki motocyklem, sprawiły, że dziewczyna nie mogła sobie pozwolić na ryzykowanie stałej i dobrej pracy dla niepewnych zarobków, które oferowała prawdziwa sztuka.

Przez wiele lat Suzanne upiększała scenę Folies nie tylko jako jedna z wielu rozkosznie skąpo odzianych tancerek, ale także solowymi występami aktorskimi, śpiewem i tańcem. Po dwudziestu latach chorowania i narzekania matka zmarła wreszcie bez żadnej określonej przyczyny. Wtedy Suzanne nie tylko występowała solo, ale stała się także ozdobą baletu.

Była już bardzo zmęczona. Biust nadal rysował się kształtnym łukiem, czego nie można było powiedzieć o podbiciu stopy. Suzanne żyła dość cnotliwie, jak zresztą większość Francuzek. Warto tu wspomnieć, że młodzi Amerykanie ostrzegani przed rozpustnymi Francuzkami są zwykle szalenie rozczarowani, przekonując się, że tak naprawdę Francuzi prowadzą się bardzo moralnie – oczywiście w porównaniu z tym, co się dzieje w amerykańskich klubach.

Suzanne chciała dać swoim stopom wytchnienie. Zostawiła więc świat, który prawdopodobnie poznała aż nazbyt dobrze, i odbywszy nowicjat, przyjęła welon oraz imię siostry Hiacynty w zakonie kontemplacyjnym, gdzie większość czasu spędzano na siedząco.

Jako mniszka siostra Hiacynta promieniowała takim spokojem i pobożnością, że stała się chlubą zakonu, jej wiedza i przeszłość zaś sprawiły, że potrafiła się zdobyć na tolerancję i cierpliwość wobec młodych siostrzyczek przeżywających rozterki.

Przez wszystkie lata – i jako tancerka Folies Bergère, i jako siostra Hiacynta – utrzymywała kontakt ze starą szkolną przyjaciółką. Widywały się od czasu do czasu i prowadziły regularną, nudną korespondencję, w której drobiazgowo analizowały kłopoty i przepisy kulinarne. Marie nadal uwielbiała swoją utalentowaną, a teraz także i świętą przyjaciółkę. Dlatego też wydawało się całkowicie naturalne, że pojechała do niej, by przedyskutować kwestię aparatu fotograficznego.

Siedziały teraz w niewielkiej, schludnej i wygodnej rozmównicy klasztoru niedaleko Vincennes.

– Już sama nie wiem, co robić – mówiła Marie. – Zwykle m’sieur zachowuje się tak rozsądnie, ale we wszystkim, co ma związek z tymi przeklętymi gwiazdami, zupełnie traci rozum i szasta pieniędzmi na prawo i lewo.

Siostra Hiacynta uśmiechnęła się do przyjaciółki.

– Więc czemu go nie pobijesz jego własną bronią?

– Nie rozumiem. Ach, już wiem, żartujesz sobie! Ale zapewniam cię, to poważna sprawa. Dachy w Auxerre…

– Czy macie co jeść, Marie? Czynsz jest zapłacony? Rachunek za prąd też?

– Tu chodzi o zasady i niestwarzanie precedensów – odparła lekko urażona Marie.

– Moja kochana – spytała zakonnica – przyszłaś po radę czy żeby się wyżalić?

– Oczywiście, że po radę. Ja nigdy się nie żalę.

– Tak, wiem to doskonale – potwierdziła siostra Hiacynta. – Znałam wielu ludzi – podjęła cicho po chwili – którzy pytali o radę, ale bardzo mało takich, którzy by naprawdę jej chcieli, i nikogo, kto by jej posłuchał. Mimo to jednak ci poradzę.

– Bardzo proszę – odparła z rezerwą Marie.

– W swojej pracy, Marie, miałam kontakt z wielu mężczyznami. Sądzę, że mogę sobie pozwolić na pewne uogólnienia. Po pierwsze, mężczyźni są jak dzieci, i to często rozpuszczone dzieci.

– Tu się zgadzam.

– A z tych, którzy dojrzeją, też właściwie niewielka korzyść. Mężczyźni bowiem są albo jak dzieci, albo jak starcy, nic pośrodku. Jednak w tej dziecięcej nieroztropności i nieodpowiedzialności leży często ich wielkość. Zrozum, proszę, ja wiem, że kobiety są zwykle od nich inteligentniejsze, ale kobiety dorastają, kobiety stawiają czoło rzeczywistości… i rzadko kiedy są naprawdę wielkie. Jedną z niewielu rzeczy, których mi brak w moim obecnym życiu, jest męska nieroztropność. To przynajmniej stanowi jakieś urozmaicenie.

– Odkrył kometę – powiedziała Marie. – Ma szanse zostać członkiem Akademii. Ale ta historia z nowym aparatem to już zbyt wiele.

– Pytam cię po raz kolejny: chcesz mojej rady?

– Oczywiście.

– W takim razie powiedz mu, żeby kupił aparat. Więcej, nalegaj, żeby to zrobił.

– Przecież od początku byłam temu przeciwna! Przestanie się ze mną liczyć.

– Wręcz przeciwnie – odparła siostra Hiacynta. – Jeśli zgodzisz się na ten wydatek, a nawet będziesz go namawiać do jeszcze większego, możliwe, że twój mąż zacznie się wahać. Może zamiast się upierać, będzie wreszcie myśleć rozsądnie. Mężczyźni to bardzo dziwne stworzenia.

– Przyniosłam ci kilka chusteczek.

– Jakie piękne! Marie, twój haft jest niezrównany. Nie męczą ci się oczy przy tych drobniutkich ściegach?

– Wzrok zawsze miałam dobry – stwierdziła Marie.

Po powrocie na Avenue de Marigny 1 madame zobaczyła, że drzwi balkonowe są szeroko otwarte, a monsieur majstruje przy teleskopie.

– Przemyślałam to sobie – odezwała się do męża. – Sądzę, że powinieneś kupić ten aparat.

– Hę?…

– No cóż, biorąc pod uwagę możliwość nominacji do Akademii…

– Bardzo to miłe z twojej strony – odparł małżonek – ale ja także przemyślałem sprawę. Rzeczywiście, mamy pilniejsze wydatki. Nie, poradzę sobie z tym, co mam.

– Nalegam.

– Nie.

– Życzę sobie tego.

– Moja droga, nie zapominajmy, kto jest głową tego domu. Nie będziemy się chyba wykłócać jak dwie przekupki.

– Przepraszam.

– Nie ma za co,madame. A teraz muszę się przygotować przed nocą. Deszcz meteorów nie ustał, moja droga. Gwiazd nic nie obchodzą nasze ludzkie problemy.

Wtem nad ich głowami rozległ się metaliczny brzęk. Pan Héristal spojrzał na sufit.

– Nie wiedziałem, że Clotilde jest w domu.

– To ten metalowy stolik w holu – stwierdziła madame. – Ciągle włazi jej pod nogi. Muszę go postawić gdzie indziej.

– Błagam, niech madame nie wpuści jej na taras. Boję się, żeby mój teleskop nie wlazł jej pod nogi.

Clotilde wolno schodziła po schodach. Suknia opinała ciągle rozrastające się obfite kształty. Z ramion zwisał nieboszczyk lis, wpijając gniewnie zęby we własny ogon.

– Wychodzisz gdzieś, moja droga? – spytała Marie.

– Tak, mamo. Mam próbne zdjęcia.

– Następne?!

– Zdaniem reżysera, to konieczne.

M’sieur własnym ciałem zasłonił teleskop, kiedy córka przecisnęła się przez drzwi, lekko potykając się o próg.

– O, a więc masz reżysera?

– Tak, kompletują obsadę do filmowej wersji Księżniczki w łachmanach. Bohaterką jest sierota, która…

– …okazuje się księżniczką. To amerykańska powieść.

– Czytałeś ją?

– Nie, ale wiem.

– A skąd wiedziałeś, że to amerykańska powieść?

– Bo po pierwsze, Amerykanie mają kompleks księżniczek, a po drugie, Kopciuszek jest ich ulubioną postacią literacką.

– Kopciuszek?

– Powinnaś przeczytać tę książkę.

– Gregory Peck będzie grał księcia.

– To się rozumie samo przez się – odparł m’sieur. – Gdyby to był francuski scenariusz, książę przekonałby się, że… Ostrożnie, moja droga, nie podchodź do teleskopu. Jest już przygotowany do dzisiejszych obserwacji.

Kiedy córka spłynęła po schodach i zatrzasnęła za sobą bramę, madame zwróciła się do męża:

– Już chyba wolałam, kiedy pisała powieści. Wtedy przynajmniej częściej bywała w domu. Myślę, że będę znacznie spokojniejsza, kiedy znajdzie jakiegoś miłego chłopca z dobrej rodziny.

– Najpierw musi być księżniczką – odparł Pepin. – To zwykła kolej rzeczy.

– Nie powinieneś z niej żartować.

– Może wcale nie żartowałem. Sam pamiętam, że miałem podobne marzenia. Wydawały mi się takie rzeczywiste.

– Bardzo pan miły, m’sieur.

– Czuję dziwne podniecenie i równocześnie satysfakcję, Marie. – Uniósł rękę. – Moi przyjaciele stamtąd zapewnią mi rozrywkę na cały tydzień.

– Co znaczy, że w nocy będziesz czuwał, a w dzień spał.

– Właśnie tak – zapewnił ją małżonek.

C.d. w pełnej, płatnej wersji