Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Ostatni król Polski” to oczywiście metafora, ale Józef Piłsudski jest bez wątpienia jedną z najważniejszych i najbardziej fascynujących postaci w historii Polski XX wieku. Symbol walki o niepodległość, Naczelnik Państwa, Marszałek, mąż stanu – przez całe życie pozostawał człowiekiem bezkompromisowym i pełnym sprzeczności. Za legendą wielkiego polityka i dowódcy kryje się także prywatna historia: małżeństwa, rodzinne dramaty i romanse. Kobiety odgrywały w jego życiu ważną rolę – były jego partnerkami, współpracowniczkami i powierniczkami, wspierały go w działalności konspiracyjnej. Maria, Aleksandra, Leonarda, Eugenia – ich losy pozwalają spojrzeć na Marszałka z zupełnie innej perspektywy. Ta książka opowiada o Piłsudskim, którego nie znamy z podręczników.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 464
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fot. 1. Józef Piłsudski w 1930 roku
© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2026
Konsultacja: Sylwia Łapka-Gołębiowska
Redaktorka prowadząca: Ewa Kubiak
Redakcja: Katarzyna Kośmicka
Korekta: Magdalena Jabłonowska, Katarzyna Kośmicka
Skład: Igor Nowaczyk
Projekt okładki: Magdalena Wójcik-Zienkiewicz
Retusz zdjęcia okładkowego: Katarzyna Stachacz
Zdjęcia na okładce i źródła ilustracji: Wikimedia Commons,
Narodowe Archiwum Cyfrowe
Zdjęcie autorki: © Maciej Zienkiewicz Photography
Producenci wydawniczy: Magdalena Wójcik-Zienkiewicz, Wojciech Jannasz
Wydawca: Marek Jannasz
Lira Publishing Sp. z o.o.,
al. J.Ch. Szucha 11 lok. 30, 00-580 Warszawa
www.wydawnictwolira.pl
Wydanie pierwsze
Warszawa 2026
ISBN: 978-83-68987-17-1 (EPUB); 978-83-68987-18-8 (MOBI)
Wydawnictwa Lira szukaj też na:
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Gdy w 1920 roku „Rzeczpospolita” zamieściła notatkę o rzekomym odnalezieniu polskich regaliów w piwnicy kościoła we Włodzimierzu Wołyńskim, wybuchła niemała sensacja. Informacja jawiła się jako wielce prawdopodobna, bo od przeszło stu lat krążyła pogłoska, jakoby polskie insygnia królewskie wcale nie zostały wywiezione przez Prusaków za czasów rozbiorów – rzekomo ukryli je sprytni krakowscy kapucyni. Kiedy władze pruskie wszczęły intensywne poszukiwania zaginionych skarbów, mnisi wywieźli je do Włodzimierza Wołyńskiego i powierzyli pieczy miejscowych duchownych z Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów – a ci ukryli je gdzieś w pobliskiej świątyni i wszelki ślad po kosztownościach zaginął. Źródłem owej sensacyjnej relacji był ówczesny tamtejszy proboszcz, który – działając bez porozumienia ze zwierzchnikami – zawiadomił redakcję gazety o tajnej misji wysłannika najwyższych władz wojskowych. Do Włodzimierza miał przyjechać kapitan Żmigrodzki, który był owym wysłannikiem, wraz z dwoma innymi wojskowymi i cywilem. A potem, uzyskawszy po kilkunastu godzinach zgodę proboszcza, wspomniana ekipa znalazła dużą skrzynię z regaliami, które przepakowano do mniejszych skrzynek i umieszczono w samochodzie, który miał ruszyć w stronę Warszawy. Zaniepokojony ksiądz zawiadomił o wszystkim zwierzchników, a ci – podejrzewając, że oszuści podający się za wojskowych dopuścili się kradzieży – zwrócili się z prośbą o interwencję do Naczelnika Państwa. Jak się ostatecznie okazało, w kościele regaliów nie zastano, aczkolwiek rzeczywiście znaleziono tam kosztowności, które w obawie przed złodziejami wywieziono w bezpieczniejsze miejsce.
Ministerstwo Spraw Wojskowych wydało w tej sprawie stosowny komunikat, ale ferment pozostał; wówczas to pojawiła się plotka, jakoby regalia wywieziono do Warszawy na polecenie Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego, który miał mieć zamiar wykorzystać je... podczas swojej koronacji na króla. Prawdę mówiąc – już wcześniej mówiono o monarszych ambicjach Komendanta – kiedy w 1919 roku podczas tzw. wyprawy wileńskiej jego wojska zdobyły stolicę niegdysiejszego Wielkiego Księstwa Litewskiego, szeptano, jakoby Piłsudski miał zamiar ogłosić się wielkim księciem litewskim. Inna plotka głosiła, że książęcy kołpak nałoży na głowę córki, której doczekał się z żydowską nałożnicą. Nie było w tym krzty prawdy, poza twierdzeniem o córce z nieprawego łoża, przy czym jej matka bynajmniej nie wywodziła się z rodu Abrahama.
Piłsudski nigdy nie zwieńczył swej głowy koroną, ale kiedy w 1918 roku przejmował władzę nad wojskiem i otrzymał misję utworzenia rządu, istniało przecież Królestwo Polskie. To namiastka polskiego państwa łaskawie podarowana Polakom Aktem 5 listopada przez władców Niemiec i Austro-Węgier, prawdziwe królestwo bez króla, w którym władzę piastowała Rada Regencyjna. Istniał wprawdzie projekt wyniesienia na tron polski dynasty niemieckiego, ale nikogo konkretnie nie zaproponowano. Nieśmiało mówiono o polskim Habsburgu księciu Karolu Stefanie, posiadaczu dóbr żywieckich, doskonale władającym mową Słowackiego i Mickiewicza, ale ostatecznie nie poczyniono żadnych konkretnych kroków, które miałyby doprowadzić do osadzenia go na tronie. Pomysł był z góry skazany na niepowodzenie, bo zawierucha wojenna strąciła z tronów zarówno Habsburgów, jak i Hohenzollernów, a cara Mikołaja II Romanowa wraz z żoną i dziećmi zamordowali bolszewicy. Tron ówczesnego króla Anglii Jerzego V również drżał w posadach, a monarcha zawdzięczał zachowanie korony sprytnemu zabiegowi marketingowemu – de facto niemiecką nazwę dynastii Koburgów, do której należał, zmieniono na Windsor.
Klimat nie sprzyjał zatem odrodzeniu Rzeczypospolitej jako monarchii – nowe państwo musiało iść z duchem czasu i odrodzić się jako republika. Zresztą sam Piłsudski, gdy przejmował władzę z rąk Rady Regencyjnej, przyjął tytuł Naczelnika Państwa, co stanowiło jawne odwołanie do – niechętnej władzy królewskiej – tradycji insurekcyjnej. Na czapkach żołnierzy Legionów Polskich, w tym walczącej pod jego dowództwem Pierwszej Brygady Legionów, wprawdzie widniały orzełki, ale próżno szukać na ich głowach korony...
Możemy popuścić wodze fantazji i zastanowić się, co by się stało, gdyby Polska jednak odrodziła się jako monarchia, a wyboru króla dokonywano by na drodze elekcji albo powszechnych wyborów. W takiej sytuacji książę Karol Stefan miałby twardy orzech do zgryzienia, gdyż musiałby stanąć w szranki właśnie z brygadierem Józefem Piłsudskim. Nikt z ówczesnych działaczy niepodległościowych – począwszy od Dmowskiego, a na Daszyńskim skończywszy – nie cieszył się taką popularnością jak Komendant. No może poza światowej klasy pianistą Ignacym Janem Paderewskim. Wielkim atutem księcia był jego majątek i pochodzenie z cesarskiego rodu Habsburgów, ale przecież przodkami po mieczu Piłsudskiego byli książęta wielcy litewscy, jego matka zaś wywodziła się ze znamienitego rodu Billewiczów. Wprawdzie nie śmierdział groszem, ale za to dysponował wiernymi legionistami, gotowymi skoczyć za nim w ogień.
Jak wiadomo, Piłsudski królem nigdy nie został, chociaż polscy monarchiści proponowali mu koronę i stworzenie nowej dynastii. Dysponował jednak tak szeroką władzą i zbudował tak duży kapitał zaufania społecznego, że w oczach wielu zasługuje na miano ostatniego króla Polski. Historyk idei Dariusz Gawin w maju 2015 roku w audycji radiowej powiedział, iż Piłsudski był tak wielkim mężem stanu, że można go uznać za jednego z najbardziej udanych królów w historii naszego państwa[1]. Poza tym jest on jedną z nielicznych osób w dziejach Polski, na które powołują się współcześni politycy, niezależnie od poglądów. Nawet znany polski grafik Andrzej Ryszard Heidrich, autor projektów polskich banknotów oraz wielu znaczków pocztowych, gdy pracował nad projektem Pocztu władców polskich, obok czterdziestu trzech koronowanych monarchów jako czterdziestego czwartego króla umieścił właśnie Marszałka. Nie można zapominać, że Piłsudski był nie tylko wielkim przywódcą, ale również – podobnie jak Churchill – wielkim dziejopisarzem. Jego teksty, włącznie z przemówieniami, czyta się po dziś dzień bardzo dobrze, czego nie da się powiedzieć chociażby o wystąpieniach Daszyńskiego, którego uważano za świetnego mówcę.
Chociaż jego skroni nigdy nie zwieńczono koroną, Piłsudski pozostawał zwolennikiem silnej władzy skupionej w jednym ręku. I tak jak w przeszłości władcy Rzeczypospolitej szlacheckiej zmagali się ze szlachtą torpedującą w sejmach i sejmikach ich pomysły oraz z rokoszami poddanych, tak on wojował z sejmem, który tę władzę ograniczał. Nie kwestionował potrzeby istnienia parlamentu, ale uważał, że zarówno sejm, senat, jak i rząd powinny być podporządkowane silnej władzy prezydenckiej, czego odbiciem jest konstytucja kwietniowa, przez wielu uważana za polityczny testament Marszałka.
Karierę zaczynał w Polskiej Partii Socjalistycznej, ale trudno uznać go za ideowego socjalistę; kiedy tylko zdobył władzę, nie opowiadał się za żadną partią ani za żadnym stronnictwem; za najważniejszy uznawał interes państwa. Problem polegał jednak na tym, że tak samo jak wszyscy władcy absolutni w dziejach świata, uważał, iż sam wie najlepiej, co jest dla państwa i narodu najkorzystniejsze. I nie dopuszczał innych rozwiązań. Piłsudski nie miał wykształcenia wojskowego, a całą wiedzę z dziedziny wojskowości czerpał z książek, przez co niejednokrotnie wchodził w konflikt z dowódcami z kierunkowym wykształceniem. Mimo to okazał się dobrym strategiem i wspaniałym wodzem, który bez najmniejszego problemu potrafił sobie zapewnić nie tylko lojalność, lecz także wręcz miłość podkomendnych.
Polska i Polacy bez wątpienia zawdzięczają Piłsudskiemu wiele, i to nie tylko dlatego, że w bitwie nad Wisłą odegrał kluczową rolę w powstrzymaniu bolszewickiej nawałnicy. To właśnie dzięki jego działaniom zdołano zintegrować nasz naród, a nie było to łatwe po przeszło studwudziestoletniej niewoli. Dowodem tej integracji oraz poczucia odpowiedzialności za kraj, jakie polski naród osiągnął w ciągu kolejnych dwudziestu lat, w dużej mierze dzięki Marszałkowi, okazał się niemal powszechny opór Polaków wobec okupantów w czasie II wojny światowej.
Tak jak to bywało w przypadku niektórych władców, Piłsudskiego już za życia otaczała legenda, której rodowodu szukać należy w czasach Legionów. Jak słusznie zauważył jeden z przedwojennych biografów Marszałka – Wacław Sieroszewski – z czasem legenda wodza Legionów przekształciła się w legendę narodową. Jej uwiarygodnieniu na pewno sprzyjała niesamowita charyzma Piłsudskiego – emanował wręcz monarszą godnością. Kluczowy był również jego sposób bycia. Nie bez powodu król Rumunii na widok tego człowieka w zwyczajnym szarym mundurze automatycznie stanął na baczność! Już za życia stawiano Marszałkowi pomniki, a jego imieniny hucznie obchodzono w całej Polsce; opiewano go w wierszach i portretowali go najsłynniejsi malarze epoki, porównywano go do księcia Józefa Poniatowskiego, króla Jana III Sobieskiego czy Bolesława Chrobrego; celebrowano każdą rocznicę zwycięstwa nad Wisłą w 1920 roku. Jednak prawdziwy kult wokół osoby Marszałka apologeci zbudowali już po jego śmierci w 1935 roku.
Opiewany w wierszach i utworach prozatorskich Piłsudski nie był chodzącym ideałem; po dziś dzień nie brakuje przeciwników Marszałka, którzy podważają jego wielkość, zdolności dowódcze i oskarżają go o tłumienie w odrodzonej Polsce demokracji, a nawet o osłabianie armii; wypomina się też instrumentalne traktowanie podwładnych i megalomanię. Kolejny zarzut to niepotrzebne przelanie krwi rodaków w trakcie przewrotu majowego i stworzenie obozu koncentracyjnego, za jaki wielu uważa miejsce odosobnienia w Berezie Kartuskiej. Faktem jest, że największą wadą Marszałka pozostawało jego – przerośnięte do granic możliwości – ego, jak również graniczące z pewnością przekonanie o własnej genialności i nieomylności. Dowodzi tego wydane przez niego polecenie przekazania jego mózgu nauce; Piłsudski pozostawał święcie przekonany, iż ten jego organ jest zbudowany odmiennie, ponieważ uznawał siebie za jednostkę wybitną i myślącą inaczej. Niewątpliwie był także człowiekiem impulsywnym: w chwilach zdenerwowania nie przebierał w słowach, sięgał po wulgaryzmy, które pojawiały się nawet w jego rozkazach. Bohater niniejszej publikacji, choć zapamiętano go jako czułego i kochającego ojca, część życia spędził uwikłany w skomplikowany trójkąt miłosny i nie spieszyło mu się, by tę niewygodną sytuację uregulować. Jego partnerki zresztą bardzo boleśnie przekonały się o niełatwym charakterze Marszałka, a on sam do końca swych dni przeżywał uczuciowe rozterki.
Poznajmy zatem bliżej koleje losu Józefa Piłsudskiego, ostatniego króla Polski.
Fot. 2. Zdjęcie przedstawia członków wileńskiego kółka samokształceniowego „Spójnia” w 1885 roku, w tym przyszłego marszałka Józefa Piłsudskiego (trzeci od lewej) oraz jego starszego brata Bronisława Piłsudskiego (drugi od lewej)
W 1890 roku młody polski zesłaniec odbywający karę w Tunce, wiosce w rejonie tunkijskim Buriacji w Rosji, postanowił odwiedzić pewną sędziwą Jakutkę. Żyła w ubogiej jurcie pośrodku tajgi i w społeczności była znana z nadzwyczaj trafnych przepowiedni dotyczących tego, co ma nastąpić. Nauczona doświadczeniem staruszka znacznie chętniej opowiadała odwiedzającym o wszelkiego rodzaju pomyślnych zdarzeniach, które miał dla nich w zanadrzu ślepy los, a przezornie milczała na temat potencjalnych nieszczęść, dzięki czemu nie narzekała na brak klientów i wiodło się jej całkiem nieźle. Ale kiedy przyszedł do niej wspomniany wyżej zesłaniec, sprawy przybrały nieoczekiwany obrót: staruszka długo wpatrywała się w jego niezbyt spracowaną dłoń, a potem zesztywniała, tak jakby przeraziło ją to, co zobaczyła, i ku zaskoczeniu młodzieńca, wysyczała: „Carom budiesz!” (Carem będziesz!). Więcej, pomimo błagań zaskoczonego mężczyzny, nie dało się z niej wydobyć. Ponadto – co stanowiło jeszcze większe zaskoczenie – za ową wróżbę nie chciała wziąć pieniędzy. Młody człowiek się zdumiał: nie należał przecież do carskiej rodziny ani nie był spowinowacony z Romanowami. Poza tym nic nie wskazywało na to, że jest jakimś zaginionym dzieckiem imperatora czy jego bastardem, co mogłoby go predestynować do objęcia tronu w Rosji; gdyby chociaż był Rosjaninem, mógłby podejrzewać, że jakimś cudem obejmie władzę na skutek przewrotu, zamachu stanu czy innego kaprysu historii. Tymczasem on formalnie pozostawał poddanym cara, ale całym jestestwem się przeciwko temu faktowi buntował, pozostawał bowiem synem ziemi zniewolonej przez trzy państwa zaborcze, w tym także Rosję. Usłyszaną na Syberii wróżbę ten litewski – w dodatku niezbyt zamożny – szlachcic powinien był zatem potraktować z przymrużeniem oka. A jednak stara Jakutka w tym przypadku się nie pomyliła. Ten, z którego dłoni wyczytała taką przyszłość, miał się stać przywódcą narodu, który po latach niewoli odzyska własne państwo. I wprawdzie on sam nigdy nie zwieńczył swych skroni koroną, ale królował w sercach i umysłach Polaków. I władał nimi jeszcze długo po tym, jak pochowali go obok formalnych monarchów – Piastów, Jagiellonów i władców Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Ów zesłaniec, który pofatygował się do jurty Jakutki, nazywał się Józef Klemens Piłsudski.
Prawdę powiedziawszy, potencjalny car mógł się poszczycić nader imponującym pochodzeniem, gdyż jego ojciec – Józef Wincenty Piłsudski – wywodził swój ród od dynastii wielkich książąt litewskich. Twierdził, iż Piłsudscy pochodzą od Dowsprunga (Dowsprunka), starszego brata Mendoga, czyli pierwszego władcy zjednoczonej Litwy. Swojej gromadce dzieci wyjaśniał, jakoby bezpośredni protoplasta ich rodu książę Ginet wywodził się właśnie z rodu Dowsprungowiczów. On też miał złożyć podpis pod aktem unii horodelskiej[1] z 1413 roku. Nie bez przyczyny zatem jeden z pseudonimów konspiracyjnych bohatera niniejszej publikacji brzmiał właśnie „Ginet”. Protoplasta rodu doczekał się dwóch męskich potomków: Marka i Stanisława Giniatowiczów. Syn tego ostatniego, Bartłomiej Giniatowicz, w połowie XV stulecia przyjął nazwisko „Piłsudski” od majątku Piłsudy koło Rosień na Żmudzi. Piłsudscy pieczętowali się herbem Kościesza, „odmienną” bądź „uszczerbioną”, czasem zwaną „strzałą”. Nie zapisali się w sposób szczególny w historii Litwy – piastowali co prawda liczne, jednak niezbyt ważne urzędy w Wielkim Księstwie Litewskim, jak również byli właścicielami sporych dóbr na Żmudzi. Wywód przodków, wśród których znajdował się rodzony brat Mendoga, sprawiał, że należeli do najstarszych rodów litewskich, a to z kolei czyniło ich niebywale atrakcyjnymi na rynku matrymonialnym. I właśnie dlatego na przestrzeni dziejów Piłsudscy skoligacili się niemalże ze wszystkimi rodzinami szlacheckiej Litwy: z czasem do ich krewnych zaliczali się między innymi Giełgudowie, Puzynowie, Czapscy, Szemiothowie, Górscy, Billewiczowie, Butlerowie, Witkiewiczowie, a niektórzy biografowie dopatrują się u nich powiązań także z możnym i słynnym rodem Radziwiłłów.
Ojciec przyszłego Naczelnika odrodzonej Polski urodził się w 1833 roku w Rapszanach, jako najstarsze dziecko sędziego granicznego powiatu rosieńskiego Piotra Pawła Piłsudskiego i hrabianki Teodory Urszuli Otylii z Butlerów. W rodzinie babci przyszłego Komendanta żywa pozostawała pamięć o jej dziadku Wincentym Billewiczu, uczestniku powstania listopadowego, a sama Teodora angażowała się w pomoc walczącym. Do końca życia prześladowało ją wspomnienie o młodym powstańcu, który uciekał przed rosyjskimi żołdakami i schronił się w jej domu. Najwidoczniej był powstańczym kurierem, bo zanim został rozsiepany szablami prześladowców, zdążył jeszcze ukryć za stojącą w sieni komodą przewożone dokumenty...
Początkowo Piotr Paweł Piłsudski wydzierżawił rodzinne Poszuszwie młodszemu bratu, sam zaś osiadł w majątku należącym do jego żony, ale w okolicach 1849 roku wrócił do Rapszan, gdzie przyszły na świat jego dzieci. A doczekał się z Teodorą całkiem licznej gromadki potomstwa – poza Józefem Wincentym Piłsudscy mieli jeszcze siedmioro dzieci. Niestety, wieku dorosłego dożyło jedynie czworo: Waleria, po mężu Giedgowdowa (1834–1926), Julia, po mężu Bortkiewiczowa (1836–1910), Teresa, po mężu Symonowiczowa (1838 – ok. 1906), oraz Wincenty (1839–1916). Piotrowi Piłsudskiemu nie było pisane długie życie: zmarł 24 listopada 1851 roku.
Majątek rodziny miał przypaść najstarszemu potomkowi Teodory i Piotra – Józefowi Wincentemu, który po ukończeniu szkół w Krożach i Wikomierzu studiował agronomię w Instytucie Agronomicznym w Horyhorkach. Jak przystało na człowieka, który z mlekiem matki wyssał miłość do ojczyzny, bardzo szybko zaangażował się w działalność patriotyczną; a jako trzydziestoletni mężczyzna wziął czynny udział w powstaniu styczniowym – piastował urząd komisarza rządu powstańczego na powiat kowieński. Był już wówczas żonaty, bowiem w 1863 roku poślubił krewną, młodszą o dziewięć lat Marię Billewiczównę herbu Mogiła. Zanim młodzi stanęli jednak na ślubnym kobiercu, ze względu na łączące ich pokrewieństwo musieli wystarać się o indult[2] władz kościelnych zezwalający na zawarcie małżeństwa.
Panna Billewiczówna, podobnie jak jej przyszły mąż, wywodziła się z jednego z najstarszych litewskich rodów, posiadającego dobra na Litwie i Żmudzi. Nie bez powodu Henryk Sienkiewicz nadał to nazwisko ukochanej Andrzeja Kmicica z Potopu, co zresztą nie przypadło do gustu dziadkowi Marszałka ze strony matki. „Ten młokos Sienkiewicz nie wie nawet, co to Billewicze, a porywa się o nich pisać!”[3] – zżymał się, czytając o przygodach niepokornego Kmicica i jego miłości do jasnowłosej i czarnobrewej Oleńki. Litewskie rody Billewiczów i Piłsudskich szybko uległy polonizacji, co wcale nie dziwi, gdyż już w XVII stuleciu polszczyzna wyparła język ruski – a właśnie tym językiem posługiwała się szlachta Wielkiego Księstwa – tamtejsze elity przyjęły zaś polską kulturę. Mowa Kochanowskiego stała się nie tylko językiem szlachty, ale także duchowieństwa i ludzi nauki oraz językiem urzędowym.
Józef Piłsudski uważał się za Litwina, co z oddaniem godnym lepszej sprawy wytykali mu jego przeciwnicy polityczni i co często zarzuca się mu nawet obecnie. I rzeczywiście, Marszałek mówił o sobie „ja, Litwin”, lubił też podkreślać, że cechuje go typowy litewski upór, a w 1927 roku, gdy przemawiał na forum Ligi Narodów, gdzie odnosił się do sporu o Wilno, mowę zaczął od słów: „My, Litwini...”. Nie można jednak patrzeć na słowa Marszałka z perspektywy współczesnego człowieka, Piłsudski bowiem, używając tego określenia, odnosił się nie tyle do narodowości litewskiej, ile do jego miejsca zamieszkania – niegdysiejszego Wielkiego Księstwa Litewskiego, którego mieszkańcy byli przecież jednocześnie obywatelami Rzeczypospolitej. Gente Lithuanus, natione Polonus (pochodzeniem Litwin, narodowością Polak) – tak w dawnej Polsce mówiła o sobie szlachta mieszkająca na północy księstwa, a mieszkańcy jego południowej części określali się mianem gente Rutenus, natione Polonus (pochodzeniem Rusin, narodowością Polak). Podobne stanowisko prezentował Adam Mickiewicz, który zawsze mówił o sobie, że jest Litwinem, ale jak słusznie zauważył Stanisław Mackiewicz: „do głowy nawet przyjść nie mogło, że to znaczy nie jestem Polakiem. Wprost przeciwnie. Przez podkreślenie, że jest Litwinem, Mickiewicz tylko chciał powiedzieć, że jest najlepszym, najbardziej patriotycznym rodzajem Polaka, najbardziej Polskę kochającym i najmniej z niewolą pogodzonym”[4]. W przeciwieństwie do jego największego adwersarza – Romana Dmowskiego, marzącego o Polsce jednolitej narodowościowo – Piłsudski chciał powrotu dawnej Rzeczypospolitej, w której skład weszłyby, na tych samych prawach, powiązane dobrowolnym sojuszem Polska, Litwa oraz Białoruś.
Matka przyszłego Naczelnika – Maria Billewiczówna – urodziła się w 1842 roku w Adamowie pod Teneniami, w ówczesnej guberni kowieńskiej, jako jedno z trojga dzieci, a zarazem jedyna córka Antoniego Billewicza i Heleny z Michałowskich. Kiedy miała zaledwie trzy lata, została osierocona przez matkę, a kiedy jej ojciec ożenił się po raz drugi i zupełnie stracił głowę dla nowej żony, oddał dziewczynkę na wychowanie dziadkowi – Kacprowi Billewiczowi, emerytowanemu prezesowi sądu wileńskiego. Maria nie wyszła na tym najgorzej, bo w domu dziadunia znalazła tak przecież potrzebne miłość i ciepło. Kacper Billewicz nie tylko wychował podopieczną na osobę obdarzoną wielkim patriotyzmem i poczuciem honoru, ale także wyrobił w niej niezwykły hart ducha. A przecież życie nie rozpieszczało małej Maryni, która nie dość, że była wychowywana bez matki i praktycznie bez ojca, to jeszcze jako siedmioletnia dziewczynka zachorowała na zapalenie stawu biodrowego. I to na tyle poważnie, że konieczna okazała się operacja. Na początku lat sześćdziesiątych XIX wieku wysłano ją do renomowanej kliniki w Berlinie, gdzie przeszła udaną operację biodra, ale choroba pozostawiła trwały ślad i Maria do końca życia lekko utykała.
O jej dzieciństwie wiemy niewiele, ale z nielicznych zachowanych relacji wynika, że była dzieckiem wrażliwym, uczuciowym i bardzo delikatnym. Wyrosła na pannę o eterycznej urodzie, a jej niebagatelny atut to wrodzony wdzięk, który skutecznie niwelował zarówno jej niepełnosprawność, jak i wielki defekt urody, za jaki w owym czasie uchodziły piegi zdobiące jej delikatną twarzyczkę. Obecnie nie są traktowane jak mankament, ale w owych czasach piegowata buzia kojarzyła się wszystkim z wieśniaczką pasącą krowy. Dama musiała mieć cerę gładką i bladą. Pomimo to Maria nie narzekała na brak adoratorów, a jej serce zdobył kuzyn Józef Wincenty Piłsudski, za którego wyszła za mąż. Ślub państwa Piłsudskich odbył się 23 kwietnia 1863 roku w majątku Billewiczów w Teneniach. Trzeba przyznać, że Józef Wincenty dzięki poślubieniu Billewiczówny zrobił niezły interes, bo Maria wniosła w posagu posiadłości ziemskie o powierzchni około 80 tysięcy hektarów, do których wchodziły majątek w Zułowie, włącznie z Sugintami (między Wilkomierzem a Ucianami), a także majątki Tenenie i Adamów. On sam zaś posiadał jedynie majątek Poszuszwie. Posażną pannę ujął zapewne charakter kuzyna, który miał artystyczną duszę i uzdolnienia muzyczne – grał na skrzypcach i komponował walce. Młodych połączył też żarliwy patriotyzm. Pamiętajmy, że szykowanie ślubu, a potem same zaślubiny i wesele przypadały na bardzo burzliwy okres w historii naszego narodu – przygotowań do kolejnego powstania, które miało potem przejść do historii jako największe, a zarazem najdłużej trwające powstanie narodowowyzwoleńcze w dziejach Polski.
Z początkiem lutego 1863 roku powstańczy zryw dotarł także na Litwę, a panna Billewiczówna, chociaż nie mogła iść w ślady narzeczonego, wspierała powstańców i szczerze wierzyła w ich sukces. I początkowo wydawało się, że jej nadzieje się spełnią, bowiem w pierwszej fazie walk siły powstańcze rzeczywiście zajęły spore obszary Litwy. Miejscowa ludność, niezależnie od wyznania, wspierała powstanie: nie tylko wstępowano do walczących oddziałów, ale także – jak uczynił to również mąż Marii – podejmowano działania w cywilnych strukturach Rządu Narodowego. Terenem największych zmagań zbrojnych było pogranicze obecnej Białorusi: Wileńszczyzna i Grodzieńszczyzna, gdzie miało miejsce 247 mniejszych lub większych starć zbrojnych sił powstańczych z regularną armią rosyjską. Ostatni powstańczy bój na tych ziemiach stoczono nieopodal Poniewieża; nastąpiło to 12 października 1865 roku. Niestety, źle wyszkoleni, niedozbrojeni powstańcy od początku pozostawali bez szans wobec silnej armii rosyjskiej, swoje zrobiły też konflikty w ich szeregach i zła organizacja. Klęska styczniowego zrywu przyniosła ze sobą krwawe represje – przywódców litewskich skazano na śmierć, podobnie jak wielu ich podkomendnych, innych wysłano na Sybir, wcielono do wojska czy oddano pod nadzór policji. Niebezpieczeństwo zawisło również nad głową Józefa Wincentego Piłsudskiego, który jako komisarz Powstańczego Rządu Narodowego znalazł się na liście poszukiwanych. Sprytny mężczyzna skorzystał z pośrednictwa znajomych Żydów i przekupił jednego z urzędników rosyjskich, który po prostu wykreślił go z rejestru osób poszukiwanych i umieścił jego nazwisko na liście zaginionych. Nie wiemy, ile wynosiła łapówka, ale z pewnością wydatek opłacał się zarówno samemu Józefowi, jak i jego rodzinie, bo gdyby oficjel okazał się odporny na próby przekupstwa i lojalnie wywiązał się z obowiązku, cały majątek zostałby skonfiskowany na rzecz państwa.
Piłsudski musiał się jednak mieć na baczności, dlatego przezornie przeprowadził się na prowincję, do odległego mniej więcej sześćdziesiąt kilometrów od Wilna, wniesionego w posagu przez żonę Zułowa. Część należącego do niego majątku Poszuszwie odstąpił wówczas – odpłatnie – siostrze Teresie Szymanowiczowej.
Postawiony przez Piłsudskiego modrzewiowy dwór nie był zbyt okazałym budynkiem, ale za to wygodnym i przestronnym; mogła się tam pomieścić liczna rodzina oraz zatrudniona we dworze służba. Opis samego dworku i jego otoczenia zostawił biograf Piłsudskiego Władysław Pobóg-Malinowski, który w ramach przygotowywania publikacji odwiedził Zułów. „Wewnątrz dwanaście obszernych pokoi, portrety przodków na ścianach; dokoła dworu blok zabudowań folwarcznych i przemysłowych; przed oszklonym gankiem – wielki gazon, za nim – brama wjazdowa z herbowymi tarczami; na lewo od gazonu – sady owocowe i ogrody, nie szeroka, lecz wartka i głęboka Mera otaczała dwór malowniczym półkolem; z wpadającej do niej dwóch strumyków – Paprotki i Zułówki – pierwszy tworzył duży i głęboki staw z wysmukłymi topolami nad brzegiem; wzdłuż Mery ciągnął się drugi sad i piękna aleja świerkowa, poza tym łączyły dwór z rzeką szeregi starych lip; malowniczym zakątkiem był pagórek zadrzewiony, tuż nad rzeką. Zaraz za folwarkiem ciągnęły się lasy, w głębi tworzące już raczej puszcze; w lesie tym, w odległości paru kilometrów od dworu, chowało się duże jezioro Piorun”[5]. Natomiast Stanisław Cat-Mackiewicz w książce Klucz do Piłsudskiego podaje: „Piękne są naokoło okolice. Na południu płynie Wilia, która w niektórych miejscach, na przykład w uroczych Punżanach, ma piękno wianka uwiązanego z jaśminów i czeremchy, na zachodzie śliczna, zalotna Żejmiana. Na wschód zaczynają się wielkie jeziora ze srebrnym Jeziorem Świrskim, Miadziolem, wreszcie największym z nich Naroczem, «morzem litewskim»; na północ jeziora brasiawskie, na które kładzie fiolety swych pierwszych refleksów zbliżająca się północ. Ale sam Zułów nie jest specjalnie ładny. Płasko, piaszczyście, sośniaki bez większego charakteru. Dobra zułowskie stanowiły dość monotonną plamę wśród otaczającego je kolorowego i uroczego krajobrazu”[6].
Osiadłszy w Zułowie, Józef Wincenty z wielką energią zabrał się do pracy, a trzeba powiedzieć uczciwie, że miał bardzo ambitne plany. Krajan Piłsudskiego, słynny bakteriolog Odo Bujwid, który jako mały chłopiec bywał w należącym wówczas do Antoniego Billewicza Zułowie, wspomina, iż – jeszcze jako narzeczony Marii – Józef Wincenty Piłsudski „często przyjeżdżał do Zułowa celem omawiania z moim ojcem i swym przyszłym teściem Billewiczem rozmaitych melioracji, mających podnieść dochodowość Zułowa. Z tego okresu pamiętam sprowadzenie niemieckich robotników spod Rygi, celem zbudowania tamy na rzece Merze, dla utworzenia zbiornika wody do użytku młyna, który był, zdaje się, jedynym dochodowym przedsiębiorstwem Zułowa. I został nim do dzisiaj”[7].
Ojciec bohatera niniejszej publikacji najwyraźniej znajdował się pod wpływem nowego prądu, który opanował nasz kraj po upadku powstania styczniowego – pozytywizmu głoszącego hasła pracy u podstaw i pracy organicznej; i z całą pewnością był on zafascynowany nowoczesnymi formami gospodarowania, jak również wszelkiej maści nowinkami technicznymi. Dlatego jako gospodarz majątku postawił na rozwój, nowoczesność i najnowsze technologie, które poznał podczas podróży – odwiedzał rozmaite targi rolnicze w Niemczech, Szwajcarii czy Wielkiej Brytanii. Nie tylko wzniósł wspomniany wcześniej dworek, ale także rozbudował istniejące już zabudowania gospodarcze, które powiększył o oficynę, stodoły, chlewnie, młyn, wędzarnię, cegielnię oraz terpentyniarnię. Jak można się domyślić, tak poważne inwestycje wiązały się z ogromnymi nakładami finansowymi, które systematycznie – i drastycznie – pomniejszały stan rodzinnych zasobów. Kiedy w kasie zabrakło gotówki, „eksperymentator” zadłużał się na potęgę. Pozostawał święcie przekonany, że w przyszłości nie tylko odda dług z należnymi odsetkami, ale także odniesie sukces finansowy. Wiemy, że to właśnie dzięki zaciągniętej pożyczce udało mu się przerobić istniejącą gorzelnię na fabrykę drożdży.
Z całą pewnością pragmatyzm walczył w nim z romantyczną naturą; równie wiele czasu, co na modernizację gospodarstwa, poświęcał na rysowanie, pisanie wierszy, muzykowanie i komponowanie. Co ciekawe, w grze na fortepianie nie przeszkadzał mu nawet brak palca wskazującego prawej dłoni, który stracił na skutek wypadku w młodości – upadł z konia, a wierzchowiec zmiażdżył mu go kopytem. I chyba właśnie ten wrodzony romantyzm przeszkadzał Piłsudskiemu w gospodarowaniu, bowiem wszystkie podejmowane przez niego przedsięwzięcia kończyły się niepowodzeniem, co ostatecznie doprowadziło do wielkiego krachu. Wprawdzie apologeci Marszałka, zwłaszcza ci przedwojenni, zwykli twierdzić, że problemy finansowe jego ojca były wynikiem kontrybucji nałożonej na niego przez władze carskie za udział w powstaniu, ale prawda jest o wiele bardziej prozaiczna: Józef Wincenty Piłsudski nie miał pojęcia o zarządzaniu ani o realiach gospodarki rolniczej na Litwie. Owszem, kupował najnowocześniejsze maszyny, które doskonale sprawdzały się w zmodernizowanych gospodarstwach za granicą, ale nie na terenach byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Problem polegał na tym, że litewskie rolnictwo wciąż opierało się na taniej i niewykwalifikowanej sile roboczej, robotnicy zaś, przyzwyczajeni do posługiwania się sochą i drewnianą broną, których używali z dziada pradziada, pozostawali niechętni wszelkim nowinkom technicznym. Przez to nowoczesne maszyny i urządzenia rdzewiały w zułowskiej stodole. Kolejnym niewypałem okazała się nowa gorzelnia, w której Piłsudski planował produkcję spirytusu na skalę przemysłową. Pomysł sam w sobie nie był najgorszy, zwłaszcza że okoliczne ziemie idealnie nadawały się do uprawy ziemniaków; gorzej poszło z jego realizacją: Piłsudski okazał się wyjątkowo krótkowzrocznym przedsiębiorcą. Po rozpoczęciu produkcji nie zadbał o dostarczenie wystarczającej liczby odpowiednich naczyń, do których dałoby się wlać wyprodukowany spirytus. Rozlewano go zatem do różnego rodzaju kotłów, stągwi, kubłów, a nawet do przynoszonych przez służbę rondli; a kiedy i tego zabrakło, spirytus wylewano prosto na ziemię... I nie był to bynajmniej odosobniony przypadek, bo pan Piłsudski miał wiele tego typu gospodarczych grzechów na sumieniu, z czego zresztą doskonale zdawał sobie sprawę jego najsłynniejszy syn. Marszałek nieraz wspominał o niedociągnięciach pana na Zułowie. „Mój ojciec nieboszczyk był wspaniałym uczonym agronomem, ale taki ogromny majątek, jak Zułów, przy końcu jego życia wyglądał jak Smorgonie po rozstrzelaniu; był na dziedzińcu las słupów kamiennych, nie wiadomo po co. Bóg wie, czego on tam nie narobił, bo nie był administratorem”[8] – relacjonował po latach. Wspomniane przez Piłsudskiego Smorgonie, obecnie miasto na Białorusi, w obwodzie grodzieńskim, od XVI wieku słynęły ze znajdującego się tam ośrodka tresury niedźwiedzi, prowadzonego przez miejscowych Cyganów.
Sporo pieniędzy pochłaniało też utrzymanie systematycznie rozrastającej się rodziny. Żona Piłsudskiego stwierdziła jednak, iż Józef Wincenty Piłsudski „jako mąż i ojciec wywiązywał się ze swych obowiązków wzorowo, witając z niezmiernym entuzjazmem co roku nowe dziecko. Przychodziły te dzieci na świat z regularnością kwiatów wiosennych lub zimowych szronów”[9]. Pierwszym dzieckiem państwa Piłsudskich była Helena Maria, którą pani Piłsudska powiła w 1864 roku. Rok później na świecie pojawiła się Zofia Felicja, zwana w rodzinie Zulą – ukochana siostra przyszłego Marszałka (22 września 1884 roku Zofia wyszła za mąż za znanego i starszego o dwadzieścia trzy lata lekarza Bronisława Marcina Kadenacego, z którym doczekała się ośmiorga dzieci). Drugiego listopada 1866 roku państwo Piłsudscy przywitali pierwszego syna – Bronisława Piotra, który miał nawet szansę przyćmić Józefa i któremu poświęcony został odrębny rozdział niniejszej publikacji. Czwartym dzieckiem i zarazem drugim synem Józefa Wincentego i Marii był urodzony 5 grudnia 1867 roku Józef Klemens. Dwa lata później na świat przyszedł jego młodszy brat Adam Antoni, a w 1871 roku Maria powiła kolejnego chłopca – Kazimierza Gabriela.
Ojca dzieci wprawdzie pochłaniała praca w majątku i kolejne – głównie nietrafione – inwestycje, ale nie oznacza to, że zaniedbywał rodzicielskie obowiązki. Wręcz przeciwnie: Aleksandra Piłsudska na podstawie relacji jej męża pisze, iż teść chętnie zajmował się dziećmi, „wymyślał dla nich gry i zabawy, opowiadał im cudowne bajki i legendy, jednym słowem zamieniał cały świat w kraj pełen złud i czarów”[10]. Przygrywał im wieczorami na pianinie, uwielbiał się z nimi bawić, zwłaszcza z chłopcami. A jednak gdy czyta się zachowane wspomnienia najstarszego z braci Piłsudskich, podobnie jak relacje samego Marszałka, nie można oprzeć się wrażeniu, że to Maria Piłsudska grała pierwsze skrzypce w rodzinie. Tak wspominał ją jej najstarszy syn – Bronisław: „Ubóstwiana przez sąsiadów, krewnych, oficjalistów, służbę, dbała o rozwinięcie najlepszych stron naszych charakterów, o zwalczanie złych zadatków (...) Urabiała prawość, obowiązkowość, zgodę w rodzeństwie, karciła wzajemne skargi, wpływała, by koleżeństwo w dzieciach się rozwijało, zabraniała patrzeć z góry na kogokolwiek (...) Służba miała rozkaz niesłuchania dzieci, jeżeli nie dość grzecznie prosiły o coś (...). Typ matrony szlacheckiej o dobrem sercu i podniosłych ideałach (...) Dumna była tylko dla najeźdźców. – Moskala, najwyższego nawet urzędnika, w domu nie przyjmowano”[11].
Maria wychowywała dzieci w duchu patriotyzmu – możemy podejrzewać, że na ścianach zułowskiego dworku nie brakowało obrazów o tematyce narodowej, bo właśnie takie obrazy i litografie przeważały w wystroju polskich dworków, jak również mieszkań w kamienicach. Młodszym dzieciom matki opowiadały polskie legendy i baśnie, starsze zapoznawano z zawiłymi losami Polaków, którzy zginęli za wolną ojczyznę albo zostali zesłani na Sybir. Pamięć klęski styczniowego zrywu wciąż była żywa, pomimo że od powstania upłynęło dobre kilka lat – nadal jednak trwał terror zaborcy. W innych krajach dzieci straszono Babą Jagą czy innymi baśniowymi, nierealnymi stworami, ale potwór spędzający sen z powiek małych Polaków żyjących pod jarzmem zaboru rosyjskiego miał prawdziwą twarz, jak również imię i nazwisko: Michaił Murawjow. Znacznie częściej używano też jego złowrogiego przydomka nadanego przez Polaków – „Wieszatiel”. Nie bez powodu, gdyż ten bezwzględny sługa carskiego reżimu, który w maju 1863 roku z woli cara Aleksandra II został generałem-gubernatorem Kraju Północno-Zachodniego, jak nazywano Litwę, wsławił się bezwzględnymi represjami wobec powstańców. Jego postawa jest tym bardziej zaskakująca, że w młodości brał udział w spisku dekabrystów, a nawet z tego powodu został aresztowany. Co prawda wyszedł na wolność już po pięciu miesiącach, ale za to jego brat i szwagier zostali skazani na dwadzieścia lat zesłania. Zapewne to doświadczenie sprawiło, że Murawjow z buntownika przedzierzgnął się w wiernego i lojalnego do bólu poddanego cara, co mu się zresztą opłaciło.
Jedno z pierwszych posunięć nowego generała-gubernatora to doprowadzenie do rewizji wcześniejszego wyroku, który wydano na księdza Stanisława Iszorę – 18 lutego 1864 roku sąd skazał go na pięcioletnią katorgę na Syberii. Zdaniem Murawjowa kara była stanowczo zbyt łagodna, a zbuntowany kapłan powinien stanąć przed plutonem egzekucyjnym. Czym zawinił nieszczęsny Iszora? Otóż 8 lutego nie tylko pozwolił wkroczyć na teren jego parafii oddziałowi powstańczemu pod dowództwem Ludwika Narbutta, ale jeszcze poważył się odczytać z ambony manifest Rządu Narodowego. Murawjow uznał, że ta „zbrodnia” zasługuje na karę śmierci, dlatego wymógł na całkowicie mu podporządkowanych sędziach, aby wyrok katorgi dla Iszory zamienili na karę pozbawienia życia przez rozstrzelanie. I pozostawał bardzo z tego posunięcia dumny. Jak pisał: „Polacy nie wierzyli, że się na to zdecyduję; gdy zaś zobaczyli to w samej rzeczy, a nie w słowach, opanował ich wszystkich strach. Płaczu i krzyku dużo było w mieście i wiele osób nawet z miasta wyjechało”[12]. Nie dość, że kapłana ostatecznie rozstrzelano, to jeszcze na rozkaz Murawjowa zwłoki pochowano w nieznanym miejscu, którego nie zdołano ustalić po dziś dzień.
Nie był to jednak koniec krwawych represji, a dopiero ich początek, bo generał-gubernator przy pełnym poparciu Petersburga wprowadził w Kraju Północno-Zachodnim prawdziwy terror. Jedna z petersburskich gazet pisała z niekłamanym uznaniem: „Murawiow zuch. Wiesza i rozstrzeliwuje. Daj mu Boże zdrowie”[13]. I faktycznie okazał się bardzo skuteczny, bo w publicznych egzekucjach zgładzono 180 patriotów, niemal 1000 zesłano, a kolejne 7 tysięcy skazano na osiedlenie w głębi Rosji. Polacy szybko ochrzcili go mianem „Wieszatiela”, czym sam Murawjow niezbyt się przejął – dalej konsekwentnie prowadził swoją działalność i konfiskował majątki oraz klasztory, będące w jego oczach centrami oporu przeciwko władzy cara. Przywoływany już wcześniej Odo Bujwid wspominał, iż w owym czasie w Wilnie „co dnia słychać było o nowych egzekucjach. Wielu znajomych i krewnych zginęło na szubienicy lub poszli na Sybir. Nielicznym udało się ujść za granicę”[14].
Wprawdzie kiedy na świat przyszedł Józef Piłsudski, niesławny „Wieszatiel” już nie żył – Murawjow zmarł nagle 12 września 1866 roku, gdy znajdował się u szczytu kariery – ale jego wspomnienie wciąż pozostawało żywe. Represje wobec niepokornych mieszkańców Litwy trwały nadal. „Syberyjski szlak wchłaniał coraz to nowe pokolenia niepokornych. Z pewnością rezonowało to głośno w rodzinie Piłsudskich, bowiem z okolic bliższych i dalszych, z dworów i zamków, a nawet z nędznych chłopskich chat szli chłopcy do powstania, a potem na Sybir. To było powszechne, wszakże «Ojczyzna była w potrzebie»! Nie było wtedy zakątka polskiej ziemi, który by nie znał nazwy Sybir i jego ciernistego szlaku”[15] – napisał Adam Kuczyński w publikacji poświęconej Bronisławowi Piłsudskiemu.
W domu Piłsudskich nie mogło też zabraknąć polskiej literatury, w tym utworów wieszczów – surowo zakazanych przez władze. Nikt sobie jednak tego zakazu nie brał do serca i w domach większości Polaków ukrywano zabronione treści. Podobnie wyglądało to w Zułowie – wraz z nadejściem wieczoru, kiedy ucząca dzieci języka francuskiego i niemieckiego szwajcarska guwernantka oddalała się do swojego pokoju, pani Maria wyciągała ze skrytki polskie książki. „Tajemnica, którą te chwile były otaczane, wzruszenie matki, udzielające się małym słuchaczom, zmiana dekoracji, jaka następowała z chwilą, gdy niepożądany jaki świadek trafiał przypadkowo na nasze rodzinne konspiracje, wszystko to zostawiało niezatarte wrażenie w naszym umyśle”[16] – wspominał Bronisław Piłsudski. Wśród książek, które pani Piłsudska czytała dzieciom, nie mogło zabraknąć Mickiewicza, aczkolwiek ukochanym poetą pani Piłsudskiej był Zygmunt Krasiński, natomiast jej średni syn Józef całym sercem pokochał twórczość Juliusza Słowackiego. I tej miłości pozostał wierny po kres swych dni. Jak relacjonował Bronisław w swoim dzienniku, w jego rodzinnym domu nigdy nie było „hucznych zabaw i tańców, życie płynęło pod znakiem narodowej żałoby po powstaniu. Opowieści o Sierakowskim, o księdzu Mackiewiczu i innych bohaterach litewskich, obrazy okrucieństw kozackich, gwałtów żołdackich, srogości Murawjowa – «Wieszatela» stale żyły wśród nas. Pamiętam dobrze opowiadanie o rannym powstańcu, ukrywającym się u nas we wsi Poszuszwy (...). Stryjeczny brat ojca, student uniwersytetu moskiewskiego, został zabity”[17]. Wspólne wieczory spędzane z dziećmi Maria Piłsudska nieodmiennie kończyła psalmem autorstwa ukochanego poety: „Polsko moja! Polsko święta! Nad zwycięstwa stoisz progiem!”. Natomiast kończąc wspólne modlitwy, dodawała nieodmiennie: „Będzie Polska w imię Pana!” i jak mantrę powtarzała córkom i synom, by cierpliwie czekali na dzień, kiedy ich ojczyzna odzyska wolność. Była pewna, że w końcu do tego dojdzie, ale nawet w najśmielszych marzeniach nie sądziła, jak wielką rolę odegra w tym jeden z jej synów.
Józef Piłsudski zwykł powtarzać, iż po ojcu odziedziczył zdolności, natomiast po matce charakter. Czas jednak pokazał, że w genach po matce nie dostała mu się cnota, z której słynęła pani Piłsudska – cierpliwość.
Niektórzy wierzą, że narodzinom słynnych wodzów czy wybitnych monarchów towarzyszą rozmaite zjawiska i wydarzenia zwiastujące wielką rolę, którą przychodzącemu na świat niemowlęciu przyjdzie odegrać w przyszłości. Kiedy 25 sierpnia 1530 roku przebywającą w książęcej rezydencji Kołomienskoje (obecnie na obrzeżach Moskwy) Helenę dopadły bóle porodowe, nad Kremlem rozszalała się nawałnica, a w jedną z zamkowych wież uderzył piorun, odczytano to jako zapowiedź narodzin wielkiego władcy. Helena powiła wówczas Iwana, który do historii przeszedł jako Iwan IV Groźny. Z kolei narodzinom jednego z największych polskich dowódców wojskowych i monarchów – Jana III Sobieskiego, który przyszedł na świat 17 sierpnia 1629 roku – towarzyszyła gwałtowna burza. Podobno grzmoty były na tyle silne, że spowodowały uszkodzenie słuchu krawca matki przyszłego króla. Mężczyzna nie odzyskał zmysłu do końca swych dni. Tak przynajmniej twierdził sam Sobieski, wspominając okoliczności swoich narodzin, którym oprócz gwałtownej burzy towarzyszył także najazd tatarski, skutecznie odparty przez obronę zamku w Olesku. Takie dramatyczne okoliczności związane są również z przyjściem na świat bohatera niniejszej publikacji. Mało tego, Zygmunt Jan Tyszel, autor publikacji Piłsudski z 1939 roku, za Elgą Kern, niemiecką autorką biografii Marii Piłsudskiej, podaje, jakoby matka Józefa Piłsudskiego, gdy jeszcze była w ciąży, miała wizje dotyczące przyszłości dziecka rosnącego w jej łonie: „Latem 1867 roku panią Marię nawiedził osobliwy stan psychiczny. «Nie słyszała i nie widziała otoczenia», a cała pochłonięta była własnym życiem wewnętrznym. Uporczywie prześladował ją dziadek Kasper. Pewnego dnia przywidziało się jej, że dziadek wskazuje na gościniec, na którym stał Kościuszko na czele zastępów, a po przeciwnej stronie nieznany chłopiec. Chłopiec, który stawał się mężczyzną i szedł uporczywie naprzód do jakiegoś celu. Nie zdawała sobie sprawy ze swoich przywidzeń, nie znała tego chłopca ze snu na jawie, ale jedno miała uczucie: że i tym razem urodzi syna”[18]. Nie jest to wprawdzie sprawdzona informacja i możemy podejrzewać zarówno Kern, jak i Tyszla o puszczenie wodzy fantazji, ale z całą pewnością narodzinom przyszłego Marszałka towarzyszyły dramatyczne wydarzenia. Panią Marię chwyciły bóle porodowe w grudniową noc, kiedy na zewnątrz szalała burza śnieżna. Tymczasem we dworze wszystkich postawiono na nogi, we wszystkich pomieszczeniach zapalono światła, a przy rodzącej kłębił się tłum ludzi. Całe to zamieszanie nie umknęło uwadze przejeżdżających nieopodal rosyjskich oficerów, którzy widząc światło w oknach budynku i cienie gorączkowo przemieszczających się osób, powzięli podejrzenie o konspiracyjnym zebraniu odbywającym się w Zułowie. Postanowili interweniować, ale gdy tylko zorientowali się, jaka jest prawdziwa przyczyna takiego stanu rzeczy, bezzwłocznie odjechali. Na szczęście, ich niezapowiedziana i niechciana wizyta nie wywarła żadnego wpływu ani na zdrowie Marii, ani na zdrowie mającego przyjść na świat dziecka. Ale narodzinom Naczelnika towarzyszyły też inne, zgoła nadprzyrodzone zjawiska. Tak przynajmniej twierdziła okoliczna ludność. Ponoć w okolicach Powiewiórki, nieopodal Zułowa, w 1812 roku zatrzymał się idący na Moskwę sam cesarz Francuzów Napoleon Bonaparte, który na okolicznych wzgórzach miał obserwować okolicę i sprawdzić prawdziwość pogłosek głoszących, jakoby w pobliżu gromadziły się oddziały wojsk rosyjskich. Mawiano, iż władca miał tak sokoli i przenikliwy wzrok, że jego spojrzenie pozostało w tym miejscu na stałe, a potem manifestowało się w formie błędnych ogników, obserwowanych w tej okolicy. Dziwnym trafem ogniki zanikły w tajemniczy sposób dokładnie w 1867 roku, kiedy na świat przyszedł Józef Piłsudski. Wierzono, iż znalazły sobie nowe wcielenie w oczach Marszałka, który swoją drogą miał równie przenikliwe wejrzenie jak Napoleon.
Drugiego syna państwa Piłsudskich ochrzczono dziesięć dni po jego narodzinach w niewielkim, istniejącym zresztą do dzisiaj, kościółku zwanym przez okolicznych mieszkańców „kościołem Sorokpolskim”, będącym pod wezwaniem patrona Litwy św. Kazimierza. Potoczną nazwę świątynia zawdzięcza fundatorom, zamożnej rodzinie Soroków z pobliskiego majątku Sorokpol. Ten pierwotnie niezbyt okazały drewniany kościółek został rozbudowany w 1851 roku, kiedy wzbogacił się o drewnianą wolno stojącą dzwonnicę z czterema różnej wielkości dzwonami, z których jeden nazwano „Klemens”. Ówczesny proboszcz Tomasz Woliński ochrzcił przyszłego Marszałka 15 grudnia 1867 roku. Na tę okoliczność w księdze parafialnej sporządzono wpis w języku rosyjskim, bo tak nakazywało obowiązujące prawo: „Rok 1867, dnia 15 grudnia [27 grudnia wg kalendarza gregoriańskiego – I.K.] w Sorokpolu, w kościele rzymsko-katolickim ksiądz Tomasz Woliński, proboszcz tego kościoła ochrzcił z zachowaniem wszystkich obrządków Sakramentu imieniem Józef Klemens niemowlę płci męskiej urodzone tegoż 1867 roku dnia 23 listopada [czyli 5 grudnia wg kalendarza gregoriańskiego – I.K.] w dobrach Zułów parafji Sorokpolskiej, syna małżonków ślubnych Józefa i Marji z Billewiczów Piłsudskich stanu szlacheckiego. Trzymali do chrztu Józef Marcinkowski z Konstancją Rogalską, oboje szlachetnie urodzeni”[19].
Mały Józek, zwany w rodzinie po prostu Ziukiem bądź Ziuczkiem, chował się zdrowo i wkrótce okazał się ulubieńcem Marii, ale nie tylko, bo miał zadziwiającą umiejętność błyskawicznego jednania sobie sympatii każdego, kogo los postawił na jego drodze. Szybko nauczył się czytać i odtąd większość wolnego czasu poświęcał na lekturę. Jak sam wspominał po latach, w przeciwieństwie do starszego brata niezbyt się garnął do nauki. Nadmieniał: „Poza książkami, tyczącemi się Polski czytałem dosyć dużo najróżnorodniejszych książek, wszystko, co mi tylko nawinęło się pod rękę. Najżywsze wrażenie sprawiały na mnie książki opisujące byt narodów klasycznych – Greków i Rzymian. Prawdopodobnie dlatego, że były przepełnione szczegółami walk o ojczyznę i opisami bohaterskich czynów. Oprócz tego byłem rozkochany w Napoleonie i wszystko, co się tego mego bohatera tyczyło, przejmowało mnie wzruszeniem i rozpalało wyobraźnię”[20]. I tak było rzeczywiście, bo w oczach Ziuka francuski władca pozostawał prawdziwym herosem, niezwyciężonym wodzem. W przeciwieństwie do polskich powstańców – których losy młody Piłsudski doskonale znał i których pamięć szanował – Napoleon odnosił zwycięstwo za zwycięstwem. Inną rzeczywistą postacią, której losy rozpalały jego wyobraźnię, był Tadeusz Kościuszko. Co ciekawe, gdy czytał książki poświęcone obu jego ulubionym bohaterom, zwracał uwagę na czynniki, które budowały ich pozycję: postawę obu wodzów, ich codzienny ubiór, spojrzenia, zachowanie i stosunek do podkomendnych. Musiał to zgłębiać bardzo uważnie, skoro nawet współcześni historycy zauważają zaskakujące podobieństwo: podwładni Piłsudskiego i żołnierze Napoleona w swoich relacjach przedstawiali ich bardzo podobnie. Zarówno polski przywódca, jak i cesarz Francuzów lubili samotnie pojawiać się na koniu przed zaskoczonymi prostymi wojakami, zagadywać wartowników. W kontaktach z podwładnymi cechowała ich surowość, a jednocześnie przejawiali stosunek niemal ojcowski. Poza tym obaj relaksowali się, stawiając pasjanse; z kolei sfatygowany szary mundur, w którym nieodmiennie chodził Marszałek, stanowił nawiązanie do sukmany Kościuszki.
Wśród książek, którymi zaczytywał się mały Ziuk, znalazły się też tak popularne wśród ówczesnej młodzieży publikacje pióra francuskiego pisarza i wizjonera Jules’a Verne’a, chociaż Podróż na księżyc nie przypadła mu do gustu. Wprawdzie Bronisław także nie stronił od książek, ale to Ziuk dorobił się w rodzinie łatki intelektualisty. I właśnie dlatego na każdą okazję dostawał w prezencie książki. I chociaż nie zawsze mu to pasowało, bo czasami wolałby dostać coś innego, to zawsze udawał, że go to cieszy. Jak zauważał po latach: „...trzeba było honor podtrzymywać”. Przyszły Naczelnik, podobnie jak reszta jego rodzeństwa, początkowo korzystał z dobrodziejstwa domowej edukacji. Uczył się zatem w domu, pod okiem guwernantek, dzięki którym poznał język niemiecki i francuski na tyle, by posługiwać się nimi płynnie w mowie i piśmie. Jednak – w przeciwieństwie do jego starszego brata – trudno go było uznać za pilnego ucznia. Za to każdą nauczycielkę okręcał sobie dookoła paluszka, co widać chociażby na przykładzie zatrudnionej przez jego ojca pani, która miała nauczyć młodych Piłsudskich grać na pianinie. Bronisław sumiennie ćwiczył godzinami wszystkie gamy i wprawki, Ziuk zaś nie miał najmniejszego zamiaru iść w jego ślady. Zyskał za to sympatię nauczycielki – raz po raz wchodził jej na kolana i obsypywał zaskoczoną kobietę całusami. W efekcie Bronisław radził sobie doskonale, a Józef nigdy nie opanował gry na pianinie. O dziwo, poza ojcem nikt nie miał do niego o to najmniejszych pretensji.
Dzieciństwo przyszłego Marszałka nie upływało jednak wyłącznie na nauce i lekturach, zwłaszcza że okolica dworu zachęcała do różnego rodzaju zabaw, i to o każdej porze roku. Wiosną i jesienią urządzano wyprawy do lasu na jagody i grzyby czy jeżdżono konno, zimą urządzano przejażdżki saniami. Zima to też okres Bożego Narodzenia, które w Zułowie obchodzono hucznie i radośnie, chociaż jak się okazuje, nie wszystkim bywało do śmiechu. Ze wspomnień Marszałka wynika, że pewnego dnia jego najmłodszy braciszek Kazimierz właśnie przy okazji świąt przeżył dość traumatyczne chwile. Otóż jak już wcześniej wspomniano, niesławny „Wieszatiel” od dawna spoczywał w grobie, ale miejsce „straszaka” małych Polaków zajęli carscy urzędnicy – asesorzy, którzy zarówno latem, jak i zimą przemierzali nadzorowany przez nich obszar wozami bądź saniami zaprzężonymi w konie z dzwonkami wpiętymi w uprząż. Dlatego wszystkim na Litwie dźwięk dzwonków nieodmiennie kojarzył się z przyjazdem carskich oficjeli. Sam Piłsudski wspominał, że właśnie asesorem straszono jego młodszych braci, a kiedy tuż przed wigilią zatrudniony w Zułowie kucharz na znak gotowej wieczerzy zaczął bić tłuczkiem w moździerz, przerażony chłopiec schował się pod łóżko, skąd bliscy musieli go wyciągnąć siłą. Uspokoił się dopiero na widok przystrojonej w salonie choinki.
Latem w Zułowie łowiono ryby i raki, a po zakończeniu żniw cała rodzina uczestniczyła w dożynkach i organizowanych wówczas zabawach. Jak wspominał po latach Józef Piłsudski, tamtejsze dożynki „robiono obfite z mnóstwem «wódeczności», gdyż ojciec prowadził wielką gorzelnię. Co do mnie, malca, byłem szczególnie zajęty zawsze przyglądaniem się tańcom. Nie mogłem bowiem zrozumieć, dlaczego parobcy ciężkimi butami nie zmiażdżą bosych stóp dziewcząt. Wydawało mi się to niemożliwe. To było moje ulubione zajęcie. Oczywiście, z biegiem dożynek wzrastała coraz bardziej ochota i humor. Pamiętam, że pewnego roku dzieci trzy razy prosiły rodziców, by nie kładziono ich do snu, tak bardzo dożynki były huczne i ochocze. Wreszcie, gdy zupełnie ściemniało, po sutej kolacji, stanięto znów do tańca. Zagrało równocześnie sześć harmonij...”[21]. Nierzadko do Zułowa przyjeżdżali państwo Rosochaccy wraz z dziećmi, a wówczas mali Piłsudscy zyskiwali kolejnych towarzyszy zabaw. Z kolei Bujwid twierdzi, że nigdzie na świecie nie rosły tak piękne i dorodne sasanki jak te, które rozkwitały wiosną nad Merą w pobliżu zułowskiego dworu. Marszałek najwidoczniej podzielał to zdanie, bo kiedy pewnego dnia Bujwid przywiózł mu w prezencie bukiecik tych kwiatków zerwanych nad Merą, nie posiadał się ze szczęścia. A przecież sasanki kwitły też w wielu parkach w Warszawie.
Z racji dzielącej obu braci niewielkiej różnicy wieku mały Józef najwięcej czasu spędzał z Bronisławem, który stał się dla niego pierwszym i najbliższym towarzyszem zabaw. Jak się okazuje, to młodszy z braci był inspiratorem wszelkiego rodzaju psot i figli, a nawet jeżeli jakimś cudem to Bronek narozrabiał, winą i tak obarczano rezolutnego Ziuka. Bywało, że bracia wpadali w niemałe tarapaty. Tak zadziało się chociażby wtedy, gdy chcieli powędkować wraz z kolegami i wypłynęli łódką na środek jeziora; łódź zaś była najwidoczniej dziurawa, skoro zaczęła wówczas nabierać wody. Szczęście w nieszczęściu na brzegu całe zajście obserwowała grupa okolicznych chłopów i dwóch z nich bezzwłocznie pospieszyło „paniczom” na ratunek. Zareagowali w samą porę, bo kiedy przypłynęli, łódź, w której siedzieli przerażeni chłopcy, zdążyła się już do połowy zanurzyć. Jeden z chłopów czerpakiem mozolnie wybierał zgromadzoną tam wodę, której co chwila przybywało, a drugi holował łódkę do brzegu. Pomysł wydawał się ryzykowny, ale okazał się dobry, i kiedy przerażeni, ale cali i zdrowi wędkarze znaleźli się już na brzegu, nie tylko serdecznie podziękowali wybawcom, ale także poprosili, żeby nikomu o tym niebezpiecznym incydencie nie wspominali.
O ile najstarszy z braci Piłsudskich był ulubieńcem ojca, któremu bardzo się podobało jego stateczne usposobienie i pilność w nauce, o tyle mały Józio pozostawał pupilkiem mamy. Gdyby się urodził w rodzinie królewskiej, pani Maria jako żona władcy najpewniej robiłaby wszystko, by młodszy z synów wyprzedził starszego w kolejce do tronu. Współcześni biografowie zwracają też uwagę na fakt, że zakochana w synku pani Maria rozpieściła Ziuka tak bardzo, że kiedy dorósł, każda nawet najbardziej prozaiczna domowa czynność, jak chociażby zamiatanie czy przygotowanie banalnie prostego posiłku, urastała w jego oczach do rangi wielkiego problemu. Przez to całe życie potrzebował w tych sprawach pomocy; na szczęście nigdy nie narzekał na brak chętnych dam, które mogły go wybawić z kłopotu. Nie był zresztą wyjątkiem, bo taką niezaradnością cechowała się wówczas zdecydowana większość mężczyzn. A jednak wielu współczesnych badaczy, z reguły niechętnych Marszałkowi i podważających żywą po dziś dzień legendę przedstawiającą go jako bohatera i wskrzesiciela Polski, interpretuje to jako przejaw wrodzonego lenistwa i niechlujstwa. Co więcej, widzą w tym źródło jego rzekomej skromności i otwarcie manifestowanej niechęci do eleganckich ubrań. Z całą pewnością matce Piłsudski zawdzięczał znajomość zasad savoir-vivre’u i kindersztuby, czym niejednokrotnie zaskakiwał spotykających się z nim arystokratów czy zagranicznych dyplomatów. Po ponurym wojaku w szarym szynelu nikt nie spodziewał się tak dobrych manier. Najwyraźniej pani Piłsudska miała zaś tendencje do wolnomyślicielstwa; kiedy pewnego dnia spowiednik jej synów poskarżył się, że Ziuk, zamiast wyznawać grzechy, zamęcza go w trakcie spowiedzi niewygodnymi pytaniami, matka przyszłego Marszałka nie udzieliła synowi reprymendy, tylko starała się udobruchać rozgniewanego kapłana. Tak notował w dzienniku Bronisław: „Mama powiedziała mi dziś, że dostaje ciągle za nas, że nie chodzimy do katedry na katechizm, że ks. Kluczyński nie chciał nawet przyjść spowiadać, bo mówi, że «Mama nas źle wychowała». Chce iść do księdza i interweniować, prosić o wyjaśnienie”[22]. Z kolei Józef, już jako dorosły człowiek, niejednokrotnie podkreślał, że to właśnie matka nauczyła zarówno jego, jak i resztę jego rodzeństwa samodzielnego myślenia i rozwinęła w dzieciach wysokie poczucie godności osobistej. Twierdził też, że wyciągnął z nauk udzielonych przez Marię jeden wniosek: „Tylko ten człowiek wart nazwy człowieka, który ma pewne przekonania i potrafi je bez względu na skutki wyznawać czynem”[23].
Jak się okazuje, Ziukiem była zauroczona nie tylko jego matka, bo żywy, inteligentny i dowcipny chłopczyk stał się ulubieńcem całej rodziny, w tym także samotnych ciotek, sióstr Józefa Wincentego, które mieszkały z Piłsudskimi i korzystały z ich opieki. Jedna z nich, zachwycona inteligencją bratanka i jego rozległą wiedzą, mawiała o nim „nasz Ziuczek wyrocznia”. On sam, karmiony od wczesnego dzieciństwa opowieściami o powstaniach narodowych, dyszał nienawiścią do zaborczej Rosji i marzył, by jak najszybciej dołączyć do walczących o wolność zniewolonej ojczyzny. Jak sam wspominał po latach: „będąc brzdącem, marzyłem o tym, że kiedyś wywrócę świat do góry nogami. A zacznę od powstania”[24]. Może brzmi to patetycznie, ale marzenia większości polskich dzieci, zwłaszcza tych, którym dane było dorastać w zaborze rosyjskim, dotyczyły kwestii narodowo-ojczyźnianych. Nie mogło być inaczej, skoro wspomnienie o przegranym styczniowym zrywie bolało ich rodziców niczym ciągle na nowo rozdrapywana rana. Wielu reagowało na samą wzmiankę o powstaniu w taki sam sposób jak Józef Wincenty, który nawet gdy usłyszał o tym przypadkiem, wpadał w stan przygnębienia.
Nikt z rodziny Piłsudskich i mieszkańców Zułowa nie dostrzegał jednak wad, które uwydatniły się u rozpieszczanego Ziuka, a które widział jego starszy brat – egocentryzmu i narcyzmu. Kiedyś Bronisław zanotował: „Piliśmy u babuni herbatę – Ziuk, Adaś i Zinio, jak żarłoki rzucili się na pierniczki, które dane były do herbaty, aż mnie zrobiło się wstyd, a oni ani myślą, że to niepięknie. Tak samo w domu Ziuk nie wzgląda, czy drugim wystarczy szynki, czy nie, aby jemu było dosyć, a Zinio i Adaś, nie chcąc odstać, tak samo robią”[25]. Z zazdrością zauważał także, że Józef wyjątkowo łatwo i szybko podporządkowuje sobie ludzi: „Ten Ziuk to ma szalone szczęście wszystko jemu na dobre wychodzi, a wszystko dlatego, że siebie stawia na pierwszym planie i że wiele gada (a mało robi), a durni wierzą mu i zachwycają się nim...”[26].
Czas spędzony w Zułowie to bez wątpienia cudowny, wręcz idylliczny, okres w życiu całej rodziny Piłsudskich. Pomimo często nietrafionych inwestycji pana Józefa Wincentego ojciec potrafił zapewnić żonie i dzieciom godziwy byt, skoro jego średni syn po latach stwierdził: „Jako possesionatus [łac. posiadacz majątku – I.K.] nie znałem długo żadnej troski o materjalne rzeczy i otoczony byłem w dzieciństwie pewnym komfortem”[27].
Być może w końcu panu Piłsudskiemu udałoby się osiągnąć wymarzone wysokie zyski z działalności prowadzonej w Zułowie, gdyby nie złośliwe zrządzenie losu. Latem 1875 roku gospodarz Zułowa przystąpił do realizacji powziętego wcześniej planu przerobienia browaru na wytwórnię drożdży. Po przebudowaniu zakładu należało jeszcze zamówić kocioł parowy, który 4 lipca 1875 roku dostarczono koleją na odległą od majątku o mniej więcej czternaście kilometrów stację Podbrodzie. Wobec tego należało go tylko przeciągnąć przez głęboki parów, którym płynęła Mera. Nie było to łatwe zadanie, dlatego pan Piłsudski zaangażował do jego wykonania wszystkich mężczyzn z folwarku. Kiedy wyruszyli do parowu, by zająć się kotłem, z bliżej nieznanych przyczyn, być może od niedopałka papierosa, we dworze wybuchł pożar. Pani Piłsudskiej też nie było wówczas w Zułowie, bo przebywała w Wilnie. Niewykluczone, że jej wyjazd był spowodowany względami zdrowotnymi, bo pozornie zaleczona w dzieciństwie choroba wróciła ze zdwojoną siłą, Maria zaś była w kolejnej ciąży. Najwyraźniej już wcześniej miała jakieś problemy zdrowotne, skoro najmłodsze wówczas dziecko – córkę Marię – powiła w 1873 roku w Wilnie. Dolegliwości mogły być przyczyną jej wyjazdu do miasta.
Pożar rozprzestrzeniał się bardzo szybko, zwłaszcza że jak pisze biograf Józefa Piłsudskiego Sieroszewski, tego dnia szalała wyjątkowo silna wichura, dlatego ogień „w mgnieniu oka objął cały dom mieszkalny, przerzucił się na dom nowy, już wykończony i pełny świeżo sprowadzonych mebli... Iskry i głownie przelatywały daleko i spadały na zabudowania gospodarskie i fabryczne... Nic nie ocalało, nie miał kto ratować, nawet wody nie można było podwieźć, gdyż nie było koni i wozów. Spłonęło wszystko: budynki, zbiory, bydło, nawet część lasu...”[28]. Spłonęły także odległe o 250 metrów od zabudowań dworskich stodoła i młyn. Na szczęście uratowało się przebywające wówczas na pastwisku bydło. Przez kolejny tydzień w dworskim stawie unosiły się sanie, które jakimś cudem wywleczono z wozowni, a ponieważ zdążył zająć je ogień, wrzucono je do najbliższego zbiornika wodnego.
Szczęśliwie nikt wówczas nie zginął, ale pożar bardzo osłabił kondycję finansową rodziny, która postanowiła przenieść się do Wilna. Piłsudscy początkowo zamieszkali w lokalu wynajętym od generała Szarskiego, późniejszego ławnika miejskiego, w domu przy ulicy Trockiej 20. Zajmowali tam mieszkanie na pierwszym piętrze. Kamienica istnieje do dzisiaj, przy czym ulica nosi obecnie litewską nazwę – Trakų, a numer domu zmieniono na 18. W 1877 roku rodzina przeniosła się do apartamentu przy ulicy Świętej Anny 2, gdzie mieszkali przez cały rok, by następnie przeprowadzić się do oficyny w domu Sobotkowskiego przy ulicy Nadbrzeżnej 6. Jeszcze w tym samym 1878 roku przenieśli się do mieszkania przy ulicy Bakszta 1. Kolejnym adresem Piłsudskich jest ulica Spaska, ale daty ich przeprowadzki nie znamy; wiemy natomiast, że zajmowane przez nich mieszkanie znajdowało się na wysokim parterze naprzeciwko Cerkwi Świętego Spasa.
Wszystkie dzieci państwa Piłsudskich – a najbardziej Bronek i Ziuk – tęskniły za Zułowem, czego wyrazem było założone przez nich domowe pismo „Gołąb Zułowski”, tworzone własnoręcznie przez Józefa. Zawierało ono informacje z życia Zułowa, patriotyczne wiersze i piosenki. Na łamach gazetki można było znaleźć nieporadne wiersze opowiadające o należącym do Ziuka koniu Rappanie czy o jego ukochanym psie Karo, jak również artykuły dotyczące szkolnego życia czy fragmenty Śpiewów historycznych Juliana Ursyna-Niemcewicza. Dziełem przyszłego Naczelnika Państwa były dwie zamieszczone tam powieści oraz szkice poświęcone zwycięskim dla Napoleona bitwom: pod Austerlitz i pod Arcole. Wprawdzie obie opierały się na Historii Napoleona Émile’a Marca de Saint-Hilaire’a, ale zawierały także inne szczegóły, których w dziele Hilaire’a nie ma. Można zatem wysnuć wniosek, iż młody autor posiłkował się także innymi książkami o tematyce napoleońskiej.
Po tragicznym w skutkach pożarze Zułowa pan Piłsudski zmuszony był zaciągnąć kolejne kredyty, skutecznie drenujące jego – i tak niezbyt zasobną – kieszeń. Żona nie była świadoma ich tragicznej sytuacji finansowej, bo kierował się źle pojmowaną ambicją oraz dobrem schorowanej małżonki i długo zatajał przed nią prawdę. O wszystkim dowiedziała się jednak od wierzycieli, którzy odwiedzili ją w jej mieszkaniu, by przedłożyć weksle. Trzeba przyznać, że pan Piłsudski robił, co mógł, by Zułów, do którego jego rodzina nadal jeździła na wakacje, pozostał ich własnością. Niestety, nie potrafił wyciągnąć wniosków z bolesnej nauczki, jakiej udzieliło mu życie, i – nadal licząc na zyski z nowych inwestycji – zaciągał kolejne kredyty na pokrycie starych, wskutek czego wpadł w spiralę zadłużenia. Ostatecznie w 1892 roku stracił Zułów na zawsze.
Marszałek jednak nigdy nie zapomniał o krainie dzieciństwa. W 1919 roku przyjechał tam w odwiedziny i z tego wydarzenia zachowała się relacja jednego z dawnych robotników dworskich: „Gdy pan marszałek przybył do majątku, a było wtenczas dużo ludzi z okolicy, kazał on stanąć osobno tym, którzy służyli dawniej lub pamiętali jego rodzinę i jego samego – i rozmawiał z nimi. Rozpytywał pan marszałek, kto ze znajomych żyje jeszcze, kto umarł, jak im się powodzi. Rozmawiał też pan marszałek ze mną. Dostałem od niego 10 złotych. Gdy zapytałem pana marszałka «czy Panoczek wróci nazad?» – odrzekł: «Nic tutaj nie ma ciekawego, ale w rodzonej stronie to i wiatr pachnie»”[29].
W 1877 roku dziesięcioletni wówczas Józef Piłsudski rozpoczął naukę w I Gimnazjum Wileńskim, elitarnej szkole o profilu humanistycznym. Jej siedzibą był gmach dawnego Uniwersytetu Wileńskiego, zamkniętego ukazem carskim w 1832 roku po klęsce powstania listopadowego. Zanim Ziuk dołączył do grona uczniów owej szacownej placówki, musiał zdać stosowne egzaminy, w tym również z języka rosyjskiego, który udało mu się biegle opanować. Poza wspomnianym wcześniej niemieckim i francuskim bohater niniejszej publikacji znał także dialekt białoruski, którym posługiwała się miejscowa ludność i który poznał w dzieciństwie. Pomimo że już jako dojrzały człowiek określał siebie mianem Litwina, nie mówił po litewsku, chociaż podobno rozumiał ten język.
Ani Ziuk, ani jego starszy brat nie cieszyli się perspektywą nauki w wileńskim gimnazjum, ale bynajmniej nie dlatego, że nie chcieli się uczyć. Chodziło o to, że ówczesne szkoły na terenie zaboru rosyjskiego były ośrodkami rusyfikacji uczącej się tam młodzieży – represje, jakie spadły na Polaków po upadku styczniowego zrywu, objęły również szkolnictwo. W 1868 roku uchwalono nowe przepisy, zgodnie z którymi językiem wykładowym został język rosyjski, w związku z czym polscy pedagodzy nieznający tego języka bądź władający nim w sposób niezadowalający byli zwalniani. Zastępowano ich rodowitymi Rosjanami, których kwalifikacje zawodowe niejednokrotnie pozostawiały wiele do życzenia – władzom zależało przede wszystkim na tym, żeby przykładali się do obowiązku rusyfikacji polskich uczniów. Wszystkie podręczniki, wcześniej wydawane w języku polskim, zastąpiono podręcznikami rosyjskimi. Wśród nich poczesne miejsce zajmował niesławny podręcznik do nauki historii autorstwa Dmitrija Iłowajskiego, w którym wysławiano pod niebiosa Rosję (usprawiedliwiano przy tej okazji rozbiory), a deprecjonowano Polaków jako naród i fałszowano polską historię. W dodatku w szkołach wprowadzono istny policyjny reżim polegający na szpiegowaniu uczniów na każdym kroku – i to nie tylko w szkole, ale także poza jej murami. Obraz sytuacji przedstawił starszy od Piłsudskiego o trzy lata wielki polski pisarz Stefan Żeromski w Syzyfowych pracach.
Trudno się zatem dziwić, że zarówno dla Bronisława, jak i dla Józefa, wychowanych przez matkę w kulcie polskości i dawnych bohaterów narodowych, nauka w szkole prowadzonej przez znienawidzonych przez nich do szpiku kości Moskali była prawdziwą drogą przez mękę. Obaj bardzo szybko pojęli, że – jak wspominał po latach Marszałek – wprowadzony system edukacyjny „miał na celu zgniecenie do maksimum niezależności i godności osobistej samodzielności wychowanków”. Tłumaczył: „Dla mnie epoka gimnazjalna była swego rodzaju katorgą. Byłem co prawda chłopcem dosyć zdolnym, nigdym się nie zamęczał pracą i z łatwością przechodziłem z klasy do klasy, lecz gniotła mię atmosfera gimnazjalna, oburzała niesprawiedliwość i polityka pedagogów, nużył i nudził wykład nauk. Wołowej skóry by nie starczyło na opisanie bezustannych, poniżających zaczepek ze strony nauczycieli, hańbienia wszystkiego, com się przyzwyczaił szanować i kochać. Jak silnem było wrażenie tego systemu pedagogicznego na mój umysł można sądzić z tego, że dotąd jeszcze, gdym już przeszedł przez więzienie i Sybir, i miał do czynienia z czynownikami różnego gatunku, w każdym przykrym śnie odgrywa taką lub inną rolę którykolwiek z moich miłych pedagogów wileńskich”[30].
Starszy z braci również nie miał ze szkoły dobrych wspomnień: „Trzeba było dziś wstać wcześnie i iść po 9-tej do gimnazjum, skąd poprowadzili nas do cerkwi. Nasza klasa i 5-ta stały na schodach. Widzieliśmy więc całą cerkiew. Karpiński ciągle latał i sam już zapisywał uczniów. My rozmawialiśmy cały czas. Zasunęliśmy się za piec tak, że nikt nie mógł nas widzieć. Ja, Szwengrub, Niewiadomski i Mikulski. Karpiński kazał wszystkim gimnazjalistom całować krzyż. Całować musieli prawie wszyscy, bo Kuropatka, Arszyn i Kolner stali ze wszystkich stron. Jednakże wielu odchodziło nie całując. Ziuk i Busz nie całowali. Gałgani nawet już do tego przymuszają. Orusienie u nich weszło w modę i wszyscy z zapaleniem wypełniają swoje zadanie barbarzyńskie i zarazem ostatecznie głupie”[31] – odnotował w dzienniku. Obu chłopców szczególnie oburzał fakt, że Rosjanie usiłowali „przywłaszczyć” sobie obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej. Już w 1839 roku wyznawcy prawosławia – mający oczywiście poparcie władz carskich – ogłosili tezę, jakoby wizerunek widniejący w kaplicy wileńskiej był bizantyjską ikoną sprowadzoną na Litwę przez wielkiego księcia Olgierda, notabene ojca naszego króla Władysława Jagiełły. Pod tym pretekstem władze carskie podjęły, na szczęście nieudaną, próbę odebrania obrazu katolikom i przekazania go do którejś cerkwi. Kiedy młodzi Piłsudscy uczyli się w wileńskim gimnazjum, „pop Sokołow, gimnazjalny nauczyciel religii ich, napisał książkę, którą Moskale nazywają arcydziełem, o tym, że Obraz Najświętszej Panny Marii Ostrobramskiej musi należeć do prawosławnych. Narodzie mongolsko-moskiewski! Mało takim działaniem wskórasz, a oburzysz przeciwko sobie cały naród. Przyjdzie jednakże czas, gdy ty inaczej śpiewać będziesz”[32] – odgrażał się w swoich zapiskach Bronisław. Kolejną szkolną niedogodnością był bezwzględny nakaz mówienia wyłącznie po rosyjsku, który, jak łatwo się domyślić, był regularnie łamany przez uczniów wileńskiego gimnazjum. „Focht dziś przypominał, by mówić po rusku. Zaczęliśmy u niego rozpytywać o różnych detalach i na koniec zapytał ktoś, czemu nie pozwalają po polsku mówić? On skoczył jak oparzony i krzyczał: «Wy zriotie russkij chleb, polzujeties wsiemi prawami russkogo grażdanina i nie chotitie goworit po rusku» [ros. Jecie rosyjski chleb, korzystacie ze wszystkich praw obywatela rosyjskiego i nie chcecie mówić po rosyjsku – I.K.]. Ma się rozumieć, że można było dobrze mu odpowiedzieć, ale to byłoby bardzo niebezpieczne. Więc poprzestaliśmy na tym, że po wyjściu rozprawialiśmy bardzo gorąco, nie zważając na ruskich”[33] – wspominał starszy brat przyszłego Marszałka.
Ani Ziuk, ani jego starszy brat otwarcie nie buntowali się przeciwko szkolnym rygorom; traktowali je jako przykry obowiązek. Pod tym względem słuchali matki, która mówiła każdemu z nich, że teraz muszą się przede wszystkim uczyć, a na walkę z rosyjskim ciemiężycielem przyjdzie jeszcze czas. Obu braci różniło podejście do nauki: Bronisław pilnie przygotowywał się do lekcji i do egzaminów, Józef zaś zadowalał się pobieżnym przejrzeniem książek i notatek. Niestety, na egzaminach i sprawdzianach szczęście głównie dopisywało młodszemu, który z reguły dostawał pytania, na które znał odpowiedź, a Bronek często trafiał na zagadnienia, których z jakichś powodów nie zdążył opracować. W następstwie to on, a nie uczący się po łebkach Ziuk, dostawał gorsze oceny. „Po obiedzie chodziłem z Ziukiem na spacer po niektórych ulicach. Ten nie uczy się, ale mu pójdzie dobrze, jak i wszystkie poprzednie egzaminy. Szczęście jego z niczym niezrównane i to ciągle bez żadnej przerwy. Czyta godzinę i chodzi dwie, a jutro pewnie 5 weźmie”[34] – zżymał się na kartach Dziennika. Innym razem odnotował, że jego młodszy brat, który nie uczył się wcale do egzaminów, dostał czwórkę. Bolało go, że odpytany skrupulatnie przez nauczyciela, został oceniony na marną trójkę, podczas gdy Ziuk otrzymał ocenę bardzo dobrą, jak pisał: „nie wiadomo za co”. Wydaje się, że w trakcie ustnych odpowiedzi młodszy z braci po prostu wykazywał się elokwencją i znacznie lepiej niż inni potrafił przedstawić omawiany temat, nawet jeżeli miał poważne luki w wiedzy. W czasie nauki w gimnazjum Józef zaledwie trzykrotnie odsiadywał karę w tzw. kozie: raz za rozmowę w języku polskim w szkolnej szatni i dwa razy za nieoddanie honoru dyrektorowi gimnazjum oraz generałowi-gubernatorowi. Bynajmniej nie znaczy to, że pokornie wypełniał polecenia rosyjskich nauczycieli i dostosowywał się do uwierających go nakazów i zakazów. Sprytny chłopak potrafił się bowiem wykręcić od kary: po tym jak idąc ulicą, nie zdjął czapki na widok gubernatora, tłumaczył się, że go po prostu nie poznał, dyrektora szkoły nie zauważył i dlatego go nie pozdrowił, do kościoła zaś nie przyszedł, bo... pękły mu spodnie. Czasami wymigiwał się od obowiązków koniecznością opieki nad młodszym rodzeństwem. Z zapisków jego brata wiemy, że wagarował, ale jakoś udawało mu się usprawiedliwiać nieobecności. Bywało, że wdawał się w bójki z rosyjskimi uczniami, zwłaszcza jeżeli któremuś zdarzało się powiedzieć coś obraźliwego o Polsce czy Polakach; budził tym podziw wśród polskich kolegów i przerażenie Bronisława. Za takie zachowanie groziło bowiem relegowanie ze szkoły. Koledzy doceniali Ziuka również za jego opowieści o historii Polski oraz to, jak recytował polską poezję.
Nauczyciele dostrzegali potencjał Józefa Piłsudskiego i uważali, że stać go na znacznie lepsze oceny niż te, które dostawał. Z zachowanej poufnej charakterystyki sporządzonej przez jednego z rosyjskich pedagogów jasno wynika, że wszyscy dostrzegali rozdźwięk pomiędzy zdolnościami chłopca a jego wynikami w nauce. Z wielu przedmiotów dostawał oceny zaledwie dostateczne, co bynajmniej nie świadczyło o jego pilności. Odnotowano także jego zdolności matematyczne i zainteresowanie historią, przy jednoczesnym odrzuceniu rosyjskiej wykładni historycznej, jak również zaskakująco kiepską znajomość rosyjskiego w mowie i piśmie. Ale to był tylko kamuflaż, bo Piłsudski dobrze znał rosyjski, a w latach późniejszych czytał przecież literaturę rosyjską w oryginale, szczególnie Czechowa i Turgieniewa, których cenił najwyżej ze wszystkich rosyjskich pisarzy. Nie przepadał ani za Tołstojem, ani za Dostojewskim, natomiast gardził Puszkinem, bo ten w swoich utworach wypowiadał się negatywnie o Polakach. W ocenie ucznia znalazła się także uwaga o jego charakterze: wszyscy nauczyciele zgodnie orzekli, że chłopak jest dumny, ale jednocześnie nadpobudliwy i charakteryzuje go miłość własna.
Zabiegi Rosjan zmierzające do zrusyfikowania młodzieży szkolnej spełzły na niczym, bo tylko nieliczni ugięli kark i wyrośli na pozbawionych skrupułów karierowiczów, niecofających się przed niczym dla osiągnięcia osobistych korzyści – dla których słowa „Polska” i „patriotyzm” były jedynie pustymi frazesami. Z pewnością bracia Piłsudscy nie należeli do tej grupy, natomiast w młodszym z nich ugruntowała się silna nienawiść do Rosjan.
W 1882 roku Ziuk wraz ze starszym bratem założył kółko samokształceniowe „Spójnia”, które po upływie roku liczyło już szesnastu członków. Nie każdy jednak mógł się zapisać do tej grupy – potencjalni kandydaci byli skrupulatnie sprawdzani, a przed przyjęciem musieli złożyć przysięgę dochowania tajemnicy. W trakcie zebrań starano się uzupełniać wiedzę niedostępną w szkole, a więc czytano dzieła literatury polskiej, wspomnienia powstańców czy nawet relacje zesłańców z Syberii. „Okres dziecięcych marzeń o walce orężnej za Polskę zmienia się na okresy pracy nad historią Polski, rozważaniem kwestii społecznych i prześladowań rosyjskich” – wspominał Bronisław Piłsudski. „Ulubionymi wówczas książkami były wspomnienia Sybiraków, zagranicą wydane: Giller, Piotrowski i inni... Potem Jeż, Orzeszkowa, Sienkiewicz (...) młodzi z «Prawdy», z «Głosu», z «Przeglądu Tygodniowego» (...) Od Limanowskiego dowiadujemy się o ruchu ludu pracującego na Zachodzie (...) Wszczynają się w naszym kółku dyskusje o socjalizmie, jako wielkiej etycznej zasadzie nowego życia i o patriotyzmie”[35]. Ale do rąk młodych ludzi trafiały też dzieła nowoczesnych wolnomyślicieli w rodzaju Darwina, Huxleya czy Spencera. Niemiecki biograf Piłsudskiego Wolfgang Templin twierdzi, że zebrania kółka odbywały się w różnych miejscach, a najczęściej w mieszkaniu ciotki Ziuka i Bronisława – Stefanii Lipmanówny, bliskiej krewnej ich matki. Tam też znajdowała się niewielka drukarenka, na której odbijano ulotki oraz różne inne materiały. Ciotka Stefka, jak ją zwano w rodzinie, była o kilka lat młodsza od pani Piłsudskiej i trwała w stanie panieńskim, ale wyłącznie z wyboru, bo była atrakcyjną kobietą i mogła przebierać w kandydatach na męża jak w ulęgałkach. Postanowiła jednak dochować wierności narzeczonemu, który zaginął w powstaniu styczniowym, a widząc patriotyczny zapał młodych krewnych, roztoczyła nad nimi opiekę. Wiemy także, że nierzadko zebrania zbuntowanej młodzieży odbywały się w domu Piłsudskich, bo wprawdzie Maria miała poważne problemy zdrowotne, ale z całego serca sprzyjała owym przedsięwzięciom. A na zebraniach bywało burzliwie, bo chłopcy na wiele spraw mieli drastycznie odmienne poglądy. Poróżniło ich na przykład podejście do utworów Sienkiewicza – Ziuk go uwielbiał, ale niektórzy widzieli w autorze Trylogii... reakcjonistę. „Gadajcie sobie, co chcecie, a ja wam powiadam, że nikt nic lepszego nie napisał i [nie] napisze”[36]
