Królowa roju. Saga Skrzydła ognia. Tom 12 - Tui T. Sutherland - ebook + książka

Królowa roju. Saga Skrzydła ognia. Tom 12 ebook

Tui T. Sutherland

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.



Dowiedz się więcej.
Opis

Dorastając w Rojach, Świerszczka zawsze miała mnóstwo pytań. Dlaczego drzewa były zakazane - nawet w sztuce? Dlaczego ma wrażenie, że rodzice jej nienawidzą? I to największe, najbardziej niebezpieczne i skrywane pytanie ze wszystkich: dlaczego jest odporna na potęgę królowej Osy? Za każdym razem, gdy władczyni przejmuje kontrolę nad Ososkrzydłymi, przemawiając ich ustami i patrząc ich oczami, Świerszczka musi się ukrywać, sparaliżowana strachem przed wykryciem. Teraz ponownie się ukrywa, poszukiwana za kradzież Księgi Jasnowidzki. Wraz z Gładkoskrzydłymi przyjaciółmi, Błękitem i Mieczykiem oraz wojowniczą Liścioskrzydłą, Rosiczką, szukają odpowiedzi – i muszą znaleźć je szybko, by zapobiec atakowi Liścioskrzydłych. Jednak pytań w jej głowie tylko przybywa. Jak ma pozostać w ukryciu i jednocześnie odkryć najmroczniejszy sekret królowej? A nawet jeśli jej się uda… czy pozbawione jakichkolwiek mocy smoczę naprawdę może zrobić cokolwiek, by obalić reżim i powstrzymać wojnę?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 242

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Cykl Skrzydła Ognia

SKRZY­DŁA OGNIA

Księga pierw­sza: Smo­cze pro­roc­two

Księga druga: Zagi­niona suk­ce­sorka

Księga trze­cia: Ukryte kró­le­stwo

Księga czwarta: Mroczny sekret

Księga piąta: Naj­ja­śniej­sza noc

Księga szó­sta: Prze­bu­dze­nie pełni

Księga siódma: Koniec zimy

Księga ósma: Ucieczka groźby

Księga dzie­wiąta: Szpony mocy

Księga dzie­siąta: Smo­czy mrok

Księga jede­na­sta: Zagi­niony kon­ty­nent

Legendy: Mroczny prze­śla­dowca

Tytuł ory­gi­nału: Wings of Fire. Book Twe­lve: The Hive Queen

Copy­ri­ght © 2018 by Tui T. Suther­land Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2025 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Urszula Okrzeja Korekta: Mag­da­lena Gór­nicka, Bar­tosz Szpojda Ilu­stra­cja na okładce: Joy Ang Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Piotr Chy­liń­ski Mapy i ramki: Mike Schley Ilu­stra­cje smo­ków: Joy Ang Pro­jekt typo­gra­ficzny: Phil Falco

ISBN 978-83-68919-71-4

Pro­du­cent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Kon­sty­tu­cji 5/10, 00-657 War­szawa www.mag.com.pl han­[email protected]

Wyłączny dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Maz. tel. 22 733 50 10 www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dla Wendy i Fiony,pary miłych i zabaw­nychmoli książ­ko­wych o smo­czych ser­cach –Świerszczka, niedź­wiadki i ja uwa­żamy,że jeste­ście brat­nimi duszami!

Mapa Pantali

Leksykon smoków

Ososkrzydłe

Opis: czer­wone, żółte i/lub poma­rań­czowe, lecz zawsze zmie­szane z czar­nymi łuskami; cztery skrzy­dła

Zdol­no­ści: róż­nią się mię­dzy smo­kami; ich przy­kłady obej­mują śmier­cio­no­śne kolce wysu­wa­jące się z nad­garst­ków, by ugo­dzić wroga; jad w zębach lub szpo­nach; tok­synę para­li­żu­jącą ofiarę lub wrzący kwas try­ska­jący z żądła na ogo­nie

Kró­lowa: kró­lowa Osa

Gładkoskrzydłe

Opis: Gład­ko­skrzy­dłe smo­częta rodzą się bez skrzy­deł; w wieku sze­ściu lat prze­cho­dzą meta­mor­fozę i naby­wają cztery ogromne skrzy­dła i umie­jęt­no­ści przę­dze­nia jedwa­biu; rów­nie piękne i deli­katne jak motyle, z łuskami mie­nią­cymi się w słońcu wszyst­kimi kolo­rami, prócz czar­nego

Zdol­no­ści: potra­fią prząść jedwab z gru­czo­łów w nad­garst­kach, słu­żący do two­rze­nia sieci lub innych tka­nych mate­ria­łów; czuł­kami wychwy­tują wibra­cje i oce­niają nie­bez­pie­czeń­stwo

Kró­lowa: kró­lowa Osa (ostat­nią Gład­ko­skrzy­dłą, przed Woj­nami Drzew­nymi, była kró­lowa Monar­cha)

Liścioskrzydłe

Opis: uni­ce­stwione pod­czas Wojen Drzew­nych z Oso­skrzy­dłymi, lecz kiedy jesz­cze żyły, posia­dały zie­lone i brą­zowe łuski oraz skrzy­dła w kształ­cie liści

Zdol­no­ści: potra­fiły chło­nąć ener­gię sło­neczną i były zna­ko­mi­tymi ogrod­ni­kami; o nie­któ­rych mówiono, że mają nie­zwy­kłą kon­trolę nad rośli­nami

Kró­lowa: ostat­nią znaną kró­lową Liścio­skrzy­dłych była kró­lowa Sekwoja, około stu lat temu, w cza­sie Wojen Drzew­nych

Proroctwo o zaginionym kontynencie

Zwróć oczy, skrzy­dła i pło­mieńKu lądowi hen, za morzem,Gdzie tru­ci­zna i śmierć smoki tropiI wolny być nikt nie może.

W ich jajach sekret się czai.Tajem­nica w księ­gach skrywa.Tajem­nica pogrze­banaOcali tych, co odważą się ją odkry­wać.

Otwórz serce, umysł i skrzy­dłaNa smoki, co z Roju zbie­gną.Ze złem się zmierz, szpony swe jed­no­cząc,Ina­czej nie prze­trwa żadne z ple­mion.

Prolog

Ocean prze­su­wał się pod szpo­nami Pełni, rów­nie ciemny i nakra­piany gwiaz­dami jak jej wła­sne łuski.

Zawsze myślała o morzu jak o kra­wę­dzi świata. Kiedy już do niego dotar­łeś, to był koniec – nie mogłeś iść dalej.

Teraz jed­nak wie­działa, że to nie jest prawda.

Fale wyrzu­ciły na brzeg smoka z dru­giego końca oce­anu… z ple­mie­nia, któ­rego nikt w Pyr­rii ni­gdy nie widział. Smoka z czte­rema skrzy­dłami zamiast dwóch. Smoka z dłu­gimi zwi­nię­tymi czuł­kami, łuskami niczym pla­stry klej­no­tów i zdol­no­ścią tka­nia ogni­stego jedwa­biu.

Luna była dowo­dem na to, że hen, po dru­giej stro­nie oce­anu, ist­niał kon­ty­nent pełen dziw­nych smo­ków.

Smo­ków, które, jak twier­dzi, potrze­bują mojej pomocy, pomy­ślała.

Zadrżała. To nie może być prawda. Prze­cież nie mogły potrze­bo­wać aku­rat jej.

To z jej winy Mroczny Prze­śla­dowca nie­mal zawład­nął całą Pyr­rią. Z jej winy zabił tyle Lodo­skrzy­dłych, w tym ich kró­lową. Widziała w nim zbyt wiele dobra, a nie­wy­star­cza­jąco dużo zła. Było za wcze­śnie, by mogła zaufać kolej­nemu smo­kowi opo­wia­da­ją­cemu o prze­śla­do­wa­niu. Chciała wyko­rzy­sty­wać swoje wizje, by nieść światu pomoc… ale nie była gotowa, by wziąć w swoje szpony los innych ple­mion.

Jed­nak Luna pra­gnęła, by Peł­nia ura­to­wała wszyst­kie Gład­ko­skrzy­dłe. Uwa­żała ją za dru­gie wcie­le­nie Jasno­widzki, która naj­wy­raź­niej była pierw­szą uko­chaną, sta­ro­żytną bogi­nią Pan­tali.

Tak, bez żad­nego stresu.

Może nam powie­dzieć, co się wyda­rzy! – roz­brzmiało w umy­śle Luny. Zoba­czy wszystko, co będą chciały zro­bić Oso­skrzy­dłe! Może prze­wi­dzieć kolejny ruch kró­lo­wej Osy, a wtedy Poczwarka wymy­śli, jak ją powstrzy­mać!

Tak było przez cały dzień. Luna miała nie­wia­ry­god­nie duże mnie­ma­nie o zdol­no­ściach Pełni i wiel­kie marze­nia o tym, jak zdo­łają wszystko zmie­nić.

W grun­cie rze­czy była tak pod­eks­cy­to­wana jej darem prze­wi­dy­wa­nia przy­szło­ści, że Peł­nia nie zna­la­zła w sobie jesz­cze odwagi, by powie­dzieć jej, że potrafi rów­nież czy­tać w myślach.

Dziw­nie się czuła, sły­sząc wszystko, co Luna myślała o niej, o Ghi­blim i Jer­boi i, szcze­rze mówiąc, z każdą chwilą, w któ­rej jej o tym nie mówiła, czuła się coraz bar­dziej nie­zręcz­nie. Gdyby miała dodat­kowy gwiezdny ogień, jakoś pod­rzu­ci­łaby go Lunie, by uci­szyć stru­mień jej nara­sta­ją­cych ocze­ki­wań. Nie­stety, żad­nego nie posia­dała, powie­dze­nie jej więc o tym i tak by w niczym nie pomo­gło.

A jed­nak powin­nam to zro­bić. Ukry­wa­nie tego jest błę­dem.

Peł­nia wes­tchnęła.

Ona W TEJ CHWILI widzi przy­szłość! – usły­szała jasno i wyraź­nie. Skrzy­wiła się i odwró­ciła do ska­czą­cej nad pia­skiem smo­czycy. Cóż… pró­bu­ją­cej ska­kać nad pia­skiem. Pia­sek zapa­dał się pod jej szpo­nami, nie­moż­liwe więc było zła­pa­nie jakie­go­kol­wiek rytmu w pod­sko­kach.

To tylko po czę­ści były myśli Luny. Peł­nia cza­sami plą­tała się w nich, gdy były zbyt bli­skie jej wła­snych. Nie była pewna, dla­czego, ale umysł Luny był bar­dziej zawiły niż u innych smo­ków.

– Dla­czego jesteś tutaj sama? – zapy­tała Luna, z roz­ma­chem sia­da­jąc obok niej. Pia­sek roz­prysł się dookoła.

– Cza­sami lubię wpa­try­wać się w księ­życe – powie­działa, po czym roze­śmiała się. – Wła­ści­wie to moje pełne imię. Straż­niczka Pełni.

– Moje imię w sta­rym języku ozna­cza księ­życ, wie­dzia­łaś o tym? – zapy­tała Luna. – Teraz to rodzaj ćmy.

Wyko­pała nie­wielki dołek w pia­sku przed sobą i upu­ściła do niego nić ogni­stego jedwa­biu. Blask ogrzał szpony Pełni.

– Nie, nie wie­dzia­łam – odparła Peł­nia, ale spodo­bało jej się to. Miała wra­że­nie, że nieco zbli­żyło ją to do smo­czycy, która cza­sami była bar­dzo emo­cjo­nalna. – Czym jest stary język?

Luna wzru­szyła ramio­nami.

– Nie wiem… może to język, któ­rym wszy­scy mówili w Pan­tali przed przy­by­ciem Jasno­widzki?

– Jasno­widzka zmie­niła wasz język? – spy­tała zdu­miona Peł­nia.

– Chyba tak. Tak czy siak, sły­sza­łam kie­dyś histo­rię, że to z jej powodu wszy­scy mówimy w smo­czym.

To wyja­śniało, dla­czego Pan­ta­la­nie i Pyr­ria­nie rozu­mieli się nawza­jem, jed­nak Peł­nia na­dal była zain­try­go­wana. Dla­czego Jasno­widzka nie nauczyła się ich języka?

Być może prze­wi­działa, że pew­nego dnia będą musieli się ze sobą komu­ni­ko­wać. A może po pro­stu miała na to nadzieję.

– Czy masz wła­śnie wizję? – zapy­tała z nadzieją Luna.

– Nie! – odpo­wie­działa Peł­nia. – Prze­pra­szam. Nie… na razie żad­nej nie mam.

Luna opu­ściła skrzy­dła na pia­sek, po czym pod­nio­sła muszelkę i zaczęła obra­cać ją w szpo­nach, jakby sku­pie­nie się na niej pozwa­lało jej powstrzy­mać płacz.

– Naprawdę bar­dzo mi przy­kro, Luno – powie­działa Peł­nia. – Naprawdę nie wiem, jak dopro­wa­dzić cię z powro­tem do Pan­tali. Nic w moich wizjach mi tego nie wska­zało.

– Boję się o mojego młod­szego brata – powie­działa Luna, wrzu­ca­jąc muszelkę do oce­anu. – I o Mie­czyka. Pew­nie odcho­dzi od zmy­słów.

– Ghi­bli coś wymy­śli – zapew­niła ją Peł­nia. – Tak jak zawsze. – Zawa­hała się. – Luno… nie wiem, czy mówie­nie ci tego to dobry pomysł, ale sły­szę w gło­wie pro­roc­two.

– Pro­roc­two? – powtó­rzyła Luna.

– Zaczęło się, gdy w moich myślach zoba­czy­łam cie­bie w cha­cie Jer­boi. Na początku sły­sza­łam zale­d­wie kilka słów, ale z cza­sem, kiedy jestem bli­sko cie­bie, stają się coraz wyraź­niej­sze. Nie do końca je rozu­miem. I oba­wiam się, że mogą cię prze­ra­zić.

– Nie­ła­two mnie prze­stra­szyć – odparła Luna. – Pro­szę, powiedz mi.

Peł­nia wyczuła za sobą ruch, po czym usły­szała kilka luź­nych bur­kli­wych myśli wygło­szo­nych zna­jo­mym gło­sem. Ghi­bliemu udało się wró­cić. Cóż, usły­szał to, podob­nie jak dwa inne towa­rzy­szące mu smoki.

Wzięła szpony Luny w swoje, zamknęła oczy i oczy­ściła umysł, by słowa pro­roc­twa mogły przez nią prze­pły­nąć. Nie podo­bało jej się to. Uwa­żała, że tajem­ni­cze, rymu­jące się pro­roc­twa nie były tak przy­datne jak wizje, a ostat­nie z nich dopro­wa­dziło do prze­ra­ża­ją­cego miej­sca. Mimo to ostat­nie rów­nież ura­to­wało ją i jej przy­ja­ciół, nie mogła więc ich igno­ro­wać.

– Zwróć oczy, skrzy­dła i pło­mień – wyszep­tała – ku lądowi hen, za morzem. – Poczuła, że Luna zadrżała.

Gdzie tru­ci­zna i śmierć smoki tropi

I wolny być nikt nie może.

W ich jajach sekret się czai.

Tajem­nica w księ­gach skrywa.

Tajem­nica pogrze­bana

Ocali tych, co odważą się ją odkry­wać.

Otwórz serce, umysł i skrzy­dła

Na smoki, co z Roju zbie­gną.

Ze złem się zmierz, szpony swe jed­no­cząc,

Ina­czej nie prze­trwa żadne z ple­mion.

Zapa­dła cisza. Peł­nia wzięła kilka głę­bo­kich wde­chów.

– Znam tajem­nicę kry­jącą się w księ­dze – powie­działa Luna. – Ale czym jest ukryty w jajach sekret? A ten pogrze­bany… myślę, że cho­dzi o ogni­sty jedwab. Wolny być nikt nie może, to aku­rat prawda. Wiel­kie zło. Hmm… może Oso­skrzy­dłe są tym złem?

– Raaany – powie­dział Ghi­bli, pod­cho­dząc do nich i trą­ca­jąc skrzy­dłem jedno ze skrzy­deł Pełni. – Czy dopiero co nie sta­wi­li­śmy czoła wiel­kiemu złu? Jeśli chce­cie znać moje zda­nie, to według mnie to się liczy. Sta­wie­nie czoła wiel­kiemu złu. Zro­bione. Można to wykre­ślić z listy rze­czy do zro­bie­nia.

Peł­nia otwo­rzyła oczy i uśmiech­nęła się do niego.

– Brzmi to raczej na zupeł­nie nowe wiel­kie zło – powie­dział ner­wowo ich przy­ja­ciel Żółw, sta­jąc obok niego. – Czy mogę gło­so­wać na „nie” w kwe­stii jakie­go­kol­wiek zła, jakie mia­łoby się jesz­cze poja­wić w naszym życiu?

– Cześć, Żół­wiu – przy­wi­tała go Peł­nia. – Witaj, Tsu­nami.

Wysoka błę­kitna Mor­sko­skrzy­dła, zało­ży­cielka Aka­de­mii na Jade­ito­wej Górze, skrzy­wiła się z iry­ta­cją.

– Peł­nio – powie­działa. – Mam wra­że­nie, że wyra­zi­łam się bar­dzo jasno na temat tego, że nie chcę mieć już do czy­nie­nia z żad­nymi pro­roc­twami.

– One mi się po pro­stu przy­tra­fiają – zapro­te­sto­wała Peł­nia. – Prze­pra­szam!

– Peł­nio – wyszep­tała Luna, ukrad­kiem trą­ca­jąc ją ogo­nem. – Kim są te smoki?

– Och… prze­pra­szam. Oczy­wi­ście – powie­działa Peł­nia. – Luno, to nasz przy­ja­ciel Żółw i jego sio­stra Tsu­nami. Pocho­dzą z ple­mie­nia Mor­sko­skrzy­dłych. Dzię­kuję, że ich przy­pro­wa­dzi­łeś, Ghi­bli.

– Cóż, pomy­śla­łem, że może Żółw mógłby coś zro­bić. Coś, co zabra­łoby nas przez ocean – powie­dział wymow­nie Ghi­bli. – Żeby Luna mogła wró­cić do domu.

– Och? – Luna spoj­rzała na Żół­wia zmru­żo­nymi oczami. – Coś takiego jak mój jedwabny żagiel?

– Ale coś takiego, czym mogli­by­śmy ste­ro­wać – powie­działa Peł­nia.

Razem z Ghi­blim zgo­dzili się, że nie mogli jej jesz­cze powie­dzieć o magii ani­musa. Skoro z powodu zdol­no­ści Pełni do prze­wi­dy­wa­nia przy­szło­ści ogar­nęły ją myśli o zemście i taka eks­cy­ta­cja, kto wie, co by się stało, gdyby dowie­działa się o praw­dzi­wej magii i o tym, co mogła ona zro­bić z wro­gim ple­mie­niem.

Nie możemy jej na to pozwo­lić, zgo­dzili się z Ghi­blim. Magia ani­musa była zbyt nie­bez­pieczna.

A jed­nak jakiś przed­miot stwo­rzony przez ani­musa, który zawiódłby ją do domu… to by nie zaszko­dziło nikomu. Ghi­bli zapro­po­no­wał, że poprosi o to Żół­wia.

– Jasne – powie­dział Żółw. – Zro­bić coś. Tyle że jest pro­blem. Nie mogę.

– Och – odparła Peł­nia. – Nie szko­dzi, Żół­wiu, rozu­miemy. Twoja dusza…

– Nie, nie – prze­rwał jej Żółw. Wyglą­dał na zmar­twio­nego. – Nie o to cho­dzi. Mówię o tym, że naprawdę pró­bo­wa­łem, ale… nie potra­fię.

Ghi­bli spoj­rzał na Peł­nię, jakby chciał powie­dzieć: „To prawda. Nie mam poję­cia, dla­czego!”.

– Luno, możesz dać nam chwilkę? – popro­siła Peł­nia.

– Pew­nie. – Czte­ro­skrzy­dła smo­czyca odwró­ciła się i powoli ruszyła do chatki Jer­boi, kule­jąc na zra­nio­nej nodze.

Wie­dzia­łam, że nie powin­nam budzić w sobie nadziei, pomy­ślała.

Peł­nia poczuła, jak zalewa ją fala współ­czu­cia.

– Biedna zagu­biona smo­czyca – powie­działa Tsu­nami. – Musi czuć się tutaj dziw­nie, oto­czona przez obcych, bez moż­li­wo­ści powrotu do domu.

– Żół­wiu, co się stało? – zapy­tała Peł­nia, gdy Luna nie mogła ich już usły­szeć.

– Nie wiem! – odparł Żółw, macha­jąc skrzy­dłami. – Nagle nie mogę rzu­cać żad­nych zaklęć! Pró­bo­wa­łem już wszyst­kiego, ale nic nie działa!

– Na trzy księ­życe – powie­działa oszo­ło­miona i zamru­gała z zanie­po­ko­je­niem.

– A teraz coś naprawdę dziw­nego… myślę, że Ukwiał też nie może – powie­dział. – Tuż przed tym, jak Ghi­bli po nas przy­le­ciał, mówiła mi o zaklę­ciu, które pró­bo­wała rzu­cić, by przy­wró­cić Tama­ry­nie wzrok. Myśla­łem o podob­nym dla Gwiezd­nego Lot­nika i porów­ny­wa­li­śmy nasze notatki. Ale powie­działa, że jej zaklę­cie nie działa, a ona nie ma poję­cia, dla­czego.

Żółw odwró­cił się do Ghi­bliego i spoj­rzał na niego surowo.

– Podej­rze­wam, że Ghi­bli zła­mał magię ani­mu­sów.

– JA?! – zawo­łał Ghi­bli. – Co niby zro­bi­łem?

– Zaklę­cia duszy! – powie­dział Żółw. – Pamię­tasz, jak uważ­nie je z nami ukła­da­łeś? Żeby chro­nić nasze dusze i upew­nić się, że będziemy mogli uży­wać magii, która nie wpływa na wolną wolę innych smo­ków?

– I żad­nej magii moty­wo­wa­nej ego­izmem – dodał Ghi­bli. – Tak. Wszy­scy zgo­dzi­li­śmy się, że takie zabez­pie­cze­nia będą pomocne.

– Tyle że… myślę, że to wyklu­czyło wszystko – powie­dział Żółw. – Może wszystko, co mogli­by­śmy zro­bić, można uznać za „moty­wo­wane ego­izmem” albo w jakiś spo­sób wpły­wa­jące na czy­jąś wolną wolę. Dla­tego teraz żadne z naszych zaklęć nie działa.

– O rety – wes­tchnęła Peł­nia.

– To… nie, to… to nie­do­rzeczne – zapro­te­sto­wał Ghi­bli. – Nie zła­ma­łem magii ani­mu­sów. Nie sądzę, żebym ją zła­mał. To nie ma… daj­cie mi pomy­śleć.

– Pró­bo­wa­li­ście zdjąć swoje przed­mioty z zaklę­ciem duszy, by spraw­dzić, czy magia będzie dzia­łać bez nich? – spy­tała Peł­nia.

– Ukwiał nie chciała – odpo­wie­dział Żółw. – Ja zdją­łem. Spró­bo­wa­łem nie­wiel­kiego zaklę­cia i na­dal nic. – Wska­zał na Ghi­bliego. – Zła­mana.

– Skoro magia nie dzia­łała nawet bez zaklę­cia duszy, to nie jest wina zaklę­cia duszy – powie­dział Ghi­bli. – I dla­tego to nie ja zła­ma­łem magię.

– Mimo to naprawdę mam wra­że­nie, że to ty – odparł Żółw.

– Może dzieje się coś jesz­cze – powie­działa zmar­twiona. W jej myślach poja­wiło się wspo­mnie­nie Mrocz­nego Prze­śla­dowcy, który knuł i maj­stro­wał z darami innych smo­ków. Wie­działa, że już go nie ma – został zmie­niony w smo­czę bez żad­nych mocy i pamięci o prze­szło­ści. Jed­nak cza­sami w jej snach na­dal wpro­wa­dzał zamęt wśród jej przy­ja­ciół. – Co, jeśli zro­bił wam to ktoś inny?

Albo zosta­wił po sobie coś, co to zro­biło… jakie­goś rodzaju zabez­pie­cze­nie. Mógł zro­bić coś takiego, prawda? Wtedy, gdyby kie­dy­kol­wiek utra­cił swoje moce, stra­ci­liby je rów­nież inni, tak?

– Nie ma nikogo, kto mógłby zro­bić coś takiego – powie­dział Ghi­bli. Bywało, że musiał obu­dzić ją z tych kosz­ma­rów, wie­dział więc, o czym myślała, rów­nie jasno, jakby sam posia­dał dar czy­ta­nia w myślach. – To tylko zakłó­ce­nie, a nie jakiś mroczny plan. Napra­wimy to.

– A co z Jer­boą? – zapy­tała Tsu­nami. – Czy jej magia działa? Ona też jest ani­mu­sem, prawda?

– Tak jakby. Jest ani­mu­sem, który nie chce uży­wać magi – odparła Peł­nia. – Nie możemy pro­sić jej o pomoc w tej spra­wie.

– Cóż, w porządku, nie pro­śmy – zde­cy­do­wała Tsu­nami. – Słu­chaj­cie, nie potrze­bu­jemy mocy ani­mu­sów.

– Nie? – Żółw prze­krzy­wił głowę i spoj­rzał na nią.

Tsu­nami uśmiech­nęła się sze­roko, odsła­nia­jąc zęby.

– Razem z przy­ja­ciółmi roz­wią­za­łam mnó­stwo pro­ble­mów bez mocy ani­mu­sów, dzię­kuję bar­dzo. Nazywa się to zarad­ność. I mądrość. I abso­lutna boha­ter­skość, bez żad­nych prze­po­wiedni.

– W porządku, Spry­ciulo McKrab – odparł Żółw. – W takim razie jak ty i twoi zaradni i boha­ter­scy przy­ja­ciele roz­wią­za­li­by­ście ten pro­blem?

– Cóż… po pierw­sze, musimy zdo­być wię­cej infor­ma­cji, prawda? – powie­działa Tsu­nami. – Chcemy tam dotrzeć, by prze­ko­nać się, czy Luna mówi prawdę. By spraw­dzić, co tak naprawdę się tam dzieje i czy powin­ni­śmy się w to mie­szać.

– Z tego, co widzę w jej umy­śle, sądzę, że mówi prawdę – odparła Peł­nia. – Jed­nak trudno jest mi dostrzec pełny obraz sytu­acji. Chcia­ła­bym, żeby ist­niał jakiś spo­sób, żeby­śmy mogli wybrać się na zwiady i oce­nić, czy w jakiś spo­sób możemy jej pomóc.

– Może też spraw­dzić, czym jest to „wiel­kie zło”? – dodał Ghi­bli. – Taka infor­ma­cja byłaby super.

– Musimy więc dostać się na drugi kon­ty­nent – powie­działa Tsu­nami. – Nie potrze­bu­jemy do tego magicz­nego powietrz­nego żagla.

– Ach, uhm – rzu­cił Ghi­bli. – Eee, to zna­czy… już o tym pomy­śla­łem. Wła­śnie dla­tego przy­pro­wa­dzi­łem kon­kret­nie was dwoje. I żeby było jasne, pierw­szy o tym pomy­śla­łem.

– O czym? – zapy­tał Żółw.

– O dosta­niu się na zagi­niony kon­ty­nent – powie­działa Tsu­nami i wska­zała skrzy­dłem ocean. – Jedyne, co ty i ja musimy zro­bić, to tam popły­nąć.

Część pierwsza. Migotliwe plemię

Rozdział 1

Przez więk­szość życia Świerszczki jej naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi były książki.

Książki akcep­to­wały ją i dzie­liły się z nią wszyst­kimi sekre­tami.

Książki ni­gdy nie mówiły jej, by prze­stała zada­wać tyle pytań ani nie oskar­żały o bycie wścib­ską i iry­tu­jącą. Książki ni­gdy nie powie­działy: „Świerszczko, nie musisz tego wie­dzieć. Pil­nuj swo­jego nosa!”.

W książ­kach wszystko miało swoje wyja­śnie­nie. Szcze­gól­nie lubiła lite­ra­turę faktu: pełną kon­kret­nych infor­ma­cji, w któ­rej wszystko musiało mieć sens. Gdy poja­wiało się jakieś pyta­nie, w końcu dosta­wała na nie odpo­wiedź. Każda tajem­nica została w ten spo­sób wyja­śniona. Fakty paso­wały do sie­bie. Kiedy chciała coś wyja­śnić, znaj­do­wała to, bez żad­nych szep­tów, zim­nych spoj­rzeń czy trza­ska­ją­cych drzwi.

Kolejną rze­czą, którą lubiła w książ­kach, było to, że jedna z nich praw­do­po­dob­nie ura­to­wała jej życie.

Była to ogromna księga o tytule Archi­tek­tura Rojów, wyda­nie roz­sze­rzone – teraz z roz­dzia­łami o hydro­po­nice i jedwab­nych mostach! – która, tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, nale­żała do jej matki, a zatem, tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, była poza zasię­giem „małych i brud­nych smo­czych szpo­nów”. Wła­śnie dla­tego dwu­let­nia Świerszczka ukryła się z nią w szafce, gdy wszy­scy po raz pierw­szy stra­cili rozum.

– Dla­czego ta książka jest tak bar­dzo zako­chana w sobie? – mruk­nęła Świerszczka. Jedyne, czego chciała się dowie­dzieć, to jak dostać się z domu w Roju Cykad do Świą­tyni Jasno­widzki w Roju Os, naj­le­piej w jakiś sprytny i naprawdę szybki spo­sób, dzięki któ­remu tego samego dnia wró­ci­łaby do domu i nikt by nie zauwa­żył, że znik­nęła. Chciała ją po pro­stu jesz­cze raz zoba­czyć, choćby przez moment.

Jed­nak każde zda­nie w tej księ­dze było o WIE­EELE za dłu­gie, a autor nie­ustan­nie się powta­rzał. Nie wspo­mi­na­jąc już o nie­koń­czą­cych się, peł­nych unie­sie­nia aka­pi­tach o każ­dym, naj­mniej­szym nawet wygię­ciu czy oknie i szcze­góle, który ilu­stro­wał „wykwintną men­talną jakość” kró­lo­wej Osy i jej „wyczu­cie rów­no­wagi wizu­al­nej” albo inny tego typu non­sens.

– To nie jest księga odpo­wie­dzi – mruk­nęła, prze­wra­ca­jąc strony. – To księga uni­że­nia.

Zatrzy­mała się na stro­nie ze szcze­gó­ło­wym rysun­kiem Roju Os. Księga była nie­mal tak duża jak ona, arty­sta miał więc mnó­stwo miej­sca na nary­so­wa­nie świą­tyni w sercu Roju. Świerszczka oparła brodę na szpo­nach i z roz­ma­rze­niem zaczęła wpa­try­wać się w ide­alne kolumny, ide­alną kopułę dachu, ide­alną biblio­tekę i ciche stawy wokół świą­tyni.

Po raz pierw­szy odwie­dziła ją kilka dni wcze­śniej, kiedy jej sio­stra, Katyda, zabrała ją ze sobą w ramach pre­zentu uro­dzi­no­wego. Było to naj­pięk­niej­sze miej­sce, jakie kie­dy­kol­wiek widziała. Wyobra­żała sobie: być Biblio­te­karką i na stałe tam miesz­kać! Być odpo­wie­dzialną za Księgę Jasno­widzki, naj­waż­niej­szą książkę na świe­cie… i być jedną z dwóch smo­ków, któ­rym było dane ją prze­czy­tać.

To była praw­dziwa księga odpo­wie­dzi. Setki lat wcze­śniej Jasno­widzka spi­sała prze­po­wied­nie wszyst­kich naj­waż­niej­szych wyda­rzeń, które miały nastą­pić po jej śmierci. Gdyby Świerszczka zdo­łała ją prze­czy­tać, wie­dzia­łaby naprawdę wszystko! Być może w jej gło­wie prze­sta­łoby buczeć od pytań. Może w końcu poczu­łaby, że wszystko ma sens.

Szcze­rze wola­łaby, żeby świat bar­dziej przy­po­mi­nał książkę: „Tutaj jest pyta­nie, tutaj masz odpo­wiedź. Tutaj kryją się tajem­nice świata, a tutaj jest wszystko, co chcia­ła­byś o nich wie­dzieć”.

Gdyby jej życie było jak księga, spraw­dzi­łaby indeks i prze­szła pro­sto do strony, która wyja­śni­łaby jej, dla­czego rodzice cały czas się kłó­cili albo dla­czego matka jej nie kochała. Prze­czy­ta­łaby roz­dział o tym, dla­czego Katyda była zawsze smutna, a potem prze­szłaby do tego, jak to napra­wić, by jej sio­stra była szczę­śliwa.

To były tajem­nice jej dwu­let­niego życia. Nie miała poję­cia, że pod powierzch­nią całego Roju krył się jesz­cze więk­szy sekret ani że ona sama mogła być klu­czem do jego roz­wią­za­nia.

Nagły wrzask z zewnątrz wyrwał Świerszczkę z zamy­śle­nia, stra­sząc ją tak bar­dzo, że ude­rzyła głową w blat szafki i nie­mal prze­wró­ciła nie­wielki świecz­nik z pło­ną­cym jedwa­biem, który prze­my­ciła do środka. Chwy­ciła go gwał­tow­nie, czu­jąc falę paniki i ulgi. Gdyby pod­pa­liła księgę matki, rów­nie dobrze mogłaby pod­pa­lić cały dom, żeby ukryć dowody – tak czy ina­czej, byłaby w takich samych tara­pa­tach.

Wrzask roz­legł się ponow­nie i Świerszczka nie­mal wysko­czyła z szafki, by spraw­dzić, co się dzieje. Zanim zdą­żyła to zro­bić, w kuchni roz­legły się kroki. Szybko zakryła skrzy­dłami pło­mień.

– W tym Roju jest zdrajca – roz­legł się głos jej matki, który jed­nak brzmiał jak zupeł­nie inny. – Nie pozwól­cie mu uciec.

Świerszczka wstrzy­mała oddech, prze­ra­żona bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek przed­tem. Do kogo mówiła matka? Dla­czego brzmiała… ina­czej?

W pomiesz­cze­niu roz­legł się stu­kot kolej­nych szpo­nów. To z pew­no­ścią była Katyda, jedyny obecny w domu smok. Nagle oba smoki wybie­gły na zewnątrz.

Świerszczka uchy­liła drzwiczki szafki i wyj­rzała na zewnątrz. Kuch­nia była pusta, lecz smo­czyca sły­szała docho­dzące z ulicy zamie­sza­nie.

Cie­ka­wość i strach zaczęły toczyć w niej walkę i, jak czę­sto było w jej życiu, cie­ka­wość zwy­cię­żyła. Zosta­wiła księgę w ukry­ciu, wzięła lampę i wyśli­zgnęła się z szafki, po czym pośpie­szyła na pię­tro, do gabi­netu matki, któ­rego okno wycho­dziło na ulicę.

Była to ta sama ulica, którą latała każ­dego dnia: domy z drze­winy, płytki tur­ku­so­wej mozaiki lśniące w bla­sku ogni­sto­je­dwab­nych lamp, tu i tam sta­ran­nie zadbane ogrody, ścieżka czar­nych kamieni na ziemi wska­zu­ją­cych smo­czę­tom drogę do szkoły.

Jed­nakże zamiast jej uprzej­mych, spo­koj­nych sąsia­dów i prze­cha­dza­ją­cych się smo­ków, ulica roiła się od obna­żo­nych zębów i masze­ru­ją­cych szpo­nów. Świerszczka ni­gdy nie sły­szała słowa „motłoch”, ale kiedy lata póź­niej je poznała, pomy­ślała, że bar­dzo paso­wało do tego, co zoba­czyła… choć nie do końca. Smoki na ulicy nie były wście­kłe ani nie pano­wał wśród nich chaos. Poru­szały się w upior­nej har­mo­nii i nie­mal cał­ko­wi­tej ciszy, ota­cza­jąc jedy­nego smoka, który wyła­mał się z ich zgod­nego rytmu, i odci­na­jąc mu wszel­kie drogi ucieczki.

Smok kulił się w cen­trum wpa­tru­ją­cego się w niego kręgu, przy­ci­ska­jąc do ciała skrzy­dła w czer­wono-czarne pasy. Wyglą­dał na sta­rego, o wiele star­szego od innych zna­nych Świerszczce smo­ków. Miał może sześć­dzie­siąt lat, a może sto? Naprawdę nie wie­działa, jak odga­dy­wać wiek doro­słych smo­ków. Był jed­nak dość duży, a jego łuski nieco wybla­kły i poru­szały się nie­mrawo, jakby bolały go kości.

– Pro­szę, wypuść­cie mnie! – zawo­łał do tłumu. Jego oczy na moment zami­go­tały bielą, lecz zaraz na powrót pociem­niały. – Przy­się­gam, nie jestem dla was zagro­że­niem! Nie chcę być jak oni!

– To nie wcho­dzi w grę – odpo­wie­działy zgod­nie smoki.

Nie tylko ich głosy były dziwne. Ich oczy… z ich oczami rów­nież było coś nie tak.

Zalała ją fala stra­chu. Oczy wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych w tłu­mie smo­ków były białe niczym czy­ste mleczne kamyki, jak zrzu­cona skóra z węża czy mar­twa, wyssana z krwi larwa.

Trzy z nich wystą­piły do przodu z obna­żo­nymi szpo­nami i pod­nio­sły ogony, celu­jąc jado­wymi kol­cami w ofiarę. Ich pyski były obo­jętne, zimne i bez­li­to­sne. Wszyst­kie wyglą­dały, jakby były gotowe zabić go bez lito­ści.

A wśród nich była Katyda.

Świerszczka sku­liła się pod oknem, a jej serce zabiło gwał­tow­nie.

Co się dzieje? Co się stało z moją sio­strą? Co się stało z nimi wszyst­kimi?

Z ulicy dobiegł kolejny krzyk i smo­czyca zmu­siła się, by ponow­nie wyj­rzeć. Stary Oso­skrzy­dły szedł, opie­ra­jąc się słabo, oto­czony smo­kami w bojo­wym szyku, z któ­rych nie­mal wszyst­kie były jej naj­bliż­szymi przy­ja­ciółmi. Tyle że teraz zmie­niły się w coś zupeł­nie innego, coś mrocz­nego, co nie było już smo­kiem. Świerszczka nie wie­działa, czy kie­dy­kol­wiek jesz­cze będzie w sta­nie patrzeć na nie tak samo jak wcze­śniej.

Kątem oka dostrze­gła przy drzwiach błysk błę­kitu i zdała sobie sprawę, że w pobliżu drzwi kryje się Gład­ko­skrzy­dła, cho­wa­jąc się w cie­niu, by nie ścią­gać na sie­bie uwagi. Oczy smo­czycy były nor­malne, lecz na jej pysku malo­wały się strach i dez­orien­ta­cja.

Świerszczka omio­tła wzro­kiem pobli­skie domy i dostrze­gła pięć innych Gład­ko­skrzy­dłych, obser­wu­ją­cych całą scenę zza uchy­lo­nych drzwi i okien. Żaden z nich nie miał bia­łych oczu. Na pyskach nie­któ­rych malo­wała się rezy­gna­cja, jakby już wcze­śniej widziały coś takiego, ale przy­naj­mniej u wszyst­kich widoczne były emo­cje. Żaden z nich nie był obo­jętny jak idące niżej Oso­skrzy­dłe.

Czyli cokol­wiek się tu dzieje, dzieje się tylko Oso­skrzy­dłym. Nie wpływa to na Gład­ko­skrzy­dłe…

…ani na mnie.

Zaczęła się nad tym zasta­na­wiać, o wiele bar­dziej woląc to od roz­my­śla­nia nad prze­ra­ża­jącą sceną, którą wła­śnie zoba­czyła.

Czy to dla­tego, że jestem za młoda?

To jed­nak nie mogło być to – w tłu­mie wszę­dzie widziała smo­częta, wygła­sza­jące te same słowa, co pozo­stałe Oso­skrzy­dłe. Bom­bar­dier, naj­bar­dziej iry­tu­jący smok w jej kla­sie, był wśród tych, któ­rzy odpro­wa­dzali sta­rego smoka. Nawet Komar, naj­mniej­sza smo­czyca w oko­licy, która wykluła się mie­siąc temu, stała tam z pustym spoj­rze­niem i obna­żo­nymi zębami.

Być może to coś, czego rodzice uczyli swoje dzieci, a ponie­waż rodzice Świerszczki jej nie lubili, zapo­mnieli (albo po pro­stu nie byli zain­te­re­so­wani), by ją tego nauczyć.

Może inne Oso­skrzy­dłe uczyły się tego w szkole, w cza­sie, gdy ona sie­działa pod biur­kiem i czy­tała, nie zwra­ca­jąc na resztę uwagi.

Może dla wszyst­kich pozo­sta­łych Oso­skrzy­dłych orga­ni­zo­wano spo­tka­nia, a jej nie zapra­szano, bo zada­wała zbyt wiele pytań.

Ale Katyda…

Katyda by jej powie­działa, gdyby wszyst­kie Oso­skrzy­dłe robiły razem coś, o czym Świerszczka powinna wie­dzieć. Nauczy­łaby ją, jak wybie­lać swoje oczy, masze­ro­wać z innymi, gro­zić sta­rym smo­kom i wyglą­dać abso­lut­nie prze­ra­ża­jąco.

Co jed­nak waż­niej­sze, Katyda ni­gdy nie zro­bi­łaby żad­nej z tych rze­czy.

Tyle że wła­śnie tak się stało. Widzia­łam ją.

Gdzieś na dole trza­snęły drzwi. Świerszczka spoj­rzała za okno, gdzie Oso­skrzy­dłe już się roz­cho­dziły. Te odpro­wa­dza­jące sta­rego smoka były jesz­cze widoczne w oddali, lecz pozo­stałe potrzą­sały gło­wami, zie­wały i wra­cały do domów.

O-o. Jeśli Katyda była wśród tych, które odma­sze­ro­wały ze sta­rym Oso­skrzy­dłym… to ozna­czało, że smo­kiem, który wła­śnie wszedł do domu, była matka.

Świerszczka wypa­dła z gabi­netu i w ostat­niej chwili ukryła się w naj­bli­żej sto­ją­cej sza­fie. Przez szcze­linę w drzwiach patrzyła, jak matka, stą­pa­jąc ciężko, prze­cho­dzi obok i w smu­dze żółto-czar­nych łusek wcho­dzi do gabi­netu. Jej skrzy­dła drgały szybko, jak zawsze, kiedy była ziry­to­wana (zazwy­czaj na Świerszczkę).

Ogól­nie rzecz bio­rąc, fakt, że matka opu­ściła gabi­net w godzi­nach pracy, był naprawdę dziwny. Świerszczka i Katyda miały zakaz wyda­wa­nia jakie­go­kol­wiek dźwięku przed połu­dniem, żeby tylko jej nie prze­szka­dzać.

Drzwi do gabi­netu zamknęły się i Świerszczka wypu­ściła wstrzy­my­wane powie­trze. Część niej miała ochotę wpaść do pomiesz­cze­nia i zadać matce kłę­biące jej się w gło­wie pyta­nia. A pierw­sze brzmia­łoby: „Czy Katyda wróci? Kiedy?”.

No i oczy­wi­ście: „CO TO, DO ROJU, BYŁO?”.

Na szczę­ście jakiś głęb­szy instynkt zdo­łał ją ochro­nić. Tym razem nie pozwo­liła cie­ka­wo­ści wygrać.

Zamiast tego prze­kra­dła się na naj­wyż­sze pię­tro, do pokoju sio­stry, i zwi­nęła się w kłę­bek pod jej gra­na­to­wym jedwab­nym kocem. Zamknęła oczy i sta­ra­jąc się nie roz­pła­kać, cze­kała.

Była już późna noc, kiedy Katyda w końcu wró­ciła wyczer­pana do domu. Ojciec Świerszczki wró­cił wcze­śniej i Świerszczka sły­szała, jak rodzice jedzą razem kola­cję i syczą na sie­bie nawza­jem. Żadne z nich jej nie szu­kało ani nie zawo­łało, by do nich dołą­czyła. To jed­nak było nor­malne. Katyda była jedyną w rodzi­nie, która sta­rała się orga­ni­zo­wać rodzinne obiady. To ona zawsze pil­no­wała, by Świerszczka była nakar­miona i na czas tra­fiła do szkoły. Za rok to wła­śnie ona miała zabrać ją do leka­rza po oku­lary.

Była jedy­nym smo­kiem, któ­rego Świerszczka kochała.

Gdy Katyda weszła do pokoju, serce Świerszczki zabiło mocno. W jed­nej chwili wysko­czyła spod koca, chwy­ciła sio­strę za ramiona i spoj­rzała jej pro­sto w oczy. Były nor­malne.

– Auu, ostroż­nie – zga­niła ją sio­stra, ale łagod­nym tonem, po czym odsu­nęła szpony Świerszczki i poru­szyła ramio­nami, jakby były obo­lałe. – Musia­łam pole­cieć dzi­siaj do Roju Os i z powro­tem, bądź więc nieco bar­dziej deli­katna.

– Dla­czego? – zapy­tała gwał­tow­nie Świerszczka. – Dla­czego musia­łaś? Co zro­bi­li­ście temu sta­remu smo­kowi? Co się stało rano z waszymi oczami? Dla­czego wszy­scy zacho­wy­wali się tak okrop­nie i dziw­nie? – Wszyst­kie pyta­nia, które wcze­śniej gro­ma­dziły się w jej gło­wie, teraz nagle się z niej wylały, razem ze łzami. – Co to był za głos? Dla­czego wyglą­da­łaś tak okrop­nie? Katydo, co ci się stało?

Katyda powinna powie­dzieć coś pocie­sza­ją­cego. Powinna wzru­szyć ramio­nami, roze­śmiać się i wyja­śnić, że to tylko taka gra Oso­skrzy­dłych, któ­rej sama Świerszczka nauczy się w przy­szłym tygo­dniu. Że to nic takiego, nic waż­nego.

Zamiast tego Katyda wpa­try­wała się w nią, a wyraz jej pyska by­naj­mniej nie był uspo­ka­ja­jący.

– To, co stało się ze mną… nie stało się też z tobą?

– Nie! – zawo­łała Świerszczka. – To zna­czy… nie wiem, co to było, ale z pew­no­ścią nie sta­łam się nagle opę­tana ani prze­ra­ża­jąca i upior­nie wredna, jak wszy­scy, któ­rych tam widzia­łam. Katydo, twoje oczy były cał­kiem białe! I war­cza­łaś na tego sta­rego smoka! Nie widzia­łaś, jak bar­dzo się bał?

– Ale to był roz­kaz dla całego Roju – powie­działa Katyda. – Wysu­nąć wszyst­kie szpony. Doty­czyło to każ­dego smoka w Roju. Nie­moż­liwe, że zosta­łaś pomi­nięta. – Na jej dobrym, poma­rań­czowo-żół­tym pysku malo­wało się zmar­twie­nie. Świerszczka jesz­cze ni­gdy nie widziała sio­stry tak zanie­po­ko­jo­nej.

– Pomi­nięta w jakiej kwe­stii? – zapy­tała Świerszczka.

Katyda potarła czoło i odwró­ciła się, by zamknąć drzwi, cho­ciaż rodzice praw­do­po­dob­nie i tak już spali. Poza tym zazwy­czaj i tak nie zaglą­dali do poko­jów sióstr.

– Nie zda­rza się to czę­sto… – powie­działa cicho – …ale cza­sami kró­lowa Osa… kon­tro­luje smoki. Cho­dzi mi o to, że nie tylko przez roz­kazy i żoł­nie­rzy. Tylko o to, że dostaje się do two­jego umy­słu i każe robić ci… cokol­wiek zechce.

– Co? – zapy­tała Świerszczka. – Jak? To… Co?

– To bar­dzo prak­tyczne – przy­znała Katyda. – Tak jak dzi­siaj, gdy poja­wił się zdrajca, który od niej uciekł i pró­bo­wał się ukryć w naszym Roju. Kró­lowa Osa potrafi prze­jąć kon­trolę nad wszyst­kimi smo­kami naraz i natych­miast je odna­leźć. Wtedy go zła­pa­li­śmy, a ona uwol­niła nie­mal wszyst­kich. Tylko kil­koro z nas musiało ode­skor­to­wać go z powro­tem do niej.

– Ale… ty chcesz to robić? – zapy­tała Świerszczka. – Ona może tak zro­bić w każ­dej chwili, z każ­dego miej­sca? A co, jeśli jesteś zajęta? Albo jeśli nie chcesz robić tego, czego ona chce?

Sio­stra pokrę­ciła głową.

– W takiej chwili chce się to robić – powie­działa. – To kró­lowa, Świerszczko. Gdyby stała obok cie­bie i wydała roz­kaz, oczy­wi­ście, że natych­miast byś go wyko­nała. To prak­tycz­nie to samo, tylko że nie musi być w wielu miej­scach naraz.

To wcale nie to samo, pomy­ślała bun­tow­ni­czo Świerszczka.

– Czyli twoje szpony się poru­szają, głos wydo­bywa ci się z gar­dła i poru­szasz skrzy­dłami, by lecieć… i nic nie możesz na to pora­dzić? – zapy­tała. – Nie możesz nawet powie­dzieć: „Nie, dzię­kuję, nie dzi­siaj?”.

Katyda gwał­tow­nie mach­nęła skrzy­dłami.

– Oczy­wi­ście, że nie! Świerszczko, z pew­no­ścią nie powie­dzia­ła­byś cze­goś takiego kró­lo­wej. Bądź poważna.

Gdyby kazała mi kogoś dźgnąć, zro­bi­ła­bym to, pomy­ślała Świerszczka. Gdyby kazała mi odcią­gnąć sta­rego pła­czą­cego smoka, powie­dzia­ła­bym: „Nie”.

Tak myślała. Miała nadzieję.

Nie miała pew­no­ści. Mię­dzy odwagą w książce a odwagą w real­nym życiu była wielka róż­nica i dla­tego Świerszczka w jej gło­wie zapewne róż­niła się od praw­dzi­wej Świerszczki, która sta­łaby przed prze­ra­ża­jącą kró­lową.

– Ale jak to działa? – zapy­tała. – W żad­nej nauko­wej księ­dze ni­gdy o czymś takim nie czy­ta­łam.

– Nie mam poję­cia – odpo­wie­działa Katyda ze zmę­cze­niem w gło­sie.

Wła­śnie tak koń­czyła się więk­szość ich wspól­nych roz­mów. Teraz jed­nak Świerszczka nie zamie­rzała się pod­dać.

– I dla­czego to na mnie nie działa? – pytała dalej. – Czy matka ma rację, mówiąc, że ze mną jest coś nie tak?

– Nie! – zapro­te­sto­wała Katyda. – Oczy­wi­ście, że nie. Nie wiem, dla­czego tak jest. Ale „dla­czego” nie ma tutaj zna­cze­nia… Ważne jest to, jak cię ochro­nić, żeby nikt się nie dowie­dział, że to nie ma na cie­bie wpływu. Kiedy coś takiego nastąpi, musisz być czujna. Znaj­dziemy ci miej­sce, w któ­rym będziesz mogła się ukryć. Dobra wia­do­mość jest taka, że kró­lowa nie robi tego zbyt czę­sto. Ochro­nię cię, Świerszczko, obie­cuję.

– Sądzisz, że będę miała kło­poty, jeśli kró­lowa się o tym dowie? – zapy­tała cicho Świerszczka.

– Oba­wiam się, że może tak być – przy­znała Katyda, po czym objęła sio­strę skrzy­dłami i przy­tu­liły się do sie­bie.

– Ale… jeśli kró­lowa przej­mie kon­trolę nad twoim umy­słem… nie dowie się o mnie? Teraz, kiedy ty już wiesz?

– Nie, to tak nie działa – powie­działa Katyda. – Nie ma dostępu do naszych myśli, sekre­tów i tego, co wiemy. Po pro­stu przez jakiś czas kon­tro­luje nasze ciała.

Świerszczka zadrżała. To brzmiało abso­lut­nie strasz­nie. Poza tym nie­zwy­kle dziwne i nie­po­ko­jące było to, że sama Katyda nie uwa­żała tego za abso­lut­nie straszne.

Jed­nakże Katyda dotrzy­mała słowa. Przez kolejne cztery lata chro­niła ją, a Świerszczka nauczyła się być ostrożną i ukry­wać się do chwili, w któ­rej kon­trola kró­lo­wej mijała. Pyta­nie „dla­czego” na­dal było dla niej ważne i gdzie tylko mogła, szu­kała na nie odpo­wie­dzi, lecz bez skutku. Mimo to dotrzy­mała tajem­nicy i była na tyle mądra, ostrożna i bez­pieczna, na ile mogło być cie­kaw­skie smo­czę.

Do chwili, w któ­rej naj­pięk­niej­szy smok, jakiego kie­dy­kol­wiek widziała, zesko­czył ze szkol­nego muru. Wtedy cała jej ostroż­ność wyle­ciała przez okno.

Nie potra­fiła dokład­nie wyja­śnić, dla­czego pomo­gła Błę­ki­towi… ani dla­czego wyja­wiła mu swój sekret… albo dla­czego porzu­ciła bez­pie­czeń­stwo, jakie dawał jej Rój, by w ryzy­kow­nej misji ratun­ko­wej prze­le­cieć z nim przez całą sawannę. Być może odpo­wie­dzi na wszyst­kie te pyta­nia odnaj­dzie na końcu swo­jej wła­snej książki.

Teraz jedyne, czemu musiała sta­wić czoło, to kon­se­kwen­cje. Była ucie­ki­nierką, ści­ganą za kra­dzież Księgi Jasno­widzki, i poma­gała ogni­sto­je­dwab­nym zbiec przed kró­lową. Nie­stety oka­zało się, że Księga Jasno­widzki nie zawie­rała odpo­wie­dzi na wszyst­kie pyta­nia wszech­świata. Co gor­sza, w świą­tyni ujaw­niona została odpor­ność Świerszczki na kon­trolę umy­słu i teraz kró­lowa wie­działa, że jest inna… że nie może nad nią zapa­no­wać. Świerszczka już ni­gdy nie będzie mogła wró­cić do domu.

Z dru­giej strony miała teraz Błę­kita. I gdy sie­działa przy jego lekko jarzą­cym się koko­nie w pod­ziem­nej jaskini Pan­tali, zde­cy­do­wała, że nie żałuje niczego, co zro­biła… Może poza jed­nym.

Naprawdę, naprawdę, NAPRAWDĘ żało­wała, że nie zabrała ze sobą książki.

Świerszczka wes­tchnęła i roz­pro­sto­wała skrzy­dła. Jesz­cze cztery DNI sie­dze­nia w jaskini bez niczego do czy­ta­nia? Naprawdę zaraz osza­leje.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki