Wydawca: E-bookowo Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2012

Jak kraść? Podręcznik złodzieja ebook

Kazimierz Turaliński

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jak kraść? Podręcznik złodzieja - Kazimierz Turaliński

Współczesna Polska to raj dla złodziei, a piekło dla ludzi uczciwych. Aby przetrwać w chaszczach i cierniach codzienności musisz zgłębić obowiązujące w niej reguły gry. Podstaw prawa, ekonomii, politologii i metodyki popełnianych przestępstw nauczy Cię praktyk-specjalista ds. bezpieczeństwa i wywiadu gospodarczego.


W cenie równej jednej porady u radcy prawnego otrzymasz obszerny pakiet informacji i sztuczek prawniczych, za które liderzy warszawskich gangów, Mafii Paliwowej i zamieszani w liczne afery politycy płacili asom palestry setki tysięcy złotych. Dziś ta sama wiedza znajduje się w Twoim zasięgu. Dowiesz się, jak legalnie:



- uniknąć obowiązku składania zeznań w każdym postępowaniu karnym
- uniemożliwić egzekucję komorniczą
- zupełnie pozbawić wiarygodności dowody zebrane przez przeciwnika procesowego lub prokuratora
- oszukać wykrywacz kłamstw
- uchylić się od zapłaty faktury VAT
- ochronić swój prywatny majątek
- zniechęcić organa ścigania do węszenia
- oszukać... tzn. nie dać się przechytrzyć kontrahentowi



Po lekturze zrozumiesz, dlaczego w Polsce „białe kołnierzyki” nie idą do więzienia, a szarym obywatelom sądy nie okazują litości. Słuchając wieczornych wiadomości bez trudu ocenisz, w jaki sposób zakończy się właśnie ujawniona afera i dlaczego właśnie umorzeniem śledztwa.



Przekonasz się, jak łatwo uniknąć płacenia podatków i dlaczego zwalczanie procederu prania brudnych, mafijnych pieniędzy to nad Wisłą fikcja. Nauczysz się niskim nakładem konstruować pozornie wiarygodne, międzynarodowe holdingi spółek kapitałowych z centralą w rajach podatkowych. Zgorszy Cię świadomość powszechnego okradania klientów przez banki oraz firmy ubezpieczeniowe. Przestaniesz ufać giełdzie i banknotom w Twoim portfelu. A jeśli nudzi Cię wielki biznes, w wolnej chwili zgłębisz tajemnice włamywaczy i złodziei samochodów. Kto wie, może kiedyś zostaniesz jednym z nich? A nawet jeśli nie, to chociaż będziesz wiedział, jak zabezpieczyć przed niedoszłymi „kolegami” własny dom lub auto...



Znając sposób myślenia złodziei, oszustów, finansistów i polityków, nie dasz się więcej nabrać na ich kłamstwa. I tylko od Ciebie zależeć będzie, czy pozyskaną wiedzę wykorzystasz w dobrym, czy złym celu. Publikację szczególnie polecić należy osobom planującym karierę: przestępcy, biznesmena, prawnika, ekonomisty, specjalisty ds. bezpieczeństwa, prywatnego detektywa, windykatora, policjanta lub funkcjonariusza innych formacji powołanych do ochrony bezpieczeństwa publicznego, sędziego, kontrolera podatkowego, dziennikarza śledczego, politologa, lobbysty, a także wszystkim tym, którzy nie chcą być nabijani w butelkę przez cwaniaków.

Konsultacje w zakresie bezpieczeństwa informatycznego i wybranych zagadnień socjotechnicznych – Adrian Norejko


Kazimierz Turaliński

Doktorant nauk prawnych, studiował prawo, nauki polityczne oraz ekonomię w specjalizacji podatkowej. Uczestniczył w szkoleniach prowadzonych przez specjalistów służb cywilnych i wojskowych: polskich, amerykańskich, izraelskich i rosyjskich. Przez szereg lat zawodowo zajmował się wywiadem gospodarczym i windykacją karno-gospodarczą. Uprawnienia do licencji II stopnia ochrony osób i mienia.

Autor kilkudziesięciu reportaży publikowanych w prasie polskiej, brytyjskiej i niemieckiej, a także sześciu publikacji książkowych z zakresu przestępczości zorganizowanej oraz aspektów prawno-finansowych międzynarodowej przestępczości gospodarczej.

Od 2000 roku związany z prywatnym sektorem bezpieczeństwa gospodarczego, włącznie z organizacją i zarządzaniem pionami wykonawczymi (obsługa prawna, detektywistyka) podmiotów operujących na rynkach m.in. Polski, Rosji, Ukrainy, Niemiec, Wielkiej Brytanii i USA.

Opinie o ebooku Jak kraść? Podręcznik złodzieja - Kazimierz Turaliński

Fragment ebooka Jak kraść? Podręcznik złodzieja - Kazimierz Turaliński

Kazimierz Turaliński

Jak kraść?

Podręcznik złodzieja

© Copyright by Kazimierz Turaliński

Projekt okładki: Kazimierz Turaliński

Konsultacje w zakresie bezpieczeństwa informatycznego i wybranych zagadnień socjotechnicznych – Adrian Norejko

Radom 2012

ISBN 978-83-925811-9-2

Wydawca: Wydawnictwo MEDIA POLSKIE

Konwersja do epub i mobi: e-bookowo

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

Wprowadzenie

Czyli zamiast siódmego przykazania...

Katowice, 16 października 2012 r.

Od autora

Jak wielu Polaków zadaję sobie pytanie: co się stało z tym krajem nad Wisłą? Dlaczego uczciwym ludziom żyje się coraz gorzej, a nawet podczas przyjacielskich spotkań nie należy szczycić się solidnie wykonaną pracą, lecz skutecznym oszukiwaniem fiskusa i kontrahentów? Złodziej postrzegany jest jako człowiek zaradny. Odpowiedzialny. Dobrze pilnujący swych interesów. Dbający o rodzinę. O jej byt i przyszłość. Uczciwy przedsiębiorca to naiwniak, relikt minionej epoki niedostosowany do realiów społecznych XXI wieku. Skazany na wyginięcie, niczym kalekie zwierzę służące tygrysom biznesu za łatwostrawny posiłek. Kantowski imperatyw kategoryczny zastąpiono imperatywem cwaniactwa i forsy.

Moja przygoda z bezpieczeństwem gospodarczym zaczęła się w 2000 roku. Pierwsze kroki na ścieżce zawodowej postawiłem w branży ochrony osób i mienia, kolejno zwracając się w stronę obsługi prawnej i wywiadu gospodarczego, aby w końcu podjąć się egzekucji należności powstałych w wyniku transakcji handlowych z nieuczciwymi przedsiębiorcami oraz z zawodowymi przestępcami. Przez szereg lat pełniłem funkcję szefa pionów windykacyjno-detektywistycznych w organizacjach o profilu prawno-finansowym. W tym też czasie przeszkoliłem około tysiąca handlowców, prawników i windykatorów w zakresie rozpoznawania przestępstw godzących we współczesny, a szczególnie polski, obrót gospodarczy. Przestępstw coraz częściej popełnianych za pełną, już nie tylko milczącą, aprobatą instytucji państwowych. Trafiające na moje biurko zlecenia dowodzą tego, jak wielu szarych Polaków pozostawia się bez jakiejkolwiek pomocy, gdyż prokuratura i Policja zainteresowanie okazują wyłącznie sprawom nadawanym przez politycznych zwierzchników lub ewentualnie drobnym występkom kryminalnym. Te pierwsze gwarantują rolę pupila aktualnej władzy i awans, drugie zaś umożliwiają zapełnienie statystyki jednostkami z marginesu społecznego – pozbawionymi wpływowych znajomości, a więc niegroźnymi. Nic innego się nie liczy. Nawet interwencje wiodących mediów nie przynoszą efektów. Śledztwa są umarzane albo prowadzone niemrawo gasną po latach bez rezultatów, a już ostatecznie pociągają przed oblicze Temidy jedynie mało istotnych figurantów z dołów przestępczych struktur. Tak umarły sprawy uprowadzenia Krzysztofa Olewnika, większość przestępstw liderów „Pruszkowa”, czy oszustwa tzw. Mafii Paliwowej. A tymczasem państwowi dostojnicy jawnie określają pokrzywdzonych mianem pieniaczy, życiowych nieudaczników, czy naiwniaków niegodnych poświęcania im cennego czasu. No bo czego oni właściwie chcą? Wciąż tylko przeszkadzają w degustacji aromatycznej kawy...

Ja jednak wolę tą naiwność nazywać określeniem w istocie synonimicznym – uczciwością. Tacy właśnie są moi klienci. Ludzie uczciwi wychodzą z założenia, że każdy chce grać fair. Pozbawieni na starcie podejrzliwości i wrogości względem innych „graczy” branżowych, pozostają odsłonięci na uderzenie i niemal zawsze kończą biznes z plikiem nieopłaconych przez klientów faktur VAT. Sami nie mogą liczyć na podobną pobłażliwość. Bezlitośnie wyeksploatowani przez urząd skarbowy, udzielający ryzykownego (drogiego) kredytu bank i innych przedsiębiorców – skutecznie egzekwujących spłatę należności, smutno kończą swą wycieczkę po krainie kapitalizmu. Po spotkaniu z „graczem”, czy to w życiu prywatnym, czy zawodowym, osoba uczciwa zazwyczaj latami łata podziurawiony budżet, a niekiedy nigdy już nie przywraca stanu posiadania do pierwotnej formy. Wtedy dostrzega swoją bezsilność. Nadchodzi rozczarowanie skutkami wierności prawom moralnym i przewartościowanie dotychczasowego światopoglądu. Widziałem to nie raz. Gdy opadnie kurz bitwy, pokonani zazwyczaj zaczynają dostrzegać prostą alternatywę: pogrążenie w marazmie i depresji lub zmiana frontu, a z nią z kluczowe w takich przypadkach pytanie:

Jak kraść?

Odpowiedź: łatwo

Porządek prawny i realia gospodarcze początku trzeciego tysiąclecia nie napawają optymizmem ani praktyków małego biznesu, ani oscylujących wokół granicy minimum socjalnego, ledwie wiążących koniec z końcem, zwykłych obywateli. Coraz więcej praw, a zarazem coraz mniej wolności i sprawiedliwości. Nadmiernie wysokie podatki i niejasny sposób ich naliczania, absurdalny obowiązek regulowania ZUS-u pomimo braku dochodów, czy podatku VAT od nieopłaconych przez nabywców faktur, a także inne ustawowe obostrzenia skutecznie spowalniają rozwój gospodarczy kraju. Zwiększają jednak pulę zagarniętych do podziału pieniędzy. Dodatkowo, uczciwych prześladuje wciąż realnie wzrastająca w siłę przestępczość zorganizowana, przenosząca ciężar działania z brutalnych i mało opłacalnych przestępstw kryminalnych na rzecz operowania papierem. Bezpieczne. Popularne. I dużo bardziej rentowne od przemytu alkoholu za czasów Al’a Capone, czy handlu narkotykami. Metodyka działania współczesnych ośmiornic, jak i samotnych freelancerów, pozostaje zależna od ich wiedzy, statusu społecznego, w pewnym stopniu etyki i dostępnych środków inwestycyjnych. Zawodowy złodziej nigdy nie będzie bezrobotny. Potrafi z łatwością dostosować swą profesję do aktualnej sytuacji rynkowej, obowiązujących przepisów prawnych i osób piastujących (zwykle chwilowo) stanowiska w aparacie państwowym – centralnym, samorządowym i w organach ścigania. Do tego liberalna linia orzecznictwa w praktyce uczyniła obrót gospodarczy niemal wyjętym spod jurysdykcji przestępstw takich, jak oszustwo. Natomiast przestępstwa skarbowe przez dwie ostatnie dekady niewiele różniły się, w zakresie przedawnienia i grożących kar, zwykle grzywien, od niskiej szkodliwości społecznej wykroczeń. Dzieliło je tylko jedno: wykroczenia obejmowały np. kradzież batonów w sklepie, zaś oszustwa na szkodę Skarbu Państwa straty w setach tysięcy lub milionach zł. Z większą gorliwością karano jednak tych, którzy ośmielili się ukraść coś na śniadanie, niż finansowych potentatów machlojkami osuszających budżet ojczyzny. Sycylijska Omerta zapewniła spokój mafii, u nas zmowa milczenia też sprzyja przestępcom. Zróbmy im więc na złość i odkryjmy ich sekrety.

Złodziej, to jedyny dobrze płatny zawód, w którym nigdy nie braknie wolnych etatów. Nie wymaga kierunkowego wykształcenia, zdawania egzaminów, ani rodzinnych koneksji. Dodatkowo, w ramach swoistej aktywizacji bezrobotnych i rozwoju rodzimego przemysłu, władze bez wytchnienia pracują nad ułatwieniem startu w tej konkretnej, samodzielnej działalności gospodarczej. I to niestety skutecznie. W ciągu minionych 12 lat setki razy byłem świadkiem takiej bezwarunkowej akceptacji reguł otaczającego nas świata, czyli kapitulacji. Przejścia na drugą stronę... Niniejszy podręcznik ukaże przed Tobą, drogi Czytelniku, blaski i cienie kontrowersyjnej ścieżki kariery – od najniższych stanowisk przestępczego imperium, aż po sam szczyt. Po lekturze zdecydujesz, po której stronie wolisz stać. Czy będziesz tym dobrym, czy tym złym. W obu przypadkach szanse zostaną wyrównane a zmowa milczenia złamana.

Rozdział I Dlaczego w wolnej Polsce wolno kraść?

W roku 1990 policyjne statystyki odnotowały 730 zabójstw. Następne 12 miesięcy przyniosło ich już 971, a po dwóch kolejnych latach liczba zbrodniczo pozbawionych życia sięgnęła 1106. Aż do końca pierwszej dekady III Rzeczypospolitej zabójstwa popełniano przeciętnie 1100 razy rocznie. Liczba ta wzrosła w rekordowym, 2001 roku, aż do 1325 ofiar. W późniejszych latach statystyka poszybowała ostro w dół...

Każdego roku kilkaset zabójstw popełnianych jest w wyniku kłótni rodzinnych i towarzyskich, wybryków zdegenerowanych jednostek oraz na tle seksualnym. Pozostałe, to głównie efekt wojen o mniejsze i większe pieniądze płynące z rozbojów, przemytu, handlu narkotykami, kontrolowania prostytucji i wymuszeń. Tak dawniej, bez ciężkiej pracy a czynami kryminalnymi, gromadzono niemałe majątki. Zbrodnia miała jednak to do siebie, że potrafiła niespodziewanie odwrócić kartę fortuny i zaprowadzić gracza na wiele lat za kraty albo rękami bezwzględnej konkurencji wymierzyć karę śmierci. Możliwe zyski i koszty pozostawały w równowadze. Żyj szybko i dostatnio, umrzyj młodo.

Na przełomie XX i XXI stulecia Policja przedwcześnie ogłosiła rozbicie wiodących zorganizowanych grup przestępczych: w centralne Polsce, na wschodzie i północy kraju tzw. Mafii Pruszkowskiej i Mafii Wołomińskiej, a na południu gangu Krakowiaka, który to, z uwagi na swą liczebność i zaangażowany nawet własny pluton egzekucyjny, przypominał raczej prywatną armię bezwzględnych recydywistów. Natura nie toleruje próżni, a że chętnych do korony i tronu nie brakowało, na pierwsze efekty bezkrólewia nie trzeba było długo czekać. Młode wilki stolicy ogłosiły się nowym „zarządem” i sięgnęły po wielomilionowe źródła dochodów, takie jak produkcję i tranzyt narkotyków, wymuszenia, kontrolowanie agencji towarzyskich oraz przydrożnych tirówek. Szybko doszło do zbierających krwawe żniwo konfliktów o lenno, a także do konfrontacji z ostatnimi reprezentantami starej gwardii.

W chaotycznie i amatorsko przeprowadzanych zamachach zginęło wielu początkujących gangsterów. Niektórzy przypadkiem. Najlepszym tego przykładem było zlecenie wydane przez starszego już wiekiem bossa, na młodego przestępcę o pseudonimie Ziemniak. Zabójcy dokonali egzekucji dwóch mężczyzn – Ziemniaka i jego kolegi, niejakiego Kciuka. Niestety, rozstrzelany w salonie gier chłopak okazał się inną osobą o takim samym przezwisku. Następny na liście był bliski współpracownik pierwotnego celu, niejaki Łoban. Pomimo oddania w plecy mężczyzny 9 celnych strzałów z bliskiej odległości, ten przeżył i był w stanie jeszcze tego samego dnia o własnych siłach opuścić szpital. Pechową passę przerwało pozornie szczęśliwe zabójstwo właściwego Ziemniaka. Pozornie, ponieważ młode wilki nie pozostawały dłużne i świadome zachłanności zleceniodawcy tego mordu prewencyjnie wyeliminowały go na zawsze z gry. Kilkanaście kul z KBK AK 47 podziurawiło samochód zabijając prócz bossa, także jego młodego pracownika. Śmierć zastała ich w Mercedesie należącym wcześniej do Pershinga, legendarnego przywódcy grupy ożarowskiej, który również zginął od kul płatnych zabójców z młodego pokolenia. Podobnych historii odnotowano w kronice kryminalnej setki, a może nawet tysiące.

Na litość nie mogli też liczyć policjanci. Wielu potraktowano niczym papierowe tarcze stojące na drodze do celu. Mikołajki, sierpień 2002 roku. W chwilę po rozstrzelaniu syna wołomińskiego bossa – Klepaka, strzałem w klatkę piersiową zamordowano przypadkiem idącego ulicą funkcjonariusza. Zginął za mundur. 3 lata wcześniej w barze Gama na Woli zginął senior Klepacki, a wraz z nim pociski karabinu oraz dubeltówki podziurawiły czterech innych przestępców. Czechowice-Dziedzice, maj 2002 roku. Sprawcy wymuszenia bez chwili wahania rozstrzelali dwóch policjantów, których napotkali przypadkowo w kawiarence internetowej. Dwa miesiące wcześniej, w podwarszawskich Parolach, od kuli zginął podkomisarz z Piaseczna. Kilkunastu przestępców usiłowało wówczas odbić wypełnionego telewizorami TIR-a z rąk omyłkowo wziętych za konkurencję policjantów. Za sprawcami rozesłano listy gończe, a dwóch z nich funkcjonariusze zastrzelili w czasie akcji odwetowej na Ursynowie. Jednym z zabitych okazał się zwerbowany przez gang były policjant-antyterrorysta o pseudonimie Fragles. Echem tych akcji pozostała słynna bitwa w Magdalence, w której to z rąk kolejnej dwójki przestępców z Parol ponownie zginęli stróże prawa. Pod kulami i w eksplozjach bomb poległo dwóch antyterrorystów, a kilkunastu kolejnych zostało ciężko rannych, w tym kilku trwale wyeliminowanych ze służby. Zginęli także obaj gangsterzy. Nie od kul. Według oficjalnej wersji zaczadzili się w wyniku pożaru, choć świadkowie z kostnicy donosili o ciele potwornie okaleczonym ranami postrzałowymi. Chodziły też plotki, że zabity Białorusin strzelać miał do gen. Papały i dlatego próba zatrzymania podejrzanych nie mogła zakończyć się sukcesem...

Strumienie przelanej krwi okazały się nie warte największych nawet pieniędzy. Wieloletnie wyroki, kalectwo lub śmierć nie były dobrą ceną za kilka krótkich lat chwały i bogactwa. Ci, którzy przetrwali lata hekatomby, poszukiwali alternatywy, a inspirację czerpali z działań najbogatszych obywateli naszego kraju.

Odnotowany na początku XXI wieku wzrost liczby zabójstw wykrwawił walczących o schedę po Pruszkowie. Masakry tamtych lat stanowiły, przynajmniej na razie, zamknięcie epoki gangstersko-mafijnej Polski. Od tego czasu liczba ofiar tej kategorii przestępstw nie wzrosła już powyżej tysiąca, a wręcz systematycznie spada. W 2006 roku wyniosła 816, w 2008 po raz pierwszy od lat PRL-u jedynie 748 zabitych, a w 2011 – 684. Dziś zabijają się już tylko amatorzy i skłóceni przy butelce wódki szwagrowie. Wszyscy myślący zdali sobie sprawę z tego, że zbrodniczy biznes po prostu się nie opłaca. Dlatego najprawdopodobniej czas widowiskowych strzelanin już nie powróci, podobnie jak nie wrócą do życia ostatni gangsterzy śniący o odbudowie potęgi i hegemonii tzw. Mafii Pruszkowskiej. Tradycyjny półświatek, złożony ze starej daty recydywistów, pozostanie podległy opuszczającym więzienne mury bossom starego Pruszkowa i utworzonego na jego gruzach Mokotowa, natomiast młodzi przestępcy wylądują w tyglu drobnych, opartych na przemocy, przestępstw kryminalnych i narkotykowych. Ani jedni, ani drudzy nie stworzą już wyśnionej mafii. Wywalczą tylko bezczynszowe sanatorium na koszt podatników.

Nie wszyscy jednak przegrali życie. Ci bardziej roztropni obrali za cel wielkie, acz paradoksalnie bezpieczne pieniądze. Podobną drogą podążył drobny i średni biznes, zniechęcony nadmiernie wysokimi podatkami oraz słabą koniunkturą rynkową. Braki budżetowe łatano najpierw nieznacznymi, a później coraz większymi nieuczciwościami. Wszyscy wtedy już wiedzieli, że prawdziwych i, co ważniejsze, trwałych fortun nie buduje się pistoletem. Przynoszące wiele ofiar śmiertelnych spektakularne porachunki gangów tworzą legendę i umacniają pozycję w półświatku, ale ta przynosi wymierne korzyści tylko w więzieniu i podczas przestępczych rokowań. To nie jest życie, jakiego pragną dzisiejsi biznesmeni. Wartość wyznaczają już nie blizny po wygranych bitwach, a szybkie i drogie samochody, ekskluzywne rezydencje w tropikalnych plenerach oraz piękne kobiety. Takich atrakcji nie zdobywa się ani twardymi pięściami, ani tym bardziej podczas odbywania wieloletnich wyroków w zakładach karnych o zaostrzonym rygorze. Ciężką pracą też niezwykle rzadko. Powszechnie przecież wiadomo, że pierwszy milion trzeba ukraść...

Bezpieczna alternatywa

W 1999 roku policyjne statystyki odnotowały popełnienie jedynie 60 393 przestępstw gospodarczych. W roku kolejnym liczba ta wzrosła do 84 260, a w 2001 do 103 521. Rekord dekady przypadł na rok 2004 z wynikiem 152 148 czynów tej kategorii i już do dnia obecnego rokrocznie oscyluje wokół tej wartości. Systematyczny rozwój sektora ekonomicznego pokrywał się w czasie z „restrukturyzacją” polskiego podziemia. Obalenie monopolu Mafii Pruszkowskiej i krwawe bitwy toczone między mniejszymi gangami zniechęciły niejednego kandydata na przestępcę oraz czasowo bezrobotnego gangstera do wchodzenia na linię strzału. Wielu szukało alternatywnych źródeł dochodu, ale bynajmniej nie pracy na spokojnym etacie. Z kolei przedsiębiorców mamiła legenda tzw. Mafii Paliwowej, demonizowanej przez ówczesne media gospodarczej ośmiornicy wysysającej miliardy zł ze Skarbu Państwa. Już w latach 90-tych podobne konglomeraty tworzyli odpowiadający za prywatyzację politycy i byli funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa, gromadzący fortuny nawet na mało spektakularnym handlu zbożem. Na jednej szali śmiertelne niebezpieczeństwo i małe pieniądze, na drugiej komfort i klamki ze złota. Wyrok za zabójstwo, wyceniane w półświatku średnio na 20 000 zł, to 25 lat więzienia lub dożywocie. Wyrok za oszustwo na milionowe kwoty – w teorii do 10 lat, realnie, przy wyroku skazującym, trzy wiosny za kratami albo warunkowe zawieszenie kary, a zazwyczaj pełne oczyszczenie z zarzutów. Wybór nie był trudny. Czyny o charakterze kryminalnym ustępować zaczęły miejsca dawniej pogardzanym występkom gospodarczym, popełnianym przy pomocy pióra i papieru.

Dlaczego opinia publiczna i media zaakceptowały tą drogę ewolucji półświatka? Ponieważ, tak jak w przypadku pijanych kierowców, mamione są statystycznie wysoką wykrywalnością, oscylującą stale wokół 95%. Ludu nie poinformowano jednak, że liczby przedstawiają tylko czyny zgłoszone lub samodzielnie wykryte, a istotą przestępstw gospodarczych, a zwłaszcza oszustw, jest ich trudny do dostrzeżenia i udowodnienia charakter. Często sama ofiara nie zauważa pokrzywdzenia, niekorzystny wynik finansowy zrzucając na karb ryzyka inwestycyjnego. W takim przypadku organa ścigania nie mają możliwości pozyskania informacji o zaistnieniu przestępstwa i jego odnotowania. Statystyki obniża też nieszczęśliwa konstrukcja przepisów prawa, tworzących skomplikowane, kazuistyczne warianty czynów karalnych. Znacznie ułatwiają one sztuczne wytrącenie lub zamaskowanie choćby jednego ze znamion, co oznacza wykluczenie zdarzenia z jurysdykcji karnej. Tym samym policjanci i prokuratorzy często zamieniali się w pierwszych adwokatów oszustów – sprawa umorzona z powodu braku wyczerpania znamion czynu karalnego to zamknięte postępowanie, a więc odnotowane w statystyce jako sprawnie przeprowadzone i wyjaśnione. Poza mniejszą ilością pracy wyczyszczona statystyka, dodatkowo nieobciążona tak dużą liczbą występków i zbrodni, otwiera drogę do awansów, a więc interesy przestępcy oraz kiepsko wynagradzanego stróża prawa pozostają zbieżne. Trudno o gorszy dla urzędnika państwowego motywator do uczciwości i ciężkiej pracy. Trudno o wyraźniejszy znak przyzwolenia ze strony władz. Dodatkowo, doszlifowanie technik przekrętów uczyniło, nawet przy szczerym zaangażowaniu organów ścigania w śledztwo, niemal niemożliwym udowodnienie profesjonaliście winy. Ciemna liczba przestępstw gospodarczych może sięgać nawet czterokrotności tych oficjalnie stwierdzonych. „Zbrodnia” prawie doskonała, bo niewidzialna.

Braki w warsztacie ekonomiczno-prawnym i doświadczeniu biznesowym okazały się niszczące dla początkujących oszustów. Pierwsza fala oskarżeń objęła synów pruszkowskich bossów, dokonujący na Śląsku oszustw w branży meblarskiej. Także zabójcy Pershinga odczytano, jako jeden z pierwszych, zarzut wyłudzenia milionowej wartości transportu kawy. Wielu figurantów struktur paliwowych zgładzono, by uniemożliwić pociągnięcie do odpowiedzialności karnej przywódców naftowego syndykatu. Nie była to jednak kosztowna strata. Kadry szybko uzupełniono, a dawnych błędów nie powtórzono. Później było już więc tylko lepiej, a od tego czasu zarzuty stawiono tylko amatorom spoza branży. Przetarcie szlaków zaowocowało opracowaniem skutecznej metodyki przekrętów i strategii unikania kary. Pomogło obszerne orzecznictwo sądów, z Sądem Najwyższym na czele, obnażające liczne luki obowiązujących przepisów prawa karnego, podatkowego, gospodarczego i cywilnego. Ich łataniem władza w ogóle nie była zainteresowana. Do dnia dzisiejszego fachowcy czerpią więc natchnienie z opracowanych piórami sędziów, profesjonalnych „ściągawek”. Jak się okazało, okradać wolno, jeśli tylko wie się jak i kogo.

Rozdział II Prawo dla złodzieja post-PRL

Podstawą prawną ścigania sprawców przestępstw przeciwko mieniu jest na terytorium Polski Kodeks karny z dn. 6 czerwca 1997 r. Treść tej ustawy, wbrew potocznym opiniom, prawidłowo odzwierciedla potrzeby współczesnego, demokratycznego państwa europejskiego. Nie sposób poczynić większych zarzutów dla unormowań w materii przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu, godzących w ustrój i niepodległość państwa, czy też penalizujących kwestie ze sfery obyczajowości. Jednak część regulująca naruszenia obrotu gospodarczego i zasad uczciwości międzyludzkiej dowodzi braku w tej materii doświadczenia (lub dobrej woli) Rady Ministrów, posłów i senatorów oraz zupełnej nieświadomości prawideł działania wolnorynkowej gospodarki. Co prawda z podobnymi problemami borykały się dojrzalsze od naszej demokracje, lecz niektóre już przed stu laty zdołały otworzyć oczy. Z politowaniem przypominać można przypadek pewnego amerykańskiego deputowanego, który w czasach prohibicji żądał rozwiązania mafii w drodze nakazu ustawowego. Jak mniemał, siła autorytetu państwa była tak silna, by odgórny zakaz miał rozwiązać problem przemytu, haraczów i zabójstw. Dużo czasu zajęło, nim bardziej doświadczeni życiowo koledzy wyjaśnili idealistycznie nastawionemu politykowi, że gangsterzy nie bardzo biorą sobie do serca uczciwość i lojalność literze prawa, która dostatecznie wyraźnie zabrania chociażby mordowania bliźnich, a wręcz właśnie dlatego zarabiają na zbrodni...

Fachowiec rzadko kradnie. To takie niekulturalne i męczące. Do tego banalne i pozbawione walorów artystycznych. Szczytem cynizmu i zarazem wirtuozerii zawodowej jest przekonanie ofiary, by ta sama wręczyła pożądane dobra i jeszcze podziękowała za udaną transakcję. Oszustwo, a szczególnie oszustwo gospodarcze, to czyn umożliwiający osiąganie nieograniczonych dochodów bez większych nakładów finansowych, przemocy, specjalistycznej wiedzy, czy kontaktów z półświatkiem lub skorumpowanymi urzędnikami państwowymi, albo zamożnymi przedsiębiorcami. Oczywiście wymienione znajomości oraz dostępne środki inwestycyjne lub wiedza umożliwiają zarabianie na tym rzemiośle o wiele większych pieniędzy, jednak w ramach sprawiedliwości społecznej bezkarność zapewniono wszystkim – bogatym i biednym, wpływowym i tym nic nieznaczącym. Każdemu, według jego talentu, możliwości i zachłanności. Jak to możliwe? Otóż, przyjęta konstrukcja definicji tego przestępstwa czyni bardzo prostym ominięcie chociażby jednego ze znamion, a wówczas pociągnięcie sprawcy do odpowiedzialności karnej staje się już niemożliwe.

Art. 286. § 1 Kodeksu karnego: Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.

§ 2 Tej samej karze podlega, kto żąda korzyści majątkowej w zamian za zwrot bezprawnie zabranej rzeczy.

§ 3 W wypadku mniejszej wagi, sprawca podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

§ 4 Jeżeli czyn określony w § 1-3 popełniono na szkodę osoby najbliższej, ściganie następuje na wniosek pokrzywdzonego.

Uważny Czytelnik już na wstępie dostrzeże słabość tego sformułowania, nieprzewidującego wprost kary za oszustwo mające na celu wyłudzenie usługi. Próżno szukać także kryminalizacji takiego czynu w innych zapisach Kodeksu karnego, czy w innych ustawach. Dosłowna interpretacja nie pozostawia wątpliwości: tylko dyspozycja konkretnym mieniem, a zatem już istniejącym, daje podstawę do ścigania sprawcy. Usługi (zwłaszcza niematerialne, np. doradcze, handlowe i projektowe) z założenia można więc do woli pozyskiwać bez płacenia. Dopiero orzecznictwo sądowe, w istocie bardzo naginające zakres dozwolonej wykładni prawa, objęło art. 286 kk także czyny dokonane na szkodę usługodawców. Dlaczego tworząc pierwszą demokratyczną ustawę karną zbagatelizowano tą kwestię, a błędu do dzisiaj nie naprawiono?

Podstawowy przepis mający chronić obywateli przed oszustwami został przeniesiony do obecnego Kodeksu karnego ze swojego poprzednika z 1969 roku (art. 205 § 1), a więc z czasów głębokiego socjalizmu, w którym obrót gospodarczy poza państwowymi przedsiębiorstwami niemal nie istniał. Wtedy w ogóle nikt nie myślał o oszustwach na szkodę podmiotów gospodarczych ze strony innych przedsiębiorców, gdyż wszelkiego typu prywatna inicjatywa była zwalczana systemowo – zarówno barierami administracyjnymi, jak i represjami właściwymi dla ustroju totalitarnego. Polacy nie mogli dowolnie zakładać prywatnych przedsiębiorstw, a jedynie skolektywizowane spółdzielnie. W gospodarce centralnie sterowanej masowe oszustwa między konkurencyjnymi podmiotami były formalnie niemożliwe, gdyż nie było konkurencji, a współpracujące ze sobą jednostki „należały”, zgodnie z ideologią komunistyczną, do jednego właściciela – nie miały zatem kogo pokrzywdzić obrotem w ramach pozornie zamkniętego krwiobiegu finansowo-towarowego. Dysponentem wszelkich „wspólnych” dóbr w teorii miał być „lud pracujący”, w praktyce nomenklatura partyjna. Zaś wszelkie działania obywateli przeciwko jednostkom gospodarki uspołecznionej oraz mieniu społecznemu były bardzo dobrze skryminalizowane, podlegały też wszechstronnemu ściganiu i surowemu karaniu. W celu ochrony gospodarki państwowej funkcjonowały nawet wyspecjalizowane piony Służby Bezpieczeństwa. Po upadku PRL-u zapomniano jednak o dostosowaniu przepisów do nowych realiów i tak np. przestępstwo oszustwa, przeniesione w dosłownym brzmieniu, w ogóle nie uwzględniało wyłudzenia już możliwych do masowego świadczenia na wolnym rynku usług. Implementowane na grunt demokratycznego państwa przepisy były dobre tylko dla materii prymitywnych oszustw kryminalnych, czyli tych zatrzymanych mentalnie w epoce gomułkowskiej. Transformacja ustrojowa przyniosła „wykrojenie” unormowań obejmujących szczególną ochroną przedsiębiorstwa państwowe, lecz w ich miejsce nie utworzono nowych przepisów karnych odpowiadających realiom gospodarki rynkowej i hurtem rejestrowanym spółkom prawa handlowego, czy jednoosobowym działalnościom gospodarczym. Ktoś źle, zbyt „dosłownie” zrozumiał termin „wolny rynek”. Zlikwidowano też wydziały ds. przestępczości gospodarczej pozostawiając w organach ścigania lukę, tak naprawdę do dziś skutecznie niezałataną. W ostatecznym rozrachunku prywatnego przedsiębiorcę uczyniono obywatelem drugiej kategorii, w dużej mierze niezasługującym na ochronę ze strony prawa karnego. Interesujący to spadek po filozofii minionego ustroju. Orzecznictwo sądowe, interpretujące historyczne unormowanie w nowoczesnym teatrze poprzemysłowym, dodatkowo pozbawionym granic międzypaństwowych i umożliwiającym swobodny przepływ kapitału przez globalny rynek finansowy, doprowadziło do absurdów rodzących dozgonną wdzięczność adeptów złodziejskiego fachu. Ale o tym później.

Przestępstwo oszustwa popełnić można jedynie w sposób umyślny, z zamiarem bezpośrednim. Podstawowym warunkiem jego zaistnienia jest działanie sprawcy w celu osiągnięcia korzyści majątkowej. Zatem nie wypełni ustawowych znamion wyrządzenie szkody majątkowej motywowane np. sabotażem lub dokuczeniem osobie. Podobnie, jeśli straty będą konsekwencją popełnionego błędu, np. złej oceny w trakcie realizacji ryzykownej transakcji. Wszelkiego typu korzyści osobiste, takie jak przyznanie tytułu honorowego, orderu, awansu służbowego albo natury seksualnej, również nie stanowią podstawy do oskarżenia o popełnienie oszustwa, nawet jeśli wszystkie inne znamiona tego czynu karalnego zostaną wypełnione, a korzyść taka pozostaje oczywistym oraz zaplanowanym, ale i jedynym dla sprawcy pozytywnym skutkiem danego działania. Pamiętać jednak należy, że brak możliwości postawienia zarzutów karnych nie wyklucza dochodzenia obowiązku naprawienia wyrządzonej szkody na gruncie prawa cywilnego. Skuteczność tego, to już zupełnie inna historia.

Art. 415. Kodeksu cywilnego: Kto z winy swej wyrządził drugiemu szkodę, obowiązany jest do jej naprawienia.

Sama korzyść majątkowa w rozumieniu art. 286 § 1 kk definiowana jest w orzecznictwie w bardzo szerokim zakresie, na pewno szerszym, niż przywłaszczenie lub zagarnięcie mienia. Nie tylko obejmuje ona włączenie do majątku sprawcy konkretnej rzeczy ruchomej – np. samochodu lub telewizora, ale także każdego innego prawa majątkowego. W drodze oszustwa można więc wejść w posiadanie nieruchomości, każdego gatunku towaru, środków finansowych, prawa dysponowania cudzym rachunkiem bankowym lub linią kredytową, wszelakich licencji na wykorzystanie zastrzeżonych technologii lub znaków handlowych, a także prawa majątkowego należnego z tytułu umowy cywilnoprawnej, czyli np. problematycznego wyłudzenia usługi. Syntetycznie rzecz ujmując, zgodnie z podzielanym przez doktrynę wyrokiem Sądu Najwyższego (z dn. 10 marca 2004 r. sygn. II KK 381/03) przedmiotem ochrony w ramach przepisu art. 286 § 1 kk jest każde świadczenie majątkowe. Co więcej, w innym wyroku tego samego sądu (z dn. 30 sierpnia 2000 r. sygn. V KKN 267/00) wysnuto wniosek, iż sprawca wcale nie musi dążyć do przywłaszczenia mienia stanowiącego przedmiot oszukańczych zabiegów. Może wręcz zakładać zwrot zagarniętego majątku pokrzywdzonemu, zamierzając jednak osiągnąć korzyść płynącą z samego czasowego nim rozporządzania, przejawiającą się w każdej innej postaci, niż przywłaszczenie mienia, np. poprzez pozyskanie pożytków z niego wynikających lub innych zewnętrznych korzyści z pozostawania we władztwie nad rzeczą bądź środkami. Korzyść ta płynąć może także od niezwiązanych z pokrzywdzonym osób trzecich. Niefortunna legislacja podlega więc, w razie potrzeby, szerokiej, kontrowersyjnej i niezwykle twórczej wykładni. Jest też drugie dno tak rozległych interpretacji. Każda działalność gospodarcza ma na celu potęgowanie zysków, więc to, co w czynie kryminalnym przesądzało o winie sprawcy, w materii gospodarczej świadczy... na jego korzyść. Zwłaszcza, gdy ten potrafi kreatywnie scedować zyski na niezwiązane z czynem osoby trzecie. Znamię przestępstwa nierozerwalnie stapia się wtedy z legalną i społecznie pożądaną działalnością zarobkową.

Analogicznie do osiągnięcia korzyści majątkowej szeroko rozumiana jest w orzecznictwie i doktrynie kwestia niekorzystnego rozporządzenia mieniem, czyli jako wszelki uszczerbek na majątku pokrzywdzonego. Owa niekorzystność wyrażać ma się zarówno uszczupleniem już istniejącego stanu posiadania, jak i utratą przyszłych pożytków –spodziewanych i należnych korzyści, a nawet samym pogorszeniem sytuacji materialnej (m.in. O. Górniok: Kodeks Karny. Komentarz pod red. A. Wąska, Gdańsk 2002/2003, s. 1182). Nie oznacza to wyłącznie wyjęcia części majątku spod władztwa prawowitego właściciela, ale także jego spieniężenie poniżej wartości, czy sprzedaż pokrzywdzonemu przedmiotu po zawyżonej cenie, np. jedynie pozłacanego zegarka jako szczerozłotego.

Nie zawsze jednak wystąpienie wymiernej straty automatycznie oznacza zaistnienie przestępstwa. Jeśli pokrzywdzony wiedział, że dana czynność będzie skutkowała uszczupleniem jego majątku a mimo tego godził się na nią lub podejmował ryzyko w ramach działalności gospodarczej, to o oszustwie nie może być mowy. Te akurat słuszne zastrzeżenia można też łatwo reżyserować i rozciągać na transakcje, których rzeczywisty cel daleko odbiega od tego zakomunikowanego kontrahentowi.

Kolejnym warunkiem wypełnienia znamion oszustwa jest wprowadzenie w błąd lub wyzyskanie błędnego przekonania. Przytaczany już wcześniej wyrok SN z dn. 10 marca 2004 r. zdefiniował tę kwestię jako ukierunkowanie działania sprawcy w stronę skłonienia konkretnej osoby do rozporządzenia mieniem w oparciu o uświadomiony i zarazem nieprawdziwy obraz rzeczywistości. Oznacza to wprowadzenie w błąd w taki sposób, że sprawca swoimi podstępnymi zabiegami doprowadza inną osobę do mylnego wyobrażenia o rzeczywistym stanie rzeczy. Środkami użytymi do wprowadzenia w błąd mogą być m.in. słowo, pismo, fałszywe narzędzie, czy urządzenie pomiarowe. Do przypisania oszustwa nie jest zatem potrzebne użycie szczególnego podstępu, wystarczy kłamstwo. Może też ono zostać użyte pośrednio, czyli wprowadzić w błąd nie pokrzywdzonego, a osobę rozporządzającą jego mieniem. Przykładem tego jest np. przedstawienie fałszywych dokumentów dowodzących, że sprawca pozostaje uprawniony do odbioru w cudzym imieniu towaru lub do dysponowania cudzą własnością, albo, że sam pozostaje właścicielem danego mienia. Dokonanie zakupu towarów z odroczonym terminem płatności, gdy nabywca wie, że mimo uzgodnień nie zapłaci za wydane sprzęty. Przekonanie kontrahenta do poniesienia określonych nakładów w celu realizacji wspólnego przedsięwzięcia, gdy tymczasem sprawca nigdy jego rzeczywistej realizacji nie zakładał a celem pozostawało jedynie uzyskanie wstępnego świadczenia. Wprowadzenie w błąd dotyczyć musi istotnych okoliczności, a więc takich, bez wystąpienia których rozsądnie rozumująca osoba najpewniej nie przystąpiłaby do czynności. Kłamstwa dotyczące własnego stanu cywilnego i planów matrymonialnych względem kontrahentki nie wypełnią znamion oszustwa, nawet jeśli towarzyszyła im sprzedaż w cenie hurtowej cementu na rzecz należącego do nierzetelnego adoratora składu budowlanego.

Wyzyskanie błędu zachodzi natomiast wówczas, gdy pokrzywdzony sam tkwi w błędnej ocenie danego stanu faktycznego, a sprawca nie prostuje tej wiedzy, lecz korzystając z niej uzyskuje kosztem drugiej osoby nienależną korzyść majątkową. Najprostszym tego przykładem jest pytanie ze strony klienta: w jakiej cenie jest ten złoty zegarek? W odpowiedzi sprzedawca świadomy, iż oferuje jedynie pozłacaną podróbkę, zamiast sprostować błąd podaje cenę analogiczną dla oryginalnego wyrobu jubilerskiego.

Wyzyskanie niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania rozumieć należy, jako wykorzystanie sytuacji, gdy ofiara z jakichkolwiek powodów nie ma należytego rozeznania, co do faktycznej treści transakcji, której realizacji się podejmuje. Niezdolność taka może mieć charakter czasowy albo trwały i wynikać z braku odpowiedniego rozwoju psychicznego, wystąpienia czasowych zaburzeń psychiatrycznych, ostrego stanu chorobowego, skrajnego przemęczenia, niedostatecznej socjalizacji jednostki, jej nazbyt młodego wieku i tym samym braku doświadczenia życiowego oraz wiedzy fachowej, a także spowodowana może zostać czynnikami krótkotrwałymi: upojeniem alkoholowym, zażyciem narkotyków, leków psychotropowych etc.

Powyższe przesłanki w miarę prawidłowo formułują podstawy ścigania czynu potocznie określanego oszustwem. Jednak ich obiektywne spełnienie nie jest wystarczające do uzyskania wyroku skazującego. Furtką gwarantującą, w nawet oczywistych sytuacjach, uniknięcie odpowiedzialności karnej jest wyznacznik celowego działania, czyli przeprowadzonego w sposób umyślny, z zamiarem bezpośrednim popełnienia przestępstwa.

Podstawą odpowiedzialności karnej oszusta jest dowiedzenie nie tylko wystąpienia oznak obiektywnych – a więc działania pokrzywdzonego z uszczerbkiem na własnym majątku w wyniku błędu wiadomego sprawcy i z korzyścią materialną dla niego – co już samo w sobie niezwykle trudno udowodnić w przypadku skomplikowanych oszustw gospodarczych dokonanych w ramach sieci współdziałających ze sobą spółek prawa handlowego. Wyłowienie faktycznego beneficjenta konkretnej transakcji w gąszczu setek przelewów i wzajemnych rozliczeń niejednokrotnie przypomina sprzątanie Stajni Augiasza. Aby pociągnąć sprawcę do odpowiedzialności dodatkowo należy jeszcze udowodnić mu winę także w zakresie subiektywnym, czyli w zaplanowanym i od początku konsekwentnie realizowanym przestępczym działaniu, skutkującym pozyskaniem nieuprawnionych korzyści majątkowych dzięki uszczerbkowi kontrahenta. W banalnych przypadkach typowo kryminalnych bywa to proste, gdy np. zawodowy złotnik sprzedaje sztabę żelaza pokrytą złotą farbą jako pełnowartościowy kruszec lub jeśli na podstawie sfałszowanego dowodu tożsamości oszust odbiera opłacony przez innego przedsiębiorcę towar. Jednak konia z rzędem temu, kto udowodni, że nagła utrata płynności finansowej przedsiębiorstwa była od początku do końca zaplanowana, a przedsiębiorca od pierwszej chwili nie wykazał cienia dobrej woli w zapłacie, zwłaszcza, gdy poszczycić się on może nienaganną opinią i dobrze udokumentowanymi stratami wynikającymi z kilkuletniej, wielopłaszczyznowej działalności prowadzonej w zgodzie ze sztuką zawodową właściwą dla swej branży. Nie sposób wówczas dowieść przedsiębiorcy winy. W tym, i w setkach innych scenariuszy, jedynie przyznanie się sprawcy może skutkować wykazaniem umyślnego działania. W Polsce nie okazja czyni złodzieja, a jedynie od początku zaplanowane i do końca zrealizowane według przyjętych założeń działanie. Obfite orzecznictwo sądów – rejonowych, okręgowych, apelacyjnych oraz Sądu Najwyższego – wskazało wiele drobnych okoliczności, wykluczających pociągniecie kogokolwiek do odpowiedzialności na gruncie karnym. Nie trudno z góry wyreżyserować ich wystąpienie w celu zablokowania interwencji prokuratora. Paradoksalnie też, im większa wartość przedmiotu oszustwa, tym łatwiej pozorować uczciwe i rzetelne, choć pechowe, prowadzenie interesów. Powstaje tutaj szeroki margines możliwości spychania faktycznie dokonanych oszustw w kategorię niewywiązania się ze zobowiązań o charakterze cywilnoprawnym, a więc w kategorię niezagrożoną żadną karą.

Sam brak realizacji umowy cywilnoprawnej, czy to zawartej pomiędzy osobami prywatnymi, czy też w obrocie gospodarczym, nie stanowi więc czynu karalnego. „Oszustwo w rozumieniu kodeksu karnego może być przestępstwem popełnionym tylko umyślnie, z zamiarem bezpośrednim, kierunkowym, obejmującym cel i sposób działania. Choćby z tego powodu, nie każda nierzetelna realizacja umowy cywilnoprawnej może stanowić przestępstwo oszustwa” – wyrok Sądu Apelacyjnego w Łodzi (z dn. 28 lutego 2002 r., sygn. II Aka 4/02). Nie jest też oszustwem brak zwrotu zaciągniętej pożyczki, jeśli tylko dłużnik zamierzał ją zwrócić, nawet jeśli w końcu tego nie uczynił (L. Gardocki Prawo Karne, Warszawa 1998 s. 304). A w jaki sposób dowieść owy zamiar rzetelnego rozliczenia? Według orzeczeń sądów wystarczającą tego przesłanką jest spłata choć ułamka zadłużenia. Rzetelne rozliczenie z wcześniejszych transakcji zrealizowanych z tym samym kontrahentem. Wdanie się w spór cywilny, co do istoty lub wysokości zobowiązania. Uznanie długu, najlepiej skorelowane z wykazaniem braku majątku umożliwiającego jego spłatę. Ogłoszenie upadłości podmiotu gospodarczego z zachowaniem wszelkich prawem przepisanych rygorów. Wystąpienie o zawarcie układu. Aktywne prowadzenie negocjacji. Zaistnienie choć jednej z wymienionych przesłanek dowodzi dobrej woli sprawcy, a więc i zamiaru sumiennego, zgodnego z obowiązkiem prawnym rozliczenia. Nawet jeśli jest ono kwestionowane to w drodze ustawowo przewidzianej, a wówczas nie sposób nikomu czynić zarzutu z tego, że w zgodzie z przepisami Kodeksu cywilnego usiłuje chronić swe prawa lub zakwestionować obowiązek zapłaty. Odwoływanie się do ustawy nie czyni przestępcą. Banalnie proste. Opisana wcześniej, teoretycznie szeroka, ochrona obywateli ze strony prawa karnego pozostaje tylko iluzją, w praktyce ograniczoną do oczywistych, niemaskowanych przypadków. Takich jak przytoczona oszukańcza transakcja z zegarkiem, właściwa dla drugiego obrotu towarowego w cierpiącym na niedobór wszelkich dóbr PRL-u. Nie znajduje jednak niemal żadnego zastosowania we współczesnych, polskich realiach gospodarczych i społecznych. Dlatego, pomimo stosunkowo szerokich, jasnych i klarownych podstaw ścigania sprawców oszustw kryminalnych i gospodarczych, sprawy te są, po przeprowadzeniu przez prokuraturę niezwykle powierzchownego śledztwa, masowo umarzane lub w ogóle odmawia się wszczęcia postępowania już po analizie samych załączonych do doniesienia dokumentów. Poza niefortunną legislacją praktykę taką wspierają też inne czynniki. Pierwszy, to wspomniana już wcześniej statystyka. Co trzy miesiące prokuratorzy masowo umarzają skomplikowane lub nierokujące śledztwa zalegające w tzw. pralce, czyli w postępowaniu przygotowawczym. Umożliwia to wyczyszczenie bilansu – sprawa umorzona z powodu braku znamion przestępstwa, to sprawa zakończona z pozytywnym wynikiem, potwierdzająca skuteczność i rzetelność prokuratora. Postępowania zalegające obniżają statystyczny wynik danej prokuratury i stąd ich szybkie umarzanie jest niezmiernie mile widziane.

Drugi motyw, to niezwykle skomplikowany, nierzadko rozbudowany i wielowątkowy charakter śledztw gospodarczych, wymagający od urzędników specjalistycznej wiedzy technicznej lub materiałowej, znajomości danej branży, praktyki rynkowej oraz innych informacji, bardzo często zahaczających o zagadnienia handlu międzynarodowego, prawa gospodarczego i podatkowego odległych państw. Oczywiście, zarówno prokurator, jak i pracujący od zawsze na państwowej posadzie policjant, przydzielony do realizacji poszczególnych czynności postępowania, nie dysponują żadną praktyczną wiedzą nt. biznesu i samodzielnej działalności gospodarczej. Niezwykle trudno jest im więc sprawnie operować na polach takich jak produkcja przemysłowa i globalny obrót towarowy, budownictwo, usługi medyczne, sprzedaż papierów wartościowych, bankowość, consulting, lobbing polityczny, badania nad nowymi technologiami, czy optymalizacja podatkowa z zastosowaniem spółek off-shore. Również nie sposób oczekiwać od nich dogłębnej znajomości ustaw szczególnych oraz niekiedy obszernego dla danej gałęzi prawa orzecznictwa sądowego. W praktyce, dopiero w chwili wszczęcia dochodzenia lub śledztwa prowadzący zaznajamia się z arkanami zagadnienia, a bez ich opanowania w stopniu zaawansowanym niemożliwe staje się wychwycenie subtelnych niuansów odgradzających przestępstwo od dozwolonej aktywności. W jaki więc sposób ma on skontrolować prawidłowość działania „starych wyjadaczy” i specjalistów z nawet kilkudziesięcioletnim doświadczeniem branżowym? Otóż, nie może. Jedyne, na co może liczyć, to:

jednoznaczne

dowody winy dostarczone przez samego pokrzywdzonego, czyli w praktyce na przeprowadzenie przez ofiarę wszelkich czynności za organa ścigania

jednoznaczne

stanowisko biegłego, oparte na wyczerpującym i jednoznacznym materiale dowodowym, również zwykle dostarczonym przez samego pokrzywdzonego

niebudzące wątpliwości sądu

przyznanie

się sprawcy do winy

Oczywiście, bardzo rzadko zdarzają się tak sprzyjające okoliczności. Zwłaszcza, że zeznania świadków, zatarte upływem czasu lub stresem, często bywają mało precyzyjne. Ofiary raczej nie przejawiają zdolności detektywistycznych, ani wiedzy i warsztatu policyjnego technika kryminalistyki. Przestępcy zaś dysponują dobrymi prawnikami blokującymi wszelkie działania prokuratury i składającymi kontrdoniesienia przeciw pokrzywdzonym i świadkom. Nie trudno wyobrazić sobie ciągnięte latami postępowanie, w wyniku którego przesłuchano dziesiątki osób: klientów, księgowych, sekretarki, pracowników, dostawców towarów i podwykonawców usług, zabezpieczono dowody z tysięcy stron dokumentów spisanych w kilku językach, przedstawiających w dodatku „papierową” dobrą wolę podejrzanego, a ten odmawia złożenia jakichkolwiek dodatkowych wyjaśnień i sam obwinia swych kontrahentów o niecne praktyki, mnoży wnioski dowodowe i w tym samym charakterze przytacza kolejne opinie sprzyjających mu biegłych. Dalszym utrudnieniem pozostają znikome fundusze budżetówki. Do kanonu żartów o możliwościach finansowych Policji przeszedł przypadek oficerów z Pomorza, prowadzących działania przeciwko tzw. Mafii Paliwowej. Nie podejmowali oni niezbędnych czynności, bowiem ich jednorazowy wyjazd poza województwo do jednego tylko świadka skutkował zużyciem tygodniowego przydziału benzyny... Większość beneficjentów oskarżonych w procesach naftowego imperium uniknęło kary z powodu braku jednoznacznego materiału dowodowego. Utracone przez Skarb Państwa dziesiątki miliardów zł, toczące się przeszło dekadę postępowania karne, liczne zabójstwa, samobójstwa i inne tajemnicze zgony figurantów oraz policjantów związanych ze śledztwami, to jedynie niepowiązane ze sobą zbiegi okoliczności... Jak się okazało, Mafia Paliwowa według sądów nigdy nie istniała, a lata pracy śledczych poszły na marne.

W świetle powyższych nie dziwi, że o wiele mniej zmartwień i trudu przysparza odmowa wszczęcia śledztwa lub jego umorzenie już na początku, niż wdawanie się w kilkuletni ping-pong między zwaśnionymi przedsiębiorcami. Ewentualny akt oskarżenia i tak w którejś instancji przyniesie w końcu uniewinnienie. Wynika to z obowiązku rozstrzygania wszelkich wątpliwości na korzyść obwinionego oraz wykazania, że brak prawidłowego rozliczenia wynikał z od początku zaplanowanego scenariusza. Dlatego o wiele lepiej po prostu zachować asertywność względem pokrzywdzonych i wskazać na cywilnoprawny charakter powstałego sporu. Stąd bardzo częstym uzasadnieniem postanowienia o umorzeniu śledztwa lub uniewinniającego wyroku jest krótka sentencja: „brak możliwości udowodnienia, iż podejrzany działał od początku w celu pokrzywdzenia kontrahenta” lub „oskarżony swoim zachowaniem nie wyczerpał znamion przestępstw z art. 286 § 1 kk, bowiem brak było podstaw do przyjęcia, iż w momencie zawierania umów nie miał zamiaru wywiązania się z nich, natomiast stosunki łączące podejrzanego z pokrzywdzonymi miały charakter cywilnoprawny i winny być załatwiane w drodze postępowania cywilnego”.

Czy trudno w toku wcześniejszych transakcji wywiązać się prawidłowo z obowiązku nawet drobnych rozliczeń, na rzecz spornej umowy dokonać jakiejkolwiek, choć symbolicznej wpłaty, przesłać reklamację, podjąć inne działania pozorujące uczciwe prowadzenie interesów? Oczywiście, że nie. A wówczas zabezpieczony przez prokuratora materiał dowodowy jednoznacznie wykluczy oszustwo. Tak, zapłata 100 zł z należnego miliona niweluje w Polsce podstawy oskarżenia o popełnienie tego poważnego przestępstwa... Gdy nauka odkrywa odciski palców – zbrodniarze zakładają rękawiczki…

Dlaczego w III RP synonimem słowa „uczciwość” uczyniono „naiwność”? Odpowiedzi brak.

Ideowy komunista z czasów Lenina nazwałby dzisiejszy ustrój państw Unii Europejskiej uciskiem biednych przez bogatych w majestacie prawa pozornych wolności i równości. Akurat miałby rację...

DZIAŁ I OSZUSTWA W OBROCIE GOSPODARCZYM

Rozdział III Jak kraść na spółkę kapitałową – na co dzień

Nie jest tajemnicą, że im większym kapitałem i silniejszą pozycją w środowisku biznesowym przedsiębiorca dysponuje, tym większe pieniądze może zarabiać. Biedni, niewykształceni ludzie zmuszeni są do pracy za minimalne stawki, ledwie wystarczające na czynsz i żywność. Absolwenci prestiżowych uczelni lub osoby zamożne mogą pozwolić sobie na więcej radości z życia, a wchodzący w dorosłość zarówno z odziedziczonym majątkiem, jak i dobrym wykształceniem, cały swój potencjał kierują zwykle na gromadzenie fortuny niemożliwej wręcz do skonsumowania. Jeśli obranej drogi nie ograniczy uczciwość, a dodatkowo zaprzęgnie się do pracy dobrodziejstwo instytucji osobowości prawnej, zysk wzrastał będzie w tempie geometrycznym. Co więcej, wraz ze wzrostem wartości kradzionego kapitału proporcjonalnie spada ryzyko kary i niepowodzenia procederu. Spółki kapitałowe i holding podmiotów z osobowością prawną umożliwiają długotrwały, wysoki i w pełni bezpieczny zysk zwany zwyczajowo szwindlem. Twórcze ich wykorzystanie zapewnia bogactwo z ustawową gwarancją nietykalności sprawcy.

Osobowość prawna

Istotą spółek z ograniczoną odpowiedzialnością i akcyjnych, a także fundacji i stowarzyszeń rejestrowych, pozostaje osobowość prawna. Człowiek, czyli osoba fizyczna, prowadzący działalność gospodarczą na podstawie wpisu do CEIDG, w formie spółki cywilnej lub spółki osobowej (jawnej, partnerskiej lub w zakresie odpowiedzialności komplementariusza komandytowej oraz komandytowo-akcyjnej) odpowiada całym swoim majątkiem za wszelkie powstałe zobowiązania. Zasądzone z tytułu takiej działalności kwoty, przy podtrzymywaniu egzekucji komorniczej przerywającej bieg przedawnienia, mogą pozostać wymagalne aż do śmierci dłużnika, a następnie jego spadkobierców. Wszystko, co osoba ta kiedykolwiek zarobi, zostanie zajęte na poczet egzekucji. Utworzenie spółki kapitałowej zdejmuje z przedsiębiorcy tą „drobną” niedogodność. Powstaje wówczas fikcyjna „osoba”, której długi nie obciążają inwestora. Jedyne, co może on utracić, to przekazany jej kapitał zakładowy. Teoretycznie, jeszcze zarząd spółek z o.o. odpowiada finansowo, na podstawie art. 299 Kodeksu spółek handlowych, za nieuregulowane zobowiązania, lecz w praktyce i to ryzyko na wiele sposobów można ominąć. Słowem – bogaty nie musi płacić swoich długów. Tylko jak na tym zarobić?

Wariant prosty

Renomowana, albo też nikomu nieznana, spółka kapitałowa uzyskuje duże zamówienie publiczne, podpisuje na wolnym rynku kontrakt albo rozpoczyna samodzielną inwestycję, której przedmiotem jest np. budowa osiedla mieszkalnego, biurowca, centrum handlowego, czy autostrady. Miażdży konkurencję przedstawiając bardzo korzystną finansowo ofertę, przy zachowaniu wysokiej jakości wykonania i wykorzystanych materiałów. Spółka ta następnie zawiera umowę podwykonawstwa wskazanego projektu z inną spółką, często o podobnej lub identycznej firmie i tym samym lub zbliżonym adresie. Oczywiście oba podmioty pozostają w pełnej zależności od tych samych rzeczywistych mocodawców. Następnie, za pośrednictwem drugiego ogniwa tego łańcucha, poszukiwani są bezpośredni wykonawcy inwestycji. Warunki współpracy pozostają właściwe dla branży – rozliczenie w większej części po zakończeniu prac, także z faktur VAT za wykorzystane przy realizacji materiały budowlane, paliwo i wynajem maszyn. Często, zwłaszcza przy prestiżowych kontraktach, warunkiem otrzymania zlecenia jest też kaucja gwarancyjna sięgająca dziesiątek lub setek tysięcy zł. Jeśli zleceniodawcą jest Skarb Państwa, albo zewnętrzny kontrahent, na trzecim etapie łańcucha nie spisuje się umów o podwykonawstwo (otwierających drogę do skierowania roszczenia o zapłatę bezpośrednio do inwestora), lecz rozdrabnia zamawiane usługi na czynniki pierwsze – na transport, dostawy budulca i „wypożyczenie” wykwalifikowanych pracowników.

Od tego momentu realizacja kontraktu zazwyczaj przebiega bezproblemowo. Wszelkie ewentualne konflikty lub zastrzeżenia podwykonawców są wyciszane i rozwiązywane na ich korzyść. Jeśli skala działalności na to pozwala, zleceniodawca dąży do nawiązania bardzo bliskich, niekiedy wręcz familijnych stosunków z głównymi kontrahentami, tak, by wszelkie ewentualne spostrzeżenia dot. nieprawidłowości lub niepokojących symptomów niwelowała aura pozornie niezwykle życzliwego i uczciwego przedsiębiorcy. Dopiero po zakończeniu zamówionych prac pojawiają się problemy. Nagle okazuje się, że świetnie prosperująca spółka o wielkiej renomie i w dodatku obdarzona zaufaniem niekiedy światowej sławy inwestora lub rządu, złożyła wniosek o ogłoszenie upadłości. Co gorsza, fizycznie także już nie istnieje. Jej reprezentacyjna siedziba jest jedynie wynajętym na krótki okres czasu budynkiem – ponownie przejmowanym przez właściciela, a flota luksusowych samochodów oddanych do dyspozycji kadry to pojazdy wzięte w niespłacany leasing. Milkną telefony komórkowe zarządu, księgowości i pracowników działu administracji, zablokowane przez operatora z powodu zaległości w opłatach. Sytuacji nie zmienia informacja o wypłacie honorarium za zrealizowany projekt. W tym momencie ktoś odkrywa, że spółkę która wygrała przetarg i zainkasowała pieniądze z bezpośrednim zleceniodawcą robót łączy tylko... umowa cywilnoprawna. W dodatku niekorzystna dla spółki pośredniej i nazbyt restrykcyjna w zakresie np. zaakceptowanych kar umownych.

Podwykonawcy w bardzo szybkim czasie uzyskają sądowe nakazy zapłaty, lecz wszczęte postępowanie upadłościowe umożliwi odzyskanie jedynie kilku groszy z każdej zainwestowanej złotówki, o zyskach już nie wspominając. Tymczasem prokuratura masowo umarzać będzie śledztwa wszczynane z doniesień wierzycieli. W efekcie inwestor otrzyma wykonany w atrakcyjnej cenie obiekt, pierwsza spółka zainkasuje pełne wynagrodzenie, drugi podmiot zbankrutuje, a dziesiątki albo czasem nawet setki podwykonawców pozostaną z sądowymi nakazami zapłaty wartości papieru na którym zostały one spisane. Wszystko w pełni legalnie.

W jaki sposób wprowadzono w błąd podwykonawców?

Zaufanie drobnych podmiotów gospodarczych uzyskasz drogi Czytelniku dzięki uwiarygodnieniu spółki numer jeden. Sposobów ku temu jest wiele. Podstawowy z nich to „stary” KRS. Świeżo zarejestrowana spółka nie wzbudza zaufania doświadczonych przedsiębiorców, w dodatku jej powołanie do niedawna wymuszało inwestycję kapitału zakładowego w kwocie minimum 50 000 zł, zaś obecnie 5000 zł. Oszczędność ta odbija się z kolei na wiarygodności finansowej. Bez trudu można jednak za bezcen zakupić nieaktywne spółki o wysokich kapitałach zakładowych, nierzadko zarejestrowane nawet 20 lat temu. Z różnych przyczyn udziałowcy odstępują od dalszego prowadzenia biznesu. Niekiedy powodem tego jest ich nazbyt zaawansowany wiek, choroba, wyjazd za granicę, zupełna rezygnacja z samodzielnej działalności, zmiana uwarunkowań rynkowych etc. Tańszym rozwiązaniem od ponoszenia kosztów likwidacji spółki lub sporządzania corocznego bilansu i opłacania pensji osób funkcyjnych, pozostaje jej sprzedaż na rynku wtórnym. Koszt zakupu wszystkich udziałów, bądź akcji, „martwego” przedsiębiorstwa rozpoczyna się już od symbolicznej złotówki. Nie trudno odnaleźć w rozsądnej cenie podmiot, który po pobieżnej kontroli nie wzbudzi zastrzeżeń niedoświadczonego biznesmena. Choć ten może być świetnym rzemieślnikiem w swym fachu, to zwykle nie grzeszy wiedzą ekonomiczną oraz prawną, ani też podejrzliwością. Czujność usypia zwłaszcza historia spółki, sięgająca początku lat dziewięćdziesiątych minionego wieku. Wydaje się bowiem mało prawdopodobne, by nieuczciwy podmiot mógł tak długo bezkarnie i bez złej sławy operować na rynku. Przeciętny obywatel nie utożsamia serca działalności z osobami (udziałowcami i zarządem), ale z nazwą i numerem akt rejestrowych, co jest wielkim błędem. Rzetelny i wiarygodny w zeszłym miesiącu podmiot dziś może być własnością zawodowych przestępców, albo kompletnych amatorów niezdolnych do realizacji najprostszych zleceń.

Kiedy Czytelnik dysponuje już spółką z „wieloletnim doświadczeniem”, podjąć powinien dalsze działania maskujące tzw. „mgłą” brak wiarygodności. Może to być np. wymiana referencji lub formalne nawiązanie współpracy, aliansów z innymi, renomowanymi lub przynajmniej wiarygodnymi podmiotami, stowarzyszeniami, czy osobami. Im więcej wyrazów zaufania, tym lepiej. W mniejszej skali działania referencje oraz listy polecające mogą zostać zupełnie sfałszowane, lecz w przypadku większych inwestycji niezbędne pozostają w pełni weryfikowalne dokumenty. Spółki ze starym KRS-em uwiarygodnia ich dawna działalność: bilanse z minionych lat, historia bankowa w postaci spłaconych kredytów i obrotów na rachunkach bankowych, wysokość odprowadzonego podatku VAT i CIT, wcześniej zrealizowane projekty oraz nawiązane przed laty współprace z innymi potentatami branżowymi. To mocny pakiet idealny do twórczej prezentacji w materiałach marketingowych, cyfry można przecież ładnie wyeksponować chociażby na firmowej stronie www. Czyż nie oszałamia syntetyczne podsumowanie dotychczasowej, 20-letniej „obecności” na rynku: zrealizowane kontrakty o wartości 890 milionów zł, ponad tysiąc zawartych umów, 79 milionów zł odprowadzonego podatku i łączny stan kadr sięgający 300 specjalistów... Co z tego, że liczby te dotyczą w większości złotówek sprzed denominacji, umowy drobnych transakcji z konsumentami a kadra to okazjonalni zleceniobiorcy, a wszystko to z obecnym właścicielem nie ma nic wspólnego? Pozyskanie aktualnych „argumentów” również nie nastręcza nadmiernych trudności. Zawarcie „strategicznych” umów o współpracy ze znanymi spółkami, kancelariami prawnymi, czy bankami jest bardzo proste – wystarczy zaoferować im pozyskanie intratnych kontraktów, powołać się na poparcie znanych osobistości lub pozostające w „naszej” dyspozycji, zazwyczaj fikcyjne, moce przerobowe, bądź zaplecze majątkowe: rozbudowane piony handlowe, infrastrukturę produkcyjną, bądź usługową, prawa majątkowe albo nieruchomości stanowiące zalążek przyszłych inwestycji. Pozornie marginalna umowa, zawarta z tak ważnym wydawałoby się partnerem, czyni nas w oczach niedoświadczonego przedsiębiorcy poważnym kontrahentem o wielkich możliwościach i szerokich koneksjach: skoro bank z nimi współpracuje, to znaczy, że wiedzą co robią! Wówczas wszelkie negocjacje związane z zawarciem kontraktu prowadzone są z pozycji podległej, a przedsiębiorca za wszelką cenę zabiega o tak znamienitego zleceniodawcę. Przejawia większe zaufanie, nie upiera się przy rygorystycznych klauzulach umownych, przejmuje inicjatywę i jest skory do ustępstw. Cel został osiągnięty. Drobny, polski biznes ma w sobie wiele pokory, co szczególnie staje się widoczne w konfrontacji z tak wyreżyserowanym klientem. Nie rodzi wtedy zastrzeżeń odesłanie do dopełnienia formalności ze spółką lub „oddziałem” oddelegowanym do realizacji konkretnego projektu, a w istocie do bankruta przeznaczonego do upadłości.

Sposobów na uwiarygodnienie drugiego ogniwa, zwykle pozorującego przecież spółkę nr 1, jest równie wiele. Oczywiście standardowo stosować można rozwiązania opisane w poprzednich akapitach, choć wtedy nikt już raczej nie sprawdza daty rejestracji spółki, ani jej indywidualnego dorobku. Blask pierwszej spółki dostatecznie opromienia cały projekt, trzeba jedynie zamazać w oczach przyszłych ofiar oszustwa granicę pomiędzy odrębnymi przecież podmiotami gospodarczymi. Jedną z ważniejszych metod jest łączenie personalne – te same nazwiska w obu spółkach na pokrewnych stanowiskach. Ten sam adres, a nawet numer telefonu, przy zachowaniu podobnej nazwy podmiotu, to oznaka wyjątkowej pewności siebie oszustów lub tzw. ostatniej piłki: duży kontrakt, duży zysk, nic do stracenia i brak planów na dalszą działalność. Wówczas spółka nr 2 do ostatniej chwili udaje spółkę nr 1, ewentualnie jej departament lub oddział ze znacznie ograniczoną autonomią i domyślnie bez odrębności majątkowej. Niedoświadczeni kontrahenci zwykle ulegają tym pozorom, gdyż nie znają dostatecznie nawet podstaw prawa gospodarczego. Zaznaczyć jednak należy, iż wymienione powyżej „objawy” uwiarygodniania nie rodzą podejrzeń, jeśli dotyczą przedsiębiorców operujących w różnych branżach, zwłaszcza w miastach, gdzie ceny najmu lokali i siły roboczej są znaczne. Zdarza się, że z przyczyn finansowych kontrahenci partycypują w nierzadko wysokich kosztach biura, czy rachunków za telefon i obsługę sekretarską. Nie zawsze więc zgodność adresu będzie oznaczała fikcyjny, bądź nastawiony na popełnianie oszustw podmiot gospodarczy.

Nieodzownym elementem budowy wiarygodnego wizerunku jest odpowiednia oprawa zewnętrzna, czyli tzw. „tynkowanie”. Każdy bez trudu i znacznych nakładów finansowych może zbudować zamek na piasku. Wynajem luksusowego biura oraz leasing lub wypożyczenie drogich, reprezentacyjnych pojazdów to niezbędna i stosunkowo nieduża inwestycja każdego działającego na szeroką skalę oszusta. Nic tak nie wzbudza zaufania jak widoczny na pierwszy rzut oka potencjał finansowy. Koszt powołania od podstaw tzw. „wydmuszki”, czyli zakupu „starej” spółki z o.o. wraz z odpowiednią, wskazującą na zasobny portfel właściciela oprawą zewnętrzną, zamknąć można już w kwocie 15 000 zł. Ostatnim etapem jest przygotowanie imponującej, co do treści (zakres oferty, potencjał gospodarczy) i formy (wysoki poziom estetyki, wzbudzająca zaufanie szata graficzna) witryny www oraz innych materiałów marketingowych, a także zatrudnienie na stanowiskach administracyjno-handlowych reprezentacyjnej kadry – zwykle młodych, pięknych kobiet. Zgodnie zaś z efektem aureoli, ludzie mają tendencję do wiązania z urodą innych pozytywnych cech, takich jak dobroć, inteligencja, czy profesjonalizm: czy tak piękna i miła osoba mogłaby być względem mnie nieuczciwa? Techniki manipulacji psychologicznej stanowią podstawę sprzedaży każdego produktu, pomogą więc też maskować pułapki na naiwnych. I to tanim kosztem. Wieloosobowa kadra nie musi oznaczać dużych wydatków. Handlowcom nie trzeba płacić, wielu chętnych skusi się na rozliczenie prowizyjne od zawartych umów – w teorii dużo wyższe od stałej pensji, a w praktyce zerowe. Z kolei im więcej „pracowników”, ukazanych z twarzy lub nazwiska, tym większa wiarygodność pracodawcy, czyli lepsze „otynkowanie”.

Poniesione nakłady nie są jednorazowe, a podlegają „recyklingowi”. Z reguły jedna, operująca na szeroką skalę, spółka pozwolić sobie może na kilkakrotne przeprowadzenie oszukańczych transakcji przed zupełną utratą zaufania w środowisku branżowym. Jest to ilość wystarczająca, aby kilka osób ustawiło się finansowo do końca życia.

Warto zaznaczyć, iż nazbyt często zabiegi maskujące nie są nawet konieczne. W polskim drobnym i średnim biznesie na równi z brakiem doświadczenia króluje zaufanie oraz podpisywanie dokumentów bez jakiejkolwiek kontroli drugiej strony. Powodowane jest to pośpiechem: „byleby nikt inny nie zgarnął zlecenia” lub wspomnianym wcześniej synonimem naiwności, czyli uczciwością. Oceniamy ludzi przez pryzmat własnych norm etyczno-moralnych, stąd własna rzetelność predysponuje do miana łatwej ofiary zawodowego oszusta. Dlatego też dużo częściej pokrzywdzonymi tą kategorią przestępstw stają się średnio zamożne firmy rodzinne, a nie przedsiębiorstwa zatrudniające armię prawników przeczulonych na punkcie bezpieczeństwa. A właśnie dla mniejszych podmiotów gospodarczych spotkanie z nieuczciwym kontrahentem oznacza zazwyczaj koniec działalności i własne bankructwo.

W jaki sposób pośrednie ogniwo wyzbyło się kapitału?

Zarząd spółki nr 2 nie może dobrowolnie zrezygnować z zagwarantowanego umową wynagrodzenia od spółki nr 1, ani też już na wstępie zobowiązać się do świadczenia jej usług za darmo lub poniżej kosztów własnych, czyli zapłaty należnej końcowym podwykonawcom. Osoby odpowiadające za zaciąganie takich niespłacalnych zobowiązań, oczywiście sprzecznych z zasadą racjonalnego gospodarowania, podlegałyby odpowiedzialności karnej, a ewidentnie widoczne współdziałanie władz podmiotu pierwszego otwierałoby drogę do objęcia i ich postępowaniem prokuratorskim. Wbrew pozorom nie utrudnia to pokrzywdzenia przyszłych wierzycieli. Pomijając kwestię środków trwałych, które, jak się okazuje, wcale nie były własnością spółki nr 2, wyzbycie pozostałego majątku, w zgodzie z obowiązującym w Polsce prawem, nie stanowi absolutnie żadnego problemu. W praktyce, „pozostały majątek” to jedynie honorarium przekazane przez spółkę nr 1. W celu wyprowadzenia tej kwoty ogniwo pośrednie obciążają zawarte, niekiedy nawet wiele lat wcześniej, liczne umowy o świadczenie usług niematerialnych. Z uwagi na swój charakter są one niemal nieweryfikowalne, więc i niezmiernie trudne do zakwestionowania. Usługodawcą jest w tym przypadku faktyczny beneficjent procederu, działający za pomocą zewnętrznych, prowadzących szeroką działalność na rzecz wielu klientów, pozornie niezależnych i „czystych” spółek lub „samodzielnych”, a zarazem drogich specjalistów. W zależności od inwencji organizatora, możliwe jest wystawianie tylko faktur VAT, bądź też, w celu ominięcia odprowadzenia podatku od towarów i usług, przynajmniej częściowe oparcie pakietu wierzytelności o rachunki osób fizycznych lub nałożone z powodu nienależytego wykonania umowy odpowiednio wysokie kary umowne. Ze względu na zgodne stanowisko stron, co do zasadności roszczenia, w każdym ze wskazanych przypadków bardzo szybko wydany zostanie sądowy nakaz zapłaty. W chwili gdy spółka nr 1 przeleje wynagrodzenie na konto bankowe tak zadłużonej spółki nr 2, zostanie ono natychmiast zajęte przez komornika, który legalnie zaspokoi z pozyskanej kwoty zawczasu wyreżyserowane należności. Uczciwi podwykonawcy nie zdążą wtedy jeszcze uzyskać własnych tytułów wykonawczych, nie będą więc mogli dołączyć się do egzekucji.

W jaki sposób tanio uzyskać sądowy nakaz zapłaty, bez którego interwencja komornika nie będzie możliwa? W przypadku trybu nakazowego, zastrzeżonego m.in. dla niespornych faktur VAT, opłata sądowa wynosi 1,25% wartości przedmiotu sporu. Zwykły proces cywilny wymusza opłatę w wysokości aż 5%. Osoba fizyczna niewykazująca dochodów lub dochody na tyle niskie, że poniesienie opłat sądowych skutkować będzie znacznym uszczerbkiem dla niej lub jej rodziny, uzyska w ramach tzw. „prawa ubogich” zwolnienie z opłat. Jeśli jednak „wierzyciel” jest osobą zaufaną, brak potrzeby wytaczania powództwa. Do uzyskania potwierdzonego powagą sądu tytułu egzekucyjnego w zupełności wystarcza instytucja tzw. zawezwania do próby ugodowej. Polega ona na wystosowaniu do dłużnika, za pośrednictwem sądu rejonowego właściwego terytorialnie dla jego siedziby, propozycji „ugodowego” rozwiązania sporu – w tym wypadku spłaty należności. Zawarte między stronami uzgodnienia, czyli m.in. zaakceptowana wartość zobowiązania oraz termin płatności, mają moc prawną wyroku sądowego. W przypadku niewykonania treści ugody zobowiązanie podlega egzekucji na drodze komorniczej. Koszt zawezwania – 40 zł. Jeśli zamiast faktury VAT zobowiązanie zostanie przedstawione jako kara umowna z tytułu niewykonania lub nienależytego wykonania umowy albo rachunek do umowy o dzieło lub zlecenia wystawiony przez osobę fizyczną, wtedy zupełny koszt uzyskania takiej, podlegającej egzekucji komorniczej, wierzytelności zamknie się we wręcz symbolicznej kwocie 40 zł. Bez obowiązku regulowania VAT-u, czy stosunkowych opłat sądowych.

Inna, lepsza metoda, skutkująca dodatkowo oszczędnościami przy zakupie „starej” spółki oraz przy ewentualnym rozliczaniu podatków, to wyprowadzenie zysków poprzez dawne niespłacone wierzytelności. Przejęcie zadłużonej i nieposiadającej żadnego majątku spółki nie nastręcza żadnych kłopotów, podobnie jak skupienie z rynku wszystkich jej zobowiązań za promile ich nominalnej wartości. Pozbawiona pieniędzy, nieruchomości i praw majątkowych nie spłaci nigdy swych długów. Z tego powodu wierzyciele zazwyczaj bardzo chętnie odsprzedają przysługujące im względem takiego dłużnika wierzytelności – za symboliczną cenę w ramach czyszczenia bilansu i odzyskania choć szczątków utraconej kwoty. Z powodu upływu lat długi te dodatkowo rosną o należne odsetki, co pozwala bardzo niskim kosztem wyprowadzić wszelki kapitał uzyskany później w ramach bieżących rozliczeń. W chwili, gdy spółka nr 1 przelewa na rachunki bankowe spółki nr 2 należne wynagrodzenie, jest ono od razu w całości blokowane przez komornika na poczet starych zobowiązań. Te zaś, wsparte tytułem egzekucyjnym opatrzonym klauzulą wykonalności, nie mogą zostać zakwestionowane. Z wykorzystaniem przymusu państwowego i powagi wyroków niezawisłych sądowych dokonać więc możemy w pełni legalnego oszustwa. Podwykonawcy zostają z niczym.

Spółka nr 1 może też zapewnić sobie korzystny upust wynagrodzenia pośredniego ogniwa, poprzez wcześniejsze ustalenie kar umownych, należnych w przypadku zwłoki w realizacji projektu. Celowo opóźnione przekazanie gotowego budynku lub odcinka drogi o jeden dzień pociągnąć może np. obniżenie o 1% wynagrodzenia spółki nr 2. A w przyjętej za przykład branży budowlanej opóźnienia rzędu kilkuset dni nie są niczym nadzwyczajnym... Przy kontraktach wartości wielu milionów daje to co 24 godziny niebagatelną kwotę uzyskaną kosztem ostatniego ogniwa – rzeczywistych wykonawców. Skutki „ukarania” nierzetelnego pośrednika są w praktyce w pełni scedowane na przyszłych wierzycieli. W pełni legalnie.

W przypadku kontraktów wielkiej wartości – zwykle setek milionów lub miliardów zł – organizowane bywają całe sieci zrzeszające wzajemnie zadłużone podmioty gospodarcze, dodatkowo przeplatane organizacjami non-profit i biernymi spółkami off-shore. Schemat organizacyjny zostanie przybliżony w następnym rozdziale. W odpowiednim momencie najsłabsze ogniowo zostaje skasowane, ograbiając zewnętrznych podwykonawców, a wspólne pieniądze pochłania zamknięty obieg. Prócz obciążania się wierzytelnościami spółki wzajemnie zatrudniają swych udziałowców i ich krewnych. Pamiętać bowiem należy, iż roszczenia pracownicze mają pierwszeństwo przed zobowiązaniami gospodarczymi. Miesiącami nieodprowadzane pensje księgowych, doradców oraz pracowników biur sięgać mogą dalszych setek tysięcy zł, które w przypadku ogłoszenia upadłości zaspokojone zostaną z zabezpieczonego majątku w uprzywilejowanej, drugiej kategorii. Zaspokojenie podwykonawców ograniczy rozcieńczenie pozostałych środków łącznie milionowej wartości fakturami VAT i rachunkami za wszelakie bieżące usługi niematerialne: pośrednictwo handlowe, consulting, IT, doradztwo specjalistyczne, obsługę administracyjną, prawną, porządkową, marketingową itp. Wierzycielami pozostają zawsze „zaprzyjaźnione” spółki i osoby, niekiedy latami mozolnie tkające mozaikę wzajemnych zobowiązań. W chwili realizacji dużej transakcji roszczenia ulegają aktywacji i skierowane zostają do egzekucji. Wsparte listą płac kadry, a niekiedy też i wieloletnią historią działalności, nie wzbudzą żadnych zastrzeżeń prokuratury, co do solidnie i uczciwie prowadzonych interesów. Odpowiednio ustawione terminy płatności tłumaczą również powód wcześniejszego regulowania należności podmiotów innych niż pokrzywdzeni podwykonawcy. Jedyne, co można zarzucić zarządowi wytypowanej do „odstrzału” spółki, to nadmierny optymizm, co do wysokości oczekiwanych wpływów i perspektyw uzyskania kolejnych zleceń, czyli przeinwestowanie zgodne z normalnym ryzykiem gospodarczym. To zaś wyreżyserować można zawierając z innym, oczywiście również pozornie zewnętrznym a w istocie zależnym, podmiotem kontrakt gwarantujący pełną wypłacalność. Umowa ta jednak, w zgodzie z jej zapisami, ulega z przewidzianych zawczasu przyczyn rozwiązaniu bez skutków finansowych dla stron. Powodem odstąpienia od realizacji może być np. szczególna sytuacja rynkowa, brak przystąpienia do inwestycji innego (kontrolowanego) podmiotu, utrata uprawnień do prowadzenia działalności o wybranym profilu, albo również utrata płynności finansowej kontrahenta. Sam kontrakt uzależniony od wydarzeń przyszłych i niezależnych sporządzony może zostać już po fakcie i antydatowany. Wówczas, złożony w ustawowym terminie wniosek o ogłoszenie upadłości niemalże gwarantuje pełną nietykalność osobom odpowiedzialnym za zły stan rzeczy.

Przy zastosowaniu opisanych powyżej technik w rozbiciu na kilka zaprzyjaźnionych podmiotów i przy jednoczesnym zachowaniu umiaru w eksploatacji oszukańczego źródła dochodu, postawienie jakichkolwiek zarzutów komukolwiek z kręgu beneficjentów procederu graniczy niemalże z cudem.

Dlaczego prawie nikt nie ponosi odpowiedzialności karnej z tytułu chociażby rażącej niegospodarności, czy też uszczuplania majątku spółek na szkodę wierzycieli? Zazwyczaj na kontach bankowych zadłużonego podmiotu pozostawia się pewną sumę, np. 25% wartości rozliczonego kontraktu, na częściowe zaspokojenie wierzycieli. Osoby odpowiedzialne za zły stan spółki – w przypadku spółek kapitałowych członkowie zarządu – działają celem ograniczenia jej strat. Równymi kwotami spłacają ułamkowe części wszystkich długów, bez pokrzywdzenia któregokolwiek z wierzycieli. Bardzo ostrożnie postępują z ruchomościami – nigdy nie wyprzedają ich beztrosko po zaniżonych cenach w celu zaspokojenia jedynie wybranych wierzycieli lub, co gorsza, nie zagarniają uzyskanej tą drogą gotówki. Próbują wynegocjować odroczenie spłat lub umorzenie chociaż odsetek. Zabiegają o nowe kontrakty umożliwiające odzyskanie płynności finansowej. Jeżeli są ku temu choć iluzoryczne podstawy, kierują sporne rozliczenia na drogę sądową. Występują o układ z wierzycielami. Gdy sytuacja jest już beznadziejna i zachodzą ustawowe przesłanki, składany jest wniosek o ogłoszenie upadłości likwidacyjnej. Tutaj ich rola się kończy, a zaczyna działanie syndyka. Pozostawiona kwota bardzo szybko topnieje o opłaty sądowe, wynagrodzenie syndyka, czy rosnące zaległości z tytułu czynszu od siedziby i inne koszty bieżące.

Jeśli nastąpiła choć częściowa spłata należności, a jednocześnie w pełni udokumentowane są powody niewypłacalności podmiotu, w praktyce niemal niemożliwe staje się postawienie komukolwiek zarzutu popełnienia oszustwa. Przejęcie większości majątku spółki przez komorników, egzekwujących wcześniej wyreżyserowane długi, eliminuje ryzyko zarzutu pokrzywdzenia innych wierzycieli samowolnym faworyzowaniem wybranych kontrahentów i trwonienia majątku w celu utrudnienia egzekucji. Podobnie, w uzasadnionym zakresie podjęte ryzyko gospodarcze zazwyczaj umożliwia uniknięcie wyroku skazującego z tytułu działania na szkodę spółki. Warunkiem nietykalności jest konsekwentnie przedstawiana linia obrony w postaci spójnego i udokumentowanego, co do faktycznej realizacji, biznesplanu – ukierunkowanego w zamierzeniu organizatora na straty, ale stwarzającego dla osób postronnych pozory rozsądnego, choć ryzykownego gospodarowania powierzonymi środkami. Powody powstania strat muszą zaś sprawiać wrażenie czynników zewnętrznych, zupełnie niezależnych, a najlepiej wynikających ze zdarzeń losowych lub zmiany koniunktury rynkowej. Inną kwestią pozostaje w ogóle znikome zagrożenie wszczęciem czynności przez prokuraturę. Wierzyciele są zwykle nieświadomi metodyki oszustw gospodarczych, przez co bez żadnych podejrzeń akceptują oficjalną wersję o powodach upadłości, nierzadko współczując „bankrutom”, a winą za własne straty obarczają jedynie zły los. Drugą stroną medalu są nieprofesjonalnie zredagowane doniesienia o oszustwach, oparte nie na wyznacznikach prawa karnego, a na potocznym rozumieniu tego terminu, co skutkuje odmową wszczęcia śledztwa z uwagi na brak ustawowych znamion przestępstwa. Wielką zasługę w tej materii przyznać należy radcom prawnym, którzy zazwyczaj pozbawieni warsztatu w materii dochodzeniowo-śledczej bardzo pobieżnie interpretują przepisy Kodeksu i nawet gdy zachodzą ku temu przesłanki, pomni doświadczeń cywilistycznych, formułują doniesienia w sposób absolutnie wykluczający sukces.

Oddzielnym zagadnieniem pozostaje uchylenie się członków zarządu spółki z o.o. od odpowiedzialności za nieuregulowane zobowiązania. Zgodnie ze wspomnianym wcześniej art. 299 ksh, jeżeli egzekucja z majątku podmiotu okaże się bezskuteczna, odpowiadają oni solidarnie za jego długi. Unikną jednak zapłaty, jeśli wystąpią o układ z wierzycielami i złożą w ustawowych terminach wniosek o ogłoszenie upadłości likwidacyjnej, co oczywiście, w przypadku z góry planowanego działania, najpewniej w odpowiednim momencie nastąpi. Czynność ta, w połączeniu z pozostawieniem minimalnego kapitału na kontach zadłużonej spółki wykluczy wskazane zagrożenie – jeśli w ogóle ono powstanie. Mało kto wie, że dochodzenie zapłaty z prywatnego majątku członków zarządu w ogóle jest możliwe, przez co realne zastosowanie znajduje miejsce w znikomej ilości przypadków. Tym samym wykorzystanie podmiotu z osobowością prawną, z chwilą ogłoszenia upadłości, zazwyczaj czyni długi niebyłymi. Straty wierzycieli stają się czystym zyskiem organizatora lub organizatorów procederu – a więc im większe, tym dla Czytelnika lepiej.

Tylko w jednym przypadku oszust nie przywiązuje w ogóle wagi do zabezpieczenia zarządu przed odpowiedzialnością prawną, zarówno finansową, jak i karną. W przypadku profesjonalnego organizatora z pewnością nie wynika to z nieroztropności a tzw. „ostatniej piłki”. Po niej dalszy los spółki i jej osób funkcyjnych jest już bez znaczenia. Nawet wtedy jednak, jeśli postawienie przed sądem jest prawdopodobne, w aktach KRS-u nie figuruje on sam, ale tzw. „słupy”, czyli osoby użyczające jedynie swych danych personalnych i podpisujące dokumenty, ale nieposiadające żadnej realnej mocy decyzyjnej, ani nie uzyskujące właściwych do swej roli profitów. Nierzadko są to np. bezdomni bez rzeczywistego miejsca pobytu, narkomani, których stan świadomości bliski jest zeru albo osoby umierające, czy nawet już zmarłe. Choć odpowiedzialni na papierze, to dla obrotu gospodarczego nie istnieją, są niewypłacalni i nie zdolni do poniesienia żadnej kary. Ale o tym, aż do ostatniej chwili, czyli do policyjnego nalotu na biura, nie wie nikt. A wtedy już od dawna tak konta bankowe, jak i sejf w gabinecie prezesa, świecą pustkami. Organa ścigania i media skupią uwagę na porzuconym na pastwę losu figurancie oraz ofiarach oszustwa, a beneficjent bankructwa, po sfinalizowaniu w krótkim czasie kilku podobnych „przedsięwzięć”, na spokojnie opuści Europę z pokaźnym zapasem gotówki.

Rozdział IV Jak kraść na spółkę kapitałową – na skalę globalną

Rozwinięciem metody oszustwa na spółkę z osobowością prawną jest budowa wielonaczyniowego organizmu, tworzącego krajowy lub międzynarodowy, nierzadko istniejący tylko na papierze, holding zrzeszający kilkadziesiąt lub kilkaset podmiotów gospodarczych i fundacji. Jak już wstępnie zaznaczono w poprzednim rozdziale, drastycznie rozszerzone moce przerobowe skutkują dalszym rozmyciem odpowiedzialności, co umożliwia bezpieczne defraudowanie setek milionów, a nawet miliardów zł.

Powołanie niskim kosztem „starej” spółki kapitałowej oraz stworzenie wokół niej otoczki wiarygodności i bogactwa nie jest ani drogie, ani trudne. O tym zdążyliśmy się już przekonać. Podobnie powołanie grupy podmiotów gospodarczych nie nastręcza nadmiernych trudności, a wymaga jedynie odpowiednio wyższego kapitału inwestycyjnego oraz większej liczby wtajemniczonych w proceder osób: wspólników lub tzw. słupów, czyli figurantów nieświadomych skali przyjmowanych na siebie zobowiązań finansowych i możliwej odpowiedzialności karnej.