Kim dla ciebie jestem? - Beata Majewska - ebook + audiobook
BESTSELLER

Kim dla ciebie jestem? ebook i audiobook

Beata Majewska

4,1

53 osoby interesują się tą książką

Opis

Klasyczna sytuacja – dwójka młodych ludzi i… wpadka. Susan zwykle zachowuje się ulegle wobec Calvina, zdecydowanie przemocowego gościa, tym razem jednak przymuszona przez chłopaka do pozbycia się ciąży, staje okoniem. Trochę dlatego, że tak wyszło. Ale nie tylko dlatego. Mimo że nie ma gdzie mieszkać, nie ma pracy, na dodatek wie, że musi uciekać przed ojcem swojego dziecka, bo spotkanie mogłoby skończyć się tragicznie…
Patrick, spadkobierca rodzinnej fortuny, ma ułożyć sobie przyszłość  z Hope. Dokładnie wiadomo, jak dalej potoczy się jego życie z akceptowaną przez rodziców narzeczoną, pochodzącą oczywiście z odpowiednich sfer i legitymującą się stosownymi manierami oraz wykształceniem.
Los jednak zdecydował o przetasowaniu talii kart – i tak oto na drodze Patricka pojawia się Susan, a jego dokładnie zaplanowane życie diabli biorą…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 369

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 40 min

Lektor: Milena Staszuk

Oceny
4,1 (737 ocen)
352
184
125
53
23
Sortuj według:
paulinkaemka

Nie oderwiesz się od lektury

Bohater zakręcony jak "lato z radiem". Bardzo szybko i miło się czyta. Polecam!
00
Anuszka37

Nie oderwiesz się od lektury

Ciekawa książka, dobrze się czyta polecam
00
galziel

Nie oderwiesz się od lektury

Ciekawa książka. W kilku momentach zaskoczyło mnie zachowanie głównego bohatera. Nie pasowało mi ono do mojego wyobrażenia o nim. Mimo wszystko polecam tę książkę. 🙂
00

Popularność




Redakcja: Weronika Najder

Korekta: Renata Kuk

Skład i łamanie: Arkadiusz Zawadzki/Aureusart

Copyright © Beata Majewska 2021

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Zdjęcia wykorzystane na okładce: © Rudchenko Liliia/Shutterstock,

© Volodymyr TVERDOKHLIB/Shutterstock, ©Alena Veasey/Shutterstock

Zdjęcie autorki na okładce: Samuel Kubarek/Samuel&Ewelina Fotografia

Copyright for the Polish edition © 2021 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-7686-976-6

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2021

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Specjalnie dla Dziewczyn z Wattpada!

Rozdział 1

Susan

Po czym poznać bystrą laskę? Inteligentną i ogarniętą? Po tym, że wie, w którym momencie powiedzieć swojemu chłopakowi o dziecku.

Tak, jestem w ciąży.

Wczoraj zrobiłam trzy różne testy, ale wszystkie podały ten sam wynik, nie mam więc żadnych wątpliwości. Szczerze? W pierwszej chwili prawie zemdlałam z przerażenia. To trochę lekkomyślne w moim wieku dać sobie zrobić dziecko. Oczywiście zdarzają się znacznie młodsze mamusie, prawdziwe nastolatki, podczas gdy ja jestem już prawie dorosła, lecz to i tak za wcześnie. Pocieszam się myślą, że urodzę swoje pierwsze dziecko jako pełnoletnia kobieta. Mogło być gorzej, znacznie gorzej, bo sypiam z Calvinem już ponad rok, a mój chłopak nie lubi używać gumek.

Tym razem nie musiał nakładać prezerwatywy, bo już jestem w ciąży. Ale nie powiedziałam mu tego przed seksem, zresztą i tak by mnie nie słuchał – Calvin stawia swoje potrzeby na pierwszym miejscu, to on rządzi, co czasami mnie trochę wkurza. Mimo to uważam nasz związek za udany. Jest w porządku: Calvin dyryguje, ja słucham, lecz nie myślcie, że nic z tego nie mam, bo to nieprawda. Otrzymuję dużo: szacunek, spokój, poczucie bezpieczeństwa, niezły seks. Dostaję od Calvina pieniądze, opiekuje się mną, czasami zabiera mnie do kina albo na zakupy. Nie skąpi prezentów: nareszcie mam porządne ciuchy i buty, bywa że Calvin kupi mi jakieś perfumy albo torebkę.

Zawsze mi się podobał. Pamiętam dzień, w którym go poznałam. To było na placyku przed naszą szkołą. Szłam z mamą, wyjątkowo w tym dniu była zupełnie czysta, nic rano nie wzięła, żadnych narkotyków czy leków, nie wypiła nawet piwa. Postarała się, włożyła fajne ciuchy, a mama potrafi się ubrać: najlepiej wygląda w obcisłych dżinsach, bo ma zgrabny tyłek. Miała na sobie wysokie szpilki, zrobiła makijaż i tak dalej. Aż się uśmiecham na to wspomnienie, bo szłyśmy razem, a chłopacy ze starszych klas gapili się na moją mamę. No i na mnie – przy okazji.

Nie żebym wtedy czuła się ze sobą szczególnie dobrze. Przeciwnie: miałam dużo kompleksów, nadal je mam. Moje najgorsze defekty? Rude włosy, biała cera i piegi – nie umiem ich polubić, chociaż Calvin je uwielbia, tak samo jak to, że jestem totalnie blada, a moje ciało nigdy nie łapie opalenizny. Kocha we mnie wszystko: moje włosy, które specjalnie dla niego zapuściłam do pasa, białą skórę, zielone oczy i wydatne usta – kolejny kompleks z dziecięcych lat. Jak ja się ich wstydziłam! Nie mogłam zrozumieć, dlaczego mama ma normalne usta, takie zwykłe, a moje wyglądają jak nadmuchane.

Właśnie dlatego uważam, że Calvin to najlepszy chłopak w całym Chicago, mimo że to największe miasto w Illinois. Kocha mnie taką, jaka jestem, nigdy mnie nie odtrącił, akceptuje mnie w pełni, co wcale nie jest takie powszechne. Chłopacy potrafią mówić strasznie wredne rzeczy swoim dziewczynom: „jesteś gruba”, „jesteś płaska jak decha, w ogóle nie masz cycków” i tym podobne komplementy. W życiu nie zgodziłabym się na takie traktowanie. Chłopak powinien mieć szacunek do dziewczyny.

Ależ się rozgadałam, a miałam przecież opowiedzieć, co stało się wtedy, w pierwszym dniu szkoły. Szłam z mamą, a kiedy dotarłyśmy na miejsce, zobaczyłam Calvina. Siedział na murku przy schodach i gapił się na nas, on i jego kumple: Eric i Anthony – wtedy jeszcze nie wiedziałam, jakie noszą imiona, a Calvin nie przypuszczał, że ich męska przyjaźń przetrwa do dzisiaj. Eric powiedział coś wulgarnego do mojej mamy, wiecie, coś w stylu „ładna dupa”, a może to była „dupcia”? Nie pamiętam, to w sumie nieważne, co powiedział ten idiota. W każdym razie Calvin odwrócił się, przywalił mu pięścią w biceps i wrzasnął: „Stul ryj, śmieciu!”, a potem szybko zerknął na nas i uśmiechnął się tak, że wszystko wokół pojaśniało. „Przepraszam za kolegę, to głupek” – zwrócił się do mnie.

Właśnie wtedy zakochałam się w nim na zabój. Nie śmiejcie się, ale poczułam, że to mój rycerz: ktoś, kto zawsze stanie w obronie mojej i moich bliskich. Na kogo zawsze będę mogła liczyć.

– Kocham cię – mówię.

– Ja też cię kocham. – Calvin leży na wznak i ciężko oddycha. Zawsze ma tak po seksie, bo on nie potrafi bzykać się spokojnie. Dopada mnie jak wygłodniały pies, jego ręce i usta są wszędzie. Gdyby tylko mógł mnie pożreć, już dawno by to zrobił, bo jest nienasycony. – Uwielbiam się z tobą pieprzyć. – Odwraca się na bok, żeby na mnie popatrzeć. – I czego się tak szczerzysz, co? – Podpiera głowę ręką.

– Przypomniałam sobie nasze pierwsze spotkanie. Pamiętasz? Siedziałeś z Tonym i Erickiem na murku, a ja…

– Też cię, kurwa, wzięło na wspominki, kretynko. – Wykrzywia usta.

– Świnia. – Uderzam go w tors i od razu tego żałuję: zabolała mnie pięść, a raczej piąstka, jeśli porównać rozmiar naszych dłoni. Calvin codziennie ćwiczy, a jego mięśnie są jak stal: twarde, mocne. – I przestań przy mnie kląć, nie lubię tego.

Schodzę z łóżka, zabieram prześcieradło, żeby się nim owinąć, lecz nie jest mi dane to zrobić.

– Pieprzona damulka. – W mgnieniu oka Calvin podrywa swoje potężne ciało, dopada mnie, chwyta za kark i przyciąga do siebie gwałtownym ruchem. – Nie jestem świnią, mam na imię Calvin. Zrozumiałaś? – warczy prosto w moje usta.

– To był żart, sorki – odpowiadam, błagając go w myślach, żeby zwolnił uścisk. Jeszcze chwila i złamie mi kręgosłup. – Tylko się z tobą droczyłam.

– Od świń możesz wyzywać swoją matkę, ale nie mnie. – Odsuwa twarz, ale jego palce nadal miażdżą mój kark. Będę miała okropne sińce. Dobrze, że to z tyłu, mogę zasłonić je włosami.

– Przestań… boli… – piszczę, bo to nic miłego tkwić w żelaznych kleszczach.

– Przeproś.

– Przeprosiłam. – Próbuję oderwać jego dłoń, ale to daremne. Nie mam szans, żeby się uwolnić.

– Porządnie przeproś. – Potrząsa mną jak szmacianą lalką trzymaną za chudą szyjkę.

– Bardzo cię przepraszam.

– Za co? – Odrobinę luzuje chwyt palców.

– Za to, że nazwałam cię świnią. – Czuję łzy spływające mi po policzkach aż do brody.

– Grzeczna dziewczynka. – Puszcza mnie.

Co za ulga. Jeszcze chwila i umarłabym z bólu. Płonę ze wstydu, wstydzę się za Calvina, że tak brutalnie mnie potraktował, za siebie też. Miał rację, kretynka ze mnie, skoro toleruję podobne zachowania, ale sama go sprowokowałam. Niepotrzebnie tak chamsko nazwałam Calvina.

– Nie powinnam tak do ciebie mówić.

– A ja… – Chrząka. Jemu też jest głupio. Dobrze wie, jak wygląda teraz moja szyja. Nie pierwszy raz, kiedy go poniosło i zostawił po sobie ślad w postaci siniaka czy otarcia. – Wybacz, maleńka. – Znowu przyciąga mnie do siebie, ale to już zupełnie inny dotyk.

Jego ręce, jeszcze przed chwilą okrutne i bezwzględne, są teraz czułe, delikatniejsze od piórka. Bo mój chłopak potrafi być delikatny i łagodny. Czasami traktuje mnie jak porcelanową figurkę, ale coraz częściej bywa agresywny. Może kiedy dowie się, że…

– Nie wolno ci tak robić. – Chlipię w jego tors. – Nie możesz się na mnie wyżywać. Jesteś za silny. Kiedyś zrobisz mi krzywdę.

– Przepraszam, jestem pierdolonym debilem. – Całuje moje włosy, przytula mnie. Zawsze powinien tak się zachowywać. Takiego Calvina kocham najbardziej. – Gniewasz się na mnie? – pyta.

Podnoszę twarz. W jego oczach widzę ogromną skruchę. Byłabym nieczułą zołzą, nie dostrzegając, że naprawdę mu przykro.

– Nie. Już nie.

– Moja mała kochana dziewczynka. – Przykłada swoje czoło do mojego.

– Nie wolno ci tak robić.

– Zrozumiałem. Już cię nie skrzywdzę, przysięgam.

– Ale serio. Już nigdy więcej, obiecaj mi.

– Przecież mówiłem. – W jego głosie znowu dźwięczą znajome nuty zwiastujące powrót gniewu.

Stop! Koniec trucia. Obejmuję go mocno, całuję tuż pod mostkiem, ściskam.

– Kocham cię. Jesteś najlepszy, wiesz?

– To może… – Lekko pociąga mnie w stronę łóżka.

O nie. Najpierw musimy pogadać. Biorę głęboki wdech i oznajmiam, że jestem w ciąży. Calvin zastyga, nieruchomieje, mam wrażenie, że nawet jego serce stanęło, przez chwilę nie słyszę, żeby biło. Może to strach odebrał mi zmysły? Czy moje obawy są słuszne, czy to tylko głupi podszept intuicji: „Calvin nie będzie zadowolony”? A kiedy mój chłopak nie jest zadowolony, zdarza mu się zrobić coś, czego później żałuje, i na pewno żałują wszyscy, którzy akurat w tym momencie znajdowali się w zasięgu jego stalowych pięści.

– Co, kurwa, powiedziałaś? – Błyskawicznie odsuwa mnie od siebie na odległość wyciągniętych ramion. Przenosi wzrok na mój nagi brzuch, na piersi, w końcu na twarz. – Co ty powiedziałaś?

Już wiem, jak wygląda człowiek, który zaraz eksploduje. W oczach Calvina widzę ślepą furię, na razie ją kontroluje, ale to kwestia czasu i mój chłopak w końcu wybuchnie, a fala uderzeniowa zmiecie mnie do jeziora Michigan, gdzie wśród wodorostów i mułu dokonam swojego marnego żywota.

– Spodziewam się dziecka.

Trudno, najwyżej mnie zabije. Zabije nas: swoją dziewczynę i własne dziecko.

– Nie wierzę. – Calvin odwraca głowę, spluwa na podłogę. – Jak mogłaś być taką idiotką? – Zwraca się znowu ku mnie. – Nie brałaś pigułek, głupia krowo?

Co?!

– Przecież wiesz, że nie mogę ich brać – mówię, wcale nie mniej wkurzona niż on. – Dostaję ataków astmy.

– Pieprz się, Susan. – Odpycha mnie ze wstrętem. – Wal się na ryj.

Upadam, bo odepchnął mnie z dużą siłą. Siedzę i nie mogę wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Nic. Ani jednego pieprzonego słowa, odgłosu, niczego. Czuję się trochę jak stary plecak, który ktoś zdjął z ramion i rzucił nim w kąt pokoju. Mogę jedynie obserwować Calvina: siada na łóżku, wkłada bokserki, koszulkę, sięga po dżinsy leżące na podłodze, ale na razie nie zamierza ich założyć.

– Na pewno w to nie uwierzę. – Celuje we mnie wskazującym palcem. – Że to mój dzieciak.

– A czyj? – Sporo kosztuje mnie wypowiedzenie tych dwóch słów. – Nie spałam z nikim innym.

– Gówno mnie to obchodzi, nie wrobisz mnie w dzieciaka. – Calvin zrywa się z łóżka, podnosi mnie za lewe ramię jak szmacianą lalkę i miażdży palcami mięsień.

Co złego może mnie jeszcze spotkać? Zabije mnie? Proszę bardzo. Już i tak jestem martwa, właśnie ktoś złamał mi serce. Trzasnęło na pół, słyszałam.

– To twój dzieciak. Sam zobaczysz, kiedy się urodzi – mówię, próbując zignorować ból ręki.

Calvin przybliża twarz do mojej, oddycham powietrzem, które jeszcze przed chwilą wypełniało jego płuca, a w brzuchu noszę jego dziecko. Chyba to dodaje mi sił, sprawia, że jakoś się trzymam.

– Rzecz w tym, że się nie urodzi. Usuniesz ciążę, a potem możesz spierdalać. Kończę z tobą, już skończyłem. – Prostuje palce. Odsuwa się, patrzy ze wstrętem na moje ciało. – Koniec z nami, rozumiesz?

Rozumiem. Nie musi powtarzać.

– Wynoś się. – Podnosi moje ciuchy i rzuca nimi we mnie. – Wynocha.

Przyciskam do piersi ubrania, przez chwilę patrzę na swoje połamane serce, leży roztrzaskane na drobne kawałki. Nie będę ich zbierać.

Niech zostaną na pamiątkę dla Calvina.

***

Czekam. Mija tydzień, Calvin się nie odezwał. Nie odpowiada na moje wiadomości, ale nie zablokował mnie – to chyba dobry znak? Im więcej czasu mija od naszej rozmowy, tym bardziej jestem skłonna mu wybaczyć, oczywiście jeśli on pierwszy i sam z siebie mnie przeprosi. Mógł się zdenerwować, miał prawo, w końcu nie codziennie chłopak dowiaduje się, że zostanie ojcem. Jestem w stanie go zrozumieć. Mój ojciec nie zachował się lepiej, kiedy dowiedział się, że mama zaszła w ciążę – porzucił ją bez słowa. Po prostu zniknął, ale najpierw zabrał wszystkie swoje rzeczy, nawet zdjęcia, na których był z mamą.

Czekam więc, krzątam się po domu, nie tylko wysprzątałam swój pokój i kuchnię, ale nawet odważyłam się zapuścić do jaskini mamy. Słodki Jezu, ależ miała tu brudno. Dwa dni szorowania podłogi, aż w końcu się udało: spod ciemnej, lepkiej warstwy brudu wyłonił się parkiet. Jeeej! Uwierzycie? Nie miałam pojęcia, że w tym pokoju jest drewniana podłoga.

Szkoda, że moja mamusia tego nawet nie dostrzegła. Od trzech dni ma skręt: leży, nic nie mówi, z reguły śpi, a kiedy odzyskuje świadomość, wypija pół butelki jakiegoś syfu i znowu zamienia się w zombie. Ciekawe, skąd ma towar, a ma na pewno: pod kanapą znalazłam dwie zużyte strzykawki. Pewnie coś sprzedała, bo w ubiegłym tygodniu była u niej Elsie Waters, stara paserka. Kupczy czym popadnie, nawet własną dupą. Ale co mogłaby od nas kupić? Mama już dawno pozbyła się wszystkich cennych rzeczy: biżuterii po babci, a nawet fotela, w którym babcia uwielbiała czytać.

A zresztą, nie mój interes. Ja mam pieniądze, trochę odłożyłam z kasy zarobionej u pani Pickles, trochę dostałam od Calvina.

„Przejdzie mu, zobaczysz” – pocieszam się wieczorem. „Jutro się odezwie” – powtarzam sobie, żeby podnieść się na duchu.

I rzeczywiście! Wracam nazajutrz z parafii – wpadłam do księdza Josepha, żeby spytać, czy nie miałby dla mnie jakiegoś dorywczego zajęcia, ale tym razem nie potrzebował mojej pomocy – i kogo widzę? Calvina. Czeka na mnie pod bramą wiodącą do kościoła.

– Cześć – mówię, omijając go z daleka jak kałużę kocich szczyn. Niech wie, gnojek, że przegiął.

– Teee… – wrzeszczy za mną. Szybko mnie dogania, chwyta za rękaw kurtki i zatrzymuje. Czuły gest, nie ma co. – Oślepłaś czy ogłuchłaś?

– Nic z tych rzeczy, palancie. – Wyszarpuję rękaw, żeby założyć ręce na piersiach. – Masz mi coś do powiedzenia?

– Gdzie byłaś?

– Na zakupach i u księdza, a co?

– Może to on? – Calvin strzyka śliną spomiędzy zębów. – On zrobił ci brzuch?

– Głupek – fukam. – Byłam spytać o robotę.

– Moja dziewczyna nie będzie wymiatać kątów u jakiegoś klechy. Mówiłem ci.

– Twoja dziewczyna? – Demonstracyjnie unoszę brwi.

– Dam ci jeszcze szansę, ale to już ostatnia.

– Mam gdzieś twoją szansę.

– Nie pyskuj. – Calvin chwyta mnie za brodę. – Załatwiłem ci tabsy.

– Jakie tabsy? – Ciężko się mówi, kiedy ktoś trzyma twoją brodę w imadle.

– Na poronienie. Kumpel tym handluje.

– A może chcę urodzić to dziecko? – Chwytam jego palce i próbuję je oderwać, ale Calvin trzyma zbyt mocno.

– Idiotka. Nie chcesz tego dziecka. Zresztą wybieraj: albo ja, albo dzieciak.

– Odpieprz się. – Udaje mi się wyszarpnąć. Niech to szlag, kolejny siniec do kolekcji. Pocieram obolałą brodę. – Ciekawe, która głupia z tobą wytrzyma.

– A choćby Kim. Kimberly Colbert – oświadcza z dumą.

Cholerny dupek. Musi mnie tak ranić? Nienawidzę tej laski, jest bogata, no, może nie megabogata, ale jej ojciec jest właścicielem sieci okolicznych myjni samochodowych, a sama Kimberly jest śliczna, dosyć wysoka, szczupła i ma wielki ponętny biust.

– Ona jest czarna – używam jedynego argumentu, którym mogę dokuczyć Calvinowi. – A ty lubisz białe laski.

– Kim nie jest czarna.

– To jaka? – Śmieję się. – A tak, zapomniałam. – Przewracam oczami. – Jej babcia pochodzi z Niemiec, chwaliła się tym milion razy, ale Kimberly to nie jest biała laska. Przykro mi. A tak w ogóle, to powodzenia. Jej stary na pewno się ucieszy – kpię.

Odwracam się na pięcie i energicznie ruszam przed siebie, ale Calvin nie pozwala mi odejść. Lezie obok mnie, chrzani od czapy, wymądrza się i mi dokucza. W końcu nie wytrzymuję:

– Zostaw mnie w spokoju.

– Nie zostawię. Masz wybór, zapamiętaj.

– Nie usunę ciąży.

– Jeszcze zobaczymy – odpowiada.

– Grozisz mi? – Zatrzymuję się i patrzę z mocą w oczy Calvina.

Pstryka nóż sprężynowy, czuję lodowate zimno metalu, które aż parzy skórę, ale nawet nie drgnę, kiedy płaz ostrza sunie po moim policzku.

– Szkoda byłoby takiej ładnej buzi – mówi Calvin. W końcu zabiera nóż, zamyka go i szybko odchodzi.

Patrick

Ronnie wstaje od stołu, podnosi kieliszek i uderza w niego łyżeczką. Nareszcie. Mój brat ogłosi, co ma do ogłoszenia, i kolejne koszmarne spotkanie rodziny Pratchettów wreszcie się skończy. Oczywiście wszyscy obecni doskonale wiedzą, co teraz powie. Ronnie poinformuje zebranych, jakiej płci jest jego trzeci potomek. To również już wiemy – jego trzecie dziecko to chłopiec. Wystarczy spojrzeć na Lindę, żonę Ronniego. Tryska szczęściem i dumą, bo nareszcie spełniła się jako wzorcowa żona i matka – wkrótce urodzi małego następcę tronu, który przedłuży ród, głównego spadkobiercę swojego majętnego ojca.

Ale tradycji musi stać się zadość, choć dzisiejsza kolacja nie do końca spełnia wszystkie jej wymogi. Brakuje mojego najstarszego brata, Irvina, oraz jego małżonki, Amy, którzy przebywają obecnie na Seszelach. Polecieli tam, żeby odpocząć, ale wszyscy doskonale wiemy, dlaczego ich tutaj dzisiaj nie ma – są małżeństwem już od ośmiu lat i nadal nie doczekali się potomstwa, co musi być bardzo bolesne, zwłaszcza dla żony mojego brata. To ją nasi starzy, a głównie matka, obwiniają o brak dziecka, chociaż to wcale nie jest takie oczywiste, ale moi rodzice nigdy nie dopuściliby do siebie myśli, że któryś z nas, ich trzech synów, jest niepłodny. Nic u nas nie szwankuje i basta.

Bijemy brawo, każdy podchodzi do Lindy, serdecznie ją całuje, a Ronniemu składa gratulacje. Zuch-facet, doskonale się spisał, spłodził syna i naprawił swój błąd – dwa lata temu Linda urodziła bliźniaczki – niestety, dziewczynki. Pamiętam rozczarowanie moich rodziców, kiedy Ronnie najpierw podzielił się dobrą wiadomością: „Będzie dwójka!”, a później zdradził tę gorszą: „Będziemy mieć córeczki”.

– Boże, jak jej zazdroszczę – szepcze do mnie Hope.

Siedzimy przy wielkim stole zastawionym setką dań. Połowa z nich nie została nawet tknięta. Hope ściska moją dłoń – ukradkiem, pod blatem, skrycie, żeby nikt nie zdołał dostrzec tego jakże intymnego gestu. Śmieszne, prawda? Mnie też to bawi, ale taka jest moja narzeczona – chodząca skromność i cnota.

– Czego? – Wolę się upewnić, a raczej utwierdzić w przekonaniu, że Hope jest pusta, powierzchowna i powiedzmy sobie szczerze, niezbyt mądra. – Tego, że Linda będzie miała dziecko?

– Będzie miała  s y n a  – podkreśla ostatnie słowo. Oczy Hope błyszczą mocniej niż kinkiety w jadalni, a jasno tutaj jak w sali operacyjnej. Śmiało można przeprowadzić dowolny zabieg chirurgiczny, włącznie z przeszczepem serca, co niektórym z nas bardzo by się przydało.

– Ty też urodzisz syna – odpowiadam cicho.

„Urodzisz albo nie urodzisz” – dodaję w myślach. Nigdy nie zależało mi na posiadaniu potomstwa, przynajmniej na razie nie czuję przymusu, by przekazać dalej swoje geny. Nie potrafię zdecydowanie określić, czy cierpiałbym na miejscu Irvina. Mój najstarszy brat bardzo kocha swoją żonę – to ewenement w naszej rodzinie – i właśnie dlatego zabrał ją na wakacje, by nie musiała uczestniczyć w dzisiejszym cyrku. Bez wątpienia Amy chciałaby mieć dzieci, ich brak jest jej osobistą tragedią, a Irvin dzieli z nią ten ból. Może to on odpowiada za niepowodzenie? Stąd tyle wysiłku, by odizolować ukochaną żonę od naszej rodziny?

Amy i Irvin wyprowadzili się na drugi koniec hrabstwa, chociaż, zgodnie z zasadami, powinni mieszkać tutaj, w rodzinnej posiadłości Pratchettów. Właśnie dlatego zastąpili ich Linda i Ronnie, drudzy w kolejności spadkobiercy. Codziennie dziękuję wszystkim bóstwom, że urodziłem się jako ostatni syn w naszej pieprzniętej rodzince. Wprawdzie otrzymałem najmniejsze wsparcie finansowe, stary był znacznie hojniejszy dla Irvina czy Ronniego, ale mam najwięcej swobody, a matka i ojciec – mało okazji, by wtrącać się w moje życie. A pieniądze na start? Przydały się, ale dałbym sobie radę nawet bez nich.

Przyjęcie się kończy, możemy wstać od stołu. Co za ulga, wreszcie można rozprostować kości po pięciu dłużących się godzinach. Szkoda, że nie mogę się nieco bardziej rozruszać. Niestety, jedyna aktywność fizyczna, które mnie teraz czeka, to wejście po schodach na pierwsze piętro rezydencji. Tam się rozstajemy: moja narzeczona kieruje się w lewą stronę, gdzie na końcu korytarza znajdują się sypialnie dla gości, a ja w prawo, gdzie mieszczą się sypialnie członków rodziny, w tym moja, którą zajmowałem za dzieciaka.

Czemu tak? Moja matka dostałaby wylewu, gdyby wiedziała, że pozwalamy sobie na podobne bezeceństwa jak sypianie ze sobą przed ślubem. Według niej to ciężki grzech, wstyd, sromota i hańba dla każdej porządnej dziewczyny. Ja i Hope dostaniemy wspólną sypialnię, może nieco skromniejszą niż Lindy i Ronniego, dopiero po tym szczególnym dniu zaślubin, najlepszym w całym życiu. Już sobie wyobrażam nasze przyjęcie weselne na tysiąc osób, wielkie białe namioty widoczne z kosmosu i tort wyższy od Donalda, naszego odźwiernego – a koleś za młodu chciał grać w NBA.

Z udziału w koszmarnym przyjęciu raczej się nie wymigam, bo moja matka musi je zorganizować, inaczej skonałaby w mękach, ale co do seksu… Pewnie, że ja i Hope moglibyśmy ominąć ten kretyński zakaz. Przecież to żaden problem pokonać szybkim krokiem korytarz, na przykład o drugiej w nocy, kiedy wszyscy już smacznie śpią, dyskretnie wejść do sypialni swojej laski, by tam pobaraszkować w wielkim wygodnym łożu, ale… ta laska jest dziewicą, chociaż niedawno obchodziła dwudzieste piąte urodziny. Pielęgnuje swój wianek, chucha i dmucha, żeby oddać mi go dopiero po ślubie.

Myślicie, że jestem frajerem, skoro się na to zgadzam? Bynajmniej. Korzystam z życia, ile wlezie.

A co najlepsze, Hope raczej o tym wie i nie ma nic przeciwko.

Złota kobieta.

Rozdział 2

Susan

Od trzech godzin jestem w tym mieście i już go nienawidzę. Jeśli Chicago mogę nazwać przedsionkiem piekła, to Nowy Jork jest jego ścisłym centrum. Totalna porażka, brudno, głośno, ogólnie obrzydliwie. Bardzo możliwe, że w innych dzielnicach jest ładniej, ale szpetota Bronxu sprawia, że nie chce się żyć. Czuję wstyd za ludzkość. Jesteśmy straszni, paskudzimy na potęgę. Swoją drogą, od początku ciąży moje zmysły wyostrzyły się jak u Supermana: zbyt wyraźnie widzę, zbyt wiele zapachów mnie drażni, dźwięki mnie przytłaczają.

Chciałabym wejść do mysiej dziury, zasnąć i już na zawsze tam zostać.

Nie mam pojęcia, skąd Calvin zna Roya, nie spytałam – a powinnam, może nie byłabym tak zaskoczona. Niemile oczywiście. Tak naprawdę, to jestem oszołomiona, bo Roy Chase to jeszcze większy gnojek niż mój chłopak. Mieszka w czymś, co przypomina melinę i burdel w jednym. Wszędzie panują nieziemski bałagan i brud, na korytarzu walają się śmieci: puste butelki po piwie, gazety, puszki i kartony, śmierdzi marychą – ogólnie lipa. Z kuchni, która znajduje się na wprost wejścia, co chwilę dobiegają do mnie piski i śmiechy jakichś dziewczyn, sama nie wiem, czy się kłócą, czy po prostu gadają, bo co drugie wykrzykiwane słowo to przekleństwo. Straszne miejsce, jedyne, na co ma się ochotę, to jak najszybciej uciec i zapomnieć, że kiedykolwiek się tu było.

I uwierzcie, nie jestem jakąś pieprzoną damulką, wychowaną w złotym pałacu.

– Zamknij za sobą drzwi – mówi Roy, wprowadzając mnie do jednego z pomieszczeń. To prawdopodobnie jego osobisty gabinet, nieco tu schludniej, a na pewno mniej cuchnie, bo oba wąskie zakratowane okna są uchylone. – Siadaj.

Zajmuję miejsce po drugiej stronie starego biurka. Jezu, co ja tu robię? Nerwowo podskakuję, kiedy Roy z trzaskiem zamyka szafkę pod blatem. Wcześniej wyjął z niej sfatygowany brulion, otwiera go, przewraca strony. Mogę w tym czasie spokojnie przyjrzeć się typkowi: żółty T-shirt, czerwona marynarka, irokez, tatuaże na obu nadgarstkach – widać je, bo rękawy marynarki są przykrótkie. Ogólnie rzecz biorąc, Roy wygląda okropnie, tak jak i jego meta w nowojorskim Bronksie.

– To będzie pięć stów – mamrocze pod nosem.

– Pięć stów? – powtarzam, chcąc się upewnić, że dobrze zrozumiałam.

– Umyj uszy, jeśli masz z nimi problem. Pięć. Stów.

– To jakaś pomyłka – mówię. Czuję, że zaraz zrobię coś głupiego: wydrę się na niego albo się rozryczę. – Ej, nie tak się umawialiśmy. – Czemu mój głos brzmi żałośnie?

– My się umawialiśmy? – Podnosi na mnie oczy. – Nie pamiętam, żebym z tobą gadał.

– Ale gadałeś z Calvinem.

– Zgadza się. – Kiwa głową. Zamyka stary kajet i kładzie na nim dłonie z zaplecionymi palcami. – Pięć stów i masz swoje pigułki.

– Miały być trzy stówy. Trzysta dolarów.

– Wszystko drożeje, mała. Inflacja. – Wyszczerza zęby. Na górnej prawej dwójce ma złotą ozdobę: to miniaturowa czaszka. Ohyda. – Moja cena na dzisiaj to pięć stów. Pigułki są pierwsza klasa, sto procent skuteczności, prosto ze Szwecji albo z Norwegii, w każdym razie z Europy. Oryginalne, z certyfikatem bezpieczeństwa, zafoliowane i z terminem ważności do dwóch lat. Zażywasz, czekasz maksymalnie dobę i twój problem znika. Aha, w razie komplikacji lepiej nie świrować i zgłosić się na ratunkowy. Gdybyś dostała krwotoku, masz jechać do szpitala, a tam się tobą zajmą. Ha! – Podnosi palec wskazujący. – Tylko u wujka Roya porada medyczna gratis. Ale nie powinno być żadnych problemów, bez jaj, to dobry lek, nie żadne świństwo. No, chyba że… – Zerka na mój brzuch. – Który to tydzień? Tylko bez ściemy, nie chcę cię mieć na sumieniu.

– Dziesiąty.

– Wcześnie. – Kiwa głową. – W miarę wcześnie. Nawet nie poczujesz, że coś z ciebie wyleciało.

– Ale ja nie mam tyle kasy.

– Cena nie podlega negocjacjom.

– Oszukałeś nas. Powiedziałeś Calvinowi, że tabletka kosztuje trzy stówy.

– Są dwie tabletki. – Znowu błyska złota czaszka. – Widzisz, dostałaś rabat. Stówa upustu.

Co za kretyn. Szkoda, że nie zgodził się na wysyłkę tabletek pocztą. Powiedział, że to za duże ryzyko i jedynie transakcja z ręki do ręki wchodzi w grę. Mam ochotę zadzwonić do Calvina i powiedzieć mu, jaki z tego palanta Roya jest oszust, ale wiem, że to beznadziejny pomysł. Calvin ma w dupie moje problemy. I tak zachował się w porządku, bo pokrył koszt lotu z Chicago i dał mi sto dolarów ekstra. Nie mam odwagi zawracać mu głowy, zresztą to nic nie da prócz tego, że mnie ochrzani przez telefon.

– Mam trzysta dolców i ani centa więcej – mówię twardo.

– Hm. Laleczko, rzecz w tym, że jedna tabletka nie zadziała. Trzeba zażyć dwie. Pokażę ci, o co biega. – Otwiera szufladę, grzebie w niej, w końcu znajduje małe pudełeczko z rozwiązaniem mojego problemu. – Widzisz? W środku są dwie tabletki. – Pokazuje mi z bliska, ale tylko przez chwilę. – I broszura, jak je zażyć. No. – Mlaszcze.

– Mam trzy stówy – powtarzam jak jakaś głupia. Ale uwierzcie, nic innego nie przychodzi mi do głowy. Jestem totalnie załamana. Myślałam, że dzisiaj zażyję tabletkę, już się na to nastawiłam psychicznie, a tu taka klapa.

– Za mało. Przykro mi.

Mam ochotę wybić mu ten ząb ze złotą czaszką. Pozostałe również. Zamiast tego otwieram torebkę, wyjmuję z kieszonki pieniądze i nonszalancko rzucam banknoty na blat biurka.

– Daj mi tabletki, teraz płacę trzysta, a resztę przyniosę do końca tygodnia. Możemy się tak umówić? – Uśmiecham się, bynajmniej nie szczerze. – Przysięgam, nie oszukam cię. Zresztą, w razie czego spytaj Calvina. On potwierdzi, że jestem uczciwa. To tylko dwieście dolarów. – Wlepiam oczy w pudełko, jakbym chciała je siłą woli przenieść w swoje ręce.

– Już trzysta do dopłaty, słoneczko. – Zabiera banknoty i wsuwa je do wewnętrznej kieszeni marynarki.

– Jak to trzysta?! – Wytrzeszczam oczy. – Przed chwilą mówiłeś, że razem kosztują pięć stów.

– Zgadza się, ale… – Zerka na wielki złoty zegarek – Siedzimy tu już siedem minut, a mój czas jest cenny. Dlatego teraz cena pakietu wynosi sześćset.

No nie. Zaraz go walnę, przysięgam.

– Spierdalaj. Nie dopłacę tyle. – Wyciągam rękę, żeby porwać pudełko, ale Roy jest szybszy. Błyskawicznie odsuwa szufladę i wrzuca je do środka.

– Dopłacisz, nie masz innego wyjścia. Dobra, koniec gadki. Mam twoje trzy stówy w depozycie – klepie się w pierś – a resztę, czyli dwie i pół stówy, przyniesiesz do końca tygodnia, wtedy dostaniesz tabsy. To moja ostateczna propozycja.

Zajebiście. Ale ze mnie frajerka. Teraz nie mam już niczego, ani kasy, ani tabletek. Czemu jestem taka głupia?

– Jaką mam gwarancję, że mnie nie oszukasz?

– Moje słowo.

Debil.

– Mam w dupie twoje słowo.

– Coś jeszcze? Mija kolejna minuta… – Znowu patrzy na zegarek.

– Powiem Calvinowi, jaki z ciebie oszust.

– Twoje prawo, lalka. Ale ja darowałbym sobie groźby, przynajmniej na razie, póki to… – stuka palcem we front szuflady – …i twój kesz są w moich rękach.

Odprowadza mnie do wyjścia, po drodze proponując pomoc w zdobyciu reszty wymaganej kwoty. Oczywiście nie jest to żadna uczciwa oferta normalnej pracy. Roy jest alfonsem, stręczy młode dziewczyny. Dla mnie też znalazłby klientów. Ignoruję jego namowy – jeśli muszę zarobić tyłkiem, wolę zgarnąć całą kasę dla siebie, a nie dzielić się z nim. Niedoczekanie, nie dam mu zarobić złamanego centa więcej.

Z ulgą opuszczam mieszkanie Roya, wychodzę z budynku i biorę kilka głębokich wdechów. Aż mi się kręci w głowie. Znajduję w pobliżu małą knajpkę, ale nie stać mnie na choćby najtańszego hamburgera – inna sprawa, że od początku ciąży odrzuca mnie od mięsa. Płacę za wegetariański sandwich i przy okazji pytam kelnerkę, czy nie można tu złapać dorywczej roboty, na zmywaku czy przy sprzątaniu.

– Tutaj? Zapomnij.

Czułam, że właśnie taką odpowiedź usłyszę. Bar wygląda nędznie, widać, że właściciel ledwo przędzie. Chwilę gadam z dziewczyną, podpytuję, czy gdzieś indziej nie widziała ogłoszeń z ofertą pracy, ale Betsy – tak ma na imię – nie słyszała, żeby kogoś gdzieś szukali. Pyta, czy jestem pełnoletnia. To kolejny problem, bo ostatnio zaostrzyły się kontrole umów o pracę z osobami, które nie ukończyły osiemnastu lat. Jestem więc w dupie. Nie żebym liczyła na inny rozwój wypadków.

Całe przedpołudnie szukam możliwości zarobienia szybkiej kasy, niestety, jestem konsekwentnie spławiana albo zbieram lekki ochrzan, bo zawracam głowę, ewentualnie ktoś pyta, czy nie powinnam o tej porze być w szkole. Ech, ta moja dziecinna twarz, tylko kłopoty przez nią. Nie, nie powinnam być w szkole, za to muszę zdobyć pieniądze. Czy w tym całym wielkim, pieprzonym mieście nie ma żadnej pracy dla mnie? Chora sytuacja. Ale nie mogę się poddać. To, co zostało w portfelu, wystarczy na jeden tani nocleg, a co później? Żałuję, że dałam Royowi kasę, przydałaby się teraz.

Zauważam szyld hostelu. Budynek wygląda okropnie, elewacja już dawno odpadła, zostały łyse cegły i parę wypłowiałych tablic reklamowych, ale co mi tam. Padam na twarz, powinnam wziąć prysznic, chwilę się zdrzemnąć, nabrać sił. Wynajmuję pokój – tak jak przewidziałam – kasy wystarczyło mi, by zapłacić za jedną noc. Dobrze, że miałam drobne, dzięki temu mogłam zapłacić za ciepłą wodę – w łazience jest specjalny automat do poboru opłat, to samo z prądem – chcesz go mieć, płać dodatkowo. Co za nędza, żebym musiała wybierać, czy wolę światło czy kąpiel. Wybieram to drugie, poświecę sobie telefonem, a ten podładuję w jakiejś kawiarni. I już jest plan.

Włażę do łóżka, kręcę się, ale w końcu udaje mi się zasnąć. Niestety rano – tak, przespałam całe popołudnie i noc – świat wcale nie wydaje się przyjaźniejszy.

Jak się z nim zmierzyć?

Robię makijaż, nakładam grubą warstwę tuszu na rzęsy, podkreślam brwi i maluję usta na czerwono. Teraz już nikt nie odeśle mnie do szkoły. Może zadzwonić do tego dupka, Calvina? Co mi tam, najwyżej mnie ochrzani. Niestety nie odbiera, więc wysyłam SMS:

Hejka, kochanie. Tu twoja Su. Mamy problem, bo Roy cię oszukał. Zażądał ode mnie 5 stów za tabletki, a potem to już wgl przegiął, bo kazał mi zapłacić 550 dolców. Może zadzwoń do niego? Niech się ogarnie. S.

Specjalnie napisałam, że to jego oszukał, nie mnie. Calvin się wkurzy, zadzwoni, zgnoi Roya i każe mu wyskakiwać z tych pigułek, inaczej dostanie wpierdol.

Odpowiedź przychodzi błyskawicznie:

Spadaj, jestem zajęty.

Do wiadomości dołączył zdjęcie. Aż się trzęsę, bo rozpoznaję na nim Calvina. Uprawia seks z jakąś laską – położył dłoń na jej białym tyłku, a drugą musiał trzymać telefon.

Czy to się dzieje naprawdę? Aż mi słabo, a w żołądku wszystko się kotłuje. Ryczę tak długo, że w końcu brakuje mi łez. Co za nędzna świnia! Jak mógł?! Tym razem to już koniec, nigdy mu tego nie wybaczę, nie chcę tego dziecka, nienawidzę go! Chyba ta nienawiść dodaje mi siły, żeby nie zrobić sobie krzywdy, kiedy chwilę później dostaję jeszcze jedną wiadomość:

Masz usunąć to gówno z siebie. Wrócisz bez bachora, to pogadamy. I pamiętaj, szkoda takiej ładnej buźki.

Wlokę się do łazienki, muszę obmyć twarz, póki Calvin nie pociął jej nożem, a wiem, że byłby w stanie spełnić swoją groźbę. Wyglądam koszmarnie, cały makijaż spłynął i został na policzkach. Szoruję twarz mydłem, aż skóra zgrzyta pod palcami. Powinnam jeszcze raz nałożyć podkład, zakryć czerwone placki, ale ktoś głośno wali w drzwi. Po chwili ląduję na ulicy.

Tu jest moje miejsce.

Patrick

Odwiozłem Hope pod szkołę i wracam do apartamentu. Muszę się przebrać, zabrać teczkę i gnać do biura, ale za cholerę mi się nie chce. Wczorajsza rodzinna imprezka wypruła ze mnie wszystkie flaki, na nic nie mam siły – no, chyba że mowa o szybkim numerku. Tak, na to zawsze mam ochotę, znajdą się też zasoby energii i czas. Może warto spuścić z krzyża, zanim wpadnę w wir obowiązków?

Zasłużyłem na nagrodę. Zdecydowanie. Przez cały pobyt w domu rodzinnym zachowywałem się bez zarzutu, matka nie miała żadnych zastrzeżeń, ojciec podobnie. Z kolei Hope i jej spódniczka z kuszącym rozcięciem, zbyt dużym niż przystało na panią nauczycielkę, też podkręciły atmosferę. Specjalnie to zrobiła, włożyła ją wczoraj przed samym przyjęciem u moich starych. Wiedziała, że zwrócę na to uwagę. Uwielbia mnie kusić, prowokować, odsłonić zbyt wiele, a potem szybko się wycofać. Wkurwiają mnie takie gierki. Właśnie dlatego mój kutas podnosi swój łeb za każdym razem, gdy pomyślę o Hope.

– Czas na łowy – mamroczę, wyjmując iPhone’a z kieszeni marynarki.

Uruchamiam Tindera, szukam ofiary, która złoży swoje piękne ciało na ołtarzu mojej nieposkromionej żądzy. Musi być młoda, nie więcej niż dwadzieścia pięć lat, a najlepsza jest zdrowa dwudziestolatka, ładna, szczupła, gotowa na wszystko. No, prawie wszystko, bo nie kręcą mnie hardcorowe klimaty. Żadnych zbędnych wydzielin, przerywania ciągłości tkanek czy zabaw w doktora. Prowadzę biznes, nie gabinet lekarski. Co do pozostałych cech, nie mam preferencji: pieprzę się z blondynkami, szatynkami, nie pogardzę brunetką czy rudą. Kolor skóry też nie gra roli, chociaż wolę białe kobiety, ładniej pachną im cipki.

Już wczoraj wieczorem przeglądałem wstępnie potencjalne stadko z łaniami i wybrałem kilka sztuk spełniających kryteria. Szybka wymiana zdań i jest: kandydatka ma na imię Judith, ma dwadzieścia lat, pracuje – dopiero zaczyna – jako freelancerka w jednym z wiodących nowojorskich dzienników, szczegółów nie podała. Z twarzy przyjemna, trochę zbyt chuda, ale nie będę grymasił. O tej porze trudno znaleźć chętną i sensowną dupę, większość z nich jest w pracy albo na uczelni.

Umawiamy się w BFPL – trochę słabo, nie przepadam za centrami handlowymi, ale to bezpieczny wybór dla dziewczyny, rozumiem ją i wybaczam jej nietakt. Wypijemy kawę, poznamy się, wrzucimy coś na ząb i możemy pojechać do hotelu. Godzinę później docieram na miejsce i już mam skierować kroki do knajpy wskazanej przez Judith, kiedy dostaję wiadomość:

Przepraszam, nie spotkam się z Tobą. Wypadło mi coś pilnego.

Nie jestem zdziwiony, dwadzieścia procent randek z Tindera nigdy nie dochodzi do skutku; ale też zbytnio mnie to nie cieszy, bo już zdążyłem tu dotrzeć, a to nie takie proste, ze względu na korki.

Wchodzę do restauracji, zamawiam omlet z szynką i piszę do następnej kandydatki. Rose jest w pracy. Kolejna, Janet, wyjechała na szkolenie. Nie tak łatwo znaleźć na cito chętną panienkę, chociaż są ich w Nowym Jorku tysiące. Trudno, zjem śniadanie sam, a zorganizuję kogoś na wieczór, no chyba że jakaś chętna sama się zgłosi. Nie lubię marnować czasu – skoro już tu jestem, zrobię zakupy. Matka ma wkrótce urodziny, znajdę dla niej jakiś drobiazg, będę miał z głowy. Z reguły zlecam takie zadania Rachel, ale ten dzień już i tak jest spieprzony, niech więc będzie taki do końca.

Od razu zauważam tę smarkulę – ledwie wchodzę do sklepu, ona włazi za mną. Snuje się między półkami, z pozoru zainteresowana kupnem czegoś, ale powiedzmy sobie szczerze, nie stać jej nawet na najtańszy drobiazg, a przynajmniej nie wygląda na kogoś, kto często robi zakupy w salonie Burberry. Nie żeby to była wyjątkowo droga marka, przeciwnie, to zwykła sieciówka dla odrobinę zamożniejszych osób. Ale nie jestem snobem, nigdy nie byłem. Mają w ofercie fajne męskie skarpetki, są miękkie i nie uciskają łydki, właśnie dlatego czasami tu zachodzę.

Co do dziewczyny, to pewnie złodziejka, a w pobliżu musi czekać jej pomocnik – kiedy dziewczyna coś zwinie i zacznie uciekać, on powstrzyma ochronę. Czasami się udaje, częściej nie, bo każda rzecz w tym sklepie ma czip, który uruchomi alarm i powiadomi strażników przy wyjściach.

To idiotyczne, ale kibicuję tej gówniarze.

Nikomu nie ubędzie, jeśli coś zwinie. To musi być jej pierwszy raz, widać, że nie ma pojęcia, jak to się robi. Zapamiętaj, jeśli chcesz coś ukraść, musisz wtopić się w tło, upodobnić do przeciętnego klienta! A ona? Nie dość, że ma na sobie nędzne ciuchy, to jeszcze zostawiła rozpuszczone włosy. Jej dziecinna twarzyczka ginie w wielkiej płomiennorudej chmurze. Widać ją na kilometr. Może zagadam sprzedawczynię, spytam o nowe modele męskich skarpet, licząc, że w tym czasie dziewczyna zdąży coś ukraść? Jestem gotów to zrobić, ale najpierw muszę jej dać do zrozumienia, że ma we mnie sprzymierzeńca.

Co, jeśli ten dzień okaże się całkiem interesujący?

Czuję, że tak właśnie będzie.

Susan

Ten facet wygląda diabelsko kusząco. Jest cholernie przystojny, dziesięć na dziesięć, powaga. Muszę dokładniej mu się przyjrzeć, może zadziała chemia, nakręcę się i łatwiej mi będzie złowić jakiegoś kolesia. Inny mężczyzna wyczuje moje feromony, da się namówić na szybki numerek, a ja zarobię trochę kasy. Podoba mi się ten plan, zdecydowanie ma ręce i nogi.

Zatrzymuję się i gapię na niego jak idiotka, ale facet jest naprawdę boski. Przystojny blondyn, z mocno zarysowaną szczęką pokrytą lekkim zarostem, wysoki, postawny. Ma na sobie marynarkę i eleganckie spodnie od garnituru, lecz moja wyobraźnia podpowiada szczegóły: musi być nieźle umięśniony, zresztą to można stwierdzić po napięciu materiału na jego barkach i ramionach. Takiemu mężczyźnie każda chciałaby wskoczyć do łóżka, nawet za dopłatą.

Ech. Śnij dalej, kobieto.

Byłabym głupia, podchodząc do niego i proponując seks za pieniądze. To jemu powinno się płacić. Jest cudny, oblizuję się jak kot nad tłustą śmietanką, ale czas na mnie. Muszę poszukać znacznie mniej atrakcyjnego kąska, takiego, dla którego to ja będę nagrodą. Mimo to podchodzę kilka kroków bliżej przystojniaka, żeby jeszcze bardziej nasycić wzrok. Znowu się zatrzymuję, a moje oczy błądzą po jego dłoniach. Właśnie wziął z półki miękki szal, międli go, przykłada do twarzy, wącha. To bardzo zmysłowe, erotyczne. Wszystkie włoski na moim karku stają na baczność. Rany…

Stop! Dosyć, Su! Wystarczy tych zachwytów i jęków.

Już mam odwrócić się na pięcie, gdy przystojniak nagle obraca głowę w moją stronę. Ups! Złapał mnie na bezczelnej obserwacji. Może wyczuł szóstym zmysłem, że się na niego gapię? Kto wie? Jego oczy patrzą wprost na mnie. Jestem sparaliżowana mocą jego wzroku. O. Mój. Boże. Czuję, że moje policzki wypełnia krew, tętni w każdej komórce. Co za wstyd.

Blondas rzuca szal na półkę i… rusza w moją stronę! Kolana mi miękną, brakuje mi tchu, bo właśnie poczułam jego zapach. Czym perfumuje się ten mężczyzna? Kupię buteleczkę i będę skrapiać poduszkę, by później śnić o nim najgorętsze sny.

– Dzień dobry, czy my się znamy? – zagaduje.

Zupełnie tracę rezon. Otwieram usta – naprawdę chcę odpowiedzieć! – lecz nic się z nich nie wydostaje. O rany.

– Hej, dziewczyno. Obserwowałaś mnie. Masz jakiś problem? – kontynuuje przystojniak. – Jesteś niemową? – Uśmiecha się swobodnie.

Zerkam nerwowo w lewą stronę, bo dobiegł mnie stamtąd szmer. To sprzedawczyni, patrzy na nas. Prawie czuję jej niechęć, oczywiście tylko w stosunku do mojej osoby. Nie jest głupia, wie, że takie jak ja nie kupują w luksusowych sklepach, co najwyżej przychodzą tutaj, żeby coś zwędzić.

– Ja… – bąkam, przenosząc z powrotem wzrok na Pana Ciacho. – Ja… przepraszam, tak jakoś się zagapiłam na pana.

– Ach. Zagapiłaś się. – Przeżuł te trzy słowa niczym kęs soczystego steku. – Zatem?

– Zatem nic – wykrztuszam. – Myślałam, że… – Szukam w głowie czegokolwiek, jakiejś sensownej odpowiedzi, lecz nic nie znajduję. Typowe. – Chodzi o to…

– Może stąd wyjdziemy?

Posłusznie opuszczam z nim sklep. Od razu mi lepiej, kiedy znikam z pola rażenia wzroku sprzedawczyni. Ależ musi być wkurzona, straciła potencjalnego klienta. Na marginesie, po co ten koleś w ogóle do mnie zagadał?

– Poznam wreszcie powód twojej wnikliwej obserwacji? Chyba nie zamierzałaś mnie o coś poprosić?

– Eee… – Przełykam ślinę. – W sumie to tak.

– Tak?

– Tak. Zamierzałam.

– O co takiego?

Gdybym mogła zniknąć, byłaby to najlepsza rzecz w moim krótkim, żałosnym życiu, ale nie mogę. Jeśli teraz zwinę żagle, ten mężczyzna uzna, że ma do czynienia z jakąś wariatką, a nie chciałabym tak wypaść w jego oczach. Mam swoją dumę, wątłą i mizerną, ale mam.

– Może się przedstawię. Jestem Susan. – Wyciągam rękę.

Facet się waha, pewnie boi się mnie dotknąć, bo sądzi, że mam HIV albo inne paskudztwo. Bez przesady, nie jestem aż tak elegancko ubrana jak on, ale ciuchy mam czyste.

– Patrick. – W końcu odwzajemnia uścisk. – Susan, co tutaj robisz? – Błyska zębami.

– Zakupy? – Z każdą sekundą odzyskuję coraz więcej pewności siebie. Pomaga mi w tym przebłysk myśli: „Su, to zwykły facet, żaden bóg, on też chodzi do kibelka, a pod pachami rosną mu kłaki”. – Wpadłam coś kupić.

– Co takiego? – dopytuje. – Masz coś upatrzone?

– Na razie nic nie wpadło mi w oko.

– Nic? A ja? – Jego usta się śmieją, ale oczy pozostają zimne.

– Ty? Ciebie raczej nie można kupić. Ja nie mogę, nie stać mnie.

– Coś w tym jest – mówi, przeciągając głoski. – A ciebie?

– Mnie? – Milknę.

Czas staje w miejscu. Co odpowiedzieć? Su! Ogarnij się! Masz jedyną szansę na połączenie przyjemnego z pożytecznym.

– Mnie można. – Zagryzam kącik ust, czekając na jego reakcję.

– Jakie masz stawki? – Patrick lekko się odsuwa, przechyla głowę i zaczyna bezczelnie taksować mnie wzrokiem. Cała płonę pod jego spojrzeniem.

– Przystępne. – Chrząkam, bo mój głos zabrzmiał dziwnie. Co się ze mną dzieje? – Ale nie robię laski. Tylko normalnie, wiesz, zwykły numerek, oczywiście z gumką.

– Oczywiście z gumką? – Ton jego głosu to jedna wielka szydera.

– Bez gumki nie ma mowy. To niebezpieczne.

– Masz rację, to byłoby nierozsądne.

– Och, przepraszam, jestem głupia. – Odwracam głowę, bo jego kpiarski uśmieszek jest nie do zniesienia.

– Dziewczyno, czy ja dobrze słyszę? – Patrick zniża ton. – Sprzedajesz się za pieniądze? Dlaczego?

– Nieważne. Nie było rozmowy. – Znowu patrzę mu w oczy. Są nieziemsko błękitne, prawie czuję zapach oceanu. Chciałabym w nich utonąć, już tonę, lecz jeszcze jest czas na ratunek. – Sorry, że się gapiłam. Nie powinnam, ale tak mnie wzięło, bo naprawdę fajnie wyglądasz.

– Dziękuję.

– Pójdę już, przepraszam, że przeszkodziłam ci w zakupach.

Odczekuję dosłownie sekundę, może dwie, wymijam go i ruszam żwawym krokiem przed siebie, lecz Patrick prawie natychmiast mnie dogania i zrównuje się ze mną. Maszeruje w tym samym tempie co ja, więc nie pozostaje mi nic innego, jak się zatrzymać. Przecież nie będziemy razem biec przez szeroki hol centrum, to kretyńskie.

– Czego chcesz? – wypalam.

– Raczej czego ty chcesz? – Wymierza we mnie palec.

– Od ciebie? Niczego. Przeprosiłam, nie powinnam się gapić. A teraz ty wróć sobie do sklepu, a ja… – Urywam, bo co mam powiedzieć? Że będę kontynuować poszukiwania frajera, który zgodzi się na szybki numerek w którejś z toalet, ale przedtem rzuci mi stówę? – Uznajmy, że tego nie było.

– Chwila. Jak to nie było?

– Normalnie. – Wzruszam ramionami. – Żartowałam z tym seksem.

– Czyżby?

Wywracam oczami.

– To już stalking. Stalkujesz mnie. – Nie wiem, skąd mam tyle tupetu, ale może ten chamski tekst pozwoli mi uwolnić się od Patricka.

– Mogę ci pomóc.

– Przestań. Daj mi spokój. – Robię kilka nerwowych kroków w miejscu.

– Potrzebujesz pieniędzy?

– Każdy potrzebuje.

– Co racja, to racja. – Uśmiecha się kwaśno.

– No widzisz, nie jestem wyjątkiem.

Jest dobrze, wróciła stara, dobra Su: wredna, silna, bezczelna.

– Skorzystam z twojej propozycji – mówi, leniwie cedząc słowa. – Ale najpierw kawa, dasz się zaprosić?

Unoszę lekko ramiona. Czemu nie? Wprawdzie kawy mi nie trzeba, ale wody chętnie się napiję. Tuż obok jest kawiarnia, wchodzimy do środka. Patrick prowadzi, ja drepczę za nim, przy okazji podziwiając jego plecy. Facet naprawdę jest boski, szeroki w barach, chociaż nieprzesadnie, żaden z niego przypakowany osiłek, raczej idealnie umięśniony mężczyzna w dobrych ciuchach. Ten garniak musiał kosztować fortunę – nie znam się na markach, ale Patrick wygląda w nim jak milion dolców.

Nie wierzę, że tak mi się poszczęściło. Gdzie tkwi haczyk?

Rozdział 3

Susan