Opis

Zapomnianym bogom pozostaje tylko wiara w anielskie błędy

Barcelona, Arktyka, Nowy Jork, Góry Skaliste w Kolorado – marnotrawny bóg wikingów, pan kłamstwa Loki wyrusza na sześć kolejnych wypraw, a wyzwaniem dla jego sprytu stają się kolejne mityczne stwory zrodzone z ludzkiej wiary, wyobraźni i strachu.

Kłamca jak zawsze gra nie fair, ale na jaw wychodzi, że nie tylko on jeden. Intencje Archaniołów, dla których pracuje, również nie są i nigdy nie były czyste.

Nadszedł czas, by Loki wybrał stronę, po której chce stanąć...

 

Jakub jest jak dobre francuskie cabernet sauvignon. Daje dużą przyjemność z obcowania, zaskakuje finiszem, ale nade wszystko daje gwarancję znakomitej jakości. Od lat jestem fanem literackiej winnicy Jakuba.

Jacek Rozenek

Czas leci, my się starzejemy, robimy się leniwi, a Kuba wciąż doskonali swoje pióro. Zazdroszczę gówniarzowi tej pasji…

Jeśli myśleliście że Kłamca 2 był dobry, to sprawdźcie, jak fantastyczny jest jego upgrade! Polecam!

Michał Pałubski, Formacja Chatelet, Grupa Brothells



BIOGRAM

Jakub Ćwiek

Człowiek, który nie potrafi usiedzieć w miejscu. Pisarz, komik stand-upowy, publicysta, podróżnik. Autor ponad dwudziestu książek, a także licznych opowiadań, słuchowisk, artykułów, sztuk teatralnych i scenariuszy. Najbardziej znany ze stworzenia uniwersum Kłamcy, do którego właśnie powraca, wydając „wersję reżyserską”. Rozwija też konsekwentnie światy, w których prym wiodą Chłopcy – dorośli pomagierzy Piotrusia Pana – czy polscy superbohaterowie Zawisza Czarny i Dreszcz.

 

OD AUTORA

Zawsze mnie bawi, gdy spotykam kogoś, kto mówi mi: ja nie czytam fantastyki, ale w Kłamcy jest coś takiego, że wchłonąłem od razu! I oczywiście, że jest! Kiedy inspirujesz się najlepszymi, a do tego dokładasz dawkę szczerej, może nieco szurniętej pasji i dużo pracy, to musi przynieść efekt!

Umówmy się – to nie będzie najlepsza książka czy cykl, jaki przeczytasz w życiu. Ale jeżeli jest w Tobie szczerość popkulturowego dzieciaka, który klaszcze w dłonie, ilekroć Bruce Willis w Szklanej pułapce mówi „Ypikayey”, jeżeli próbowałeś kiedyś stepować w deszczu do słów Deszczowej piosenki i płaczesz za każdym razem, gdy Terminator tonie w kadzi z płynnym metalem – będziesz się bawił co najmniej bardzo dobrze. A potem przyjdziesz i powiesz: „Ja nie czytam fantastyki, ale…” i pogadamy sobie o szpagatach Van Damme’a i nigdy nieprzemijającej urodzie Michelle Pfeiffer.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 333

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PFUJ-om(i kilku Zuziom też… troszkę)

Jak On mnie posłał…

OKAZJA

Nowy Jork

Okazja czyni złodzieja, tak zwykł mawiać jego ojciec. I choć sam nigdy niczego sobie nie przywłaszczył, nie potrafił zrozumieć, dlaczego niektórzy mają pretensje, że zostali okradzeni. W końcu jeśli ktoś, na przykład, zostawia kluczyki w stacyjce mercedesa albo wkłada portfel do koszyka podczas robienia zakupów, to sam prosi się o kłopoty.

Thomas Watt, jeszcze niedawno Tomasz Wawrzycki, nie tylko całkowicie zgadzał się z poglądami rodzica, lecz także, w przeciwieństwie do niego, lubił łączyć teorię z praktyką. Kto wie, może to właśnie dlatego, a nie z braku innych ofert, wybrał pracę na lotnisku Kennedy’ego w sortowni bagaży. Tam okazje rodziły się co minuta i aż szkoda je było marnować.

Oczywiście Thomas nie był głupi i ani myślał ryzykować dla walizki pełnej równo poskładanych koszulek i gaci. Jego zielona karta wciąż jeszcze wisiała na włosku, a w rodzinnych stronach nie za bardzo mógł się pokazywać. Choć miał dopiero dwadzieścia pięć lat, zdążył już sporo zmajstrować w kraiku nad Wisłą, podpadając wielu osobom, wśród których wysoko, ale wcale nie na szczycie listy plasował się niedoszły teść, przed laty mistrz Polski w boksie wagi ciężkiej. O nie, deportacja i powrót do domu były proszeniem się co najmniej o kalectwo.

Dość szybko okazało się jednak, że Thomas wcale nie musi ryzykować, bo przynajmniej raz w tygodniu zdarzało się z kilkanaście nieodebranych bagaży, o które mógł zagrać z kumplami w karty.

Na ogół wygrywał, ponieważ za każdym razem grali tą samą, znaczoną talią odziedziczoną po dawno emerytowanych kolegach. Maleńkie, ledwie widoczne kreski nie były robotą Thomasa, on po prostu pierwszy je dostrzegł i wiedząc, że nadarzającej się okazji zmarnować nie wolno, zapamiętał kod.

Proceder nie przynosił kokosów, bo zapomniane torby i walizki rzadko były markowe, a większość zakupiono na wyprzedażach w Wallmarcie czy Targecie, ale przez te dwa lata dorobił się już całkiem ładnego garnituru, paru albumów zdjęciowych, pontonu, kilku skórzanych walizek i całej rzeszy mniejszych i większych umilaczy życia. Resztę fantów sprzedawał w okolicznych lombardach za drobne, ale wciąż miłe kieszeni pieniądze.

Słowem, radził sobie, cały czas jednak uważając, że to, co najważniejsze, jeszcze go czeka. Coś spektakularnego, wielkiego. Coś, co odmieni jego życie. Wśród pracowników Kennedy’ego krążyła legenda o jakimś Rusku, który mieszkał na lotnisku kilka miesięcy i któregoś dnia wygrał w karty ogromną, wypełnioną diamentami rybę. Kumple Thomasa opowiadali wprawdzie, że głupi Rusek dał ją potem jakiemuś Japońcowi, nie wiedząc nawet, co jest w środku, ale był tu i tu dostał swoją szansę. To niezaprzeczalny fakt. Na lotnisku, w sortowni, można było zdobyć fortunę, wystarczyło trafić na okazję, więc Wawrzycki czekał, rozglądając się uważnie.

– Co z tobą, Wong? – zapytał niski, barczysty Murzyn w przyciasnym mundurze ochrony lotniska.

Zagadnięty, łysy jak kolano Chińczyk ubrany w pomarańczowy uniform służb technicznych, uśmiechnął się krzywo, podnosząc głowę znad gazety.

– Nic, Steve – odparł, wzruszając ramionami. – Tylko czasem nie potrafię się nadziwić ludzkiej głupocie.

Podniósł gazetę do góry, pokazując czytany artykuł. Murzyn przechylił głowę jak sroka i wytężając wzrok, przeczytał:

– „Zbiorowe samobójstwo czcicieli szatana? Blisko sto dwadzieścia ciał”. Nieźle. – Pokiwał głową z uznaniem. – Gdzie to?

– Gdzieś w południowej Afryce – odparł Wong. – Jakieś państwo… O tu masz nazwę, bo ja nie przeczytam, język bym sobie połamał.

– No coś ty, w Shaolin nie uczą was kung fu języka?

– Pierdol się, Steve – mruknął Wong, po czym przewrócił kilka stron, by doczytać resztę artykułu. – Tu piszą, że według ukrytych kamer bezpieczeństwa, które zamontował guru sekty, wybuchła jakaś kłótnia, a potem wszyscy nagle zaczęli walczyć między sobą. Strzelali do siebie, a dwaj ostatni poprzebijali się nawzajem rytualnymi kościanymi mieczami.

Steve podrapał się po nosie.

– Ja się tam na sektach wyznaję tyle, że świadków Jehowy z ganku miotłą gonię – stwierdził. – Ale po mojemu to pewnie coś przyćpali i mieli zwidy. Moja to miała kiedyś tak, że jak podebrała z pokoju naszego Trevora kilka skittlesów, to potem na ścianach widziała tysiące tęczowych pająków. Może to coś takiego.

– Może – zgodził się Łysy – Ale najlepsze jest to, że gdy już się wszyscy powybijali, wszyscy, rozumiesz, co do łebka, to zanim się zorientowały władze, ktoś, najprawdopodobniej zupełnie z zewnątrz, przyszedł i obrobił sejf sekty. Podobno było kilka milionów dolców w obligacjach, takich na okaziciela. Coś jak gotówka, tyle że w ogromniastych nominałach. Czujesz?

Steve gwizdnął pod nosem.

– Farciarz – stwierdził. – To mu się trafiło.

– Nie, mój drogi. To nie fart, tylko okazja.

Murzyn i Chińczyk odwrócili się i dostrzegli Thomasa wyłaniającego się zza pasa transmisyjnego.

Steve wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Właśnie ciebie nam tu brakowało, magister – stwierdził, ostentacyjnie mrugając do Chińczyka. – Ty jesteś spec od kultury. Może powiesz nam, nieukom, czego ci szaleńcy się zatłukli?

Thomas wzruszył ramionami. Poprawił jadącą pasem torbę i przysiadł koło Wonga.

– Pojęcia nie mam. Może się nie lubili?

Chińczyk prychnął.

– Tyle to wiemy i bez ciebie, magister. Ale my szukamy tych, no wiesz, naukowych przyczyn, dlaczego… Ej, popatrzcie na tamtą walizkę, robi już drugie kółko!

Wszyscy równocześnie spojrzeli we wskazanym kierunku. Drugie okrążenie nie znaczyło jeszcze, że nikt już tego bagażu nie odbierze, bezpiecznie robiło się przy piątym, ale i tak dawało jakąś szansę, że wieczorny poker nie będzie grą na zapałki. Dawno już nic im nie zginęło, można było sobie pozwolić na maleńkie zepsucie lotniskowej statystyki.

Leżąca na pasie walizka nie wyglądała na najwykwintniejszą w świecie, ale nie należała też do najtańszych. Mogła budzić całkiem zrozumiałe nadzieje na elektryczną golarkę czy aparat fotograficzny. I może jakieś fajne dżinsy na dodatek.

– Skąd leci? – zapytał Thomas, przyczesując włosy.

– Z Afryki – odparł Steve.

Polak i Chińczyk spojrzeli na niego niemal równocześnie.

– Południowej? – zapytał Wong, nawet nie próbując ukryć nadziei w głosie.

Murzyn pokręcił głową.

– Z Kairu, niestety, a to jest w Egipcie albo… zaraz… w Maroku! W Maroku, nie, magister?

Tomasz kiwnął głową, w ogóle nie słuchając swego czarnoskórego kumpla. Nie mógł oderwać wzroku od walizki. Miał przeczucie.

To, co wydarzyło się potem, mógł określić tylko jednym słowem: OKAZJA. Fakt, że właśnie ta walizka zaklinowała się w miejscu, do którego on z racji wieku i wrodzonej zręczności z pewnością dotrze najszybciej, nie mógł być niczym innym.

– Ja się nią zajmę! – zawołał, widząc, że Steve rusza ku drabince.

Murzyn wzruszył ramionami. „Jak sobie chcesz – mówił ten gest. – Mnie nie zależy”.

Thomas błyskawicznie wszedł na najbliższy pas, złapał wspornik drugiego i podciągnął się rękami. Po chwili balansował już na górnej taśmie. Przejechał na niej kilka metrów, po czym zeskoczył, łapiąc za pręt rusztowania. Teraz wystarczyło już tylko puścić się jedną ręką, złapać krawędzi właściwego koryta, podciągnąć się i już był przy swojej zdobyczy.

Gdzieś tam na dole Wong krzyczał coś o małpach i proponował mu banana, ale Thomas nie słuchał. Gwałtownie rozpiął paski i szarpnął za zamek. Jego oczom ukazał się szary pluszowy miś o wielkich czarnych oczach. Pod nim zaś…

Zrobiło mu się potwornie gorąco. Błyskawicznie zamknął walizkę.

– Co ten popapraniec robi? – zaniepokoił się Wong, widząc, jak Thomas podnosi walizkę i staje obiema nogami na taśmie, pozwalając, by niosła go ku wyjściu. Chińczyk przyłożył dłonie do ust, układając je na kształt tuby. – Ej, zostaw ją, to dopiero drugie okrążenie, ktoś się może po nią zgłosić!

Steve, również mocno zaniepokojony, odruchowo złapał za krótkofalówkę, ale Wong go powstrzymał.

– No co ty? Narobisz mu kłopotów, zaraz tu zejdzie.

Jednak Wawrzycki ani myślał schodzić. Tuż przed samym wyjściem przyklęknął, pochylił głowę i w takiej pozie, jakby trwał pogrążony w głębokiej i żarliwej modlitwie, wjechał w tunel. Zamocowane u wylotu pasy gumy pogładziły go po plecach i na moment pogrążył się w ciemności. Gdzieś za jego plecami Chińczyk ponownie coś krzyknął, ale dla Thomasa sortownia już nie istniała. Jakby była innym, obcym światem.

Kolejny dotyk gumowych palców i już był w hali terminalu. Ludzie zgromadzeni przy taśmie patrzyli na niego zdumieni i rozbawieni. Zwłaszcza gdy poderwał się z klęczek, spojrzał wokół siebie, po czym nerwowo krzyknął:

– Hej, proszę pana! Pańska walizka.

Jakiś starszy mężczyzna stojący właśnie przy samych drzwiach obejrzał się z zaciekawieniem i ku niemu właśnie ruszył Thomas. Wiedział, że wszyscy dalej patrzą, nie spuszczał więc oczu ze starszego jegomościa i uśmiechał się przy tym głupkowato. Jednocześnie z każdym krokiem coraz bardziej przyspieszał.

Kątem oka dostrzegł nagłe poruszenie wśród ochrony i to, że kilku funkcjonariuszy Homeland Security zmierza w jego stronę, ale nie dał się ponieść nerwom. Podszedł do wybranego wcześniej mężczyzny i nie bacząc na jego zdumienie, podał mu walizkę. Tak jak przewidział, zdezorientowany staruszek odruchowo wyciągnął rękę. To wystarczyło. Thomas wcisnął mu bagaż i odwrócił się w stronę nadciągających ochroniarzy. Posłał im głupkowaty uśmieszek i jak gdyby nigdy nic z rękami w kieszeniach ruszył w stronę wejścia na sortownię.

Ochrona niemal z miejsca przestała się nim interesować. Któryś z funkcjonariuszy nadał coś przez radio i po chwili wszyscy byli z powrotem na stanowiskach.

Dopiero teraz Thomas ostrożnie zerknął przez ramię. Mógłby teraz przybić piątkę z Orfeuszem. Gdy on wychodził z piekła i prowadził za sobą Eurydykę, też wiedział, że jedno spojrzenie wszystko popsuje, ale nie mógł się powstrzymać.

Wawrzycki był dumny, że wciąż przychodziły mu do głowy takie porównania. Umacniały w nim przeświadczenie, że czymś się wyróżnia na tle fali emigrantów – stanowił wzorowy przykład praktycznego inteligenta.

„A co, jeśli staruszek zabierze walizkę, uznając wydarzenie za znak niebios? Prawdziwą okazję? Co, jeśli…” – myślał gorączkowo. Jednak dziadek stał nadal w tym samym miejscu, ze zdumieniem wpatrując się we wręczony mu bagaż. „Dzięki ci, Panie – szepnął w duchu Thomas – za tego staruszka i jego demencję… a także za japońskie wycieczki!”

Rzeczywiście miał powody, by dziękować również za to drugie, gdyż zmierzająca ku wyjściu grupa Azjatów – każdy w bluzie z emblematem wielkiego jabłka i z aparatem fotograficznym w gotowości bojowej – szła wprost na niego. Wawrzycki poczekał, aż znajdzie się w środku grupy, po czym ugiął nogi w kolanach i ruszył ze skośnookimi.

Tuż przy drzwiach wycieczka wchłonęła również staruszka. Tylko na chwilę, ale wystarczająco długą, by Thomas wyrwał mu walizkę. Dziadek, tak samo jak wcześniej, nie oponował. Wydawał się nawet zadowolony, że nie musi już wytężać głowy, czy z jego pamięcią nie jest dużo gorzej, niż mu się zdawało.

Raz-dwa Thomas znalazł się na w przestrzeni dla witających. Skręcił w prawo, szybkim krokiem przeszedł w stronę parkingu dla pracowników, zastanawiając się, co zrobi z zawartością zdobytego bagażu. Jak ją spożytkuje. Bo tego, że uda mu się z nim uciec, był już pewien. Dziś bowiem nastał jego dzień. Dzień okazji.

– Jak to, zgubiliście moją walizkę?! – wycedził mężczyzna.

Roger O’Neal, menedżer lotniska, nerwowo otarł czoło chusteczką i uśmiechnął się przepraszająco.

Był przysadzistym mężczyzną o wiecznie rozbieganych oczkach i stanowczo za wysokim czole. Z wyglądu przypominał nieco Danny’ego DeVito, nie miał w sobie jednak nawet odrobiny uroku i wdzięku aktora. Ci, którzy choć trochę znali O’Neala, unikali go jak ognia, był bowiem typem wyjątkowo antypatycznym, pamiętliwym i chętnie wykorzystującym swe rozliczne znajomości. Człowiekiem, który bez skrupułów rozprawia się ze składającymi reklamację na jego lotnisko, zwłaszcza gdy w swej determinacji minęli kolejnych jego podwładnych i doszli aż do niego.

Teraz jednak, patrząc w oczy młodego, długowłosego mężczyzny o twarzy Chrystusa z obrazka, odczuwał strach. I modlił się w duchu, by ta pieprzona walizka się znalazła. Jak najprędzej.

– Wie pan, w zasadzie to za bezpieczeństwo pańskiego bagażu odpowiadamy nie my, tylko linie lotnicze, które pan wybrał. – O’Neal spróbował jeszcze raz wytłumaczyć sprawę. – Jeżeli pan chce, mogę zaraz skontaktować pana z działem reklamacji… Jeszcze raz, z kim pan właściwie do nas przyleciał?

Ktoś zastukał delikatnie w szybę drzwi.

– Wejść! – zawołał menedżer, dumny sam z siebie, że wreszcie pierwszy raz od pół godziny może powiedzieć coś władczo i stanowczo, a nie przymilnie i niemal płaczliwie.

Drzwi uchyliły i do środka wszedł najpierw Steve, a zaraz za nim Wong. Obaj wyglądali na mocno przestraszonych, a stary Chińczyk miał na dodatek minę, jakby ktoś narobił mu w portki.

– Pa… panie O’Neal – wyjąkał, miętosząc w ręku czapkę. – My w sprawie tej walizki. Ona nie zaginęła… została skradziona.

Thomas jechał drogą międzystanową na północ, w kierunku Bostonu, obsesyjnie wręcz pilnując obowiązujących limitów prędkości. Co chwila zerkał na zajmującą siedzenie pasażera walizkę. Wprost nie mógł uwierzyć we własne szczęście. Jednego dnia martwi się, że nie ma na czynsz, a drugiego dostaje kilka milionów. Tak na dobry początek.

Nie uważał swojego postępku za coś złego. Owszem, ukradł tę walizkę, ale – był tego pewien pewnością ludzi chcących za wszelką cenę uśpić sumienie – zabrał ją temu afrykańskiemu złodziejowi, więc wszystko się wyrównało. Złodziej został okradziony, a temu, który prosił, zostało dane. Jakby prosto z kart Ewangelii.

Uśmiechnął się i zgłośnił radio. Dziwnym zbiegiem okoliczności Mark Knopfler snuł właśnie muzyczną opowiastkę o pieniądzach za nic i darmowych panienkach. Thomas docisnął pedał gazu i zaczął śpiewać wraz z radiem.

– Thomas Watt – przeczytał siedzący przy monitorze policjant. – Poprzednie nazwisko Tomasz Waw… Wawrzycki. – W jego ustach brzmiało to raczej jak Łałszeski. – Polak. Od dwóch i pół roku w USA, ma pozwolenie na pracę i stara się o obywatelstwo. Wykształcenie wyższe. Niekarany. Mamy jego adres i numery rejestracyjne wozu. To zielony dodge rocznik osiemdziesiąty drugi.

Policjant skończył czytać i przeniósł wzrok na O’Neala. Widząc jego zmizerowane oblicze, zapewnił, że złapią drania lada moment. Menedżer skinął głową.

– Wiem, Ted. – Spróbował się uśmiechnąć, ale tylko nienaturalnie wyszczerzył zęby. – Wiem… i dziękuję.

Zerknął ukradkiem na stojącego pod ścianą mężczyznę o Chrystusowym obliczu. Spostrzegł, że jego twarz nie jest już wściekła, tylko skupiona. Uznał, że to dobry znak. Poprawił się na krześle i nacisnął przycisk interkomu. Zamówił trzy kawy.

– Napije się pan, panie Liefather? – zapytał właściciela walizki.

Ten jednak zignorował go i zwrócił się bezpośrednio do policjanta:

– Mógłby pan jeszcze raz opisać ten samochód? I samego złodzieja – poprosił.

– A po co to panu? Odradzałbym robienie głupich rzeczy, proszę pana.

– To cenna rada, dziękuję – zgodził się Liefather. – Zamierzam się zastosować, ale i tak poproszę o ten opis.

Policjant zawahał się, ale w końcu przeczytał po raz drugi opisy podejrzanego i jego pojazdu. Gdy skończył, Liefather podziękował mu i wyszedł, nie obdarzając O’Neala nawet przelotnym spojrzeniem. Wyraźnie się śpieszył.

Thomas pokonał dystans dzielący jego samochód od połączonego ze stacją Shell sklepu 7-Eleven, zanosząc się śmiechem i raz po raz upuszczając coś z zakupów. Nie wiedzieć czemu to, że miał w samochodzie miliony dolarów, a w sklepie podczas kupowania podstawowej spożywki zabrakło mu kilku centów, przez co musiał zdać się na łaskę sprzedawcy, wydało mu się najzabawniejszą rzeczą pod słońcem. W innych okolicznościach pewnie by go to rozdrażniło, ale teraz odkrył, jak błahe były jego dotychczasowe nerwówki.

„Potrzebowałem do tego odkrycia tylko walizki pełnej obligacji” – pomyślał, znowu parskając śmiechem. Paczka solonych chipsów wyśliznęła się z jednej z toreb i upadła tuż obok samochodu. Przykucnął, by ją podnieść, jednocześnie odruchowo zerkając na przednie siedzenie.

– Chryste, nie! – wrzasnął.

Upuścił papierowe torby, z których jedna uderzyła o ziemię z plaśnięciem, druga ze spłaszczonym brzęknięciem uderzającej o beton puszki. Papier z logo sklepu pękł, uwięzione za nim batony marki Payday wyrwały się przez szczelinę niczym kostropate paluchy dzikiej bestii. Dwie cytryny potoczyły się pod wóz jedna za drugą i zatrzymały się dopiero na kratce ściekowej.

Thomas z trudem wyłowił z kieszeni klucze. Ręce trzęsły mu się jak w febrze, dopiero przy trzeciej próbie trafił do zamka, pierwszy raz w życiu żałując, że nie ma samochodu otwieranego pilotem. Gwałtownym szarpnięciem otworzył drzwi.

Nie zdawało mu się. Walizka rzeczywiście była rozpięta, a ze szczeliny wystawały głowa i łapki misia. Pluszak wyglądał, jakby próbował wydostać się na zewnątrz… albo przeciwnie, wejść z powrotem.

„Pieprzyć go!” – pomyślał Thomas, gwałtownie podrywając klapę. Przerzucił miśka na bok i dopiero wtedy odetchnął z ulgą. Papiery były na swoim miejscu.

Dla pewności wyciągnął pierwszy lepszy plik i sprawdził, czy nikt nie podmienił obligacji na pocięte gazety. Przyszła mu do głowy bajka o Kopciuszku, w szczególności zaś karoca, która o północy na powrót miała stać się dynią. Wszystko było jednak w porządku. Pochylił się, by pozbierać zakupy, myśląc gorączkowo, czy mogło być tak, że sam zajrzał do walizki, a później o tym zwyczajnie zapomniał. Doszedł do wniosku, że tak właśnie musiało być. Był przecież tak podekscytowany! Wszystko wokół było niczym sen!

Na wszelki wypadek postanowił, że następnym razem weźmie bagaż ze sobą. I nie będzie się przejmował tym, że może dziwnie wyglądać, chodząc wszędzie z walizką. Był w końcu bogaty i jako taki miał prawo do dziwactw. Wszyscy bogacze byli dziwni. A raczej, jak brzmiało to słowo? Ekscentryczni!

Uśmiechnął się pod nosem, poświęcił chwilę na pozbieranie zakupów i przełożenie ich do znalezionej w schowku reklamówki. Następnie wrzucił je na tylne siedzenie i wskoczył za kierownicę. Ruszył z piskiem opon.

– Przyszedł raz do mnie pewien zamożny człowiek – grzmiało radio głosem jakiegoś kaznodziei. – Dumny jak paw i obnoszący się swym bogactwem. Drogi garnitur szyty na miarę, wspaniały płaszcz i pierścienie na wszystkich palcach. Każdy z was widział pewnie kiedyś kogoś takiego. Jeden z tych, co mijają żebraka na ulicy, nawet nań nie spoglądając. Wydaje im się, że są panami świata! Bogami! I ten mężczyzna, stojąc pod krzyżem Chrystusa, wyciągnął z kieszeni kopertę z datkiem. A ja go zapytałem, skąd są te pieniądze. I on odpowiedział. Mówił: „Wie wielebny, jak to jest, pierwszy milion trzeba ukraść, a reszta sama przyjdzie”. Tak mówił właśnie! To jego słowa! A ja spojrzałem na zafrasowane oblicze Pana Naszego i zobaczyłem łzy w jego oczach! Tak, łzy! Bo Chrystus płacze nad wami, grzesznicy! To przez was zawisł na krzyżu! Wy obłudnicy, kłamcy. Złodzieje! Mówię wam tak, jak powiedziałem temu bogaczowi: „Nie minie was kara! Bo prędzej wielbłąd”…

Thomas westchnął ciężko i wcisnął automatyczne szukanie stacji. Nigdy nie lubił tych telewizyjnych i radiowych klechów. Handlarze fałszywych cudów, oto czym byli. Ich konta tak obrosły w zera, że liczby pewnie nie mieściły się już na czeku, a oni mieli jeszcze czelność nazywać innych złodziejami.

Podli oszuści!

Z głośnika popłynęły kojące dźwięki którejś z piosenek Stinga i Wawrzycki odruchowo zerknął na ustawioną częstotliwość. Zawsze tak robił i teraz zdumiało go niezmiernie, że wybrana stacja miała tę samą częstotliwość co poprzednia ustawiona przez niego. Czyżby to znaczyło, że gdzieś po drodze radio samo się przestroiło? A może niechcący nacisnął jakiś przycisk i to sprawiło, że przypadkowo wysłuchał akurat kazania o kradzieży? Zaniepokojony nagłą, absurdalną myślą zerknął na walizkę. Pluszowy miś nie wystawał już z niej łapkami, widać było tylko główkę. Czarne paciorkowe oczka wpatrywały się w niego trochę z przyganą, trochę z politowaniem…

– Przestań bredzić – skarcił się na głos. – Jesteś po prostu zmęczony. A pluszowe misie nie patrzą.

Pewnie, że nie, potwierdził głos w jego głowie. Odzywał się zawsze, gdy Wawrzycki był zdenerwowany. I zawsze brzmiał tak, jakby świetnie się bawił. „Niemożliwe również, by misie same wydostawały się z walizek na parkingach czy przestrajały radio. Pluszowe misie nie znają się na takich rzeczach, prawda, panie magistrze?”

– Och, zamknij się! – prawie krzyknął Thomas, po czym podkręcił radio. Ale nawet Metallica nie była w stanie zagłuszyć zdania huczącego mu w głowie:

„Nie minie was kara!”

Długowłosy nie wyglądał na glinę, ale też nie sprawiał wrażenia człowieka, z którym warto zadzierać. Dlatego też Harvey Stocker, dumny właściciel plakietki z napisem WITAMY NA STACJI SHELL, nie zapytał: „Za ile chcesz lać?”, tylko:

– Czym możemy służyć?

A gdy się dowiedział, nie zażyczył sobie ani pokazania policyjnej odznaki, ani licencji, żeby spisać numer, tylko grzecznie wyśpiewał odpowiedzi na wszystkie usłyszane pytania.

– Tak, proszę pana – mówił, uśmiechając się jak uczniak, mimo że długowłosy nie mógł być od niego dużo starszy. – Tankował u nas zielony dodge, a kierowca był, o ile dobrze kojarzę, podobny do tego opisanego przez pana. Zatankował i zrobił zakupy. Pamiętam, bo był pierwszym klientem na mojej zmianie. O ile dobrze kojarzę, zabrakło mu drobnych. A potem pojechał dalej na zachód. To było jakieś cztery, pięć godzin temu. Tyle wiem.

Harvey patrzył, jak długowłosy odwraca się i wychodzi bez podziękowania ani nawet skinięcia głową. Mimo to wcale nie czuł się urażony. Wcale a wcale. Czuł za to, że musi pilnie iść do toalety.

W tym samym momencie czterysta kilometrów dalej Thomas zastanawiał się, czy nie wyrzucić miśka za okno. Działał mu na nerwy. Co na niego zerknął, pluszak znajdował się w nieco innej pozycji, cały czas jednak wlepiał w niego te swoje czarne, szkliste oczka, a przyjacielski uśmiech nie znikał z rozdziawionego pyszczka. Poza tym po każdym postoju radio samo przestawiało się na kanał kaznodziejów, skąd grzmiały przestrogi o nadchodzącej karze.

– Słowo daję, że cię wywalę. – Wawrzycki sam nie wierzył, że rozmawia z pluszowym misiem. Naprawdę zaczęło mu odbijać… – Jeśli jeszcze raz dotkniesz mojego radia, poznasz, jak ciężkie jest życie autostopowicza.

Zaśmiał się nerwowo i zerknął na zegarek. Tak, powinien zacząć szukać jakiegoś miejsca do spania. Ale najpierw przydałoby się zamienić kilka obligacji na gotówkę. Nie miał już ani grosza.

– Myślisz, że znajdę tu jakiś bank otwarty o tej porze? – zapytał miśka, prawą ręką wyciągając spięty banderolą plik. – Ile było do najbliższego miasteczka?

Pluszak oczywiście nie odpowiedział. Kilka minut później minęli drogowskaz z informacją, że za dziesięć mil znajdą się w Heaven, w którym – to z kolei dopowiadała reklama pośrednika – opcji mieszkaniowych jest wiele.

Thomasa tak rozbawiła ta wiadomość, że ze śmiechu na moment stracił panowanie nad kierownicą. Samochodem zarzuciło, a otwarta klapa walizki opadła z cichym PLAP. Miś, dotąd wystający z bagażu niemal do połowy, znalazł się nagle w jego środku. I tam na razie pozostał.

Loki, połączony autostradą umysłów z Rafaelem, przez cały czas nastawiony był na odbiór komunikatów o położeniu zielonego dodge’a. Pojawiały się one jednak niezwykle rzadko, bo archanioł, choć obiecał pomoc, jak zwykle zajmował się milionem rzeczy jednocześnie i nie od razu przekazywał Lokiemu wiadomości od stróżów.

Dlatego czasem należało zapytać osobiście, najlepiej ludzi, bo ci wbrew powszechnej opinii widzą więcej niż skupieni na swych podopiecznych aniołowie. Jak chociażby ten gość na stacji Shell, który chyba nawet nie miał anioła.

Oczywiście wszystko byłoby prostsze, gdyby ten cały Wawrzycki czy Watt miał swojego stróża, ale opiekun jego rodziny pozostał w Polsce przekonany, że chłopak jest na tyle bystry, by nie robić za oceanem głupot. No cóż, jak się okazało, nie był. Okradł wszak Kłamcę. Bez znaczenia, że nie zdawał sobie z tego sprawy!

Prawą ręką Loki namacał zamek schowka na rękawiczki i otworzył go. Lśniący chromem pistolet, który włożył tam zaraz po opuszczeniu wypożyczalni samochodów, leżał na swoim miejscu. I kusił.

– Spokojnie, stary. – Kłamca uśmiechnął się lekko. – Już niedługo będziesz miał okazję przemówić.

– No i jest – stwierdził z zadowoleniem Thomas, zatrzymując się naprzeciwko niewielkiego oddziału banku stanowego. Zaraz jednak radość ustąpiła miejsca przygnębieniu, gdy okazało się, że bank, jak przystało na szanującą się placówkę, od kilku godzin był już zamknięty.

„Czego się spodziewałeś, durniu? – drwił głos w głowie. –Że znajdziesz bank otwarty o dziewiątej wieczorem?”

No, gdy się zastanowić, taka myśl brzmiała niedorzecznie, ale przecież tego dnia wydarzyło się tyle rzeczy nieprawdopodobnych, że i ta wcale nie byłaby od nich gorsza. Jak to mawiają: „Nie dziwi jednorożec w magicznej krainie”, albo jakoś tak.

– Cóż, misiek – powiedział Wawrzycki do walizki – przyjdzie nam chyba jechać całą noc, aż się zmęczę. Ale może to i lepiej. Im dalej od Nowego Jorku, tym lżej oddychać, co?

Nagle odniósł wrażenie, jakby coś w walizce się poruszyło. Błyskawicznie podniósł klapę. Pluszak leżał rozciągnięty na obligacjach, jedną łapkę trzymając włożoną do bocznej kieszonki. Thomas zerknął do środka i pokręcił głową z niedowierzaniem – znajdował się tam plik dwudziestodolarówek. Jak na życzenie.

Znalezienie motelu nie stanowiło najmniejszego problemu. Heaven okazało się na tyle dużym miasteczkiem, że zgodnie z dostrzeżonym wcześniej ogłoszeniem Thomas mógł nawet przebierać w ofertach zarówno sieciówek, jak i rodzinnych interesów.

Wybrał lokum najbliżej drogi, budynek wyglądający trochę jak jedno z zapamiętanych z rodzinnego kraju schronisk górskich. Nie zdziwiło go wcale, że właściciele motelu nazywają się Markowscy; wręcz przeciwnie, uznał to za kolejny znak od Fortuny. Odpuścił sobie kolację (nagła fala zmęczenia wyparła głód), poszedł prosto do pokoju i zamknął walizkę w szafie.

„Tak żeby nic z niej nie wyszło” – pomyślał i zaśmiał się bez przekonania

Bez sił opadł na łóżko i niemal natychmiast zasnął.

Pamiętając, że ma do czynienia ze śmiertelnikiem, około północy Loki zaczął zwalniać przy każdym motelu i uważnie obserwować parkingi. Obstawiał, że uciekinier raczej nie będzie zjeżdżał z trasy i poszuka noclegu gdzieś przy drodze. Raczej nie skorzysta z sieciówek, bo większość wprowadziła komputerowy rejestr klientów. Pewnie nie jest też na tyle głupi, by posłużyć się kartą. Czyli najlepsza opcja to niewielki, samodzielny motel z parkingiem przynajmniej częściowo ukrytym za budynkiem i niewidocznym z poziomu drogi. Raczej nie opustoszały, ale i nie wypchany potencjalnymi świadkami.

Z każdą chwilą rosła determinacja Kłamcy, by nie dać się okpić. I nie chodziło tu już wcale o pieniądze, lecz o boską ambicję no i oczywiście Kłamczucha. Loki nie przyznałby się do tego nawet przed samym sobą, ale naprawdę brakowało mu tej cholernej maskotki.

Zmęczenie jednak i jemu zaczynało dawać się we znaki, przez co omal nie przegapił kolejnego motelu, tym razem drewnianego, wyglądającego jak góralska chata.

Zlustrował okolicę. Lokal nie miał ogrodzonego parkingu, a wśród stojących pod oknami samochodów nie było żadnego dodge’a.

– Czyli dale… – zaczął, gdy nagle w oknie na pierwszym piętrze coś błysnęło, zupełnie jakby ktoś zapalił na moment zapalniczkę lub zapałkę.

Loki przyjrzał się uważniej i uśmiechnął się paskudnie. Za szybą siedział na parapecie pluszowy miś.

Thomas obudził się kwadrans po ósmej rześki, wypoczęty i wręcz zaskoczony, że spało mu się aż tak dobrze. Snem sprawiedliwego, jak mógłby powiedzieć jego dziadek. Przeciągał się właśnie, marząc o pysznym polskim śniadaniu, które reklamowano w recepcji sfatygowanym plakatem, gdy nagle ktoś odchrząknął. Wawrzycki zesztywniał w jednej chwili, jakby ktoś potraktował mu kręgosłup ciekłym azotem.

– Dobrze się bawiłeś? – Męski głos dobiegł ze skrytego w półmroku fotela niemal naprzeciwko łóżka. – Uciekając z moją forsą?

Wawrzycki nie wiedział, co ma powiedzieć. Facet w fotelu nie brzmiał na takiego, któremu da się wcisnąć pierwszy lepszy kit, a nic naprawdę dobrego nie przychodziło mu do głowy. Postanowił zaryzykować z prawdą.

– Całkiem nieźle, proszę pana. – Wypowiedziawszy to zdanie, z miejsca zdał sobie sprawę, że nie zabrzmiało ono zbyt poważnie i raczej nie poprawiło jego sytuacji.

– Ale nie dlatego, że to pańska forsa – dodał od razu – tylko dlatego, że fajnie jest mieć tyle szmalu.

Mężczyzna w fotelu skinął głową.

– W tej kwestii bez wątpienia jesteśmy zgodni. W pozostałych raczej nie będziemy.

Sięgnął za siebie i zaraz w jego ręce pojawił się pistolet. Wymierzył nim w przerażonego Thomasa.

– Właściwie powinieneś się cieszyć, że tylko tak się to skończy – powiedział całkiem poważnie. – Jeszcze nie tak dawno za taką zniewagę zabijałbym cię przez tydzień, bawiąc się przy tym jak nigdy. A dziś…

Uniósł broń.

– Dziś jest inaczej.

Pociągnął za spust. Rozległ się suchy trzask, po którym w pokoju zapanowała absolutna cisza. Dwóch mężczyzn wpatrywało się w siebie, tak naprawdę obydwaj zaskoczeni, choć tylko po jednym z nich było to wyraźnie widać. Drugi uśmiechnął się i powoli opuścił broń.

– Mam nadzieję, że to będzie dla ciebie nauczką – powiedział, jakby wszystko szło po jego myśli. Wstał, obrócił się na pięcie i ruszył do wyjścia.

Nagle przystanął w pół kroku i zerknął na pusty parapet. Powiódł wzrokiem po pomieszczeniu. To, czego szukał, leżało na fotelu, na którym on sam przed chwilą siedział. Szary pluszowy miś. Siedział spokojnie i prosto, a obie łapki miał ukryte za plecami.

– Mogłem się domyślić – mruknął do siebie długowłosy mężczyzna.

Podszedł do fotela i podniósł misia. Tak jak się spodziewał, za pluszakiem leżały naboje kalibru dziewięć milimetrów. Zawartość całego magazynka plus jeden. Niedźwiadek znał się na rzeczy.

Dopiero jakiś kwadrans po wyjściu mężczyzny Thomas odważył się poruszyć. Przeszedł przez pokój, stawiając ostrożnie krok za krokiem niczym rekonwalescent rozpoczynający żmudny proces rehabilitacji. Drżał na całym ciele.

Nie oglądając się za siebie, wyszedł z pokoju, zamknął go i zaniósł klucz do recepcji. Na swoje szczęście rachunek zapłacił z góry, więc zostało mu już tylko pożegnać się z gościnnymi rodakami i wyruszyć w dalszą drogę. Przed siebie, bo przecież nie miał już do czego wracać.

W samochodzie znalazł plik obligacji, który dzień wcześniej wyjął, by wymienić go w banku na gotówkę. Było tego z dziesięć tysięcy. Niewiele, ale zdaniem Thomasa kwota doskonała na początek. Czegokolwiek…

Zaczął od kupienia misia.

KORONA STWORZENIA

Góry SkalisteKolorado, USA

Ostatnią rzeczą, którą zobaczyła Allison, zanim zapadła w ciemność, była eksplodująca twarz jej chłopaka.

Zatrzymała się wtedy tylko na moment, odwróciła, by zapytać go o jakiś punkt orientacyjny na mapie. On również się zatrzymał, głośno łapiąc powietrze, wyraźnie wdzięczny za chwilę wytchnienia. Miał dwadzieścia kilo nadwagi i naprawdę wiele kosztowała go ta wyprawa. Mimo to, stojąc na podejściu, uśmiechał się szeroko. Otworzył nawet usta, by coś powiedzieć. Na pewno coś zabawnego, bo przecież właśnie taki był. Uroczo zabawny w każdej sytuacji.

I wtedy usłyszała huk.

Jego twarz nie zdążyła nawet zmienić wyrazu. W jednej chwili szeroko uśmiechnięta, na ułamek sekundy zniknęła za szkarłatną mgiełką niczym podczas iluzjonistycznej sztuczki, a gdy pojawiła się ponownie, od oczu w dół zastąpiła ją ogromna dziura. Kawałki kości pokryte krwawymi ochłapami skóry poleciały na wszystkie strony.

Zwłoki stały jeszcze przez chwilę, kołysząc się lekko do przodu i tyłu, po czym z łoskotem runęły na ziemię i zsunęły się po kamienistym zboczu.

W tej samej chwili Allison spowiła ciemność.

Obudził ją smród tak potworny, że zwymiotowała po raz pierwszy, jeszcze zanim otworzyła oczy. Trwała tak, targana spazmami, wyrzucając z siebie posiłki, o których dawno już zapomniała, a gdy wreszcie skończyła, miała wrażenie, że jej przełyk płonie żywym ogniem. Mimo to poczuła się nieco lepiej. Przynajmniej do chwili, gdy spojrzała wokół siebie.

Znajdowała się w sporych rozmiarów klatce zawieszonej na grubej belce pod sufitem starej myśliwskiej chaty. Wszystkie okiennice były zamknięte, więc w pomieszczeniu panował półmrok, tylko gdzieniegdzie słoneczne promienie, wykorzystując szczeliny pomiędzy deskami, wślizgiwały się do środka ostrymi, jakby wymierzonymi prosto w nią smugami białego światła.

„Czyli dzień” – pomyślała. Wciąż trwał dzień. A może to już kolejny? Nie umiała odpowiedzieć. Nie czuła głodu ani pragnienia, nie cisnął ją pęcherz ani nie była zmęczona. Czy istniał jeszcze jakiś sposób, by określić przepływ krótkich odcinków czasu za pomocą własnej fizjologii? Jeśli tak, ona go nie znała.

Wciąż się rozglądała. Nie licząc klatki i skrytego w kącie stołu, jedynym wyposażeniem izby był człekokształtny totem. I wiele wskazywało na to, że najprawdopodobniej to on tak śmierdział.

Allison wytężyła wzrok, by mu się przyjrzeć, i zaraz pożałowała tej decyzji. Szarpnęło nią po raz kolejny, zgięła się wpół i otworzyła szeroko usta, ale nie miała już czym wymiotować.

I wtedy do obrzydliwego zapachu w izbie dołączył inny. Delikatny, lekko różany, chłodny powiew powinien być zbyt subtelny, by przebić się przez smród, lecz nie dość, że był odczuwalny, to wręcz zdominował pomieszczenie.

Zanim dziewczyna zdołała unieść głowę, usłyszała piękny, głęboki głos:

– Błogosławiona bądź, Allison, córko Susan. Raduj się, albowiem będziesz miała swój udział w narodzinach Korony Stworzenia…

Na moment zapanowała cisza, po czym głos dodał, znacznie już mniej podniośle:

– Allison… Podobają mi się twoje włosy.

Oklahoma, USA

Cholernie trudno dorwać anioła w małym miasteczku. Bo i po prawdzie nie ma tam dla nich wiele konkretnej roboty. W końcu ile można pilnować, by dzieci nie spadały z płotów, pies na podwórzu nie pogryzł listonosza czy któryś z okolicznych dekarzy amatorów nie spadł z dachu razem z rynną? Przestępczość tak niska, że nikt nie zamyka domów ani samochodów na podjazdach, ludzie znają się z imienia, a sprzedawcy śmiało udzielają sklepowych kredytów wszystkim, którzy są dość biali i konserwatywni, by uchodzić za uczciwych, dobrych ludzi.

Większość ze skrzydlatych wyjeżdża do metropolii z chwilą, gdy najstarsze dziecko w rodzinie wpada na pomysł zakosztowania życia na studenckim kampusie. I można być pewnym, czyni to z ulgą. Funkcja anioła stróża w małomiasteczkowej rodzinie jest ciekawsza niż śpiewanie w Chórach… ale niewiele lepsza.

Loki doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale wiedza ta niewiele mu w tym momencie dawała. Nie miał czasu na jazdę do najbliższego większego miasta. Potrzebował znaleźć anioła, i to możliwie jak najszybciej.

Jak zwykle wszystko zaczęło się od zakładu. A właściwie od zakończonej zawiązaniem zakładu wymiany złośliwości z grupą skrzydlatych, nieudolnie usiłujących z niego drwić.

– Tak, panowie, może i jestem odmieńcem – powiedział wówczas, wkładając do ust świeżą wykałaczkę i uśmiechając się półgębkiem. – Szefostwo jednak uznało, że lepszy odmieniec od bandy nieudaczników. Potrzebowali kogoś z jajami.

Słowa Kłamcy przystopowały ich na moment, zaraz potem posypała się jednak seria argumentów, z których dość jasno wynikało, że Loki swoje sukcesy zawdzięcza tylko i wyłącznie temu, że nie ograniczają go żadne zasady, że może robić, co mu się żywnie podoba, i nikt go z tego nie rozlicza. Gdyby tylko spróbował kiedyś żyć uczciwie jak oni i przestrzegać zasad, zaraz przekonałby się, kto tak naprawdę jest nieudacznikiem…

Kłamca wysłuchał wszystkiego ze spokojem, a z jego twarzy ani na moment nie znikał drwiący uśmiech. Gdy skończyli, spokojnie dopił piwo, podniósł się i sięgając po płaszcz, zadał jedno ze swoich ulubionych pytań:

– No cóż, więc może się założymy?

Tydzień przestrzegania anielskich zasad nie wydawał się Lokiemu jakimś szczególnie wielkim wyzwaniem. Zwłaszcza że zadanie, które właśnie wykonywał, tropienie niedobitków LEGION-u, nie wymagało wcale używania specjalnych środków spoza powszechnie dostępnego zestawu.

Pech jednak chciał, że podczas działań Kłamca zgubił portfel. I to na dodatek w jakiejś zapyziałej mieścinie na samym końcu świata. Potem wszystko potoczyło się lawinowo. Najpierw padła mu komórka, a on nie wziął ładowarki. W dodatku jak na złość w żadnym z okolicznych sklepów nie sprzedawano takich modeli („A na co tu komu, panie, takie z organizerem, klawiaturą jak w komputerze i może jeszcze wodotryskiem?! – usłyszał. – Tu się kupuje tylko takie, co jak w gnój wpadną albo jak świnia zeżre, to farmerowi bardzo nie żal”). Ładowarek do niczego zatem także nie było. Kradzież innego telefonu nie wchodziła w grę, a drobnych na kartę telefoniczną jakoś nikt nie chciał mu użyczyć, bo nie wyglądał jak ktoś prawdziwie w potrzebie. A Loki naprawdę potrzebował zadzwonić. Znalazł bowiem demona.

Nie był to żaden z tych ważnych i Loki właściwie tylko przypadkowi zawdzięczał, że go odkrył. Pewnie jeden z tych pustynnych duchów, które na jednym z etapów życia chodziły za mormońskim prorokiem Josephem Smithem, oderwał się od grupy i zdołał opętać okolicznego pijaczka. Szybko zmienił specjalizację na demona alkoholu, która to praca okazała się tym, co naprawdę pokochał całym swym plugawym jestestwem. Siedzieli więc obecnie razem w jednym ciele na schodkach supermarketu i śpiewali na głosy. Co prawda sługa piekieł nucił tak cichutko, że ludzie nie mieli prawa go słyszeć, ale na jego nieszczęście Loki nie był człowiekiem. I miał doskonały słuch.

Jeszcze nie tak dawno temu nie zaprzątałby żadnemu skrzydlatemu głowy, ot po prostu załatwiłby drania i zainkasował nagrodę. Problem był jednak w tym, że ostatnio coraz częściej trafiał na bestie, które uśmiercone po prostu znikały. A za takie nikt nagrody nie wypłacał. Bo któż by ufał Kłamcy? Postanowił więc ściągnąć do siebie Michała. A że nie miał ze sobą telefonu, pozostawał tylko jeden sposób – Rafael.

Niektórzy wierzą, że archanioł dróg ma zbudowane ścieżki do umysłów wszystkich skrzydlatych. To oczywiście nieprawda, łączy się bowiem bezpośrednio tylko z określoną grupą, która przekazuje mu wieści. Ale za to, nie wiedzieć jakimi sposobami, do tej grupy docierają wszystkie informacje. Wystarczyło tylko znaleźć na tej pieprzonej prowincji anioła gotowego do przekazania wiadomości. Takiego cholernego niebiańskiego SMS-a!

Szukał więc intensywnie, coraz mocniej sfrustrowany bezskutecznością swoich działań.

Dopiero po blisko dwóch godzinach poszukiwań znalazł anioła w parku. Skrzydlaty, opiekujący się niewątpliwie którymś z czterech starców zgromadzonych wokół stoliczka z kamienną szachownicą, siedział nonszalancko na poręczy ławki i wachlując się skrzydłami, dłubał słonecznik.

Loki przemyśliwał przez moment, jak to możliwe, że nikt nie dostrzegał stale zwiększającego się stosu łupek, doszedł jednak do wniosku, że śmieci są chyba ostatnią rzeczą, na którą ktoś zwróciłby tu uwagę. Ludzie są ślepi na takie rzeczy niemal w równym stopniu, jak głusi na śpiewy pijanych demonów.

Znudzony anioł nie dostrzegał Kłamcy, aż jego cień zasłonił mu słońce.

– Ty jesteś Loki? – zapytał rozmemłanym od południowego akcentu głosem, nie odrywając wzroku od grających. W jego słowach nie było ciekawości, a jedynie znużenie i niechęć.

– Tak, to ja jestem Loki i…

Anioł pochylił się gwałtownie i z dołka obok ławki wyciągnął butelkę buda lime. Zawahał się, po czym z tego samego otworu wydobył drugą i podał Kłamcy. Ten przetarł ręką spocone czoło i sięgnął po napój.

– Chętnie. – Odkręcił kapsel, pociągnął solidny łyk. Zaraz jednak wypluł z obrzydzeniem.

Staruszkowie przy szachownicy posłali mu przelotne, pełne wyrzutu spojrzenia, jakimi pewnie obdarzali każdego, kto dał się złapać w szpony nałogu tak dalece, by pijać samemu na parkowej ławce. Loki wyszczerzył się głupio i pomachał im.

– Co, nie smakuje? – zadrwił anioł.

– Smakuje jak szczyny – stwierdził Kłamca, przyglądając się butelce.

Anioł po raz pierwszy zaszczycił go spojrzeniem.

– Skąd wiesz, jak smakują szczyny? – nie przestawał kpić. – Piłeś?

– Czyżby słynny przejaw legendarnego anielskiego poczucia humoru? – odparł Loki. – Pewnie macie z tego specjalne szkolenia, co? Jasne, że piłem. Ale po raz pierwszy widzę, że ktoś je butelkuje…

Dłuższą chwilę z satysfakcją przyglądał się, jak na gębie skrzydlatego zmieszanie walczy z próbami wymyślenia ciętej riposty.

„To się staje zbyt łatwe” – pomyślał. Z kieszeni spodni wyciągnął paczkę wykałaczek.

– Potrzebuję się skontaktować z Rafaelem – powiedział w końcu. – Dokładniej to z Michałem, ale przez tamtego będzie chyba najszybciej, nie?

Tym razem twarz anioła nie wyrażała już znudzenia… raczej lęk.

– Chcesz się zobaczyć z archaniołem? Twarzą w twarz?

Loki pokręcił głową.

– Potrzebny jest mi tylko ktoś, kto wie, gdzie on jest, i mógłby przekazać, że znalazłem demona.

Anioł tak gwałtownie zamachał zmaterializowanymi nagle skrzydłami, że słomkowy kapelusz jednego ze staruszków wzbił się w powietrze i pofrunął w głąb alejki.

– Demona?! Tutaj?!

– Tak, siedzi pod sklepem i…

Skrzydlaty zamarł, przez moment przyglądał się Kłamcy z niedowierzaniem, jakby niepewny, czy Loki nie kpi sobie z niego. Potem wybuchnął śmiechem, już całkowicie rozluźniony.

– Nie chodzi ci chyba o Łajzasza? – wydusił z siebie, nie przestając się śmiać.

– Kogo?

– Tak naprawdę nazywa się chyba Eraamel. – Anioł przetarł oczy, nabrał oddechu i… kolejny raz wybuchnął śmiechem. – Przybył tu jako homoseksualny demon pożądania. Ale to naprawdę konserwatywne małe miasteczko. Moc plotki jest większa niż wiara w opętania, a poza tym mamy tu bardzo skutecznego pastora. Ledwie ktoś coś odwali, zaraz zwołuje pół wspólnoty, na ciężarówki, związanego delikwenta nad jezioro i w wodzie zło wypędzać. Co drugi więc chodzi po mieście przeziębiony i w kąpielówkach, ale opętać ich, powiem ci, niełatwo.

Anioł upił piwa i otarł mięsiste, pełne usta.

– Błąkał się więc Łajzasz jak smród po gaciach – podjął po chwili – aż trafił na Malcolma, jedynego, który dał się opętać. Z tym że Malcolm to się na homoseksualne amory nadaje się jak ja na archanioła. To weteran, inwalida wojenny. Mina urwała mu… no sam wiesz co. I teraz biedak załatwia się wprost z jelit do woreczka, że o innych rzeczach już nie wspomnę. Nie ma co, pedał pierwsza klasa. Jedyne, co go za przeproszeniem rucha, to rząd demokratów, o!

Loki aż gwizdnął przez zęby.

– Pedał? Rucha? – zapytał z niekłamanym podziwem. – Wolno wam tak mówić? Znaczy aniołom?

– Tylko tym z Południa – odparł skrzydlaty. – My mamy ograniczenie, tylko jeśli chodzi o słowo na C. No ale do tematu. Wzywamy Wielkiego M. do Łajzasza? Na pewno tego chcesz?

Kłamca zastanowił się przez chwilę.

– Dowiedz się tylko, gdzie jest.

Przez dłuższą chwilę czekał na odpowiedź. Sądząc po uśmiechach anioła i kilku ukradkowych spojrzeniach, jakie posłał Kłamcy, szepcząc inkantacje komunikacyjnych zaklęć, jeszcze dziś cała anielska brać będzie wiedzieć, na kogo postanowił zapolować Loki. Ubaw po pachy! Szlag…

W końcu skrzydlaty przerwał połączenie.

– Jest podobno na uniwersytecie w Iowa. Poleciał do Jenny.

Loki nie miał pojęcia, kim jest Jenny, ale anioł powiedział o niej, jakby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem, więc nie miał zamiaru pytać. Już w jednej kwestii się najwyraźniej ośmieszył. Jeden temat do uskrzydlonych plotek wystarczy.

No ale skoro kpić będą z niego i tak, to chyba nie musiał już przestrzegać zasad tego głupiego zakładu, czyż nie? Podziękował skrzydlatemu i ruszył w stronę stacji Amtrak. Po drodze zderzył się z wyglądającym jak prawnik grubasem, który mimo upału szedł uparcie w marynarce. Kłamca zapytał, czy mu nie za gorąco, wcześniej grzecznie przeprosiwszy za swoją niezdarność i zamyślenie. Tamten kazał mu się pieprzyć.

Na szczęście w portfelu grubasa było kilka banknotów. W sam raz na porządny obiad i bilet do Iowa.

Uniwersytet IowaIowa City, USA

– Jenny Wells – wyczytał dziekan Foster i po raz kolejny tego dnia rozległy się oklaski.

W trzecim rzędzie wstała dziewczyna ubrana jak wszyscy jej koledzy i koleżanki w luźną czarną togę i taki sam biret. Prowadzona okrzykami, brawami i gwizdami uznania ruszyła w stronę podium. Uśmiechnęła się promiennie, odbierając dyplom i przyjmując gratulacje, po czym podeszła do mównicy i poprawiła mikrofon.

Nie czuła tremy. Była przygotowana do tej chwili. Wszak tego, że jest się najlepszym studentem na roku, nie dowiadujesz się z dnia na dzień.

– Dziękuję gorąco wszystkim – powiedziała i zmuszona była przerwać, bo kolejna fala owacji, szczególnie męskiej części publiki, skutecznie zagłuszyłaby nawet wykrzyczane przez mikrofon słowa.