Klondike. Część 2 - Juliusz Verne - ebook

Klondike. Część 2 ebook

Juliusz Verne

0,0

Opis

Jest rok 1898. Dwa lata wcześniej nad rzeką Klondike w zachodniej Kanadzie odkryto bogate złoża złota. Tymczasem dwaj kuzyni, Ben Raddle i Summy Skim, wiodą spokojne, pozbawione trosk materialnych życie, spędzając swoje dni w zamieszkiwanym wspólnie domu w Montrealu lub w wiejskiej posiadłości Green Valley, leżącej niedaleko Montrealu, na lewym brzegu Rzeki Świętego Wawrzyńca. Summy Skim, zapalony myśliwy, ceni wiejskie życie, podczas gdy jego kuzyn, inżynier, więcej czasu spędza poza domem. Pasjonuje go postęp techniczny, bierze udział w rozmaitych przedsięwzięciach inżynierskich swojej epoki, a podczas swoich podróży przemierzył już Stany Zjednoczone i odwiedził Europę, nigdy jednak nie zdołał namówić Summy’ego, by mu towarzyszył. Ustalony tryb życia kuzynów zakłóca wiadomość, że zmarł ich wuj Josias Lacoste, którego są jedynymi spadkobiercami. Odkąd dwadzieścia lat temu ich wuj wyjechał z Kanady z zamiarem zbicia majątku gdzieś w świecie, siostrzeńcy nie mieli z nim kontaktu. Sądzili jedynie, że przebywa w Europie. Okazuje się tymczasem, że Josias Lacoste zmarł na dalekim zachodzie Kanady, gdzie miał claim 129 nad Forty Miles Creek, dopływem Jukonu. Ta właśnie działka stanowi jedyny majątek, jaki pozostawił zmarły. Jedna z kompanii zajmujących się eksploatacją złotonośnych placerów jest zainteresowana jej odkupieniem od spadkobierców. Summy chętnie jak najszybciej dobiłby targu z oferentem, lecz inżynier uznaje, że należy udać się osobiście do Klondike, by na miejscu ocenić opłacalność transakcji. Perspektywa podróży na dalekie mroźne obszary północno-zachodniej Kanady przeraża Summy’ego Skima, ale pod naciskiem Bena Raddle’a zgadza się mu towarzyszyć. Paromiesięczna podróż obfitując w niebezpieczeństwa i niewygody. Kiedy dwaj podróżnicy przybywają wreszcie do Dawson City, stolicy terytorium Jukonu, okazuje się, że na skutek kanadyjsko-amerykańskich sporów granicznych oferta kupna złotonośnej działki przestała być aktualna. Inżynier nie wydaje się zmartwiony takim obrotem sprawy. Bardziej niż szybka sprzedaż działki zaczyna go nęcić osobiste wznowienie na niej wydobycia. Summy Skim spostrzega z obawą, że jego kuzyn coraz bardziej ulega gorączce złota i nie jest nawet pewne, czy poprzestanie na eksploatacji odziedziczonego claimu.

 

Seria wydawnicza „Biblioteka Andrzeja” zawiera ponad 50 powieści Juliusza Verne’a i z każdym miesiącem się rozrasta. Publikowane są w niej tłumaczenia utworów dotąd niewydanych, bądź takich, których przekład pochodzący z XIX lub XX wieku był niekompletny. Powoli wprowadzane są także utwory należące do kanonu twórczości wielkiego Francuza. Wszystkie wydania są nowymi tłumaczeniami i zostały wzbogacone o komplet ilustracji pochodzących z XIX-wiecznych wydań francuskich i przypisy. Patronem serii jest Polskie Towarzystwo Juliusza Verne’a.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 243

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS



Juliusz Verne

 

 

Klondike

 

 

Przełożył i przypisami opatrzył Janusz Pultyn

Osiemdziesiąta czwarta publikacja elektroniczna wydawnictwa JAMAKASZ

 

Tytuł oryginału francuskiego: Klondyke (Le Volcan d’or) version oryginale

 

© Copyright for the Polish translation by Janusz Pultyn, 2021

 

32 ilustracje, w tym 10 kart tablicowych kolorowych, 1 mapa: Damian Christ

© Copyright for the inside illustrations by Damian Christ, 2021

 

 

Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

 

Konwersja do formatów cyfrowych: Mateusz Nizianty

 

Patron serii „Biblioteka Andrzeja”:

Polskie Towarzystwo Juliusza Verne’a 

 

Wydanie I 

© Wydawca: JAMAKASZ

 

Ruda Śląska 2021

 

ISBN 978-83-66268-66-1 (całość)

ISBN 978-83-66268-68-5 (cz. druga)

Część druga

Rozdział I

Zima w Klondike

 

Trzęsienie ziemi, bardzo zresztą ograniczone, dotknęło mocno część Klondike leżącą między granicą a Jukonem, którą przecina środkowy bieg Forty Miles Creek. Dało się ono odczuć jeszcze pół ligi w górę rzeki, po drugiej stronie rubieży.

Chociaż Klondike nie jest narażone na częste wstrząsy sejsmiczne, to jego wnętrzności zawierają skupiska kwarcu, skały erupcyjne, co dowodzi, że u narodzin tej krainy działały siły plutoniczne, które teraz śpią tylko i budzą się niekiedy z niezwykłą gwałtownością. Ponadto w całej tej części Gór Skalistych, których pierwsze odgałęzienia wyrastają przy zbliżaniu się do północnego koła podbiegunowego, wznosi się kilka wulkanów1, których całkowite wygaśnięcie nie jest pewne.

W każdym razie, choć w tym okręgu nie należy się obawiać trzęsień ziemi czy wybuchów wulkanów, to inaczej rzecz się ma z powodziami powodowanymi nagłymi wylewami creeks, które wywołują topnienia śniegów.

Dawson City nie było rzeczywiście przez nie oszczędzane, i jeżeli nie Jukon, to przynajmniej dopływ tej rzeki, Klondike, która oddziela miasto od jego przedmieścia, często wylewa i zabiera łączący te części most.

Natomiast tereny nad Forty Miles Creek spotkała podwójna katastrofa. Całkowite przemieszanie się ziemi spowodowało tam zniszczenie claimów na odcinku wielu kilometrów po obu stronach granicy. Powódź spowodowała zmianę kierunku rzeki, która wyżłobiła sobie nowe koryto przez wąwóz biegnący w północnej części działek 127 i 129. Wydawało się nawet prawdopodobne, że żadne prace na nich nie będą odtąd możliwe.

Rozmiary tej katastrofy były początkowo trudne do oszacowania. W nocy, chociaż słońce zniknęło pod horyzontem jedynie na dwie i pół godziny, kraj ogarnęła głęboka ciemność. O tym, ile domków, chat, szałasów górników zostało tak zniszczonych, że większość z nich stała się odtąd bezdomna, że liczba rannych, liczba zabitych, z których jednych przysypały gruzy, a inni utonęli w nowym łożysku creek, była znaczna, dowiedziano się dopiero następnego dnia. To, że cała owa rzesza emigrantów rozproszona na placerach będzie zmuszona opuścić tę krainę, w której wydobycie przestanie być możliwe, miało stać się jasne dopiero po uświadomieniu sobie rozmiarów katastrofy.

Rzeczywiście, ta całkowicie nieodwracalna, jak się zdawało, katastrofa spowodowała zalanie przez część wód Forty Miles Creek złóż leżących nad dwoma brzegami rzeki. Okazało się, że pod naporem sił podziemnych uniosło się dno jej łożyska, które opróżniłoby się całkowicie, gdyby dno koryta zostało dźwignięte do poziomu jego brzegów. Należało więc sądzić, że skutki powodzi nie były tymczasowe. Jak w tych warunkach można było wznowić kopanie w ziemi, którą płynąca woda pokrywała do wysokości pięciu, sześciu stóp, a dało się spowodować, żeby spłynęła. Nowe rio będzie zmierzało na południe aż do miejsca, w którym stanie się dopływem innego creek.

W jakim przerażeniu i udręce spędzili noc biedni ludzie dotknięci tą nagłą katastrofą! Musieli dotrzeć na wzniesienia, żeby nie zagarnęła ich wylana woda. Nie mieli tam żadnej osłony, a burza utrzymywała się do piątej rano. Pioruny raz za razem uderzały w brzozowe i osikowe lasy, w których chowały się rodziny. W tym samym czasie nie przestawał padać ulewny deszcz zmieszany z gradem. Gdyby Lorique, wspiąwszy się w górę wąwozu, nie wskazał jaskini wydrążonej w prawym jego zboczu, do której on i Summy Skim przenieśli Bena Raddle’a, nigdzie nie znaleźliby schronienia.

Można sobie bez trudu wyobrazić, jakie myśli musiały prześladować obu kuzynów! Nie cofnęli się przed jakże długą i ciężką podróżą do Klondike tylko po to, aby teraz stać się ofiarami takiej katastrofy! Wszystkie ich wysiłki poszły na marne. Nie zyskają już nic ze swej schedy, a stracili nawet to, co wydobycie przyniosło im przez sześć tygodni. Przepadły całkowicie samorodki i złoty pył pozyskane od czasu wznowienia prac pod kierunkiem inżyniera. Po zawaleniu się domku Lorique’a zabrała go powódź. Nic z niego nie dało się uratować, a teraz jego szczątki spływały z nurtem rio.

Ponadto kiedy burza ustała, po opuszczeniu groty na kilka tylko chwil, ponieważ nie chcieli zostawić Bena Raddle’a samego, Summy Skim i majster mogli rozpoznać rozmiary katastrofy. Zarówno działka 127, jak i 129 zniknęły pod wodą. Tym, co stało się z Hunterem i Malone’em, Summy Skim nie przejmował się ani trochę. W każdym razie, jeżeli chodziło wyłącznie o nich, kwestia graniczna wyglądała na rozwiązaną. To, czy sto czterdziesty pierwszy południk zostanie przesunięty bardziej na wschód, czy na zachód, nie miało już znaczenia dla obu claimów. Nieważne, czy terytorium to będzie alaskańskie, czy kanadyjskie. Płynął po nim nowy creek, oto wszystko.

To, czy liczba ofiar trzęsienia okaże się znaczna, będzie wiadomo dopiero po dochodzeniu. Z pewnością rodziny w swoich chatach lub szałasach musiały zostać zaskoczone czy to wstrząsami ziemi, czy powodzią, i należało się obawiać, że większość zginęła, nie mając czasu na ucieczkę. Ben Raddle, Summy Skim i Lorique tylko cudem uniknęli śmierci, a inżynier nie wyszedł ze sprawy cały i zdrowy.

Tak więc Summy Skim mógł jedynie wrócić do Dawson City i zająć się szukaniem sposobów na przewiezienie tam Bena Raddle’a w możliwie najkrótszym czasie.

Nie trzeba mówić, że nie było już mowy o sporze Huntera ze Skimem. Sprawa starcia się następnego dnia w pojedynku upadła sama przez się. Inne zmartwienia zajmowały obu przeciwników, którzy być może już nigdy nie staną twarzą w twarz.

Kiedy zresztą chmury się rozproszyły, a słońce oświetliło scenę dramatu, nie dostrzeżono żadnego z dwóch Teksańczyków. Z zajmowanego przez nich domu u wylotu wąwozu, którym spływały teraz wody Forty Miles, nic nie zostało. Natomiast claim 127 zalała powódź, tak jak objęła również 129 i wszystkie, które znajdowały się za nimi na prawym brzegu creeku. Po sprzęcie stojącym na ich powierzchni, sluices, rockerach i pompach, nie było widać najmniejszego śladu. Nurt płynął szybciej niż zwykle, gdyż burza poprzedniego dnia spowodowała przybór wód, a wyłom dokonany na prawym brzegu nie obniżył ich poziomu. Było prawdopodobne, że gdyby tak się nie stało, rzeka wylałaby także na lewym brzegu, a wtedy szkody byłyby znacznie większe.

A co z parą Teksańczyków, czy udało im się ujść cało z tej katastrofy, czy też byli jej ofiarami? Ich los pozostawał nieznany, tak samo jak los pracujących dla nich ludzi. Summy Skim zresztą, powtórzmy to, ani myślał się o nich martwić. Jego jedyną troską było zabranie Bena Raddle’a do Dawson City, gdzie opieki mu nie zabraknie, czekanie tam na jego powrót do zdrowia i jeśli zdążą jeszcze to uczynić, wyruszenie w drogę do Skagway, do Vancouver, do Montrealu. Ben Raddle i on nie mieli już żadnych powodów, aby przedłużać pobyt w Klondike. Działka 129 nie znajdzie teraz nabywców, gdyż spoczywała siedem lub osiem stóp pod wodą. Dlatego najlepiej byłoby jak najszybciej opuścić ten ohydny kraj, „w którym – jak nie bez sporej racji mówił Summy Skim – ludzie zdrowi na ciele i umyśle nie powinni się nigdy pojawiać”.

Tym zaś, co stanowiło dla niego przyczynę najbardziej bolesnych rozmyślań, była całkowicie zrozumiała obawa, że powrót do zdrowia Bena Raddle’a zajmie kilka tygodni.

Tymczasem połowa sierpnia miała wkrótce upłynąć. Przed zakończeniem drugiej przyjdzie zima, tak przedwczesna na tej wysokiej szerokości geograficznej, i uczyni niemożliwym do pokonanie krainy jezior i przełęczy Chilkoot. Także Jukon stanie się wkrótce niezdatny do żeglugi, a ostatnie steamboats wyruszą, aby spłynąć aż do ujścia tej rzeki.

W perspektywie zaś pozostania przez siedem lub osiem miesięcy pogrzebanym pod śniegami Klondike, z mrozami wynoszących pięćdziesiąt lub sześćdziesiąt stopni, nie było nic przyjemnego. Dlatego też trzeba było, nie tracąc ani dnia, wrócić do Dawson City, powierzyć Bena Raddle’a opiece doktora Pilcoksa, oddać go w ręce siostry Marthe i siostry Madeleine, z nakazaniem mu jak najszybszego odzyskania zdrowia.

Jednak przede wszystkim należało się zająć zdobyciem środka transportu. Szczęśliwym trafem Neluto odzyskał swoją dwukółkę w stanie nienaruszonym, ponieważ zostawił ją na zboczu poza zasięgiem wód. Natomiast koń, który pasł się nieprzywiązany, ogarnięty strachem zszedł ze stoku wąwozu i został zaprowadzony do jego pana.

– No dobrze, ruszajmy… ruszajmy od razu – powtarzał Summy Skim.

– Tak – odpowiedział Ben Raddle – i żałuję bardzo, że wciągnąłem cię w tę żałosną sprawę…

– To nie o mnie chodzi, ale o ciebie – odparł Summy Skim. – Najstaranniej jak można owiniemy twoją nogę, położymy cię w dwukółce na porządnej ściółce z suchej trawy. Zajmę w niej miejsce z Nelutem, a Lorique dołączy do nas w Dawson City, kiedy tylko zdoła. Będziemy jechali tak szybko, jak… Nie, chcę powiedzieć: tak powoli, jak okaże się konieczne, żeby oszczędzać ci wstrząsów. Kiedy już trafisz do szpitala, nie będziesz się musiał niczego obawiać. Doktor Pilcox postawi cię na nogi i oby niebiosa sprawiły, że będziemy mogli wyjechać przed mroźną porą…

– Kochany Summy – powiedział wtedy Ben Raddle – moje leczenie może wymagać wielu miesięcy, a rozumiem, jak bardzo musi ci się śpieszyć z powrotem do Montrealu… Czemu nie miałbyś wyjechać sam?

– To… nigdy – odrzekł Summy Skim. – Prędzej już złamię sobie nogę, a doktor Pilcox zajmie się wówczas naprawieniem dwóch ludzi zamiast jednego!

Tego samego dnia dwukółka wioząca Bena Raddle’a wyruszyła do Fort Cudahy po drogach zatłoczonych ludźmi udającymi się w poszukiwaniu pracy na innych placerach. Podążała prawym brzegiem Forty Miles Creek, poniżej punktu, w którym rzeka rozlała się, zmierzając na południe. Wzdłuż niej działały claimy, do których nie dotarła powódź. Na kilku z nich jednak, choć nie zostały zalane przez wodę, nie prowadzono wtedy wydobycia. Dotknięte mocno trzęsieniem ziemi, które dotarło aż na pięć lub sześć kilometrów od granicy, wyglądały żałośnie: miały połamane urządzenia, zasypane studnie, powalone słupy, zniszczone domki. Nie były jednak całkowicie zrujnowane, i prace na nich będzie można wznowić bez dłuższej przerwy.

Dwukółka nie jechała szybko, gdyż wyboje złych dróg powodowały ogromne cierpienie rannego. Nie było przy tym trudno zdobywać wyżywienie, choć za wysoką cenę – złoża zostały ostatnio zaopatrzone w prowiant przez spółki z Klondike.

Po dwóch dniach pojazd zatrzymał się w Fort Cudahy.

Summy Skim nie ociągał się oczywiście z troszczeniem się o rannego, ale nie mógł w żaden sposób nastawić złamanej nogi. Zresztą Ben Raddle, choć jego cierpienia były bardzo mocne, znosił je bez narzekania.

Niestety, nie było lekarza w Fort Cudahy ani w Fort Reliance, dokąd wózek dotarł czterdzieści osiem godzin później.

Summy Skim słusznie się niepokoił, żywiąc obawy, że stan kuzyna pogorszy się z upływem czasu i z brakiem leczenia. Widział dobrze, że Ben, żeby go niepotrzebnie nie martwić, trzymał się dzielnie, ale od czasu do czasu wymykały mu się okrzyki bólu i było aż nadto pewne, że ogarniały go gwałtowne ataki gorączki.

Trzeba więc było wyruszyć ponownie i posuwać się wzdłuż prawego brzegu Jukonu, którędy prowadziła najkrótsza droga do stolicy Klondike. Dopiero w szpitalu w Dawson City możliwe będzie leczenie Bena Raddle’a. Po dwóch kolejnych dniach jazdy został tam ostatecznie przyjęty po południu szesnastego sierpnia.

Nie sposób opisać smutku, jaki odczuły siostra Marthe i siostra Madeleine, kiedy zobaczyły swojego rodaka w takim stanie. Ledwo je rozpoznawał, gdyż majaczył rozpalony wysoką gorączką. Summy Skim w kilku słowach opowiedział siostrze przełożonej i zakonnicom o tym, co się stało. Rannego umieszczono w małej izdebce na uboczu i pośpieszono powiadomić o nim doktora Pilcoksa.

Summy Skim powtarzał obu siostrom zakonnym:

– Widzą siostry, że miałem rację, mówiąc, kiedy zabierałem was do Dawson City, że mamy w tym… interes osobisty!

– Panie Skim – odpowiedziała siostra Marthe – pański kuzyn będzie leczony jako najdroższy nam pacjent i wyzdrowieje… kiedy spodoba się Bogu…

– No cóż, droga siostro, proszę Boga, aby nastąpiło to jak najszybciej i zanim zima uniemożliwi nam wyjazd!

Doktor Pilcox, wezwany natychmiast do szpitala, znalazł się tam godzinę po przybyciu Bena Raddle’a.

Nowina o trzęsieniu ziemi, które objęło tereny nad Forty Miles Creek, w Dawson City znana była od kilku dni, wiedziano także, że jego ofiarą padło około trzydziestu osób. Doktor Pilcox nie mógł jednak podejrzewać, że jedną z nich był inżynier.

– Coś takiego! – zawołał ze zwykłą u niego wylewnością. – To pan, panie Raddle… ze złamaną nogą…!

– Tak, panie doktorze – odpowiedział Summy Skim. – Mój biedny Ben strasznie cierpi…

– Dobrze… dobrze… to nic strasznego – mówił dalej lekarz. – Oddamy mu jego nogę…! Bardziej niż lekarza potrzebuje chirurga… a nawet konowała…! Może pan być spokojny, staniemy się konowałami! Będzie, jak należy!

(Następnie)2 lekarz zbadał Bena Raddle’a. Leżący na łóżku inżynier był całkowicie świadomy, ale ogromnie cierpiał. Doktor stwierdził, że miał on tylko jedno proste złamanie poniżej kolana – złamanie, które bardzo umiejętnie złożył; potem kończynę umieszczono w aparacie zapewniającym jej całkowite unieruchomienie, a Pilcox powiedział:

– Drogi kliencie, będzie pan jeszcze silniejszy niż przedtem i zyska nogi jelenia albo łosia… a przynajmniej jedną…

– Ale kiedy…? – spytał Summy Skim.

– Za miesiąc lub sześć tygodni… Rozumie pan dobrze, panie Skim, kości nie spaja się jak dwóch kawałków żelaza rozgrzanych do białości…! Nie… to wymaga czasu, jak wszystko…

– Czasu…! Czasu…! – szeptał Summy Skim.

– Cóż może pan poradzić – odparł doktor Pilcox – to natura tu działa, a jak pan wie, natura nigdy się nie spieszy! Właśnie dlatego wymyśliła cierpliwość…

– I pogodzenie się z losem – dodała siostra Madeleine.

Pogodzić się z losem to było najlepsze, co Summy Skim mógł zrobić! A przecież widział dobrze, że pora mroźna nadejdzie zanim Ben Raddle znów stanie na nogi! Czy można jednak wyobrazić sobie kraj, w którym zima zaczyna się w pierwszych tygodniach września, i to taka zima, że śniegi i lody czynią go niedostępnym? Ben Raddle zaś, dopóki nie zostanie całkowicie wyleczony, jak mógłby stawiać czoła trudom podróży w niskich temperaturach Klondike, pokonać przełęcze Chilkoot, aby w Skagway zdołać się zaokrętować na steamboat udający się do Vancouver…? Ze statków spływających Jukonem aż do Saint-Michael ostatni wyruszy za piętnaście dni, pozostawiając za sobą tworzące się na rzece lody…!

I właśnie dwudziestego tego miesiąca scout, po różnych „prowadzeniach”, jakich dokonywał podczas tego sezonu, przybył do Dawson City.

Pierwszą troską Billa Stella było dowiedzenie się, czy panowie Ben Raddle i Summy Skim skończyli załatwiać sprawy związane z claimem 129, czy pozbyli się tej posiadłości i czy czynią przygotowania do powrotu do Montrealu.

Najlepiej mógł zaczerpnąć języka u obu zakonnic i poszedł do szpitala.

Jakże się zdumiał na wieść, że Ben Raddle jest leczony i że nie zdoła wyzdrowieć przed upływem sześciu tygodni.

A kiedy spotkał się z Summy’m Skimem, ten mu oświadczył:

– Tak, Billu, w takiej właśnie sytuacji jesteśmy! Nie tylko nie sprzedaliśmy działki 129, ale też już jej nie ma…! I nie tylko nie ma działki 129, ale też nie możemy opuścić tego okropnego Klondike, aby udać się do kraju nadającego się do mieszkania w nim…!

Scout dowiedział się następnie, gdyż o niej nie wiedział, o katastrofie, której sceną były okolice nad Forty Miles, i o tym, jak podczas niej Ben Raddle został poważnie ranny.

– To właśnie jest najgorsze – zapewnił Summy Skim – bo przecież nie nosimy żałoby po działce 129, a ja nie dbam wcale o 129; i co za pomysł miał wuj Josias, kupując 129 i umierając, żeby zostawić je nam…!

Należało słyszeć, jak Summy Skim wymawiał tę liczbę; to „jeden”, po którym następowało „dwa” i „dziewięć”, budziły w nim przerażenie!

– Och! Billu! – zawołał. – Gdyby biedny Ben nie padł jego ofiarą, jakże w głębi duszy błogosławiłbym to trzęsienie ziemi…! Uwolniło nas od uciążliwego dziedzictwa…! Koniec z claimem, koniec z wydobyciem na nim złota, a mój kuzyn byłby zmuszony zrezygnować z zostania poszukiwaczem złota… a nawet z targowania się z jakimkolwiek syndykatem!

– Czyli w takim razie – powiedział scout – zamierza pan spędzić w Dawson City całą zimę…?

– Inaczej mówiąc, na biegunie północnym! – odparł Summy Skim.

– Tak, zatem po przybyciu z moimi ludźmi, aby panów zabrać… – rzekł Bill Stell.

– Nie zabierzecie nas, Billu, i powrócicie sami…

– Czy przynajmniej z Nelutem…?

– Nie, bo ten dzielny Indianin obiecał mi, że zostanie z nami…

– Niech tak będzie – przystał scout – ale z wyruszeniem w drogę nie mogę czekać dłużej niż do pierwszego września, jeśli chcę dotrzeć do Skagway…

– No to wyruszcie, mój drogi Billu…! – powiedział Summy Skim tonem rezygnacji, w którym słychać było rozpacz.

Wyruszenie to nastąpiło właśnie wskazanego dnia, a przedtem scout pożegnał się z dwoma Kanadyjczykami, obiecując im przybyć po nich wraz z powrotem wiosny…

– Tak… za osiem miesięcy! – szepnął ze złością Summy Skim.

Przynajmniej leczenie Bena Raddle’a postępowało, jak należy. Nie wystąpiły żadne powikłania. Doktor Pilcox zapewniał, że nie mógłby być bardziej zadowolony. Jak powtarzał, noga jego pacjenta stanie się jeszcze mocniejsza i będzie warta dwóch.

Ponadto Ben Raddle, dobrze pielęgnowany przez obie zakonnice, znosił wszystko cierpliwie. Kiedy jego kuzyn wyruszał na polowanie z wiernym Nelutem, jeśli tylko pozwalała na to pogoda, on na bieżąco śledził rynki w Dawson City i nowe odkrycia na terenach złotonośnych. Jakże mógł nie być dokładnie informowany przez takie gazety jak „Słońce Jukonu”, „Słońce Północy”3, „Samorodek Klondike”4?! Czy przepadek działki 129 oznaczał, że w tym kraju nie było już nic więcej do roboty? Czy nie istniały inne claimy, które można było kupić, a potem prowadzić na nich wydobycie? Instynkt inżyniera sprawił, że Ben Raddle nabrał upodobania do prac prowadzonych nad Forty Miles Creek… Pilnował się jednak mocno, żeby nie mówić o tym Summy’emu Skimowi, który tym razem nie zdołałby powściągnąć swego całkowicie uzasadnionego oburzenia.

Jak zatem widać, choć gorączka wywołana raną minęła, to gorączka złota – owa endemiczna choroba, która pochłonęła tak wiele ofiar – nie opuściła Bena Raddle’a, i nic nie zdawało się wskazywać, żeby był blisko wyleczenia się z niej. Spalała go chęć nie tyle posiadania cennego metalu, ile zostania poszukiwaczem bogatych placerów!

Dlaczego jego wyobraźni nie miałyby rozpalać nowiny codziennie głoszone w gazetach, wiadomości o claimach w górach nad Bonanzą, Eldorado, Little Skookum! Jeden pracownik w ciągu godziny pozyskiwał tam złoto za nawet sto dolarów! Wykop o długości dwudziestu czterech stóp i szerokości czternastu przynosił tam osiem tysięcy dolarów! Syndykat z Londynu dopiero co za cenę miliona siedmiuset pięćdziesięciu tysięcy franków zakupił dwa claimy nad Bear i Dominion! Noszący numer 26 claimnad Eldorado był do odstąpienia za dwa miliony, a każdy pracujący na nim każdego dnia zbierał złoto o wartości osiągającej sześćdziesiąt tysięcy franków! Czyż pan Oglivie5 nie zapewniał, a był on wybitnym znawcą, że w Dȏme, na linii działu wód między Klondike Creek a Indian River, będzie można wydobyć złoto warte sto pięćdziesiąt milionów franków…?

A przecież, pomimo tego mirażu, nie powinno się zapominać o tym, co ksiądz z Dawson City powtarzał Francuzowi, panu Amésowi Semile’owi6, podróżnikowi, jednemu z najlepszych badaczy tych złotonośnych obszarów:

„Jeśli podczas jego wyprawy pana również ogarnie gorączka złota, powinien pan zapewnić sobie łóżko w moim szpitalu. Będzie pan przepracowany, zwłaszcza jeśli znajdzie choćby odrobinę złota, a występuje ono w całym kraju. Oczywiście nabawi się pan szkorbutu. Za dwieście pięćdziesiąt franków rocznie wydaję abonament, który uprawnia do pryczy i darmowej opieki lekarskiej. Wszyscy go ode mnie biorą. Oto pański ticket!”7

Jeśli chodzi o taką opiekę, to Ben Raddle był nią otoczony w szpitalu. Ale czy pasja, której nie zdoła się oprzeć, nie zawiedzie go daleko od Dawson City, ku nowym obszarom, na których odkryte zostaną złoża? Czy nie podzieli wówczas nieszczęść tak wielu ludzi, którzy ginęli, nie mogąc powrócić? Tak, wychodziły tam gazety powtarzające: Klondike przyniosło siedem milionów pięćset tysięcy franków w roku 1896, dwanaście milionów pięćset tysięcy franków w 1897, a ta suma w 1898 nie będzie mniejsza niż trzydzieści milionów!8

W tym czasie Summy Skim dowiadywał się u gubernatorów, czy Teksańczycy Hunter i Malone byli widziani od czasu katastrofy nad Forty Miles Creek.

Z pewnością żaden z nich nie wrócił do Dawson City, gdzie swą obecność jak zwykle ogłosiliby tysiącami wybryków. Spotkano by ich w kasynach, w domach gry, we wszystkich miejscach rozrywki, w których grali pierwsze skrzypce. Czyż nie nadeszła pora roku, w jakiej ci, którzy zamiast po zbiciu majątku wracać do swoich krajów, pozostawali w stolicy Klondike, woleli w niej czekać na następny sezon prac? Tam przez siedem albo osiem miesięcy z powodu wszelkiego rodzaju nadmiernych wydatków, z powodu ogromnych strat w różnych grach zostawiali większą część swoich zysków! Tak Hunter czynił już wcześniej, tak uczyniłby ponownie, gdyby tam był. Ale nic o nim nie słyszano! Nikt nie wiedział, co się stało z nim i z jego towarzyszem. Mogli zginąć podczas trzęsienia ziemi nad Forty Miles Creek, wciągnięci przez wiry nowego rio. Ponieważ jednak nie znaleziono żadnego z Amerykanów pracujących na działce 127, a trudno było przypuszczać, żeby wszyscy padli ofiarą katastrofy, istniały powody, by sądzić, że Hunter i Malone ze swoimi ludźmi wyruszyli ku pokładom pod Circle City i nad Birch Creek, gdzie wszczęli nowe prace.

W połowie października Ben Raddle mógł wstawać z łóżka, a doktor Pilcox był nieustannie dumny z jego zdrowienia. Oczywiście przyczyniały się do tego starania doktora, ale w równej mierze także siostry Marthe i siostry Madeleine, a przecież te poświęcające się zakonnice nie przestawały nigdy wysilać się także dla innych chorych przepełniających szpital, który większość z nich opuści, wyjeżdżając tylko na cmentarz w karawanie zaprzężonym w psy. Trzeba wszakże powiedzieć, że choć Ben Raddle był już na nogach, to musiał nadal uważać na siebie i nie mógłby zaryzykować podróży z Dawson City do Skagway. I tak zresztą było już na nią za późno. Padały obficie pierwsze śniegi zimy, rzeki zaczynał skuwać lód, żegluga nie byłaby już możliwa ani po Jukonie, ani po jeziorach. Summy Skim wiedział doskonale, że jest skazany na spędzenie w Klondike całej tej pory zimnej, trwającej siedem lub osiem miesięcy. Średnia temperatura osiągała już piętnaście stopni poniżej zera, a czekano na jej spadek jeszcze do pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu.

Obaj kuzyni wybrali więc pokój w hotelu przy Front Street i we French Royal Restaurant9 jadali posiłki po wygórowanych cenach, nie płacąc jednakże za kurczaki po sto pięćdziesiąt franków za parę.

Kiedy Summy Skim mówił czasami, kręcąc głową:

– Najgorsze w tym wszystkim jest to, że przed zimą nie zdołaliśmy opuścić Dawson City!

Ben Raddle poprzestawał na odpowiedzi:

– Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie sprzedaliśmy naszego claimu przed katastrofą, a może jeszcze gorsze, że nie mamy możliwości prowadzenia na nim dalszego wydobycia!

Wtedy, aby nie rozpoczynać całkowicie daremnej sprzeczki, Summy Skim brał strzelbę, wołał Neluta i wychodził na polowanie w okolicach miasta.

Należy również zauważyć, że kilka dni po przybyciu Bena Raddle’a do Dawson City wrócił Lorique, że obaj odbywali długie dyskusje i łatwo można się domyśleć, o czym inżynier i majster mogli rozmawiać przy pełnej zgodności poglądów na jedyny temat, jaki był wówczas poruszany.

Minął jeszcze jeden miesiąc. Wahania słupka termometru były naprawdę niezwykłe. Opadał on do trzydziestu lub czterdziestu stopni poniżej zera i podnosił się do piętnastu bądź dziesięciu, w zależności od kierunku wiatru. (Mróz)10 przychodził po śnieżycach.

Za każdym razem, kiedy pozwalała na to pogoda, Summy Skim polował z Nelutem i miał okazję zastrzelić kilka niedźwiedzi, które mrozy sprowadziły z gór w stronę miasta.

Pewnego dnia, siedemnastego listopada, on i Neluto znaleźli się mniej więcej o ligę na północ od Dawson City. Mieli udane polowanie i szykowali się do powrotu, kiedy Indianin zatrzymał się i wskazując na drzewo rosnące około pięćdziesięciu kroków od rio, powiedział:

– Człowiek… tam…

– Człowiek…? – zapytał Summy Skim.

Rzeczywiście, pod brzozą na śniegu leżał jakiś mężczyzna. Nie ruszał się ani trochę. Mógł być martwy, zamarznięty na śmierć, ponieważ temperatura była bardzo niska.

 

Summy Skim i Neluto podbiegli do niego. Był to mężczyzna po czterdziestce, z długą brodą, zamkniętymi oczami, a jego twarz wyrażała wielkie cierpienie. Jeszcze wszakże oddychał, choć tak słabo, że każdy jego oddech mógł być ostatnim.

Summy Skim rozchylił futrzany płaszcz z kapturem, który miał na sobie ten człowiek, i w jednej z kieszeni znalazł skórzany portfel zawierający kilka listów. Adres brzmiał: Pan Jacques11 Laurier, a stempel był paryski.

– Francuz! – zawołał Summy Skim.

Chwilę później mężczyznę umieszczono w wozie, który z pełną prędkością pojechał w stronę stolicy Klondike.

 

 

 

 

1W północnej, kanadyjskiej części Gór Skalistych wulkany występują w Kolumbii Brytyjskiej i w południowej części terytorium Jukon, przy granicy z Alaską, gdzie tworzą Wrangell Volcanic Belt, z takimi wulkanami jak Felsite Peak i Rabbit Mountain.

2J. Verne napisał „Lorsque” (przyp. red. fr.); lorsque znaczy „kiedy”, „skoro”.

3Słońce Północy – właściwie „Yukon Midnight Sun”; J. Verne błędnie uznał, że tytuł należał do dwóch gazet; tygodnik, ukazywał się w czerwcu 1898 roku do 1905, redaktorem był Gene Kelly, występował też pod tytułami „Yukon Sun”, „Daily Morning Sun”, „Yukon Sun and Klondike Pioneer” i „Yukon Weekly Sun”.

4Samorodek Klondike („Klondike Nugget”) – druga gazeta, która zaczęła ukazywać się w Dawson City, pierwszy numer wyszedł 16 czerwca 1898 roku, wydawana do 1903, w 1898 ukazywała się dwa razy w tygodniu, pierwszym redaktorem był Eugene Allen, od roku 1899 jego brat George Allen.

5Oglivie– powinno być: Ogilvie.

6Amés Semire – u J. Verne’a: Arnis Semalé; pseudonim Raymonda Auzias-Turenne’a (1861-1940), francuskiego publicysty, dyplomaty i bankiera; od roku 1885 mieszkał w Ameryce Północnej, autor kilku książek, np. Voyage au pays des mines d’or: le Klondike (1899) i Le roi du Klondike (1901), należały do źródeł J. Verne’a, z tej pierwszej (s. 182) pochodzą dane o działkach.

7Cytat pochodzi z książki Raymonda Auzias-Turenne’a Voyage au pays des mines d’or: le Klondike, s. 188; ticket (ang.) – bilet, talon.

8Należy zauważyć, że wydobycie w okręgu wyniosło pięćdziesiąt milionów w roku 1898 i osiemdziesiąt milionów w 1899 (przyp. red. fr.).

9French Royal Restaurant – taka restauracja istniała w Dawson City, jej właścicielem był Peter E. DeVille, w grudniu 1898 roku zamknięta.

10Zostawione puste miejsce (przyp. red. fr.).

11„Jacques” wstawiono w miejsce przekreślonego imienia „François” (przyp. red. fr.).

Rozdział II

Historia umierającego

 

Tego popołudnia dwukółka Summy’ego Skima zatrzymała się przed drzwiami szpitala. Mężczyzna, którego przywiozła, został zabrany do jednej z sal, gdzie znajdowało się około trzydziestu łóżek, i położony w sąsiedniej izdebce, którą Ben Raddle zajmował aż do swojego wyzdrowienia.

Umieszczony w tym pokoju pacjent nie musiał znosić sąsiedztwa innych chorych. Summy Skim uzyskał to, mówiąc siostrze przełożonej:

– To Francuz, prawie rodak! To, co siostra zrobiła dla Bena, proszę uczynić dla niego, i mam nadzieję, że doktor Pilcox wyleczy go tak, jak wyleczył mojego kuzyna.

Siostra Marthe i siostra Madeleine mówiły podobnie, i Jacques Laurier12 leżał teraz na łóżku, do którego lekarz przyszedł bez zwlekania.

Ben Raddle, powiadomiony przez Neluta, przybył pośpiesznie i był obecny podczas pierwszej wizyty lekarza.

Francuz nie odzyskał przytomności, a oczy wciąż miał zamknięte. Doktor Pilcox stwierdził, że puls był bardzo słaby, a oddech ledwo wyczuwalny. Nie zauważył żadnej rany na tym ciele przerażająco wychudzonym wskutek głodowania, wyczerpania, nędzy. Nie budziło wątpliwości, że nieszczęśnik padł z wycieńczenia przy drzewie, pod którym trafił na niego Summy Skim, tak samo jak to, że mróz by go zabił, gdyby spędził noc bez schronienia i bez pomocy.

– Ten człowiek jest niemal zamarznięty – powiedział doktor Pilcox.

Francuza owinięto kocami, podawano mu gorące napoje, rozcierano, żeby przywrócić krążenie. Robiono wszystko, co należało robić. Wysiłki te były daremne, nie zdołały wydobyć chorego ze stanu odrętwienia, w jakim się znajdował, ani przywrócić do świadomości ducha.

Mimo wszystko to nie zwłoki przywiózł Summy Skim; czy jednak ten nieszczęśnik wróci do życia…? W tej sprawie doktor Pilcox odmawiał wypowiedzi.

Jacques Laurier. Jak widzieliśmy – takie było imię i nazwisko tego Francuza zapisane w adresie listów znalezionych w jego portfelu. Najnowszy miał datę sprzed pięciu już miesięcy i przybył z Nantes13. Matka napisała do swojego syna, w Dawson City, Klondike, oczekiwała na odpowiedź, która być może nie nastąpiła…

Summy Skim i Ben Raddle przeczytali te listy. Może dadzą jakieś wskazówki o ich adresacie, a jeśli nie przeżyje, czy nie trzeba będzie napisać do jego biednej matki, że nigdy więcej go nie zobaczy…?

Na podstawie tych listów, w liczbie czterech, zdołano ustalić, że Jacques Laurier opuścił Europę już dwa lata wcześniej, lecz nie udał się od razu do Klondike, żeby zajmować się poszukiwaniem złota. Niektóre adresy wskazywały, że musiał najpierw szukać szczęścia na terenach złotonośnych w Ontario i Kolumbii. Następnie, niewątpliwie zwabiony bajecznymi wiadomościami z gazet Dawson City, dołączył do tłumu górników. Nie wydawało się przy tym, aby był właścicielem claimu, ponieważ jego portfel nie zawierał aktu własności. Jednak obok tych kilku listów znajdowała się kartka papieru, która szczególnie przykuła uwagę Bena Raddle’a.

Była to szkicowa mapa sporządzona ołówkiem; jej dość nieregularnie kreślone linie przedstawiały rzekę, do której wpadało kilka dopływów i która zdążała na zachód. Tak przynajmniej należało przyjmować, zakładając przyjętą orientację tej mapy. Nie wydawało się jednakże, żeby ten nurt wodny mógł być Jukonem lub jego dopływem Klondike. Liczba umieszczona w narożniku szkicu podawała wyższą szerokość geograficzną, poza północnym kołem podbiegunowym. Jeśli więc mapa odnosiła się do jednego z obszarów Dominium, to do takiego, który przecinał sześćdziesiąty ósmy równoleżnik14. Brakowało jednak liczby długości geograficznej. Stąd nie można było ustalić, w której części Ameryki Północnej powinna się znajdować.

Czy zatem Jacques Laurier udawał się do owej krainy, czy też wracał z niej, kiedy Summy Skim spotkał go w pobliżu Dawson City…? To nigdy nie stanie się wiadome, jeśli śmierć zabierze nieszczęsnego Francuza, zanim odzyska on przytomność.

Nie budziło również wątpliwości, że człowiek ten należał do rodziny o pewnej pozycji społecznej. Świadczyły o tym niepodważalnie listy jego matki, napisane dobrym stylem. Nie był robotnikiem, ale wskutek jakich przeciwności losu, jakich nieszczęść doszedł do takiego stanu, do tej nędzy, która bez wątpienia dobiegnie kresu na jego szpitalnym łóżku…?

Minęło kilka dni i pomimo lekarstw doktora Pilcoksa, pomimo opieki zakonnic, Jacques Laurier ledwo potrafił odpowiadać na pytania, które zadawał mu Ben Raddle. Zastanawiano się nawet, czy zachował nadal cały swój rozum i czy jego umysł przetrwał próby awanturniczego życia, które w świecie poszukiwaczy złota pochłaniało tak wiele ofiar!

Kiedy spytano o to doktora Pilcoksa, ten odpowiedział:

– Należy się obawiać, że umysł naszego pacjenta został mocno zachwiany… Kiedy otwiera oczy, dostrzegam w nich zamglony wzrok, który budzi we mnie lęk…!

– A jego stan fizyczny czy się polepsza…? – zapytał Summy Skim.

– Jak dotąd nie – oświadczył lekarz – i wydaje mi się, że jest równie poważny jak stan jego ducha.

– Uratuje pan jednak tego biednego Francuza! – powtarzały siostra Marthe i siostra Madeleine…

– Dołożymy wszelkich naszych starań – odpowiedział lekarz – ale mało we mnie nadziei.

Jeśli doktor Pilcox, tak zwykle pełen pewności siebie, mówił w ten sposób, to dlatego, że ani trochę nie wierzył w wyzdrowienie Jacques’a Lauriera.

Ben Raddle nie chciał jednak rozpaczać. Uważał, że z czasem nastąpi poprawa. Jeśli nawet Jacques Laurier nie wróci do zdrowia, to przynajmniej odzyska rozum, będzie mówił, odpowiadał… Będzie można się od niego dowiedzieć, dokąd się udawał albo skąd przybywał… Napisać do jego matki… Gdyby nie przetrzymał, to wypowie swoje ostatnie życzenia… a umierając, będzie miał pociechę zyskania pewności, że zostaną one ściśle spełnione. Będzie miał świadomość, że przyjaciele, prawie rodacy, czuwali przy jego łóżku…!