Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
332 osoby interesują się tą książką
Małomiasteczkowy kowbojski romans z motywem slow burn!
Życie Cheyenne McGraw kręci się wokół muzyki country, dla której dziewczyna opuściła rodzinne ranczo. Aż nagle wszystko się zmienia. Narzeczony zostawia ją w dniu jej urodzin i tego samego wieczoru kobieta dowiaduje się, że jej tata trafił do szpitala.
W ciągu minionego roku Jed McGraw zachęcał córkę, żeby spełniała marzenia, ale ukrył przed nią prawdę o swojej chorobie. W tym czasie zarówno ranczem, jak i ojcem Cheyenne zajmował się miejscowy strażak i przyjaciel rodziny – Soren Cairn.
To właśnie on pomaga jej w opiece nad chorym tatą, a także wspiera ją po jego śmierci. Wkrótce okazuje się, że zgodnie z testamentem Cheyenne odziedziczy ranczo pod warunkiem, że… wyjdzie za mąż. Ma na to czas do kolejnych urodzin, inaczej Silver Spur Ranch trafi w ręce Sorena.
Dziewczyna nie zamierza się poddać, nawet jeśli jej plan znalezienia odpowiedniego kandydata jest sabotowany przez pewnego mrukliwego i zamkniętego w sobie strażaka.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 468
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by Magdalena Szponar
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Alicja Chybińska
Korekta: Katarzyna Chybińska, Emilia Ziarnik, Aga Dubicka
Skład i łamanie: Michał Swędrowski
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
ISBN 978-83-8418-649-7 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
I
II
III
IV
V
VI
VII
VIII
IX
X
XI
XII
XIII
XIV
XV
XVI
XVII
XVIII
XIX
XX
XXI
XXII
XXIII
XXIV
XXV
XXVI
XXVII
XXVIII
XXIX
XXX
XXXI
XXXII
XXXIII
XXXIV
XXXV
XXXVI
XXXVII
XXXVIII
XXXIX
XL
XLI
XLII
XLIII
XLIV
XLV
Epilog
Podziękowania
Playlista
Przypisy
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
Dla mnie
CHEYENNE
Soren Cairn.
Dlaczego, na litość boską, dzwoni do mnie Soren Cairn?
Przez kilka chwil wpatruję się w ekran iPhone’a, zupełnie nie rozumiejąc, co się dzieje. Jeśli mam być szczera, nawet nie wiedziałam, że mam jego numer w telefonie. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek go zapisywała, chyba że…
No tak.
To mógł być mój ojciec.
Poczciwy Jed McGraw wolał zabezpieczyć się na każdą ewentualność.
Przyda się – to jego ulubione słowa, powtarzane mi tak często, że odnoszę wrażenie, jakbym od dzieciństwa walczyła z jego filozofią życiową.
Podczas gdy tata kolekcjonował wszystko, myślał o najdrobniejszym szczególe, planował każdy swój – i mój – krok, ja starałam się żyć z dnia na dzień i nie myśleć o konsekwencjach.
I dokąd mnie to zaprowadziło?
Ekran się wygasza i dopiero wtedy uświadamiam sobie, że nie odebrałam.
Nie potrafię się tym przejąć. Nie dzisiaj.
Nawet jeśli to, że dzwonił do mnie sąsiad taty, wydaje się nieco podejrzane.
Wzdycham i unoszę rękę, a minutę później pod moim nosem pojawiają się cztery kolejne szoty tequili. Barman już nawet nie pyta…
Wypijam palący alkohol na raz i się krzywię. Chryste, pewnie nie powinnam się upijać dosłownie pośrodku niczego – bo nawet nie wiem, jak nazywa się cholerne miasteczko, w którym wylądowałam – ale dzisiaj odpuszczam sobie wszystkie grzechy.
Nie codziennie obchodzi się dwudzieste piąte urodziny.
Nie codziennie można trzymać w dłoni statuetkę ACM Awards1.
Nie codziennie twój producent, będący jednocześnie twoim partnerem od kilku lat, zostawia cię, powołując się na The Leo Rule2.
Tak, naprawdę to powiedział.
– Kurwa, jak ja go nienawidzę – mamroczę do siebie, słysząc, jak bełkotliwie brzmi mój głos.
I w związku z tym sięgam po kolejny kieliszek.
Telefon znów się rozdzwania, a ja zastanawiam się, kiedy ostatni raz widziałam Sorena. Odpowiedź sprawia, że zamieram.
Naprawdę minął już rok, odkąd po raz ostatni byłam w domu?
Czuję się podle, kiedy tylko sobie to uświadamiam. Bo, jasne, przez cały ten czas rozmawiałam z tatą niezliczoną ilość razy, ale…
Jestem okropną córką, decyduję, sięgając po komórkę.
Nabieram powietrza w płuca i zanim odbieram, przypominam sobie moment, kiedy ostatni raz spotkałam Sorena. Wróciłam wtedy po trasie koncertowej i ledwie zaparkowałam sportowe autko przed główną rezydencją, a już pędziłam w stronę wejścia, by wpaść w objęcia taty. Niestety to Cairn otworzył mi drzwi i to na niego rzuciłam się w pośpiechu.
Gdy zrozumiałam swój błąd, on już odsuwał mnie z grymasem obrzydzenia na twarzy. Chwycił mnie w talii i dosłownie przestawił jak pieprzoną lalkę. Przeprosiłam go, a on skwitował to jedynie cichym burknięciem…
…które było najczęstszym dźwiękiem, jaki słyszałam z jego ust przez te wszystkie lata.
Ach, i jeszcze to.
„Chryste, Montana, wynoś się z tej szopy!”
Tak, to pojawiało się równie często, gdy przyłapywał mnie na wydzieraniu się niczym wariatka do hitów country w stodole ojca. I szopie. Stajniach. W zasadzie to wszędzie.
Przysięgam, że nie znam drugiego równie sztywnego i kapryśnego człowieka jak Soren Cairn.
I właśnie dlatego odbieram ten cholerny telefon, zastanawiając się, jak on niby chce się ze mną porozumieć za pomocą burknięć i mruknięć.
– Halo? – rzucam i czkam niezamierzenie, za co mam ochotę zdzielić się po swojej blond czuprynie.
– Wracaj do domu, Cheyenne.
Ten niski, zachrypnięty głos sprawia, że po całym moim ciele przechodzą ciarki. I to wcale nie dlatego, że brzmi po prostu dobrze, a dlatego, że przede wszystkim brzmi, jakby coś się stało.
Poza tym to „Cheyenne”. Przysięgam, że ten facet nigdy nie zwrócił się do mnie pełnym imieniem. Zawsze byłam tylko Montaną. Bo tylko to we mnie widział. Małą Hannah Montanę, zdzierającą sobie gardło w imię marzeń o sławie piosenkarki.
– Co się stało? – wyduszam to, co najbardziej kłębi mi się w myślach.
– To nie…
– Co się stało, Soren? – powtarzam, nie pozwalając mu skończyć.
– Twój ojciec – mruczy niechętnie. – Jest w szpitalu.
Telefon z hukiem opada na blat baru. Sapię, próbując się opanować, ale to… to zbyt wiele. T e g o d n i a jest zbyt wiele.
– Hej, wszystko w porządku? – dobiega mnie czyjś głos, a kiedy unoszę wzrok, dostrzegam wpatrującego się we mnie barmana marszczącego brwi.
– N-nie – dukam, kręcąc głową, i próbuję otrzeć twarz z łez.
Prawdopodobnie właśnie rozmazuję sobie cały makijaż wieczorowy, ale nic mnie to nie obchodzi.
Z dali dobiega mnie nerwowe powarkiwanie i dopiero po chwili rozpoznaję w nim powtarzane w kółko „halo?!”.
Mrugam, ale świat rozpływa mi się przed oczami. Ledwie zauważam, jak gość za kontuarem bierze mój telefon i zaczyna rozmawiać z Sorenem.
Ledwie słyszę ich wymianę zdań.
– Nie wiem, zaczęła płakać i… – Następuje chwila ciszy, w której, przysięgam, słyszę stłumione „daj jej cholerną wodę”. – Oczywiście. Tak… – Cairn wyrzuca szybko kilka zdań, sprawiając, że chłopak się czerwieni. – Dobrze. Bar Brady’s w Brady. Przypilnuję jej.
Po tych słowach odkłada smartfon blisko mojej ręki i… zabiera mi pozostałe dwa pełne kieliszki.
– Twój chłopak to dupek – mówi i się krzywi. – Ale w jednym ma rację: już ci wystarczy.
Zbaraniała, patrzę, jak podsuwa mi szklankę wody.
– To nie jest mój chłopak – wyrzucam.
Gdybym miała więcej sił, zaśmiałabym się z niedorzeczności tej sytuacji.
Barman, na którego torsie widnieje plakieta z imieniem… Brady – tak, to też powinno mnie rozbawić – patrzy na mnie z wyraźną troską pomieszaną z lękiem. Pewnie się boi, że zwymiotuję mu na bar, co wcale nie jest tak niemożliwe, jakby się wydawało.
– Mój chłopak właśnie mnie rzucił – ciągnę, wiedząc, że teraz już nic nie zatrzyma potoku słów. – A przy okazji był moim producentem, wiesz? Więc teraz nie mam ani chłopaka, ani producenta, ale… – wychylam się z krzesła, o mało nie zaliczając spektakularnej gleby – …ale mam to. – Macham mu przed nosem podłużną statuetką ACM Awards, ciężką i paskudną. Według mnie w ogóle nie przypomina kapelusza, a raczej… pieprzone kowbojskie dildo. Aż się wzdrygam. – I wiesz co? – prycham, kręcąc głową. – To wszystko nie ma żadnego znaczenia, bo najwyraźniej zapomniałam o tym, co najważniejsze. – Wbijam w niego oczy pełne łez. – Nie byłam w domu od roku, rozumiesz? Od cholernego roku. I nawet nie wiem, czemu mój ojciec trafił do szpitala. – Śmieję się gorzko. – Był pieprzonym okazem zdrowia, do diabła.
Zachłystuję się powietrzem i wiem, że za moment po prostu pęknę. Tak się jednak nie dzieje, bo facet wciska mi w dłoń oszronioną szklankę z zimną wodą.
– Pij, mała – poleca nad wyraz miękko. – Musisz wytrzeźwieć, zanim ten twój nibyniechłopak tu przyjedzie.
– Soren tutaj przyjedzie? – Rozwieram szerzej oczy, a gość kiwa głową.
– Tak powiedział. Mam mieć cię na oku do tej pory. – Mruga do mnie, na co drga mi kącik ust.
– Wiesz co… – Wciskam mu w ręce statuetkę. – Zatrzymaj ją. Postaw… – macham wolną dłonią w bliżej nieokreślonym kierunku – …gdziekolwiek. Możesz potem pochwalić się w socialach, że w twoim barze upiła się gwiazdka country.
Brady śmieje się cicho.
– To nie mój bar. – Zerkam na jego plakietkę, a on podąża wzrokiem w tym samym kierunku. – Należy do mojego ojca, a ja… nazywam się tak samo. Podobnie jak mój dziadek. I pradziadek.
– To totalnie…
– Creepy? – podsuwa, na co kiwam głową. – Też tak sądzę, ale jest, jak jest. – Wzrusza ramionami.
Rozglądam się po wnętrzu i chyba dopiero teraz poświęcam więcej uwagi temu, gdzie się znalazłam. Oprócz mnie siedzi tutaj jeszcze jedna para zajmująca stolik w rogu, kompletnie zamknięta w swojej bańce, i grupa dziewczyn rzucających co rusz spojrzenia w moją stronę.
– Jest tu dość… spokojnie.
– Wszyscy oglądają w domach… – zerkam na niego z zaciekawieniem – …ceremonię wręczenia nagród.
Kiwa głową w stronę statuetki, ale wydaje się odrobinę… zawstydzony? Jakby nie mówił mi całej prawdy. Jakby jego interes wcale nie prosperował tak dobrze.
– Och.
Barman śmieje się niezręcznie i oddaje mi kapelusz-dildo. Od razu protestuję i się odsuwam.
– Umówmy się na coś, Brady – podejmuję, a on nie odrywa ode mnie oczu. – Zostawię to u ciebie na przechowanie. A kiedy wyprostuję swoje sprawy, wrócę tutaj i dam wam najlepszy koncert, jaki widziało to miasteczko.
Facet dosłownie się rozpromienia. Jest młody i przystojny. Może nawet w moim typie z tym wyglądem surfera. Ale… nie chcę żadnych mężczyzn w swoim życiu.
Na jednego straciłam dość czasu.
Właśnie dlatego zaraz po tym, jak dostałam wymarzoną statuetkę – no prawie, bo zostało jeszcze Grammy – wsiadłam do czerwonej Mazdy MX-5, uciekłam ochronie wytwórni i ruszyłam w drogę do domu, a ten bar… Po godzinie jazdy uznałam, że mam dość udawania silnej, a napis zachęcający do spędzenia nocy w tanich pokojach okazał się wystarczająco kuszący. On i butelka tequili w logo.
– Jak daleko jest stąd do Horseshoe Bay? – pytam Brady’ego chwilę później, kiedy stawia przede mną ociekający tłuszczem burger.
Nawet o niego nie prosiłam, ale ledwie go widzę, mój żołądek odzywa się głośnym burczeniem.
Boże, tak dawno nie jadłam prawdziwego burgera, że nawet nie pamiętam tego smaku.
– Półtorej godziny, jeśli komuś się nie spieszy – oznajmia i uśmiecha się łagodnie. – Ale twój nibyniechłopak chyba nie należy do cierpliwych osób.
CHEYENNE
Soren wchodzi do baru dokładnie godzinę później.
Nie wiem, jak to zrobił, i boję się pytać, kiedy widzę jego zaciętą minę. Szczerze mówiąc, cieszę się, że nie zwlekał, bo chciałabym jak najszybciej znaleźć się przy tacie.
Na samo jego wspomnienie czuję, że mi słabo, ale staram się to ukryć. A kiedy nie radzę sobie z uczuciami, robię jedno.
A dokładniej: robię z siebie idiotkę.
– Wiesz, Brady… – zagajam barmana, na co zerka to na mnie, to na kroczącego ku nam Cairna, to na wyjście na zaplecze, jakby chciał uciec – …zastanawia mnie jedno.
– Tak? – Unosi brew, w końcu skupiając się na moich oczach.
Wcześniej bardziej koncentrował się na moim dekolcie, ale w pewnej chwili rzuciłam, że marznę, i dał mi swoją bluzę. To akurat uznałam za słodkie.
– Zastanawia mnie… – kontynuuję, czując za plecami ponurą obecność Sorena. Jakby nie wystarczył mi jego widok w lustrze nad barem – …jak nazwiesz swoją córkę, no wiesz, kiedy już będziesz ją miał.
Brady wybałusza oczy, przez co wygląda jeszcze młodziej. A jest naprawdę młody. Ma ledwie dwadzieścia lat, czego dowiedziałam się w czasie naszej godzinnej pogawędki przerywanej obsługą nielicznych gości.
– Có-córkę? – duka.
Uśmiecham się.
– No. Bra…ndy? – podsuwam, na co usta drżą mu w próbie powstrzymania śmiechu.
– Cheyenne.
Uch.
Nie cierpię tego, jak moje imię brzmi w ustach Cairna. Jak… obelga.
Odwracam się i udaję zaskoczenie.
– Soren! Nie spodziewałam się ciebie tutaj tak szybko.
Zauważam, że cały czas gapi się na barmana, jakby ten… nie wiem, podziurawił mu płot na pastwisku, a dopiero po długiej i pełnej napięcia chwili spogląda na mnie.
– Idziemy.
No, rozmowny typ.
Zbieram się ze stołka, chwiejąc tylko odrobinę, bo w ciągu tej godziny zdołałam nieco wytrzeźwieć, i odzywam się do Brady’ego:
– Dzięki za wszystko. – Puszczam do niego oczko, na co chłopak rumieni się po nasadę włosów. – Musimy to kiedyś powtórzyć.
To zdanie sprawia, że prycha śmiechem. Dobrze wie, co mam na myśli, co mu obiecałam. I zamierzam dotrzymać słowa, ale… to kiedyś.
Kiedy poukładam w całość rozsypane elementy układanki mojego życia.
Odwracam się do Sorena mordującego barmana spojrzeniem. A może on patrzy tak na wszystkich? Uznaję, że to możliwe, bo sama nigdy nie doświadczyłam ani krzty przychylniejszej postawy z jego strony. Ten mężczyzna… Nie wiem, dlaczego mój ojciec go tak lubi, nigdy tego nie rozumiałam.
Jed McGraw to najsympatyczniejszy człowiek, jaki stąpał po teksańskiej ziemi.
I wziął pod opiekę największego mruka.
Zawsze podejrzewałam tatę o kompleks wybawiciela. Albo przynajmniej zadowalacza.
– Boże, Soren, nie marszcz się tak, bo wyglądasz jeszcze starzej – mamroczę pod nosem, a on posyła mi kolejne chłodne spojrzenie.
A potem po prostu wychodzi.
– Aha – podsumowuję, na co stojący za mną Brady wciąga z sykiem powietrze.
– Na pewno chcesz z nim wracać do domu? – docieka, choć przez połowę spędzonego z nim czasu tłumaczyłam mu, dlaczego muszę to zrobić.
I argumentem nie było tylko to, że tata trafił do szpitala.
Swoją drogą po cichu liczę, ba, modlę się, żeby to nie okazało się czymś poważnym.
Przysięgam, że nie poradzę sobie z życiem bez niego…
Do diabła, nawet nie chcę o tym myśleć.
– Nigdy nie przyłapałam go na mordowaniu szczeniaczków, więc… – Wzruszam ramionami, a dzieciak śmieje się cicho. Chyba zdążył poznać moje specyficzne poczucie humoru. – W razie czego jesteś ostatnią osobą, która mnie widziała, i…
– Cheyenne! – Głos Cairna roznosi się po barze, choć faceta nawet w nim nie ma.
– Przyjemniaczek… – mruczy barman.
– Żebyś wiedział.
Uśmiecham się do niego słabo, po raz ostatni zerkam na tkwiącą za nim statuetkę – muszę mu oddać, że ładnie ją wyeksponował wśród butelek podrzędnej whiskey i tequili – i kieruję się w stronę wyjścia.
Ledwie ląduję na zewnątrz, a oblepia mnie wilgotne i duszne powietrze.
– Zbiera się na burzę – zauważam głupio, przesuwając spojrzeniem po Sorenie, który… – Co ty, na litość boską, robisz? – wypalam, dostrzegłszy, że majstruje przy zaczepie swojego pick-upa zaparkowanego tuż przed moją Mazdą.
Burczy coś pod nosem, aż zaczynam się zastanawiać, czy ten człowiek kiedykolwiek wypowie do mnie pełne zdanie. Sapię z rozdrażnienia; odpowiedź wydaje się oczywista – ten dupek chce holować mój wóz.
Dlatego po prostu go obserwuję. Może jestem gwiazdą country, ale wychowałam się na wsi i dobrze wiem, co robi. Zaskakuje mnie jedynie to, że na pace Forda F-150 ma wózek pod przednie koła. Patrzenie, jak sprawnie idzie mu cały montaż, wydaje się na swój sposób zachwycające. Nawet nie wiem dlaczego… a może wiem, tylko nie chcę tego przyznać przed samą sobą.
Moja okropna podświadomość porównuje bowiem Sorena do Chada.
I mój były wypada w tym porównaniu dość blado, gdy przypominam sobie, że nie potrafił nawet zmienić koła w SUV-ie. Ja to zrobiłam.
Wzdycham, bo nadal nie doczekałam się żadnego komentarza, podchodzę do Forda i zerkam na pakę, ciekawa, co jeszcze tam znajdę. Marszczę brwi na widok zwiniętej plandeki, snopka siana, sterty zużytych koców i całego pęku drucianej siatki.
Dobrze, że nie ma tam worków na zwłoki, myślę, a następnie wsuwam się na miejsce pasażera.
I od razu uderza mnie ciężki zapach skóry, kawy i czegoś jeszcze, czego nie umiem rozpoznać. Rozglądam się, zaciekawiona, bo choć miałam okazję jeździć z Sorenem przed laty, to kompletnie nie przywiązywałam do tego wagi, przez co niewiele pamiętam z tych wszystkich razów, gdy odwoził mnie do szkoły lub odbierał z koncertów.
W uchwycie stoi brudny kubek termiczny – domyślam się, że stąd ta wszechobecna woń kawy. Pomiędzy fotelem moim a kierowcy leżą mocno sfatygowany, jasnobeżowy stetson, rękawice robocze i… kalendarz strażacki z uroczymi kotkami w hełmach. Okej, to ostatnie jest zastanawiające, ale chyba nie zbiorę się na odwagę, by zapytać, co, do diabła, to tutaj robi. Radio jest włączone, a KOKE-FM z Austin wygrywa właśnie stary hit George’a Straita.
Mimo wszystko czuję się tutaj dziwnie… dobrze. Prawie jak w domu, bo to wszystko, co zauważam, w pewien sposób właśnie z domem mi się kojarzy.
I tylko serce wybija niespokojny rytm, bo nie potrafię zignorować rosnącego we mnie lęku.
Nawet jeśli naprawdę dobrze udaję.
Parę chwil później Soren wsiada do środka, a moje nozdrza atakuje ten ostatni aromat, którego nie mogłam zidentyfikować. Zaciągam się, starając się zrobić to na tyle dyskretnie, by Cairn nie pomyślał, że go obwąchuję, i teraz wyraźnie czuję nuty drewna, róży i cedru.
Cholera, ta mieszanka jest zabójcza, myślę, ale milczę.
Przecież nie upadłam na głowę, by go komplementować.
Soren milczy – cóż za niespodzianka – a ja korzystam z jego skupienia, gdy rusza spod baru i wyjeżdża na drogę, by uważnie mu się przyjrzeć.
Odnoszę wrażenie, że choć znam go prawie całe życie, nigdy tak naprawdę na niego nie patrzyłam.
Jest wysoki, to wiem od lat, bo od zawsze czuję się przy nim jak miniaturka człowieka, a cała ta umięśniona sylwetka w ogóle mnie nie dziwi. W końcu to kowboj. I strażak, ta, o tym nie wolno zapominać, bo ten gość ma na punkcie swojej pracy niemałą obsesję. Spracowanymi dłońmi trzyma kierownicę zaskakująco lekko, jakby to wystarczyło, by sprawował nad wszystkim kontrolę. Jego kanciasta twarz wydaje się pozbawiona wyrazu; kilkudniowy zarost sugeruje, że od jakiegoś czasu Cairn nie był na służbie, bo wiem, że przed pracą zawsze się golił. Blizna na skroni nadal wzbudza moją ciekawość, ale – jak zwykle przy tym facecie – nigdy nie miałam odwagi o nią zapytać. Jego niebieskie oczy są jedynym dowodem na to, że Soren w ogóle żyje i odczuwa cokolwiek – w tej chwili ciskają gromy, choć nieprzerwanie wpatruje się w pustą drogę przed nami. Mimo to w ich kącikach nadal widzę drobne zmarszczki, które świadczą, że wbrew wszelkim pozorom Cairn potrafi się uśmiechać.
Jedyna zmiana, jaka w nim zaszła, odkąd ostatni raz byłam w domu, dotyczy jego włosów.
Są długie. Delikatnie poskręcane, jakby nieujarzmione, sięgające mu za kark. Część z nich Soren związał w kok z tyłu głowy, pewnie żeby nie opadały mu na twarz, a w całości daje to zniewalający efekt.
Jakby tego mężczyzny nie dało się poskromić. Jak… mustanga. Jest piękny, ale całkowicie nieokiełznany.
I naprawdę nie wiem, dlaczego w ogóle dochodzę do takich wniosków.
– Gapisz się – burczy w końcu, aż czuję, że się czerwienię, i zapadam głębiej w fotelu.
– Wybacz, zawiesiłam się. Nie jestem do końca trzeźwa i…
– Zauważyłem – przerywa mi tonem pełnym oburzenia i chłodu, aż tracę ochotę, by cokolwiek dodawać.
Nie potrafię jednak wytrzymać w ciszy. Teraz, kiedy przestałam na niego patrzeć, żeby nie wyjść na większą idiotkę, słowa same cisną mi się na usta.
W końcu pękam.
– Co mu się stało? – szepczę, wbijając wzrok w palce, i bawię się torebką.
Ta, wzięłam ze sobą tylko ją. Kopertówka, czerwona szminka i telefon. Symbole mojego życia. Do całokształtu brakuje jedynie gitary.
A Soren milczy.
Przygryzam wargę i powtarzam pytanie odrobinę głośniej.
– To z nim powinnaś porozmawiać – warczy jedynie.
No co za człowiek…
– Proszę – wyduszam. – Nie wytrzymam w niepewności najbliższej godziny.
Dopiero te słowa sprawiają, że zaszczyca mnie krótkim spojrzeniem.
Spojrzeniem pełnym rezerwy i… urazy. Jakbym mu coś zrobiła.
Odwracam głowę w stronę okna i się krzywię. Z jakiegoś powodu nie chcę, by wiedział, że dotyka mnie jego postawa.
– Twój ojciec trafił do szpitala, bo zemdlał w domu. Jego stan jest stabilny. Reszty dowiesz się jutro – wyrzuca szybko, a ja odnoszę wrażenie, że wymawianie słów sprawia mu rzeczywisty ból.
– Jak to jutro? – Przyczepiam się do tego jednego wyrazu, spoglądając na tę ciosaną z kamienia twarz.
– Chyba nie sądzisz, że zawiozę cię do szpitala w tym stanie… – Wbija wzrok w moje gołe uda z wyraźnym… rozczarowaniem.
Tak, tylko w ten sposób mogłabym to nazwać.
Ciągnę materiał ciemnogranatowej bluzy z logo kanadyjskiego zespołu hokejowego, próbując zakryć nogi, nawet jeśli to bez sensu. Moja sukienka jest krótka, a bluza Brady’ego… wielka. Dosłownie w niej tonę i dopiero teraz dociera do mnie, jak to wszystko mogło wyglądać z perspektywy Cairna.
Mam w sobie jednak tę odrobinę godności, by w żaden sposób się nie tłumaczyć.
I jakimś sposobem wytrzymuję w ciszy kolejne sześćdziesiąt minut.
CHEYENNE
Ostatecznie wytrzymuję w ciszy prawie dwie godziny, bo tyle zajmuje nam droga do domu. Okazuje się, że Soren prowadzi pick-upa niczym emeryt, a kiedy raz – bo więcej nie odważam się do niego odezwać – pytam, dlaczego nie przyspieszy, patrzy na mnie jak na idiotkę i mówi:
– Holuję samochód, Montana.
Jakby to wszystko tłumaczyło.
Jestem rozdrażniona. I się martwię. W dodatku prawie zupełnie wytrzeźwiałam, gdy w środku nocy przejeżdżamy przez kutą bramę, zawsze otwartą, wprost na rozłożysty teren Silver Spur Ranch.
Otwieram okno po swojej stronie i nabieram głęboko w płuca powietrza przesyconego zapachem świeżego siana, trawy i… domu.
Tak bardzo tęskniłam za tym miejscem, choć do teraz zupełnie nie zdawałam sobie z tego sprawy.
A to powoduje, że czuję tylko jeszcze większą złość na siebie. Jak mogłam tak bezmyślnie gonić za sławą, słuchać pieprzonego Chada i zapomnieć o tym, co zawsze było dla mnie najważniejsze…
Soren zatrzymuje się przed główną rezydencją. Zerkam na niego zaskoczona, bo sądziłam, że mnie tu zostawi i pojedzie w głąb farmy, tam, gdzie stoi jego dom, w którym mieszka, odkąd skończył osiemnaście lat (Boże, byłam wtedy dzieckiem).
On jednak wysiada i się rozgląda, jakby kontrolował teren, a potem podchodzi do drzwi z drugiej strony i mi je otwiera. Idę w jego ślady i po chwili także obrzucam wzrokiem podjazd przed Dużym Domem – jak zwykł nazywać główną rezydencję Soren. Jest środek nocy, ale na obrzeżach Horseshoe Bay księżyc i gwiazdy świecą jasno, więc wyraźnie widzę szerokie pastwiska porośnięte gęstą trawą, białe, drewniane ogrodzenia, które w głębi rancza zmieniają się w druciany płot, ogromną, czerwoną stodołę i wiatrak do pompowania wody, skrzypiący na owiewającym mnie delikatnym wietrze. Obrzucam ciepłym spojrzeniem stajnie w oddali i dachy domków pracowniczych, a także wzgórza Hill Country, za którymi roztacza się niewidoczne stąd jezioro LBJ.
Kiedy się odwracam, zauważam, że Soren już kroczy bez słowa w stronę wejścia.
Podążam za nim, bo nie pozostaje mi chyba nic innego, i zastanawiam się, jak go namówić, by zawiózł mnie do taty już teraz. Nie odważyłabym się prowadzić sama, nie po takiej ilości alkoholu, jaką w siebie wlałam, nawet jeśli wydaje mi się, że już całkiem wytrzeźwiałam.
Nie wyobrażam sobie natomiast czekać do rana. Nie potrafiłabym zmrużyć oka, nie wiedząc, co z ojcem.
Cairn wspina się po kilku schodach na ganek. Odgłos jego ciężkich kroków na drewnianym parkiecie niesie się echem, aż czuję ciarki na plecach. Nie mówię nic, gdy otwiera drzwi i znika w środku, tylko pozwalam sobie przesunąć wzrokiem po ścianach z jasnego kamienia wapiennego, aż docieram do tego zakątka ganku, gdzie stoją bujane fotele, stara ławka i beczka po whiskey, służąca za stolik. Nie zliczę, ile wieczorów spędziłam tam z tatą, i…
Nie mogę o tym myśleć, jeśli nie chcę się rozpłakać.
Gdy kieruję się do wciąż otwartych drzwi, dobiega mnie stukanie psich pazurów o podłogę. Mimowolnie się uśmiecham, bo nie spodziewałam się, że zastanę w domu Rascala, kilkuletniego husky, który w zasadzie należy do Sorena, ale kiedy on ma służby w miejscowej straży pożarnej, pies zostaje z tatą. Kocham to uparte i krnąbrne stworzenie jak własne, więc zawsze cieszyłam się na te dnie, które mogliśmy spędzać razem, nie rozumiem jednak, co pies robi tutaj teraz.
– Już, spokój – słyszę niski i zaskakująco łagodny, męski głos.
Zerkam na zawieszoną nad wejściem, starą, srebrną ostrogę i wchodzę do środka, po czym od razu zaciągam się zapachem domu. Ledwie zrzucam ze stóp cholernie niewygodne szpilki, a do moich nóg już dopada Rascal.
– Cześć, mordeczko – witam go, a on piszczy, wije się i podskakuje, jakby nie widział mnie… cóż, rok. – Przepraszam – szczebioczę dalej, podczas gdy Rascal mruczy i wyje, jak to tylko husky potrafią. – Teraz zostanę na dłużej, więc wszystko nadrobimy.
Ledwie wypowiadam te słowa, a słyszę, że gdzieś coś spada z hukiem. Porzucam na moment psa, choć ten nie daje się zbyć, i idę za odgłosami tłumionych przekleństw.
Zastaję Sorena w kuchni. Sprząta kawałki zbitego szkła i nie zaszczyca mnie nawet spojrzeniem.
– Pomóc…
– Nie – warczy, aż Rascal tuż przy mojej nodze szczeka głośno na ten dźwięk.
Dobrze wiedzieć, że mam tutaj choć jednego sprzymierzeńca.
Wzdycham i bez słowa nalewam sobie wody. Ledwie to robię i opieram się o blat, próbując zignorować sprzątającego nieopodal mruka, a zauważam dwie miski na podłodze, tuż obok wyspy kuchennej. Miski podpisane imieniem husky’ego, ustawione na gumowej podkładce. Marszczę brwi. Rok temu ich tutaj z pewnością nie było, a kiedy pies tu przebywał, dostawał jedzenie i wodę w przypadkowych głębokich talerzach.
Rozglądam się i nagle zauważam kolejne niepokojące oznaki czyjejś obecności.
Czyjejś, dobre sobie.
Musiałabym być idiotką, żeby się nie domyślić, kto spędza tutaj zdecydowanie więcej czasu, niż miało to miejsce jeszcze dwanaście miesięcy temu.
Dwa kubki po kawie na stojaku obok ekspresu. Butelki z Ozarką – wodą z pobliskich źródeł, znienawidzoną przez mojego ojca, a także mnóstwo różnych przyborów kuchennych, a przecież tata nie cierpi gotować – to wszystko jasne znaki tego, że Cairn… pomieszkuje w moim domu.
Chryste, mam nadzieję, że jedynie pomieszkuje, a nie mieszka.
– Dużo się tutaj zmieniło – szepczę, ale wydaje mi się to głośniejsze niż krzyk.
Soren zastyga na sekundę ze zmiotką w ręce, ale szybko się otrząsa i kończy sprzątanie. Dopiero wtedy opiera się o blat w sporej odległości ode mnie, krzyżuje muskularne ramiona na piersi – ciekawe, czy materiał flanelowej koszuli to wytrzyma – i posyła mi chłodne spojrzenie.
Dziękuję Bogu, że nie włączył wszystkich świateł, a jedynie te w salonie, bo przez to nie widać, jak bardzo się przy nim czerwienię. Ze złości. Z tego palącego uczucia, gdy człowiekowi się wydaje, że jest oceniany, i wcale nie wypada dobrze.
– Długo cię nie było – burczy, a ja odbieram to jako atak, sama nie wiem dlaczego.
Na kilka chwil zaciskam zęby i odwracam wzrok. Skupiam się na wodzie, a kiedy szklanka jest już pusta, znów spoglądam na Sorena, czując, że Rascal trąca mnie mokrym nosem w gołe udo. Odruchowo kładę dłoń na głowie psa i zaczynam go głaskać.
– Wydaje mi się, czy tu mieszkasz? – wypalam, zanim sobie uświadomię, że to niezbyt dobry pomysł.
A Soren mruczy tylko coś, co może być jednocześnie „tak”, „nie” i „giń w męczarniach, kobieto”.
Przymykam powieki i nabieram powietrza głęboko w płuca, by po chwili głośno je wypuścić.
Nie wiem, co w tej chwili Cairn widzi w moich oczach, ale to wystarcza, by mruknął:
– Lepiej, jeśli porozmawiasz z Jedem.
Z Jedem.
Nie „z twoim ojcem”. Dla niego to zawsze był Jed. Nawet kiedy Soren przeniósł się na farmę, nigdy nie zwracał się do taty inaczej. Jakby mimo różnicy wieku zaprzyjaźnili się w tej samej sekundzie, w której się poznali.
Nigdy nie potrafiłam pojąć ich dziwacznej relacji.
– Powiesz mi chociaż, dlaczego trafił do szpitala? – dociekam, ignorując to, jak łamie mi się głos.
Sama już dawno spróbowałabym się z nim skontaktować, ale wiem, że jego komórka leży porzucona gdzieś w tym wielkim domu. Tata zawsze powtarzał, że nigdy nie stanie się niewolnikiem współczesnych technologii. I właśnie z tego powodu rozmawialiśmy jedynie wtedy, kiedy to on dzwonił do mnie. Dlatego też zostałam zdana na łaskę i niełaskę najbardziej niewspółpracującego mężczyzny, jakiego poznałam w życiu.
– Powinnaś porozmawiać z n i m.
Tym razem to ja warczę, naprawdę.
A Soren kompletnie nic sobie z tego nie robi, tylko odpycha się od blatu i kieruje do wyjścia z kuchni.
– Doprowadź się do porządku, Montana – odzywa się jeszcze, zerkając na mnie przez ramię, a kiedy zauważa, że rozchylam usta, by mu przerwać, dodaje: – Widzimy się rano.
Jego ton jest taki oschły, wydaje się tak… pozbawiony jakiejkolwiek troski, że wbrew sobie czuję wzbierające w oczach łzy.
On na szczęście ich nie widzi, bo już się odwraca i zmierza w głąb domu.
Słyszę jeszcze, jak cmoka na Rascala i woła go po imieniu, ale pies…
Przytula się do mojej nogi i przysięgam, że z jego pyska wydostaje się coś, co brzmi jak krótkie: „no”.
Śmieję się zduszenie, patrząc na dwukolorowe oczy zwierzęcia rozumiejącego lepiej, że naprawdę nie chcę być teraz sama.
– Przeklęty zdrajca – dobiega mnie jeszcze uwaga oddalającego się Sorena, kiedy osuwam się wzdłuż szafki i opadam na tyłek tuż obok Rascala.
Futrzak pakuje mi się na kolana swoim wielkim cielskiem i po sekundzie zaczyna zlizywać moje łzy, przez co uśmiecham się odrobinę szczerzej.
A gdy w domu zapada głęboka cisza, w której wyraźnie słyszę cykanie świerszczy zza okien, uświadamiam sobie, że naprawdę tutaj jestem.
W domu.
Nie wiem jednak, co mnie tu czeka. I nie wiem, co dalej zrobić ze swoim życiem.
Wiem za to, że teraz nie muszę podejmować żadnej decyzji. Dlatego też ruszam do swojego pokoju na górze, z psem u boku, biorę gorący prysznic, wkładam ulubioną różową piżamę i zakopuję się w pościeli.
Kiedy Rascal wpycha mi się pod ramię, a ja zatapiam palce w jego miękkiej sierści, pozwalam sobie na cichy płacz.
– Wszystkiego najlepszego, Chey – szepczę sama do siebie, mając pewność co do jednego.
Nigdy nie zapomnę swoich dwudziestych piątych urodzin.
CHEYENNE
– Pieprzone gówno! – warczę i kopię z bezsilności koło mojej Mazdy.
I od razu klnę, gdy ból promieniuje od palców wzdłuż nogi.
Sapię i opieram dłonie na biodrach, patrząc ponuro na auto nadal znajdujące się na wózku przypiętym do pick-upa Sorena.
Nienawidzę tego faceta.
Na pewno zrobił to specjalnie. A w zasadzie nie zrobił – nie odłączył mojego wozu, żebym nie mogła pojechać do taty.
Przecieram twarz; tej nocy nie zmrużyłam oka i gdyby nie to, że Rascal spał smacznie obok aż do rana, pewnie spędziłabym te kilka godzin na smętnym krążeniu po domu.
Pustym domu, bo właśnie taki wydaje się bez ojca. Nawet jeśli w jednym z pokojów gościnnych najwyraźniej pomieszkuje Cairn.
P o m i e s z k u j e.
Zamierzam to sobie powtarzać, bo nie mogę nawet myśleć o tym, że mógłby tutaj po prostu mieszkać.
Niby dlaczego?
Jezu, nie pojawiłam się tutaj zaledwie od roku, a odnoszę wrażenie, że zmieniło się zupełnie wszystko.
– Co ty, na litość boską, wyprawiasz, Montana? – dobiega mnie niski i dudniący głos.
Odwracam się w stronę wejścia i na moment zapominam języka w gębie.
Mięśnie.
Je widzę najpierw, jakby napieprzały mnie swoją zajebistością wręcz neonowym bilbordem. Dopiero po chwili orientuję się, że na ganku stoi Soren. W samych nisko wiszących, niezapiętych dżinsach. Z gołym torsem, na którym odznaczają się twarde krzywizny mięśni. O złocistej skórze upstrzonej kropelkami, jakby Cairn dopiero co wziął prysznic. I z klatą obsypaną ciemnymi włoskami zwężającymi się wzdłuż brzucha w cienką linię płynącą do czarnych bokserek.
Do diabła…
Mrugam i skupiam się na jego twarzy, dzięki czemu zauważam, że drugim ręcznikiem wyciera właśnie długie włosy i… patrzy na mnie jak na kosmitkę.
– Jadę do taty – mamroczę, tracąc całą pewność siebie.
Odwracam głowę i uparcie wbijam wzrok we wschodzące nad pastwiskami słońce.
– Odwiedziny zaczynają się o ósmej.
Super.
Dobrze wiedzieć.
Zaciskam zęby.
– Mógłbyś się, proszę, ubrać? – pytam, prawie warcząc.
I przysięgam, słyszę prychnięcie.
A zaraz potem rozlega się trzask wejściowych drzwi. Spoglądam w tamtą stronę i kręcę głową z niedowierzaniem. Mogłam przemilczeć. Mogłam udawać, że widok jego męskiego ciała zupełnie nie robi na mnie wrażenia.
Zamiast tego zachowałam się jak napalona idiotka.
Czując złość na samą siebie, podchodzę do schodów i opadam na nie ciężko. Opieram głowę o kolumnę balustrady i wgapiam się w przestrzeń, choć nie dostrzegam zupełnie nic. Skupiam się na własnych myślach, a raczej na tym, by je jakoś uporządkować.
Kiedy drzwi za moimi plecami znów się otwierają, udaję, że tego nie słyszę. Po chwili za to wyraźnie czuję wciskający się pod moje ramię mokry nos, a potem Rascal liże mnie po policzku.
– Dobra psinka – mamroczę i podskakuję nerwowo, gdy tuż przed oczami materializuje mi się parujący kubek.
– Kawa. Śniadanie. Prysznic – dudni nade mną głos Sorena. – Potem zawiozę cię do Jeda.
Odbieram napój, zbyt zaskoczona, by od razu się odezwać. A kiedy to robię i zerkam przez ramię na wchodzącego już do środka, ubranego Cairna, boję się, że jest za późno.
Mimo to mówię szybko:
– Dziękuję.
Zamiera z ręką na klamce, nawet się nie odwracając.
– I przepraszam, że jestem taką suką. Ostatnio… dużo się działo. – Niedopowiedzenie roku.
Wyraźnie widzę, że Cairn nabiera głęboko powietrza, a potem powoli je wypuszcza. Czekam, choć trwa to wieki. I kiedy już myślę, że zamierza tak stać po wsze czasy, postanawia się łaskawie odezwać:
– Wczoraj miałaś urodziny. Wszystkiego najlepszego.
I znów zostawia mnie samą.
Zagapiam się w drzwi. To…
Nawet nie wiem, jak mam nazwać to, co właśnie się tutaj stało.
Soren, odkąd pamiętam, wydawał się dziwny. Zawsze mnie unikał i traktował raczej jak nieznośną, o wiele młodszą siostrę, którą należy tolerować, nawet jeśli się jej nie lubi. Gdy zmieniłam się w dorastającą nastolatkę, wszystko tylko się pogorszyło. Jasne, wiedziałam, że zawsze mogę na niego liczyć, że pomógłby mi, gdybym tylko się do niego zwróciła. Przez większość mojego życia stanowił pewną stałą wartość, pewnik, który zawsze po prostu jest. Wiem też, że był taki etap, kiedy Soren pobłądził. Wtedy tata bardzo się o niego martwił, ale nigdy nie wchodził w szczegóły; poza tym mieliśmy swoje problemy. Ja wyjechałam z Horseshoe Bay wraz z mamą, żeby robić karierę. Miałam szesnaście lat. Przez dwa lata krążyłyśmy między domem a kolejnymi koncertami, studiami nagraniowymi, programami telewizyjnymi. Mama mnie pilnowała, opiekowała się mną, sprawiła, że się nie pogubiłam.
I umarła.
W międzyczasie pojawił się Chad.
Chad ze swoim hollywoodzkim uśmiechem, w garniturze i kowbojskich sztybletach. Wziął mnie pod swoje skrzydła jako producent, a potem, kiedy byłam już pełnoletnia – i samotna bez mamy – dość szybko wkradł się do mojego serca.
Przejął jej obowiązki, stał się moim mentorem, przyjacielem, a w końcu także kochankiem.
W tym czasie zaglądałam do domu rzadko.
Każdy powrót wiązał się ze wspomnieniami. Za każdym razem wciąż na nowo przeżywałam śmierć mamy. Niespodziewaną i nagłą. Kompletnie niezrozumiałą śmierć, która nie powinna się wydarzyć.
A tata po prostu mnie wspierał. Nigdy nie miał pretensji, że nie wróciłam na święta. Rozumiał, że muszę występować, a kiedy koncerty odbywały się bliżej, zawsze przyjeżdżał. Nie miałam mu za złe, że nie jeździł ze mną po całych Stanach. Śmiałam się, że potrafi oddychać tylko powietrzem wokół Silver Spur Ranch, a gdzie indziej się dusi.
Przez to, że prawie całą dorosłość spędziłam poza domem, odnoszę wrażenie, że tak naprawdę w ogóle nie znam Sorena Cairna.
I wcale nie chcę go poznać.
Chcę za to zobaczyć tatę, upewnić się, że wszystko z nim w porządku, wrócić tutaj i w ciszy lizać rany.
Potrząsam głową, odrzucając od siebie te wszystkie myśli, i wstaję ku niezadowoleniu Rascala mruczącego na mnie z oburzeniem. Zaraz potem jednak biegnie gdzieś przed siebie, by zająć się psimi sprawami, a mnie nie pozostaje nic innego, jak podporządkować się facetowi, którego obecności tutaj w ogóle nie rozumiem.
Wchodzę do domu i z kawą kieruję się do kuchni. Zaczyna mi burczeć w brzuchu i mam ochotę jedynie na…
– Och – sapię, widząc czekające na wyspie śniadanie. – To dla mnie? – pytam Sorena opartego o szafki.
Kiwa głową i unosi do ust kubek, nie spuszczając ze mnie wzroku, aż czuję ciarki na całym ciele.
– Jedz – mamrocze jeszcze, a ja drżę na ten ostry ton.
Boże, ale się rządzi, myślę, lecz milczę. Może powinnam brać z niego przykład i oszczędzać słowa. Przynajmniej zyskam pewność, że nic głupiego nie wypadnie mi z ust.
Z głębokim westchnieniem biorę się za omlet z warzywami i już po pierwszym kęsie jęczę bezwstydnie.
– Pyszne – wyduszam, ale gdy zerkam na Sorena, dostrzegam, że nerwowo zaciska zęby i…
No tak.
Wychodzi.
– Czekam na zewnątrz – rzuca na odchodne.
Boże, to tak, jakby nie potrafił wytrzymać ze mną w jednym pomieszczeniu dłużej niż chwilę.
To… przykre, decyduję w końcu, gdy zostaję sama.
Omlet już nie smakuje tak dobrze, ale posłusznie go kończę i wypijam całą kawę.
A wtedy, skoro już tak słucham Sorena, postanawiam wziąć ten cholerny prysznic. Rano jedynie się przebrałam i umyłam twarz oraz zęby, chcąc jak najszybciej jechać do szpitala, ale teraz, gdy spoglądam na swoje odbicie w lustrze wiszącym w łazience przy mojej sypialni, dochodzę do wniosku, że pomysł Cairna wcale nie był najgorszy.
Ogarniam się więc, by nie wystraszyć mojego staruszka, i nawet robię delikatny makijaż, a potem wkładam świeże dżinsy, białą koszulkę i czerwoną flanelową koszulę taty, którą ukradłam mu lata temu.
Biorę głęboki wdech i stwierdzam, że teraz prezentuję się o niebo lepiej. Moje ciemne oczy nie są podkrążone, a przynajmniej nie widać tego dzięki korektorowi, i choć nie błyszczą szczęściem, tata nie powinien się zorientować, że coś jest nie tak.
Wychodzę z domu w pośpiechu, a gdy jestem już na zewnątrz, zauważam, że Soren zdążył odpiąć moją Mazdę i zaparkować ją przed garażami. Sam z kolei czeka na mnie oparty o pick-upa. Z ponurą miną i założonymi na torsie ramionami wygląda złowrogo, przez co uznaję za okrutny żart losu to, że właśnie na nim muszę teraz polegać.
Jakby wszechświat nie mógł podsunąć mi kogoś milszego.
Naprawdę, ale naprawdę by mi się to teraz przydało.
Kiedy schodzę po stopniach, przyłapuję Cairna na tym, że intensywnie mi się przygląda. Mam nadzieję, że w jego oczach wyglądam już na godną spotkania z ojcem, bo naprawdę nie zniosę ani chwili zwłoki dłużej.
– Możemy jechać? – proszę cicho, wbijając dłonie w tylne kieszenie spodni.
Mała torebka zsuwa mi się z ramienia, ale olewam to, uwięziona nagle w spojrzeniu Cairna.
Nie mówi jednak nic – nie żeby mnie to jakoś specjalnie dziwiło – i tylko kiwa głową, odbijając się od karoserii, a potem bez słowa otwiera mi drzwi, jak przystało na porządnego mruka dżentelmena.
Zwariuję z nim.
Wsiadam do auta i próbuję nie oddychać. Ten zapach… Jestem w domu od kilkunastu godzin, a już wiem, że ten pobyt będzie należał do wyjątkowo trudnych.
A kiedy Soren zajmuje miejsce obok, atmosfera robi się jeszcze gęstsza.
Ruszamy, a ja zaczynam hiperwentylować, bo wiem, że za parę chwil zobaczę tatę. I dowiem się, co się stało. Nie zdołam już dłużej kryć się za fasadą fałszywej radości, walić głupimi tekstami i zgrywać idiotki. Zderzę się z rzeczywistością.
A nawet nie wiem, czego oczekiwać.
Dopiero kiedy na moim kolanie ląduje wielka, męska dłoń, dociera do mnie, że cały czas podrygiwałam nogą.
– Spokojnie – słyszę i…
Biorę głęboki wdech.
Bo to krótkie „spokojnie” wypowiedziane najbardziej burkliwym i twardym tonem, jaki w życiu słyszałam, sprawia, że moje płuca przypominają sobie, jak pracować.
Z zupełnie niezrozumiałego powodu to jedno „spokojnie” powoduje, że wstępuje we mnie nowa siła.
A jej źródło siedzi obok, marszczy brwi i spogląda na świat tak, jakby wszystko go oburzało. I mimo to wiem, że mogę na niego liczyć. Zawsze mogłam.
Cokolwiek mnie czeka, Soren stanie tuż obok. Nawet jeśli jego dotyk znika tak szybko, że mogłabym sobie wmówić, że w ogóle się nie pojawił.
CHEYENNE
Widok gmachu Baylor Scott & White Medical Center w Marble Falls wywołuje we mnie przerażenie i nie wiem, jak sobie z tym poradzić.
– Wszystko w porządku?
Tak. Nie.
Nie wiem.
Wzdycham i zerkam na Sorena, który zatrzymuje się u mojego boku. Nie patrzę na niego; jeśli to zrobię, chyba się rozpłaczę.
– Chodź, Montana – dodaje, kiedy uparcie milczę, ale jego ton po raz pierwszy brzmi odrobinę łagodniej.
A to wcale nie napawa mnie nadzieją, wręcz przeciwnie. Jeśli Cairn jest dla mnie miły, to sytuacja musi być poważna.
Idziemy powoli, jakbym nie mogła zmusić nóg do szybszego ruchu, ale Soren w żaden sposób mnie nie pogania.
Nowoczesny budynek został skonstruowany tak, żeby samym swoim wyglądem dawać ludziom nadzieję. Ciekawa jestem, czy architekt zdaje sobie sprawę z tego, że zawiódł. Jasny kamień wapienny i szkło sprawiają, że to miejsce wydaje się pozbawione duszy. Nie to jednak powoduje, że serce podchodzi mi do gardła, lecz to, dokąd prowadzi mnie Cairn.
Z każdym krokiem paraliżuje mnie coraz głębszy strach. Idę, ale odnoszę wrażenie, że moje nogi pracują same, bez udziału świadomości. Ledwie oddycham, tak bardzo emocje ściskają mi gardło.
– Spokojnie… – mruczy Soren i sięga do mojej dłoni, po czym muska ją opuszkami.
Zerkam na niego dopiero, gdy zatrzymujemy się przed drzwiami prowadzącymi do oddzielnego skrzydła. Tuż nad nimi widnieje napis „Oddział onkologiczny”.
– Jak mogłeś mi nie powiedzieć – wyduszam, czując wzbierające pod powiekami łzy.
Mrugam pospiesznie, by je odgonić, choć wiem, że to na nic.
– Jed nie chciał…
Unoszę dłoń, by nawet nie próbował tego kończyć.
Patrzę na niego z bólem, a on nie odwraca wzroku od mojej twarzy. W końcu klnie cicho pod nosem i położywszy mi rękę w dole pleców, prowadzi mnie przez drzwi, a następnie pod salę numer trzynaście. Zabawne, że jeszcze do niedawna uważałam tę liczbę za swoją szczęśliwą.
– Zaczekaj, Chey – prosi miękko Soren. – Jed nie wie, że tutaj jesteś.
Otwieram usta, ale zaraz je zamykam, bo to nie mieści mi się w głowie. Jak dotąd nikt nas nie zaczepił, a może to ja nie zwracałam uwagi na nic wokół. Teraz, kiedy zostaję sama przed jasnymi drzwiami, zaczynam się rozglądać. Muszę skupić się na czymkolwiek, żeby nie zwariować.
Kiedy recepcjonistka siedząca za ladą rejestracji posyła mi pokrzepiające i dość smutne spojrzenie, odwracam się gwałtownie w stronę fotografii teksańskich krajobrazów. Wydają mi się tu zupełnie nie na miejscu. Przy dużych oknach postawiono fotele wyglądające na wygodne, na ścianie wisi mały telewizor, a na stoliku leżą słuchawki. Wszystko, by zapewnić komfort pacjentom. Tylko ten widok pustych kroplówek na stojakach przed drzwiami do poszczególnych pokojów sprawia, że zaczynam drżeć.
Co ja robię?, myślę, wracając przed salę taty.
Dlaczego pozwalam Sorenowi tak się rządzić?
Zaciskam zęby i bez pukania wparowuję do pomieszczenia w samą porę, by usłyszeć dudniący głos Cairna:
– Musisz jej w końcu powiedzieć.
Mrugam, zatrzymując się tuż za progiem. To, co widzę, rozpieprza mnie w niemożliwy do określenia sposób.
Mój ojciec, ten postawny i silny mężczyzna, który w moich oczach był niezniszczalny, wygląda żałośnie… słabo w białej pościeli, z rurkami rozprowadzonymi tu i ówdzie i siwizną, która zdążyła pokryć całą jego czuprynę podczas minionego roku.
R o k u.
Do diabła, tak wiele mnie ominęło.
– Tato… – szepczę, czując pierwszą łzę na policzku.
Dopiero wtedy mnie zauważają. Soren zaciska zęby, ale szybko odwracam od niego wzrok i patrzę już tylko na ojca.
– Gwiazdeczko – cmoka, jakby mnie strofował. – Chodź tu.
Prawie do niego podbiegam i od razu rzucam się w jego objęcia, na co śmieje się cicho, ale potwornie chrapliwie.
Bardziej czuję, niż widzę, że Soren się wycofuje, dając nam przestrzeń. Mówi nawet, że poczeka na zewnątrz, ale ja nadal nie poświęcam mu nawet sekundy uwagi. Kipi we mnie irracjonalny gniew; może po prostu szukam ofiary, by móc się na kimś wyżyć. Wiem, że Cairn nie jest mi nic winien, ale…
Spodziewałam się po nim więcej.
Kiedy już zostajemy sami, odsuwam się niechętnie i przysiadam na brzegu materaca. Ściskam rękę taty, tę z wbitym w nią wenflonem, i zastanawiam się, za jak złą córkę mnie ma, skoro uznał, że musi to ukryć.
– Jak bardzo jest źle? – zadaję najważniejsze pytanie.
On jedynie się uśmiecha, a to sprawia, że zaczynam łkać.
– Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?
Zakłada mi włosy za ucho i kładzie drugą dłoń na naszych połączonych rękach.
– Gwiazdeczko, masz swoje życie. Nie powinnaś się zajmować starym ojcem. – Te słowa sprawiają, że tlący się w moim sercu gniew na Sorena przenosi się także na tatę.
– Nie miałeś prawa decydować za mnie. – Wyszarpuję się i zrywam z łóżka, a potem podchodzę do okna i wyglądam przez nie, chociaż przysięgam, że niczego nie widzę.
– Cheyenne… – zaczyna miękko po dłuższej chwili, ale milknie, gdy kręcę głową.
– Nie. – Drży mi głos, a mimo to kontynuuję, choć nie wiem, czy nie pęknę. – Wiesz, jak się czułam, kiedy odeszła mama. Jak oboje się czuliśmy… – Spoglądam na niego ze łzami w oczach. – Nie potrafię zrozumieć, dlaczego mi tego nie powiedziałeś, dlaczego nie zadzwoniłeś.
– Gdybym to zrobił, wróciłabyś do domu pierwszym samolotem.
Sapię, rozżalona.
Ma rację, ale to kompletnie niczego nie zmienia.
– Oczywiście, że bym to zrobiła. Nie ma niczego ważniejszego od ciebie. Od domu.
Uśmiecha się do mnie łagodnie. Boże, jego twarz jest taka ziemista, blada. Przeraża mnie ten widok. Mimo to kiedy klepie delikatnie materac, wracam do niego bez zawahania.
– Wczoraj były twoje urodziny – zaczyna, a ja kręcę głową, bo to przecież nieważne. – Po raz pierwszy nie zdołałem złożyć ci życzeń, więc… zrobię to teraz. – Ściska mocniej moją dłoń, nie dając mi się wtrącić. – Goń marzenia, gwiazdeczko. Tylko tego ci życzę. A ja… – Uśmiecha się łagodnie, ale z wyraźnym wysiłkiem. – Ja spełniłem swoje. Ty jesteś spełnieniem moich marzeń – podkreśla, unosząc rękę do mojej twarzy. Gdy gładzi mój policzek, z oczu wypływa mi świeża fala łez. – Gdybyś tutaj wróciła, nie zdobyłabyś tej swojej upragnionej nagrody – chrypi i nagle zaczynam rozumieć, jak bardzo jest zmęczony, jak słabo się czuje. – Nie wybaczyłbym sobie, gdybyś zrezygnowała z marzeń.
Pociągam nosem.
– Ta nagroda zupełnie się nie liczy – szepczę.
Tata spogląda tak, że już wiem, że kolejne jego słowa okażą się jednymi z ważniejszych, jakie usłyszę w życiu.
I być może jednymi z najboleśniejszych.
– Nie możesz żyć moim życiem. Nie możesz rezygnować z siebie na rzecz kogokolwiek innego, Cheyenne. Jeszcze tu jestem. – Uśmiecha się. – A twoja obecność niczego by nie zmieniła. Nie wyleczyłaby mnie.
– Ale dostalibyśmy więcej czasu – sapię, ocierając twarz wolną ręką.
– Wciąż go mamy. Nigdzie się na razie nie wybieram.
Wiem, że chce mnie tylko pocieszyć. A utwierdzam się w tym kilkanaście minut później, kiedy się upieram, by porozmawiać z lekarzem.
Soren wraca do ojca i posyła mi nieodgadnione spojrzenie, a ja zmierzam wprost do wskazanego mi przez pielęgniarkę gabinetu. Gdy tam trafiam, nawet się nie rozglądam. W całości skupiam się na starszym mężczyźnie, który zaprasza mnie gestem na fotel przed biurkiem i po formalnym wstępie zaczyna omawiać stan taty.
Niedrobnokomórkowy rak płuca w stadium czwartym.
Zdarza się często, ojciec nie jest żadnym wyjątkiem, a to, że przez całe życie wypalił tysiące cygar, z pewnością mu nie pomogło.
Ani to, że bardzo długo ignorował wszelkie objawy, a kiedy wreszcie trafił do lekarza, okazało się, że już za późno.
Teraz jest już za późno.
Gdy słyszę, że pozostaje jedynie łagodzenie objawów, że pojawiły się przerzuty do kości, że musimy zapewnić mu spokojne ostatnie tygodnie życia…
Nie potrafię nazwać tego, co dzieje się w moim sercu.
– Pani tata zdecydował, że chce spędzić te chwile w domu. Trafił do nas z silnym wyniszczeniem organizmu, bólami kości i głowy… – Milknie, dostrzegłszy moją minę.
Nie potrafię tego słuchać.
Później dowiaduję się jeszcze, co czeka nas w najbliższej przyszłości, ale proszę, by lekarz wszystko mi zapisał, bo nie zdołam tego zapamiętać.
A gdy wracam do taty, nie odzywam się ani słowem. Po prostu kładę się przy nim na łóżku, wtulam w jego wątłe ciało i słucham, jak rozmawia z Sorenem, jakby nic złego się nie działo.
Jakby właśnie nie zawalił mi się na głowę cały świat.
1ACM Awards – Academy of Country Music Awards; jedno z najbardziej prestiżowych wyróżnień w świecie muzyki country, przyznawane od 1966 r. przez Akademię Muzyki Country. Charakterystyczna jest statuetka (tzw. „hat trophy”) w kształcie kapelusza kowbojskiego. Ceremonia wręczenia odbywa się w kwietniu lub maju każdego roku (przyp. aut.).
2 Potoczna nazwa trendu wiązanego z Leonardem DiCaprio; odnosi się zrywania relacji przez sławnych mężczyzn z kobietami zbliżającymi się do 25. roku życia (przyp. aut.).
