Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Dorastając w Rojach, Świerszczka zawsze miała mnóstwo pytań. Dlaczego drzewa były zakazane - nawet w sztuce? Dlaczego ma wrażenie, że rodzice jej nienawidzą? I to największe, najbardziej niebezpieczne i skrywane pytanie ze wszystkich: dlaczego jest odporna na potęgę królowej Osy? Za każdym razem, gdy władczyni przejmuje kontrolę nad Ososkrzydłymi, przemawiając ich ustami i patrząc ich oczami, Świerszczka musi się ukrywać, sparaliżowana strachem przed wykryciem. Teraz ponownie się ukrywa, poszukiwana za kradzież Księgi Jasnowidzki. Wraz z Gładkoskrzydłymi przyjaciółmi, Błękitem i Mieczykiem oraz wojowniczą Liścioskrzydłą, Rosiczką, szukają odpowiedzi – i muszą znaleźć je szybko, by zapobiec atakowi Liścioskrzydłych. Jednak pytań w jej głowie tylko przybywa. Jak ma pozostać w ukryciu i jednocześnie odkryć najmroczniejszy sekret królowej? A nawet jeśli jej się uda… czy pozbawione jakichkolwiek mocy smoczę naprawdę może zrobić cokolwiek, by obalić reżim i powstrzymać wojnę?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 242
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
SKRZYDŁA OGNIA
Księga pierwsza: Smocze proroctwo
Księga druga: Zaginiona sukcesorka
Księga trzecia: Ukryte królestwo
Księga czwarta: Mroczny sekret
Księga piąta: Najjaśniejsza noc
Księga szósta: Przebudzenie pełni
Księga siódma: Koniec zimy
Księga ósma: Ucieczka groźby
Księga dziewiąta: Szpony mocy
Księga dziesiąta: Smoczy mrok
Księga jedenasta: Zaginiony kontynent
Legendy: Mroczny prześladowca
Tytuł oryginału: Wings of Fire. Book Twelve: The Hive Queen
Copyright © 2018 by Tui T. Sutherland Copyright for the Polish translation © 2025 by Wydawnictwo MAG
Redakcja: Urszula Okrzeja Korekta: Magdalena Górnicka, Bartosz Szpojda Ilustracja na okładce: Joy Ang Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński Mapy i ramki: Mike Schley Ilustracje smoków: Joy Ang Projekt typograficzny: Phil Falco
ISBN 978-83-68919-71-4
Producent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Konstytucji 5/10, 00-657 Warszawa www.mag.com.pl han[email protected]
Wyłączny dystrybutor: Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz. tel. 22 733 50 10 www.dressler.com.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Dla Wendy i Fiony,pary miłych i zabawnychmoli książkowych o smoczych sercach –Świerszczka, niedźwiadki i ja uważamy,że jesteście bratnimi duszami!
Opis: czerwone, żółte i/lub pomarańczowe, lecz zawsze zmieszane z czarnymi łuskami; cztery skrzydła
Zdolności: różnią się między smokami; ich przykłady obejmują śmiercionośne kolce wysuwające się z nadgarstków, by ugodzić wroga; jad w zębach lub szponach; toksynę paraliżującą ofiarę lub wrzący kwas tryskający z żądła na ogonie
Królowa: królowa Osa
Opis: Gładkoskrzydłe smoczęta rodzą się bez skrzydeł; w wieku sześciu lat przechodzą metamorfozę i nabywają cztery ogromne skrzydła i umiejętności przędzenia jedwabiu; równie piękne i delikatne jak motyle, z łuskami mieniącymi się w słońcu wszystkimi kolorami, prócz czarnego
Zdolności: potrafią prząść jedwab z gruczołów w nadgarstkach, służący do tworzenia sieci lub innych tkanych materiałów; czułkami wychwytują wibracje i oceniają niebezpieczeństwo
Królowa: królowa Osa (ostatnią Gładkoskrzydłą, przed Wojnami Drzewnymi, była królowa Monarcha)
Opis: unicestwione podczas Wojen Drzewnych z Ososkrzydłymi, lecz kiedy jeszcze żyły, posiadały zielone i brązowe łuski oraz skrzydła w kształcie liści
Zdolności: potrafiły chłonąć energię słoneczną i były znakomitymi ogrodnikami; o niektórych mówiono, że mają niezwykłą kontrolę nad roślinami
Królowa: ostatnią znaną królową Liścioskrzydłych była królowa Sekwoja, około stu lat temu, w czasie Wojen Drzewnych
Zwróć oczy, skrzydła i płomieńKu lądowi hen, za morzem,Gdzie trucizna i śmierć smoki tropiI wolny być nikt nie może.
W ich jajach sekret się czai.Tajemnica w księgach skrywa.Tajemnica pogrzebanaOcali tych, co odważą się ją odkrywać.
Otwórz serce, umysł i skrzydłaNa smoki, co z Roju zbiegną.Ze złem się zmierz, szpony swe jednocząc,Inaczej nie przetrwa żadne z plemion.
Ocean przesuwał się pod szponami Pełni, równie ciemny i nakrapiany gwiazdami jak jej własne łuski.
Zawsze myślała o morzu jak o krawędzi świata. Kiedy już do niego dotarłeś, to był koniec – nie mogłeś iść dalej.
Teraz jednak wiedziała, że to nie jest prawda.
Fale wyrzuciły na brzeg smoka z drugiego końca oceanu… z plemienia, którego nikt w Pyrrii nigdy nie widział. Smoka z czterema skrzydłami zamiast dwóch. Smoka z długimi zwiniętymi czułkami, łuskami niczym plastry klejnotów i zdolnością tkania ognistego jedwabiu.
Luna była dowodem na to, że hen, po drugiej stronie oceanu, istniał kontynent pełen dziwnych smoków.
Smoków, które, jak twierdzi, potrzebują mojej pomocy, pomyślała.
Zadrżała. To nie może być prawda. Przecież nie mogły potrzebować akurat jej.
To z jej winy Mroczny Prześladowca niemal zawładnął całą Pyrrią. Z jej winy zabił tyle Lodoskrzydłych, w tym ich królową. Widziała w nim zbyt wiele dobra, a niewystarczająco dużo zła. Było za wcześnie, by mogła zaufać kolejnemu smokowi opowiadającemu o prześladowaniu. Chciała wykorzystywać swoje wizje, by nieść światu pomoc… ale nie była gotowa, by wziąć w swoje szpony los innych plemion.
Jednak Luna pragnęła, by Pełnia uratowała wszystkie Gładkoskrzydłe. Uważała ją za drugie wcielenie Jasnowidzki, która najwyraźniej była pierwszą ukochaną, starożytną boginią Pantali.
Tak, bez żadnego stresu.
Może nam powiedzieć, co się wydarzy! – rozbrzmiało w umyśle Luny. Zobaczy wszystko, co będą chciały zrobić Ososkrzydłe! Może przewidzieć kolejny ruch królowej Osy, a wtedy Poczwarka wymyśli, jak ją powstrzymać!
Tak było przez cały dzień. Luna miała niewiarygodnie duże mniemanie o zdolnościach Pełni i wielkie marzenia o tym, jak zdołają wszystko zmienić.
W gruncie rzeczy była tak podekscytowana jej darem przewidywania przyszłości, że Pełnia nie znalazła w sobie jeszcze odwagi, by powiedzieć jej, że potrafi również czytać w myślach.
Dziwnie się czuła, słysząc wszystko, co Luna myślała o niej, o Ghiblim i Jerboi i, szczerze mówiąc, z każdą chwilą, w której jej o tym nie mówiła, czuła się coraz bardziej niezręcznie. Gdyby miała dodatkowy gwiezdny ogień, jakoś podrzuciłaby go Lunie, by uciszyć strumień jej narastających oczekiwań. Niestety, żadnego nie posiadała, powiedzenie jej więc o tym i tak by w niczym nie pomogło.
A jednak powinnam to zrobić. Ukrywanie tego jest błędem.
Pełnia westchnęła.
Ona W TEJ CHWILI widzi przyszłość! – usłyszała jasno i wyraźnie. Skrzywiła się i odwróciła do skaczącej nad piaskiem smoczycy. Cóż… próbującej skakać nad piaskiem. Piasek zapadał się pod jej szponami, niemożliwe więc było złapanie jakiegokolwiek rytmu w podskokach.
To tylko po części były myśli Luny. Pełnia czasami plątała się w nich, gdy były zbyt bliskie jej własnych. Nie była pewna, dlaczego, ale umysł Luny był bardziej zawiły niż u innych smoków.
– Dlaczego jesteś tutaj sama? – zapytała Luna, z rozmachem siadając obok niej. Piasek rozprysł się dookoła.
– Czasami lubię wpatrywać się w księżyce – powiedziała, po czym roześmiała się. – Właściwie to moje pełne imię. Strażniczka Pełni.
– Moje imię w starym języku oznacza księżyc, wiedziałaś o tym? – zapytała Luna. – Teraz to rodzaj ćmy.
Wykopała niewielki dołek w piasku przed sobą i upuściła do niego nić ognistego jedwabiu. Blask ogrzał szpony Pełni.
– Nie, nie wiedziałam – odparła Pełnia, ale spodobało jej się to. Miała wrażenie, że nieco zbliżyło ją to do smoczycy, która czasami była bardzo emocjonalna. – Czym jest stary język?
Luna wzruszyła ramionami.
– Nie wiem… może to język, którym wszyscy mówili w Pantali przed przybyciem Jasnowidzki?
– Jasnowidzka zmieniła wasz język? – spytała zdumiona Pełnia.
– Chyba tak. Tak czy siak, słyszałam kiedyś historię, że to z jej powodu wszyscy mówimy w smoczym.
To wyjaśniało, dlaczego Pantalanie i Pyrrianie rozumieli się nawzajem, jednak Pełnia nadal była zaintrygowana. Dlaczego Jasnowidzka nie nauczyła się ich języka?
Być może przewidziała, że pewnego dnia będą musieli się ze sobą komunikować. A może po prostu miała na to nadzieję.
– Czy masz właśnie wizję? – zapytała z nadzieją Luna.
– Nie! – odpowiedziała Pełnia. – Przepraszam. Nie… na razie żadnej nie mam.
Luna opuściła skrzydła na piasek, po czym podniosła muszelkę i zaczęła obracać ją w szponach, jakby skupienie się na niej pozwalało jej powstrzymać płacz.
– Naprawdę bardzo mi przykro, Luno – powiedziała Pełnia. – Naprawdę nie wiem, jak doprowadzić cię z powrotem do Pantali. Nic w moich wizjach mi tego nie wskazało.
– Boję się o mojego młodszego brata – powiedziała Luna, wrzucając muszelkę do oceanu. – I o Mieczyka. Pewnie odchodzi od zmysłów.
– Ghibli coś wymyśli – zapewniła ją Pełnia. – Tak jak zawsze. – Zawahała się. – Luno… nie wiem, czy mówienie ci tego to dobry pomysł, ale słyszę w głowie proroctwo.
– Proroctwo? – powtórzyła Luna.
– Zaczęło się, gdy w moich myślach zobaczyłam ciebie w chacie Jerboi. Na początku słyszałam zaledwie kilka słów, ale z czasem, kiedy jestem blisko ciebie, stają się coraz wyraźniejsze. Nie do końca je rozumiem. I obawiam się, że mogą cię przerazić.
– Niełatwo mnie przestraszyć – odparła Luna. – Proszę, powiedz mi.
Pełnia wyczuła za sobą ruch, po czym usłyszała kilka luźnych burkliwych myśli wygłoszonych znajomym głosem. Ghibliemu udało się wrócić. Cóż, usłyszał to, podobnie jak dwa inne towarzyszące mu smoki.
Wzięła szpony Luny w swoje, zamknęła oczy i oczyściła umysł, by słowa proroctwa mogły przez nią przepłynąć. Nie podobało jej się to. Uważała, że tajemnicze, rymujące się proroctwa nie były tak przydatne jak wizje, a ostatnie z nich doprowadziło do przerażającego miejsca. Mimo to ostatnie również uratowało ją i jej przyjaciół, nie mogła więc ich ignorować.
– Zwróć oczy, skrzydła i płomień – wyszeptała – ku lądowi hen, za morzem. – Poczuła, że Luna zadrżała.
Gdzie trucizna i śmierć smoki tropi
I wolny być nikt nie może.
W ich jajach sekret się czai.
Tajemnica w księgach skrywa.
Tajemnica pogrzebana
Ocali tych, co odważą się ją odkrywać.
Otwórz serce, umysł i skrzydła
Na smoki, co z Roju zbiegną.
Ze złem się zmierz, szpony swe jednocząc,
Inaczej nie przetrwa żadne z plemion.
Zapadła cisza. Pełnia wzięła kilka głębokich wdechów.
– Znam tajemnicę kryjącą się w księdze – powiedziała Luna. – Ale czym jest ukryty w jajach sekret? A ten pogrzebany… myślę, że chodzi o ognisty jedwab. Wolny być nikt nie może, to akurat prawda. Wielkie zło. Hmm… może Ososkrzydłe są tym złem?
– Raaany – powiedział Ghibli, podchodząc do nich i trącając skrzydłem jedno ze skrzydeł Pełni. – Czy dopiero co nie stawiliśmy czoła wielkiemu złu? Jeśli chcecie znać moje zdanie, to według mnie to się liczy. Stawienie czoła wielkiemu złu. Zrobione. Można to wykreślić z listy rzeczy do zrobienia.
Pełnia otworzyła oczy i uśmiechnęła się do niego.
– Brzmi to raczej na zupełnie nowe wielkie zło – powiedział nerwowo ich przyjaciel Żółw, stając obok niego. – Czy mogę głosować na „nie” w kwestii jakiegokolwiek zła, jakie miałoby się jeszcze pojawić w naszym życiu?
– Cześć, Żółwiu – przywitała go Pełnia. – Witaj, Tsunami.
Wysoka błękitna Morskoskrzydła, założycielka Akademii na Jadeitowej Górze, skrzywiła się z irytacją.
– Pełnio – powiedziała. – Mam wrażenie, że wyraziłam się bardzo jasno na temat tego, że nie chcę mieć już do czynienia z żadnymi proroctwami.
– One mi się po prostu przytrafiają – zaprotestowała Pełnia. – Przepraszam!
– Pełnio – wyszeptała Luna, ukradkiem trącając ją ogonem. – Kim są te smoki?
– Och… przepraszam. Oczywiście – powiedziała Pełnia. – Luno, to nasz przyjaciel Żółw i jego siostra Tsunami. Pochodzą z plemienia Morskoskrzydłych. Dziękuję, że ich przyprowadziłeś, Ghibli.
– Cóż, pomyślałem, że może Żółw mógłby coś zrobić. Coś, co zabrałoby nas przez ocean – powiedział wymownie Ghibli. – Żeby Luna mogła wrócić do domu.
– Och? – Luna spojrzała na Żółwia zmrużonymi oczami. – Coś takiego jak mój jedwabny żagiel?
– Ale coś takiego, czym moglibyśmy sterować – powiedziała Pełnia.
Razem z Ghiblim zgodzili się, że nie mogli jej jeszcze powiedzieć o magii animusa. Skoro z powodu zdolności Pełni do przewidywania przyszłości ogarnęły ją myśli o zemście i taka ekscytacja, kto wie, co by się stało, gdyby dowiedziała się o prawdziwej magii i o tym, co mogła ona zrobić z wrogim plemieniem.
Nie możemy jej na to pozwolić, zgodzili się z Ghiblim. Magia animusa była zbyt niebezpieczna.
A jednak jakiś przedmiot stworzony przez animusa, który zawiódłby ją do domu… to by nie zaszkodziło nikomu. Ghibli zaproponował, że poprosi o to Żółwia.
– Jasne – powiedział Żółw. – Zrobić coś. Tyle że jest problem. Nie mogę.
– Och – odparła Pełnia. – Nie szkodzi, Żółwiu, rozumiemy. Twoja dusza…
– Nie, nie – przerwał jej Żółw. Wyglądał na zmartwionego. – Nie o to chodzi. Mówię o tym, że naprawdę próbowałem, ale… nie potrafię.
Ghibli spojrzał na Pełnię, jakby chciał powiedzieć: „To prawda. Nie mam pojęcia, dlaczego!”.
– Luno, możesz dać nam chwilkę? – poprosiła Pełnia.
– Pewnie. – Czteroskrzydła smoczyca odwróciła się i powoli ruszyła do chatki Jerboi, kulejąc na zranionej nodze.
Wiedziałam, że nie powinnam budzić w sobie nadziei, pomyślała.
Pełnia poczuła, jak zalewa ją fala współczucia.
– Biedna zagubiona smoczyca – powiedziała Tsunami. – Musi czuć się tutaj dziwnie, otoczona przez obcych, bez możliwości powrotu do domu.
– Żółwiu, co się stało? – zapytała Pełnia, gdy Luna nie mogła ich już usłyszeć.
– Nie wiem! – odparł Żółw, machając skrzydłami. – Nagle nie mogę rzucać żadnych zaklęć! Próbowałem już wszystkiego, ale nic nie działa!
– Na trzy księżyce – powiedziała oszołomiona i zamrugała z zaniepokojeniem.
– A teraz coś naprawdę dziwnego… myślę, że Ukwiał też nie może – powiedział. – Tuż przed tym, jak Ghibli po nas przyleciał, mówiła mi o zaklęciu, które próbowała rzucić, by przywrócić Tamarynie wzrok. Myślałem o podobnym dla Gwiezdnego Lotnika i porównywaliśmy nasze notatki. Ale powiedziała, że jej zaklęcie nie działa, a ona nie ma pojęcia, dlaczego.
Żółw odwrócił się do Ghibliego i spojrzał na niego surowo.
– Podejrzewam, że Ghibli złamał magię animusów.
– JA?! – zawołał Ghibli. – Co niby zrobiłem?
– Zaklęcia duszy! – powiedział Żółw. – Pamiętasz, jak uważnie je z nami układałeś? Żeby chronić nasze dusze i upewnić się, że będziemy mogli używać magii, która nie wpływa na wolną wolę innych smoków?
– I żadnej magii motywowanej egoizmem – dodał Ghibli. – Tak. Wszyscy zgodziliśmy się, że takie zabezpieczenia będą pomocne.
– Tyle że… myślę, że to wykluczyło wszystko – powiedział Żółw. – Może wszystko, co moglibyśmy zrobić, można uznać za „motywowane egoizmem” albo w jakiś sposób wpływające na czyjąś wolną wolę. Dlatego teraz żadne z naszych zaklęć nie działa.
– O rety – westchnęła Pełnia.
– To… nie, to… to niedorzeczne – zaprotestował Ghibli. – Nie złamałem magii animusów. Nie sądzę, żebym ją złamał. To nie ma… dajcie mi pomyśleć.
– Próbowaliście zdjąć swoje przedmioty z zaklęciem duszy, by sprawdzić, czy magia będzie działać bez nich? – spytała Pełnia.
– Ukwiał nie chciała – odpowiedział Żółw. – Ja zdjąłem. Spróbowałem niewielkiego zaklęcia i nadal nic. – Wskazał na Ghibliego. – Złamana.
– Skoro magia nie działała nawet bez zaklęcia duszy, to nie jest wina zaklęcia duszy – powiedział Ghibli. – I dlatego to nie ja złamałem magię.
– Mimo to naprawdę mam wrażenie, że to ty – odparł Żółw.
– Może dzieje się coś jeszcze – powiedziała zmartwiona. W jej myślach pojawiło się wspomnienie Mrocznego Prześladowcy, który knuł i majstrował z darami innych smoków. Wiedziała, że już go nie ma – został zmieniony w smoczę bez żadnych mocy i pamięci o przeszłości. Jednak czasami w jej snach nadal wprowadzał zamęt wśród jej przyjaciół. – Co, jeśli zrobił wam to ktoś inny?
Albo zostawił po sobie coś, co to zrobiło… jakiegoś rodzaju zabezpieczenie. Mógł zrobić coś takiego, prawda? Wtedy, gdyby kiedykolwiek utracił swoje moce, straciliby je również inni, tak?
– Nie ma nikogo, kto mógłby zrobić coś takiego – powiedział Ghibli. Bywało, że musiał obudzić ją z tych koszmarów, wiedział więc, o czym myślała, równie jasno, jakby sam posiadał dar czytania w myślach. – To tylko zakłócenie, a nie jakiś mroczny plan. Naprawimy to.
– A co z Jerboą? – zapytała Tsunami. – Czy jej magia działa? Ona też jest animusem, prawda?
– Tak jakby. Jest animusem, który nie chce używać magi – odparła Pełnia. – Nie możemy prosić jej o pomoc w tej sprawie.
– Cóż, w porządku, nie prośmy – zdecydowała Tsunami. – Słuchajcie, nie potrzebujemy mocy animusów.
– Nie? – Żółw przekrzywił głowę i spojrzał na nią.
Tsunami uśmiechnęła się szeroko, odsłaniając zęby.
– Razem z przyjaciółmi rozwiązałam mnóstwo problemów bez mocy animusów, dziękuję bardzo. Nazywa się to zaradność. I mądrość. I absolutna bohaterskość, bez żadnych przepowiedni.
– W porządku, Spryciulo McKrab – odparł Żółw. – W takim razie jak ty i twoi zaradni i bohaterscy przyjaciele rozwiązalibyście ten problem?
– Cóż… po pierwsze, musimy zdobyć więcej informacji, prawda? – powiedziała Tsunami. – Chcemy tam dotrzeć, by przekonać się, czy Luna mówi prawdę. By sprawdzić, co tak naprawdę się tam dzieje i czy powinniśmy się w to mieszać.
– Z tego, co widzę w jej umyśle, sądzę, że mówi prawdę – odparła Pełnia. – Jednak trudno jest mi dostrzec pełny obraz sytuacji. Chciałabym, żeby istniał jakiś sposób, żebyśmy mogli wybrać się na zwiady i ocenić, czy w jakiś sposób możemy jej pomóc.
– Może też sprawdzić, czym jest to „wielkie zło”? – dodał Ghibli. – Taka informacja byłaby super.
– Musimy więc dostać się na drugi kontynent – powiedziała Tsunami. – Nie potrzebujemy do tego magicznego powietrznego żagla.
– Ach, uhm – rzucił Ghibli. – Eee, to znaczy… już o tym pomyślałem. Właśnie dlatego przyprowadziłem konkretnie was dwoje. I żeby było jasne, pierwszy o tym pomyślałem.
– O czym? – zapytał Żółw.
– O dostaniu się na zaginiony kontynent – powiedziała Tsunami i wskazała skrzydłem ocean. – Jedyne, co ty i ja musimy zrobić, to tam popłynąć.
Przez większość życia Świerszczki jej najlepszymi przyjaciółmi były książki.
Książki akceptowały ją i dzieliły się z nią wszystkimi sekretami.
Książki nigdy nie mówiły jej, by przestała zadawać tyle pytań ani nie oskarżały o bycie wścibską i irytującą. Książki nigdy nie powiedziały: „Świerszczko, nie musisz tego wiedzieć. Pilnuj swojego nosa!”.
W książkach wszystko miało swoje wyjaśnienie. Szczególnie lubiła literaturę faktu: pełną konkretnych informacji, w której wszystko musiało mieć sens. Gdy pojawiało się jakieś pytanie, w końcu dostawała na nie odpowiedź. Każda tajemnica została w ten sposób wyjaśniona. Fakty pasowały do siebie. Kiedy chciała coś wyjaśnić, znajdowała to, bez żadnych szeptów, zimnych spojrzeń czy trzaskających drzwi.
Kolejną rzeczą, którą lubiła w książkach, było to, że jedna z nich prawdopodobnie uratowała jej życie.
Była to ogromna księga o tytule Architektura Rojów, wydanie rozszerzone – teraz z rozdziałami o hydroponice i jedwabnych mostach! – która, technicznie rzecz biorąc, należała do jej matki, a zatem, technicznie rzecz biorąc, była poza zasięgiem „małych i brudnych smoczych szponów”. Właśnie dlatego dwuletnia Świerszczka ukryła się z nią w szafce, gdy wszyscy po raz pierwszy stracili rozum.
– Dlaczego ta książka jest tak bardzo zakochana w sobie? – mruknęła Świerszczka. Jedyne, czego chciała się dowiedzieć, to jak dostać się z domu w Roju Cykad do Świątyni Jasnowidzki w Roju Os, najlepiej w jakiś sprytny i naprawdę szybki sposób, dzięki któremu tego samego dnia wróciłaby do domu i nikt by nie zauważył, że zniknęła. Chciała ją po prostu jeszcze raz zobaczyć, choćby przez moment.
Jednak każde zdanie w tej księdze było o WIEEELE za długie, a autor nieustannie się powtarzał. Nie wspominając już o niekończących się, pełnych uniesienia akapitach o każdym, najmniejszym nawet wygięciu czy oknie i szczególe, który ilustrował „wykwintną mentalną jakość” królowej Osy i jej „wyczucie równowagi wizualnej” albo inny tego typu nonsens.
– To nie jest księga odpowiedzi – mruknęła, przewracając strony. – To księga uniżenia.
Zatrzymała się na stronie ze szczegółowym rysunkiem Roju Os. Księga była niemal tak duża jak ona, artysta miał więc mnóstwo miejsca na narysowanie świątyni w sercu Roju. Świerszczka oparła brodę na szponach i z rozmarzeniem zaczęła wpatrywać się w idealne kolumny, idealną kopułę dachu, idealną bibliotekę i ciche stawy wokół świątyni.
Po raz pierwszy odwiedziła ją kilka dni wcześniej, kiedy jej siostra, Katyda, zabrała ją ze sobą w ramach prezentu urodzinowego. Było to najpiękniejsze miejsce, jakie kiedykolwiek widziała. Wyobrażała sobie: być Bibliotekarką i na stałe tam mieszkać! Być odpowiedzialną za Księgę Jasnowidzki, najważniejszą książkę na świecie… i być jedną z dwóch smoków, którym było dane ją przeczytać.
To była prawdziwa księga odpowiedzi. Setki lat wcześniej Jasnowidzka spisała przepowiednie wszystkich najważniejszych wydarzeń, które miały nastąpić po jej śmierci. Gdyby Świerszczka zdołała ją przeczytać, wiedziałaby naprawdę wszystko! Być może w jej głowie przestałoby buczeć od pytań. Może w końcu poczułaby, że wszystko ma sens.
Szczerze wolałaby, żeby świat bardziej przypominał książkę: „Tutaj jest pytanie, tutaj masz odpowiedź. Tutaj kryją się tajemnice świata, a tutaj jest wszystko, co chciałabyś o nich wiedzieć”.
Gdyby jej życie było jak księga, sprawdziłaby indeks i przeszła prosto do strony, która wyjaśniłaby jej, dlaczego rodzice cały czas się kłócili albo dlaczego matka jej nie kochała. Przeczytałaby rozdział o tym, dlaczego Katyda była zawsze smutna, a potem przeszłaby do tego, jak to naprawić, by jej siostra była szczęśliwa.
To były tajemnice jej dwuletniego życia. Nie miała pojęcia, że pod powierzchnią całego Roju krył się jeszcze większy sekret ani że ona sama mogła być kluczem do jego rozwiązania.
Nagły wrzask z zewnątrz wyrwał Świerszczkę z zamyślenia, strasząc ją tak bardzo, że uderzyła głową w blat szafki i niemal przewróciła niewielki świecznik z płonącym jedwabiem, który przemyciła do środka. Chwyciła go gwałtownie, czując falę paniki i ulgi. Gdyby podpaliła księgę matki, równie dobrze mogłaby podpalić cały dom, żeby ukryć dowody – tak czy inaczej, byłaby w takich samych tarapatach.
Wrzask rozległ się ponownie i Świerszczka niemal wyskoczyła z szafki, by sprawdzić, co się dzieje. Zanim zdążyła to zrobić, w kuchni rozległy się kroki. Szybko zakryła skrzydłami płomień.
– W tym Roju jest zdrajca – rozległ się głos jej matki, który jednak brzmiał jak zupełnie inny. – Nie pozwólcie mu uciec.
Świerszczka wstrzymała oddech, przerażona bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Do kogo mówiła matka? Dlaczego brzmiała… inaczej?
W pomieszczeniu rozległ się stukot kolejnych szponów. To z pewnością była Katyda, jedyny obecny w domu smok. Nagle oba smoki wybiegły na zewnątrz.
Świerszczka uchyliła drzwiczki szafki i wyjrzała na zewnątrz. Kuchnia była pusta, lecz smoczyca słyszała dochodzące z ulicy zamieszanie.
Ciekawość i strach zaczęły toczyć w niej walkę i, jak często było w jej życiu, ciekawość zwyciężyła. Zostawiła księgę w ukryciu, wzięła lampę i wyślizgnęła się z szafki, po czym pośpieszyła na piętro, do gabinetu matki, którego okno wychodziło na ulicę.
Była to ta sama ulica, którą latała każdego dnia: domy z drzewiny, płytki turkusowej mozaiki lśniące w blasku ognistojedwabnych lamp, tu i tam starannie zadbane ogrody, ścieżka czarnych kamieni na ziemi wskazujących smoczętom drogę do szkoły.
Jednakże zamiast jej uprzejmych, spokojnych sąsiadów i przechadzających się smoków, ulica roiła się od obnażonych zębów i maszerujących szponów. Świerszczka nigdy nie słyszała słowa „motłoch”, ale kiedy lata później je poznała, pomyślała, że bardzo pasowało do tego, co zobaczyła… choć nie do końca. Smoki na ulicy nie były wściekłe ani nie panował wśród nich chaos. Poruszały się w upiornej harmonii i niemal całkowitej ciszy, otaczając jedynego smoka, który wyłamał się z ich zgodnego rytmu, i odcinając mu wszelkie drogi ucieczki.
Smok kulił się w centrum wpatrującego się w niego kręgu, przyciskając do ciała skrzydła w czerwono-czarne pasy. Wyglądał na starego, o wiele starszego od innych znanych Świerszczce smoków. Miał może sześćdziesiąt lat, a może sto? Naprawdę nie wiedziała, jak odgadywać wiek dorosłych smoków. Był jednak dość duży, a jego łuski nieco wyblakły i poruszały się niemrawo, jakby bolały go kości.
– Proszę, wypuśćcie mnie! – zawołał do tłumu. Jego oczy na moment zamigotały bielą, lecz zaraz na powrót pociemniały. – Przysięgam, nie jestem dla was zagrożeniem! Nie chcę być jak oni!
– To nie wchodzi w grę – odpowiedziały zgodnie smoki.
Nie tylko ich głosy były dziwne. Ich oczy… z ich oczami również było coś nie tak.
Zalała ją fala strachu. Oczy wszystkich zgromadzonych w tłumie smoków były białe niczym czyste mleczne kamyki, jak zrzucona skóra z węża czy martwa, wyssana z krwi larwa.
Trzy z nich wystąpiły do przodu z obnażonymi szponami i podniosły ogony, celując jadowymi kolcami w ofiarę. Ich pyski były obojętne, zimne i bezlitosne. Wszystkie wyglądały, jakby były gotowe zabić go bez litości.
A wśród nich była Katyda.
Świerszczka skuliła się pod oknem, a jej serce zabiło gwałtownie.
Co się dzieje? Co się stało z moją siostrą? Co się stało z nimi wszystkimi?
Z ulicy dobiegł kolejny krzyk i smoczyca zmusiła się, by ponownie wyjrzeć. Stary Ososkrzydły szedł, opierając się słabo, otoczony smokami w bojowym szyku, z których niemal wszystkie były jej najbliższymi przyjaciółmi. Tyle że teraz zmieniły się w coś zupełnie innego, coś mrocznego, co nie było już smokiem. Świerszczka nie wiedziała, czy kiedykolwiek jeszcze będzie w stanie patrzeć na nie tak samo jak wcześniej.
Kątem oka dostrzegła przy drzwiach błysk błękitu i zdała sobie sprawę, że w pobliżu drzwi kryje się Gładkoskrzydła, chowając się w cieniu, by nie ściągać na siebie uwagi. Oczy smoczycy były normalne, lecz na jej pysku malowały się strach i dezorientacja.
Świerszczka omiotła wzrokiem pobliskie domy i dostrzegła pięć innych Gładkoskrzydłych, obserwujących całą scenę zza uchylonych drzwi i okien. Żaden z nich nie miał białych oczu. Na pyskach niektórych malowała się rezygnacja, jakby już wcześniej widziały coś takiego, ale przynajmniej u wszystkich widoczne były emocje. Żaden z nich nie był obojętny jak idące niżej Ososkrzydłe.
Czyli cokolwiek się tu dzieje, dzieje się tylko Ososkrzydłym. Nie wpływa to na Gładkoskrzydłe…
…ani na mnie.
Zaczęła się nad tym zastanawiać, o wiele bardziej woląc to od rozmyślania nad przerażającą sceną, którą właśnie zobaczyła.
Czy to dlatego, że jestem za młoda?
To jednak nie mogło być to – w tłumie wszędzie widziała smoczęta, wygłaszające te same słowa, co pozostałe Ososkrzydłe. Bombardier, najbardziej irytujący smok w jej klasie, był wśród tych, którzy odprowadzali starego smoka. Nawet Komar, najmniejsza smoczyca w okolicy, która wykluła się miesiąc temu, stała tam z pustym spojrzeniem i obnażonymi zębami.
Być może to coś, czego rodzice uczyli swoje dzieci, a ponieważ rodzice Świerszczki jej nie lubili, zapomnieli (albo po prostu nie byli zainteresowani), by ją tego nauczyć.
Może inne Ososkrzydłe uczyły się tego w szkole, w czasie, gdy ona siedziała pod biurkiem i czytała, nie zwracając na resztę uwagi.
Może dla wszystkich pozostałych Ososkrzydłych organizowano spotkania, a jej nie zapraszano, bo zadawała zbyt wiele pytań.
Ale Katyda…
Katyda by jej powiedziała, gdyby wszystkie Ososkrzydłe robiły razem coś, o czym Świerszczka powinna wiedzieć. Nauczyłaby ją, jak wybielać swoje oczy, maszerować z innymi, grozić starym smokom i wyglądać absolutnie przerażająco.
Co jednak ważniejsze, Katyda nigdy nie zrobiłaby żadnej z tych rzeczy.
Tyle że właśnie tak się stało. Widziałam ją.
Gdzieś na dole trzasnęły drzwi. Świerszczka spojrzała za okno, gdzie Ososkrzydłe już się rozchodziły. Te odprowadzające starego smoka były jeszcze widoczne w oddali, lecz pozostałe potrząsały głowami, ziewały i wracały do domów.
O-o. Jeśli Katyda była wśród tych, które odmaszerowały ze starym Ososkrzydłym… to oznaczało, że smokiem, który właśnie wszedł do domu, była matka.
Świerszczka wypadła z gabinetu i w ostatniej chwili ukryła się w najbliżej stojącej szafie. Przez szczelinę w drzwiach patrzyła, jak matka, stąpając ciężko, przechodzi obok i w smudze żółto-czarnych łusek wchodzi do gabinetu. Jej skrzydła drgały szybko, jak zawsze, kiedy była zirytowana (zazwyczaj na Świerszczkę).
Ogólnie rzecz biorąc, fakt, że matka opuściła gabinet w godzinach pracy, był naprawdę dziwny. Świerszczka i Katyda miały zakaz wydawania jakiegokolwiek dźwięku przed południem, żeby tylko jej nie przeszkadzać.
Drzwi do gabinetu zamknęły się i Świerszczka wypuściła wstrzymywane powietrze. Część niej miała ochotę wpaść do pomieszczenia i zadać matce kłębiące jej się w głowie pytania. A pierwsze brzmiałoby: „Czy Katyda wróci? Kiedy?”.
No i oczywiście: „CO TO, DO ROJU, BYŁO?”.
Na szczęście jakiś głębszy instynkt zdołał ją ochronić. Tym razem nie pozwoliła ciekawości wygrać.
Zamiast tego przekradła się na najwyższe piętro, do pokoju siostry, i zwinęła się w kłębek pod jej granatowym jedwabnym kocem. Zamknęła oczy i starając się nie rozpłakać, czekała.
Była już późna noc, kiedy Katyda w końcu wróciła wyczerpana do domu. Ojciec Świerszczki wrócił wcześniej i Świerszczka słyszała, jak rodzice jedzą razem kolację i syczą na siebie nawzajem. Żadne z nich jej nie szukało ani nie zawołało, by do nich dołączyła. To jednak było normalne. Katyda była jedyną w rodzinie, która starała się organizować rodzinne obiady. To ona zawsze pilnowała, by Świerszczka była nakarmiona i na czas trafiła do szkoły. Za rok to właśnie ona miała zabrać ją do lekarza po okulary.
Była jedynym smokiem, którego Świerszczka kochała.
Gdy Katyda weszła do pokoju, serce Świerszczki zabiło mocno. W jednej chwili wyskoczyła spod koca, chwyciła siostrę za ramiona i spojrzała jej prosto w oczy. Były normalne.
– Auu, ostrożnie – zganiła ją siostra, ale łagodnym tonem, po czym odsunęła szpony Świerszczki i poruszyła ramionami, jakby były obolałe. – Musiałam polecieć dzisiaj do Roju Os i z powrotem, bądź więc nieco bardziej delikatna.
– Dlaczego? – zapytała gwałtownie Świerszczka. – Dlaczego musiałaś? Co zrobiliście temu staremu smokowi? Co się stało rano z waszymi oczami? Dlaczego wszyscy zachowywali się tak okropnie i dziwnie? – Wszystkie pytania, które wcześniej gromadziły się w jej głowie, teraz nagle się z niej wylały, razem ze łzami. – Co to był za głos? Dlaczego wyglądałaś tak okropnie? Katydo, co ci się stało?
Katyda powinna powiedzieć coś pocieszającego. Powinna wzruszyć ramionami, roześmiać się i wyjaśnić, że to tylko taka gra Ososkrzydłych, której sama Świerszczka nauczy się w przyszłym tygodniu. Że to nic takiego, nic ważnego.
Zamiast tego Katyda wpatrywała się w nią, a wyraz jej pyska bynajmniej nie był uspokajający.
– To, co stało się ze mną… nie stało się też z tobą?
– Nie! – zawołała Świerszczka. – To znaczy… nie wiem, co to było, ale z pewnością nie stałam się nagle opętana ani przerażająca i upiornie wredna, jak wszyscy, których tam widziałam. Katydo, twoje oczy były całkiem białe! I warczałaś na tego starego smoka! Nie widziałaś, jak bardzo się bał?
– Ale to był rozkaz dla całego Roju – powiedziała Katyda. – Wysunąć wszystkie szpony. Dotyczyło to każdego smoka w Roju. Niemożliwe, że zostałaś pominięta. – Na jej dobrym, pomarańczowo-żółtym pysku malowało się zmartwienie. Świerszczka jeszcze nigdy nie widziała siostry tak zaniepokojonej.
– Pominięta w jakiej kwestii? – zapytała Świerszczka.
Katyda potarła czoło i odwróciła się, by zamknąć drzwi, chociaż rodzice prawdopodobnie i tak już spali. Poza tym zazwyczaj i tak nie zaglądali do pokojów sióstr.
– Nie zdarza się to często… – powiedziała cicho – …ale czasami królowa Osa… kontroluje smoki. Chodzi mi o to, że nie tylko przez rozkazy i żołnierzy. Tylko o to, że dostaje się do twojego umysłu i każe robić ci… cokolwiek zechce.
– Co? – zapytała Świerszczka. – Jak? To… Co?
– To bardzo praktyczne – przyznała Katyda. – Tak jak dzisiaj, gdy pojawił się zdrajca, który od niej uciekł i próbował się ukryć w naszym Roju. Królowa Osa potrafi przejąć kontrolę nad wszystkimi smokami naraz i natychmiast je odnaleźć. Wtedy go złapaliśmy, a ona uwolniła niemal wszystkich. Tylko kilkoro z nas musiało odeskortować go z powrotem do niej.
– Ale… ty chcesz to robić? – zapytała Świerszczka. – Ona może tak zrobić w każdej chwili, z każdego miejsca? A co, jeśli jesteś zajęta? Albo jeśli nie chcesz robić tego, czego ona chce?
Siostra pokręciła głową.
– W takiej chwili chce się to robić – powiedziała. – To królowa, Świerszczko. Gdyby stała obok ciebie i wydała rozkaz, oczywiście, że natychmiast byś go wykonała. To praktycznie to samo, tylko że nie musi być w wielu miejscach naraz.
To wcale nie to samo, pomyślała buntowniczo Świerszczka.
– Czyli twoje szpony się poruszają, głos wydobywa ci się z gardła i poruszasz skrzydłami, by lecieć… i nic nie możesz na to poradzić? – zapytała. – Nie możesz nawet powiedzieć: „Nie, dziękuję, nie dzisiaj?”.
Katyda gwałtownie machnęła skrzydłami.
– Oczywiście, że nie! Świerszczko, z pewnością nie powiedziałabyś czegoś takiego królowej. Bądź poważna.
Gdyby kazała mi kogoś dźgnąć, zrobiłabym to, pomyślała Świerszczka. Gdyby kazała mi odciągnąć starego płaczącego smoka, powiedziałabym: „Nie”.
Tak myślała. Miała nadzieję.
Nie miała pewności. Między odwagą w książce a odwagą w realnym życiu była wielka różnica i dlatego Świerszczka w jej głowie zapewne różniła się od prawdziwej Świerszczki, która stałaby przed przerażającą królową.
– Ale jak to działa? – zapytała. – W żadnej naukowej księdze nigdy o czymś takim nie czytałam.
– Nie mam pojęcia – odpowiedziała Katyda ze zmęczeniem w głosie.
Właśnie tak kończyła się większość ich wspólnych rozmów. Teraz jednak Świerszczka nie zamierzała się poddać.
– I dlaczego to na mnie nie działa? – pytała dalej. – Czy matka ma rację, mówiąc, że ze mną jest coś nie tak?
– Nie! – zaprotestowała Katyda. – Oczywiście, że nie. Nie wiem, dlaczego tak jest. Ale „dlaczego” nie ma tutaj znaczenia… Ważne jest to, jak cię ochronić, żeby nikt się nie dowiedział, że to nie ma na ciebie wpływu. Kiedy coś takiego nastąpi, musisz być czujna. Znajdziemy ci miejsce, w którym będziesz mogła się ukryć. Dobra wiadomość jest taka, że królowa nie robi tego zbyt często. Ochronię cię, Świerszczko, obiecuję.
– Sądzisz, że będę miała kłopoty, jeśli królowa się o tym dowie? – zapytała cicho Świerszczka.
– Obawiam się, że może tak być – przyznała Katyda, po czym objęła siostrę skrzydłami i przytuliły się do siebie.
– Ale… jeśli królowa przejmie kontrolę nad twoim umysłem… nie dowie się o mnie? Teraz, kiedy ty już wiesz?
– Nie, to tak nie działa – powiedziała Katyda. – Nie ma dostępu do naszych myśli, sekretów i tego, co wiemy. Po prostu przez jakiś czas kontroluje nasze ciała.
Świerszczka zadrżała. To brzmiało absolutnie strasznie. Poza tym niezwykle dziwne i niepokojące było to, że sama Katyda nie uważała tego za absolutnie straszne.
Jednakże Katyda dotrzymała słowa. Przez kolejne cztery lata chroniła ją, a Świerszczka nauczyła się być ostrożną i ukrywać się do chwili, w której kontrola królowej mijała. Pytanie „dlaczego” nadal było dla niej ważne i gdzie tylko mogła, szukała na nie odpowiedzi, lecz bez skutku. Mimo to dotrzymała tajemnicy i była na tyle mądra, ostrożna i bezpieczna, na ile mogło być ciekawskie smoczę.
Do chwili, w której najpiękniejszy smok, jakiego kiedykolwiek widziała, zeskoczył ze szkolnego muru. Wtedy cała jej ostrożność wyleciała przez okno.
Nie potrafiła dokładnie wyjaśnić, dlaczego pomogła Błękitowi… ani dlaczego wyjawiła mu swój sekret… albo dlaczego porzuciła bezpieczeństwo, jakie dawał jej Rój, by w ryzykownej misji ratunkowej przelecieć z nim przez całą sawannę. Być może odpowiedzi na wszystkie te pytania odnajdzie na końcu swojej własnej książki.
Teraz jedyne, czemu musiała stawić czoło, to konsekwencje. Była uciekinierką, ściganą za kradzież Księgi Jasnowidzki, i pomagała ognistojedwabnym zbiec przed królową. Niestety okazało się, że Księga Jasnowidzki nie zawierała odpowiedzi na wszystkie pytania wszechświata. Co gorsza, w świątyni ujawniona została odporność Świerszczki na kontrolę umysłu i teraz królowa wiedziała, że jest inna… że nie może nad nią zapanować. Świerszczka już nigdy nie będzie mogła wrócić do domu.
Z drugiej strony miała teraz Błękita. I gdy siedziała przy jego lekko jarzącym się kokonie w podziemnej jaskini Pantali, zdecydowała, że nie żałuje niczego, co zrobiła… Może poza jednym.
Naprawdę, naprawdę, NAPRAWDĘ żałowała, że nie zabrała ze sobą książki.
Świerszczka westchnęła i rozprostowała skrzydła. Jeszcze cztery DNI siedzenia w jaskini bez niczego do czytania? Naprawdę zaraz oszaleje.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
