Koniec defilady. Koniec defilady. Przemijanie - Ford Madox Ford - ebook
Opis

Saga o dżentelmenie w najlepszym angielskim stylu

Trwa dzień zawieszenia broni. Na ulicach i w domach odbywają się uroczystości, strzelają fajerwerki - ludzie cieszą się chwilą. Valentine Winnop, nauczycielka gimnastyki w szkole, odbiera telefon. Zostaje poinformowana, że Christopher Tietjens wrócił do Londynu i że potrzebuje pomocy. Dla Valentine to wielka szansa, by zbliżyć się do mężczyzny, którego od dawna kocha. Dla Tietjensa  natomiast to czas odpoczynku i względnego spokoju.

Sielanka jednak nie trwa długo. Już wkrótce znów rozlegają się wystrzały i koszmarne odgłosy spadających bomb.

Na podstawie całego cyklu Koniec defilady powstał pięciokrotnie nominowany do nagrody Emmy, popularny serial telewizyjny produkcji BBC z Benedictem Cumberbatchem w roli Christophera Tietjensa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 261

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

Tytuł oryginału

Parade’s End. A Man Could Stand Up —

 

 

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

 

Redakcja

Barbara Węglarczyk

 

Korekta

Maria Ignaszak

 

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

 

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

 

Zdjęcie na okładce

Copyright © Mammoth Screen Limited 2012

 

 

Wydanie elektroniczne 2015

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

ISBN 978-83-7674-364-6

 

 

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 061 868 25 37

[email protected]

www.replika.eu

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

 

 

I

 

 

 

Powoli, pośród nieznośnych hałasów dobiegających z jednej strony od ulicy, z drugiej – z wielkiego i pełnego ech podwórza, dla Valentine dźwięk telefonu zaczął nabierać wagi takiej jak lata temu – ponadnaturalnego narzędzia nieprzeniknionego przeznaczenia.

Telefon z niewiadomego powodu znajdował się w rogu wielkiej sali szkolnej, pozbawiony wszelkiej osłony, i zadzwonił rozkazująco w chwili względnego spokoju, wzywając ją z asfaltowego boiska, gdzie komenderowała szeregami dziewcząt, które ledwie były w stanie ustać spokojnie. Valentine ze słuchawką przy uchu natychmiast została zalana niezrozumiałymi wieściami wygłaszanymi głosem, który na wpół pamiętała. W samym środku zdania uderzyły ją te słowa: „[…] że zasadniczo powinien być pod kontrolą, co może się pani nie spodobać!”, a potem znowu wybuchł hałas i nie słyszała rozmówcy.

Uznała, że w tej chwili cała populacja świata powinna być pod kontrolą; wiedziała, że ona sama była. Nie miała jednak żadnego męskiego krewnego, do którego szczególnie mógł się odnosić ten werdykt. Jej brat? Ale on był na trałowcu. W tej dokładnie chwili w dokach. A teraz… bezpieczny! Był jeszcze jakiś wiekowy wuj, którego nigdy nie widziała. Dziekan z… Hereford? Exeter…? Skądś tam… Czy właśnie powiedziała bezpieczny?Drżała z radości!

– Mówi Valentine Wannop… – powiedziała do słuchawki. – Nauczycielka gimnastyki w tej szkole.

Musiała sprawiać wrażenie, że jest trzeźwo myślącą osobą… a przynajmniej mieć trzeźwy głos!

Osoba o kuszącym, na wpół zapamiętanym głosie zaczęła wypowiadać kolejne niezrozumiałe rzeczy. Słowa dochodziły jak z jaskini, jakby z podkreśleniem wszystkich syczących zgłosek.

– Jego brat ma zzzapalenie płuccc, więccc jego kochanka nie może się nim zzzająć… – Głos zanikł; potem znów rozbrzmiał: – Podobno są teraz przyjaciółmi!

Dźwięk mowy na długi czas utonął w morzu wysokich dziewczęcych odgłosów z boiska, w wyciu syren fabrycznych, w niezliczonych wybuchach obcasów uderzających o chodnik. Skąd na Boga mieszkańcy tych nędznych, podmiejskich uliczek, pośród których leżała szkoła, wzięli materiały wybuchowe? A skoro już o tym mowa, to skąd w nich tyle ducha, żeby tak przerażająco hałasować? Tacy bezbarwni ludzie! Zamieszkujący w pudełkach koloru wątroby. Nie przejmowali się wyścigiem imperiów.

Syczący głos w telefonie rozbrzmiewał dalej, plując z rozgoryczeniem, „że portier powiedział, że nie ma żadnych mebli; że chyba nie rozpoznał tego portiera…”. Nieprawdopodobnie brzmiące strzępy informacji na wpół zagłuszone przez dźwięki z zewnątrz, ale wypowiadane głosem, który chciał chyba sprawić przykrość tym, co mówił.

Tym niemniej, nie było możliwe, żeby przyjąć to z radością. To, co tam się działo, musiało zostać podpisane przed kilkoma minutami. Wyobrażała sobie długi szereg ponurych i niezadowolonych armat rozbrzmiewających ostatni raz.

– Nie mam najbledszego pojęcia – krzyknęła do słuchawki Valentine Wannop – czego pani chce i kim pani jest.

Wymieniła jakiś tytuł… Lady jakaś tam… Coś jakby Blastus. Pomyślała, że jedna z pań zarządzających szkołą chciała zamówić coś na dzień sportu organizowany, by uczcić dzień patrona. Zarządczynie zawsze chciały, żeby szkoła zrobiła coś z takiej czy innej okazji. Bez wątpienia dyrektorka, która nie była pozbawiona poczucia humoru – nie całkowicie pozbawiona! – skierowała ową utytułowaną damę do Valentine Wannop, po tym, jak cierpliwie wysłuchiwała jej przez pół godziny. Dyrektorka z pewnością posłała kogoś na boisko, gdzie stały wszystkie bez tchu, żeby jej powiedział, że przy telefonie jest ktoś, o kim ona – panna Wanostrocht, mianowana dyrektorka – pomyślała, że panna Wannop powinna posłuchać… Zatem panna Wanostrocht musiała być w stanie zrozumieć, co powiedziała owa obecnie nieznana, utytułowana dama. Ale to oczywiście było dziesięć minut temu… Zanim odezwały się syreny… „Portier powiedział, że nie ma żadnych mebli… Nie rozpoznał chyba tego portiera… że powinien być pod kontrolą…!” Umysł Valentine pozbierał informacje, które usłyszała od lady (tymczasowo) Blastus. Wyobrażała sobie, że dama musiała się martwić o podstarzałego sierżanta musztry, który pracował w tej szkole, zanim na stanowisko nauczycielki gimnastyki zatrudniono ją, Valentine Wannop. Pomyślała o tym sędziwym, mamroczącym gentlemanie, z kilkoma wstążkami na czarnej tunice. Znajdującym się pewnie w przytułku. Umieszczonym tam przez zarząd szkoły. Na pewno zostawił swoje meble…

Valentine Wannop poczuła nagłe uderzenie gorąca. Wyobraziła sobie nawet, że jej oczy rozbłysły. Czy to był ten moment?

Nie wiedziała nawet, czy to był sygnał syren alarmowych czy fabrycznych. Wybuchł – ten hałas, czymkolwiek był – gdy przechodziła podziemnym przejściem z boiska do sali szkolnej, żeby odebrać ten przeklęty telefon. Nie słyszała więc konkretnego odgłosu. Umknął jej właśnie ten dźwięk, na który uszy świata czekały od lat, od pokolenia. Na wieczność. Brak dźwięku. Gdy wróciła na boisko, panowała tam martwa cisza. Wszyscy czekali: dziewczęta pocierały kostki gumowymi podeszwami…

Potem… Przez resztę życia nie potrafiła przypomnieć sobie większego wybuchu radości, której zaznały wyczekujące miliony. Nie było wśród nich nikogo oprócz niej, kto nie zapamiętał tej chwili… Pewnie drgnienie serca, które było jak ból; pewnie złapanie oddechu, który był jak oddychanie płomieniem…! Było po wszystkim; byli teraz w sytuacji, w stanie, w czymś, co mogło wpływać na różne rzeczy na różne sposoby…

Przypomniała sobie, że ten domniemany były sierżant musztry miał brata z zapaleniem płuc i nieosiągalną kochankę…

Właśnie miała sobie powiedzieć: „Takie już moje szczęście!”, gdy pogodnie przypomniała sobie, że jej szczęście wcale takie nie było. Ogólnie nie mogła narzekać – raz wzloty, raz upadki. Bywało, że miała mnóstwo nerwów – ale kto ich nie miewał! Ale dopisywało jej zdrowie, matce również, brat był bezpieczny… Nerwy, tak! Ale nic nie poszło jakoś szczególnie źle…

To wtedy był niespotykany przypływ pecha! Mógł to być znak – że w przyszłości sprawy pójdą źle; że nie spotkają jej pewne uniwersalne doświadczenia. Powiedzmy, nigdy nie wyjdzie za mąż; albo nigdy nie zazna przyjemności noszenia dziecka, o ile to była przyjemność. Może była, może nie. Jedni mówią tak, inni inaczej. Tak czy owak, to mógł być znak, że nie zazna pewnych uniwersalnych i potrzebnych doświadczeń…! Nigdy nie zobaczy Carcassonne, jak mawiają Francuzi… Być może nigdy nie zobaczy krajów śródziemnomorskich. Nie można być dobrze wychowanym człowiekiem, jeśli się ich nie widziało; morza Tybullusa, antologistów, nawet Safony… Niebieskiego: niewiarygodnie niebieskiego!

Teraz ludzie będą mogli podróżować. To niewiarygodne! Niewiarygodne! Niewiarygodne! Ale będzie można. Już w przyszłym tygodniu będzie można! Będzie można wezwać taksówkę! I pojechać na Charing Cross! I wypić porter! Cały porter…! Skrzydła, skrzydła gołębicy; i odlecę, odlecę, i będę jadła granaty nad niekończącą się niecką błękitu. To niewiarygodne, ale będzie można!

Znowu czuła się tak, jakby miała osiemnaście lat. „Zadziorna!” Powiedziała, używając tego dobrego, metalicznego cockneya z samego dołu płuc, którym mówiła, zakrzykując ludzi przeszkadzających w spotkaniach sufrażystek przed… przed…

– Mówię do pani! – huknęła do telefonu. – Chyba to zrobili; czy w pani części słychać syreny albo race?

Powtórzyła to trzy razy, nie dbała o lady Blastus czy lady Blast, czy kto to w ogóle był. Miała zamiar rzucić tę starą szkołę i jeść granaty w cieniu skały, na której Penelopa, żona Odyseusza, robiła pranie. W niebieskiej wodzie! Czy wszystkie pościele były tam niebieskawe ze względu na kolor morza? Mogła! Mogła! Mogła! Pojechać wraz z matką i bratem, i wszystkimi tam, gdzie można było jeść… Och, młode ziemniaczki! W listopadzie, nad niebieskim morzem… Jakie pieśni śpiewają syreny i czy…

Już nigdy więcej nie okaże szacunku żadnej lady. Do tej pory musiała to robić jako niezależna młoda kobieta z mizernymi środkami, żeby nie zaszkodzić szkole i pannie Wanostrocht razem z zarządem. A teraz… Już nigdy nikomu nie będzie okazywała szacunku. Przeszła przez młyńskie koła: cały świat przeszedł przez młyńskie koła! Koniec z szacunkiem!

– Lincoln’sss Inn! – Syczący, gorzki głos w telefonie wypowiedział jedyny adres, którego nie chciała usłyszeć.

Grzech…! Jak diabeł!

To zabolało.

– Dzzzwonię ssstamtąd!

– Cóż, to wspaniały dzień – odważnie oświadczyła Valentine. – Przypuszczam, że odgłosy świętowania przeszkadzają pani tak jak mnie. Nie słyszę, czego pani chce. Nie obchodzi mnie to. Niech się cieszą!

Miała na to ochotę. Nie powinna była.

– Pamięta pani Carlyle’a… – powiedział głos.

To było dokładnie to, czego nie chciała usłyszeć. Ze słuchawką przyciśniętą mocno do ucha rozejrzała się po wielkiej sali – po holu, zbudowanym po to, żeby tysiąc dziewcząt mogło siedzieć w ciszy, podczas gdy dyrektorka wygłaszała przemowy. Represyjne…! To miejsce było jak nieoficjalna kaplica. Wysokie, nagie mury z gotyckimi oknami biegnącymi pod lakierowany, drewniany sufit. Represje, cecha tego miejsca; miejsce, w którym dziś nie powinno się być… Powinno się być na ulicach, okładając dętkami kaski policjantów. To był Londyn cockneyów: tak Londyn cockneyów wyrażał siebie. Nieszkodliwie uderzyć policjantów, ponieważ byli sztywni. Zażenowani tymi przejawami uczuć kołysali się pośród grup, znad których głów wyglądali niepewnie, jak topole, wokół których tłoczyły się zwyczajne warzywa!

A tymczasem jej przypominano o niestrawności Thomasa Carlyle’a!

– Och! – wykrzyknęła do telefonu. – To ty, Edith Ethel!

Edith Ethel Duchemin, teraz oczywiście lady Macmaster! Jednak człowiek nie był przyzwyczajony myśleć o niej jako o lady Jakiejśtam.

Ostatnia osoba na świecie, najostatniejsza! Ponieważ dawno temu podjęła decyzję, że pomiędzy nią a Edith Ethel wszystko skończone. Ona z pewnością nie może równać się z nobilitowaną osobą, która mściwie potępiała wszystko. Wszystko, co nie było użyteczne dla Edith Ethel!

A że pozornie mająca poczucie estetyki, miała zestawy cytatów na wszelkie okazje. Rossetti na Miłość; Browning na Optymizm – to niezbyt częste; Walter Savage Landor, by pokazać znajomość prozy bardziej ezoterycznej. I niezawodne cytaty z Carlyle’a dla zepsucia Saturnaliów: na Nowy Rok, Te Deum, dzień zwycięstwa, rocznice, obchody… I te teraz słychać było w słuchawce.

– …a potem przypomniałem sobie, że to były urodziny tego ich Zbawiciela!

Jak dobrze Valentine to znała: jakże często Edith Ethel wypowiadała to ze złośliwą zuchwałością. Ustęp z dziennika Sage z Chelsea, który żył opodal Barracks.

„Dziś – tak szedł ten cytat – ujrzałem, że żołnierze w domu publicznym na rogu byli bardziej niż zwykle pijani. A potem przypomniałem sobie, że to były urodziny tego ich Zbawiciela!”

Jakże to wyniosłe ze strony Sage z Chelsea nie pamiętać aż do tej chwili, że nadeszło Boże Narodzenie! Edith Ethel również próbowała okazać swoją wyższość. Chciała tego dowieść, aż ona, Valentine Wannop, nie przypomniała jej, lady Macmaster, że dziś było swego rodzaju święto, czego ona, lady Mac, nie była świadoma. Naprawdę nie była, wiecie. Mieszkała w tym pełnym skupienia odosobnieniu wraz z sir Vincentem – wiecie, tym krytykiem; oczy mieli skierowane ku wyższym sprawom, ignorowali race i do teraz mieli naprawdę znaczącą kolekcję pierwszorzędnych i noszących oficjalne tytuły przyjaciół.

Valentine pamiętała jednak, że niegdyś siadywała u stóp mrocznej i tajemniczej Edith Ethel Duchemin – gdzie podziało się to wszystko? – i współczuła jej małżeńskiej udręce, podziwiała jej gust w kwestii mebli, jej wielkie pokoje i jej duchową dojrzałość.

– Nic się nie zmieniłaś, Edith Ethel – pogodnie powiedziała do telefonu. – Co mogę dla ciebie zrobić?

Ta dobroduszność w jej tonie ją zdziwiła, zdziwiona była również łatwością, z którą mówiła. Potem uświadomiła sobie, że hałasy ucichały, zapadała cisza, krzyki się oddalały. Potęgowały się gdzieś w oddali. Nie słychać było głosów dziewcząt na boisku: dyrektorka musiała je zwolnić. Naturalnie miejscowi mieszkańcy w bocznych uliczkach nadal odpalali petardy… Była sama, sama z czymś zupełnie niemożliwym!

Lady Macmaster szukała kontaktu z nią, a ona, Valentine Wannop, traktowała ją protekcjonalnie! Dlaczego? Czego mogła od niej chcieć lady Macmaster? Nie mogła – choć oczywiście doskonale mogła! – myśleć o tym, aby zdradzić Macmastera, i chciała, by ona, Valentine Wannop, odegrała rolę niewinnej, dziewiczej przyzwoitki albo uczennicy. Albo alibi. Jakie by nie było. Przyzwoitka była najbardziej odpowiednim słowem… Najwyraźniej Macmaster był człowiekiem, któremu każda pani Macmaster chciałaby być – albo musiała być – niewierna. Drobny, ciemnobrody, omdlewający i pełen potępienia człowiek. Typowy krytyk! Pewnie wszystkie żony krytyków były im niewierne. Brakowało im talentu tworzenia. Jak to się nazywało? Słowo niestosowne dla młodej damy!

Jej myśli pobiegły ku temu nieokiełznanemu, cockneyowskiemu duchowi uczennic. Nie dało się go powstrzymać. To było w imię tego dnia! Na razie pozbyła się myśli o waleniu policjantów po głowie, więc nie miała w sobie szacunku do uznanych autorytetów – dla sir Vincenta Macmastera, Głównego Sekretarza Królewskiego Biura Statystki, autora Walter Savage Landor. Monografia krytyczna i dwudziestu dwóch innych Monografii Krytycznych z serii Wybitnego Nudziarstwa… Takie książki! A ona wobec lady Macmaster, Egerii dla niezliczonych epistolografów szkockich, była pozbawiona szacunku i protekcjonalna! Koniec z szacunkiem! Czy to okaże się długotrwałym efektem kataklizmu, który dotknął świat? Niedawnego kataklizmu! Dzięki Bogu, że od dziesięciu minut można go było nazywać niedawnym kataklizmem!

Chichotała radośnie, stojąc przy telefonie, z którego dochodził głos lady Macmaster, który obecnie nabrał żarliwych, przymilnych tonów – jakby wiedziała, że Valentine nie słucha zbyt uważnie.

– Valentine! – mówiła. – Valentine! Valentine!

– Słucham! – nieuważnie odpowiedziała.

Tak naprawdę nie słuchała. W istocie zastanawiała się, czy więcej sensu nie było w zebraniu nauczycielskim, które tego ranka uroczyście odbyło się w prywatnym pokoju dyrektorki. Bez wątpienia tym, czego obawiała się dyrektorka wraz z nauczycielkami, było to, czy oni, dyrektorka, nauczycielki, nauczyciele, pastorzy – którzy zrobili ze mnie im podobną! – utracą szacunek przez to, że na dźwięk racy wybuchną Saturnalia i cały świat rozpadnie się na kawałki! Okropna myśl! Dziewczęta nie będą więcej siedziały w holu, podczas gdy dyrektorka będzie wygłaszała represyjne mowy…

Zeszłego popołudnia, właśnie w tym holu, wygłosiła mowę, zawierającą sformułowanie „Zaufanie Wielkiej Szkoły Prywatnej”. Ta blada, szczupła kobieta o kanciastych łokciach, z lekkim śladem słońca w jasnych, ułożonych włosach, poważnie poprosiła dziewczęta, aby powstrzymały się od ponownej manifestacji radości z dnia poprzedniego. Poprzedniego dnia był to fałszywy alarm i szkoła – okropnie! – odśpiewała:

 

Powiesić kajzera Billa na starej jabłoni

I napić się herbaty!

 

Dyrektorka, wygłaszając swoją mowę, była pewna, że ma przed sobą utemperowaną szkołę, szkołę, której było głupio, bo pogłoska z wczorajszego dnia okazała się tylko plotką. Zatem wytłumaczyła dziewczętom naturę radości, jaką powinny odczuwać: radość stłumioną przeżywaną w zaciszu domowym. Koniec z przelewem krwi: oto stosowny powód, by cieszyć się w domu – jakby to było zadanie domowe. Ale nie było żadnego triumfu. Sam fakt, że działania wojenne ustały, wykluczał triumf…

Valentine, ku swemu zaskoczeniu, zaczęła się zastanawiać, kiedy można poczuć triumf…? Nie możesz, gdy nadal walczysz; nie wolno ci, gdy zwyciężysz! Zatem kiedy? Dyrektorka powiedziała dziewczętom, że to był ich obowiązek jako przyszłych matek Anglii – nie, na nowo zjednoczonej Europy! – aby, cóż, w zasadzie, aby pójść do domu odrabiać lekcje i nie ganiać po ulicach z wizerunkami Wielkiego Pokonanego! Zaznaczyła, że ich zadaniem jest nieść dalej kaganek kobiecej kultury – a tu, chwała Bogom, nigdy nie pozwoli im się o tym zapomnieć! – poprzez rozświetlony na nowo Kontynent… Teraz, gdy nie było już strachu przed łodziami podwodnymi czy nalotami!

A Valentine przez jedną buntowniczą chwilę chciała poczuć triumf… chciała, żeby ktoś poczuł triumf. Cóż, on… oni… pragnęli tego tak bardzo. Czy nie mogli poczuć go chociaż przez chwilę? Nawet, jeśli to niestosowne? Albo wulgarne? Jak ktoś kiedyś powiedział, coś ludzkiego milsze jest od pustyni przykazań!

Ale podczas porannego zebrania nauczycieli Valentine uświadomiła sobie, że tym, co naprawdę napawało ich strachem, był co innego. Całkiem określony lęk. Jeżeli, na tym rozstaju dróg, w tym pęknięciu na stole historii, szkoła – świat, przyszłe matki Europy – wymkną się z rąk, to czy kiedykolwiek wrócą? Władze – władze na całym świecie – obawiały się tego; bardziej właśnie tego niż czegokolwiek. Czy nie istniała możliwość, że nie będzie już żadnego szacunku? Ani dla legalnych władz, ani dla uświęconego doświadczenia?

A słuchając skarg tych zatroskanych, wyblakłych, niedożywionych kobiet, Valentine Wannop sama zaczęła się zastanawiać.

„Koniec z szacunkiem… Dla Równika! Dla Systemu Metrycznego. Dla sir Waltera Scotta! Albo Georga Washingtona! Albo Abrahama Lincolna! Albo dla Siódmego Przykazania!”

I miała nagłą wizję bladej, nieśmiałej panny Wanostrocht z kościstymi łokciami – dyrektorki! – ulegającej jakiemuś złotoustemu uwodzicielowi…! I to właśnie o to chodziło! Trzeba było teraz utrzymać kontrolę – nad dziewczętami, populacją, wszystkimi – bo jeśli raz się ją poluźni, to nie wiadomo, dokąd Oni, jak wody wylewające się z mórz, mogą ponieść ciebie. Bóg jeden wie! Można pojechać wszędzie! Wieśniacy produkują na handel; szlachta sprzedaje dla zysku! Same rzeczy nie do pomyślenia!

I z małym, wewnętrznym uśmieszkiem zadowolenia Valentine uświadomiła sobie, że podczas tego zebrania miano zdecydować, czy tego ranka trzymać dziewczęta na boisku – na ćwiczeniach fizycznych. Nigdy nie przejmowała się szczególnie patronatem ze strony nieco oderwanej od rzeczywistości książkowej gałęzi establishmentu. Jednakże, zgodnie z klasycystycznym wychowaniem, jakie odebrała, musiała przyjąć, że książkowa gałąź szkoły była tym, co można było nazwać Marynarką Królewską. Była tam tylko z obowiązku – ponieważ jej wybitny ojciec nalegał, by szczególną uwagę poświęcać jej rozwojowi fizycznemu, dzięki czemu była żywotna i godna podziwu. Przebywała tam od jakiegoś czasu tylko z poczucia obowiązku – Ministerstwo Wojny i cała reszta – ale znała swoje miejsce i nigdy nie zabierała głosu podczas zebrania nauczycieli. Zatem świat naprawdę przewrócił się do góry nogami – już! – gdy zza swojego biurka udekorowanego dwoma różowymi goździkami odezwała się panna Wanostrocht.

– Rzecz w tym, panno Wannop – powiedziała – że trzeba je… że pani powinna… w miarę możliwości… utrzymać ich uwagę, póki te, hm, hałasy… obwieszczenie… cóż, sama pani wie. Potem zapewne będą musiały krzyknąć, powiedzmy trzy razy, na wiwat. A potem może mogłaby pani, w uporządkowany sposób, zaprowadzić je z powrotem do klas…

Valentine czuła, że w najmniejszym stopniu nie miała pewności, czy mogłaby. Utrzymanie kontroli nad sześcioma setkami stojących w szeregach dziewcząt było raczej nie do zrobienia. Była gotowa przyznać, że może nie jest dobrym pomysłem – och, celowo! – włączenie sześciuset dziewczyn szalejących z podniecenia do tego, co działo się na ulicach, bez wątpienia już pełnych ludzi równie podnieconych. Lepiej je zatrzymać, jeśli to tylko możliwe. Będzie mogła spróbować. I była zadowolona. Czuła się na siłach: niesamowicie na siłach! Gotowa na wszystko! I żeby strzelić w zęby każdą wielką, kłopotliwą pokojówkę w typie żydowskim – albo anglo-teutońskim – która spróbowałaby wyłamać się z szeregu. A to było więcej, niż mogła zrobić dyrektorka albo którakolwiek z tych zatroskanych i niedożywionych osób. Cieszyła się, że to zrozumiała. Jednak była także wspaniałomyślna i uważała, że świat nie powinien przewrócić się do góry nogami, dopóki nie ucichną syreny.

– Oczywiście spróbuję – powiedziała. – Byłoby jednak dużą pomocą w zachowaniu porządku, gdyby dyrektorka – pani, panno Wanostrocht – i jedna lub dwie inne nauczycielki też tam były. Oczywiście na zmianę; nie wszyscy i nie przez cały ranek…

To było jakieś dwie i pół godziny temu: zanim zmienił się świat. Zebranie było o ósmej trzydzieści. I oto po tym, jak przez większą część tego czasu kazała tym dziewczętom wykonywać wyczerpujące ćwiczenia – z brakiem szacunku odnosiła się do ukonstytuowanego autorytetu. Do kogo powinno się odnosić z szacunkiem, jeśli nie do żony Dyrektora Wydziału, z tytułem, domem na wsi i obleganymi czwartkowymi popołudniami?

Nie słuchała zbyt uważnie, bo Edith Ethel opowiadała jej o kondycji sir Vincenta: taki przepracowany, biedny człowiek, że lada chwila trzeba się spodziewać załamania nerwowego. Martwił się też o pieniądze. Te okropne podatki na rzecz tej niegodziwej sprawy…

Valentine zastanawiała się leniwie, dlaczego – dlaczego! – panna Wanostrocht, która musiała znać ciężar opowieści Edith Ethel, posłała po nią, żeby wysłuchała tej gadaniny? Panna Wanostrocht musiała wiedzieć: widać rozmawiała z Edith Ethel wystarczająco długo, żeby wyrobić sobie zdanie. Zatem musiało chodzić o coś ważnego. Nawet naglącego, skoro utrzymanie dyscypliny na boisku było takie ważne dla panny Wanostrocht; punkt kluczowy w historii szkoły i matek Europy.

Ale dla kogo nowiny przekazane przez lady Macmaster mogły być kwestią życia lub śmierci? Dla niej, dla Valentine Wannop? Niemożliwe: nie było nic tak ważnego, co mogłoby wpłynąć na jej życie poza tym boiskiem, na bezpieczeństwo jej matki w domu i brata na trałowcu w doku Pembroke…

Zatem… dla samej lady Macmaster? Ale dlaczego? Co mogłaby zrobić dla lady Macmaster? Chciała, żeby nauczyć sir Vincenta jakichś ćwiczeń fizycznych, żeby uniknął załamania nerwowego i, ciesząc się zdrowiem fizycznym, pozbył się długu hipotecznego ciążącego na jego wiejskim domu, który, jak zrozumiała, ze względu na nieznośne podatki związane z wojną okazał się wielkim ciężarem i wydatkiem, który raczej nigdy się nie zwróci?

To był absurd sądzić, że była potrzebna do czegoś takiego! Absurdalna sprawa… Oto ona, tryskająca zdrowiem, siłą, dobrym humorem, pełna życia – oto ona, w imię zachowania porządku gotowa walnąć w szczękę Leah Heldenstamm, wielką dziewczynę, albo alternatywnie, wziąć udział w miłym zbijaniu policji z tropu. Była jak w jakimś protestanckim klasztorze. Jak zakonnica! Na rozstaju dróg wszechświata!

Lekko gwizdnęła.

„Na Jowisza!” – wykrzyknęła spokojnie do siebie. „Mam nadzieję, że to nie jest jakiś znak, że przez resztę życia na tym odbudowanym świecie mam być jak zakonnica!”

W tej chwili zaczęła się poważnie zastanawiać nad swoją pozycją – całą swoją pozycją w życiu. Z pewnością do tej pory żyła jak zakonnica. Miała dwadzieścia trzy lata, zbliżała się do dwudziestu czterech. Zdrowa jak ryba, czysta jak łza. W butach gimnastycznych pięć stóp i cztery cale. I nikt nigdy nie chciał się z nią ożenić. Niewątpliwie dlatego, że była taka czysta i zdrowa. Nikt nigdy nie próbował jej uwieść. To z pewnością dlatego, że tak cnotliwie się prowadziła. Oczywiście nie oferowała – jak nazwał to ten facet? – obietnicy pneumatycznego szczęścia gentlemanom z wielkimi wąsami i chrapliwymi głosami! Nigdy by tego nie zrobiła. Pewnie więc nigdy nie wyjdzie za mąż. I nigdy nie zostanie uwiedziona!

Istna zakonnica! Przez całe życie będzie musiała stać na baczność przy telefonie; w pustej klasie, ze światem krzyczącym z boiska. A może nawet już nie krzyczącym. Bo poszedł na Piccadilly!

… ale, a niech to, chciała się zabawić. Teraz!

Przez cztery lata aż do teraz – tak, jak zakonnica! – dbała o płuca i kończyny nadętej, protestanckiej – a w sumie świeckiej, albo tak kiepsko zarządzanej, że nie robiło to różnicy! – Wielkiej Szkoły Publicznej dla Dziewcząt. Musiała się martwić o niemożliwe, ale nieodpychające małe, cockneyowskie stworzenia, sapiące, gdy miały wyciągnięte ramiona… „Nie wolno wam oddychać w rytmie ruchu! Nie. Nie. Nie…! Nie róbcie wydechu przy pierwszym ruchu, a wdechu przy drugim! Oddychajcie naturalnie! Popatrzcie na mnie…!” Oddychała idealnie!

Cóż, to już całe lata! Praca dla przeklętych zwolenników Niemiec. Albo pacyfistów. Tak, to także robiła od lat. Nie podobało jej się to, ponieważ była to postawa kogoś lepszego, a ona nie lubiła uważać się za kogoś lepszego. Jak Edith Ethel!

Ale teraz! Czy to nie manifest? Serdecznie mogła ująć dłoń każdego mężczyzny. I życzyć mu powodzenia! Z całego serca! Powodzenia dla niego i jego planów. Wróciła do owczarni, nawet na łono narodu. Mogła otworzyć usta! Mogła mówić cockneyem, co było jej przyrodzonym prawem! Mogła być wolna, niezależna!

Nawet jej kochana, błogosławiona, rozkojarzona, niezwykle wybitna matka miała już ponuro wyglądającą sekretarkę. Ona, Valentine Wannop, nie musiała siedzieć po nocach, przepisując teksty na maszynie, po tym jak przez cały dzień rozkoszowała się doskonałością oddechu na boisku… Na Jowisza, mogli wszyscy, brat, matka w nieporządnych czerniach i fioletach, sekretarka w nieporządnej czerni bez fioletu, i ona, Valentine, mogła zdjąć imitację harcerskiego munduru i nałożyć – och, biały muślin albo tweedy – i cockneyowską gwarą omawiać gotowania pod piniami Amalfi. Nad Morzem Śródziemnym… Wtedy nikt nie będzie mógł powiedzieć, że nigdy nie widziała morza Penelopy, Matki Grakchów, Delii, Lesbii, Nauzykai, Safony…

– Saepe te in somnis vidi!

– Dobry… Boże! – powiedziała.

Bynajmniej nie z akcentem cockney, ale z intonacją dobrego, torysowskiego gentlemana, który spotkał się z okropną propozycją. Cóż, to była okropna propozycja. Nieuważnie słuchała głosu w słuchawce telefonicznej, który bez wytchnienia wyliczał niekończące się szczegóły stanu finansowego domu Macmastera.

– I pomyślałam sobie, droga Val, przez wzgląd na stare czasy… W skrócie, gdybym miała możliwość, by znowu was sprowadzić… Bo wierzę, że nie utrzymywaliście korespondencji… Mogłabyś w zamian… Sama widzisz, że w tej chwili suma jest absolutnie miażdżąca…

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej