Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
52 osoby interesują się tą książką
Rzucić wszystko i zamieszkać w Prowansji, na Korfu albo w Toskanii; sięgać ręką za okno, żeby zerwać pomarańczę z drzewa, codziennie kąpać się w ciepłym morzu, kupować na targu pod domem langusty i ostrygi – kto nie miał takich marzeń? Większość z nas zatrzymała się jednak na przeglądaniu ofert biur nieruchomości w trakcie wakacyjnych wyjazdów.
Leszek Talko nie zrezygnował z marzenia, które zrodziło się w nim jeszcze w dzieciństwie, kiedy jego rodzice rozważali wyprowadzkę do Maroka. Nigdy nie rozpakował swojej walizki, którą wtedy przygotował.
„Krótko mówiąc: żeby spełnić marzenie o mieszkaniu na Południu, trzeba skoczyć na główkę do nieznanej wody, która co prawda kusi, ale nie wiadomo, czy jest głęboka, czy płytka, czy może dno jest najeżone skałami, albo czy roi się od piranii… Słowem: wskoczyliśmy”.
Dlaczego dom z ogródkiem czasem ma ogródek w innej części miasta? Co jeśli wraz z budynkiem dostaje się niewzbudzającego zaufania lokatora? Czym jest „dom z potencjałem”? Czy lepiej kupić nieruchomość taniej w wyludnionej wiosce czy wśród ludzi, ale w sąsiedztwie fabryki? I dlaczego należy zaglądać do piwnicy?
Talko opowiada z pewną dozą naiwności, ale i wielką swadą o swoich perypetiach z właścicielami nieruchomości oraz włoskimi agentami, a także o tym, jak sprzedawał dom w Warszawie, żeby za ten włoski dom zapłacić (uwaga spoiler: po transakcjach zostało mu na koncie sto euro).
To książka przygodowo-poradnicza z happy endem i morałem. W końcu: nigdy nie jest za późno, żeby spełnić swoje marzenie!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 95
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Leszek Talko, Jak zamieszkać w Toskanii
Wydanie pierwsze, Warszawa 2026
Copyright © by Leszek Talko, 2026
Copyright © for this edition by Fundacja Instytut Reportażu, 2026
REDAKCJA
Julianna Jonek-Springer
KOREKTA
Justyna Tomas
GRAFIKA NA OKŁADCE
Krystyna Kaleniewicz
LAYOUT
Dominika Jagiełło/OneOnes Creative Studio/
www.behance.net/OneOnes
SKŁAD I ŁAMANIE
Michał Wysocki
ISBN 978-83-978349-1-0 (EPUB); 978-83-978349-2-7 (MOBI)
Wydanie elektroniczne 2026
Imprint Fundacji Instytut Reportażu
Gałczyńskiego 7, 00-362 Warszawa
www.dowody.com
[email protected], [email protected]
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Zawsze chciałem mieszkać na Południu.
Miałem sześć lat, kiedy rodzice przekazali mi ekscytującą wiadomość: tata dostał propozycję pracy w Maroku. W Polsce trwały szare lata siedemdziesiąte, a w Maroku, o którym nie wiedziałem nic, poza tym, że jest tam ciepło, kolorowo i okazjonalnie pojawiają się dżiny oraz fatamorgany, poszukiwali weterynarzy.
Mój tata był weterynarzem.
Ja też chciałem zostać weterynarzem. Uwielbiałem przyglądać się chorym kozom lub krowom, które przyprowadzali do nas ludzie (mieszkaliśmy na wsi). W Maroku w kolejce będą stały wielbłądy – cieszyłem się. Tata jakby mniej.
Ani tata, ani tym bardziej ja nie pomyśleliśmy, że weterynarze w Maroku muszą mówić po francusku. Tata go nie znał i niestety uznał, że nie da rady nauczyć się go wystarczająco biegle, by rozmawiać o chorobach wielbłądów. I tak rozpłynęły się marzenia o kolorowym dzieciństwie nad ciepłym morzem, choć walizeczkę miałem spakowaną jeszcze przez kilka lat, na wypadek gdyby tata jednak nauczył się francuskiego.
Sądziłem, że problem jest tylko z językiem, uznałem więc, że równie dobrze moglibyśmy zamieszkać w Egipcie, Grecji czy we Włoszech. Może z arabskim lub włoskim poszłoby tacie lepiej? Niestety, był beztalenciem językowym i nigdy nie wyjechaliśmy na Południe.
Ale Południe zostało we mnie na zawsze.
Kilka lat później wpadła mi w ręce trylogia z Korfu Geralda Durrella, słynnego brytyjskiego przyrodnika, który z ogromnym poczuciem humoru opisywał swoje dzieciństwo spędzone na greckiej wyspie w latach trzydziestych XX wieku.
Przeczytałem swój egzemplarz dziesiątki razy, a kiedy odpadła okładka, skleiłem ją taśmą i dalej czytałem pod kołdrą, jak mały Gerry spędzał dnie, wędrując z osiołkiem i psem po wyspie, jak wpadał do znajomych Greków, a oni wyciągali – wydawałoby się znikąd – chleb, oliwki, oliwę, wino i stawiali na stole, szykując zaimprowizowany posiłek, i tak pięciominutowa wizyta zamieniała się w kilkugodzinną biesiadę. Poza tym Gerry obserwował pająki, salamandry, sowy, króliki, węże i tysiące innych stworzeń, a część potajemnie przemycał do swojego pokoju. Do tego pływał swoją łódką. (Było to jeszcze w czasach, gdy rodzice nie widzieli nic dziwnego w tym, że dziesięcioletnie dziecko samo pływa po morzu).
Durrell krótko rozprawił się z decyzją o wyprowadzce z deszczowej Anglii do słonecznej Grecji: Grecja była tańsza i tam jego rodzina mogła sobie pozwolić na wynajęcie domu, a dzięki dużo lepszej pogodzie niż w Anglii wreszcie przestali chodzić zakatarzeni.
Wydawało mi się to bardzo racjonalne.
Dopiero wiele lat później doczytałem, że nie wszystko zdarzyło się ot tak, po prostu, jak opisał to Gerald, i wyjazd na Korfu daleki był od idylli.
W miarę upływu lat zacząłem również przypuszczać, że część tego raju nie istnieje, a bezludne plaże, ogromne gaje oliwne i pasterze z kozami zniknęli wyparci przez hotele i kurorty. Mimo to wciąż marzyłem, by życie na Południu stało się moim udziałem. Gdzieś w głębi lądu musiały przecież pozostać jakieś sielskie zakątki i wciąż mogła mi się przydarzyć taka historia jak Durrellom, którzy pewnego dnia po prostu zjawili się na Korfu po wielodniowej podróży pociągami i statkami, objuczeni walizkami, bez pojęcia, co dalej, nie znając greckiego, no i mając bardzo mało pieniędzy oraz żadnego pojęcia, czy uda im się wymarzony dom znaleźć.
Oczywiście stanęli przed setkami problemów, ale wszystkie były opisane w tak zabawny sposób, że przestawały być problemami, a stawały się uroczymi anegdotami. Od pierwszego dnia wpadli w wir osobliwych przygód, miejscowych zwyczajów, których nie rozumieli, uroczych dziwaków, których spotykali.
„Też tak chcę – myślałem. – Chcę ruszyć w nieznane, poznać ciekawych ludzi, może dziwnych, ale oryginalnych, zaznać tego wszystkiego, co wiąże się z wyprowadzką na Południe: serdeczności lokalsów, wspaniałej, prostej kuchni, pięknej pogody, zapierających dech w piersiach widoków, których nie trzeba szukać, bo wystarczy wyjrzeć przez okno”.
Na przeszkodzie ku temu szczęściu uparcie stał rozsądek.
W książkach o wyprowadzce na Południe, których po Durrellu napisano tyle, że w zagranicznych księgarniach mają osobną półkę, zawsze wydarzało się Nieoczekiwane. W końcu gdyby ci wszyscy bohaterowie byli rozsądni, nigdy by się nie zdecydowali na takie wariactwo jak porzucenie może nudnego, ale bezpiecznego życia w Anglii, Stanach Zjednoczonych, Skandynawii czy Polsce. Najpierw dokładnie by sprawdzili, jak wygląda miejsce, gdzie chcą się wynieść, wynajęliby małe mieszkanko na kilka miesięcy, by zyskać pewność, że to, co podobało im się po tygodniowym pobycie, będzie się podobać również po kilku miesiącach, zastanowiliby się, z czego będą żyć, i zweryfikowaliby możliwość realizacji takiego planu. A potem, gdyby się okazało – a okazałoby się na pewno – że być może to się nie uda, że jest za dużo niewiadomych, nie zdecydowaliby się na taką szaloną przeprowadzkę.
Krótko mówiąc: żeby spełnić marzenie o mieszkaniu na Południu, trzeba skoczyć na główkę do nieznanej wody, która – co prawda – kusi, ale nie wiadomo, czy jest głęboka, czy płytka, czy może dno jest najeżone skałami albo czy roi się od piranii...
Słowem: wskoczyliśmy.
„A gdyby znaleźć tutaj dom, małą wioskę i te przygody, to szalone życie?” – myślałem sobie tak już jako dorosły, gdy jeździłem po innych krajach. Nigdy nie chciałem szaleńczo zwiedzać i zaliczać kolejnych zabytków. Wielokrotnie złapałem się na tym, że kiedy przyjeżdżam na Południe, najbardziej chcę pójść na rynek, usiąść i zamówić kawę z croissantem, zagadywać przechodzących nieznajomych... Nie być turystą – zostać miejscowym.
Mówię po francusku, miałem we Francji rodzinę. Langwedocję – południową krainę przylegającą do Pirenejów i granicy z Hiszpanią – zjeździłem całą. Wydawało się więc, że to dobry pomysł, by właśnie tam znaleźć to nasze miejsce do życia.
Byle tylko na Południu! Bretania i Normandia, choć piękne, zniechęcały chłodem i deszczową aurą. Owernia w centralnej Francji, ze wspaniałymi wygasłymi wulkanami i kamiennymi wioskami sprzed stuleci, była prześliczna, ale tak strasznie bezludna i tak makabrycznie mroźna w zimie, że nie potrafiłem sobie nas tam wyobrazić. Prowansja odpadła już na wstępie. Od kiedy Peter Mayle na początku lat dziewięćdziesiątych zaczął wydawać książki o idyllicznym życiu w małej prowansalskiej wiosce Ménerbes, zbyt wielu zapragnęło pójść jego śladami.
Odwiedziłem urocze Ménerbes z kamiennymi domkami, ale choć w miejscowym barze można było spod lady dostać plan miejscowości z zaznaczonym na niej domem Mayle’a, on już tam nie mieszkał. Padł ofiarą własnej popularności i wyprowadził się do Kalifornii, by w spokoju pisać scenariusz filmu o tym, jak zamieszkać w idyllicznej Prowansji.
Rok w Prowansji – książka, która uczyniła i jego, i francuską wieś sławnymi – to opowieść o tym, jak wraz z żoną, szukając wytchnienia od zatłoczonego Londynu, kupują dom w Ménerbes, a potem usiłują go remontować, poznawać miejscowe zwyczaje i zaprzyjaźniać się z miejscowymi mieszkańcami. Na własnej skórze przekonują się, że życie w małej francuskiej wiosce z jednej strony jest idylliczne i godne pozazdroszczenia, z drugiej załatwienie nawet tak prostej sprawy jak naprawienie rury pod zlewem wymaga anielskiej cierpliwości, poznania mnóstwa ludzi, którzy skierują do odpowiedniego fachowca, i długich dni wyczekiwania na hydraulika, bo przecież czas na Południu płynie inaczej niż na Północy.
Mimo to miliony czytelników pozazdrościły mu takiego życia. Może i czekał na hydraulika przez wiele dni, może i nie mógł skorzystać z toalety czy prysznica, ale jednocześnie opiewał błogość życia na Południu. Ta wizja życia bez pośpiechu, za to z mnóstwem codziennych małych przyjemności zyskała tylu fanów, że gdy pewnego dnia pisarz wrócił do domu, zastał w nim rodzinę czytelników, którzy rozgościli się w jego salonie w oczekiwaniu na jego powrót (na Południu mało kto zamyka dom, kiedy wychodzi do sklepu).
Ta popularność zmieniła też małe wioski położone daleko od morza. Domy w Ménerbes – i zresztą w całej Prowansji – przestały kosztować grosze jak kilkadziesiąt lat temu, a ich ceny sięgnęły setek tysięcy, czasem kilku milionów euro. Nieruchomości w sąsiedniej Langwedocji, choć tańsze, też okazały się poza naszym zasięgiem. Ładny kamienny budyneczek z ogródkiem kosztował kilkaset tysięcy, niewiele mniej niż châteaux. Te z kolei były przecudowne, otoczone parkami, z kominkami, w których zmieściłaby się cała nasza rodzina, i freskami na suficie, ale również z obłędnie wysokimi kosztami remontu. Czasy, kiedy można było za bezcen kupić stary dom z duszą, minęły. Znalazłem kilka w cenie, którą mógłbym zapłacić, ale choć na zdjęciach wyglądały ładnie, miały wady, o których dowiadywałem się przez telefon lub dzięki widokowi satelitarnemu w Google Maps.
Na zdjęciach agencji dom prezentował się wspaniale: średniowieczny, z ogrodem, odnowiony w środku.
Na zdjęciach satelitarnych też wyglądał miło. Ale z obu jego stron wyrastały bloki. Mógłbym je podziwiać ze wszystkich pokojów starego domu z duszą, a ich mieszkańcy mogliby oglądać mnie.
Inny château, podejrzanie tani, ale za to z wieżyczką, stał zagubiony w Sewennach. Okazał się tak tani, bo prowadziła do niego droga wytyczona przez szaleńca, który założył, że na jezdni szerokości dwóch metrów samochody zdołają się wyminąć i nie runąć w przepaść. Uwielbiam kręte górskie drogi, ale po przejechaniu w godzinę pięciu kilometrów, gdy do celu zostało jeszcze piętnaście – dałem za wygraną.
To był piękny, dobrze utrzymany pałacyk, tyle że jeśli byśmy do niego dotarli, to zapewne już nigdy byśmy stamtąd nie wyjechali.
Gdzieś w pobliżu Napoleon przeprowadził swoją armię, gdy uciekł z Elby i ruszył na Paryż. Nikt się nie spodziewał, że cesarzowi uda się pokonać te drogi, i chyba od jego czasów niewielu się to udało.
Napoleon zrobił to raz, ja musiałbym powtarzać kilka razy w tygodniu, by dostać się do sklepu. A szkoła? Czy w ogóle była w pobliżu jakaś szkoła?
Nie chciałem też niewielkiego domku na osiedlu podobnych domków. Szukałem przygody. A co to za przygoda mieszkać na osiedlu, przy mieście, w pobliżu autostrady i supermarketu?
Marzył nam się kamienny dom z zapierającym dech w piersiach widokiem, starą osadą wokół, historią na wyciągnięcie ręki oraz ogrodem, w którym moglibyśmy zasadzić pomidory i figi, po którym biegałyby nasze psy. No i musiał być gotowy do zamieszkania, bo choć dobrze się bawiłem, czytając opowieści tych, którzy kupili romantyczną ruinę i przez lata doprowadzali ją do świetności, to nie chciałem iść w ich ślady. Tak, po latach być może powstałaby z tego kolejna książka rozśmieszająca do łez czytelników historyjkami o perypetiach z urzędami i ekipami remontowymi, ale ja chciałem stary kamienny dom, do którego można wnieść walizki, rozpakować je i zamieszkać w nim natychmiast.
– Za dużo wymagasz. – Znajomy pokręcił głową. – Za tyle, ile masz, to się nie uda.
– Uda się. – Byłem pewien. – W końcu wszystkim, o których czytałem, się udało.
– To były książki, a tu jest życie – westchnął znajomy. – Może spróbuj w Polsce. Lubicie Dolny Śląsk. Są góry, tajemnice, zamki, a na pewno jest taniej.
Dolny Śląsk, co prawda, nie leży nad Morzem Śródziemnym, ale trochę do naszych oczekiwań pasował. Byliśmy tam wiele razy. Wszystko nam się podobało: krajobraz, opowieści o ukrytych skarbach, falisty pejzaż i góry na horyzoncie, pałace – te po renowacji i te, które były już ruinami, małe miasteczka, w których czas zatrzymał się wiek temu, a niemal w każdym czekała legenda, od historii o złotym pociągu po lokalne klechdy o skrzatach i zasypanych lochach.
Agenci nieruchomości uważnie wysłuchiwali opowieści o moim marzeniu i że cena za to marzenie powinna zawrzeć się w około sześciuset tysiącach złotych, bo takimi pieniędzmi mogłem dysponować. Potem kręcili głowami: „Chyba pan żartuje, za tyle dostanie pan komórkę do remontu, może gdyby spróbował pan na Podlasiu...”. Wiadomo: mało kto chce dziś kupować przy wschodniej granicy.
Zacząłem grzebać w internecie.
Znalazłem kilka domów, które wydawały się ładne, i gdybyśmy się sprężyli, może by nam na nie wystarczyło.
Do pierwszego pojechaliśmy na kilka dni, bo był działającą agroturystyką. Kupić dom i od razu biznes – czy mogłoby być lepiej? Stał w wiosce pełnej starych budynków z muru pruskiego lub z drewnianymi werandkami sprzed wojny. Ten na sprzedaż, choć stary, był niestety najbrzydszy z nich wszystkich.
A gdyby tak go pomalować? Wymienić podłogi? Wymienić meble? Właściwie wszystko wymienić? Biłem się z myślami, wiedząc, że kosztowałoby to setki tysięcy, których nie miałem i w przyszłości też bym nie miał.
Drugi dom na zdjęciach prezentował się ładnie: poniemiecka leśniczówka z cegły.
– Rok budowy 1909. Został nawet wyryty nad wejściem, o, proszę, w tym miejscu. – Agent nie przestawał mówić. – Ściany wspaniale zachowane. – Stuknął w mur. – Kuchnia w pełni wyposażona.
Kuchnia wyglądała antycznie, ale stylowo. Stare palenisko, a obok nowa lodówka i szafki, może nie urokliwe, dałoby się jednak z nimi żyć.
– Wszystko gotowe na nowych lokatorów – opowiadał agent. – Do tego jeszcze stara stodoła, no, może warto by tam trochę zainwestować. A na działce wspaniały sad, zapraszam...
– Momencik, chciałbym obejrzeć dół domu – zatrzymałem go.
– Tak jak mówiłem: duża kuchnia, idealna na wspólne obiady czy kolacje, a poza tym telewizja satelitarna, z internetem też nie ma żadnego problemu... Doskonały zasięg. Netflix śmiga.
– A to tutaj? – Wskazałem miejsce na podłodze, które wydawało się ciemniejsze i podejrzane nawet dla mnie, choć w ogóle nie znam się na starych domach.
Stuknąłem delikatnie podeszwą w podłogę, a stopa zapadła się po kostkę.
– No, być może mamy tu pewien problem z wodami gruntowymi. – Agent posmutniał.
– Wodami gruntowymi? – Przyjrzałem się ścianie, na której wyraźnie widać było zacieki.
– Poziom wód gruntowych się zmienia. – Agent się zająknął. – I teraz pewnie się zmienił...
– Aha. – Pokiwaliśmy głowami. – A jest piwnica?
Po twarzy agenta przemknął cień zawodu. Niechętnie zaprowadził nas do niedużych drzwi za kuchnią, otworzył je i zaświecił słabą żarówkę.
W dole połyskiwało jeziorko. Zanurzyłem w nim kij od szczotki. Jakiś metr głębokości.
Agent chrząknął.
– W tych stronach to częsta przypadłość starych domów – wytłumaczył. – Można odpompować wodę i osuszyć fundamenty.
– I wymienić podłogę? – zasugerowałem.
Rozłożył bezradnie ręce.
Kolejny dom był przepiękny. Zbudowany z muru pruskiego, wielki, z zadbanym ogrodem i ładnym widokiem. Agent odzyskał rezon po zalanej piwnicy i z dumą prezentował stare podłogi na dole i „dużą przestrzeń do własnej aranżacji”, która – jak to zwykle bywa – okazała się zagraconym strychem. Ale przynajmniej były to graty na oko sprzed wojny i wyglądały intrygująco.
W końcu nie musielibyśmy od razu remontować strychu, pomieścilibyśmy się na parterze, miejsca było dosyć.
– A cena? – zapytałem.
– Niecałe dwa miliony. – Agent zniżył głos. – Ale właścicielka naprawdę chce sprzedać. Podejrzewam, że zgodziłaby się na milion siedemset.
To było trzy razy więcej, niż mogliśmy mieć.
– Pomógłbym w załatwieniu kredytu – pocieszył nas agent. – Są banki, które oferują...
– Kredyty na trzydzieści lat osobom po pięćdziesiątce i bez regularnych dochodów? – dokończyłem zdanie.
Znowu bezradnie rozłożył ręce.
[...]
