J. Robert Oppenheimer - Chris McNab - ebook + książka
NOWOŚĆ

J. Robert Oppenheimer ebook

Chris McNab

0,0

Opis

Wybitny fizyk teoretyczny J. Robert Oppenheimer obecnie znany jest głównie z prac nad budową bomby atomowej, które prowadził w Los Alamos w latach 1942–1945. Autor tej niezwykłej biografii z precyzją i wrażliwością ukazuje drogę Oppenheimera – od młodzieńczych lat spędzonych na elitarnych uczelniach, przez błyskotliwą karierę naukową, aż po dramatyczne chwile w Los Alamos i etap moralnego upadku, gdy Oppenheimer zaczął kwestionować skutki własnych odkryć.


To opowieść o człowieku z krwi i kości, rozdartym między nauką a sumieniem, pełnym sprzeczności, pasji i wątpliwości. Biografia ukazuje również jego drogę do współpracy, a następnie do konfliktu z rządem amerykańskim i wojskiem.


Książka nie tylko dokumentuje życie Oppenheimera, lecz także zadaje pytania o odpowiedzialność uczonych, cenę postępu i moralne granice nauki. To obowiązkowa lektura dla wszystkich, których fascynuje historia, nauka i dylematy etyczne epoki atomowej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 219

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



WPROWADZENIE

Był rok 1965. J. Ro­bert Op­pen­he­imer, czło­wiek, który prze­szedł do hi­sto­rii jako „oj­ciec bomby ato­mo­wej”, miał wów­czas 61 lat. Cho­ciaż ab­so­lut­nie nie można by­łoby na­zwać go star­cem, nie­ubła­gany upływ czasu za­czął już od­ci­skać swe piętno. W mło­do­ści wy­ka­zy­wał się ogromną pew­no­ścią sie­bie, te­raz zaś był nieco wy­co­fany, o ła­god­niej­szym cha­rak­te­rze, jakby wy­gła­dzo­nym przez mi­nione lata. Jego ciało rów­nież nie było już tak sprawne jak kie­dyś. Ostry ka­szel, efekt na­ło­go­wego pa­le­nia pa­pie­ro­sów przez całe de­kady, sta­no­wił za­po­wiedź dia­gnozy nie­ule­czal­nej po­staci raka, którą Op­pen­he­imer usły­szał jesz­cze w tym sa­mym roku.

W młodości Oppenheimer wyróżniał się zarówno pod względem intelektualnym, jak i fizycznym.

Na ra­zie jed­nak sie­dział przed ka­me­rami CBS News, jed­nego z naj­bar­dziej sza­no­wa­nych ame­ry­kań­skich ka­na­łów in­for­ma­cyj­nych. W la­tach sześć­dzie­sią­tych Op­pen­he­imer był swo­istym ulu­bień­cem me­diów, fi­gurą mę­drca i na­ukowca uwiel­bia­nego przez prasę, ra­dio, te­le­wi­zję i uczel­nie, które chęt­nie za­pra­szały go na wy­kłady. Jego rola w pro­jek­cie Man­hat­tan, po­glądy na sto­sunki ame­ry­kań­sko-ra­dziec­kie, bły­sko­tli­wość na­uko­wego i fi­lo­zo­ficz­nego umy­słu, dra­ma­tur­gia prze­słu­chań przed ko­mi­sją do spraw bez­pie­czeń­stwa w 1954 roku – wszystko to nada­wało Op­pen­he­ime­rowi swo­isty nimb naj­wy­bit­niej­szego ży­ją­cego na­ukowca na świe­cie (wielki Al­bert Ein­stein zmarł w 1955 roku). Prasa i opi­nia pu­bliczna miały wręcz bez­gra­niczny ape­tyt na szcze­góły z ży­cia i pracy Op­pen­he­imera.

Szcze­gól­nie jedno py­ta­nie – for­mu­ło­wane na dzie­siątki róż­nych spo­so­bów, ale za­sad­ni­czo nie­zmienne w swej tre­ści – wra­cało wie­lo­krot­nie. Za­koń­czyło i tam­ten wy­wiad: „Pa­trząc z per­spek­tywy czasu, czy są­dzi pan, że uży­cie bomby przez nasz kraj było ko­nieczne?”. Op­pen­he­imer mil­czał przez chwilę, jakby sta­ran­nie ana­li­zo­wał tę kwe­stię, a na­stęp­nie z równą pre­cy­zją udzie­lił od­po­wie­dzi:

Są­dzę, że po­gląd, który przed­sta­wiło mi wiele osób, ale przede wszyst­kim ge­ne­rał Mar­shall i puł­kow­nik Stim­son, se­kre­tarz wojny, był taki, że bę­dziemy mu­sieli walką zdo­być główne wy­spy i że bę­dzie się to wią­zało z rze­zią Ame­ry­ka­nów i Ja­poń­czy­ków na ma­sową skalę. Do­szli do niego w do­brej wie­rze, z ża­lem i na pod­sta­wie naj­lep­szych do­wo­dów, ja­kimi wów­czas dys­po­no­wali. My­ślę, że wo­bec tej al­ter­na­tywy bomba była ogromną ulgą. Wojna roz­po­częła się w 1939 roku. Zgi­nęły w niej dzie­siątki mi­lio­nów lu­dzi. Przy­nio­sła bru­tal­ność i znisz­cze­nia, na które nie po­winno być miej­sca w po­ło­wie XX wieku. A de­cy­zja o za­koń­cze­niu wojny w ten spo­sób, z pew­no­ścią okrutny, nie zo­stała pod­jęta lek­ko­myśl­nie. Ale dziś nie je­stem prze­ko­nany, że otwo­rzyła ona lep­szą drogę. Nie mam zbyt do­brej od­po­wie­dzi na to py­ta­nie. […] Kiedy od­gry­wasz zna­czącą rolę w zda­rze­niu, które wy­wo­łało śmierć po­nad stu ty­sięcy lu­dzi i ob­ra­że­nia u po­rów­ny­wal­nej ich liczby, to na­tu­ral­nie my­śle­nie o tym nie przy­cho­dzi z ła­two­ścią[1].

Op­pen­he­imer przed­sta­wia więc cał­ko­wi­cie lo­giczne uza­sad­nie­nie, pre­zen­tu­jąc cały łań­cuch wy­da­rzeń i spo­sób my­śle­nia, które do­pro­wa­dziły do zrzu­ce­nia bomb na Hi­ro­szimę i Na­ga­saki w sierp­niu 1945 roku. Ale jakże wy­mowne jest w tym miej­scu zda­nie, które koń­czy całą wy­po­wiedź: „Nie mam zbyt do­brej od­po­wie­dzi na to py­ta­nie”. Su­ge­ruje ono, że osta­teczny wpływ pro­jektu Man­hat­tan na świat był tak po­ważny, tak ohydny dla ludz­ko­ści – nie­za­leż­nie od stra­te­gicz­nego uza­sad­nie­nia – że Op­pen­he­imer pró­bo­wał w ja­kiś spo­sób po­go­dzić się z rolą, którą w nim ode­grał. Fakt, że jego służba na rzecz Sta­nów Zjed­no­czo­nych zo­stała póź­niej tak do­kład­nie i głę­boko prze­świe­tlona (po­mimo za­strze­żeń, że jego lo­jal­ność jako taka ni­gdy nie była kwe­stio­no­wana), mógł tylko po­tę­go­wać jego nie­pew­ność. Można przy­jąć, że szorst­kie trak­to­wa­nie przez ame­ry­kań­ską ad­mi­ni­stra­cję do­pro­wa­dziło go przy­naj­mniej do wąt­pli­wo­ści na te­mat roz­sądku i prze­wi­dy­wal­no­ści po­li­tycz­nych li­de­rów jego kraju – lu­dzi, któ­rzy dys­po­no­wali te­raz tą nie­zwy­kle silną bro­nią, którą Op­pen­he­imer po­mógł stwo­rzyć.

Można by więc me­ta­fo­rycz­nie po­wie­dzieć, że za­równo pod wzglę­dem psy­cho­lo­gicz­nym, jak i bio­gra­ficz­nym chmura grzy­bowa po eks­plo­zji bomby nu­kle­ar­nej ni­gdy cał­ko­wi­cie nie znik­nęła z nieba Op­pen­he­imera. Peł­nił on jedną z naj­bar­dziej zna­czą­cych funk­cji we współ­cze­snej hi­sto­rii – dy­rek­tora la­bo­ra­to­rium Los Ala­mos, ośrodka na­uko­wego od­po­wie­dzial­nego za pro­jekt Man­hat­tan, któ­rego ce­lem było opra­co­wa­nie i stwo­rze­nie bomby ato­mo­wej. Pierw­sze dwa „pro­dukty koń­cowe” tego pro­jektu zdmuch­nęły z po­wierzchni świata dwa ja­poń­skie mia­sta w ciągu mi­li­se­kund, uśmier­ca­jąc łącz­nie (bez­po­śred­nio lub w wy­niku póź­niej­szych na­stępstw i cho­roby po­pro­mien­nej) około 200 ty­sięcy osób. To rola, któ­rej lu­dzie ni­gdy nie za­po­mną i wo­bec któ­rej za­wsze będą sta­wiać py­ta­nia.

Ni­niej­sza bio­gra­fia ma na celu przed­sta­wie­nie lat w Los Ala­mos w ich peł­niej­szym kon­tek­ście. Osta­tecz­nie 65 lat ży­cia Op­pen­he­imera nie po­winno się oce­niać wy­łącz­nie przez pry­zmat trzech z nich, które po­świę­cił opra­co­wa­niu bomby ato­mo­wej w od­le­głej ba­zie na pu­styni, ani też dwóch mie­sięcy prze­słu­chań w 1954 roku. Za­cząć można od tego, że Op­pen­he­imer był jedną z ty­sięcy osób za­an­ga­żo­wa­nych w roz­wój broni ato­mo­wej. Pro­jekt Man­hat­tan roz­rósł się z cza­sem do tego stop­nia, że pra­co­wało przy nim co naj­mniej 130 ty­sięcy lu­dzi, w tym nie­któ­rzy z naj­wy­bit­niej­szych na­ukow­ców XX wieku, tacy jak Leo Szi­lard, Er­nest O. Law­rence, Hans Be­the, Edward Tel­ler, Ja­mes Cha­dwick, Ro­bert Ser­ber czy En­rico Fermi. Bomba ato­mowa nie była dzie­łem jed­nego czło­wieka. Op­pen­he­imer, jako dy­rek­tor la­bo­ra­to­rium – znów się­ga­jąc po me­ta­forę – dbał ra­czej o na­ukowy grunt, na któ­rym wy­rósł pro­jekt. Nie­mniej to on stał się twa­rzą przed­się­wzię­cia i zo­stał uznany za czło­wieka, który osa­dził świat w no­wej rze­czy­wi­sto­ści – cią­głego za­gro­że­nia znisz­cze­niem ato­mo­wym. To jego słynny ka­pe­lusz pork pie oka­zał się czymś w ro­dzaju me­to­ni­mii pro­jektu Man­hat­tan. Pro­blem, któ­rego do­świad­czył Op­pen­he­imer, to rzad­kość wśród fi­zy­ków teo­re­tycz­nych. Teo­ria na­ukowa czę­sto po­zo­staje je­dy­nie w sfe­rze idei, nie wy­kra­cza­jąc poza słowa, rów­na­nia, wy­kresy i oży­wione dys­ku­sje. Jed­nak dla Op­pen­he­imera pod­stawy teo­re­tyczne, które roz­wi­jał w Los Ala­mos, miały naj­do­tkliw­sze kon­se­kwen­cje w świe­cie rze­czy­wi­stym, ja­kie tylko można so­bie wy­obra­zić – ma­te­ma­tyka ta­bli­cowa prze­obra­ziła się w po­skrę­cane pod­kłady ko­le­jowe, sto­pione szkło i śmier­telny pył.

Nie na­leży jed­nak za­po­mi­nać, że Op­pen­he­imer był przede wszyst­kim na­ukow­cem – i to naj­wyż­szej klasy. Jego do­ko­na­nia nie ogra­ni­czają się do pracy nad bro­nią ato­mową. Jak się prze­ko­namy, Op­pen­he­imer wniósł zna­czący wkład także w inne ob­szary fi­zyki, zgłę­bia­jąc teo­re­tyczne pod­stawy pro­mie­nio­wa­nia ko­smicz­nego i gwiazd neu­tro­no­wych oraz prze­wi­du­jąc ist­nie­nie tego, co obec­nie znamy jako czarne dziury. Był czło­wie­kiem o ogrom­nym po­ten­cjale in­te­lek­tu­al­nym, a jego umy­słowy wszech­świat wy­kra­czał da­leko poza na­uki ści­słe, obej­mu­jąc także li­te­ra­turę, re­li­gię, fi­lo­zo­fię i sztukę. Op­pen­he­imer świet­nie że­glo­wał i jeź­dził konno. Je­śli cho­dzi o cha­rak­ter, jego zna­cząca nie­sta­bil­ność prze­ja­wiała się w tym, że po­tra­fił być cza­sem nie­miły i ogól­ni­kowy, kiedy in­dziej zaś ele­gancki i pre­cy­zyjny.

Pi­sa­nie o Op­pen­he­ime­rze musi uwzględ­niać gwał­towny wzrost pu­blicz­nego za­in­te­re­so­wa­nia jego osobą po pre­mie­rze filmu bio­gra­ficz­nego Chri­sto­phera No­lana Op­pen­he­imer z 2023 roku, w któ­rym ty­tu­łową rolę bły­sko­tli­wie za­grał ir­landzki ak­tor Cil­lian Mur­phy. Dzieło w kre­atywny spo­sób sku­pia się na trzech wiel­kich mo­ral­nych zma­ga­niach Op­pen­he­imera: na jego związku z Jean Ta­tlock, z którą miał ro­mans, na mo­ral­nych roz­ter­kach zwią­za­nych z roz­wo­jem i uży­ciem bomby ato­mo­wej, a także na wal­kach z Ko­mi­sją Ener­gii Ato­mo­wej (AEC – Ato­mic Energy Com­mis­sion) w la­tach pięć­dzie­sią­tych. Jest kwe­stią dys­ku­syjną, czy film w pełni od­daje zło­żo­ność po­staci Op­pen­he­imera. Nie był on ani bo­ha­te­rem, ani zło­czyńcą, ale ra­czej czło­wie­kiem o ma­gne­tycz­nej lot­no­ści umy­słu, na­wet je­śli w póź­niej­szych la­tach ży­cia pró­bo­wał strzep­nąć z rę­ka­wów ma­ry­narki wszel­kie ślady ra­dio­ak­tyw­nego pyłu.

[1] CBS News (19 lipca 2023 roku), From the ar­chi­ves: Ro­bert Op­pen­he­imer in 1965 on if the bomb was ne­ces­sary, https://www.youtube.com/watch?v=Ad­tLxlt­trHg&t=45s (do­stęp: 05.09.2025).

Roz­dział 1

NOWY AMERYKANIN

Pełne na­zwi­sko Op­pen­he­imera brzmiało: J. Ro­bert Op­pen­he­imer. Wszel­kie ba­da­nia bio­gra­ficzne wska­zują, że pierw­sza li­tera w rze­czy­wi­sto­ści nie była skró­tem od kon­kret­nego imie­nia. Sam Op­pen­he­imer stwier­dził, że nie ozna­cza ab­so­lut­nie ni­czego. Jego brat Frank po­twier­dził, iż li­tera ta nie miała żad­nego roz­wi­nię­cia, do­da­jąc jed­nak, iż sta­no­wiła swo­isty ukłon w stronę ich ojca, Ju­liusa. Nie­za­leż­nie od fak­tycz­nych źró­deł, owo „J” przy­dało na­zwi­sku Op­pen­he­imera sty­lowy wy­dźwięk i – jak się póź­niej prze­ko­namy – było istotne dla ro­dziny Op­pen­he­ime­rów.

Po­cho­dze­nia na­zwi­ska „Op­pen­he­imer” na­leży upa­try­wać w na­zwie nie­wiel­kiego mia­steczka Op­pen­heim, po­ło­żo­nego w re­gio­nie He­sji Nad­reń­skiej w po­łu­dniowo-za­chod­nich Niem­czech, mię­dzy Mo­gun­cją a Wor­ma­cją. W jaki spo­sób na­zwa miej­sco­wo­ści prze­kształ­ciła się w na­zwi­sko? Otóż 20 lipca 1808 roku Na­po­leon Bo­na­parte wy­dał de­kret, który zmu­sił Ży­dów z oku­po­wa­nych przez niego te­ry­to­riów do przy­ję­cia na­zwisk, je­śli do­tych­czas ta­ko­wych nie no­sili. Wielu nie­miec­kich Ży­dów z Op­pen­heim przy­jęło jako na­zwi­sko na­zwę swo­jego mia­sta. Cho­ciaż ko­rze­nie Ro­berta Op­pen­he­imera były zde­cy­do­wa­nie ży­dow­skie, on sam nie czuł się kom­for­towo z tą toż­sa­mo­ścią kul­tu­rową. Moż­liwe, że owo ta­jem­ni­cze „J” było od­nie­sie­niem do imie­nia ojca, ale jed­no­li­te­rowa po­stać skrótu wska­zuje na chęć ukry­cia jed­no­znacz­nych sko­ja­rzeń imie­nia „Ju­lius” ze spo­łecz­no­ścią ży­dow­ską.

OPPENHEIMEROWIE W NOWYM JORKU

Ju­lius Op­pen­he­imer uro­dził się w nie­miec­kim mie­ście Ha­nau w 1871 roku. Nie­któ­rzy człon­ko­wie ro­dziny po­zo­stali w Niem­czech, inni do­łą­czyli do trwa­ją­cego pod ko­niec XIX wieku ma­so­wego exo­dusu z Eu­ropy do Sta­nów Zjed­no­czo­nych. W tej dru­giej gru­pie zna­lazł się rów­nież Ju­lius, który do­tarł do no­wego, peł­nego obiet­nic kraju w 1888 roku, ma­jąc wów­czas 17 lat. Po­czątki ży­cia na emi­gra­cji zna­cząco uła­twiał mu fakt, że dwóch jego wu­jów – So­lo­mon i Sig­mund Ro­th­fel­do­wie – miesz­kało w Sta­nach już od 1869 roku, a także pro­wa­dziło do­brze pro­spe­ru­jący za­kład kra­wiecki w No­wym Jorku. Tak oto od pierw­szego dnia Ju­lius miał za­pew­nione za­trud­nie­nie w ro­dzin­nej fir­mie. Związki Op­pen­he­ime­rów z No­wym Jor­kiem za­cie­śniły się jesz­cze bar­dziej, kiedy w 1895 roku do­łą­czył do nich brat Ju­liusa – Emil.

Po­mimo trud­nej sy­tu­acji w han­dlu suk­nem w Ame­ryce pod ko­niec XIX wieku Ju­lius ra­dził so­bie świet­nie, wy­ka­zu­jąc się praw­dzi­wą żyłką do przed­się­bior­czo­ści. W 1903 roku zo­stał peł­no­praw­nym wspól­ni­kiem firmy. Rok ten był dla niego udany rów­nież pod wzglę­dem oso­bi­stym – 23 marca się oże­nił. Jego wy­branką była Ella Fried­man, która rów­nież po­cho­dziła z nie­miec­kich Ży­dów, ale – uro­dzona w Sta­nach Zjed­no­czo­nych – w pełni żyła już „ame­ry­kań­skim snem”.

Ju­lius i Ella two­rzyli dwa bie­guny, po­mię­dzy któ­rymi ukształ­to­wała się oso­bo­wość J. Ro­berta Op­pen­he­imera. We­dług wszyst­kich re­la­cji Ju­lius był czło­wie­kiem to­wa­rzy­skim i otwar­tym na in­nych, choć w tej po­sta­wie można do­pa­try­wać się nie­pew­no­ści imi­granta sta­ra­ją­cego się do­pa­so­wać do spo­łe­czeń­stwa, w któ­rym się nie uro­dził. Przy­ja­ciel Ro­berta Op­pen­he­imera, Ro­bert Hor­gan, wspo­mi­nał Ju­liusa jako „czło­wieka nie­zwy­kle wręcz sym­pa­tycz­nego, pra­gną­cego być mi­łym i naj­wy­raź­niej bar­dzo życz­li­wego”[1]. Ro­bert Op­pen­he­imer rów­nież do­strze­gał tę za­sad­ni­czą do­broć cha­rak­teru swo­jego ojca: „My­ślę, że mój oj­ciec był jed­nym z naj­bar­dziej to­le­ran­cyj­nych i zwy­czaj­nie ludz­kich osób. Gdy chciał zro­bić coś dla in­nych, po­zwa­lał im sa­mo­dziel­nie od­kry­wać, czego tak na­prawdę chcą”[2]. Na­wet jed­nak tak po­zy­tywna opi­nia o ojcu nie prze­szko­dziła Ro­ber­towi od­da­lić się od ro­dzi­ców w póź­niej­szym okre­sie.

Spo­łeczne klasy wyż­sze mają swoje nie­pi­sane za­sady i ry­tu­ały. Drobne sub­tel­no­ści spra­wiają, że wej­ście do tego świata za­wsze było czymś wię­cej niż tylko kwe­stią za­moż­no­ści. Ju­lius z pew­no­ścią sta­rał się uni­kać wszel­kiej osten­ta­cji i sno­bi­zmu. Po­mo­stem mię­dzy suk­ce­sem fi­nan­so­wym a no­wo­jor­ską elitą była sztuka, któ­rej Ju­lius stał się po­waż­nym i sza­no­wa­nym ko­lek­cjo­ne­rem. Bar­dzo moż­liwe, że Ellę po­znał wła­śnie pod­czas jed­nej ze swo­ich wi­zyt w no­wo­jor­skich ga­le­riach – ko­bieta stu­dio­wała bo­wiem sztukę w Eu­ro­pie i była uzdol­nioną ma­larką. W do­datku za­pew­niała mu ide­alną rów­no­wagę spo­łeczną. Ce­cho­wała się wy­ra­fi­no­wa­niem, ele­gan­cją i tą przy­da­jącą do­sto­jeń­stwa re­zerwą. Była piękna, ale miała od uro­dze­nia zde­for­mo­waną prawą dłoń – bra­ko­wało jej kciuka i palca wska­zu­ją­cego. Po­czą­tek XX wieku nie był okre­sem szcze­gól­nej to­le­ran­cji dla od­mien­no­ści fi­zycz­nych, dla­tego Ella w to­wa­rzy­stwie skrzęt­nie ukry­wała swoją dłoń, no­sząc rę­ka­wiczki. Prawa ręka Elli była naj­wy­raź­niej draż­liwą kwe­stią ro­dzinną, o któ­rej ni­gdy nie wspo­mi­nano ani nie roz­ma­wiano. Wia­domo, iż Ro­bert na każde py­ta­nie w tej spra­wie – bez zna­cze­nia, czy za­dane przez osobę po­stronną, czy bli­skiego przy­ja­ciela – re­ago­wał lo­do­wa­tym mil­cze­niem.

Za­raz po ślu­bie Ju­lius i Ella za­brali się do po­więk­sza­nia ro­dziny. 22 kwiet­nia 1904 roku na świat przy­szło ich pierw­sze dziecko – J. Ro­bert. Cztery lata póź­niej, w marcu 1908 roku, Ella uro­dziła ko­lej­nego syna, Le­wisa Franka Op­pen­he­imera. Nie­stety nie­mowlę prze­żyło je­dy­nie 45 dni. Ta tra­ge­dia, co zro­zu­miałe, rzu­ciła cień na Op­pen­he­ime­rów, i to nie tylko na człon­ków ro­dziny, ale i na fi­zyczną prze­strzeń, którą za­miesz­ki­wali. Go­ście od­wie­dza­jący ich dom cza­sami zwra­cali uwagę na aurę me­lan­cho­lii, któ­rej na­wet żywa oso­bo­wość Ju­liusa nie była w sta­nie cał­ko­wi­cie roz­go­nić.

Być może to wła­śnie ze względu na utratę dziecka Ella była szcze­gól­nie wraż­liwa na wszel­kie kwe­stie zwią­zane ze zdro­wiem Ro­berta. Nic dziw­nego, że we wcze­snych la­tach ży­cia chło­piec był ra­czej izo­lo­wany od ró­wie­śni­ków – matka sta­rała się chro­nić syna przed ry­zy­kiem za­ra­że­nia od in­nych dzieci. To swo­iste od­osob­nie­nie od czasu do czasu ła­go­dziły wy­cieczki z szo­fe­rem na wieś. Nie­wy­klu­czone, że wła­śnie ta­kie do­świad­cze­nia ukształ­to­wały w Ro­ber­cie póź­niej­sze upodo­ba­nie do otwar­tych prze­strzeni.

Ella i Ju­lius zo­stali ob­da­rzeni trze­cim sy­nem, Fran­kiem, 14 sierp­nia 1912 roku. Przy­jaźń z bra­tem stała się jedną z naj­waż­niej­szych re­la­cji w ży­ciu Ro­berta Op­pen­he­imera. Frank był tą osobą, która wy­do­by­wała z Ro­berta naj­bar­dziej zre­lak­so­waną i na­tu­ralną stronę jego oso­bo­wo­ści. Lecz re­la­cja ta, po­dob­nie jak re­la­cja z oj­cem, w przy­szło­ści miała zo­stać pod­dana pró­bie.

Na ra­zie jed­nak Op­pen­he­ime­ro­wie mieli się do­brze. Miesz­kali w luk­su­so­wym apar­ta­men­cie na 11. pię­trze bu­dynku nr 155 przy Ri­ver­side Drive w No­wym Jorku. Była to bar­dzo pre­sti­żowa nie­ru­cho­mość w mod­nej dziel­nicy. Apar­ta­ment zaj­mo­wał całe pię­tro bu­dynku, a z okien roz­ta­czał się wspa­niały wi­dok na rzekę Hud­son. Suk­cesy fi­nan­sowe Ju­liusa po­zwa­lały ro­dzi­nie na za­trud­nie­nie per­so­nelu do­mo­wego, w tym szo­fe­rów i po­ko­jó­wek, ale nie było w tym wiele sno­bi­zmu – ła­go­dziły go do­bre ma­niery, po­wścią­gli­wość i wy­sma­ko­wane gu­sta. Gu­sta, które w pew­nej mie­rze zo­stały ukształ­to­wane przez szer­sze zmiany spo­łeczne za­cho­dzące wśród ame­ry­kań­skich Ży­dów od końca XIX wieku.

Dla wielu ży­dow­skich ro­dzin w USA w tym cza­sie – zwłasz­cza tych, które wy­emi­gro­wały z Nie­miec – kul­tura i toż­sa­mość ju­da­istyczna po­zo­sta­wały ważne. Jed­nak w miarę jak ro­dziny te sta­rały się bu­do­wać nowe ży­cie w Ame­ryce, ich tra­dy­cje i ob­rzędy w co­raz więk­szym stop­niu za­częły współ­ist­nieć z ru­chami świec­kimi i in­te­gra­cyj­nymi. Od­cię­cie się od spo­łecz­no­ści, z któ­rej się wy­ro­sło, nie za­wsze było do­brym roz­wią­za­niem, szcze­gól­nie w przy­padku tych, któ­rzy chcieli osią­gnąć suk­ces ko­mer­cyjny i sza­cu­nek spo­łeczny. Co wię­cej, wy­si­łek wkła­dany w próby wto­pie­nia się w tłum nie otwie­rał au­to­ma­tycz­nie drzwi do ame­ry­kań­skiego spo­łe­czeń­stwa. Wy­buch gwał­tow­nego an­ty­se­mi­ty­zmu na­zi­stow­skich Nie­miec w pierw­szej po­ło­wie XX wieku może przy­sła­niać wro­gość wo­bec Ży­dów, która kwi­tła w in­nych miej­scach, w tym także w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Ży­dzi byli jaw­nie lub po­ta­jem­nie wy­klu­czani z „eli­tar­nych” prze­strzeni – klu­bów spor­to­wych i to­wa­rzy­skich, uni­wer­sy­te­tów, wy­so­kiej klasy ho­teli, sta­no­wisk w in­sty­tu­cjach pań­stwo­wych. Ame­ry­kań­ski an­ty­se­mi­tyzm był głę­boko za­ko­rze­niony, mimo że nie­które ży­dow­skie ro­dziny stały się lo­ko­mo­ty­wami ame­ry­kań­skiego biz­nesu i me­ce­natu kul­tu­ral­nego, a do­stojne rody, ta­kie jak Ro­ose­vel­to­wie, Asto­ro­wie, Van­der­bil­to­wie i Mor­ga­no­wie, ode­grały klu­czową rolę w bu­do­wie współ­cze­snych Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Wy­wo­dzący się z Eu­ropy Za­chod­niej ame­ry­kań­scy Ży­dzi tak bar­dzo pra­gnęli pro­mo­wać swoją nową ame­ry­kań­ską toż­sa­mość, że wielu z nich wy­po­wia­dało się na­wet prze­ciwko ko­lej­nym fa­lom ży­dow­skiej imi­gra­cji z Eu­ropy Wschod­niej, oba­wia­jąc się, że bar­dziej re­li­gijni i prak­ty­ku­jący nowi przy­by­sze do­pro­wa­dzą do in­ten­sy­fi­ka­cji an­ty­se­mi­ty­zmu.

Jedną z naj­bar­dziej zna­czą­cych in­sty­tu­cji dzia­ła­ją­cych na rzecz se­ku­la­ry­za­cji ame­ry­kań­skich Ży­dów było Ethi­cal Cul­ture So­ciety (To­wa­rzy­stwo Kul­tury Etycz­nej). Or­ga­ni­za­cja ta zo­stała za­ło­żona w 1876 roku przez in­nego nie­miec­kiego imi­granta, Fe­lixa Ad­lera, syna ra­bina. Fi­lo­zo­ficz­nym ce­lem Ad­lera było od­dzie­le­nie etycz­nego za­cho­wa­nia od prze­strze­ga­nia ko­dek­sów i praw wiel­kich re­li­gii mo­no­te­istycz­nych, w tym ju­da­izmu, w któ­rym sam się wy­cho­wał. Ad­ler za­chę­cał swo­ich zwo­len­ni­ków do sku­pie­nia wy­sił­ków mo­ral­nych na do­sko­na­le­niu wła­snych cha­rak­te­rów i (po­przez edu­ka­cję) in­te­lektu, jed­no­cze­śnie pro­mu­jąc świa­domy kla­sowo al­tru­izm i re­for­ma­tor­skiego du­cha. Na­cisk na ak­ty­wizm spo­łeczny ozna­czał, że pro­wa­dzone przez To­wa­rzy­stwo pry­watne szkoły po­strze­gano jako in­ku­ba­tory przy­szłych ame­ry­kań­skich li­de­rów. Ruch po­zo­sta­wał w kon­tak­cie ze swoim ży­dow­skim dzie­dzic­twem, ale edu­ka­cja i ide­olo­gia ce­cho­wały się otwar­to­ścią – do szkoły przyj­mo­wano także osoby po­cho­dze­nia in­nego niż ży­dow­skie. W 1911 roku świat Ro­berta znacz­nie się po­sze­rzył, gdy Op­pen­he­imer za­czął uczęsz­czać do dru­giej klasy lo­kal­nej szkoły pro­wa­dzo­nej przez To­wa­rzy­stwo – Ethi­cal Cul­ture School w No­wym Jorku. W śro­do­wi­sku tym ob­ra­cał się aż do ukoń­cze­nia szkoły śred­niej.

EDUKACJA

Je­śli cho­dzi o in­te­lekt, pre­dys­po­zy­cje ge­ne­tyczne stały nie­wąt­pli­wie po stro­nie Ro­berta. Jego zdol­ność do za­pa­mię­ty­wa­nia nie­mal wszyst­kiego, co prze­czy­tał tylko je­den raz, była rzad­kim ta­len­tem – umie­jęt­no­ści tej nie można na­być przez pra­co­wi­tość i ćwi­cze­nia. Co warto pod­kre­ślić, śro­do­wi­sko, w któ­rym Ro­bert do­ra­stał, do­kła­dało wszel­kich sta­rań, aby po­móc mu osią­gnąć suk­ces – po­cząw­szy od szcze­rego pra­gnie­nia ro­dzi­ców, aby za­pew­nić mu roz­wój in­te­lek­tu­alny i spo­łeczny. Ethi­cal Cul­ture School, która pro­mo­wała sa­mo­dzielne wy­bory ście­żek na­uki, była ide­al­nym miej­scem dla peł­nego pa­sji i za­in­te­re­so­wań mło­dego czło­wieka.

Każdy prze­jaw cie­ka­wo­ści spo­ty­kał się z za­chętą. Wy­daje się, że wcze­sne za­in­te­re­so­wa­nia Ro­berta zo­stały ukształ­to­wane przez dwie wi­zyty w Niem­czech – kiedy miał pięć i sie­dem lat – które ro­dzina Op­pen­he­ime­rów od­była, by Ro­bert mógł po­znać swo­jego dziadka ze strony ojca, Ben­ja­mina Op­pen­he­imera. Wiele lat póź­niej Ro­bert udzie­lił wy­wiadu ame­ry­kań­skiemu fi­lo­zo­fowi i hi­sto­ry­kowi Tho­ma­sowi Kuh­nowi. Pod­czas tej roz­mowy opi­sał swo­jego dziadka jako „przed­się­biorcę bez suk­ce­sów, uro­dzo­nego w ru­de­rze, w nie­mal śred­nio­wiecz­nej nie­miec­kiej wio­sce [praw­do­po­dob­nie Ha­nau], z za­mi­ło­wa­niem do na­uki”[3]. W tych sło­wach po­brzmiewa nuta po­li­to­wa­nia i wyż­szo­ści, ale Op­pen­he­imer był szcze­rze wdzięczny dziad­kowi Ben­ja­mi­nowi za dwa pre­zenty, które od niego otrzy­mał: en­cy­klo­pe­dię ar­chi­tek­tury i nie­wielką ko­lek­cję mi­ne­ra­łów. Obie te rze­czy wy­raź­nie po­chło­nęły mło­dego Ro­berta, wy­kład­ni­czo zwięk­sza­jąc jego ape­tyt na czy­ta­nie i wie­dzę. Zna­czący frag­ment wy­wiadu Kuhna po­ka­zuje, jak Op­pen­he­imer opi­sy­wał pod­stawy wła­snego roz­woju in­te­lek­tu­al­nego:

Od tego mo­mentu sta­łem się, w cał­ko­wi­cie dzie­cinny spo­sób, za­go­rza­łym ko­lek­cjo­ne­rem mi­ne­ra­łów i za­nim z tym skoń­czy­łem, mia­łem już cał­kiem nie­zły zbiór […]. Z pew­no­ścią na po­czątku było to za­in­te­re­so­wa­nie czy­sto ko­lek­cjo­ner­skie, ale z cza­sem prze­ro­dziło się rów­nież w cie­ka­wość na­ukową. Nie do­ty­czyła ona hi­sto­rii po­wsta­wa­nia skał i mi­ne­ra­łów, ale była fa­scy­na­cją krysz­ta­łami, ich struk­turą, zja­wi­skiem dwój­łom­no­ści, tym, co można zo­ba­czyć w świe­tle spo­la­ry­zo­wa­nym, i wszyst­kimi tymi pod­sta­wo­wymi kwe­stiami […]. Kiedy mia­łem 10 czy 12 lat, mi­ne­rały, pi­sa­nie wier­szy i czy­ta­nie oraz bu­do­wa­nie z kloc­ków – ar­chi­tek­tura – były trzema dzie­dzi­nami, któ­rymi się zaj­mo­wa­łem – nie po to, by mieć ja­kieś to­wa­rzy­stwo, ani dla­tego, że miało to ja­ki­kol­wiek zwią­zek ze szkołą, ale dla nich sa­mych. Po­rzu­ci­łem klocki gdzieś w wieku 10 lat, ale mi­ne­rały stały się uro­czym za­ję­ciem na dłu­żej. Pró­bo­wa­łem je zro­zu­mieć. Mia­łem z tym bar­dzo duże pro­blemy, po­nie­waż nie za­wsze zna­łem od­po­wied­nią ter­mi­no­lo­gię. My­ślę, że mi­nął mie­siąc, za­nim zda­łem so­bie sprawę, że słowo „in­ter­cept” [ang. punkt prze­cię­cia] może być uży­wane za­równo jako rze­czow­nik, jak i cza­sow­nik, i to była moja zmora[4].

W wy­wia­dzie tym Op­pen­he­imer wspo­mi­nał o pierw­szych ozna­kach ce­chy wspól­nej dla wielu na­ukow­ców – owej pa­lą­cej, nie­mal bo­le­snej po­trzeby, by wie­dzieć, by ro­zu­mieć ukryte struk­tury rze­czy­wi­sto­ści, by po­zna­wać jej prawa, wła­ści­wo­ści i ta­jem­nice. Ro­bert pra­gnął rów­nież zy­skać wer­balne na­rzę­dzia opisu na­uko­wego – przez całe ży­cie dą­żył do mi­strzo­stwa eks­pre­sji w wielu ob­sza­rach ję­zyka, od sztuki i li­te­ra­tury po ję­zyki obce i fi­zykę teo­re­tyczną.

Tak oto zwy­kłe pu­dełko z prób­kami skał szybko prze­isto­czyło się z obiektu po­bu­dza­ją­cego cie­ka­wość w nowy wszech­świat idei i po­my­słów. W przy­padku Ro­berta mi­ne­ra­lo­gia stała się czymś wię­cej niż tylko hobby. Jego wie­dza w tej dzie­dzi­nie osią­gnęła taki po­ziom, że za­pro­szono go do pre­sti­żo­wego New York Mi­ne­ra­lo­gi­cal Club (No­wo­jor­skiego Klubu Mi­ne­ra­lo­gicz­nego), za­ło­żo­nego w 1886 roku. Zo­stał naj­młod­szym człon­kiem tej or­ga­ni­za­cji, a w wieku za­le­d­wie 12 lat wy­gło­sił na­wet re­fe­rat.

Na­uczy­ciele Ethi­cal Cul­ture School nie po­trze­bo­wali dużo czasu, aby zro­zu­mieć, że mają do czy­nie­nia z na­prawdę wy­jąt­ko­wym uczniem. Op­pen­he­imer wy­raź­nie wy­róż­niał się na tle swo­ich ko­le­gów. Ucząc się w przy­spie­szo­nym try­bie, na­wią­zał rów­nież pewne ważne dla swo­jego póź­niej­szego roz­woju kon­takty z kil­koma na­uczy­cie­lami. Na szcze­gólną uwagę za­słu­gują tu dwie po­sta­cie. Pierw­szą z nich był na­uczy­ciel an­giel­skiego Her­bert Win­slow Smith, który nie tylko do­star­czał mło­demu Ro­ber­towi bodź­ców in­te­lek­tu­al­nych, ale także ota­czał go życz­liwą tro­ską dusz­pa­ster­ską, two­rząc więź, która trwała znacz­nie dłu­żej niż lata szkolne Op­pen­he­imera. W 1974 roku, po śmierci Op­pen­he­imera, Smith udzie­lił Char­le­sowi We­ine­rowi dłu­giego wy­wiadu, w któ­rym przed­sta­wił swoje spo­strze­że­nia i wspo­mnie­nia na te­mat Op­pen­he­imera jako do­ro­słego męż­czy­zny i doj­rze­wa­ją­cego chłopca. (Pełna trans­kryp­cja tego wy­wiadu jest udo­stęp­niona w in­ter­ne­cie przez Cen­ter for Hi­story of Phy­sics of the Ame­ri­can In­sti­tute of Phy­sics [Ośro­dek Hi­sto­rii Fi­zyki Ame­ry­kań­skiego In­sty­tutu Fi­zyki] – szcze­gó­łowe in­for­ma­cje znaj­dują się w Bi­blio­gra­fii).

Je­śli cho­dzi o lata szkolne Op­pen­he­imera, Smith wspo­mi­nał, że we­dług Op­pen­he­imera pewna „nie­zręcz­ność” jego ro­dzi­ców – w szcze­gól­no­ści ojca – była dla chłopca źró­dłem upo­ko­rze­nia. Smith po­słu­żył się na­wet przy­kła­dem. Któ­re­goś lata Ro­bert wziął udział w szkol­nym obo­zie w Camp Ko­enig, ośrodku po­ło­żo­nym na ma­low­ni­czej je­de­na­sto­akro­wej wy­spie Grind­stone na je­zio­rze On­ta­rio. Wła­śnie tam Ro­bert stał się obiek­tem za­cze­pek in­nych chłop­ców. Zy­skał przy­do­mek „Cu­tie” [„Pięk­niś”] ze względu na swoją de­li­katną, nie­mal znie­wie­ściałą urodę, na którą skła­dały się gę­ste, bujne włosy, szczu­pła syl­wetka i wy­raźne, lecz miłe i gład­kie rysy twa­rzy. I choć nę­ka­nie za­wsze za­słu­guje na po­tę­pie­nie, wy­daje się, że młody Op­pen­he­imer ro­bił wszystko, aby ścią­gnąć na sie­bie uwagę i stać się ce­lem prze­mocy ró­wie­śni­czej. We­dług Freda Ko­eniga, syna or­ga­ni­za­tora obozu, dok­tora Ot­tona Ko­eniga, i je­dy­nego praw­dzi­wego przy­ja­ciela Op­pen­he­imera pod­czas obozu, Ro­bert przez cały za­cho­wy­wał się z wyż­szo­ścią, świa­domy swej in­te­lek­tu­al­nej prze­wagi nad po­zo­sta­łymi uczest­ni­kami. To oczy­wi­ście mo­gło tylko pod­ju­dzić ko­le­gów. (Jak się póź­niej prze­ko­namy, ewi­dentny sno­bizm Op­pen­he­imera był nie­wąt­pli­wie efek­tem na­war­stwie­nia się ko­lej­nych do­świad­czeń w póź­niej­szym ży­ciu. Nie­stety ta po­stawa zwy­kle ob­ra­cała się prze­ciwko niemu sa­memu, nie­mal za­wsze po­gar­sza­jąc jego sy­tu­ację).

W trak­cie obozu Op­pen­he­imer był, co oczy­wi­ste, na­ra­żony na ru­baszne do­cinki mło­dych, doj­rze­wa­ją­cych chłop­ców. Po­peł­nił wów­czas na­iwny mło­dzień­czy błąd. Zu­peł­nie nie prze­wi­du­jąc na­tu­ral­nej re­ak­cji ro­dzi­ców, na­pi­sał do nich list, w któ­rym prze­chwa­lał się, że wiele się na­uczył o sek­sie. Spro­wo­ko­wało to na­tych­mia­stową wi­zy­ta­cję Ju­liusa i Elli na obo­zie, a na­stęp­nie śledz­two i po­tę­pie­nie wszyst­kich. Ze­msta na­de­szła szybko. Grupa chłop­ców po­chwy­ciła Ro­berta i za­cią­gnęła go do sto­ją­cej na ubo­czu lo­downi. Tam ko­le­dzy go ro­ze­brali i zwią­zali, po­ma­lo­wali mu po­śladki i ge­ni­ta­lia na zie­lono i zo­sta­wili go sa­mego w zim­nie, upo­ko­rze­niu i stra­chu.

Mo­żemy się do­my­ślać, że dla Op­pen­he­imera było to do­świad­cze­nie trau­ma­tyczne, skoro opo­wie­dział o nim do­piero w wieku 20 lat swo­jemu ów­cze­snemu po­wier­ni­kowi Her­ber­towi Smi­thowi. Jak wy­ja­śnił Smith, spo­sób, w jaki Ju­lius i Ella roz­pra­wili się z tym in­cy­den­tem, ilu­struje wspo­mnianą wcze­śniej nie­zręcz­ność w re­la­cjach mię­dzy sy­nem a ro­dzi­cami. To swo­iste po­łą­cze­nie mi­ło­ści Op­pen­he­imera do ro­dzi­ców i za­że­no­wa­nia ich za­cho­wa­niem stało się czymś w ro­dzaju po­wra­ca­ją­cego mo­tywu, zwłasz­cza gdy roz­po­czął stu­dia. Szcze­gól­nie ojca po­strze­gał jako nieco pry­mi­tyw­nego i nie­oszli­fo­wa­nego, przy­pi­su­jąc mu ce­chę, którą wyż­sze klasy za­wsze wy­czu­wają pod­świa­do­mie – silne pra­gnie­nie do­pa­so­wa­nia się i do­łą­cze­nia do „lep­szych”.

Ko­lejną osobą, która wy­warła istotny wpływ na Op­pen­he­imera w Ethi­cal Cul­ture School, był Au­gu­stus Klock, na­uczy­ciel przed­mio­tów ści­słych. Opi­nia Franka Op­pen­he­imera o Klocku była ra­czej kry­tyczna – uwa­żał on, że Klock uczył fi­zyki „z pewną eks­cy­ta­cją”, na­to­miast za­ję­cia z che­mii były, ogól­nie rzecz bio­rąc, mało in­spi­ru­jące. Z ko­lei Ro­bert Op­pen­he­imer tak chwa­lił „Gusa” Klocka pod­czas kon­so­la­cji po śmierci na­uczy­ciela w 1963 roku:

Mi­nęło pra­wie 45 lat, od­kąd Au­gu­stus Klock uczył mnie fi­zyki i che­mii […]. Ko­chał te na­uki za­równo jako rze­mio­sło, jak i jako wie­dzę. Uwiel­biał urzą­dze­nia la­bo­ra­to­ryjne i wiel­kie od­kry­cia, któ­rych do tam­tej pory do­ko­nano, a także miał to spoj­rze­nie na na­turę łą­czące po­rzą­dek z za­gadką, które jest wa­run­kiem na­uki. Ale nade wszystko ko­chał mło­dych lu­dzi, któ­rym miał na­dzieję prze­ka­zać ja­kieś do­tknię­cie, ja­kiś smak, ja­kąś mi­łość do ży­cia i w któ­rych prze­bu­dze­niu do­strze­gał swój ży­ciowy cel[5].

In­te­re­su­jące jest to, że Op­pen­he­imer wska­zuje tu na po­łą­cze­nie teo­rii i prak­tyki jako in­spi­ru­jący dar Klocka. W swoim póź­niej­szym ży­ciu aka­de­mic­kim i za­wo­do­wym Op­pen­he­imer skła­niał się zde­cy­do­wa­nie ku fi­zyce teo­re­tycz­nej, zma­ga­jąc się z prak­tycz­nymi wy­mo­gami tech­nicz­nymi, które wiążą się z fi­zyką eks­pe­ry­men­talną. Ale naj­wy­raź­niej en­tu­zjazm Klocka dla apa­ra­tury, po­my­słów i po­szu­ki­wań na­uko­wych od­ci­snął swoje piętno na mło­dym Ro­ber­cie. Nie pró­bu­jąc w ża­den spo­sób umniej­szyć zna­cze­nia pracy Op­pen­he­imera w Los Ala­mos, nie po­win­ni­śmy także lek­ce­wa­żyć tego dresz­czyku emo­cji, który nie­odmien­nie ro­dzi się, gdy liczne wiel­kie umy­sły, przy wspar­ciu nie­ogra­ni­czo­nego bu­dżetu, gro­ma­dzą się w jed­nym miej­scu, aby dą­żyć do osta­tecz­nego urze­czy­wist­nie­nia fi­zyki prak­tycz­nej.

Klock in­spi­ro­wał Ro­berta, a ten z ko­lei uosa­biał do­kład­nie taki typ za­an­ga­żo­wa­nego ucznia, peł­nego po­ten­cjału, jaki Klock uwiel­biał. 8 li­sto­pada 1948 roku na ła­mach ma­ga­zynu „Time” uka­zał się ar­ty­kuł za­ty­tu­ło­wany The Eter­nal Ap­pren­tice [Wieczny uczeń], sta­no­wiący ob­szerną re­flek­sję na te­mat in­te­lek­tu­al­nej i za­wo­do­wej po­dróży Op­pen­he­imera. (O sła­wie, jaką Op­pen­he­imer osią­gnął na tym eta­pie ży­cia, naj­le­piej świad­czy fakt, że okładkę tego wy­da­nia ozdo­bił jego ko­lo­rowy por­tret). W ar­ty­kule wspo­mniano o wy­jąt­ko­wej na­tu­rze po­cząt­ków edu­ka­cji Op­pen­he­imera, za­uwa­ża­jąc, że za­nim ukoń­czył on Ethi­cal Cul­ture School, „po­tra­fił czy­tać dzieła Ce­zara, We­rgi­liu­sza i Ho­ra­cego bez słow­nika ła­ciń­skiego, czy­tał Pla­tona i Ho­mera po grecku, kom­po­no­wał so­nety po fran­cu­sku i in­te­re­so­wał się trak­ta­tami o świe­tle spo­la­ry­zo­wa­nym”[6]. Ta roz­le­głość za­in­te­re­so­wań przy­po­mina nam, że cho­ciaż Op­pen­he­imer jest czczony przede wszyst­kim jako na­uko­wiec, był kimś, kogo dziś okre­śli­li­by­śmy mia­nem czło­wieka re­ne­sansu, ob­da­rzo­nym po­nadto wy­jąt­kową pa­mię­cią. (Mu­zyka sta­no­wiła chyba je­dyną dzie­dzinę, w któ­rej nie wy­ka­zy­wał zdol­no­ści ani którą się – przy­naj­mniej w dzie­ciń­stwie – nie in­te­re­so­wał). W ar­ty­kule za­cy­to­wano rów­nież sa­mego Klocka, który po­strze­gał in­te­lek­tu­alny roz­wój Op­pen­he­imera jako nie­po­ha­mo­wany: „Był tak by­stry, że ża­den na­uczy­ciel nie byłby w sta­nie unie­moż­li­wić mu zdo­by­cie wy­kształ­ce­nia”[7].

Wspo­mi­na­jąc swoje dzie­ciń­stwo, Op­pen­he­imer przy­znał, że był chłop­cem ra­czej roz­piesz­czo­nym i osła­nia­nym przed świa­tem zew­nętrz­nym – po­trze­bo­wał do­świad­czeń har­tu­ją­cych do ży­cia: „Moje dzie­ciń­stwo nie przy­go­to­wało mnie na to, że świat jest pe­łen rze­czy okrut­nych i gorz­kich”. Ze względu na do­sta­tek i nad­mierną tro­skli­wość ro­dzi­ców (tu wi­dać, że Op­pen­he­imer miał dar do sfor­mu­ło­wań za­pa­da­ją­cych w pa­mięć) „nie zna­lazł nor­mal­nego, zdro­wego spo­sobu na by­cie dra­niem”[8]. Mimo wszystko udało mu się zgro­ma­dzić wo­kół sie­bie sta­ran­nie do­braną grupę przy­ja­ciół – i to obu płci. Do tego grona na­le­żała ko­le­żanka z klasy, Jane Di­di­sheim. Byli ze sobą na tyle bli­sko, że od­wie­dzała Ro­berta w domu – sama Ella za­chę­cała ich do tych spo­tkań, wi­dząc w Jane po­ten­cjalną przy­szłą part­nerkę dla swo­jego wraż­li­wego syna… a przy­naj­mniej ko­goś, kto mógłby po­móc wy­cią­gnąć go z jego sko­rupy[9].

Wy­daje się, że Ro­bert rze­czy­wi­ście da­rzył Jane pew­nym ro­man­tycz­nym uczu­ciem, które prze­trwało aż do cza­sów stu­diów. Te pra­gnie­nia nie zo­stały jed­nak w ża­den spo­sób od­wza­jem­nione. W póź­niej­szym ży­ciu Jane (obec­nie Jane Kay­ser) wspo­mi­nała mło­dego Op­pen­he­imera z dozą czu­ło­ści, ale zwra­cała uwagę na głę­boką nie­po­rad­ność chłopca i jego nie­do­statki fi­zyczne.

Za­uwa­żyła na przy­kład, że był ni­ski i „bar­dzo wą­tły”, a także miał ja­sno­ró­żowe po­liczki. Mó­wiąc krótko, Jane po­strze­gała Ro­berta jako „ra­czej nie­roz­wi­nię­tego” pod wzglę­dem fi­zycz­nym, co prze­ja­wiało się nie­zręcz­nymi ru­chami i dziwną po­stawą. Na te ce­chy na­kła­dała się nie­śmia­łość. Jed­no­cze­śnie za­uwa­żała, że je­śli cho­dzi o sferę in­te­lek­tu­alną, Ro­bert wy­raź­nie prze­wyż­szał swoje oto­cze­nie, co jego grupa ró­wie­śni­cza szybko do­strze­gła. Nie cho­dziło tylko o to, że w mig zdo­by­wał i prze­twa­rzał wie­dzę, ale także o to, że był bie­gły we wszyst­kich te­ma­tach, od ar­ty­stycz­nych po na­ukowe[10].

De­li­katną bu­dowę ciała Op­pen­he­imera po­twier­dza wiele in­nych źró­deł. W pew­nym mo­men­cie jego nie­chęć do ja­kie­go­kol­wiek wy­siłku spra­wiła, że za­czął uni­kać ko­rzy­sta­nia ze scho­dów. Po­sta­wiło to przed szkołą swo­iste wy­zwa­nia – jej dy­rek­tor skie­ro­wał do Elli i Ju­liusa list z prośbą, by wpły­nęli na syna i za­chę­cili go do wcho­dze­nia po stop­niach.

Por­tret Op­pen­he­imera na­kre­ślony przez Kay­ser ja­sno po­ka­zuje, dla­czego mło­dzień­czy ro­mans nie miał szans po­wo­dze­nia. Z tego opisu do­wia­du­jemy się, że Ro­bert był na ogół chłop­cem nie­śmia­łym, trzy­ma­ją­cym się z tyłu, ale cza­sem jego wie­dza spra­wiała, że wy­cho­dził przed sze­reg i sta­wał przed klasą, „po­nie­waż był tak nie­zwy­kle uta­len­to­wany i by­stry”[11].

W cza­sach szkol­nych bli­sko Ro­berta był także młod­szy od niego Fred Bern­heim oraz sio­stry Inez i Kitty Pol­lak. Jed­nak jego naj­więk­szym przy­ja­cie­lem, po­wier­ni­kiem na całe ży­cie, zo­stał Fran­cis Fer­gus­son. Wielu bio­gra­fów Op­pen­he­imera ana­li­zuje za­kres wpływu Fer­gus­sona jako wzorca za­cho­wa­nia i wy­ra­fi­no­wa­nia, do któ­rego Ro­bert aspi­ro­wał. Fran­cis Fer­gus­son po­cho­dził z Al­bu­qu­erque w sta­nie Nowy Mek­syk i był sy­nem sta­no­wego kon­gres­mana. Do Ethi­cal Cul­ture School uczęsz­czał je­dy­nie w roku 1920/1921, kiedy Op­pen­he­imer był w ostat­niej kla­sie.

Fer­gus­sona łą­czyły z Op­pen­he­ime­rem zdol­no­ści in­te­lek­tu­alne. W li­ceum jego po­wo­ła­niem stało się pi­sa­nie i fi­lo­zo­fia. (Kie­ru­nek ten utrzy­mał w do­ro­słym ży­ciu – zo­stał na­uczy­cie­lem, kry­ty­kiem li­te­rac­kim i znawcą te­atru oraz mi­to­lo­gii). In­te­lekt był bez wąt­pie­nia tym, co zbli­żyło Op­pen­he­imera i Fer­gus­sona, choć pod wie­loma in­nymi wzglę­dami Fer­gus­son róż­nił się zde­cy­do­wa­nie od swo­jego ży­dow­skiego przy­ja­ciela z No­wego Jorku. Fer­gus­son był pewny sie­bie i by­stry, ale także miał w so­bie tę ce­chę, która dla Op­pen­he­imera sta­no­wiła ucie­le­śnie­nie du­cha po­gra­ni­cza ame­ry­kań­skiego po­łu­dnio­wego za­chodu – pewną ostrość i bez­kom­pro­mi­so­wość w my­ślach i czy­nach, bę­dącą efek­tem ob­co­wa­nia z ty­leż in­spi­ru­jącą, co nie­okieł­znaną dzi­czą. To zde­cy­do­wa­nie kon­tra­sto­wało z wraż­li­wo­ścią wy­cho­wa­nego w cie­plar­nia­nych wa­run­kach Op­pen­he­imera, z jego miej­ską kru­cho­ścią. Mło­dzi lu­dzie czę­sto ule­gają pra­gnie­niu do­sto­so­wa­nia się do „normy”, ale też ła­two in­spi­rują się każ­dym, kto ich zda­niem w ja­kiś spo­sób wy­bija się z tej prze­cięt­no­ści, ła­miąc swo­isty kod spo­łeczny. Op­pen­he­imer wi­dział więc w Fer­gus­so­nie ko­goś, kto bez wy­siłku wta­pia się w elitę spo­łe­czeń­stwa, pod­czas gdy sam Ro­bert czuł, że jego cha­rak­ter i kul­tura, z któ­rej się wy­wo­dził, to rze­czy, które na­leży ukry­wać. Her­bert Smith do­sko­nale pa­mięta tę wi­doczną skłon­ność u Op­pen­he­imera: „No cóż, on na­prawdę do­ra­stał w prze­ko­na­niu, że przy­na­leż­ność do spo­łecz­no­ści ży­dow­skiej jest po­wo­dem do wstydu i czymś, z czym się ro­dzisz, ale z czego ni­gdy nie mo­żesz się wy­rwać”[12]. Z kwe­stią po­cho­dze­nia Op­pen­he­imer bo­ry­kał się przez wiele lat rów­nież już jako osoba do­ro­sła.

WYPŁYNIĘCIE NA SZEROKIE WODY

Pod ko­niec ostat­niej klasy Op­pen­he­imer miał nie­wielką, ale zgraną grupę przy­ja­ciół. Był to także okres, w któ­rym za­czy­nał sa­mo­dziel­nie od­kry­wać świat. Prze­łom na­stą­pił w jego szes­na­ste uro­dziny, kiedy Ju­lius – naj­wy­raź­niej chcąc po­móc sy­nowi od­na­leźć w so­bie du­cha przy­gody – spre­zen­to­wał mu jed­no­masz­towy jacht o dłu­go­ści 8,2 m (27 stóp). Ro­dzina Op­pen­he­ime­rów miała let­nią re­zy­den­cję w ma­low­ni­czej nad­mor­skiej wio­sce Bay So­und w hrab­stwie Suf­folk na Long Is­land. Nie­ru­cho­mość po­sia­dała wła­sne ko­twi­co­wi­sko, które za­pew­niało ła­twy do­stęp do wód Long Is­land So­und i Great So­uth Bay. Bio­rąc pod uwagę, że nie­chęć Ro­berta do ak­tyw­no­ści fi­zycz­nej obej­mo­wała rów­nież ko­rzy­sta­nie ze scho­dów, mógł to być spek­ta­ku­lar­nie nie­tra­fiony pre­zent. Tak się jed­nak nie stało – prze­ciw­nie, dar roz­pa­lił w nim pa­sję do że­glar­stwa, która z cza­sem po­mo­gła mu przejść prze­mianę za­równo psy­chiczną, jak i fi­zyczną.

Ro­bert nadał jach­towi na­zwę Tri­me­thy, świa­do­mie na­wią­zu­jąc do tri­me­ty­lo­aminy – związku che­micz­nego od­po­wie­dzial­nego za cha­rak­te­ry­styczny za­pach gni­ją­cych ryb, który każdy z nas zna znad mo­rza. Frank i Ro­bert spę­dzili nie­zli­czone go­dziny na ło­dzi, ce­men­tu­jąc swoją bra­ter­ską więź i na­bie­ra­jąc bie­gło­ści w że­glar­stwie. Ro­bert od­krył w so­bie rów­nież ukryty do­tąd ape­tyt na ry­zyko, chęt­nie wy­pusz­cza­jąc się na wzbu­rzone, nie­przy­ja­zne mo­rze, ku wiel­kiemu za­nie­po­ko­je­niu ro­dzi­ców. Przy­gody cza­sem szły za da­leko – Ju­lius mu­siał kil­ka­krot­nie po­szu­ki­wać chłop­ców w od­le­głych re­jo­nach wy­brzeża, a raz, gdy łódź osia­dła na mie­liź­nie na błot­ni­stym brzegu, ko­nieczna była ak­cja ra­tun­kowa Straży Przy­brzeż­nej. Fer­gus­son wspo­mi­nał, że z jed­nej strony na­prawdę się bał, z dru­giej zaś był pod wra­że­niem spraw­no­ści, z jaką Ro­bert kie­ro­wał swym jach­tem. Do­strze­gał rów­nież nie­po­kój Elli zwią­zany z nowo od­kry­tym przez jej syna pra­gnie­niem ży­cia na kra­wę­dzi.

Wio­sną 1921 roku Op­pen­he­imer ukoń­czył Ethi­cal Cul­ture School. Wraz z Fer­gus­so­nem pla­no­wał pod­jąć stu­dia na Uni­wer­sy­te­cie Ha­rvarda – wów­czas, tak samo jak te­raz, jed­nej z naj­bar­dziej eli­tar­nych in­sty­tu­cji edu­ka­cyj­nych w USA. Ro­bert za­mie­rzał zgłę­biać taj­niki che­mii. Naj­pierw jed­nak cze­kały go dłu­gie wa­ka­cje. Spę­dził te mie­siące, pra­cu­jąc nad pro­jek­tem na­uko­wym z Au­gu­stu­sem Kloc­kiem. Kiedy pro­jekt do­biegł końca, ro­dzice za­brali Ro­berta w ko­lejną po­dróż do Eu­ropy. Ju­lius i Ella za­trzy­mali się w Niem­czech, a Ro­bert od­dał się swo­jej pa­sji mi­ne­ra­lo­gicz­nej, od­wie­dza­jąc ko­pal­nie w po­bliżu Jo­achim­sthal w Cze­chach (dziś Jáchy­mov) przy gra­nicy nie­miecko-cze­skiej. Tra­dy­cje gór­ni­cze w Jo­achim­sthal się­gają XVI wieku – naj­pierw wy­do­by­wano tu sre­bro, ale z cza­sem za­in­te­re­so­wa­nie gór­ni­ków roz­sze­rzyło się rów­nież na ni­kiel, bi­zmut, ołów, ar­sen, ko­balt, cynę, uran i rad. Op­pen­he­imer zna­lazł w ko­pal­niach wiele in­te­re­su­ją­cych rze­czy, a także sko­rzy­stał z oka­zji, aby po­więk­szyć swoją ro­snącą oso­bi­stą ko­lek­cję mi­ne­ra­łów. Nie­stety przy oka­zji za­cho­ro­wał na dy­zen­te­rię.

I nie była to ła­godna po­stać cho­roby – Ro­ber­towi gro­ziła na­wet śmierć. Prze­trans­por­to­wano go do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, gdzie po­woli wra­cał do pełni zdro­wia. Oprócz nie­unik­nio­nego w tej sy­tu­acji opóź­nie­nia roz­po­czę­cia stu­diów o cały rok cho­roba zo­sta­wiła ślad na całe ży­cie w po­staci za­pa­le­nia okręż­nicy (prze­ja­wia­ją­cego się obrzę­kiem lub sta­nem za­pal­nym okręż­nicy). To zaś spra­wiło, że spo­ży­wa­nie pi­kant­nych po­traw (które uwiel­biał) stało się pro­ble­ma­tyczne, i przy­czy­niło się nie­wąt­pli­wie do spo­ra­dycz­nych ata­ków zrzę­dli­wo­ści i nad­mier­nej draż­li­wo­ści.

Okres po­wol­nej re­kon­wa­le­scen­cji był dla Ro­berta trudny za­równo pod wzglę­dem psy­chicz­nym, jak i fi­zycz­nym. Młody męż­czy­zna po­padł w me­lan­cho­lię i za­my­kał się w swoim po­koju, od­ma­wia­jąc wyj­ścia z niego na­wet w ob­li­czu go­rą­cych próśb za­tro­ska­nych ro­dzi­ców. Jed­nak cho­roba w końcu mi­nęła i do­wio­dła lu­do­wej prawdy, że nie ma tego złego, co by na do­bre nie wy­szło. Pró­bu­jąc (sku­tecz­nie) wy­do­być syna z de­pre­sji, Ju­lius i Ella po­pro­sili Her­berta Smi­tha, aby za­brał Ro­berta w po­dróż po po­łu­dnio­wym za­cho­dzie Ame­ryki, pro­po­nu­jąc oczy­wi­ście, że po­kryją koszty ta­kiej wy­prawy i wy­płacą za­wie­szoną na ten czas pen­sję na­uczy­ciel­ską Smi­tha. Taka nie­stan­dar­dowa i wy­cho­dząca poza mury szkoły tro­ska Smi­tha o uczniów nie była ni­czym nie­zwy­kłym. Na­uczy­ciel był znany z tego, że za­pra­szał obie­cu­ją­cych mło­dych lu­dzi na róż­nego ro­dzaju spo­tka­nia i wy­cieczki, hoj­nie po­świę­ca­jąc swój czas i ener­gię na ich wszech­stronny roz­wój. Smith przy­stał na pro­po­zy­cję Op­pen­he­ime­rów, a sam Ro­bert rów­nież oka­zał się en­tu­zja­stycz­nie na­sta­wiony do per­spek­tywy ta­kiej po­dróży.

Ce­lem wy­prawy był Nowy Mek­syk, a istotną oko­licz­no­ścią – moż­li­wość od­wie­dze­nia Fer­gus­sona i po­zna­nia jego ro­dziny. Ogól­nie rzecz bio­rąc, po­dróż miała trans­for­ma­cyjny wpływ na Op­pen­he­imera, zmie­nia­jąc jego wi­zję kraju i po­ten­cjal­nego wła­snego miej­sca w nim. Co rów­nież ważne, po­zwo­liła Smi­thowi na bliż­szą ob­ser­wa­cję Op­pen­he­imera, sto­ją­cego już u progu do­ro­sło­ści. Na­uczy­ciel po­now­nie zwró­cił uwagę na nad­wraż­li­wość Ro­berta w kwe­stii jego ży­dow­skiego po­cho­dze­nia. Jesz­cze pod­czas pla­no­wa­nia po­dróży Op­pen­he­imer za­su­ge­ro­wał na przy­kład, by on i Smith uda­wali braci. Ro­bert miał przed­sta­wiać się jako Smith, zwłasz­cza gdy będą po­zna­wać ko­goś lub mel­do­wać się w ho­te­lach. Smith jed­nak od­mó­wił. Op­pen­he­imer oka­zał się rów­nież wraż­liwy na to, co po­strze­gał jako ży­dow­skie sko­ja­rze­nia. Smith za­pa­mię­tał szcze­gól­nie je­den in­cy­dent:

Pa­mię­tam, że zbie­ra­li­śmy się do wy­jazdu, a ja ni­gdy nie by­łem w sta­nie zło­żyć płasz­cza tak, żeby po wy­ję­ciu wy­glą­dał jak płaszcz. On tę umie­jęt­ność miał opa­no­waną do per­fek­cji. Śpie­szy­li­śmy się, więc spy­ta­łem: „Czy mógł­byś po­móc mi zło­żyć ten płaszcz tak, żeby ja­koś wy­glą­dał?”. Spoj­rzał na mnie ostro i po­wie­dział: „O, tak – syn krawca na pewno musi wie­dzieć, jak to zro­bić, prawda?”[13].

W tam­tym okre­sie hi­sto­rii Ży­dzi (a zwłasz­cza nie­mieccy Ży­dzi) byli czę­sto utoż­sa­miani z ame­ry­kań­skim prze­my­słem kra­wiec­kim; związki za­wo­dowe ta­kie jak In­ter­na­tio­nal La­dies’ Gar­ment Wor­kers’ Union i Amal­ga­ma­ted Clo­thing Wor­kers of Ame­rica (ACW) miały silną re­pre­zen­ta­cję Ży­dów wśród swo­ich przy­wód­ców. Tak więc Op­pen­he­imer praw­do­po­dob­nie wi­dział me­to­ni­miczny zwią­zek mię­dzy kra­wiec­twem a swoim ży­dow­skim po­cho­dze­niem. Ewi­dentne było, że Op­pen­he­imer wy­ka­zuje nie­zmierną wraż­li­wość na sko­ja­rze­nia swo­jej osoby ze świa­tem rze­mio­sła i han­dlu.

Po­mi­ja­jąc jed­nak ta­kie mo­menty, po­dróż Op­pen­he­imera do No­wego Mek­syku była nie­zwy­kle udana i przy­nio­sła znacz­nie wię­cej mi­łych mo­men­tów niż tarć. Wi­zyta w domu Fran­cisa była ni­czym ob­ja­wie­nie. Op­pen­he­imer po­znał ro­dzinę prze­po­joną wy­raź­nie ame­ry­kań­ską formą dumy, pew­no­ści sie­bie i pew­no­ści miej­sca – a on wła­śnie tego wszyst­kiego pra­gnął. Fer­gus­so­no­wie byli ludźmi wy­kształ­co­nymi, to­wa­rzy­skimi i otwar­tymi na dys­ku­sję, a przy tym dziel­nymi i al­tru­istycz­nymi, ich dom sta­no­wił na­to­miast enig­ma­tyczne po­łą­cze­nie wpły­wów hisz­pań­skich i ame­ry­kań­skich, swo­bod­nego bo­gac­twa i pro­stej tra­dy­cji. At­mos­fera była ożyw­cza i mło­dzień­cza, a Op­pen­he­imer po­zna­wał nowe osoby. Jedną z nich był Paul Hor­gan, przy­ja­ciel Fran­cisa; po­cho­dził z Buf­falo w sta­nie Nowy Jork, ale jego ro­dzina prze­nio­sła się do Al­bu­qu­erque. Hor­gan, po­dob­nie jak wielu przy­ja­ciół Op­pen­he­imera, był czło­wie­kiem „ska­za­nym na wiel­kość”. Zo­stał zna­nym pi­sa­rzem i hi­sto­ry­kiem, opu­bli­ko­wał po­nad 40 ksią­żek, otrzy­mał 19 ty­tu­łów ho­no­ro­wych i zdo­był Na­grodę Pu­lit­zera. Ale w 1922 roku był stu­den­tem woj­sko­wej szkoły New Me­xico Mi­li­tary In­sti­tute.

Po­mimo roz­bież­nych za­in­te­re­so­wań aka­de­mic­kich Op­pen­he­imera, Fer­gus­sona i Hor­gana łą­czył wy­ra­fi­no­wany in­te­lekt i wszech­stronne za­in­te­re­so­wa­nia. Op­pen­he­imer miał od­ci­snąć swoje piętno na na­uce, ale jego pa­sje były sze­ro­kie, więc trzej mło­dzi męż­czyźni mieli na­prawdę sporo moż­li­wo­ści wy­miany idei. Wspól­nie spę­dzone lato 1922 roku sce­men­to­wało ich przy­jaźń. Hor­gan mó­wił o nich póź­niej jako o „wiel­kiej tro­ice” lub „trium­wi­ra­cie pig­me­jów”.

Bio­rąc pod uwagę póź­niej­sze wy­da­rze­nia w ży­ciu Op­pen­he­imera, in­te­re­su­jące jest to, że Hor­gan na­zwał tę grupę, uży­wa­jąc ro­syj­skiego słowa tro­ika, naj­czę­ściej sto­so­wa­nego w od­nie­sie­niu do so­ju­szu trzech przy­wód­ców bol­sze­wic­kich. W maju 1922 roku Wło­dzi­mierz Le­nin, przy­wódca par­tii bol­sze­wic­kiej w po­chło­nię­tej re­wo­lu­cyjną po­żogą Ro­sji, do­znał udaru mó­zgu. Aby utrzy­mać przy­wódz­two, utwo­rzono tym­cza­sową „tro­ikę”, w skład któ­rej we­szli Lew Ka­mie­niew, Gri­go­rij Zi­now­jew i nie kto inny jak Jó­zef Sta­lin. W cza­sie, gdy trójka mło­dych Ame­ry­ka­nów gro­ma­dziła swe let­nie wspo­mnie­nia w No­wym Mek­syku, Zwią­zek Ra­dziecki nie zo­stał na­wet jesz­cze for­mal­nie utwo­rzony (miało to na­stą­pić 30 grud­nia 1922 roku), ale bol­sze­wicy wy­raź­nie już umoc­nili kon­trolę nad kra­jem. Jako do­brze wy­kształ­ceni mło­dzi lu­dzie Op­pen­he­imer i jego przy­ja­ciele praw­do­po­dob­nie zda­wali so­bie z tego sprawę – na pewno zaś wie­dzieli o ko­mu­ni­stycz­nych ide­ach, które już od XIX wieku znaj­do­wały ży­zną glebę w znacz­nej czę­ści ame­ry­kań­skiego han­dlu i kul­tury. Ko­mu­ni­styczna Par­tia Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ame­ryki (CPUSA – Com­mu­nist Party of the Uni­ted Sta­tes of Ame­rica) po­wstała w 1919 roku, a w 1922 roku li­czyła nieco po­nad 12 ty­sięcy człon­ków w ca­łym kraju. Ab­so­lut­nie nie szu­kam tu zgrab­nej opo­wie­ści, która w ja­ki­kol­wiek spo­sób rzu­ca­łaby świa­tło na póź­niej­sze pro­blemy Op­pen­he­imera wy­ni­ka­jące z jego rze­czy­wi­stych i fik­cyj­nych związ­ków z ko­mu­ni­zmem. Jed­nak uży­cie przez Hor­gana słowa tro­ika może su­ge­ro­wać, że chłopcy po­strze­gali ten ruch spo­łeczno-po­li­tyczny i fi­lo­zo­fię przez pry­zmat pew­nego ro­man­ty­zmu, jak to czy­niło wielu na pół­kuli za­chod­niej we wcze­snych de­ka­dach Związku Ra­dziec­kiego.

Wszel­kie prze­bu­dze­nia ide­olo­giczne praw­do­po­dob­nie ble­dły jed­nak na tle ro­sną­cego za­in­te­re­so­wa­nia Op­pen­he­imera płcią prze­ciwną. W trak­cie po­dróży Ro­bert za­trzy­mał się na ran­czu Los Pi­nos, po­ło­żo­nym w do­li­nie Up­per Pe­cos w gó­rach San­gre de Cri­sto, w po­bliżu wio­ski Cow­les. Ran­czo pro­wa­dziła dwójka przy­ja­ciół Fer­gus­so­nów – mał­żeń­stwo Win­th­rop i Ka­the­rine Cha­ves Page. Dzie­liła ich spora róż­nica wieku. Win­th­rop był po pięć­dzie­siątce, Ka­the­rine na­to­miast miała za­le­d­wie 28 lat i była atrak­cyjną ko­bietą za­równo pod wzglę­dem wy­glądu, jak i cha­rak­teru. Po­cho­dziła z hisz­pań­skiej ary­sto­kra­cji, a hi­sto­ria jej ro­dziny była praw­dziwą epo­peją łą­czącą ele­menty wojny, eks­plo­ra­cji, od­wagi, po­li­tyki i przy­wódz­twa – i roz­gry­wa­jącą się na tle zmien­nych lo­sów na­rodu. Sama Ka­the­rine była opa­no­wana i twarda; do­sko­nale iden­ty­fi­ko­wała się za­równo ze swoją hi­sto­rią, jak i z ży­ciem na py­li­stym pust­ko­wiu No­wego Mek­syku.

Nic dziw­nego, że ko­bieta za­uro­czyła mło­dego Op­pen­he­imera. O żad­nym związku, co zro­zu­miałe, nie mo­gło być mowy, ale mło­dzie­niec za­czął przy­no­sić jej kwiaty z nieco ob­se­syjną re­gu­lar­no­ścią. Praw­do­po­dob­nie na­wet naj­wy­żej po­ło­żone je­zioro w No­wym Mek­syku, Lake Ka­the­rine (3580 m n.p.m.), nie­da­leko szczytu Sante Fe Baldy, zo­stało na­zwane na cześć tej Ka­the­rine, a nie, jak cza­sami su­ge­ro­wano, na cześć jego żony. Cho­ciaż ro­man­tyczne za­biegi nie zo­stały oczy­wi­ście od­wza­jem­nione, nie wy­daje się, by Ka­the­rine szcze­gól­nie od­rzu­cała szczere po­rywy serca do­ro­słego już Op­pen­he­imera.

Zwią­zek mię­dzy Ka­the­rine i Ro­ber­tem mógł być jed­no­stronną i nie­speł­nioną tę­sk­notą, ale miał ważny prak­tyczny sku­tek dla Op­pen­he­imera – w Los Pi­nos na­uczył się jeź­dzić konno. Po­dob­nie jak w przy­padku że­glar­stwa, na­był tę umie­jęt­ność z in­stynk­towną in­te­li­gen­cją i szybko za­czął wy­ka­zy­wać praw­dziwe zdol­no­ści. Tak więc Op­pen­he­imer i jego grupa przy­ja­ciół czę­sto eks­plo­ro­wali pust­ko­wia No­wego Mek­syku na ko­niach, co mo­gło tylko do­dać ro­man­ty­zmu Sta­remu Światu.

Trudno prze­ce­nić psy­cho­lo­giczny wpływ, jaki Nowy Mek­syk wy­warł na Op­pen­he­imera. Po­ro­śnięte krza­kami góry, prze­tarte ko­py­tami szlaki, sma­gane wia­trem pła­sko­wyże, dzika i okrutna przy­roda – wszystko to mó­wiło o przy­gra­nicz­nej wol­no­ści, szla­chet­no­ści i twar­dym cha­rak­te­rze, wol­nym od bła­hych trosk mia­sta. Miej­sce to za­chę­cało Ro­berta do my­śle­nia tak sze­ro­kiego jak ho­ry­zont, który wi­dział przed sobą. Stał się praw­dzi­wym mi­ło­śni­kiem spę­dza­nia czasu na świe­żym po­wie­trzu – i to w róż­nych for­mach: wę­dró­wek, że­glar­stwa czy jazdy kon­nej. Przy­ja­ciele za­uwa­żyli zmianę w jego cha­rak­te­rze. Jane Di­di­sheim stwier­dziła, że Ro­bert stał się „mniej nie­śmiały”, a jego pew­ność sie­bie wzro­sła dzięki po­czu­ciu przy­na­leż­no­ści do grupy przy­ja­ciół, z któ­rymi dzie­lił do­świad­cze­nia. Her­bert Smith także to wi­dział: „Po raz pierw­szy w swoim ży­ciu Ro­bert czuł się ko­chany, po­dzi­wiany i po­trzebny”[14].

Od­tąd Nowy Mek­syk przy­cią­gał Op­pen­he­imera ni­czym ma­gnes. Za­le­d­wie kilka lat póź­niej po­wie­dział: „Moje dwie wiel­kie mi­ło­ści to fi­zyka i Nowy Mek­syk. Szkoda, że nie można ich po­łą­czyć”[15]. Wów­czas nie wie­dział, jak bar­dzo w tym dru­gim stwier­dze­niu się my­lił.

[1] Cyt. za: A. Kim­ball Smith i C. We­iner (red.), Ro­bert Op­pen­he­imer: Let­ters and Re­col­lec­tions, Stan­ford Uni­ver­sity Press, Stan­ford (CA) 1980, s. 2.

[2] Tamże, s. 5.

[3] Wy­wiad prze­pro­wa­dzony z J. Ro­ber­tem Op­pen­he­ime­rem przez Tho­masa S. Kuhna, 18 li­sto­pada 1963 roku.

[4] Tamże.

[5] Cyt. za: D. Royal, The Story of J. Ro­bert Op­pen­he­imer, St Mar­tin’s Press, New York 1969, s. 23.

[6]The Eter­nal Ap­pren­tice, „Time”, 4 li­sto­pada 1948 roku, s. 70.

[7] Tamże, s. 71.

[8] Cyt. za: D. Royal, dz. cyt., s. 16.

[9] R. Monk, In­side the Cen­tre: The Life of J. Ro­bert Op­pen­he­imer, Vin­tage, Lon­don 2013, s. 40.

[10] Cyt. za: A. Smith i C. We­iner, dz. cyt., s. 6.

[11] Tamże, s. 7.

[12] H. Smith, In­te­rview of Her­bert Smith by Char­les We­iner on 1974 Au­gust 1, Niels Bohr Li­brary & Ar­chi­ves, Ame­ri­can In­sti­tute of Phy­sics, Col­lege Park, MD USA, https://doi.org/10.1063/nbla.isam.upcd (do­stęp: 05.09.2025).

[13] Tamże.

[14] Tamże.

[15] Cyt. za: D. Royal, dz. cyt., s. 49.

Roz­dział 2

BATALIA O MYŚLENIE – OD HARVARDU PO GETYNGĘ

Rozdział 3

ZWROT W LEWO

ROZDZIAŁ 4

LOS ALAMOS I BOMBA ATOMOWA

ROZ­DZIAŁ 5

KONSEKWENCJE

Roz­dział 6

REINKARNACJA

BIBLIOGRAFIA

Ato­mic Energy Com­mis­sion, The GAC re­port of Octo­ber 30, 1949, Uni­ted Sta­tes Ato­mic Energy Com­mis­sion Wa­shing­ton, DC 20545 Hi­sto­ri­cal Do­cu­ment Num­ber 349, https://www.ato­mi­car­chive.com/re­so­ur­ces/do­cu­ments/hy­dro­gen/gac-re­port.html (do­stęp: 05.09.2025).

Je­remy Bern­stein, Op­pen­he­imer: Por­trait of an Enigma, Ivan R. Dee, Chi­cago 2004.

Hans Be­the, J. Ro­bert Op­pen­he­imer, w: Bio­gra­phi­cal Me­mo­irs: Vo­lume 71, Na­tio­nal Aca­demy Press, Wa­shing­ton DC 1971, s. 175–220.

Kai Bird i Mar­tin J. Sher­win, Ame­ri­can Pro­me­theus: The Triumph and the Tra­gedy of J. Ro­bert Op­pen­he­imer, Atlan­tic Bo­oks, Lon­don 2023; wyd. pol­skie: Op­pen­he­imer. Triumf i tra­ge­dia ojca bomby ato­mo­wej, tłum. J. Błasz­czyk, Re­plika, Po­znań 2022.

Pa­trick M.S. Blac­kett, Award ce­re­mony spe­ech, 13 grud­nia 1948 roku, https://www.no­bel­prize.org/pri­zes/phy­sics/1948/ce­re­mony-spe­ech/ (do­stęp: 05.09.2025).

CBS News, From the ar­chi­ves: Ro­bert Op­pen­he­imer in 1965 on if the bomb was ne­ces­sary, 19 lipca 2023 roku, https://www.youtube.com/watch?v=Ad­tLxlt­trHg (do­stęp: 05.09.2025).

Com­mit­tee on Ato­mic Energy, Re­port on the In­ter­na­tio­nal Con­trol of Ato­mic Energy, Com­mit­tee on Ato­mic Energy, Wa­shing­ton DC 1946.

Al­bert Ein­stein, List do pre­zy­denta Fran­klina De­lano Ro­ose­velta, 2 sierp­nia 1939 roku. Zar­chi­wi­zo­wano na pod­sta­wie ory­gi­nału 17 kwiet­nia 2012 roku. Po­brano 9 paź­dzier­nika 2013 roku, https://en.wi­ki­pe­dia.org/wiki/Ein­stein%E2%80%93Szi­lar­d_let­ter#/me­dia/File:Ein­stein-Ro­ose­velt-let­ter.png (do­stęp: 05.09.2025).

Wal­ter M. El­sas­ser, Me­mo­irs of a Phy­si­cist in the Ato­mic Age, Adam Hil­ger Ltd./Science Hi­story Pu­bli­ca­tions, Lon­don 1978.

Pe­ter J. Go­od­child, J. Ro­bert Op­pen­he­imer: ‘Shat­te­rer of Worlds’, BBC Bo­oks, Lon­don 1980.

Nancy Thorn­dike Gre­en­span, The End of the Cer­tain World, Wi­ley, Lon­don 2005, s. 146.

Le­slie R. Gro­ves, Me­mo­ran­dum for the Se­cre­tary of War: The Test, War De­part­ment, Wa­shing­ton DC, 18 lipca 1945 roku.

Le­slie R. Gro­ves, Now It Can Be Told: The Story of the Man­hat­tan Pro­ject, Har­per & Row, New York and Evan­ston 1962.

Ha­rvey Hall, i J. Ro­bert Op­pen­he­imer, Re­la­ti­vi­stic The­ory of the Pho­to­elec­tric Ef­fect, „Phy­si­cal Re­view”, 38, 57, 7 maja 1931 roku.

Gregg Her­ken, Bro­ther­hood of the Bomb: The Tan­gled Li­ves and Loy­al­ties of Ro­bert Op­pen­he­imer, Er­nest Law­rence, Edward Tel­ler, Henry Holt & Co., New York 2002.

Pe­ter Hore (red.), Pa­trick Blac­kett: Sa­ilor, Scien­tist, So­cia­list, Ro­utledge, Lon­don 1999.

Lyn­don B. John­son, Wrę­cze­nie Na­grody En­rica Fer­miego, 2 grud­nia 1963 roku.

Jo­int Task Force One, Mi­nu­tes of the me­eting of the Pre­si­dent’s Eva­lu­ation Com­mis­sion for the ato­mic bomb te­sts and the staff of Com­man­der Jo­int Task Force One, Wa­shing­ton DC, 30 marca 1946 roku.

Ro­bert Jungk, Bri­gh­ter than a Tho­usand Suns: A Per­so­nal Hi­story of the Ato­mic Scien­ti­sts, Ma­ri­ner, Bo­ston (MA) 1970, https://ia­801309.us.ar­chive.org/0/items/Bri­gh­ter­Tha­nA­Tho­usand­Suns-Per­so­nal­Hi­sto­ry­OfA­to­mic­Scien­ti­sts/bri­ght­sun.pdf (do­stęp: 05.09.2025).

Tho­mas S. Kuhn, Wy­wiad z J. Ro­ber­tem Op­pen­he­ime­rem, 18 li­sto­pada 1963 roku.

Pe­ter Mi­chel­more, The Swift Years: The Ro­bert Op­pen­he­imer Story, Dodd, Mead, & Co., New York 1969.

Ray Monk, In­side the Cen­tre: The Life of J. Ro­bert Op­pen­he­imer, Vin­tage, Lon­don 2013.

Gia Mus­sel­white, After “Op­pen­he­imer,” a look back at Prin­ce­ton’s com­pli­ca­ted role in nuc­lear hi­story, „The Da­ily Prin­ce­to­nian”, 26 lipca 2023 roku, https://www.da­ily­prin­ce­to­nian.com/ar­ticle/2023/07/op­pen­he­imer-nuc­lear-hi­story-prin­ce­ton-re­tro­spec­tive (do­stęp: 05.09.2025).

Ken­neth D. Ni­chols, Let­ter Outli­ning Char­ges Aga­inst Ro­bert Op­pen­he­imer (De­cem­ber 23, 1953), https://fa­mous-trials.com/op­pen­he­imer/2691-char­ges-aga­inst-op­pen­he­imer-dec-23-1953 (do­stęp: 05.09.2025).

Ken­neth D. Ni­chols, The Road to Tri­nity, Wil­liam Mor­row and Com­pany, New York 1987.

Of­fice of the Hi­sto­rian, The Ache­son–Li­lien­thal & Ba­ruch Plans, 1946, De­part­ment of State, Wa­shing­ton DC, https://hi­story.state.gov/mi­le­sto­nes/1945-1952/ba­ruch-plans (do­stęp: 05.09.2025).

J. Ro­bert Op­pen­he­imer, Cros­sing, „Ho­und & Horn”, czer­wiec 1928 roku.

J. Ro­bert Op­pen­he­imer, On the Qu­an­tum The­ory of the Pro­blem of the Two Bo­dies, „Ma­the­ma­ti­cal Pro­ce­edings of the Cam­bridge Phi­lo­so­phi­cal So­ciety”, 23, 4, paź­dzier­nik 1926 roku, s. 422–431.

J. Ro­bert Op­pen­he­imer do Franka Op­pen­he­imera, 14 paź­dzier­nika 1929 roku.

J. Ro­bert Op­pen­he­imer i H. Sny­der, On Con­ti­nued Gra­vi­ta­tio­nal Con­trac­tion, „Phy­si­cal Re­view”, 56, 455, 1 wrze­śnia 1939 roku.

J. Ro­bert Op­pen­he­imer, Outline of Pre­sent Know­ledge, 15–24 kwiet­nia 1943 roku.

J. Ro­bert Op­pen­he­imer do se­kre­ta­rza wojny Sta­nów Zjed­no­czo­nych Henry’ego Stim­sona, 17 sierp­nia 1945 roku.

J. Ro­bert Op­pen­he­imer, Prze­mó­wie­nie do Sto­wa­rzy­sze­nia Na­ukow­ców Los Ala­mos, Los Ala­mos (NM), 2 li­sto­pada 1945 roku.

J. Ro­bert Op­pen­he­imer, Prze­mó­wie­nie z oka­zji przy­ję­cia na­grody Excel­lence, przy­zna­nej przez Ar­mię i Ma­ry­narkę Wo­jenną, 16 li­sto­pada 1945 roku.

J. Ro­bert Op­pen­he­imer do pre­zy­denta Harry’ego S. Tru­mana, 3 maja 1946 roku.

J. Ro­bert Op­pen­he­imer, Science and the Com­mon Un­der­stan­ding – Lec­ture 6: The Scien­ces and Man’s Com­mu­nity, “Re­ith Lec­tu­res”, au­dy­cja ra­diowa BBC, 20 grud­nia 1953 roku.

J. Ro­bert Op­pen­he­imer, I am be­come De­ath, the de­stroyer of worlds (1965), YouTube (2012), https://www.youtube.com/watch?v=lb13y­nu­3Iac&t=10s (do­stęp: 05.09.2025).

Abra­ham Pais i Ro­bert P. Cre­ase, J. Ro­bert Op­pen­he­imer: A Life, Oxford Uni­ver­sity Press, Oxford 2006.

Ri­chard Rho­des, The Ma­king of the Ato­mic Bomb, Si­mon & Schu­s­ter, New York 1986.

De­nise Royal, The Story of J. Ro­bert Op­pen­he­imer, St Mar­tin’s Press, New York: 1969.

Ro­bert Ser­ber, i E. U. Con­don, The Los Ala­mos Pri­mer, Los Ala­mos: Man­hat­tan Pro­ject, 1943.

Ro­bert Ser­ber, Pe­ace and War: Re­mi­ni­scen­ces of a Life on the Fron­tiers of Science, Co­lum­bia Uni­ver­sity Press, New York 1998.

Alice Kim­ball Smith i Char­les We­iner, Ro­bert Op­pen­he­imer: Let­ters and Re­col­lec­tions, Stan­ford Uni­ver­sity Press, Stan­ford 1980.

Her­bert Smith, In­te­rview of Her­bert Smith by Char­les We­iner on 1974 Au­gust 1, Niels Bohr Li­brary & Ar­chi­ves, Ame­ri­can In­sti­tute of Phy­sics, Col­lege Park, MD USA, https://doi.org/10.1063/nbla.isam.upcd (do­stęp: 05.09.2025).

Phi­lip M. Stern, The Op­pen­he­imer Case: Se­cu­rity on Trial, Ru­pert Hart-Da­vis, Lon­don 1971, s. 130.

The Eter­nal Ap­pren­tice, „Time”, 4 li­sto­pada 1948 roku, s. 70–81.

Uni­ted Sta­tes Ato­mic Energy Com­mis­sion (AEC), In the Mat­ter of J. Ro­bert Op­pen­he­imer: Trans­cript of He­aring be­fore Per­son­nel Se­cu­rity Bo­ard, US Go­vern­ment Prin­ting Of­fice, Wa­shing­ton DC 1954, https://www.osti.gov/open­net/he­aring (do­stęp: 05.09.2025).

US De­part­ment of Energy, Of­fice of Scien­ti­fic and Tech­ni­cal In­for­ma­tion, trans­krypty prze­słu­chań J. Ro­berta Op­pen­he­imera, https://www.osti.gov/open­net/he­aring (do­stęp: 05.09.2025).

War De­part­ment In­te­rim Com­mit­tee, No­tatki, 31 maja 1945 roku.

War De­part­ment In­te­rim Com­mit­tee, Re­com­men­da­tions on the Im­me­diate Use of Nuc­lear We­apons, No­tatki, 16 czerwca 1945 roku.

Vic­tor F. We­is­skopf, The Los Ala­mos Years, „Phy­sics To­day”, 20, 10, paź­dzier­nik 1967 roku, s. 39–42.

Vic­tor F. We­is­skopf, Phy­sics in the Twen­tieth Cen­tury: Se­lec­ted Es­says, The MIT Press, Cam­bridge and Lon­don 1972.

J. ROBERT OPPENHEIMER

CHRIS MCNAB

TŁUMACZENIE: Marcin Kowalczyk

ORIGINAL ENGLISH TITLE: J. Robert Oppenheimer. The man behind the atom bomb

Copyright © Arcturus Holdings Limited

COPYRIGHT © FOR THE POLISH EDITION: Wydawnictwo RM, 2025 All rights reserved.

Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25 [email protected] WWW.RM.COM.PL

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy.

Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli.

Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań , aby zapewnić najwyższą jakość tej książce, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.

ISBN 978-83-8400-095-3 ISBN 978-83-7147-210-7 (Epub)

REDAKTORKA PROWADZĄCA: Magdalena Przybylska REDAKCJA: Iwona Kresak KOREKTA: Julia Diduch-Stachura PROJEKT OKŁADKI WEDŁUG ORYGINAŁU: Maciej Jędrzejec ZDJĘCIA NA OKŁADCE: Getty lmages EDYTOR WERSJI ELEKTRONICZNEJ: Edyta Gadaj OPRACOWANIE WERSJI ELEKTRONICZNEJ: Marcin Fabijański WERYFIKACJA WERSJI ELEKTRONICZNEJ: Justyna Mrowiec