Introwertyczna - Małgorzata Korbiel - ebook

Introwertyczna ebook

Małgorzata Korbiel

0,0
39,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Czasem wystarczy inny punkt widzenia, by zmienić czyjeś życie.

Wakacje w nadmorskim ośrodku z rodzicami i bez zasięgu to nie jest marzenie nastolatki, nawet tak introwertycznej jak Stella. Odcięta od świata na dwa tygodnie, za towarzystwo ma swoje natrętne myśli, szum morza i… sąsiadów. Do domku obok bowiem wprowadziła się rodzina – ojciec i dwójka synów w po­dobnym do niej wieku, a w luksusowym hotelu za płotem do­strzegła grupę nastolatków wyglądających na tych popularnych.

Nudne i spokojne wakacje nagle okazują się pełne sprzecznych emocji i wyborów. W dziewczynie walczy chęć dopasowania się do „fajnej” paczki z pragnieniem, by pozostać sobą i nie przejmować się opinią innych. Na co zdecyduje się Stella i kto będzie miał na nią naj­większy wpływ?

***

Stella ma piętnaście lat, jest introwertyczką i nie ma ani idealnych włosów, ani idealnego ciała, ani fajnej paczki. Na dodatek, zamiast do luksusowego Silver Pearl, rodzice zabierają ją na wakacje do Wesołego Delfinka — ośrodka, w którym nie ma zasięgu.

Dziewczyna ma jednak coś ważniejszego: uważność. Jest świetną obserwatorką gotową do krytycznej oceny rzeczywistości. Patrzy na internetowy kult fajności, presję rówieśniczą i własne kompleksy z ironią.

Introwertyczna to książka dla młodych i dorosłych czytelników. Zabawna, a przy okazji pełna edukacyjnych tropów: od astronomii i mitologii po samoakceptację i budowanie relacji. Bez nachalnych morałów czy modnych haseł. Pokazuje, że bycie nieidealnym jest okej.

Aneta Korycińska, @babaodpolskiego

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 304

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Podobne


Mo­jemu ulu­bio­nemu i jed­no­cze­śnie je­dy­nemu Mę­żowi.

– G.

Prawa au­tor­skie © Mał­go­rzata Kor­biel, 2026

Wszyst­kie prawa za­strze­żone. Żadna część ni­niej­szej pu­bli­ka­cji nie może być ko­pio­wana i wy­ko­rzy­sty­wana w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez zgody wy­dawcy i/lub wła­ści­ciela praw au­tor­skich.

Wy­ko­rzy­stane w książce frag­menty tek­stów pio­se­nek po­cho­dzą z re­per­tu­aru ze­spo­łów The Be­atles i R.E.M.

Re­dak­tor pro­wa­dząca

Ewe­lina Bojsz­czak

Re­dak­cja

Jo­lanta Sza­lak

Ko­rekta

Jo­anna Misz­tal

Opieka pro­mo­cyjna

An­ge­lina Gą­kow­ska

Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych

Ewa Po­pław­ska

Pro­jekt ty­po­gra­ficzny i ła­ma­nie

Ju­styna No­wa­czyk

Wy­da­nie I

ISBN 978-83-8203-519-3

Wy­daw­nic­two Nowa Baśń

ul. Święty Mar­cin 77/8a, 61-808 Po­znań

te­le­fon: 881 000 125

www.no­wa­basn.com

Roz­dział 1

Dłu­gie, gę­ste, mięk­kie i ide­al­nie pro­ste kasz­ta­nowe włosy, trze­po­czące rzęsy – dłu­gie jak u wiel­błąda – po­wa­la­jący błę­kit oczu. Nogi? Dłu­gie aż po szyję, która oczy­wi­ście też jest długa, ła­bę­dzia wręcz. W ogóle wszystko dłu­gie, a ta­lia wcięta. Oczy błę­kitne, la­zu­rowe, można się w nich za­to­pić. Nie­ziem­skie spoj­rze­nie, ma­gne­ty­zu­jące i prze­ni­ka­jące czło­wieka na wskroś. Uśmiech sze­roki, z do­łecz­kami w po­licz­kach. Zęby białe, lśniące i równe. Cera ide­al­nie gładka, pro­mie­nie­jąca, ko­ści po­licz­kowe sub­tel­nie za­ry­so­wane. Uszy drobne, przy­le­ga­jące do głowy. Głos per­li­sty, czy­sty, lekko uwo­dzi­ciel­ski. Za­pach tru­skaw­kowo-wa­ni­lio­wej ta­jem­nicy. Su­kienka zwiewna, fa­lu­jąca na wie­trze. Na nad­garstku de­li­katna bran­so­letka, palce smu­kłe, pa­znok­cie z nie­na­gan­nym ma­ni­cure’em. Drobna bu­dowa, fi­li­gra­nowa. Ciało wiot­kie i gięt­kie jak trzcina. Głowa unie­siona dum­nie, a nos mały i nieco za­darty.

No… to wła­śnie nie ja. Kom­plet­nie. Ja je­stem ab­so­lut­nie i to­tal­nie prze­ciętna w każ­dym aspek­cie. Nie ist­nieją żadne piękne przy­miot­niki mo­gące opi­sać któ­rąś z czę­ści mo­jego ciała. Zwy­czajne, bure, ba­nalne, byle ja­kie, ni­ja­kie. Ta­kie są moje włosy, spoj­rze­nie i fi­gura. Nie mam ani jed­nej ce­chy, któ­rej mogłabym się chwy­cić jak koła ra­tun­ko­wego, po­wie­dzieć: „Może i moje nogi nie są dłu­gie, ale za to mam piękne ra­miona”. Albo: „Nie grze­szę pięk­no­ścią, ale mój uśmiech znie­wala”. Na ra­zie go­dzę się z tym sta­nem rze­czy już pięt­na­ście lat. Może się to wy­da­wać kwe­stią nie­istotną, ale skoro żyję w cza­sach kultu ciała, to wła­śnie mło­dość po­winna być moim atu­tem. Jak się ze­sta­rzeję – trudno, nic na to nie po­ra­dzę, siła wyż­sza. Ale te­raz? Te­raz po­win­nam try­skać po­zy­tywną ener­gią, wi­tal­no­ścią i pięk­nem. A ja wła­śnie nie try­skam, bo źró­dełko jest su­che.

Tak, wiem, po­win­nam za­ak­cep­to­wać sie­bie taką, jaka je­stem. Tylko jak? Nie można po­wie­dzieć, że je­stem nie­zad­bana. Pro­stuję włosy, żeby wy­glą­dać jak czło­wiek, uży­wam tu­szu do rzęs, ma­luję pa­znok­cie, wsma­ro­wuję owo­cowe pe­elingi i ma­sełka w ciało. Tylko nic nie jest w sta­nie za­tu­szo­wać tej po­spo­li­to­ści. Nie je­stem ani gruba, ani chuda. Wszyst­kie szorty od­stają mi z tyłu w pa­sie, jak­bym nie pa­so­wała do mo­delu na­sto­latki na tej trze­ciej pla­ne­cie od Słońca.

Kult ciała z jed­nej strony skła­nia nas do my­śle­nia, że tylko szczu­pła i umię­śniona syl­wetka jest piękna, a z dru­giej je­ste­śmy bom­bar­do­wani ha­słami, że każdy z nas jest piękny, bo jest wy­jąt­kowy. Otóż nie. Nie można być wy­jąt­ko­wym, je­śli nie ma się cech cha­rak­te­ry­stycz­nych. Za­wsze przy ta­kich slo­ga­nach po­ka­zy­wane są osoby z ja­kimś man­ka­men­tem urody, który prze­ku­wają na swoją ko­rzyść. Tę­czówki w dwóch ko­lo­rach, dziwne zna­mię, od­sta­jące uszy, arach­no­dak­ty­lia (tak, po­dobno można też mieć za dłu­gie palce!) – to są ce­chy przy­ku­wa­jące uwagę, wy­róż­nia­jące się. Można się ich chwy­cić i stwo­rzyć z nich swój oręż w świe­cie ide­al­nego piękna.

Czy uwa­żam, że brzy­dota może być piękna? Je­stem prze­ko­nana, że brzy­dota jest piękna, bo jest in­te­re­su­jąca. W sztuce czę­sto spo­ty­kamy dzieła, które nie­ko­niecz­nie są ładne, a jed­nak uważa się je za war­to­ściowe i atrak­cyjne ze względu na swoją ory­gi­nal­ność, wy­ra­zi­stość i emo­cjo­nalny ła­du­nek. Oczy­wi­ście to, co uzna­jemy za piękne lub brzyd­kie, za­leży od na­szych in­dy­wi­du­al­nych do­świad­czeń i per­spek­tyw, ale nie znam osoby, która by nie do­ce­niła róż­no­rod­no­ści i ory­gi­nal­no­ści w ota­cza­ją­cym nas świe­cie.

Czy mam ob­se­sję na punk­cie mo­jej prze­cięt­no­ści? Nie, ale uwa­żam to za skraj­nie nie­spra­wie­dliwe ze strony Wszech-świata, że ko­mórki mo­jego ciała uło­żyły się w taki, a nie bar­dziej in­try­gu­jący spo­sób.

A żeby nie było to zbyt ła­twe – bo nic w ży­ciu ła­twe nie jest, zwłasz­cza kiedy w wieku na­sto­let­nim wiele my­śli ko­ła­cze się po gło­wie – to można być jesz­cze pięk­nym we­wnętrz­nie. Osoby o przy­ja­znym i otwar­tym cha­rak­te­rze, które dbają o in­nych i wno­szą po­zy­tywną ener­gię do ży­cia, czę­sto są po­strze­gane jako piękne nie­za­leż­nie od swo­jego wy­glądu. Mam przy­ja­ciółkę, która jest uzna­wana za atrak­cyjną wła­śnie ze względu na swój in­dy­wi­du­alizm, ory­gi­nalne po­dej­ście do ży­cia i nie­sa­mo­witą otwar­tość wzglę­dem każ­dego, na­wet nowo po­zna­nego czło­wieka. I ten te­mat za­myka kwe­stię mo­jego po­ten­cjal­nego piękna w skrytce na sto kłó­dek. Bo je­stem nie­po­prawną in­tro­wer­tyczką.

To nie jest świat dla in­tro­wer­ty­ków. Współ­cze­sne czasy skła­niają do ak­tyw­no­ści i szu­ka­nia ze­wnętrz­nych bodź­ców, co dla mnie, na­czel­nego in­tro­wer­tyka, ozna­cza wy­zwa­nie (o ile nie walkę o prze­trwa­nie). Ży­cie do­okoła mnie składa się ze spo­tkań, wyjść, im­prez i kon­cer­tów. Z po­zna­wa­nia no­wych lu­dzi, sza­leństw, eks­pe­ry­men­tów i spon­ta­nicz­no­ści. „Raz się żyje” i te sprawy. Ta pre­sja by­cia bar­dziej to­wa­rzy­skim i eks­pan­syw­nym, aby pa­so­wać do do­mi­nu­ją­cej normy spo­łecz­nej, za­bija mnie od środka.

Współ­cze­sne spo­łe­czeń­stwo fa­wo­ry­zuje eks­tra­wer­tyczny styl ży­cia, który jest bar­dziej skon­cen­tro­wany na in­te­rak­cjach mię­dzy­ludz­kich i ak­tyw­no­ściach gru­po­wych, więc stoję na z góry prze­gra­nej po­zy­cji, bo świat na­ci­ska na mnie, abym się bar­dziej za­an­ga­żo­wała w ży­cie to­wa­rzy­skie. Teo­re­tycz­nie ma mi w tym po­móc in­ter­net. I na­prawdę sta­ram się to wy­ko­rzy­stać. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak czuję się przy­tło­czona pięk­nem, brzy­dotą i masą pstro­ka­to­ści po­ka­zy­wa­nej w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych. Wiem, że lu­dzie kreują się na osoby wiecz­nie za­do­wo­lone ze swo­jej co­dzien­no­ści. Ko­lo­ry­zo­wane zdję­cia praw­do­po­dob­nie kła­mią i my­dlą nam oczy, że można wieść ży­cie ide­alne, ale prze­cież zo­stały zro­bione, czyli sy­tu­acje na nich uwiecz­nione miały miej­sce.

Do­bija mnie to cią­głe bom­bar­do­wa­nie faj­no­ścią, ale trzeba być na fali. Je­den dzień bez in­ter­netu i za­le­gło­ści ro­sną w prze­ra­ża­ją­cym tem­pie. A wła­śnie! Wia­domo, kto od­nosi suk­ces? Ktoś prze­bo­jowy i otwarty. Więc dzię­kuję, ale po­stoję. Że­gnaj, ka­riero, to ja, szary czło­wiek w sza­rym świe­cie. Chcia­ła­bym kie­dyś na­pi­sać książkę, ale jak po­my­ślę o spo­tka­niach z czy­tel­ni­kami, ga­lach, tar­gach książki i wy­wia­dach na żywo, to od­pa­dam. Po co mi taka eks­po­zy­cja na stres?

Dla­czego od in­tro­wer­ty­ków wy­maga się wyj­ścia ze strefy kom­fortu i by­cia in­te­rak­tyw­nie eks­tra­wer­tycz­nymi, a nie mówi się eks­tra­wer­ty­kom, żeby przy­sto­po­wali, bo za­lali świat toną nie­po­trzeb­nych i ha­ła­śli­wych za­cho­wań? Dla­czego nie wy­ma­gamy od nich, żeby usie­dli na tyłku i za­sta­no­wili się nad sobą? Żeby prze­stali bez­myśl­nie pro­du­ko­wać bez­war­to­ściowe śmieci? Ale czasy są ta­kie, a nie inne. Co ja mogę z tym zro­bić? Albo pod­dam się temu nur­towi, albo mnie nie ma. A prze­cież mu­szę być… bo jak to jest nie być?

Gdzieś kie­dyś prze­czy­ta­łam, że trzeba żyć, a nie tylko ist­nieć. Czyli pro­blem in­tro­wer­ty­zmu ist­nieje od za­wsze. A skoro tak, to nie ma dla niego roz­wią­za­nia, bo ktoś by już je zna­lazł. Dla­tego moje ży­cie to męka i walka ze sobą. Na co mi wła­sne cele i war­to­ści, skoro mu­szę do­sto­so­wać się do świata ze­wnętrz­nego? Co z tego, że pro­wa­dzę bo­gate ży­cie we­wnętrzne? W głąb sie­bie zaj­rzę tylko ja. Sku­piam się więc na re­la­cjach z in­nymi ludźmi, dzia­ła­jąc wbrew so­bie. I kom­plet­nie mi to nie wy­cho­dzi.

Żeby nie uła­twiać mi tego za­da­nia, mama i tata po­sta­no­wili wziąć mnie ze sobą na wa­ka­cje, mimo że ro­dzice mo­ich zna­jo­mych uznali, że je­ste­śmy już na tyle do­ro­śli, by za­sma­ko­wać wol­no­ści i wy­je­chać sami. Swoje dzieci pu­ścili więc sa­mo­pas na ty­dzień – w końcu po wa­ka­cjach czeka nas li­ceum, a to już po­ważna sprawa. Ale dla mo­ich ro­dzi­ców je­stem dziec­kiem nie­zdol­nym do sa­mo­dziel­nej eg­zy­sten­cji. Tak więc omija mnie ten le­gen­darny okres wa­ka­cyj­nych im­prez i nie­za­leż­no­ści, tak bar­dzo przez nas ocze­ki­wany. Skoro skoń­czy­łam już szkołę pod­sta­wową, to chyba ozna­cza, że mogę mieć cho­ciaż tro­chę po­lu­zo­waną smycz? Nie chcę być wiecz­nie przez nich do­mi­no­wana i kon­tro­lo­wana. Świet­nie, że są, że mogę na nich po­le­gać, ale mo­gliby mnie trak­to­wać tro­chę bar­dziej jak do­ro­słą i po­zwo­lić na po­dej­mo­wa­nie wła­snych de­cy­zji. Jak mam za­cie­śniać re­la­cje z ró­wie­śni­kami, skoro nie spę­dzam z nimi czasu? To przez was, mamo i tato, zo­sta­łam wy­klu­czona z ży­cia spo­łecz­nego, a tak czę­sto py­ta­cie, czemu je­stem taka ci­cha i wy­co­fana. Wa­ka­cje z ro­dzi­cami, stałe do­sto­so­wy­wa­nie się, by­cie nie­sa­mo­sta­no­wią­cym o so­bie to­boł­kiem, który wszę­dzie za­bie­rają ze sobą. Nie po­wiem, że chcia­ła­bym zwie­dzać nowe miej­sca, pró­bo­wać no­wych rze­czy i od­kry­wać świat, ale mu­szę to zro­bić! Albo chcia­ła­bym, ale się boję. Tylko że i tak nie mam wy­boru…

* * *

Jadę wła­śnie au­to­stradą nad Bał­tyk. Do­brze, że nie trzę­sie, to mogę spo­koj­nie spi­sać swoje my­śli, pra­gnie­nia, obiek­cje i obawy. Przy­naj­mniej nie bę­dzie mi się to ko­tło­wało w gło­wie.

Spi­sy­wa­nie my­śli przy­po­mina mi usta­wia­nie prze­two­rów na półce. Po pierw­sze dzięki temu jest po­rzą­dek, a po dru­gie można za­kon­ser­wo­wać te do­bre wspo­mnie­nia czy cie­kawe spo­strze­że­nia. Czuję się przez to lżej­sza, a równe rządki sło­ików po­zwa­lają mi przyj­rzeć się im pod róż­nym ką­tem. To per­spek­tywa spra­wia, że na­da­jemy wy­da­rze­niom nowe zna­cze­nia. W teo­rii ozna­cza to, że dzięki pi­sa­niu le­piej zro­zu­miem sie­bie i swoje po­trzeby, a to do­pro­wa­dzi mnie do sa­mo­świa­do­mo­ści i zwięk­sze­nia pew­no­ści sie­bie.

Jak na ra­zie jesz­cze cel nie zo­stał osią­gnięty, ale że lu­bię pi­sać, to pi­szę. Po­dobno pi­sa­nie po­maga też w ra­dze­niu so­bie ze stre­sem. Nie umiem się z kimś ści­nać, wal­czyć o swoje i uży­wać od­po­wied­nich ar­gu­men­tów. Oczy­wi­ście te ar­gu­menty po­ja­wiają się w mo­jej gło­wie, ale za­wsze już po tym, jak bi­tewny kurz opad­nie. A wła­ści­wie po tym, jak się z kimś po­tul­nie zgo­dzę, nie wal­cząc o swoje zda­nie. A że moje emo­cje mu­szą kie­dyś zna­leźć uj­ście, znaj­dują tu­taj, w tu­szu dłu­go­pisu i ze­szy­cie z ładną twardą okładką. W pe­wien spo­sób to jest re­lak­su­jące i uspo­ka­ja­jące, jed­nak zde­cy­do­wa­nie wo­lała-bym skon­fron­to­wać się słow­nie i bez­po­śred­nio z roz­mówcą. Ale nie umiem. Jed­nakże gdy­bym po­tra­fiła za­wal­czyć o swoje, za­bra­kłoby mi mo­ty­wa­cji do pi­sa­nia, a tak mam swój ze­szyt ze słow­nymi ba­ta­liami stu­le­cia. Może kie­dyś będę chciała do nich po­wró­cić, na ra­zie jed­nak uwa­żam to za do­syć że­nu­jące, że mocna w gę­bie je­stem wy­łącz­nie na pa­pie­rze. Po­ziom aser­tyw­no­ści w re­al­nym świe­cie – zero. W moim we­wnętrz­nym – je­stem bo­gi­nią walki o sie­bie.

Pi­sa­nie z pew­no­ścią po­maga w moim roz­woju oso­bi­stym. Oczy­wi­ście tym we­wnętrz­nym, ale może kie­dyś się za­po­mnę i wy­krzy­czę gło­śno to, co bym wie­czo­rem spi­sy­wała ner­wo­wymi ru­chami dłoni. Sa­mo­świa­do­mość jest ważna, ale ważne jest też kre­owa­nie cze­goś, two­rze­nie. Eks­plo­ro­wa­nie swo­jej we­wnętrz­nej na­tury to cie­kawa po­dróż i lu­bię się w nią uda­wać. Po­wtó­rzę raz jesz­cze – mam bo­gate ży­cie we­wnętrzne.

Lu­bię też ob­ser­wo­wać. Sie­dzieć gdzieś, roz­glą­dać się i po­dzi­wiać. Te­raz na przy­kład przy­glą­dam się temu, co wi­dać za oknem. Nie jest to wy­bitny wi­dok, bo au­to­strady są okrut­nie mo­no­tonne, ale za­wsze mogę wy­pa­trzeć ja­kieś stadko sa­ren lub sie­dzą­cego na słupku my­szo­łowa. Z braku laku mogę też pa­trzeć w dal – ob­ser­wo­wać ho­ry­zont i chmury, a kiedy mam słu­chawki na uszach – tak jak te­raz – to ob­razy te stają się no­stal­gicz­nym te­le­dy­skiem. Tak, słu­cham do­łu­ją­cej mu­zyki. Po pro­stu lu­bię się za­tra­cać w me­lan­cho­lii. Inni mó­wią, że je­stem za­mknięta w so­bie, i może mają ra­cję, ale to wła­śnie tam, w moim wnę­trzu, mam nie­ogra­ni­czoną prze­strzeń do ży­cia. Kra­ina re­flek­sji i prze­my­śleń, do­ce­nia­nia tego, co się wi­dzi i czuje. Czy eks­tra­wer­tycy w swoim pę­dzie po­tra­fią ta­kie rze­czy do­strzec?

* * *

Wje­cha­li­śmy do lasu. As­fal­towa droga zmie­niła się w wy­bo­istą. Ro­dzice mó­wili, że miej­sce do­ce­lowe to nie­spo­dzianka, i byli tym fak­tem bar­dzo pod­eks­cy­to­wani. Czyli nie je­dziemy do ja­kie­goś więk­szego mia­sta czy nad­mor­skiego ku­rortu. Ja­sne, ode­tnij­cie mnie od ży­cia. Daj­cie się za­chły­snąć spo­ko­jem, a po­tem wrzuć­cie z po­wro­tem do na­szej ol­brzy­miej me­tro­po­lii, do roz­po­czę­cia li­ceum, do spo­łe­czeń­stwa, które nie włą­czy pauzy, tylko po­pę­dzi da­lej przed sie­bie.

Na­gle, w jed­nym mo­men­cie, się uspo­ko­iłam. Piękno lasu mnie wy­ci­szyło. Wy­so­kie i smu­kłe so­sny ema­no­wały do­stoj­no­ścią i har­mo­nią. Strze­li­ste drzewa za­chwy­ciły mnie swoją pro­stotą. Pro­mie­nie słońca prze­ci­skały się przez zie­lone igły i rzu­cały cie­płe, złote re­fleksy na zie­mię. Nie mo­głam się do­cze­kać, aż za­cią­gnę się za­pa­chem igli­wia i ży­wicy. Aż pod sto­pami po­czuję pia­sek wy­mie­szany z korą i mchem.

Świet­nie, już je­stem pewna. Szy­kują się wa­ka­cje pełne za­tra­ce­nia w moim in­tro­wer­ty­zmie.

Dro­go­wskazy na pięk­nie wy­gła­dzo­nych, drew­nia­nych słup­kach wska­zy­wały kie­ru­nek: Wel­l­ness and Spa Si­lver Pe­arl. No pro­szę, ro­dzice po­tra­fią jed­nak za­sko­czyć. Tro­chę bur­żuj­skiego luk­susu all in­c­lu­sive – choć w Pol­sce – chłopcy z bo­ga­tych ro­dzin i na­dą­sane panny z mu­chami w no­sie. Do­brze, spoj­rzę na to wszystko jak so­cjo­log na daną grupę et­niczną. Ple­mię pol­skich sno­bów. Będę ob­ser­wa­to­rem, wi­dzem re­ality show na żywo. Tak, je­stem zgryź­liwa, ale nikt o tym nie wie.

Zza za­krętu wy­ło­nił się piękny, biały bu­dy­nek. Miał cztery pię­tra, mnó­stwo bal­ko­nów z rzeź­bio­nymi ba­rier­kami i ogromne okna. Z tyłu wi­dać było ka­wa­łek tur­ku­so­wego ba­senu, w któ­rym woda skrzyła się od po­po­łu­dnio­wego słońca oraz plam po olejku do opa­la­nia. Może to nie wa­ka­cje w Tur­cji, ale za­wsze coś eg­zo­tycz­nego. Po pra­wej stro­nie ho­telu znaj­do­wał się par­king, na któ­rym stały w rów­nych rzę­dach błysz­czące auta. Całe spa oto­czone zo­stało że­liw­nym ogro­dze­niem zdo­bio­nym mu­szel­kami i ma­łymi ry­bami.

Do­jeż­dża­li­śmy do bramy, gdy na­gle tata od­bił w lewo. A może to nie było na­gle? Pew­nie zgod­nie z pla­nem, ale moje my­śli prze­cha­dza­jące się po tej eks­klu­zyw­nej po­se­sji, gdzie pa­nie mają klapki na ob­ca­sie i ol­brzy­mie oku­lary sło­neczne jak w Sa­int-Tro­pez, zo­stały na­gle skie­ro­wane na drugi ośro­dek. Ten, do któ­rego tak na­prawdę zmie­rza­li­śmy. A cho­dziło o We­so­łego Del­finka – ośro­dek skła­da­jący się z kil­ku­na­stu czy dwu­dzie­stu kilku ma­łych, drew­nia­nych dom­ków wci­śnię­tych po­mię­dzy ra­chi­tyczne so­senki. Moje ży­cie to pa­smo roz­cza­ro­wań.

Auta urlo­po­wi­czów We­so­łego Del­finka stały bez ładu i składu tuż za drew­nianą wiatą wjaz­dową. Tata za­par­ko­wał pod lek­kim sko­sem, więc wy­sia­da­jąc, stłu­kłam so­bie nogę za­my­ka­ją­cymi się pod siłą gra­wi­ta­cji drzwiami. Dzię­kuję, mam pierw­szą pa­miątkę z tych wa­ka­cji – si­niaka na pół łydki. Czy skóra z si­nia­kiem w ogóle może się opa­lić, czy jak mi zej­dzie fio­le­towy ko­lor, to będę pod nim miała bladą plamę?

Ro­zej­rza­łam się po oko­licy. Mię­dzy tymi tak skraj­nie od­mien­nymi ośrod­kami wiła się ścieżka pro­wa­dząca na plażę. Bę­dzie wy­zna­czać mi trasę przez naj­bliż­sze dwa ty­go­dnie. Po­mo­głam ro­dzi­com wy­jąć wa­lizki z ba­gaż­nika i uda­li­śmy się w stronę domku nu­mer sie­dem. Każdy do­mek wy­glą­dał tak samo, ale miał ta­bliczkę z na­zwą wła­sną. Nasz na­zy­wał się Żabka. Re-re, kurde, kum-kum. Domki skła­dały się z sa­lonu z anek­sem ku­chen­nym i ła­zienki na par­te­rze oraz jed­nej sy­pialni z dwoma łóż­kami na pię­trze. Gdy prze­by­wało się w środku, można so­bie było wy­obra­żać, że jest się w sta­ro­daw­nym na­mio­cie Włó­czy­kija z Mu­min­ków, bo skosy na pię­trze wy­cho­dziły nie­mal od pod­łogi. Przed do­mem był ga­nek oto­czony drew­nianą ba­lu­stradą, a nad nim wy­kusz z oknem. Okno i ga­nek wy­cho­dziły pro­sto na drugi dom – Śli­maczka. To tak na wszelki wy­pa­dek, żeby nie mieć pięk­nego wi­doku na las, tylko na są­siada w sli­pach i z wą­sem. Bo w oknach nie było za­słonki.

– Ty śpisz na gó­rze, a my tu­taj, na ka­na­pie. Bę­dziesz miała wię­cej pry­wat­no­ści – oznaj­miła mama.

Świetna pry­wat­ność. Taka czte­ro­me­trowa. Ale trzeba było ro­bić do­brą minę do złej gry. W końcu nie chcia­łam spra­wić przy­kro­ści ro­dzi­com. Ob­ró­ci­łam się w od­po­wied­nią stronę, to jest sta­nę­łam na tle so­sno­wego lasu i bramy wjaz­do­wej do Si­lver Pe­arl, wy­cią­gnę­łam te­le­fon przed sie­bie i strze­li­łam so­bie fotkę. Nikt prze­cież się nie do­wie, że tak na­prawdę za­trzy­ma­li­śmy się w We­so­łym Del­finku.

Tak, nikt się nie do­wie, bo nie mia­łam za­sięgu i nie udało mi się ni­g­dzie wrzu­cić zdję­cia. Świet­nie.

Cie­kawa by­łam to­wa­rzy­stwa, które po­dzieli ze mną nie­dolę of­fline’u. Pora była obia­dowa, więc mo­głam zro­bić prze­gląd miesz­kań­ców Del­finka. Na placu za­baw sza­lały dzie­ciaki, do­ro­śli krzą­tali się po swo­ich gan­kach i wy­no­sili pa­ru­jące ta­le­rze lub mi­ski. Ni­g­dzie nie za­uwa­ży­łam żad­nego po­ma­ga­ją­cego ani zbla­zo­wa­nego na­sto­latka. Nici z wa­ka­cyj­nej mi­ło­ści albo z przy­jaźni na całe ży­cie. Je­stem sama jak pa­lec. To wła­śnie to, czego pięt­na­sto­latka po­trze­buje. Za­bijmy roz­wi­ja­jące się umie­jęt­no­ści in­ter­per­so­nalne w za­rodku. Będę nie­oga­rem ży­cio­wym, który nie po­trafi na­wią­zać kon­taktu z dru­gim czło­wie­kiem, bo nie miał moż­li­wo­ści tre­no­wa­nia w okre­sie do tego słu­żą­cym.

Wszyst­kie domki były wy­na­jęte, tylko przy Śli­maczku ziało pustką. Albo wcza­so­wi­cze jesz­cze nie przy­je­chali, albo każ­dego dnia czeka mnie wi­dok na za­mknięty na cztery spu­sty do­mek. Po­grążę się w roz­pa­czy i sa­mot­no­ści, a po­tem umrę na su­choty. Albo i nie, bo wil­got­ność po­wie­trza była cał­kiem przy­jemna. Za­pach bryzy mie­szał się z wy­cze­ki­wa­nym za­pa­chem lasu. Ale się zro­biło przy­jem­nie. Zja­dłam z ro­dzi­cami przy­go­to­wane jesz­cze w domu ko­tlety, roz­pa­ko­wa­li­śmy się po­bież­nie i po­sta­no­wi­li­śmy pójść na zwiady, czyli obejść ośro­dek, zaj­rzeć na plażę i przy­wi­tać się z mo­rzem.

Wtem usły­sza­łam czyjś śmiech. Brzmiał na­prawdę atrak­cyj­nie. Chło­pięco, nie dzie­cięco. Ob­ró­ci­łam się w stronę Si­lver Pe­arl. Ja­kiś chło­pak w to­wa­rzy­stwie in­nych na­sto­lat­ków wra­cał ścieżką znad mo­rza i skrę­cał w stronę swo­jego spa. Pod­rzu­cał i ła­pał piłkę do siatki tak lekko, jakby była okrą­głym, wy­tre­so­wa­nym, żółto-nie­bie­skim ptasz­kiem, który sam lą­duje w jego dło­niach. Szedł bez ko­szulki, w sa­mych ber­mu­dach. Tur­ku­so­wych w białe pa­lemki. Cza­sami od­gar­niał ko­smyk czar­nych wło­sów, który mu­skał mu po­wieki, i za­kła­dał go za ucho, ale wi­dać było, że nie­sforny lo­czek wciąż wy­myka się jego smu­kłym pal­com, by ob­co­wać z jego by­strym spoj­rze­niem, wa­chla­rzem ciem­nych rzęs i tym pie­przy­kiem, który nie wiem, w jaki spo­sób, ale spo­strze­głam tuż nad brwią. Nie cier­pię, jak ktoś cho­dzi bez ko­szulki, ale ten na­sto­letni pół­bóg zwró­cił moją uwagę – i nie tylko moją. Dziew­czyny i chło­paki do­okoła niego mó­wili coś pod­eks­cy­to­wani, a on się tylko uśmie­chał.

Pro­szę, pro­szę, niech nie ma znie­wa­la­ją­cego uśmie­chu…

Miał. Ale to ża­ło­sne z mo­jej strony, że wpa­dłam w za­sta­wioną przez niego pu­łapkę. Od razu prze­cież wi­dać, że to za­du­fany w so­bie du­pek, dra­pież­nik, który po­żera za­in­te­re­so­wa­nie in­nych, który karmi swoją py­chę cu­dzym po­dzi­wem. Jego zwie­rzę­cość, do­pra­co­wana w każ­dym szcze­góle, za­rzu­ciła ha­czyk na­wet na tę znaczną od­le­głość, jaka nas dzie­liła.

Ale je­stem głu­pia, weź się nie daj, dziew­czyno! Czy nie wo­lisz przy­pad­kiem typu bar­dziej ta­jem­ni­czego chło­paka? Tego nie­pew­nego, któ­rego trzeba otwo­rzyć, oswoić i po­znać za­miast go­ścia tak or­dy­nar­nie pew­nego swo­ich wa­lo­rów?

Młody Ado­nis znik­nął za bramą ho­telu, a ja stwier­dzi­łam, że je­śli mam się uno­sić na po­wierzchni ży­cia spo­łecz­nego, mu­szę się wku­pić w ła­ski wia­nuszka fa­nów i wy­znaw­ców czczą­cych to ciało okryte je­dy­nie tur­ku­so­wymi ber­mu­dami. W pa­lemki. Do­łą­czę do wier­nych i będę fajna, roz­ga­dana, we­soła i ogól­nie cool. Prze­cież nie wie­dzą, jaka je­stem na­prawdę. To chyba pro­ste: wejść w czy­jąś skórę i uda­wać ko­goś in­nego, zwłasz­cza w to­wa­rzy­stwie, które nie dość, że cię wi­dzi pierw­szy raz na oczy, to jesz­cze za dwa ty­go­dnie po­zo­sta­nie je­dy­nie wspo­mnie­niem cza­ru­ją­cego lata.

Po­sta­no­wi­łam, że szybko we­zmę prysz­nic, do­pro­wa­dzę się do po­rządku, zro­bię na bó­stwo i z po­włó­czy­stym spoj­rze­niem, jak­kol­wiek się je robi, pójdę na plażę. A tam zo­ba­czymy, jak się roz­wi­nie sy­tu­acja. Po­goda mi sprzy­jała, by­łam pewna, że za chwilę fala tu­ry­stów prze­pły­nie z po­wro­tem nad mo­rze, przy­cią­gana mocą nie­zgłę­bio­nej toni oraz za­plą­tana w pro­mie­nie po­po­łu­dnio­wego słońca. Wy­ję­łam z torby moją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę – pro­stow­nicę. Nie ro­bi­łam su­per fry­zury na po­dróż, więc te­raz mu­sia­łam okieł­znać tę szopę, którą gór­no­lot­nie na­zywa się czu­prynką, a która tak na­prawdę była utra­pie­niem, od kiedy po­ję­łam, że moje włosy chcą żyć wła­snym ży­ciem i nici z pięk­nych, le­ją­cych się pu­kli.

Spró­bo­wa­łam się uśmiech­nąć do od­bi­cia w lu­strze i pod­łą­czy­łam pro­stow­nicę do prądu. W tym mo­men­cie roz­legł się chór gło­śnego: „Oooooch!”, do­bie­ga­jący z każ­dego domku. I sy­czące „pufff” z mo­jego gniazdka. Chyba do­szło do ja­kie­goś spię­cia, naj­wy­raź­niej We­soły Del­fi­nek nie był go­towy na spo­tka­nie trze­ciego stop­nia z pro­stow­nicą. Nie wiem, na czym po­le­gają korki, ale je wy­bom­biło we wszyst­kich dom­kach. Odłą­czy­łam pro­stow­nicę.

Czyli że­gnaj, kró­lowo ta­fli wło­sów, wi­taj, kró­lowo wi-cher­ków.

Boże, jak ja nie­na­wi­dzę mo­jej fry­zury, która wy­gląda jak szczotka do ubi­ka­cji. Ster­czące druty nie do uło­że­nia. Trzeba bę­dzie cho­dzić w ku­cyku i czapce z dasz­kiem. Je­dyny plus jest taki, że nie spa­li­łam na­szego domku. Choć w za­sa­dzie spalę się ze wstydu, jak się po­każę z mo­imi nie­wy­pro­sto­wa­nymi i na­pu­szo­nymi wło­sami, więc bi­lans ofiar spa­le­nia wy­cho­dzi na zero.

Okej, wdech, wy­dech – i na plażę. Moje pod­eks­cy­to­wa­nie ro­sło z każ­dym kro­kiem. To nie Mo­rze Śród­ziemne, wiem, ale tak szcze­rze za­ko­cha­łam się w szu­mie Bał­tyku, że by­łam skłonna da­ro­wać mu brak kla­row­nej toni. Od­głos się po­tę­go­wał, choć jesz­cze nie wi­dzia­łam bez­kre­snego ho­ry­zontu wód. Szu­miały też drzewa, bo wiał lekki wiatr – wir­tuoz szme­rów, sze­le­stów i le­śnych szep­tów.

Wspo­mi­na­łam już, że lu­bię za­tra­cać się w przy­ro­dzie? Żyję w du­żym mie­ście, gdzie ha­łas ulic jest agre­sywny i mę­czący, więc tym bar­dziej do­ce­niam każdy wy­pad na łono na­tury. So­sny wzdłuż ścieżki gięły się pod wpły­wem wia­tru i trzesz­czały z roz­ko­szy, a ja prze­ży­wa­łam te wietrzne piesz­czoty nie mniej in­ten­syw­nie od nich. Za­wsze po­tra­fi­łam się wczu­wać w emo­cje in­nych, em­pa­tia to mój znak roz­po­znaw­czy. Cza­sem uwa­żam ją za bło­go­sła­wień­stwo, a cza­sem za klą­twę. Nie umiem jed­no­znacz­nie oce­nić, czy jest to ce­cha przy­datna. Bo je­śli ktoś się cie­szy, ja się cie­szę ra­zem z nim. I to po­dwój­nie. Ale je­śli ktoś się smuci, to ja cier­pię też dwa­kroć moc­niej. Nie je­stem pewna, czy em­pa­tii da się na­uczyć, to ra­czej umie­jęt­ność wro­dzona, in­te­gralna cząstka na­szego ja. Taki ta­lent, tylko że z niego nie da się twór­czo żyć. Ostat­nio od­kry­łam, że moja em­pa­tia działa też z matką na­turą, która oczy­wi­ście nie wiem, czy w ogóle ist­nieje, ale coś musi być głęb­szego w przy­ro­dzie, ja­kaś pa­ję­czyna sensu i po­wią­zań, pra­przy­czyna i pra­moc. Albo tylko tak się oszu­kuję, bo mam ro­man­tyczną du­szę i lu­bię wszę­dzie wi­dzieć coś wię­cej, niż jest w rze­czy­wi­sto­ści. Tak czy siak, mój wy­kre­owany w gło­wie świat jest piękny i ma głęb­sze zna­cze­nie. Dla­tego też po ple­cach prze­biegł mi dreszcz, kiedy usły­sza­łam ci­che trza­ski pni wy­mie­szane z hu­kiem fal mor­skich. Przy­roda żyła, od­dy­chała, a ja bra­łam każdy od­dech ra­zem z nią.

Pia­sek na le­śnej ścieżce był zimny, wle­wał mi się ka­skadą do san­da­łów, cza­sem za­kłuł prze­my­coną igiełką, jed­nak przez więk­szość czasu po­zo­sta­wał miękki jak atłas. Chło­dził moje roz­grzane stopy do mo­mentu, aż sta­nę­li­śmy na skraju lasu. I na skraju klifu. Przed nami roz­cią­gał się wi­dok na ciem­no­zie­loną toń od­dzie­la­jącą błę­kit od żaru piasz­czy­stej plaży. Pia­sek zle­wał się na gra­nicy wody ze śnież­no­białą pianą i przy­po­mi­nał słodki de­ser – bitą śmie­tanę z bisz­kop­tem. Wzdłuż tego ape­tycz­nego wy­brzeża po­roz­kła­dane były le­żaki, duży na­miot-ka­wiar­nia, pa­ra­sole i oczy­wi­ście pa­ra­wany. Przy sa­mym wej­ściu na plażę usta­wiono je gę­sto, two­rzyły la­bi­rynt ście­żek pro­wa­dzą­cych do wody, jed­nak gdy spoj­rza­łam w lewo i w prawo, od­na­la­złam spo­kojną prze­strzeń na­kra­pianą nie­licz­nymi punk­ci­kami pla­żo­wi­czów. W wo­dzie nie było dużo lu­dzi – ze względu na spore tego dnia fale wy­star­czyło wejść po ko­lana, żeby zo­stać ob­fi­cie wy­ca­ło­wa­nym przez mo­rze. Po plaży bie­gały dzie­ciaki, sy­piąc pia­skiem na wszyst­kie strony. Inne wcho­dziły na wy­dmy, by po­tem się z nich stur­lać, przez co od razu do­sta­łam bia­łej go­rączki. Prze­cież wy­dmy to te­ren ob­jęty ochroną!

Na spa­cer ro­dzice wy­brali część plaży na lewo od scho­dów, które były strome i lekko spróch­niałe. Nie że­bym się bała, że się roz­padną, ale nie wy­klu­cza­łam tej opcji. Wi­dzia­łam już oczyma wy­obraźni, jak się pod nami za­ła­mują, jak le­cimy bez­wład­nie w dół, ła­miąc po dro­dze za­równo koń­czyny, jak i stop­nie, aż na ko­niec jedna belka – uła­mana i ster­cząca pod sko­sem – prze­bija mi się przez udo. Krew z tęt­nicy za­lewa wszyst­kich go­la­sów do­okoła, a ja ginę w mę­czar­niach.

Otrzą­snę­łam się z tej wi­zji i po­szłam śla­dem ro­dzi­ców po­mię­dzy pa­ra­wa­nami, skrę­ca­jąc za każ­dym z nich w lewo lub prawo pod ką­tem pro­stym, jak Snake w sta­rych grach. Zdję­łam san­dały, bo za­częły się za­pa­dać w roz­grza­nym pia­sku. Cho­dze­nie boso ma w so­bie coś ma­gicz­nego, trzeba to so­bie tylko uświa­do­mić. To bar­dzo pier­wotne uczu­cie, za­ko­rze­nione w każ­dym z nas, jed­nak na tyle głę­boko, że nie każdy może je do­strzec i do­ce­nić. Ja do­ce­nia­łam. Cie­pło było przy­jemne, de­li­kat­nie ła­sko­tało mnie mię­dzy pal­cami. Za­raz po­tem za­czął mnie li­zać raz po raz zimny ję­zyk Bał­tyku.

Spa­ce­ro­wa­li­śmy wzdłuż brzegu, mewy skrze­czały, włosy z ku­cyka wpa­dały mi do ust, bo szli­śmy z wia­trem. To była przy­jemna prze­chadzka, za­le­d­wie przy­wi­ta­nie się z mo­rzem. Prze­sta­łam się czuj­nie roz­glą­dać za przy­stoj­nia­kiem w tur­ku­so­wych ber­mu­dach. Wy­szli­śmy ze strefy pla­żo­wa­nia i zna­leź­li­śmy się na dzi­kiej plaży. Cie­kawe, jak ro­dzi­com udało się zna­leźć ta­kie miej­sce na ma­pie pol­skiego pla­żingu. Nie wi­dzia­łam ni­g­dzie przed sobą no­wych sku­pisk pa­ra­wa­nów wska­zu­ją­cych na ko­lejne zej­ście z plaży i ja­kiś ku­rort. Zdo­ła­li­śmy od­na­leźć ostoję ci­szy, bez krzy­ka­czy na­wo­łu­ją­cych o zim­nym piwku, pra­żo­nych orzesz­kach czy po­pcor­nie.

Za­sta­na­wia­łam się tylko, czy zmiana nie bę­dzie dla nas zbyt dra­styczna. Ale wi­docz­nie tego pra­gnęli ro­dzice, skoro wy­wieźli nas do We­so­łego Del­finka, w sam śro­dek le­śnej głu­szy. Szli nieco przede mną, ob­jęci – miło się na nich pa­trzyło. Chcieli mnie ob­da­ro­wać ro­dzeń­stwem, ale każda próba koń­czyła się wiel­kimi łzami i po­by­tem mamy w szpi­talu, więc osta­tecz­nie mają tylko mnie. Wiem, że mnie ko­chają, ale może to przez to tak bar­dzo chcia­łam być ak­cep­to­wana przez ró­wie­śni­ków – bo w domu nie mia­łam ani sio­stry, ani brata, na któ­rych mo­gła­bym tre­no­wać in­te­rak­cje mię­dzy­ludz­kie. Taka za­bawa w agre­sję na niby, jak u lwią­tek. Na­uka obrony przed ata­kiem, ale też współ­pracy i mi­ło­ści. To­le­ran­cji mimo wad. Po­de­szłam do ro­dzi­ców od strony taty, a ten ob­jął mnie dru­gim ra­mie­niem i szli­śmy ra­zem, jak sze­ścio­nożny nad-mor­ski krab.

Po­woli na­sta­wał wie­czór. Na­dal było cie­pło, ale po­wie­trze za­częło ina­czej pach­nieć – nad­cho­dzącą zmianą i prze­obra­że­niem w noc. Za­wró­ci­li­śmy i szli­śmy pod wiatr, który uno­sił zia­renka pia­sku, a one skro­bały mnie po no­gach. Była to miła chwila z per­spek­tywą przy­jem­nego prysz­nica i zmy­wa­nia z sie­bie tej pla­żo­wej czu­ło­ści.

Do­cho­dzi­li­śmy już do na­szych scho­dów, gdy za­uwa­ży­łam czarną czu­prynę i wia­nu­szek wier­nych. Sie­dzieli nieco da­lej, przy du­żym na­mio­cie. Ado­nis za­ło­żył już ko­szulkę, miał też dżin­sowe, po­szar­pane spodenki. Pa­trzył w dal – czyli jed­nak nie­do­stępny ro­man­tyk-my­śli­ciel! A może tylko to so­bie wy­obra­zi­łam? Nie wiem, bo po­tknę­łam się o pia­sko­wego kro­ko­dyla i pra­wie za­ry­łam no­sem w spróch­niałą de­skę. Ekipa ewi­dent­nie cze­kała na za­chód słońca. Czyli tak się tu­taj spę­dza czas – wspól­nie, w swoim gro­nie, wy­pa­tru­jąc fe­sti­walu barw za­cho­dzą­cego słońca i na­sta­ją­cego zmroku. Ide­al­nie pa­so­wa­łam do tego ob­razka. Mu­szę tylko wy­my­ślić, jak się do­stać do lu­dzi ze spa… Ale co, je­śli się nie prze­ła­mię? Albo mnie wy­śmieją? A je­śli się nie wpa­suję? Wy­pro­sto­wa­łam się, otrze­pa­łam z nie­chcia­nych my­śli, choć naj­praw­do­po­dob­niej był to zwy­kły pia­sek.

Czu­łam się tak zmę­czona po pierw­szym spa­ce­rze, że od razu wsko­czy­łam w pi­żamę i za­nu­rzy­łam się w lek­tu­rze. Do­brze, że wzię­łam coś do czy­ta­nia, bo scrol­lo­wać in­ter­netu się tu w ogóle nie dało. Ba­te­ria w te­le­fo­nie le­ciała na łeb na szyję, a wia­do­mo­ści i zdję­cia i tak się nie ła­do­wały. Sie­dzia­łam na we­ran­dzie z no­gami opar­tymi o ba­lu­stradę. Mrok jesz­cze nie na­sta­wał – let­nie wie­czory są dłu­gie – ale drzewa szu­miały już ina­czej.

Usły­sza­łam chrzęst żwiru. Na te­ren ośrodka wje­chało auto. Ostatni urlo­po­wi­cze. Jak to mó­wią – le­piej późno niż póź­niej. Naj­pierw wy­siadł męż­czy­zna, a za­raz z tyl­nych sie­dzeń dwaj chłopcy. Je­den ni­ski, drugi wy­soki. Tak! Tak! Nie będę tu sama! Los ze­słał mi anioła to­wa­rzy­sza. Oby ko­leś był ku­maty. Szedł, śmiesz­nie ko­ły­sząc się na boki… wprost na mnie.

Jezu, mam na so­bie pi­żamę w hip­cie!

Wbie­głam do na­szego domku, wspię­łam się do po­koju na pię­trze i przy­kle­iłam czoło do szyby. Strasz­nie było duszno na tym pod­da­szu, ale ba­łam się, że dźwięk otwie­ra­nego okna – a wy­glą­dało na ta­kie trzesz­czące – zwróci uwagę mo­jego są­siada.

Przy­glą­da­łam się za­tem z ukry­cia, jak chłopcy zaj­mują prze­ciw­le­gły po­kój na pię­trze, a ich tata wita się z moim. Mama aku­rat brała prysz­nic. Męż­czyźni się za­śmiali i po­dali so­bie rękę – dzięki, tato, zro­bi­łeś pierw­szy krok, żeby się za­zna­jo­mić z przy­by­szami. Bę­dzie mi ła­twiej na­wią­zać kon­takt z moim no­wym po­ten­cjal­nym ko­legą… który stał już w swoim oknie i pa­trzył pro­sto na mnie. Bo za­po­mnia­łam u sie­bie zga­sić świa­tło. Kuc­nę­łam i spą­so­wia­łam.

No z ta­kim po­dej­ściem to nie zajdę da­leko. Trzeba było, kre­tynko, uśmiech­nąć się i po­ma­chać mu czy coś!

Niech to szlag.