Opis

Ta książka wytnie Wam kilka numerów!

Loki – nordycki bóg kłamstwa na usługach aniołów, a także, mimochodem, bohater sześciu książek, komiksu i gry karcianej – nie ma czasu świętować. Oto bowiem przyjdzie mu się zmierzyć z jednym z największych swoich wrogów. W dodatku na własne życzenie, bo wszystko wskazuje na to, że Dezyderiusza Crane’a, samozwańczego boga popkultury, stworzył omyłkowo nie kto inny jak Loki właśnie.

Teraz rozpoczyna się gra z czasem, tym trudniejsza, że z każdą chwilą nowy bóg coraz lepiej poznaje swoje możliwości. Jego główną mocą jest kontrola nad narracją, a nawet… nad całą opowieścią.

Kłamca 2.8. Papież sztuk to wariacka jazda bez trzymanki umiejscowiona fabularnie pomiędzy opowiadaniami z drugiego tomu. Pełna gościnnych występów, ciętych bon-motów i będących wyznacznikiem serii popkulturowych nawiązań usatysfakcjonuje wszystkich miłośników Kłamcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 250

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


WSTĘP, CZYLI ZASADY GRY

Dobra, siedzicie w karczm… znaczy, jesteście na urodzinach Lokiego i w związku z tym, zanim się wszystko naprawdę rozkręci, kilka uwag.

Książka wytnie Wam po drodze parę numerów, dlatego czytajcie ją uważnie. Jeżeli nie czytaliście wcześniej cyklu o Kłamcy, przydałoby się, żebyście poznali Kłamcę, Kłamcę 2 i Kłamcę 2,5, bo do tych części tu i ówdzie nawiązują wydarzenia. O ile bez tej ostatniej nadal możecie się świetnie bawić, o tyle brak znajomości dwóch pierwszych tomów może Wam trochę tej zabawy napsuć.

Wydarzenia, o których zaraz przeczytacie, mają miejsce po Machinomachii i Sługach Metatrona, gdy nasi bohaterowie są już zżyci jako drużyna. Gdzieś tam niosą się pewne bardzo, bardzo dalekie echa tego, co się dopiero stanie, ale na razie to jeszcze pieśń przyszłości.

Na razie jest fajnie i luźno – z takim nastawieniem siadajcie do lektury. Oraz z założeniem, że wiele się może zdarzyć.

Jak powiedziałem wcześniej, ta książka wytnie Wam kilka numerów, ale tylko jeśli jej na to pozwolicie.

To jak?

PAPIEŻ SZTUK

Ledwie zamknęły się drzwi, Marcus wstał z fotela i podszedł do okna. Stanął bokiem przy samej framudze i dwoma palcami odchylił firankę.

Stali tam, a jakże, wielobarwny tłum napierający na barierki, wymachujący transparentami z hasłami: „Bóg pośród nas”, „Nie zabijesz Boga” czy ostatnim, najpopularniejszym chyba – „Między nas zstąpił i tu zostanie!”. Tak, Marcus musiał przyznać, że to ładne hasło i bardzo się Ekipie udało. Wywołało odpowiednią falę wzruszeń.

Odsunął się od firanki, spojrzał na zegarek. Minęły dwie minuty, zostało pięć. Podszedł do komody, nalał sobie wody z karafki i spojrzał w owalne lustro oprawione w misternie zdobioną mosiężną ramę. Dopiero teraz przyjrzał się jej uważnie. Dostrzegł mityczne motywy, nagie postacie w krwawych bądź miłosnych uściskach z istotami o zwierzęcych atrybutach, artefakty – ozdobną skrzynię, włócznię, kocioł, hełm – a prócz nich oczy, usta, dłonie i warkocze splatające to wszystko razem, dopełniające kompozycji. No proszę, jaki piękny zbieg okoliczności, jeśli lustro było tu na standardowym wyposażeniu. Jeśli nie, Ekipa naprawdę szalała z otoczką.

Wreszcie spojrzał na swoje odbicie. Przeczesał brodę, poprawił grzywkę, poślinionymi kciukami uładził brwi. Mrugnął do siebie i uśmiechnął się półgębkiem. Wyglądał dobrze. Naprawdę dobrze… Skąd więc wrażenie, że czegoś mu brakowało?

Raz jeszcze zerknął na zegarek. Została minuta. W tym właśnie momencie klamka poruszyła się lekko. Marcus odwrócił się w stronę drzwi, posłał uśmiech kędzierzawej głowie i dał znak, że jest gotowy. Wziął napełnioną szklankę i wrócił na swoje miejsce w fotelu. Ledwie to zrobił, drzwi otworzyły się niemal na oścież i do pokoju wszedł łysiejący, krągły grubasek w tanim, zielonkawym garniturze. Kędzierzawy, zamykając drzwi, przypomniał mu na odchodnym, że ma kwadrans. Grubasek nerwowo pokiwał głową.

– Tak, tak, oczywiście – powiedział.

Serią drobnych kroczków dotuptał do swojego fotela. Marcus w tym czasie wstał, wyszczerzył się w uśmiechu i wyciągnął rękę na powitanie.

– Cześć, fajnie, że pan wpadł – powiedział, zaciskając palce na wilgotnej, pulchnej łapce Grubasa. Miał wrażenie, jakby ściskał nadmuchaną gumową rękawiczkę. – Marcus Lester.

– Bartholomew Andrew Chus – przedstawił się grubas. – La Figaro.

Marcus uniósł brew.

– Nie masz francuskiego nazwiska. Ani akcentu – zdziwił się.

Grubas się uśmiechnął. Widać było wyraźnie, że słyszy to nie pierwszy raz i na to akurat pytanie ma gotową odpowiedź.

– Żona mojego szefa jest Francuzką i dobrze się jej ten tytuł kojarzy. Jestem z Augusta’s La Figaro, w Maine.

Obaj roześmiali się niczym z najlepszego żartu, po czym Marcus, jak przystało na gospodarza, wskazał Chusowi fotel.

– Zaczniemy? Czy może życzy pan sobie wody?

– Bez pan, B.A. – odparł grubas.

Marcus nie był pewien, czy tamten zrobił to odruchowo i z przyzwyczajenia, czy też był to wymyk zachęcający do znacznego skrócenia dystansu, który Lester podobno utrzymywał w rozmowach z dziennikarzami.

„To się zaraz powinno okazać” – pomyślał. Usiadł i upił łyk wody, przyglądając się z rozbawieniem, jak dziennikarz, dobywszy notesu, gorączkowo szuka w kieszeni czegoś do pisania. Swoją drogą nie pamiętał już, kiedy ostatnio rozmawiał z kimś, kto nie używał do wywiadu dyktafonu. A może, cholera, w ogóle nigdy z nikim takim nie rozmawiał? Może tych z notesami pamiętał już wyłącznie ze starych filmów, gdzie dziennikarze zawsze mieli legitymacje prasowe wepchnięte za wstążkę fedory i zadawali pytania głośno i z kąśliwym, jankeskim akcentem?

Wreszcie Chus znalazł długopis, otworzył kołowy notes i zaznaczył coś na stronie. Dopiero wtedy uniósł głowę, zmrużył oczy i zadał pierwsze pytanie:

– Panie Lester, jak to jest być bogiem?

Marcus poprawił się na fotelu. A więc jednak z tym skracaniem dystansu to był odruch, nieświadome działanie. Dobrze, bo to znaczyło, że nie będzie jakichś specjalnie niewygodnych pytań, brania pod włos i cwaniakowania. To nie jeden z tych przesłuchujących detektywów…

Coś błysnęło mu przed oczami i nagle, przez krótką chwilę miał wrażenie, jakby pokój zmienił się w salę przesłuchań. Ciemne, odrapane ściany, masywne biurko, a na nim lampa ze snopem światła skierowanym w jego stronę. I tylko Chus opierający się tłustymi pośladkami o krawędź blatu wyglądał dokładnie tak samo. Ten sam wyraz twarzy, to samo spojrzenie, ten sam notes. Marcus potrząsnął głową i wszystko zniknęło.

„To zmęczenie” – pomyślał i upił wody. Znowu wyszczerzył zęby.

– To wielka moc, B.A. A wiadomo, że z wielką mocą…

Jeśli chciał, by Chus dokończył za niego zdanie, srogo się przeliczył. Grubas bowiem zanotował to, co usłyszał, a potem uniósł głowę, spoglądając pytająco.

– …przychodzi wielka odpowiedzialność – dopowiedział niechętnie Marcus.

Nie znosił, kiedy zmuszony był tłumaczyć własny dowcip, czuł się wtedy jak ostatni idiota. I znowu pytanie, czy Chus zrobił to specjalnie? Czy jest możliwe, by ktokolwiek na świecie nie znał słów poczciwego wujaszka Bena, opiekuna i mentora przyszłego Spidermana?

On jest z Maine, pomyślał, a to przecież dziwny stan. Są w nim nawet tacy, którzy nie wiedzą, kim jest Stephen King, ich najsłynniejszy krajan. Mimo wszystko coś, dziwne wrażenie – być może to samo, które wywołało niedawną wizję – nie dawało mu spokoju i sprawiało, że nie był w stanie spojrzeć na siedzącego naprzeciw grubaska jak na prowincjonalnego dziennikarzynę. Bo i zaraz, jak to możliwe, że zwykłemu lokalnemu pismakowi udało się wkręcić na wywiad z nim? I to jeszcze teraz, dokładnie przed premierą, gdy Marcus nie mógł być już bardziej hot, exclusive i trendy?! Jakim cudem ten pocieszny tłuścioszek ze swoim notesikiem…

– Wasz serial „Bóg pośród nas” opowiada o mitycznych bogach, którzy żyją na ziemi i udają zwyczajnych ludzi. – Chus wyrwał go z rozmyślań kolejnym pytaniem, tym razem zapowiadającym się na dużo dłuższe. – Są tu bogowie wszystkich religii, jakie kiedykolwiek wymyślił człowiek, a wszystkie te postacie łączy jedno: lęk przed chrześcijańskimi aniołami.

Zrobił pauzę tylko po to, by przewrócić stronę, ale Marcus, przyzwyczajony do dyktafonów, i tak przytaknął, by wypełnić tę krótką chwilę ciszy. B.A. posłał mu w odpowiedzi wymowne spojrzenie: „Nie skończyłem”.

– Nasi czytelnicy z przyjemnością dowiedzą się, skąd w ogóle taki pomysł i czy stoją za nim prawdziwe duchowe rozważania twórców serialu.

Marcus sapnął i upił kolejny łyk wody. Coś było nie tak, czuł to coraz mocniej. We wszystkim, nawet w tym pytaniu, którego pierwszy człon słyszał przecież w takiej czy innej formie tysiące razy, z czego pięć dzisiaj.

No ale właśnie, forma. Sposób, w jaki Chus to ujął, jaką miał minę, jakie spojrzenie – wzrok przesłuchującego detektywa. I jeszcze ta druga część: „czy stoją za nim prawdziwe duchowe rozważania twórców serialu”. Chryste, to brzmiało jak pytanie zadane przez któregoś z tych oszołomów nawracających uczestników konwentu w San Diego za pomocą krzyży ze sklejki i Biblii wyglądających jak stara książka telefoniczna.

– O to, skąd pomysł, musiałbyś zapytać twórców serialu, B.A. – powiedział w końcu, siląc się na uśmiech. – Nie było mnie na tym etapie, gdy na początku było Słowo, a…

– …Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo – dokończył za niego Chus. Tym razem wiedział jak, skurwysyn.

Marcus nieco nerwowo poprawił się w fotelu, przesunął językiem po zębach. Przez głowę przemknęło mu, że gdyby miał teraz coś, co mógłby przygryźć, źdźbło trawy, patyczek od lizaka, wykałaczkę, poczułby się pewniej, poczułby się…

…jak pieprzony bóg, powiedział głos w jego głowie. Nie jego głos, ale zupełnie obcy. Cwaniacki, zawadiacki. Głos… jego postaci? Potrząsnął głową.

– Nie chcę też odpowiadać za innych w kwestii ich wiary, ale ja sam wierzę, że każdy mit, każde wierzenie miało jakieś swoje prawdziwe podłoże. Hades, Enki, Quetza… Quezo… no, ten wąż z piórami: wszyscy oni skądś się wzięli, jakoś przybrali takie, a nie inne postacie, ich legendy coś zbudowało. Czasem były to plotki, pewnie nawet zazwyczaj, ale wierzę, że pośród tych plotek…

Rozłożył ręce. Nienawidził zwrotu o ziarnku prawdy i tym razem też nie zamierzał się do niego odnosić, ale – no cóż – chodziło chyba o to, że nie wszystko, co tapla się w rzece kłamstwa, od razu musi być nim być.

Tym razem najwyraźniej Chus zrozumiał, bo gdy uniósł głowę znad notesu, nie spojrzał wyczekująco, ale od razu przeszedł do następnego pytania.

– Twoja postać nie jest konkretnym, znanym nam bóstwem i została stworzona na potrzeby serialu.

– Tak, Dezyderiusz Crane to postać wymyślona przez…

Chciał powiedzieć „Ekipę”, ale w porę ugryzł się w język. Ekipa była jego określeniem i dopiero teraz zdał sobie sprawę, że brzmi nieco mafijnie. Jak z filmu Scorsese’a.

– …Willa i Stu, i choć jest potomkiem znanych bogów, to sam nigdy nie pojawił się w mitologii.

– Znanych bogów, czyli…? – zachęcił Chus, wciąż notując.

I nie, tym razem z pewnością nie były to przypadek, ignorancja czy naiwność. To była prowokacja, pierwszy cios kontrolny pod sierp następnego pytania. Marcus zerknął na zegarek, ale wskazówki nie zamierzały mu niczego ułatwiać. Grubasowi zostało dziewięć minut.

– Rodzicami Crane’a są Loki i Thor, a on sam jest owocem żartu boga kłamstwa, który przybrał postać kobiety, by uwieść swego przybranego brata, boga piorunów. Przyznam, że też nie rozumiem poczucia humoru Lokiego, ale jak poczytać mity, czasem lubił się przebrać w damskie fatałaszki. I nie tylko.

Zachichotał nerwowo. Cholera, nie miał pojęcia, dlaczego tak to powiedział, dlaczego ujął to właśnie w taki sposób. Od początku, kiedy tylko ich serial wszedł do kablówkowej ramówki, stawiał czoła pytaniom o promowanie transseksualności, walkę z chrześcijańskimi wartościami; raz czy dwa nawet ryzykował życiem, wygłaszając swoje poparcie dla tez głoszonych w serialu, a chroniących odmienność. Gdy odbierał Emmy, powiedział: „Aniołowie u nas, ale i w religii, nie są dobrzy ani źli. Są narzędziami służącymi dobru albo złu. Jeżeli robią złe rzeczy, to może trzeba sobie zadać pytanie, czy idee, którym służą, były w ogóle dobre”. Ten tekst kupił mu miejsce na okładce niejednego magazynu. Nazywali go odważnym, bezkompromisowym, szczerym. A teraz to? Damskie fatałaszki? Rany, co jest w tym grubasie takiego, że plącze mu się język, że gąbczeje mózg?

– Wybaczysz, jeśli wstanę? – zapytał.

Nie zaczekał na odpowiedź, tylko podniósł się i obszedł fotel dziennikarza, by raz jeszcze stanąć przed lustrem. Zupełnie nie bacząc na to, że przy jego siedzeniu na stoliku wciąż znajdowała się prawie pełna szklanka, sięgnął teraz po drugą, napełnił i wypił zawartość jednym haustem. Przyjrzał się sobie w lustrze, a odbicie samo z siebie uśmiechnęło się do niego, choć, mógłby przysiąc, nie on zaczął tę wymianę uprzejmości. Mityczne postacie z ramy również odwróciły swoje głowy w stronę Marcusa, a jedna z nich – krągła, biuściasta dziewczyna z figlarnym grymasem na złotej twarzy – szepnęła: „Zabij go, Dezyderiuszu! Zabij!”. Zamknął oczy.

– Rekordy frekwencyjne, członkowie fanklubów nazywający siebie wyznawcami, niemal kościoły – dobiegło go kolejne pytanie Chusa. – Sam wielki Knox powiedział, że wasza opowieść jest przekonująca, a legenda głosi, że Po-prostu-Teddy, dzieciak miliarder, chce napisać finałowy odcinek którejś serii. Czy przeraża cię niebywały wręcz sukces „Boga pośród nas”?

To pytanie nie brzmiało już tak prowincjonalnie jak poprzednie, nie brzmiało, jakby zadał je lokalny dziennikarzyna o prawicowych poglądach, który cudem wkręcił się na wywiad z gwiazdą. W jakiś sposób było to jeszcze bardziej niepokojące, bo pokazywało, że ten pocieszny grubasek potrafi się zmieniać, że gra, że od początku nie był sobą, a teraz jeszcze…

Marcus wziął głęboki wdech, wciąż nie otwierając oczu. Wiedział, że musi się wziąć w garść, że to wszystko jedynie pojękiwanie zmęczonego umysłu, paranoja wywołana przemęczeniem. Z tego samego źródła brały się te wszystkie wizje, o których aż do dzisiaj myślał, że ustały, ustąpiły. Podobnie jak ów dziwny głos, który dopiero dzisiaj nabrał ostatecznego brzmienia i stał się głosem Dezyderiusza Crane’a. Głosem jego postaci.

– Czy sądzisz, że ludzie wierzą w to, co im opowiadacie? – podjął Chus, najwyraźniej nie oczekując odpowiedzi na poprzednie pytanie.

Słowom towarzyszyło skrzypnięcie fotela, a potem kroki. Grubas się zbliżał.

– Czy czujesz ich wiarę, jaka płynie w twych żyłach?

Marcus wciąż stał z zamkniętymi oczami. Oddychał powoli, miarowo, przez usta, próbując uspokoić rozszalałe myśli. Chciał, żeby Chus stąd wyszedł, chciał, żeby dziewczyna z ramy się zamknęła. Nade wszystko jednak marzył, by wytrzymała zapora, którą budował od dawna, a która teraz trzeszczała pod naporem cudzych myśli. Te wszystkie okrzyki uwielbienia, wyznania miłości, sprośne obietnice i prośby. Miłość, nadzieja i wiara niczym chmura okalająca tłum za oknami, kłąb smogu, ponad którym wznoszą się transparenty z cytatami z „Boga pośród nas”.

Gdy Chus odezwał się po raz kolejny, jego głos dobiegał z bliska, zza pleców Marcusa. Coś dotknęło szyi aktora, coś zimnego i ostrego. Najpierw poczuł szczypiące nacięcie, a potem łaskotanie ściekającej krwi.

– Pozwól, że powtórzę, chłopcze. Jak to jest być bogiem?

Wtedy właśnie Lester otworzył oczy. I spojrzał prosto w twarz Dezdyderiusza, który mimo noża przyłożonego do szyi nie przestawał się paskudnie uśmiechać. Tym razem aktor odpowiedział uśmiechem i skinął głową, sam z siebie pogłębiając nacięcie.

– Co… – odezwał się Chus, ale Markus nie dał mu dokończyć.

Błyskawicznym ruchem złapał oburącz za rękę trzymającą ostrze i wykręcił ją niczym ścierkę. Rozległ się cichy trzask, Grubas wrzasnął, a wtedy aktor uderzył go łokciem lewej ręki w brzuch, by zaraz wywinąć się i oburącz pchnąć tłustego dziennikarza na poręcz fotela.

– Jak to jest być bogiem, pytasz? – mruknął.

Skinął palcami w stronę drzwi, przekręcając w nich zamek, na ułamek sekundy, zanim poruszyła się klamka.

– Zabawne, ale do tej chwili nie miałem jeszcze pojęcia. Ale powiem ci: to fantastyczne uczucie.

Postąpił kilka kroków do przodu, aż stanął tuż przed B.A.

– Teraz natomiast zastanawiam się, czego właściwie bogiem jestem. Żartu? Telewizji? A może pytanie brzmi: czyim? Jestem bogiem tych wszystkich nieszczęśników, którzy grają po piwnicach w gry bez plansz, snują spiskowe teorie wpatrzeni w ekrany komputerów i zapamiętale walą konia pod obrazki komiksowych heroin?

Chus nie odpowiedział. Ściskał tylko strzaskaną rękę i poruszał ustami jak alkoholik walczący z pokusą. Marcus uznał, że to naprawdę zabawny widok – widzieć kogoś, kto nie docenił twojej siły, i teraz ponosi tego konsekwencje.

– Sekret tkwi w moim imieniu – powiedział wreszcie nowy bóg.

Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę okna. Z przeciwległej strony pokoju, od wejścia, zaczęły już dobiegać spanikowane krzyki obsługi, gwałtowne szarpanie klamki i pierwsze próby wyważenia drzwi barkiem.

– Dezyderiusz. Upragniony. Jestem tym, czego się pragnie, jestem oczekiwanym. Jestem podażą dla popytu. Jestem…

– …trupem – mruknął Chus. – Złamałeś mi rękę i jesteś pierdolonym trupem!

Marcus Dezyderiusz odwrócił się i dostrzegł, że w dłoni grubasa lśni błyszczący pistolet. Wyszczerzył się na ten widok.

– Jestem nagłym zwrotem akcji – powiedział. – I serio? Chromowane, pedalskie cacko? Co ty, filmów nie oglądasz?

– Mój szef widział ich aż nadto – warknął dziennikarz, a potem, gdy uderzane raz po raz drzwi zatrzeszczały, strzelił.

Marcus dostał w pierś, zatoczył się i spojrzał na wykwitający na jego koszulce krwawy kwiat. Następnie uniósł głowę, rozłożył ręce, jakby go krzyżowano, i uśmiechnął się, szczerząc zęby. Strzyknął krwią.

– Dziękuję – powiedział. – Dziękuję, że…

Kolejne pięć strzałów w pierś sprawiło, że poleciał do tyłu, a następne dwa wyrzuciły go przez zamknięte okno. Wyglądało to jak na jakimś filmie i Chus nigdy jeszcze nie widział, żeby w prawdziwym życiu postrzał dawał taki efekt.

Podszedł do okna. Odchylił pistoletem łopoczącą, zakrwawioną firankę i spojrzał na ulicę. Tłum panikował, wrzeszczał i piszczał, a parę osób, gdy tylko go ujrzało, natychmiast wskazało na niego palcami, krzycząc coś groźnie. Nigdzie jednak pomiędzy nimi nie było ciała Marcusa. Tylko krwawy ślad w miejscu, gdzie uderzył o ziemię.

W chwili gdy to do niego dotarło, drzwi ustąpiły pod naporem barków ochrony i do pokoju wpadło trzech uzbrojonych drabów, a za nimi kędzierzawy agent.

Bartholomew Andrew Chus rzucił broń i podniósł zdrową rękę.

Oczekiwali od niego skruchy i nerwowości, więc dawał im, czego chcieli. Zamiast rozsiąść się wygodnie w fotelu zajął miejsce na samym jego brzegu, splecione dłonie wcisnął między uda, wygiął się do przodu i zadarł głowę, by szeroko otwartymi oczami pełnymi udanego przestrachu wpatrywać się w twarz siedzącego naprzeciw anioła. Co jakiś czas mrugał kompulsywnie, jakby nadawał alfabetem Morse’a sygnał złożony z samych kropek, a potem przez długi czas pozwalał gałkom ocznym schnąć w trwającym minuty wytrzeszczu.

Anioł Selar kupował to przedstawienie w całości. Co więcej, wyraźnie chełpił się ujarzmieniem Lokiego, o którym mówiono, że nie raz, nie dwa zakpił z archaniołów. Teraz, siedząc wygodnie rozparty w fotelu naprzeciw Kłamcy, zastanawiał się, o co właściwie było tyle zachodu. To przestraszone blond stworzonko miało być tajną bronią zastępów? Ten drobny kombinator? Najwyraźniej wiele się zmieniło podczas ostatniej mitycznej misji Selara, i z pewnością nie na lepsze. Choć może to i dobrze, bo dzięki temu szybka seria awansów zdawała się jedynie drobną formalnością…

– No dobrze, Loki – powiedział w końcu anioł, a jego uśmiech zadrgał, jakby nie mógł się zdecydować, czy ma być w tym momencie triumfalny, czy pogardliwy. – To jeszcze raz, zanim zjawi się archanioł. Jak to się stało, że znalazłeś się na pokładzie tego samolotu?

Kłamca łypnął szeroko otwartymi oczami najpierw w le-wo, potem w prawo, jakby upewniał się, czy nieruchome posągi, w jakie przemienili się na ten moment szeregowi żołnierze anielskich zastępów, wciąż tam są. Następnie zamknął oczy, oblizał spierzchnięte wargi. Spróbował coś powiedzieć, odchrząknął i zaczął jeszcze raz:

– Mówiłem już, serafinie, że znalazłem się tam przypadkiem.

Selar, który wcale nie był serafinem – dopiero niedawno dochrapał się piór gwarantujących mu czwarte skrzydło i tytuł cherubina – przejechał dłonią po policzku, jakby sprawdzał jego gładkość, po czym westchnął i pokręcił głową.

– Tak, Loki, wiem, że to właśnie mówiłeś – powiedział. – Ale ja chciałbym wiedzieć, co to znaczy. Jak można się znaleźć przypadkiem na pokładzie samolotu?

– Zwyczajnie. Potrzebowałem wakacji, wybrałem trasę i kupiłem bilet…

– Do Moskwy?

Loki zamrugał i znowu oblizał wargi.

– A gdzie łatwiej odpocząć od aniołów?

Selar skrzywił się i poruszył na fotelu. To był zdecydowany punkt dla Kłamcy i stanowczo nie powinno być ich więcej. Chodziło wszak o wrażenie, o opinię. O reputację.

Przechylił się przez poręcz i podniósł duży, niebieski segregator.

– Problem w tym, Kłamco, że sprawdziliśmy wszystkich pasażerów. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę twoją umiejętność zmieniania wyglądu czy tworzenia iluzji, nadal byłbyś w tym samolocie nadkompletem. – Zrobił pauzę, podczas której przekartkował powkładane w koszulki dokumenty i raporty. – Zresztą mamy relację od anioła Marazma, stróża niejakiego Heronimusa Grolscha, pasażera siedzącego na miejscu 37E, który zeznał pod przysięgą, że… o, mam to tutaj… dopuścił się haniebnego zaniedbania, jakim było opuszczenie swego podopiecznego na czas lotu, ponieważ zagadał się z tobą w berlińskiej kawiarni. Podobno oferowałeś mu część zarobionych piór w zamian za intymne szczegóły dotyczące córki Grolsha.

Loki wzruszył ramionami, pozwolił też sobie na nerwowy uśmiech:

– Theresa nie wygląda jak Niemka – powiedział, jakby to tłumaczyło wszystko. – Pamiętajmy, że ma turecką matkę.

Selar uniósł wzrok i spojrzał na Kłamcę.

– Czyli potwierdzasz?

– Turecką matkę?

– Że tam byłeś, w kawiarni, z Marazmem.

– Właściwie to całkiem podekscytowany… – Kłamca odczekał moment, po czym westchnął. – Wybacz ten słaby żart, Serafinie.

Selar i teraz go nie poprawił. Zamiast tego odwrócił kolejną stronę w segregatorze.

– Stróż Marazm twierdzi, że siedzieliście w tej kawiarni aż do momentu, kiedy usłyszał gorączkowe modły swego podopiecznego i powiedział, że musi się zbierać, a wtedy, tu cytat: „Loki złapał za torbę, którą miał pod stołem, i poprosił, żebym zabrał go ze sobą, bo ma do wykonania ściśle tajną misję od archaniołów”. Czy to prawda?

Kłamca poruszył się nerwowo, łypnął na strażników i znowu się oblizał.

– Masz może wykałaczkę? – zapytał.

– Zapytałem, czy to prawda, Loki! – Głos anioła nabrał mocy i stanowczości, stał się prawie krzykiem.

– Że miałem misję? No… czasem miewam misje od archaniołów.

Selar położył ręce na oparciach fotela, wstał i zrobił trzy kroki w stronę Kłamcy. Ujął go pod brodę i zadarł głowę Lokiego tak, by spojrzeć mu w oczy.

– Słuchaj no – warknął. – Mam dosyć tych twoich gierek. Zjawiłeś się na pokładzie samolotu pełnego przerażonych ludzi, w dodatku w postaci syna Naszego Pana, i powiedziałeś im, że drogą do ocalenia jest wyzbycie się bogactwa.

Loki przełknął ślinę i mrugnął.

– A to nieprawda? – zapytał. – Wydawało mi się, że Jezus tak właśnie…

– Jezus Chrystus nie kazał ludziom zapisywać pinów na kartach kredytowych i wrzucać ich do worka!

Kłamca spróbował wzruszyć ramionami, ale w tej pozycji było to wyjątkowo trudne.

– Technicznie rzecz biorąc, za jego czasów nie było kart i…

Plasnęło i ból rozlał się żarem po Kłamcowym policzku.

– Przestań robić ze mnie durnia, parszywy mityku! Jesteś pomyłką i powinieneś zdechnąć jak wszyscy twoi pobratymcy! Takie numery tylko udowadniają, jak zadufani w sobie są archaniołowie. I jak głupi, żeby…

Przerwał. Coś zmieniło się w twarzy Kłamcy i nie był to tylko czerwony ślad na policzku. Loki odchylił się teraz do tyłu z uśmiechem, a jego ręka powędrowała za pazuchę. Wydobył pudełko wykałaczek i jedną z nich wsunął do ust, po czym spojrzał najpierw na jednego, potem na drugiego strażnika. Obaj wydawali się szczerze rozbawieni.

– Widzicie? – powiedział Kłamca. – Mówiłem, że pęknie. Straciliście po piórku, chłopcy.

– Warto było – powiedział ten po lewej. – Ta jego mina…

– Poza tym – odezwał się drugi – Selar z pewnością wynagrodzi nam to jakoś, kupując nasze milczenie. Wszak teraz, kiedy ma już cztery skrzydła…

Anioł Selar najwyraźniej przejął porzucone przez Lokiego tiki, bo teraz to on mrugał kompulsywnie i oblizywał wargi. Zachowywał się tak, jak się w tym momencie czuł – jak ktoś, kto kompletnie nie ma pojęcia, gdzie się znalazł i jakim cudem tu trafił. Przecież jeszcze przed chwilą to on miał pełną kontrolę, panował nad sytuacją. A teraz…

– Wybacz – powiedział Loki.

Wstał, odsuwając od siebie zdezorientowanego anioła. Następnie delikatnie, po przyjacielsku, poklepał go po twarzy.

– A na przyszłość pamiętaj, stary, że nikt nie lubi zapatrzonych w siebie karierowiczów. Koledzy trochę ci mają za złe to, jak zdobyłeś swoje awanse, a i archaniołowie nie będą zachwyceni twoimi ambicjami. Myślę, że rzeczywiście powinieneś rozważyć kupienie naszego milczenia.

Selar przełknął ślinę. Z trudem, bo gardło tak mu się ścisnęło, że gdyby musiał oddychać, z pewnością miałby z tym poważny problem.

– Ile? – wycedził wreszcie.

Loki wzruszył ramionami.

– Jeśli o mnie chodzi, spłać za mnie Marazma i będziemy kwita – powiedział. – Może i jestem Kłamcą, ale daleko mi do pazernego skurwiela.

Zmarszczył czoło, a następnie wykonał gest, jakby mierzył odległość między sobą i aniołem.

– Choć w sumie nie. – Wykałaczka powędrowała z jednego kącika ust do drugiego. – W zasadzie to całkiem blisko.

Marcus Lest… Nie, wróć. Przecież nie ma już Marcusa Lestera. Dezyderiusz Crane wstał, zapiął spodnie i spuścił wodę. Następnie wyszedł z toalety i starannie wymył ręce, unikając patrzenia na swoje odbicie. Nie był pewien, czy przemiana już się dokonała, a nie chciał się oglądać w ludzkiej, pełnej niedoskonałości formie…

Uśmiechnął się do tej myśli. I nie wiadomo, czy bardziej rozbawiło go to, że rzeczywiście stał się kim innym, czy że myśli tego „innego” układają się w trzecioosobową narrację komentującą to, co właśnie robi.

„Czy tak mają wszyscy bogowie?” – pomyślał Crane…

„Tak, wiem, jak się nazywam, dziękuję bardzo. Ciekawe, kiedy…

…stanie się to irytujące – zastanawiał się, susząc dłonie pod strumieniem ciepłego powietrza i spojrzeniem wciąż unikając lustra. – Jak długo jeszcze będzie w stanie znosić to dziwactwo z uśmiechem? Jak długo”…

– Dobra, dość! Wystarczy!

…powiedział Crane…

– Kurwa!

Resztkę wilgoci z dłoni wtarł w spodnie. Pchnąwszy drzwi barkiem, wyszedł z łazienki. Przeszedł przez wąski korytarz i zajął miejsce przy stoliku, gdzie czekał na niego kubek z parującym, beżowym płynem – jakąś tam umlecznioną wariacją na temat kawy – oraz otwarty laptop domagający się hasła. Dezyderiusz usiadł przed nim…

…a jego długie, smukłe palce jęły śmigać po klawiszach z niebywałą prędkością. Zdawać by się mogło, że to grad strzał uderzył z łoskotem w maleńkie, oznaczone literami cegiełki…

– Chryste! – jęknął Dezyderiusz. – Naprawdę to będzie szło w tym kierunku?

Zaraz potem się zreflektował. Nowa zasada, której od dziś zamierzał się trzymać: nie będziesz miał bogów cudzych przed sobą. Uśmiechnął się, musnął touchpad palcem wskazującym lewej ręki, prawą uniósł kubek.

Kelner, ten sam chudy Latynos, którego chwilę temu poprosił o przypilnowanie komputera, zjawił się przy stoliku ponownie, by zapytać, czy wszystko na pewno jest w porządku. Przyglądał się przy tym Dezyderiuszowi jakoś tak dziwnie, więc Crane na wszelki wypadek machnął mu przed twarzą ręką i powiedział:

– Kimkolwiek ci się wydaje, że jestem… to nie ja.

Natychmiast w jego głowie pojawił się, jakże adekwatny w tej sytuacji, cytat z filmu Gwiezdne Wojny. Nowa nadzieja, kiedy to Obi-Wan Kenobi zwrócił się do szturmowców słowami…

– Ja pierdolę, naprawdę wiem, co powiedział Obi-Wan! Nie musisz mnie uczyć podstaw popkultury, której jestem…

…bogiem?

– Proszę pana? – odezwał się zaniepokojony kelner. – Czy coś się stało? Czy potrzebuje pan czegoś? Może wezwać pomoc?

Dezyderiusz pokręcił głową.

– Nie, dziękuję. Chyba mam wszystko, czego mi trzeba.

…powiedział Dezyderiusz.

Crane westchnął. Wszystko wskazywało na to, że będzie się musiał przyzwyczaić, dlatego bez słowa wklepał własne imię i nazwisko w Google’a, a w ustawieniach zaawansowanych zaznaczył: z ostatniej godziny. Kiedyś, na początku kariery, robił to całkiem często, wynajdując ku temu tysiące wymówek i usprawiedliwień, aż wreszcie newsów o nim było tak wiele, że sobie darował. Teraz jednak miał przeczucie, że to, co właśnie nastąpiło, może być naprawdę ważne. Przełomowe wręcz. Oczywiście wyłącznie, jeśli poszło w viral. Jeżeli tylko ktoś uchwycił…

„O proszę, jest!” – pomyślał Dezyderiusz.

– Crane, krócej będzie.

…pomyślał Crane.

– Dziękuję.

…powiedział i zaraz, już w myślach, dodał: „Nie ma za co”.

Pierwszym wynikiem, który tak go ucieszył, był odnośnik do filmu na YouTubie. Mimo że wrzucony dopiero przed dwoma godzinami, już miał dwa miliony wyświetleń, a przecież była to liczba niebiorąca poprawki na opóźnienia serwisowego zliczania. Ta prawdziwa mogła być, i na pewno była, nawet kilkakrotnie wyższa.

Film nosił wymowny tytuł: Marcus Lester wypada przez okno i… znika!, a jego zawartość była w zasadzie lekkim tylko rozwinięciem tego, o czym informował tytuł.

Na pierwszym ujęciu jakieś dwie śliczne dziewczyny pytane przez kolegę, co tu robią, powiedziały, że czekają na swojego przyszłego męża, a gdy chłopak z offu zapytał, jak to możliwe, że Lester będzie mężem ich obu, zapewniły, chichocząc, że jakoś go nawrócą na religię, w której tak można. Potem ktoś krzyknął, że w oknie aktora poruszyła się firanka, i zapanował ogólny jazgot, który uciszyły dopiero strzały, a potem brzęk tłuczonego szkła. Przez okno wyleciało bezwładne ciało i z plaśnięciem wyrżnęło o ziemię.

Kamera zakołysała się, rozległy się piski i wrzaski. Ludzie rzucili się w stronę okalającego hotel niskiego żywopłotu, za którym upadło ciało. Ktoś krzyczał, że to Lester, że ktoś go zabił, jakaś dziewczyna powtarzała nabożnym szeptem: „O Boże! O Boże!”. Ktoś inny szlochał, a obraz – rozszalały, rozkołysany jak podczas sztormu – pokazywał teraz kilku jegomości, którzy wyminąwszy bramki i ochronę, przeskoczyli żywopłot tylko po to, by stanąć jak wryci po drugiej stronie.

– Kurwa, gdzie jest ciało? – zapytał jeden. – Tu go nie ma!

…„Pewnie, że nie ma, zjebie – pomyślał Dezyder… znaczy Crane. – Nie ma, bo parę kul i upadek z kilku metrów to za mało, by zabić boga!”

Dezyderiusz się uśmiechnął.

– A wiesz, że dokładnie tak pomyślałem?

…„No mówię przecież” – pomyślał Crane, sprawiając wrażenie nieco oburzonego.

– A wiesz, co jeszcze pomyślałem?

…zapytał samego siebie. I choć oczywiście w myślach znał odpowiedź, nie odmówił sobie satysfakcji, by powiedzieć to na głos…

– A żebyś wiedział! Bo teraz dopiero się zacznie. A gdy już się rozkręci, zajmiemy się tymi skurwielami, którzy byli tak nierozsądni, by postanowić mnie zabić.

…powiedział bóg Dezyderiusz Crane.

– Za długo.

…powiedział Crane.

Pierwszy łomot Bachus zafundował sobie jeszcze na posterunku prośbą o przysługujący mu telefon. Policjant, szczupły, umięśniony szatyn, najpierw droczył się z nim przez chwilę, każąc sięgnąć po słuchawkę złamaną ręką – spoczywającą teraz na temblaku – a potem bez ostrzeżenia uderzył go pięścią w twarz. Bóg Wina poleciał na prawy bok i jęknął, upadając na uszkodzoną kończynę.

Szatyn obszedł tymczasem biurko i odtrąciwszy przewrócone krzesło, doprawił cios kilkoma solidnymi kopniakami w brzuch, żebra i głowę, aż wreszcie pracujący biurko obok policjant poprosił go, by przestał, bo są granice tego, co może przyjąć raport w rubryce „Uwagi” pod hasłem: „Obrażenia odniesione podczas dokonywania czynności przestępczej”.

Skutek przyniosła jednak dopiero wizyta kapitana, który zajrzał do biura i z właściwym sobie – a znanym wszystkim jego podwładnym – wdziękiem i taktem zapytał, co tu się, do kurwy nędzy i wszystkich jej dziwkarskich córek, wyrabia.

– Oglądaliśmy to z żoną – odparł szatyn. – Pan kapitan wie, „Bóg pośród nas”.

Dowódca skinął głową, po czym spojrzał z obrzydzeniem na leżącego na ziemi grubasa.

– Ale i tak dajcie mu już spokój, Roller. Idźcie do łazienki ochłonąć i gówno z butów opłukać, a ty, Stevens, dopisz mu tam w rubryczkę podejrzenie o pedofilię i dopilnuj, by ktoś się w transporcie wygadał.

– Tak jest, kapitanie.

Dowódca pokręcił głową i poklepał się po karku porośniętym srebrzystą szczeciną.

– Taki dobry serial, cholera. Taki dobry – powiedział, wychodząc.

Nie minęła godzina, a obolały Bachus zaliczył łomot numer dwa. Czekał właśnie w przeładowanej celi aresztu, siedząc w kąciku i próbując z całych sił być tak czarny, jak blisko połowa aresztantów, albo chociaż brązowy jak reszta. Było, nie było, Kalifornia pozostawała Południem i skoro trafiłeś do aresztu jako biały, musiałeś być naprawdę szumowiną, jakiej wstydzą się dumni z koloru skóry koledzy. Tak się złożyło, że grubas, niebędący nawet człowiekiem, był jednocześnie jedynym reprezentantem rasy białej.

To by w zasadzie wystarczyło, żeby oberwał, ale Bachus był na tyle uprzejmy, że dostarczył jeszcze pretekstu sam z siebie. Skomentował swoją sytuację jako czarny humor, a potem tłumaczył się rosłemu, wytatuowanemu osiłkowi, że nie chciał obrazić „jemu podobnych”, a zupełnie zapomniał, jak są na tym punkcie przeczuleni.

Wrażliwość osiłka i jego kolegów kosztowała grubasa dwa ruszające się zęby, opuchnięty nos i kolejne pęknięcia żeber.

Można więc powiedzieć, że kiedy poinformowano go, że przyjechali po niego marshale, by zabrać go do innej placówki, jego przeciągły, boleściwy jęk i przestraszone spojrzenie były w pełni uzasadnione. Uspokoił się dopiero, gdy zobaczył, że postawny wąsacz w mundurze United States Marshals Service żuje wykałaczkę. A gdy zaraz potem dostrzegł jego partnera, przystojnego blondyna w typie młodego Pitta, stojącego teraz w kącie i uśmiechającego się półgębkiem, z ulgą stwierdził, że męczarnie już się dla niego skończyły.

Jak się jednak okazało, uznał tak zdecydowanie przedwcześnie.

– No dobra, panowie. – Wąsacz z wykałaczką podniósł głowę znad dokumentów przypiętych do czarnej podkładki z gwiazdą wpisaną w koło i powiódł wzrokiem po zebranych w pomieszczeniu policjantach. – Z chwilą gdy podpiszę ten dokument, US Marshals oficjalnie przejmują więźnia i odpowiadają za jego ochronę. Zrobimy wtedy wszystko, by pan – spojrzał w dokument – Chus dotarł bezpiecznie do właściwej placówki penitencjarnej, w której będzie oczekiwał prawomocnego wyroku w sprawie o zabójstwo z premedytacją. Zgodnie z zasadami, jakie nam przyświecają, nie zamierzamy go oceniać, szafować przedwczesnymi wyrokami czy wreszcie dawać mu do zrozumienia, że jest kimś od nas gorszym. Wypełnimy tylko nasz obowiązek, którym jest wspomniany wcześniej transport, jak również odizolowanie pana Chusa od społeczeństwa i społeczeństwa od pana Chusa. Czy to jasne?

Policjanci, w większości młodzi, pełni wigoru mundurowi smętnie pokiwali głowami. Trudno powiedzieć, na co mieli nadzieję, gromadząc się tutaj, ale najwyraźniej cokolwiek to było, właśnie zostało im odebrane. Bachus schylił głowę, by nikt nie dostrzegł, że się uśmiecha.

– Na razie jednak – powiedział wąsacz po krótkiej pauzie – niczego jeszcze nie podpisałem, a na dodatek zmuszony jestem pilnie udać się do toalety, by nie musieć tego robić później, podczas transportu. Jestem przekonany, że mój kolega również zapomniał o tej prozaicznej czynności. A czyż nie jesteśmy wszyscy tylko ludźmi?

Policjanci przytaknęli skwapliwie, a Bachus, poderwawszy głowę, zdołał tylko wyrzucić z siebie ciche, niemal bezgłośne:

– Dlaczego?

Miało minąć pięć minut pełnych ciosów i kopnięć, a potem jeszcze godzina bez przytomności, nim usłyszał odpowiedź.

– Zabić nic niepodejrzewającego telewizyjnego aktora w pustym pokoju z odległości metra. Co w tym, do cholery, może być trudnego?! – ryknął wreszcie Loki, przerywając nieznośną ciszę.

Jechali już dobre pół godziny drogą międzystanową. Więźniarka trzęsła niemożliwie, radio pojękiwało głosem wokalisty Rush, a wtórowała mu swym brzęczeniem latająca po szoferce tłusta mucha. Eros siedzący na miejscu pasażera odganiał się od niej podkładką z emblematem US Marshals.

– Jeden koleś! Jeden chrzaniony serialowy wymoczek! – nie przestawał krzyczeć Loki. – Gdybym wiedział, że to takie skomplikowane i trudne, pewnie wysłałbym kogoś o boskich mocach… a nie, kurwa, czekaj! Przecież wysłałem pierdolonego boga!

Nagle skręcił gwałtownie, zjechał na pobliski parking i wysiadł, trzaskając drzwiami. Obszedł więźniarkę i otworzył tylne drzwi, nic sobie nie robiąc z zaniepokojonych spojrzeń rodziny z trójką dzieci biwakującej tam akurat przy stoliczku wyjętym z potężnego, luksusowego kampera.

– Wysiadaj! – warknął do skulonego w ciemności, wciąż obolałego Bachusa. – Byle prędko, bo mam zamiar opowiedzieć ci, jak wyglądał mój dzisiejszy dzień.

Tłusty bóg wina się zawahał, ale wtedy Loki wydobył z kabury pistolet.

– Wysiadaj, mówię – wycedził.

Bachus obejrzał się przez ramię, by w niewielkim, zakratowanym okienku dostrzec profil Erosa. Bóg Miłości zdawał się w ogóle nie przejmować zaistniałą sytuacją – patrzył prosto przed siebie i co jakiś czas poruszał gwałtownie ręką uzbrojoną w podkładkę. Zachowywał się jak jakaś lalka albo…

„Iluzja?” – pomyślał Bachus i poczuł, jak po plecach spływa mu nagle strużka zimnego potu. Czy to możliwe, że Loki był tak wściekły, że zabił Erosa, a teraz, dla pozoru, zastąpił go iluzją?!

Loki