Król flibustierów - Wojtczak Jarosław - ebook

Król flibustierów ebook

Wojtczak Jarosław

0,0
35,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

W połowie XIX wieku grupy Amerykanów zaangażowały się w serię wypraw do Meksyku, na Kubę i do krajów Ameryki Środkowej w nadziei na ich przejęcie, zdobycie władzy i bogactw. Nierzadko stali za nimi politycy i bogaci sponsorzy, przedsiębiorcy liczący na krociowe zyski. Nazwano to filibusteringiem politycznym piractwem, poszukiwaniem przygód lub awanturnictwem.

„Królem flibustierów”, czyli takich awanturników, stał się William Walker z Nashville w stanie Tennessee. Ten z wykształcenia lekarz, a z zawodu prawnik i redaktor gazety w maju 1855 roku trafił z garstką „uciekinierów z San Francisco, szczurów portowych z Nowego Orleanu i złoczyńców z połowy krajów świata” do środkowoamerykańskiej Nikaragui. Kraj był targany zbrojnym konfliktem wewnętrznym, do tego doszła epidemia cholery. Przybysz dzięki sile zbrojnej opanował strategiczne punkty, pokonał lub zmusił do ucieczki konkurentów i dzięki sfałszowanym wyborom objął urząd prezydenta. Choć długo nie utrzymał się u władzy, życie Walkera to fascynująca opowieść o chciwych marzeniach i ambicjach, losach narodów i osobistych fortun. Barwnie opisuje je Jarosław Wojtczak, znawca dziejów obu Ameryk w XIX wieku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redak­tor pro­wa­dzący: Bogu­sław Kubisz Redak­cja i korekta: Marzena Kłos Pro­jekt okładki: Tomasz Andziak Redak­tor tech­niczny: Agnieszka Matu­siak

Copy­ri­ght © by Dres­sler Dublin Sp. z o.o., Oża­rów Mazo­wiecki 2026 Copy­ri­ght © Jaro­sław Wojt­czak, 2026

Wydaw­nic­two Bel­lona ul. Han­kie­wi­cza 2, 02-103 War­szawa tel. +48 22 457 04 02 www.bel­lona.pl www.face­book.com/Wydaw­nic­two.Bel­lona

Księ­gar­nie inter­ne­towe: www.swiatk­siazki.pl www.ksiazki.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-11-18836-5

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wstęp

Wstęp

W deka­dzie przed wybu­chem wojny sece­syj­nej (1861–1865) grupy Ame­ry­ka­nów zaan­ga­żo­wały się w serię dale­kich i nie­le­gal­nych wypraw do Mek­syku, Kuby i innych kra­jów Ame­ryki Środ­ko­wej w nadziei na ich prze­ję­cie. Wysiłki te stały się znane jako fli­bu­ste­ring – rodzaj bez­praw­nego, poli­tycz­nego pirac­twa, poszu­ki­wa­nia przy­gód lub awan­tur­nic­twa, a ich celem było zbrojne prze­ję­cie cudzego tery­to­rium w celu stwo­rze­nia nowych nie­za­leż­nych lenn, które osta­tecz­nie zosta­łyby zaanek­to­wane przez wciąż rosnące w siłę Stany Zjed­no­czone. Więk­szość tych prób ponio­sła sro­motną porażkę.

Wyjąt­kiem był Wil­liam Wal­ker z Nashville w sta­nie Ten­nes­see. Niski, szczu­pły i łagod­nie mówiący męż­czy­zna o blond wło­sach i sza­rych oczach bez wyrazu, nie­ma­jący wykształ­ce­nia woj­sko­wego, który zanim został praw­ni­kiem, a potem redak­to­rem lokal­nej gazety, wyszko­lił się na leka­rza. Wal­ker był nie­zbyt for­tun­nym przy­wódcą grubo cio­sa­nych męż­czyzn i poszu­ki­wa­czy przy­gód, który już wcze­śniej pod­jął awan­tur­ni­czą próbę zało­że­nia ame­ry­kań­skiej kolo­nii w Mek­syku. Jego wysiłki skoń­czyły się nie­po­wo­dze­niem, ale w 1856 roku zdo­łał objąć urząd pre­zy­denta Nika­ra­gui.

W Nika­ra­gui od maja 1854 roku sza­lał zbrojny kon­flikt wewnętrzny pomię­dzy dwiema frak­cjami poli­tycz­nymi tego kraju: ary­sto­kra­tycz­nymi kon­ser­wa­ty­stami lub legi­ty­mi­stami (legi­ti­mi­stas) z mia­sta Gra­nada i postę­po­wymi libe­ra­łami lub demo­kra­tami (democráticos) z León. Usły­szaw­szy o Wal­ke­rze, słabsi libe­ra­ło­wie spro­wa­dzili go do pomocy w walce z wro­gimi kon­ser­wa­ty­stami. Wal­ker przy­cią­gnął małą grupę ochot­ni­ków nazy­wa­nych przez jego zwo­len­ni­ków „Nie­śmier­tel­nymi” i popły­nął do Nika­ra­gui z 57 ludźmi. Sam Wal­ker opi­sał ich jako „męż­czyzn o sil­nym cha­rak­te­rze, zmę­czo­nych szarą codzien­no­ścią”. Ame­ry­kań­ski histo­ryk Lau­rence Gre­ene scha­rak­te­ry­zo­wał ich jako „ucie­ki­nie­rów z San Fran­ci­sco, szczury por­towe z Nowego Orle­anu i zło­czyń­ców z połowy kra­jów świata”.

Przez krótki czas mię­dzy 1855 a 1857 rokiem Wil­liam Wal­ker z powo­dze­niem przed­sta­wiał się ame­ry­kań­skiej opi­nii publicz­nej jako „Opatrz­no­ściowy Odno­wi­ciel” regionu i twórca nowo­cze­snej Nika­ra­gui. Cho­ciaż przy­był do tego kraju w maju 1855 roku, mając zale­d­wie garstkę ludzi, jego wize­ru­nek odno­wi­ciela i czło­wieka nio­są­cego sztan­dar postępu przy­cią­gnął kilka tysięcy męż­czyzn i kobiet, któ­rzy przy­łą­czyli się do niego w jego misji sta­bi­li­za­cji regionu. Wal­ker oparł się w swo­ich dzia­ła­niach zarówno na stu­diach medycz­nych, jak i doświad­cze­niu dzien­ni­kar­skim, aby stwo­rzyć prze­sła­nie o dąże­niu do odro­dze­nia państw Ame­ryki Środ­ko­wej, które uspo­ko­iło obawy wielu Ame­ry­ka­nów doty­czące nie­sta­bil­no­ści w regio­nie Morza Kara­ib­skiego.

W tym samym cza­sie, kiedy Wal­ker i jego ludzie przy­byli do Nika­ra­gui, w obo­zach woj­sko­wych poja­wiła się cho­lera. Jej wyni­kiem była epi­de­mia, która trwała przez cały czas ich obec­no­ści w tym kraju i osta­tecz­nie spo­wo­do­wała śmierć tysięcy żoł­nie­rzy i cywi­lów w całej Ame­ryce Środ­ko­wej. Wojna i cho­roba, która się z nią wią­zała, zanie­po­ko­iły Ame­ry­ka­nów, a Wal­ker odpo­wie­dział na te obawy takimi meto­dami, które miały pod­kre­ślić jego świa­do­mość tych pro­ble­mów. Dosko­nale rozu­miał, że ame­ry­kań­ska opi­nia publiczna ceniła zarówno poli­tyczną, jak i zdro­wotną sta­bil­ność regionu, ponie­waż zapew­niała Ame­ry­ka­nom naj­bez­piecz­niej­szą drogę ze wschod­niego wybrzeża Sta­nów Zjed­no­czo­nych do zło­to­no­śnych pól Kali­for­nii przez wąski pas nika­ra­gu­ań­skiego tery­to­rium1.

W czerwcu 1855 roku Wal­ker wraz ze swo­imi najem­ni­kami naje­chał roz­dartą wojną domową Nika­ra­guę, spa­cy­fi­ko­wał kraj, poko­nał najeźdź­ców z Kosta­ryki i rok póź­niej został wybrany na pre­zy­denta Nika­ra­gui. Zdo­bywca miał nadzieję, że dzięki nowemu rzą­dowi sko­lo­ni­zuje Nika­ra­guę z ame­ry­kań­skimi przy­wód­cami zdol­nymi do utrzy­ma­nia porządku, który gwa­ran­to­wałby odro­dze­nie i sta­bil­ność regionu. Inne pań­stwa Ame­ryki Środ­ko­wej postrze­gały Wal­kera jako zagro­że­nie i odmó­wiły uzna­nia „Jan­kie­skiego najem­nika” (Yan­kee mer­ce­nary). Rządy tych państw współ­dzia­łały razem, aby go wypę­dzić i w końcu naje­chały Nika­ra­guę ze wszyst­kich stron.

Prze­dłu­ża­jąca się wojna prze­ciwko wciąż rosną­cej w siłę mię­dzy­na­ro­do­wej koali­cji państw Ame­ryki Środ­ko­wej zmniej­szyła zdol­ność Wal­kera do utrzy­ma­nia zarówno tery­to­rium, jak i zaso­bów nie­zbęd­nych do zapew­nie­nia bez­piecz­nego stanu zdro­wot­nego i sta­bil­no­ści Nika­ra­gui. Do lutego 1857 roku więk­szość Ame­ry­ka­nów porzu­ciła wszel­kie uczu­cia popar­cia, jakimi kie­dyś darzyli Wal­kera. Bez ich wspar­cia Wal­ker dał za wygraną i wyco­fał się na ame­ry­kań­skie wybrzeże Zatoki Mek­sy­kań­skiej jako poko­nany uzur­pa­tor. To nie prze­rwało dys­kursu publicz­nego doty­czą­cego Wal­kera, jako czło­wieka zdol­nego uzdro­wić sytu­ację w regio­nie. Takie debaty pozwo­liły Wal­kerowi zgro­ma­dzić wystar­cza­jącą liczbę zwo­len­ni­ków, aby roz­po­cząć trzy kolejne eks­pe­dy­cje do Nika­ra­gui, zanim osta­tecz­nie został schwy­tany i stra­cony w Hon­du­ra­sie we wrze­śniu 1860 roku.

Całe życie Wil­liama Wal­kera to opo­wieść o chci­wych marze­niach i ambi­cjach, losie naro­dów i oso­bi­stych for­tun oraz o ciem­nej stro­nie osła­wio­nej ame­ry­kań­skiej dok­tryny Obja­wio­nego Prze­zna­cze­nia, ponie­waż jed­nym z wielu celów Wal­kera było zbu­do­wa­nie wła­snego impe­rium opar­tego na nie­wol­nic­twie. To mało pamię­tane wyda­rze­nie z histo­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych i Ame­ryki Środ­ko­wej jest prze­strogą dla wszyst­kich, któ­rym marzą się impe­rialne plany.

Rozdział I. Trujillo 21 sierpnia – 5 września 1860 roku

Roz­dział I.

Tru­jillo 21 sierp­nia – 5 wrze­śnia 1860 roku

On sam jest poślu­biony Nika­ra­gui

James Gor­don Ben­nett, 1859 rok

Dwu­dzie­stego pierw­szego sierp­nia 1860 roku wewnątrz kamien­nych murów sta­rej, trzy­stu­let­niej hisz­pań­skiej for­tecy Santa Bárbara (La For­ta­leza de Santa Bárbara) w nad­mor­skim hon­du­ra­skim mie­ście Tru­jillo, grupa bia­łych męż­czyzn, z któ­rych nie­je­den nosił ślady nie­dawno odnie­sio­nych ran, pra­co­wała cicho przy wątłym świe­tle świec. Ciała niektó­rych z nich pokry­wały zakrwa­wione ban­daże, a ze zmę­czo­nych twa­rzy spły­wał słony pot spo­wo­do­wany stre­sem, wil­go­cią i tra­wiącą ich gorączką. Ludzie ci z wiel­kim wysił­kiem wygi­nali lufy musz­kie­tów, zagważ­dżali żela­znymi kol­cami otwory zapa­łowe armat i pole­wali wodą pozo­sta­wiane zapasy pro­chu. Jed­nym sło­wem, robili wszystko, aby broń i amu­ni­cja, którą mieli zosta­wić, nie przy­dała się żad­nemu wro­gowi, ani hon­du­ra­skim żoł­nie­rzom, któ­rzy pod­cho­dzili już pod mury twier­dzy, ani bry­tyj­skim mari­nes z przy­by­łego poprzed­niego dnia z Belize nowego, paro­wego slupa HMS „Ica­rus” (11 dział, wypor­ność 861 ton) pod dowódz­twem koman­dora porucz­nika Newella Sal­mona, kotwi­czą­cego nie­opo­dal brzegu w cie­płych wodach Morza Kara­ib­skiego.

Nie wszy­scy z pra­cu­ją­cych męż­czyzn byli zdolni do zapla­no­wa­nej ucieczki. Rany od kul wyeli­mi­no­wały trzech z nich. Trzej inni byli poważ­nie cho­rzy. Wśród nich był kore­spon­dent gazety „New York Herald”, który przy­był spe­cjal­nie po to, aby rela­cjo­no­wać prze­bieg ich dzia­łań. Do opieki nad nimi mieli pozo­stać lekarz i jego pomoc­nik, któ­rzy umie­ścili pacjen­tów w hama­kach roz­wie­szo­nych w zaim­pro­wi­zo­wa­nym laza­re­cie zlo­ka­li­zo­wa­nym w obszer­nej for­tecz­nej celi. Każdy z pozo­sta­ją­cych męż­czyzn został zaopa­trzony w musz­kiet z nie­wielką ilo­ścią amu­ni­cji i pro­chu, na wypa­dek, gdyby musieli się bro­nić przed nad­cho­dzą­cym wro­giem, cho­ciaż bar­dziej praw­do­po­dobne było, że będą pro­sić o łaskę tego, kto pierw­szy się pojawi w murach sta­rej twier­dzy.

Kiedy nisz­cze­nie broni zostało zakoń­czone, Wil­liam Wal­ker, przy­wódca całej grupy, wszedł do pomiesz­cze­nia laza­retu i cho­dząc mię­dzy wiszą­cymi hama­kami, dzię­ko­wał ran­nym i cho­rym, pró­bu­jąc pod­trzy­mać ich na duchu na poże­gna­nie. Cho­ciaż wszy­scy byli jego pod­ko­mend­nymi, wła­ści­wie nie­wiele o nich wie­dział. Jedy­nym, któ­rego dobrze znał, był puł­kow­nik Tho­mas Henry, jego bli­ski zna­jomy i doradca woj­skowy eks­pe­dy­cji2. Zatrzy­mu­jąc się na dłu­żej przy hamaku Henry’ego, Wal­ker wypy­ty­wał swego doradcę o infor­ma­cje, które pozwo­li­łyby odszu­kać José Tri­ni­dada Cabañasa, byłego pre­zy­denta Hon­du­rasu, który prze­wo­dził nie­daw­nemu powsta­niu prze­ciwko obec­nym wła­dzom tego kraju. Wzmoc­niony dawką mor­finy Henry z tru­dem naskro­bał na kartce papieru: „Cabañas może się znaj­do­wać gdzieś nad rzeką Rio Negro, około 40 mil na wschód od Tru­jillo”. Bio­rąc nie­zgrab­nie zapi­saną kartkę, Wal­ker szep­nął do ucha ciężko ran­nego towa­rzy­sza kilka słów poże­gna­nia i ruszył do wyj­ścia.

Wycho­dząc na zewnątrz, Wal­ker pole­cił resz­cie swo­ich ludzi, w licz­bie około 70, sta­wić się na dzie­dzińcu for­tecy. Wyka­zu­jąc nie­zwy­kłą dys­cy­plinę, któ­rej trudno było ocze­ki­wać po tak egzo­tycz­nej zbie­ra­ni­nie, krótko po pół­nocy ludzie Wal­kera zebrali się na placu i cicho wyszli za swoim przy­wódcą przez główną bramę fortu, aż w końcu znik­nęli w pobli­skiej dżun­gli.

Szu­ka­nie schro­nie­nia w ciem­nej, hon­du­ra­skiej dżun­gli wcale nie było pier­wot­nym zamia­rem Wal­kera. Opusz­cza­jąc Nowy Orlean trzy mie­siące wcze­śniej, miał zamiar opa­no­wać Roatán, naj­więk­szą z Wysp Zato­ko­wych u kara­ib­skiego wybrzeża Hon­du­rasu (Hon­du­ran Bay Islands), leżącą nie­całe 80 kilo­me­trów od Tru­jillo. Bry­tyj­scy miesz­kańcy Roatán oba­wiali się jej prze­ję­cia przez Hon­du­ras po tym, jak Wielka Bry­ta­nia zgo­dziła się opu­ścić swoją flagę powie­wa­jącą nad główną osadą wyspy Coxen Hole i wydać ją wła­dzom Hon­du­rasu. Nie­spo­dzie­wane przy­by­cie Wal­kera zasko­czyło Bry­tyj­czy­ków i opóź­niło prze­ka­za­nie Roatán rzą­dowi Hon­du­rasu. Na wieść o bry­tyj­skich przy­go­to­wa­niach do odbi­cia wyspy z rąk ame­ry­kań­skich fli­bu­stie­rów, Wal­ker porzu­cił myśl o walce z Bry­tyj­czy­kami i zamiast tego posta­no­wił opa­no­wać nie­da­le­kie Tru­jillo, skąd pla­no­wał doko­nać kolej­nej inwa­zji swego nie­zmien­nie wyma­rzo­nego celu – Nika­ra­gui. Ale i ten plan zaczął się walić wraz z przy­by­ciem do portu w Tru­jillo bry­tyj­skiego okrętu wojen­nego „Ica­rus” i żąda­niem jego kapi­tana, aby ludzie Wal­kera zło­żyli broń i się pod­dali. Zamiast tego fli­bu­stie­rzy znisz­czyli posia­dane zapasy uzbro­je­nia i cicha­czem ucie­kli.

Po cichym opusz­cze­niu Tru­jillo grupa Wal­kera wędro­wała bez obcią­że­nia. Każdy z ludzi dźwi­gał tylko musz­kiet i 120 sztuk amu­ni­cji, nie licząc drob­nych racji żyw­no­ści. Nie­któ­rzy mieli u pasa pisto­lety i noże. Wędru­jąc ciem­nym lasem wzdłuż wybrzeża na wschód przez całą noc, następ­nego dnia minęli kilka nie­wiel­kich osad, któ­rych miesz­kańcy ukryli się przed grupą obcych, uzbro­jo­nych ludzi. Kolej­nej nocy zatrzy­mali się na biwak nad jakimś stru­mie­niem, a ran­kiem prze­szli na drugi brzeg i, męcząc się w tro­pi­kal­nym sierp­nio­wym upale, ruszyli dalej. Po dro­dze naszli kilka małych farm, ale nie zna­leźli tam zbyt wiele do jedze­nia poza chudą woło­winą. Na noc zatrzy­mali się znowu, a kiedy tylko wze­szło słońce, pod­jęli dal­szą ucieczkę. Po dotar­ciu do rzeki Aguán, nie mogąc zna­leźć brodu, aby ją prze­kro­czyć, Wal­ker popro­wa­dził grupę wzdłuż lewego brzegu rzeki, odda­la­jąc się około 50 kilo­me­trów od oce­anu. Krótko po połu­dniu 24 sierp­nia uznał, że zna­leźli się wystar­cza­jąco daleko od Tru­jillo, więc pozwo­lił swoim ludziom na dłuż­szy wypo­czy­nek.

Gdy tak wypo­czy­wali w miej­scu zwa­nym Cot­ton Tree (Baweł­niane Drzewo), czysz­cząc broń i cze­ka­jąc, aż minie upał, nagle z pobli­skich zaro­śli posy­pał się grad kul, tnąc liście i roz­rzu­ca­jąc zie­mię pośrodku obo­zo­wi­ska. Zasko­czeni fli­bu­stie­rzy rzu­cili się w bok, szu­ka­jąc schro­nie­nia. Nie­któ­rzy odpo­wie­dzieli ogniem ata­ku­ją­cym żoł­nie­rzom hon­du­ra­skim, pozwa­la­jąc resz­cie towa­rzy­szy przy­go­to­wać się do walki. Opa­no­wu­jąc chaos, Wal­ker podzie­lił swo­ich ludzi na dwie mniej­sze grupy i rzu­cił ich z dzi­kim wrza­skiem do samo­bój­czego kontr­ataku, który zmu­sił prze­stra­szo­nego wroga do panicz­nej ucieczki. Walka, cho­ciaż zwy­cię­ska, oka­zała się bar­dzo kosz­towna. Ame­ry­ka­nie zużyli więk­szość amu­ni­cji i ponie­śli straty: jed­nego zabi­tego oraz sied­miu lub ośmiu ran­nych. Samemu Wal­kerowi oło­wiana kula roz­orała poli­czek, zale­wa­jąc twarz krwią. Jego pod­ko­mendni, major Tho­mas Dolan i kapi­tan Char­les Henry West, tak opi­sali potem prze­bieg bitwy w gaze­cie „New Orle­ans Daily Delta”:

„On [Wal­ker] szybko zebrał swoją małą bandę i ufor­mo­wał ją w dwie grupy, każąc im ata­ko­wać w róż­nych kie­run­kach, jedna w górę, a druga w dół rzeki. Major Dolan ze swoją kom­pa­nią zaata­ko­wał główny oddział z wielką poryw­czo­ścią, ale gene­rał Wal­ker, który nieco wyprze­dził swoją grupę, został ostrze­lany z odle­gło­ści dwóch kro­ków przez Hon­du­ra­nina, który zra­nił go w twarz. Gene­rał jed­nak szybko powa­lił napast­nika za pomocą swo­jego dzie­się­cio­strza­łowca (sic!) i reszta Hon­du­ran ucie­kła w wiel­kim zamie­sza­niu, pozo­sta­wia­jąc zabi­tych i ran­nych. Z całej grupy stu czter­dzie­stu ludzi, tylko trzy­dzie­stu wró­ciło do Tru­jillo. Jeśli się weź­mie pod uwagę, że wszy­scy ludzie Wal­kera byli wete­ra­nami i byli uzbro­jeni w [gwin­to­wane] musz­kiety Minié, takie straty nie wydają się cał­kiem nie­praw­do­po­dobne”.

Przy­wra­ca­jąc porzą­dek, ludzie Wal­kera spa­ko­wali doby­tek i w nocy 24 sierp­nia ruszyli dalej na wschód, dźwi­ga­jąc naj­cię­żej ran­nych i poma­ga­jąc iść cho­rym. Po dro­dze minęli kilka indiań­skich wio­sek, gdzie oddział Wal­kera został życz­li­wie przy­jęty przez rdzen­nych Kara­ibów. W cza­sie mar­szu wróg nie dawał im spo­koju i od czasu do czasu strze­lał do masze­ru­ją­cych, powo­du­jąc dal­sze straty. Jedna z kul tra­fiła woj­sko­wego doradcę majora Wil­liama Huffa, pozo­sta­wia­jąc Wal­kera bez naj­bar­dziej doświad­czo­nych ofi­ce­rów. W końcu zmę­czeni Ame­ry­ka­nie dotarli do nad­brzeż­nej osady drwali Lomón (Limas), którą, ku zdu­mie­niu wszyst­kich, zastali cał­kiem opusz­czoną. Stam­tąd Wal­ker wysłał dwóch ludzi łodzią na Roatán po pro­wiant. Wkrótce ruszyli dalej i 27 sierp­nia dotarli do rzeki Negro (Rio Tinto). Sfor­so­wali rzekę za pomocą zna­le­zio­nej na brzegu łodzi i zatrzy­mali się w pobli­skiej fak­to­rii nale­żą­cej do bry­tyj­skiego kupca nazwi­skiem Dic­kens. Nie­da­leko niej odna­leźli resztki daw­nego obo­zo­wi­ska Cabañasa: wyga­szone ogni­ska i puste rowy strze­lec­kie. „Teraz było już po nas” – napi­sał potem jeden z żoł­nie­rzy Wal­kera.

W tym cza­sie ści­ga­jące ich woj­sko hon­du­ra­skie sta­nęło po dru­giej stro­nie Rio Negro. Wyczer­pani kil­ku­dniową ucieczką, ranami i cho­ro­bami Ame­ry­ka­nie cał­kiem stra­cili ducha i nie widząc sensu dal­szego mar­szu, obsa­dzili opusz­czone okopy Cabañasa, które cho­ciaż czę­ściowo chro­niły ich przed kulami wystrze­li­wa­nymi z dru­giego brzegu rzeki. „Co jakiś czas – wspo­mi­nał ten sam żoł­nierz – ich kula tra­fiała któ­re­goś z nas, a my nie mie­li­śmy nic do stra­ce­nia”. Sam Wal­ker, ranny i osła­biony gorączką, sta­nął kwa­terą w domu Dic­kensa w odle­gło­ści 4 kilo­me­trów od brzegu morza. Kiedy wie­czo­rem tego dnia zro­bił prze­gląd oddziału, stwier­dził, że zostało mu tylko 32 zdro­wych i bez żad­nych ran ludzi.

Tym­cza­sem koman­dor Sal­mon, dowódca bry­tyj­skiego slupa „Ica­rus”, zro­zu­miał, że został przez Wal­kera prze­chy­trzony. Jesz­cze wie­czo­rem 21 sierp­nia on i jego załoga dobrze widzieli z pokładu swo­jego okrętu mury for­tecy w Tru­jillo i krzą­ta­ją­cych się wokół nich ludzi Wal­kera. Kiedy jed­nak zapa­dły ciem­no­ści, nie byli w sta­nie dostrzec, jak ci zagwoź­dzili działa i po znisz­cze­niu znacz­nej czę­ści broni, korzy­sta­jąc z bez­k­się­ży­co­wej nocy wyśli­zgnęli się cicha­czem do dżun­gli. O świ­cie następ­nego dnia twier­dza wyda­wała się cicha i opusz­czona, podob­nie jak ota­cza­jące ją mia­steczko. Zanie­po­ko­jony panu­ją­cym bez­ru­chem Sal­mon wysłał na brzeg łódź zwia­dow­czą, któ­rej załoga zamel­do­wała, że w for­cie zna­le­ziono tylko ame­ry­kań­skiego chi­rurga, jego pomoc­nika, pię­ciu ran­nych i cho­rych ludzi oraz ciało nie­dawno zmar­łego puł­kow­nika Henry’ego. Reszta Ame­ry­ka­nów przed pół­nocą wyma­sze­ro­wała za Wal­ke­rem na wschód lądem do Nika­ra­gui. „Muszę uczci­wie przy­znać, że spryt­nie mi się wyśli­zgnął” – napi­sał póź­niej bry­tyj­ski dowódca. „Posta­wi­łem war­tow­ni­ków na straży maga­zynu z bro­nią i amu­ni­cją, posła­łem po [gene­rała] Mar­ti­neza, aby przy­był ze swymi ludźmi i prze­jął w posia­da­nie fort. Po jego przy­by­ciu prze­ka­za­łem mu całą zdo­bycz, a on natych­miast wysłał oddział w pościg za Wal­ke­rem. Wśród pozo­sta­wio­nych na miej­scu zapa­sów wojen­nych zna­la­zły się 72 gwin­to­wane musz­kiety, z któ­rych 60 nie nadaje się do użytku z powodu powy­gi­na­nych luf”.

Sal­mon dał znać żoł­nie­rzom hon­du­ra­skim sta­cjo­nu­ją­cym w pobliżu Tru­jillo, aby zajęli opusz­czoną twier­dzę, ale posta­wił swo­ich mari­nes na straży pozo­sta­wio­nych ludzi Wal­kera, któ­rych uznał za jeń­ców wojen­nych. Gene­rał Nor­berto Mar­ti­nez, były dowódca hon­du­ra­skiego gar­ni­zonu w Tru­jillo, natych­miast obsa­dził puste mia­sto i posłał szwa­dron 80 kawa­le­rzy­stów w pościg za ucho­dzącą grupą Wal­kera.

Koman­dor Sal­mon wysłał zwia­dow­ców, któ­rzy mieli śle­dzić ruchy Wal­kera i jego prze­śla­dow­ców, podej­rze­wa­jąc, że ucie­ki­nie­rzy zechcą zna­leźć jakąś zdatną do żeglugi łajbę, która prze­wio­złaby ich do Nika­ra­gui. Dla pew­no­ści pora­dził jed­nak hon­du­ra­skiemu gene­ra­łowi Mariano Álvarezowi, który 26 sierp­nia przy­był do Tru­jillo z dwiema set­kami żoł­nie­rzy z Olan­chito w głębi lądu, aby wzmoc­nił poste­runki wokół mia­sta na wypa­dek, gdyby Wal­ker zmy­lił pościg i zechciał wró­cić. Dwu­dzie­stego siód­mego sierp­nia pod­niósł kotwicę i wyru­szył w trzy­dniowy rejs, odwo­żąc sied­miu wzię­tych do nie­woli Ame­ry­ka­nów na wyspę Roatán. Kiedy wró­cił do Tru­jillo, dowie­dział się, że ludzie Wal­kera nie zna­leźli na wybrzeżu żad­nego statku i ruszyli dalej w głąb lądu. Trzy­dzie­stego pierw­szego sierp­nia gene­rał Álvarez zaokrę­to­wał swo­ich żoł­nie­rzy na hon­du­ra­ski szku­ner „Cor­reo” i wyru­szył w towa­rzy­stwie „Ica­rusa” do ujścia Rio Negro.

Nie­siony lek­kim wia­trem „Ica­rus” dotarł do ujścia Rio Negro 2 wrze­śnia, znacz­nie wyprze­dza­jąc wolno pły­nący szku­ner Álvareza. Bry­tyj­czycy zja­wili się tam w samą porę, aby prze­jąć mały sta­tek wyła­do­wany bana­nami z Roatán prze­zna­czo­nymi dla Wal­kera i wziąć jako jeń­ców wszyst­kich ludzi znaj­du­ją­cych się na jego pokła­dzie. Po dwóch dniach poszu­ki­wań w dżun­gli, bry­tyj­scy mari­nes z „Ica­rusa” odna­leźli grupę Wal­kera nad Rio Negro. W wyniku roz­po­zna­nia koman­dor Sal­mon dowie­dział się, że Wal­ker sta­nął w domu Dic­kensa na wąskim skrawku ziemi w widłach rzeki. Poin­for­mo­wano go rów­nież, że przy­wódca fli­bu­stie­rów ma wysoką tem­pe­ra­turę i że wielu jego ludzi jest ran­nych, a więk­szość pozo­sta­łych cierpi z powodu gorączki i bra­ków w zaopa­trze­niu. Korzy­sta­jąc z oka­zji, Sal­mon pono­wił swoje żąda­nie, aby się pod­dali. Tym razem jego żąda­nie poparło 250 żoł­nie­rzy gene­rała Álvareza, któ­rzy od kilku dni dep­tali po pię­tach ucie­ki­nie­rom. Otrzy­maw­szy zapew­nie­nie Sal­mona, że jego kapi­tu­la­cję przyjmą Bry­tyj­czycy, nie Hon­du­ra­nie, nie­for­tunny wódz fli­bu­stie­rów zgo­dził się zakoń­czyć swoją nie­udaną eks­pe­dy­cję i pod­dać kapi­ta­nowi „Ica­rusa”.

Trze­ciego wrze­śnia o godzi­nie 15.00 koman­dor Sal­mon udał się kil­koma łodziami z „Ica­rusa” z pełną i uzbro­joną obsadą w górę rzeki w towa­rzy­stwie gene­rała Álvareza. Jak napi­sał potem w swoim ofi­cjal­nym rapor­cie:

„Po wylą­do­wa­niu wsze­dłem do domu pana Dic­kensa, który pan Wal­ker zajął na swoją kwa­terę i zażą­da­łem, aby natych­miast zło­żył broń i pod­dał się bez­wa­run­kowo, co też uczy­nił. Od razu zabra­łem jego broń i po wło­że­niu do łodzi, wró­ci­łem na pokład [„Ica­rusa”], pozo­sta­wia­jąc porucz­nika Coxa ze wszyst­kimi mari­nes na straży jeń­ców. Odkry­łem, że infor­ma­cje, które otrzy­ma­łem na temat ich nędz­nego stanu, wcale nie były prze­sa­dzone. Z całej ich liczby (73), dzie­się­ciu zostało ran­nych, 21 leżało cho­rych w szpi­talu, a z pozo­sta­łych nie wię­cej niż 20 mogło mieć siłę, aby przejść cho­ciaż milę. Mimo że zawsze byli w sta­nie zdo­być woło­winę, wędro­wali przez wiele dni bez chleba i warzyw jakie­go­kol­wiek rodzaju”.

Oba­wia­jąc się próby ucieczki ze strony Wal­kera i jego szefa sztabu, puł­kow­nika Anthony’ego Fran­cisa Rudlera, jesz­cze tego samego wie­czora porucz­nik Cox wysłał ich w kaj­da­nach na pokład „Ica­rusa”, a gene­rał Álvarez pospie­szył z powro­tem do Tru­jillo na pokła­dzie „Cor­rei”, aby przy­go­to­wać się na ich przy­ję­cie. Naza­jutrz rano, 4 wrze­śnia, na pokład „Ica­rusa” prze­wie­ziono pozo­sta­łych fli­bu­stie­rów i okręt odpły­nął pełną parą do Tru­jillo, gdzie dotarł około pół­nocy. Wal­ker i Rudler nie pozo­stali długo w rękach Bry­tyj­czy­ków, ponie­waż koman­dor Sal­mon, jakby chcąc się zemścić za lata iry­ta­cji i sia­nia nie­zgody w Ame­ryce Środ­ko­wej, posta­no­wił wydać obu więź­niów gene­rałowi Álvarezowi.

Pią­tego wrze­śnia Sal­mon pod­pi­sał w Tru­jillo for­malne poro­zu­mie­nie z Álvarezem, w któ­rym zade­kla­ro­wał:

„[…] bez­wa­run­kowe prze­ka­za­nie Señorowi Don Mariano Álvarezowi, gene­ra­łowi dowo­dzą­cemu siłami Hon­du­rasu, osoby pana Wil­liama Wal­kera i pana A.F. Rudlera, przy­wód­ców fli­bu­stie­rów, któ­rzy pod­dali mi się 3 tego mie­siąca nad rzeką Black, aby postą­pić z nimi zgod­nie z literą prawa. Wyda­nie rów­nież jako jeń­ców ich zwo­len­ni­ków (w licz­bie 70), ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy, pod warun­kiem uzy­ska­nia zezwo­le­nia na powrót do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, po zło­że­niu przy­sięgi, że nie będą wię­cej słu­żyć w jakiej­kol­wiek przy­szłej wypra­wie prze­ciwko któ­re­mu­kol­wiek z państw Ame­ryki Środ­ko­wej. Ich prze­jazdy zapewni agent kon­su­larny Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Zga­dzam się rów­nież dostar­czyć gene­ra­łowi Álvarezowi całą broń i sprzęt wojenny zabrane wspo­mnia­nym fli­bu­stie­rom”.

Świad­kami umowy byli: Wil­liam Mel­hado, pocho­dzący z mie­sza­nej bry­tyj­sko-por­tu­gal­skiej rodziny kupiec, peł­niący obo­wiązki bry­tyj­skiego agenta kon­su­lar­nego, oraz ame­ry­kań­ski agent kon­su­larny w Tru­jillo, Edward Pru­dot. Z tą chwilą los jeń­ców został osta­tecz­nie przy­pie­czę­to­wany, a życie Wal­kera zna­la­zło się cał­ko­wi­cie na łasce Hon­du­ran.

Gdy tylko wia­do­mość o poro­zu­mie­niu została upu­blicz­niona, towa­rzy­szący eks­pe­dy­cji Wal­kera kore­spon­dent gazety „New York Herald” Char­les Allen odwie­dził poj­ma­nych fli­bu­stie­rów na pokła­dzie „Ica­rusa” w por­cie Tru­jillo. Zna­lazł ich wszyst­kich w złym sta­nie zdro­wia i potwor­nie brud­nych. Przy tej oka­zji prze­pro­wa­dził wywiad z Wal­ke­rem, który wrę­czył mu ory­gi­nalną kore­spon­den­cję, jaką wymie­nił 21 sierp­nia z koman­do­rem Sal­mo­nem, z prośbą o jej opu­bli­ko­wa­nie. Popro­sił rów­nież repor­tera o napi­sa­nie pod jego dyk­tando krót­kiego pro­te­stu do bry­tyj­skiego dowódcy prze­ciwko decy­zji o wyda­niu go w ręce władz hon­du­ra­skich. Spo­sób, w jaki Wal­ker podyk­to­wał tekst pro­te­stu, był spo­kojny i rze­czowy, dając dzien­ni­ka­rzowi pełną moż­li­wość dokład­nego spi­sa­nia każ­dego słowa:

PRO­TEST GENE­RAŁA WAL­KERA

Niniej­szym pro­te­stuję przed cywi­li­zo­wa­nym świa­tem, że kiedy pod­da­łem się kapi­ta­nowi parowca Jej Kró­lew­skiej Mości Ica­rus, ten ofi­cer wyraź­nie otrzy­mał rów­nież mój miecz i pisto­let, jak rów­nież broń puł­kow­nika Rudlera, a kapi­tu­la­cja była wyraź­nie i w tylu sło­wach skie­ro­wana do niego, jako przed­sta­wi­ciela Jej Kró­lew­skiej Mości.

WIL­LIAM WAL­KER. Na pokła­dzie parowca Ica­rus, 5 wrze­śnia 1860 roku.

Reak­cja na pro­test Wal­kera była prze­wi­dy­walna. Z jed­nej strony wydawca „New York Herald” James Gor­don Ben­nett sko­men­to­wał na łamach swo­jego pisma, że Wal­ker „pod­dał się koman­do­rowi Sal­mo­nowi, jako przed­sta­wi­cie­lowi Jej Kró­lew­skiej Mości, i ten ofi­cer wyda­jąc go sła­bym i krwio­żer­czym wła­dzom lokal­nym na egze­ku­cję, rzu­cił plamę na bry­tyj­ski honor i bry­tyj­ską flagę, któ­rej ni­gdy nie zmyje żadna skru­cha ze strony koman­dora Sal­mona”. Z dru­giej strony prze­ło­żony Sal­mona na Jamajce, koman­dor Samuel Mor­rish, dono­sił Admi­ra­li­cji w Lon­dy­nie: „Moim zda­niem koman­dor Sal­mon dzia­łał dosta­tecz­nie szybko i roz­sąd­nie, aby zmiaż­dżyć to gniazdo żmij, a tym samym unik­nąć kło­po­tów, które powsta­łyby, gdyby Wal­ker i jego ludzie mogli odejść dalej”. Jakiś czas potem w aktach bry­tyj­skiej Admi­ra­li­cji zna­la­zła się notatka o nastę­pu­ją­cej tre­ści:

„Tuż po przy­by­ciu do Tru­jillo, 20 sierp­nia, koman­dor Sal­mon zastał pana Wal­kera, fli­bu­stiera, w posia­da­niu Tru­jillo. Dwa dni póź­niej, 22 sierp­nia, stwier­dził, że Wal­ker i jego ludzie znik­nęli. Pró­bu­jąc usta­lić, co się z nimi stało, 3 wrze­śnia po połu­dniu wysłał na brzeg kilka łodzi z uzbro­jo­nymi mary­na­rzami i żoł­nie­rzami pie­choty mor­skiej, któ­rzy odna­leźli ludzi Wal­kera nie­da­leko ujścia rzeki Negro (Rio Negro). Trzy godziny póź­niej łodzie wró­ciły, przy­wo­żąc Wal­kera i 72 jego towa­rzy­szy. Po powro­cie do Tru­jillo, w środę 5 wrze­śnia o godzi­nie 5 po połu­dniu, Sal­mon wysa­dził ludzi Wal­kera na brzeg i prze­ka­zał ich lokal­nym wła­dzom hon­du­ra­skim”3.

Rozdział II. Epoka flibustierów

Roz­dział II.

Epoka fli­bu­stie­rów

Lata mię­dzy zakoń­cze­niem wojny mek­sy­kań­skiej a wybu­chem wojny sece­syj­nej można śmiało nazwać cza­sem fli­bu­stie­rów.

Ame­ry­kań­ski histo­ryk James Mit­chell Clarke, 1933 rok

William Walker – „Szarooki Człowiek Przeznaczenia”.

Jak na czło­wieka, który gro­ma­dził pry­watne armie, najeż­dżał obce zie­mie, a nawet two­rzył wła­sne rządy i kraje, Wil­liam Wal­ker nie był kimś, na kogo warto było patrzeć. Miał nie­całe 170 cen­ty­me­trów wzro­stu i 55 kilo­gra­mów wagi, smu­kłą syl­wetkę i prze­rze­dzone włosy. Posia­dał chło­pięcą urodę i wyda­wał się wątły, a jego ciemny strój i łagodne maniery spra­wiały, że łatwo go było pomy­lić z osobą duchowną. Ostat­nim, za kogo można było wziąć Wal­kera, był wojow­nik. A jed­nak, jak zauwa­żył jeden ze współ­cze­snych: „Każdy, kto oce­niał pana Wal­kera na pod­sta­wie jego wyglądu, popeł­niał wielki błąd. Przy­ku­wał twoją uwagę pierw­szym sło­wem, jakie wypo­wie­dział, a idąc dalej, czu­łeś się w pełni prze­ko­nany, że nie jest zwy­kłym czło­wie­kiem”. Cha­ry­zma­tyczny mimo swego nie­cie­ka­wego wyglądu, Wil­liam Wal­ker w dra­ma­tyczny spo­sób ucie­le­śniał ducha przy­gody i filo­zo­fię Ame­ryki lat 50. XIX wieku.

Uro­dzony 8 maja 1824 roku Wal­ker ucho­dził za cudowne dziecko. Jego ojciec kupiec James Wal­ker przy­był do Ame­ryki ze Szko­cji około 1820 roku i osiadł w Nashville w sta­nie Ten­nes­see. Matka Mary Norvell była córką zasłu­żo­nego ofi­cera armii kon­ty­nen­tal­nej Jerzego Waszyng­tona w woj­nie o nie­pod­le­głość Sta­nów Zjed­no­czo­nych z Wir­gi­nii. Wil­liam dyplom leka­rza uzy­skał na Uni­wer­sy­te­cie Pen­syl­wa­nii w wieku 19 lat, a potem stu­dio­wał na uni­wer­sy­te­tach w Paryżu, Heidel­bergu i Edyn­burgu. Po powro­cie z Europy przez krótki czas prak­ty­ko­wał medy­cynę w Fila­del­fii, ale nie miał do tego wystar­cza­jąco dużo siły i prze­niósł się do Nowego Orle­anu, aby stu­dio­wać i prak­ty­ko­wać prawo. Znu­dzony nauką, został wspól­ni­kiem i zało­ży­cie­lem libe­ral­nej gazety „New Orle­ans Cre­scent”, w któ­rej wspól­nie ze swoim part­ne­rem Edmun­dem Ran­dol­phem zatrud­niał m.in. ambit­nego mło­dego poetę i pro­za­ika Walta Whit­mana (1819–1892), uwa­ża­nego za jed­nego z pre­kur­so­rów współ­cze­snej lite­ra­tury ame­ry­kań­skiej.

Młody Wal­ker był nie­spo­koj­nym duchem, nie potra­fią­cym długo usie­dzieć w jed­nym miej­scu. Kiedy jego narze­czona Ellen Mar­tin Gait zmarła pod­czas śmier­tel­nej epi­de­mii cho­lery w 1849 roku, umar­twiony opu­ścił Nowy Orlean i w następ­nym roku prze­niósł się do San Fran­ci­sco, gdzie był już jego dawny part­ner, Edmund Ran­dolph4. Był to okres, gdy gorączka złota (gold rush) w Kali­for­nii trwała w naj­lep­sze, przy­cią­ga­jąc obie­ży­świa­tów ze wszyst­kich stron globu. Kali­for­nię zalali ama­to­rzy przy­gód, poszu­ki­wa­cze cen­nych mine­ra­łów, hazar­dzi­ści i róż­nej maści łotrzy­ko­wie, wśród któ­rych nie­po­tra­fiący zna­leźć sobie dotąd miej­sca w życiu Wal­ker wresz­cie poczuł się jak w domu. Na krótko wzno­wił karierę dzien­ni­kar­ską, wyda­jąc wraz z „mło­dym i ogni­stym” Irland­czy­kiem Joh­nem Nugen­tem gazetę „San Fran­ci­sco Herald”.

San Fran­ci­sco, które w 1847 roku liczyło tylko 800 miesz­kań­ców, w ciągu trzech lat wyro­sło na tęt­niącą życiem 50-tysięczną metro­po­lię, którą szybko okrzyk­nięto gniaz­dem szer­szeni (hor­net’s nest) i która z tru­dem radziła sobie z falą nie­pra­wo­ści i występku. Wkrótce grupa samo­zwań­czych straż­ni­ków porządku (vigi­lan­tes) wzięła prawo w swoje ręce, lin­czu­jąc dwóch męż­czyzn na jed­nej z głów­nych ulic mia­sta, aby cały świat mógł zoba­czyć, jak karze się zło. Wal­ker i Nugent ostro skry­ty­ko­wali miej­sco­wych urzęd­ni­ków i sędziów za tole­ro­wa­nie „fali prze­mocy” na łamach swo­jej gazety, w wyniku czego Wal­ker został wyzwany na poje­dy­nek. Zwró­cił na sie­bie uwagę całego kraju, poje­dyn­ku­jąc się na rewol­wery ze zna­nym praw­ni­kiem Wil­lia­mem Hick­sem Gra­ha­mem w dniu 12 stycz­nia 1851 roku. Gra­ham był uzna­nym strzel­cem, brał udział w wielu poje­dyn­kach i strze­la­ni­nach na Dzi­kim Zacho­dzie, nic więc dziw­nego, że pierw­szy tra­fił Wal­kera w udo i poważ­nie go zra­nił, sam wycho­dząc z poje­dynku bez szwanku. Trzy mie­siące póź­niej ledwo wyle­czony z ran Wal­ker tra­fił do wię­zie­nia za odmowę zapła­ce­nia grzywny 500 dola­rów za obrazę sędziego Eli Par­sona i tylko popu­lar­ność, jaką zyskał po poje­dynku z Gra­ha­mem, spra­wiła, że wielki tłum jego wiel­bi­cieli wydo­stał go zza krat „ze wzglę­dów kon­sty­tu­cyj­nych chro­nią­cych wol­ność prasy”.

Po wyj­ściu z wię­zie­nia Wal­ker zre­zy­gno­wał z pracy dzien­ni­kar­skiej i wró­cił do prak­tyki praw­ni­czej w kali­for­nij­skim mie­ście Mary­sville, gdzie zaczął się aktyw­nie inte­re­so­wać lokalną poli­tyką. Jego uwagę przy­kuła zwłasz­cza nie­sta­bilna sytu­acja w sąsied­nich mek­sy­kań­skich sta­nach Dolna Kali­for­nia (Baja Cali­for­nia) i Sonora. Śle­dząc wyda­rze­nia za połu­dniową gra­nicą, Wal­ker doszedł do wnio­sku, że zarówno rządy Mek­syku, jak i Sta­nów Zjed­no­czo­nych nie są w sta­nie chro­nić cywil­nej lud­no­ści tych regio­nów przed najaz­dami Indian z ple­mie­nia Apa­czów. Wio­sną 1852 roku Wal­ker, prze­ko­nany o tym, że mógłby zna­leźć roz­wią­za­nie tego pro­blemu, wspól­nie z nowym part­ne­rem Hen­rym P. Wat­kin­sem i dwoma innymi praw­ni­kami, nawią­zał kon­takt z grupą podob­nie myślą­cych przed­się­bior­ców z gór­ni­czego okręgu Pla­cer (Pla­cer County), nie­da­leko Sacra­mento. Wspól­nie ura­dzili wysłać swego przed­sta­wi­ciela Fre­de­ricka Emory’ego do por­to­wego mia­sta Guay­mas w Sono­rze w celu zło­że­nia pety­cji do rządu mek­sy­kań­skiego o przy­zna­nie im dota­cji umoż­li­wia­ją­cej utwo­rze­nie w pobliżu mia­steczka Arizpe ame­ry­kań­skiej kolo­nii gór­ni­czej. W zamian mieli zapew­nić ochronę pół­noc­nej gra­nicy Sonory przed napa­dami Apa­czów z Ari­zony i Nowego Mek­syku.

Zanim jed­nak Emory wybrał się do Mek­syku, fran­cu­ski awan­tur­nik i przed­się­biorca z Avi­gnonu hra­bia Gaston de Raous­set-Boul­bon (1817–1854), który po utra­cie swo­jego majątku w wyniku rewo­lu­cji 1848 roku we Fran­cji przy­był do Kali­for­nii latem 1850 roku, sam wylą­do­wał w Guay­mas i roz­po­czął zasie­dla­nie wła­snej kolo­nii. Raous­set-Boul­bon przy­wiózł ze sobą do Sonory kil­ku­set Fran­cu­zów, któ­rzy w prze­ko­na­niu Mek­sy­ka­nów mieli pod­jąć pracę w sta­rej kopalni sre­bra. W tym cza­sie rząd mek­sy­kań­ski pre­zy­denta Mariano Ari­sty wpro­wa­dził w życie sze­reg udo­god­nień, które zezwa­lały oso­bom spoza Sta­nów Zjed­no­czo­nych (z powodu stra­chu przed utratą dal­szych tery­to­riów na rzecz Ame­ry­ka­nów w wyniku nie­daw­nej wojny ame­ry­kań­sko-mek­sy­kań­skiej) zalud­niać nie­za­miesz­kane obszary pół­noc­nego pogra­ni­cza Mek­syku i chro­nić nie­licz­nych „cywi­li­zo­wa­nych” miesz­kań­ców tych ziem przed ata­kami Indian przy­by­wa­ją­cych z dru­giej strony gra­nicy.

Raous­set-Boul­bon odbył swoją pierw­szą podróż do Mek­syku w lutym 1852 roku. W Mie­ście Mek­syk spo­tkał fran­cu­skiego kon­sula André Levas­seura, który przed­sta­wił go inwe­sto­rom gór­ni­czej firmy La Com­pa­nia Restau­ra­dora, eks­plo­atu­ją­cej kopal­nie sre­bra w pół­noc­nym Mek­syku. Siód­mego kwiet­nia Fran­cuz pod­pi­sał umowę z przed­sta­wi­cie­lami kom­pa­nii, na mocy któ­rej został wyzna­czony (wspól­nie z przy­dzie­lo­nym do pomocy „agen­tem” z San Fran­ci­sco) do zba­da­nia obsza­rów w pół­noc­nej Sono­rze, pod­ję­cia wydo­by­cia cen­nych mine­ra­łów i odkry­cia innych dóbr tej kra­iny oraz wzię­cia ich w posia­da­nie.

Hra­bia wró­cił do Kali­for­nii i gdy tylko uzy­skał pozwo­le­nie, zwer­bo­wał oddział liczący około 270 ludzi z dużym zapa­sem broni i żyw­no­ści. Dzie­więt­na­stego maja wypły­nął z San Fran­ci­sco na statku „Archi­val Gra­cie” i dwa tygo­dnie póź­niej przy­był do Guay­mas, gdzie został uro­czy­ście powi­tany przez miesz­kań­ców mia­sta i wła­dze Sonory. Do nad­zoru nad fran­cu­ską eks­pe­dy­cją Mek­sy­ka­nie wyzna­czyli gene­rała Migu­ela Blanco, ale Raous­set-Boul­bon czę­sto igno­ro­wał mek­sy­kań­skiego dowódcę, mówiąc, że pró­bo­wał wypeł­nić warunki umowy, ale nie otrzy­mał pomocy ze strony gene­rała, który „zwy­czaj­nie pozo­sta­wał bierny”. Wyprawa prze­nio­sła się do sto­licy Sonory Her­mo­sillo, potem do mia­sta Ures i jesz­cze dalej na pół­noc, aż tra­fiła do Arizpe. W sierp­niu 1852 roku wła­dze mek­sy­kań­skie zdały sobie wresz­cie sprawę z bun­tow­ni­czej postawy fran­cu­skiej eks­pe­dy­cji i wydały roz­kaz zor­ga­ni­zo­wa­nia spo­tka­nia z jej przy­wódcą w Ures. Raous­set ni­gdy się tam nie sta­wił, w związku z czym uznano go za bun­tow­nika.

We wrze­śniu Fran­cuz i jego kom­pa­nia sta­nęli w pustyn­nym mia­steczku Páric w środ­ko­wej Sono­rze, gdzie odparli atak wojsk mek­sy­kań­skich. Po zwy­cię­stwie dowódca poda­ro­wał swoim ludziom flagę z fran­cu­skimi kolo­rami i napi­sem „Indepéndance de Sonora”. W paź­dzier­niku gene­ra­ło­wie Cay­etano Navarro i Blanco zmie­rzyli się z siłami bun­tow­ni­ków w nie­roz­strzy­gnię­tej bitwie koło Her­mo­sillo. Czwar­tego listo­pada pod­pi­sano trak­tat o roz­wią­za­niu fran­cu­skiej eks­pe­dy­cji, który gwa­ran­to­wał jej uczest­ni­kom bez­pieczny wyjazd z kraju. Osta­tecz­nie poko­nany hra­bia wró­cił do San Fran­ci­sco w marcu 1853 roku.

Po kapi­tu­la­cji Fran­cu­zów i ich ewa­ku­acji z Guay­mas, w Kali­for­nii nasi­liły się pogło­ski o pla­nach kolej­nych wypraw do Sonory. Kiedy hra­bia Raous­set-Boul­bon powró­cił do San Fran­ci­sco, został potrak­to­wany jak boha­ter. Mie­siąc póź­niej zaczęto mówić, że ma zostać dowódcą nowej, dużej mię­dzy­na­ro­do­wej eks­pe­dy­cji do Sonory liczą­cej 1500 ludzi: Ame­ry­ka­nów, Fran­cu­zów oraz Niem­ców, która miła być gotowa do wypły­nię­cia w bar­dzo krót­kim cza­sie. Osta­tecz­nie do wyprawy nie doszło, praw­do­po­dob­nie w wyniku sprze­ciwu fran­cu­skiego kon­sula w San Fran­ci­sco Guil­laume Patrice Dil­lona i jego odpo­wied­nika w Guay­mas, Jose­pha Calvo.

W maju Wal­ker miał odbyć w San Fran­ci­sco „poufną” roz­mowę z hra­bią Raous­set-Boul­bo­nem. Zapro­po­no­wał mu współ­pracę, ale Fran­cuz odmó­wił, ponie­waż – jak powie­dział póź­niej – dzia­łał na rzecz reali­za­cji wła­snych celów, a poza tym „obec­ność Ame­ry­ka­nów w jego sze­re­gach mogła zan­ta­go­ni­zo­wać miesz­kań­ców Sonory”. W rze­czy­wi­sto­ści jego pro­jekt wkrótce upadł, ponie­waż przed­się­biorcy, któ­rzy przed­tem zgo­dzili się go sfi­nan­so­wać, wyco­fali się z nie­pew­nej umowy.

Nie­zra­żony odmową Raous­set-Boul­bona, Wal­ker prze­ko­nał swego druha Wat­kinsa, aby wspól­nie zre­ali­zo­wać nie­do­koń­czoną misję Emory’ego. Pięt­na­stego czerwca obaj wspól­nicy wypły­nęli z San Fran­ci­sco do Sonory na pokła­dzie małego wyczar­te­ro­wa­nego bry­tyj­skiego brygu „Arrow”. Przy­byli do Guay­mas wie­czo­rem 30 czerwca, ale pre­fekt mia­sta gene­rał Cay­etano Navarro i kapi­tan portu Anto­nio Cam­pu­zano od razu nabrali podej­rzeń wobec ame­ry­kań­skich przy­by­szów, któ­rzy nie posia­dali doku­men­tów wyma­ga­nych przez wła­dze mek­sy­kań­skie. Jak wspo­mi­nał póź­niej inny part­ner prawny Wal­kera James L. Sprin­ger, który mu towa­rzy­szył w rej­sie do Sonory: „Na nie­szczę­ście dla pana Wal­kera, kon­sul Mek­syku w San Fran­ci­sco pły­nący poprzed­nim stat­kiem, poin­for­mo­wał wła­dze w Guay­mas, aby nie zezwa­lały na to, by pan Wal­ker pod jakim­kol­wiek pre­tek­stem udał się do wnę­trza kraju, ponie­waż zamie­rzał to zro­bić w zdra­dli­wym celu”.

Zanie­po­ko­jony Wal­ker zwró­cił się z prośbą o pomoc i inter­wen­cję u władz mek­sy­kań­skich do ame­ry­kań­skiego kon­sula w Guay­mas, Juana A. Robin­sona, ale niczego nie wskó­rał. Obecny przy roz­mo­wie sio­strze­niec kon­sula Tobin Robin­son War­ren, opi­sał w swo­ich wspo­mnie­niach, jakie wra­że­nie wywarł na nim Wal­ker:

„Pod­czas krót­kiej wizyty tego póź­niej­szego zło­czyńcy, piszący te słowa miał oka­zję dobrze mu się przyj­rzeć i zna­lazł się wielce pod wra­że­niem jego prze­bie­gło­ści i zde­cy­do­wa­nego cha­rak­teru. Bo cho­ciaż opty­mi­styczny w tem­pe­ra­men­cie i sza­le­nie pewny suk­cesu, wyka­zy­wał taki eks­tre­malny poziom ostroż­no­ści, że pra­wie udało mu się roz­broić podej­rze­nia samych Mek­sy­ka­nów przed wyjaz­dem od nich. Chcąc spoj­rzeć na Wil­liama Wal­kera, można by go pra­wie uznać za twórcę i głów­nego ini­cja­tora tego zde­spe­ro­wa­nego przed­się­wzię­cia, jakim była inwa­zja stanu Sonora. Jego wygląd przy­po­mi­nał wszystko inne, tylko nie dowódcę woj­sko­wego. Mniej niż śred­niego wzro­stu i bar­dzo szczu­pły, nie wyobra­żam sobie, żeby ważył sto fun­tów. Jego włosy są jasne i krę­cone, pod­czas gdy jego pra­wie białe brwi i rzęsy kryły pozor­nie pozba­wione źre­nic, szare, zimne oczy, a jego twarz pokry­wała masa żół­tych pie­gów. Cały wyraz jego twa­rzy był bar­dzo ciężki. Ubra­nie, jakie nosił, było nie mniej nie­zwy­kłe niż jego osoba. Na gło­wie miał białą futrzaną czapę, któ­rej długi ogon falo­wał na wie­trze, i która razem z bar­dzo źle wyko­na­nym, krót­kim w sta­nie nie­bie­skim płasz­czem ze zło­co­nymi guzi­kami i parą sza­rych pan­ta­lo­nów bez ramią­czek, skła­dały się na osobę tak nie­wła­ści­wie wyglą­da­jącą, jak ktoś, kogo można spo­tkać pod­czas codzien­nego spa­ceru.

Wyobraź­cie sobie, że tak ubrana postać zja­wiła się w Guay­mas przy tem­pe­ra­tu­rze 100° [Faren­he­ita – przyp. J.W.], pod­czas gdy każdy inny czło­wiek był ubrany w lekki strój na biało. Rze­czy­wi­ście, strach Mek­sy­ka­nów przed najeźdź­cami znik­nął w poło­wie, kiedy zoba­czyli w ich Wiel­kim Wodzu taki nie­po­zor­nie wyglą­da­jący okaz. Ale każdy, kto oce­niał pana Wal­kera na pod­sta­wie jego wyglądu, popeł­niał wielki błąd. Nie­zwy­kle mil­czący, sie­dział przez godzinę w towa­rzy­stwie, nie otwie­ra­jąc ust. Ale kiedy był czymś zain­te­re­so­wany, przy­ku­wał twoją uwagę pierw­szym sło­wem, jakie wypo­wie­dział, a gdy kon­ty­nu­ował, czu­łeś się prze­ko­nany, że nie był zwy­kłym czło­wiekiem. Dla kilku zaufa­nych przy­ja­ciół był naj­bar­dziej entu­zja­stycz­nie nasta­wiony do swo­jego naj­droż­szego pro­jektu, ale poza roz­mową z tymi bez­po­śred­nio zain­te­re­so­wanymi, ni­gdy nie poru­szał tego tematu”.

Zakło­po­tani oko­licz­no­ściami mek­sy­kań­scy ofi­cjele oświad­czyli, że muszą naj­pierw otrzy­mać instruk­cje od swo­jego zwierzch­nika, komen­danta gene­ral­nego i wie­lo­krot­nego guber­na­tora Sonory Manu­ela Marií Gándary, mają­cego sie­dzibę w odle­głym o 240 kilo­me­trów na pół­noc Her­mo­sillo, po czym odmó­wili Ame­ry­ka­nom zgody na podróż w głąb kraju. Nauczony smut­nym doświad­cze­niem z hra­bią Raous­set-Boul­bo­nem, kapi­tan Cam­pu­zano w liście do komen­danta Gándary nie tylko wska­zał na naru­sze­nie przez obcych przy­by­szów prawa wjazdu do Mek­syku, ale wyra­ził swoje dal­sze podej­rze­nia, pisząc: „Wasza Eks­ce­len­cja z pew­no­ścią zauważy, że ich inten­cją jest bez wąt­pie­nia zagar­nię­cie czę­ści tery­to­rium Mek­syku”. Jed­no­cze­śnie nazwał Wal­kera „głów­nym pro­mo­to­rem tej prze­ra­ża­ją­cej ame­ry­kań­skiej inwa­zji”. Wszy­scy wie­dzieli, że Sonora jest bogata w złoża sre­bra i Mek­sy­ka­nie podej­rze­wali, że Wal­ker zamie­rzał tam zało­żyć wła­sne pań­stwo. Rze­czy­wi­ście, zale­d­wie kilka tygo­dni przed wyjaz­dem z San Fran­ci­sco do Guay­mas wydru­ko­wał i roz­po­czął sprze­daż obli­ga­cji ze znacz­kiem opa­trzo­nym inskryp­cją „Repu­blika Sonory” (Repu­blic of Sonora).

Ostrze­żony przez kapi­tana Cam­pu­zano komen­dant Gándara naka­zał zatrzy­mać Wal­kera i Wat­kinsa, ale kon­sul Robin­son, który był wta­jem­ni­czony w plany zało­że­nia kolo­nii, użył swo­ich wpły­wów wśród lokal­nych urzęd­ni­ków i uchro­nił ich przed aresz­to­wa­niem. W mię­dzy­cza­sie Gándara zmie­nił zda­nie i zapro­sił obu gości do zło­że­nia wizyty w Her­mo­sillo. Jed­nak wie­ści o napa­dach Apa­czów gra­su­ją­cych w pobliżu Guay­mas wystra­szyły Wal­kera i Wat­kinsa, któ­rzy wsie­dli na sta­tek i po sze­ściu tygo­dniach nie­obec­no­ści wró­cili do San Fran­ci­sco 16 lipca. Pomimo fia­ska swo­jej misji Wal­ker doszedł do prze­ko­na­nia, że „rela­tyw­nie mała grupa Ame­ry­ka­nów może zająć pozy­cję na gra­nicy Sonory […] za zgodą lub bez gody rządu mek­sy­kań­skiego”.

Wkrótce po powro­cie z Guay­mas Wal­ker posta­no­wił zało­żyć wła­sną repu­blikę w Mek­syku. Nie mógł wybrać bar­dziej korzyst­nego czasu, aby spró­bo­wać swo­ich sił w pro­ce­sie budowy nowego pań­stwa. Ame­ry­kań­ska nie­pod­le­głość miała zale­d­wie 60 lat, a zuchwały młody ame­ry­kań­ski orzeł sze­roko roz­wi­jał skrzy­dła do lotu. Wcze­śniej naród ame­ry­kań­ski sto­czył dwie wojny z Wielką Bry­ta­nią i – jak zauwa­żył jeden z wcze­snych kro­ni­ka­rzy: „Suk­ces w walce o byt wytwo­rzył nie­ogra­ni­czony ego­tyzm i pew­ność sie­bie”. Wielu Ame­ry­ka­nów uwa­żało, że eks­pan­sja tery­to­rialna jest nie tylko pra­wem, ale i obo­wiąz­kiem. Waszyng­toń­ski dzien­ni­karz i demo­kra­tyczny pod­że­gacz motło­chu John L. O’Sul­li­van nadał tej wie­rze w słusz­ność nie­okieł­zna­nego posłan­nic­twa naro­do­wego nazwę „Obja­wione Prze­zna­cze­nie” (Mani­fest Destiny)5.

Stany Zjed­no­czone w wyniku wojny z Mek­sy­kiem (1846–1848) ode­brały już swemu połu­dnio­wemu sąsia­dowi ogromne poła­cie ziemi, dołą­cza­jąc do Unii Tek­sas, Nowy Mek­syk, Ari­zonę i Kali­for­nię, a jesz­cze wcze­śniej odku­piły od Fran­cji roz­le­głe Tery­to­rium Luizjany (1803). Teraz ich ape­tyt przy­cią­gała Ame­ryka Środ­kowa, podob­nie jak hisz­pań­skie Hawaje, Por­to­ryko, Fili­piny i Kuba. I cho­ciaż Stany Zjed­no­czone pod­pi­sały w 1850 roku trak­tat z Wielką Bry­ta­nią, zapew­nia­jący poko­jowe zhar­mo­ni­zo­wa­nie rywa­li­zu­ją­cych inte­re­sów bry­tyj­skich i ame­ry­kań­skich w Ame­ryce Środ­ko­wej, ame­ry­kań­scy poszu­ki­wa­cze przy­gód uznali ten układ za nie­wielką prze­szkodę do reali­za­cji swo­ich awan­tur­ni­czych pla­nów6. Ludzie ci stali się znani jako „fli­bu­stie­rzy” (fili­bu­sters).

Dla więk­szo­ści współ­cze­snych Ame­ry­ka­nów ter­min „fil­bu­ste­ring” koja­rzy się z obstruk­cją par­la­men­tarną w wyko­na­niu waż­nych poli­ty­ków, „któ­rzy chcą uto­pić pro­jekty usta­wo­daw­cze prze­ciw­ni­ków w morzu słów”. W latach 40. i 50. XIX wieku okre­śle­nie „fli­bu­stier” miało jed­nak inne, ciem­niej­sze i bar­dziej egzo­tyczne zna­cze­nie. Ter­min pocho­dzi od holen­der­skiego słowa vrij­bu­iter, które tłu­ma­czy się jako fre­ebo­oter („roz­bój­nik” albo „mor­ski roz­bój­nik”). Hisz­pa­nie znie­kształ­cili tę nazwę, a od ich ter­minu fili­bu­stero wywo­dzi się wer­sja angiel­ska, która ozna­czała rabu­sia lub pirata. Krótko mówiąc, doty­czyło to „awan­tur­ni­ków, któ­rzy w ciągu dekady poprze­dza­ją­cej wojnę sece­syjną zaj­mo­wali się wypo­sa­ża­niem i pro­wa­dze­niem z pry­wat­nej ini­cja­tywy wypraw zbroj­nych z terenu Sta­nów Zjed­no­czo­nych prze­ciwko innym naro­dom, z któ­rymi kraj ten pozo­sta­wał w zgo­dzie”. Niektó­rzy z tych poszu­ki­wa­czy przy­gód zamie­rzali przy­łą­czyć swoje nowe kolo­nie do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, a ponie­waż stany połu­dniowe szcze­gól­nie wspie­rały i zachę­cały fli­bu­stie­rów, nowo nabyte zie­mie miały się przy­łą­czyć do Unii jako stany nie­wol­ni­cze. Inni po pro­stu szu­kali spo­sob­no­ści, aby siłą wykroić z cudzego tery­to­rium pry­watne lenna i zbić przy tym mają­tek.

Republika Dolnej Kalifornii i Republika Sonory

Po powro­cie do San Fran­ci­sco Wal­ker zaczął gro­ma­dzić ludzi i broń do pla­no­wa­nej inwa­zji, aby „uwol­nić Sonorę od nie­dbal­stwa i tyra­nii rządu gene­rała Santa Anny”. Otwo­rzył biuro rekru­ta­cyjne i sprze­da­wał działki ziemi w przy­szłej „Repu­blice Sonory”, przy­cią­ga­jąc ochot­ni­ków i gro­ma­dząc wystar­cza­jąco dużo pie­nię­dzy na sfi­nan­so­wa­nie wyprawy. Więk­szość jego rekru­tów sta­no­wili miesz­kańcy ame­ry­kań­skiego Połu­dnia: wete­rani wojny mek­sy­kań­skiej, pechowi poszu­ki­wa­cze złota oraz zwy­kli awan­tur­nicy poszu­ku­jący przy­gód i oka­zji do gra­bieży. Fli­bu­ste­ring był jed­nak nie­zgodny z pra­wem, a w paź­dzier­niku 1853 roku, kiedy ame­ry­kań­ski dowódca w Kali­for­nii puł­kow­nik Ethan Allen Hitch­cock usły­szał o pla­nach Wal­kera, skon­fi­sko­wał jego bryg „Arrow” (przy­chylny sąd fede­ralny wkrótce naka­zał zwol­nie­nie statku). Jed­no­cze­śnie ogło­szono, że dowódca armii w regio­nie będzie prze­strze­gać pole­ceń wyda­nych przez gabi­net ustę­pu­ją­cego pre­zy­denta Mil­larda Fil­l­more’a i że „wyprawa ni­gdy nie otrzyma pozwo­le­nia na prze­kro­cze­nie linii poste­run­ków woj­sko­wych zlo­ka­li­zo­wa­nych na połu­dniu kraju”.

Nie mogąc prze­kro­czyć gra­nicy lądem, Wal­ker zmie­nił swoje plany i posta­no­wił zaata­ko­wać Sonorę od strony morza. Pięt­na­stego paź­dzier­nika w nocy on i jego rekruci zebrali się w por­cie w San Fran­ci­sco i ran­kiem następ­nego dnia popły­nęli do Mek­syku na pokła­dzie brygu „Caro­line”, dowo­dzo­nego przez kapi­tana Howarda Snowa. Dwu­dzie­stego ósmego paź­dzier­nika wylą­do­wali w por­cie Cabo San Lucas w połu­dnio­wej czę­ści Pół­wy­spu Kali­for­nij­skiego, gdzie zamie­rzali pocze­kać na zapasy i dodat­ko­wych ludzi. Cho­ciaż osta­tecz­nym celem była zanar­chi­zo­wana i czę­ściowo nie­za­leżna od rządu cen­tral­nego Sonora, przed uda­niem się do celu Wal­ker posta­no­wił zało­żyć przy­czó­łek w sta­nie Dolna Kali­for­nia. Trze­ciego listo­pada ze swoją grupą liczącą 45 uzbro­jo­nych fli­bu­stie­rów pod komendą kapi­tana Char­lesa Gil­mana, nazy­wa­ją­cych się Pierw­szym Nie­za­leż­nym Bata­lio­nem (First Inde­pen­dent Bat­ta­lion), przy­pły­nął pod mek­sy­kań­ską flagą do sto­licy Dol­nej Kali­for­nii La Paz. Następ­nie w ciągu pół godziny zajął mia­sto, poj­mał ustę­pu­ją­cego guber­na­tora puł­kow­nika Rafa­ela Espi­nosę i trium­fal­nie wzniósł opa­trzony dwiema gwiaz­dami sztan­dar nowej Repu­bliki Dol­nej Kali­for­nii (Twin-Star Repu­blic albo Repu­blic of Baja Cali­for­nia). Pią­tego listo­pada schwy­tał jesz­cze przy­by­łego stat­kiem „Nep­tune” z mia­sta Mazatlán, nie­świa­do­mego najazdu fli­bu­stie­rów nowego guber­na­tora Dol­nej Kali­for­nii, puł­kow­nika Juana Cli­maco Rebol­ledo.

Wal­ker ogło­sił cały pół­wy­sep „wol­nym, suwe­ren­nym i nie­za­leż­nym” kra­jem, mia­no­wał się pre­zy­den­tem i na zawsze wyrzekł się wszel­kiej lojal­no­ści wobec Mek­syku, mówiąc: „Repu­blika Dol­nej Kali­for­nii jest odtąd wolną, suwe­renną i nie­za­leżną, rezy­gnu­jąc ze swo­ich więzi z Mek­sy­kiem”. Zastrzegł ponadto, że jego nowa domena będzie sto­so­wała ten sam sys­tem prawny, który obo­wią­zy­wał w Luizja­nie, w tym praw­nie usank­cjo­no­wane nie­wol­nic­two. „Celem tych ludzi po opusz­cze­niu Kali­for­nii – powie­dział póź­niej sam Wal­ker o swo­ich towa­rzy­szach – było dotrzeć do Sonory i nawet ich nie­wielka liczba nie prze­szko­dziła im wylą­do­wać w La Paz. W ten spo­sób, zmu­szeni do uczy­nie­nia z Dol­nej Kali­for­nii pola ope­ra­cji przed nabra­niem sił do inwa­zji Sonory, zna­leźli na pół­wy­spie wyma­ganą orga­ni­za­cję poli­tyczną”.

W takich oko­licz­no­ściach naro­dziła się samo­zwań­cza Repu­blika Dol­nej Kali­for­nii, a 45 fli­bu­stie­rów Wal­kera zdo­było wąt­pliwą sławę, wcho­dząc w listo­pa­dzie 1853 roku na karty histo­rii jako jej ojco­wie zało­ży­ciele. Szó­stego listo­pada Wal­ker wró­cił do Cabo San Lucas, ponie­waż dotarła do niego wia­do­mość, że mek­sy­kań­skie woj­sko zmie­rza do La Paz, aby go schwy­tać. Dwa dni póź­niej opu­ścił na pokła­dzie „Caro­line” Cabo San Lucas i prze­niósł się na pół­noc do leżą­cego bli­żej gra­nicy ame­ry­kań­skiej mia­sta Ense­nada de Todos San­tos.

Po przy­by­ciu 29 listo­pada do Ense­nady Wal­ker nie mar­no­wał czasu. Natych­miast pod­niósł nową flagę na brzegu i prze­niósł sie­dzibę swo­jej repu­bliki do samot­nego domu z gliny sto­ją­cego w por­cie, któ­remu potem nadał nazwę Fort McKib­bin7. Zaraz po przy­jeź­dzie zebrał wszel­kie moż­liwe infor­ma­cje na temat spraw lokal­nych, aby móc zapla­no­wać swoje następne ruchy. Samo­zwań­czy pre­zy­dent zor­ga­ni­zo­wał rząd tym­cza­sowy i ogło­sił, że jego nowy mały kraj jest otwarty na han­del świa­towy. Mia­no­wał Fre­de­ricka Emory’ego swoim „sekre­ta­rzem stanu” i ostat­niego dnia listo­pada wysłał go wraz z dwoma innymi ludźmi do San Diego w Kali­for­nii, aby pozy­skali żyw­ność i ludzi do wspar­cia jego sprawy. W San Diego Emory otwo­rzył nowe biuro rekru­ta­cyjne pod flagą „Repu­bliki Dol­nej Kali­for­nii”, a 3 grud­nia opu­bli­ko­wał w gaze­cie „San Diego Herald” prze­sła­nie Wal­kera skie­ro­wane do narodu ame­ry­kań­skiego, w któ­rym jego autor, wyja­śnia­jąc motywy swo­jego dzia­ła­nia, stwier­dził, że „aby roz­wi­jać zasoby Dol­nej Kali­for­nii i wpro­wa­dzić tam odpo­wied­nią orga­ni­za­cję spo­łeczną, konieczne było jej usa­mo­dziel­nie­nie”. Dwa dni póź­niej Emory wsiadł na paro­wiec „Goliath” i 7 grud­nia przy­był do San Fran­ci­sco, gdzie natych­miast zaczął roz­po­wszech­niać wie­ści o powsta­niu „nowej repu­bliki” w nadziei zdo­by­cia pie­nię­dzy i nowych rekru­tów dla Wal­kera.

Kiedy wia­do­mość o zdo­by­ciu przez Wal­kera La Paz roze­szła się po San Fran­ci­sco, pobór do jego oddzia­łów nabrał tempa. Na uli­cach mia­sta poja­wiły się flagi samo­zwań­czej repu­bliki, a lokalne gazety trium­fal­nie odtrą­biły „wiel­kie zwy­cię­stwo” Wal­kera. „Na uli­cach i w barach o każ­dej porze dnia i nocy można było widzieć grupy ludzi, dys­ku­tu­ją­cych o per­spek­ty­wach wyprawy i róż­nych oso­bach z nią zwią­za­nych” – pisał tam­tej­szy dzien­nik „Daily Alta Cali­for­nia”. Pięć dni po przy­jeź­dzie Emory’ego, były part­ner prawny Wal­kera Henry Wat­kins wsiadł na sta­tek „Anita” i popły­nął do Mek­syku z kolej­nymi 230 rekru­tami oraz dwoma mosięż­nymi dzia­łami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. W sierp­niu 1849 r. rząd Nika­ra­gui pod­pi­sał umowę z ame­ry­kań­skim przed­się­biorcą Cor­ne­liu­sem Van­der­bil­tem, dającą mu wyłączne prawo do budowy lądowo-wod­nej trasy tran­zy­to­wej przez Nika­ra­guę, która była czę­ścią więk­szego pro­jektu prze­wozu pasa­że­rów ze wschodu Sta­nów Zjed­no­czo­nych do Kali­for­nii. [wróć]

2. Henry swoją karierę woj­skową roz­po­czął w sze­re­gach ame­ry­kań­skiego woj­ska pod­czas wojny mek­sy­kań­skiej, odzna­cza­jąc się nie­zwy­kłą odwagą. 13 wrze­śnia 1847 r. w bitwie pod zam­kiem Cha­pul­te­pec, który bro­nił wej­ścia do Mia­sta Mek­syk, „był jed­nym z pierw­szych sztur­mu­ją­cych, któ­rzy wspięli się na mury zamku, i choć poważ­nie ranny, nie zatrzy­mał się, dopóki nie zna­lazł się w obrę­bie murów fortu”. [wróć]

3. W uzna­niu swo­jego osią­gnię­cia, w grud­niu 1860 r., koman­dor Newell Sal­mon (1835–1912) otrzy­mał ofi­cjalne podzię­ko­wa­nia od kie­row­nic­twa bry­tyj­skiego Mini­ster­stwa do Spraw Kolo­nii (Colo­nial Office) i Mini­ster­stwa Spraw Zagra­nicz­nych (Fore­ign Office), które „wyra­ziły swoją wdzięcz­ność za jego gor­liwe i huma­ni­tarne postę­po­wa­nie” w cza­sie, gdy część pod­le­głej mu załogi „została zaata­ko­wana przez febrę”. Póź­niej Sal­mon otrzy­mał także złoty medal od połą­czo­nych rzą­dów państw środ­ko­wo­ame­ry­kań­skich. [wróć]

4. Wal­ker wypły­nął z Nowego Orle­anu do Panamy 15 czerwca 1850 r. na pokła­dzie parowca SS „Ohio” i po prze­do­sta­niu się lądem na wybrzeże Oce­anu Spo­koj­nego udał się stam­tąd innym parow­cem do San Fran­ci­sco. [wróć]

5. John O’Sul­li­van (1813–1895) był redak­to­rem i wydawcą maga­zynu „The Uni­ted Sta­tes Maga­zine and Demo­cra­tic Review”, organu pra­so­wego Par­tii Demo­kra­tycz­nej i gazety jej zwo­len­ni­ków. Po raz pierw­szy napi­sał o „Obja­wio­nym Prze­zna­cze­niu” w 1845 r. pod­czas dys­ku­sji na temat koniecz­no­ści anek­sji Tek­sasu i nie­uchron­no­ści ame­ry­kań­skiej eks­pan­sji na kon­ty­nen­cie. [wróć]

6. Arty­kuł wpro­wa­dza­jący trak­tat ame­ry­kań­sko-bry­tyj­ski z 1850 r. obie­cy­wał zneu­tra­li­zo­wa­nie Ame­ryki Środ­ko­wej, któ­rej żaden z sygna­ta­riu­szy nie będzie „oku­po­wać, nie umocni, nie sko­lo­ni­zuje, nie przej­mie, ani nie będzie spra­wo­wać żad­nej domi­na­cji”. [wróć]

7. Fort nazwano tak na cześć por. Johna P. McKib­bina z Illi­nois, pierw­szego ofi­cera z oddziału Wal­kera pole­głego w walce z Mek­sy­ka­nami w Ense­na­dzie 5 grud­nia 1853 r. [wróć]