Hrabina - Maciej Szymczak - ebook
NOWOŚĆ

Hrabina ebook

Maciej Szymczak

4,0

23 osoby interesują się tą książką

Opis

Hrabina to powieść, która nie prosi o uwagę – ona ją sobie bierze. Maciej Szymczak wskrzesza Elżbietę Batory nie jako postać z podręczników, lecz jako żywą, pulsującą siłę. W żadnym wypadku nie jest to biografia ani rekonstrukcja – to opowieść, która oddycha i krzyczy legendą. 

W mrocznych korytarzach zamku Czachtice rozgrywa się dramat kobiety, której historia została zapisana krwią, choć nie jej własną. Autor nie boi się wejść w głąb mitu, dotknąć jego najciemniejszych zakamarków. Jeśli chcesz poczuć zapach świeżo rozlanej krwi na marmurze, usłyszeć szept kobiety, która nie chce być zapomniana – koniecznie sięgnij po Hrabinę

 

W swej najnowszej powieści Maciej Szymczak przywraca do życia legendę o Elżbiecie Batory. Hrabina jest jednocześnie kusząca, brutalna i niezwykle wciągająca. Nie sposób się od niej oderwać.

Magdalena Paluch (Grozownia)

Za każdą legendą stoi człowiek. Za Elżbietą Batory – kobieta, która błądziła między obowiązkiem a pragnieniem, między gniewem a milczeniem. Ta książka prowadzi przez jej wewnętrzne komnaty z delikatnością i przenikliwością. To podróż, która pozostawia w Czytelniku cichy, niepokojący rezonans.

Wojciech Cieślawski (AudioOpowieści)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 238

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Prolog

Czachtice, rok 2025

Mgła opadała gęsto, ślizgając się po zboczach jak wilgotna zasłona nieprzepuszczająca światła, tłumiąc barwy i zamieniając ostre kontury gór w miękkie plamy. Krople deszczu uderzały w szybę z monotonną regularnością. Silnik samochodu rzęził z wysiłku, usiłując pokonać stromiznę i przedrzeć się przez narastającą niewidzialność. Niebo, jeszcze kilka godzin wcześniej łagodne i błękitne, przybrało stalowy odcień. Góry, które po lekturze przewodników jawiły się jako tajemnicze i romantyczne, w rzeczywistości tchnęły chłodem, wilgotną ziemią i czymś, czego nie dało się nazwać. Czymś, co czaiło się poza zanikającym horyzontem.

Ewa poprawiła włosy, zerkając z troską na twarz męża, który raz po raz rozglądał się nerwowo, wypatrując zakrętów. Zajęte telefonami dzieci nie zauważyły żadnej zmiany w aurze miejsca, ale Michał ją czuł. Droga zdawała się prowadzić nie tylko do zamku, ale do czegoś więcej – czegoś starszego niż historia i głębszego niż legenda. Do czegoś, co czekało.

– Cholera, nic nie widzę. Nie wiem, czy w tych warunkach dojedziemy do celu – westchnął Michał, spoglądając z niepokojem na szosę spowitą mlecznym całunem. W jego głosie pobrzmiewała rezygnacja.

Od kilku godzin podróżowali przez góry, mierząc się z kapryśną pogodą. Z Balatonu wyruszyli o poranku, gdy niebo było jeszcze bezchmurne i błękitne. Obecnie znajdowali się w innym, surowym świecie. Słowackie góry powitały ich chłodem, mgłą i padającym deszczem.

– Zrezygnujmy z tego zamku – zaproponowała Ewa, delikatnie głaszcząc męża po karku. – Nie warto ryzykować bezpieczeństwa dla jednej atrakcji turystycznej. Przed nami jeszcze tyle pięknych miejsc.

– Spokojnie, zaraz się przejaśni, to tylko chwilowa ulewa. – Michał usiłował przekonać samego siebie. – Zresztą, nie wiadomo, czy kiedykolwiek wrócimy w te okolice.

– Wiem. Sama chętnie zobaczyłabym siedzibę Elżbiety Batory, ale musimy uwzględnić pogodę i dzieci. Nie mogą się przeziębić, za parę dni rozpoczyna się rok szkolny.

– Tato, daleko jeszcze do Polski? – rzucił zniecierpliwiony Grześ, nie odrywając wzroku od telefonu.

– Do Krakowa mamy jakieś trzysta kilometrów, ale po drodze zatrzymamy się jeszcze przy czachtickim zamku.

– Co?! – zaprotestowała Ada, krzywiąc się z niesmakiem. – Nie zamierzam oglądać żadnych durnych zamków! Tak, wiem, zaraz mi powiesz, że to siedziba Elżbiety Batory, tej całej wampirzycy, ale mnie to nie interesuje!

– Nie wampirzycy, tylko krwawej hrabiny – sprostował poirytowany Michał. – Zresztą uprzedzałem was, że w drodze powrotnej zwiedzimy ten zamek. Sama mówiłaś, że bardzo chcesz go zobaczyć.

– Zmieniłam zdanie – rzuciła buńczucznie nastolatka.

– Ja też nigdzie nie idę – oburzył się Grześ. – Jestem głodny i chcę do McDonald’s.

– Żadnych fast foodów, mamy kanapki – skwitowała Ewa, wyjmując bagietkę z piknikowego kosza. – Są też wafelki i czekoladki.

– Nie chcę kanapek!

Kobieta rzuciła mężowi wymowne spojrzenie, wyraźnie zmęczona ciągłym przepychaniem się z dziećmi.

– Jestem wykończona, tyle godzin w aucie… – jęknęła Ada. – Mam już po dziurki w nosie tego chodzenia i oglądania zabytków, poza tym niedobrze mi.

– No patrzcie ją państwo, tydzień wylegiwania się na plaży, a ona nawet jednego zamku nie chce zobaczyć – warknął Michał. – Dwa razy byliśmy w parku wodnym. Zjeżdżalnie, baseny, rollercoastery, ale jak tylko chciałem wyskoczyć do Budapesztu, wielki lament, bo za gorąco i trzeba siedzieć nad wodą. Tym razem nie ulegnę, zrobimy miłą, rodzinną wycieczkę!

– To zajmie nam godzinę, najwyżej dwie. Nic wam nie będzie – przekonywała Ewa.

– Nawet jeśli potrwa to pół godziny, mnie jest wszystko jedno. Idźcie sobie, ja zostanę w samochodzie – oświadczyła Ada.

Ewa spojrzała na męża porozumiewawczo.

– Zostawimy maruderów w aucie i skoczymy sami na górę, co ty na to, skarbie? Jak za studenckich czasów. – Michał uśmiechnął się, kładąc rękę na kolanie żony.

– Chciałabym, ale wiesz, jak to się skończy. Co pięć minut Grześ będzie dzwonił z pytaniem, gdzie jesteśmy, kiedy wrócimy i z pretensją, jak bardzo jest znudzony. Nie, ja zwariuję. Pójdziesz na zamek sam, zrobisz zdjęcia, a ja zostanę z dziećmi.

– Na pewno? – dopytywał Michał, węsząc jakiś podstęp.

– Tak. Jestem zmęczona podróżą, tym razem poświęcę się, ale będziesz mi winny solidną przysługę.

– Co tylko sobie wymarzysz, biedroneczko – ucieszył się Michał, który od dawna planował zwiedzić ruiny twierdzy. – Co czytasz?

– Biografię Elżbiety Batory – westchnęła Ewa. – Trzeba było zostawić towarzystwo u dziadków…

– Wszystko słyszałem! – krzyknął oburzony Grześ.

Zamilkli na jakiś czas.

– Jesteśmy – oznajmił Michał, gdy zza zakrętu wyłoniła się tabliczka z nazwą miasteczka. Dzieci nie zareagowały, wpatrzone w ekrany telefonów.

Czachtice przywitały ich ciszą. Stare domy ustawione w jednej linii wzdłuż drogi wyglądały jak świadkowie czegoś, co dawno minęło, ale nie zostało zapomniane. Tynki odpadały płatami z elewacji, dachy uginały się pod ciężarem lat, a okna, ciemne i zasłonięte, zdawały się obserwować przybyszów z niepokojącą uwagą. Deszcz, choć ledwie mżył, nasycał powietrze wilgocią, która wdzierała się pod ubrania i osiadała w myślach, jakby próbując rozmyć granicę między rzeczywistością a wspomnieniem.

Na ulicach nie było nikogo. Dwa pensjonaty z opuszczonymi roletami, restauracja z wyblakłym szyldem, rynek zacieniony przez kasztanowce – wszystko wyglądało jak scenografia, z której zniknęli aktorzy. Tylko monumentalny kościół z wieżami dominującymi nad skromnymi domkami zdawał się żywy. Chłód jego obecności rozlewał się po miasteczku jak ostrze sunące po skórze. Zamku nie było widać, mgła trzymała go w objęciach, jakby nie chciała pozwolić, by ktokolwiek zakłócił jego spokój.

Dopiero gdy minęli ostatnie domostwa, przejechali przez stary, kamienny most przerzucony nad wzburzonym potokiem. Woda szumiała ostrzegawczo, a mgła, gęsta i nieprzenikniona, rozrzedzała się powoli, ustępując miejsca widokowi, który zapierał dech w piersiach. Na tle ołowianego nieba wyłoniły się zarysy murów. Twierdza, przyklejona do skalistego zbocza, górowała nad doliną niczym strażnik czasu.

Michał westchnął. Odległość była większa niż przypuszczał. Szosa skończyła się, dalej prowadziła tylko leśna ścieżka. Spojrzał na pogrążone w milczeniu dzieci, czując ukłucie niepewności.

– Hmm... musi być jakaś krótsza droga – mruknął, drapiąc się po brodzie. Jego myśli krążyły wokół map, skrótów i możliwości, które nie istniały.

– Dlaczego stanęliśmy? – Głos żony wyrwał go z zadumy.

– Zastanawiam się, czy da się tam dotrzeć autem.

Wskazał ruiny, które wyglądały jak wyrwane z innego świata. Kamienne ściany poszarpane przez czas zdawały się wciąż tętnić życiem. Michał poczuł coś dziwnego, jakby zamek patrzył na nich z góry, oceniając.

Zjechali z głównej drogi, kierując się ku lasowi. Trakt był wąski, stromy, nieprzyjazny. Po kilku minutach jazdy zatrzymali się na małym, błotnistym placu. Tablica informacyjna pokryta mchem nie pozostawiała złudzeń: Do zamku prowadzi wyłącznie ścieżka piesza. Michał westchnął raz jeszcze. Zamek hrabiny Batory czekał, a on miał nadzieję, że wart jest każdego kroku.

– To co, może jednak zmienicie zdanie? Kto chętny na wędrówkę? – zapytał z udawaną lekkością, choć doskonale wiedział, że jego propozycja zostanie storpedowana szybciej niż zdąży dokończyć zdanie.

– Chyba śnisz – rzuciła Ada, nie odrywając wzroku od telefonu. W jej głosie pobrzmiewała drwina typowa dla nastolatków.

– Mamo, jestem głodny! – zawołał jej brat, teatralnie chwytając się za brzuch, jakby właśnie umierał z niedożywienia na oczach świata.

– Widzisz? Nic nie wskórasz, idź już. Tylko nie ociągaj się, bo te małe potwory mnie zamęczą – westchnęła Ewa z rezygnacją.

Michał pocałował ją w czoło.

– Wrócę maksymalnie za godzinkę. Nie męczcie mamy – rzucił z uśmiechem, który miał rozbroić napięcie.

Wysiadł z samochodu. Zapiął bluzę pod samą szyję, czując na twarzy zimny powiew wiatru. Z nieba sączył się deszcz, nie ulewny, choć uporczywy, jakby niebo nie chciało płakać, ale musiało. Michał naciągnął kaptur i ruszył przed siebie.

Las przywitał go zapachem igliwia, świeżym, niemal czystym. Ścieżka była kamienista i coraz bardziej stroma. Głazy wystające z ziemi utrudniały marsz, zmuszając do skupienia. Drzewa, wysokie i majestatyczne, w milczeniu obserwowały mężczyznę. Skały, porośnięte mchem, wtapiały się w krajobraz jak starzy strażnicy.

Po dwudziestu minutach Michał dotarł na polanę. Za plecami miał góry, przed sobą przestrzeń. Obrócił się, wzdychając. Deszcz ustąpił, a słońce nieśmiało przebiło się przez chmury. Promienie rozświetliły wierzchołki drzew, które ciągnęły się aż po horyzont, jakby chciały dotknąć nieba. Wyciągnąwszy telefon, zrobił kilka zdjęć. Chciał podzielić się tym momentem z rodziną, zanim zniknie w cieniu zamku, który czekał na szczycie. Wysłał żonie kilka fotek, kontynuując wędrówkę.

Potężne mury wyłoniły się nagle, jakby wyrastały z litej skały. Wysokie, surowe, górowały nad głęboką fosą, której ciemne dno pamiętało zapewne czasy oblężeń. Twierdza oplatała szczyt wzgórza niczym kamienny wąż, ciasno, nieubłaganie, z precyzją architektury obronnej, która nie znała kompromisów. Zdobycie tej warowni musiało być trudne. Kamień, choć nadgryziony zębem czasu, nie stracił swojej siły.

Michał zatrzymał się na moment, wpatrzony w niewielkie otwory w murach, strzelnice dla łuczników, teraz puste, milczące, lecz wciąż groźne. Gdy dotarł do bramy, dostrzegł kilka prowizorycznych stoisk. Ulotki, pamiątki i plastikowe figurki nie pasowały do majestatu miejsca. Nie było jednak nikogo, kto mógłby sprzedać mu bilet. Brama stała otworem, jakby zapraszała albo… wabiła.

Nie zastanawiał się długo. Przekroczył próg zabytku, całym sobą czując chłód kamienia. Dziedziniec dolnego zamku był pusty, cichy, otoczony murami. Michał postanowił iść dalej, ku górnemu zamkowi, który wyglądał na bardziej tajemniczy. Przeszedł przez kolejną bramę, nad którą rozciągały się ruiny starej baszty. Kamienne łuki poszarpane przez czas wciąż trzymały się konstrukcji, jakby nie chciały ustąpić. Górny zamek nie zachował się w dobrym stanie. Przetrwały jedynie fragmenty ścian, resztki pomieszczeń, zarysy dawnej potęgi, ale to właśnie tam, na krawędzi murów obronnych, Michał zatrzymał się. Widok był oszałamiający. Góry rozciągały się aż po horyzont, porośnięte lasami, spowite mgłą. Cisza była gęsta, niemal namacalna.

Mężczyzna stał przez chwilę, nie ruszając się, jakby samo miejsce wymuszało na nim szacunek. Nie wiedział jeszcze, że właśnie przekroczył granicę nie tylko przestrzeni, ale i czasu. Wreszcie ruszył przed siebie, wspinając się po wąskich schodkach. Każdy krok odbijał się głuchym stukiem od wyślizganych stopni, które niechętnie ustępowały miejsca intruzowi.

Gdy Michał stanął na górze, zaparło mu dech w piersiach. Czachtice leżały w dole, ciche, nieruchome, jakby zatrzymane w czasie. Mgła, która wcześniej spowijała dolinę, rozstąpiła się, odsłaniając malowniczy krajobraz – wzgórza, lasy, dachy domów – w stonowanych odcieniach szarości i zieleni.

Michał uniósł telefon, kierując obiektyw w stronę tej sceny, gdy nagle usłyszał głos, cichy, kobiecy, nie tyle wypowiedziany, co wyszeptany, jakby ktoś mówił tuż przy uchu. Mężczyzna odwrócił się gwałtownie. Na dziedzińcu, wśród ruin, dostrzegł żeńską postać w czarnej sukni z falbanami, włosami spiętymi w kok i osłoniętymi misterną siatką. Poruszała się z niewymuszoną gracją. To pewnie aktorka, może kręcą jakiś film – pomyślał, ale coś się nie zgadzało. Nie była to zwykła gra aktorska. Ruchy, wyćwiczone i dostojne, zdradzały arystokratkę z krwi i kości. Kobieta nie patrzyła na niego, nawet go nie zauważyła, idąc, jakby żyła w zupełnie innym świecie.

Zaintrygowany Michał zeskoczył z muru, ruszając w stronę kwadratowej wieży, gdzie zniknęła dama. Kamienne ściany zdawały się pochłaniać dźwięk jego kroków, wewnątrz panowała ciemność, gęsta, lepka, jakby nie tylko brakowało światła, ale i powietrza. Sięgnął po telefon, chcąc włączyć latarkę. Zanim zdążył to zrobić, poczuł uderzenie łokcia. Ktoś go potrącił, szybko i bez słowa.

– Przepraszam, chciałem o coś panią zapytać. Kręcicie tu film o Elżbiecie Batory? – zwrócił się do postaci, która przemknęła obok.

Nie odpowiedziała, nie zatrzymała się. Jej kroki nie wydawały dźwięku. Michał spojrzał za nią, ale w ciemności nie było już nikogo. Po chwili zauważył coś jeszcze. Na ścianie, tuż obok wejścia do wieży, ktoś – albo coś – wyrył znak. Nie był on świeży, ale nie był też stary. Trzy pionowe kreski przecięte jedną poziomą, jakby ktoś liczył albo ostrzegał.

– Proszę zaczekać! – Mężczyzna wybiegł na dziedziniec za postacią, która poruszała się płynnie, bezszelestnie, niczym zjawa. Długa suknia niemalże unosiła się nad ziemią, jakby kobieta płynęła. – Proszę pani!

Zdało mu się, że dama przeniknęła przez mury wieży strażniczej, znikając na dobre z jego pola widzenia.

– Cholera… – Przetarł oczy, nie rezygnując z pościgu.

Wszedł do wąskiego korytarza z otworami szczelinowymi.

– Dlaczego pani ucieka? – zawołał, dostrzegłszy ruch na końcu ciemnego tunelu.

Kobieta przystanęła i odwróciła się powoli, jakby nie poruszała się ciałem, lecz samym zamysłem. Jej spojrzenie było czarne i głębokie.

– Nie uciekam. Przyszłam tu po to, co zostało mi odebrane – odparła głosem, który zdawał się nie należeć do niej, lecz do opuszczonego zamku.

– Odebrane? Przez kogo?

– Przez czas, przez ludzi, którzy zapomnieli, że krew nie znika. Ona wsiąka w kamień, a kamień… pamięta.

Michał zadrżał. W tunelu zrobiło się chłodniej, jakby powietrze cofnęło się o kilka wieków.

– Nie życzę sobie niezapowiedzianych gości – dodała dama wyniośle.

– Udaje pani hrabinę? To jakaś inscenizacja? – Michał próbował racjonalizować, ale jego głos brzmiał coraz mniej pewnie.

Kobieta nie odpowiedziała. Zamiast tego kamienne ściany tunelu zadrżały, jakby coś obudziło się w nim.

– Zaczekaj! – krzyknął Michał.

– Uważaj, niebezpiecznie tu wędrować bez światła…

– Mam latarkę w telefonie – odparł, pokazując świecącą diodę.

Kobieta zatrzymała się. Jej oczy rozszerzyły się, ale nie ze zdumienia, a z lęku.

– Światło, które nie płonie... – wyszeptała. – To nie należy do tego świata.

– Świetnie pani gra – rzucił Michał z udawanym rozbawieniem, próbując odzyskać kontrolę.

– Gram? – powtórzyła dama lodowato. – Czyżbyś sądził, że to tylko teatr? Że moje istnienie to rola napisana cudzymi rękoma?

Zbliżyła się. Jej twarz była blada, niemal przezroczysta, wokół niej unosił się zapach starego pergaminu i wilgoci.

– To mój dom, moje dziedzictwo. Tu dokonałam żywota, ale śmierć mnie nie zabrała. Ona tylko zamknęła mnie w kamieniu.

Za plecami kobiety ściany szeptały, jakby pamiętały więcej niż powinny. Głosy były niezrozumiałe jak modlitwy w zapomnianym języku.

– A ty... przyszedłeś nieświadom – westchnęła dama. – Ale teraz już wiesz. Jednak nie każdy, kto wie, może odejść…

Spojrzała na Michała. W jej oczach odbijał się smutek tak głęboki, jakby pochodził z miejsca, gdzie czas przestał istnieć. Nie był to doraźny ból, lecz żałoba zakorzeniona w pamięci, w historii, która nie została opowiedziana do końca.

Michał poczuł nagły skurcz serca, jakby coś w nim pękło. Nie z lęku, a z nieznanego żalu, który choć nie miał imienia ani twarzy, był obecny. Z wahaniem postawił krok naprzód, nie rozumiejąc, skąd wzięło się to uczucie, które nie miało źródła w żadnym wspomnieniu. Kobieta pozostawała nieruchoma, a jej spojrzenie, pełne tęsknoty, przenikało przez niego, jakby widziała coś więcej niż tylko jego twarz – może przeszłość, a może przyszłość, której jeszcze nie znał.

Dama była olśniewająco piękna, lecz jej uroda nie miała nic wspólnego z ziemską zmysłowością. Oczy skrywały tajemnice, a mleczna, gładka skóra nadawała jej niemal posągowy wygląd, jak gdyby nie została stworzona z ciała, lecz z marmuru. Jej rysy, ostre i surowe, przypominały twarz bogini, której kult dawno zanikł, lecz której obecność wciąż unosiła się w powietrzu. Spojrzenie niosło ciężar smutku, który nie należał do jednego życia, lecz do wielu istnień splecionych w nierozdzielną całość. Wyciągnęła rękę w jego kierunku, pozornie chciała go dotknąć, choć nie było w tym geście ani czułości, ani groźby, a jedynie zaproszenie do przekroczenia pewnej granicy.

Michał przyspieszył kroku, nie dostrzegając przeszkody między nimi. Cały świat skupił się w oczach tej kobiety, a wszystko poza nimi przestało istnieć. Mężczyzna potknął się, a jego ciało runęło, uderzając o twardą, zimną ścianę studzienki, która przyjęła go brutalnie. Świat wokół niego zawirował, gorąca strużka krwi spłynęła po czole. Natychmiast pochłonęła go ciemność, a gdy odzyskał świadomość, nie było już dziedzińca, nie było kobiety, nie było kamienia, świata, który znał. Była inna rzeczywistość, cicha, obca, a jednak dziwnie znajoma.

Rozdział 1

Czachtice, Anno Domini 1603

Elżbieta zasiadła w swoim wysokim, rzeźbionym fotelu ustawionym na podwyższeniu w głębi komnaty, z którego wydawała wyroki – surowe, nieodwołalne, podszyte chłodem jej spojrzenia. Kamienne ściany sali sądowej, wilgotne od jesiennej mgły, odbijały echo kroków służby i ciche szlochy parobka, który klęczał na zniszczonym dywaniku.

Za Elżbietą stały dwie służki, nieruchome jak posągi, z rękami splecionymi na brzuchu. Po lewej stronie, przy ścianie, czaił się nadworny pisarz, po prawej – dwóch strażników z halabardami, o twarzach ukrytych w cieniu kapturów. W powietrzu unosił się zapach wosku i starego wina, a z kąta dochodził cichy trzask ognia w kominku, który nie dawał ciepła, tylko światło – złowrogie, drgające, jakby samo bało się tej sceny.

Balaz, kuchenny pomagier, klęczał z pochyloną głową. Jego dłonie drżały, a oczy błagały o litość. Koszula, brudna i rozdarta, odsłaniała sine ramiona. Wiedział, że nie ma ratunku. Okradł spiżarnię, zabierając sól, szafran, kmin, mięso i wino. Zdobył się na zuchwałość, która w oczach pani była nie tylko przestępstwem, ale obrazą jej majestatu.

Elżbieta wstała powoli, szelest jej sukni przeszył ciszę niczym ostrze. Miała nieruchomą twarz, zimne oczy, a jej głos był twardy jak kamień.

– Za swój nikczemny czyn, złodzieju, poniesiesz karę, której wspomnienie będzie cię prześladować aż po kres dni – powiedziała. – Tak jak głosi Pismo Święte, oko za oko, ząb za ząb, a za kradzież mienia stracisz rękę.

Balaz zadrżał, a jeden ze strażników poruszył się niespokojnie. Elżbieta spojrzała na niego z pogardą, po czym zwróciła się znów do parobka.

– Znaj mą łaskawość, nędzny człowieku – rzuciła z jadowitą satysfakcją. – Oszczędzę twoje członki.

Sługa padł na kamienną posadzkę, kładąc się krzyżem przed hrabiną. Jego głos, drżący i pełen desperacji, rozbrzmiał w komnacie:

– Bądź błogosławiona, o najjaśniejsza pani!

Elżbieta nie poruszyła się, jej twarz była maską. Milczenie, które zapadło, miało ciężar ołowiu.

– Robercie – odezwała się wreszcie do rosłego kata, który stał obok płaszczącego się chłopa. Jej ton był spokojny, niemal łagodny. – Zdejmiesz tej gnidzie skórę z prawej ręki. Niech zachowa kończynę w jednym kawałku. To będzie wystarczającą lekcją.

Uśmiech, który pojawił się na ustach hrabiny, nie miał nic wspólnego z radością. Był jak cień – zimny, nieuchwytny, zwiastujący cierpienie. W komnacie znów zapadła cisza. Nawet ogień w kominku zdawał się zamarzać. W kącie, tuż przy wejściu, służba trwała w bezruchu. Kucharka, stara Ilona, ścisnęła fartuch w dłoniach tak mocno, że aż zbielały jej knykcie. Jej oczy, pełne lęku, śledziły każdy ruch kata, ale nie odważyła się odwrócić wzroku. Obok niej młoda pokojówka, Zsófia, wstrzymała oddech, a łzy napłynęły jej do oczu. Nie z litości dla Balaza, lecz ze strachu, że sama mogłaby kiedyś stanąć na jego miejscu.

– Cisza! – syknęła przełożona służby, kobieta o twarzy jak z marmuru, której lojalność wobec Elżbiety Batory była równie bezwzględna jak rozkazy hrabiny. – Patrzcie i uczcie się. To jest sprawiedliwość pani.

Robert, kat o ramionach przypominających belki stropowe, skinął głową. Jego twarz nie zdradzała emocji, tylko rutynę, jakby zdejmowanie skóry było rzemiosłem, nie karą. Wybrał nóż o zakrzywionym ostrzu, którego rękojeść była zdobiona srebrnym krzyżem – nie dla ochrony duszy, lecz dla ironii.

Balaz szarpał się, ale pomocnicy trzymali go mocno. Jeden z nich, młody chłopak o pustym spojrzeniu, przygwoździł jego ramię do pnia, a drugi rozciągnął palce, jak gdyby przygotowywał płótno do malowania. Elżbieta zbliżyła się o krok. Jej suknia szeleściła niczym suchy liść, w oczach błyszczała iskra triumfu, a usta wygięły się w uśmiechu, który nie miał nic wspólnego z radością.

– Miałeś zachować członki, Balazie – powiedziała z jadowitą słodyczą. – Ale nie mówiłam nic o ich stanie.

Jej słowa zawisły w powietrzu. Wśród służby ktoś cicho zaszlochał, ktoś inny zacisnął zęby. Tylko Zsófia, młoda i jeszcze nie całkiem złamana, spojrzała na hrabinę z czymś, co przypominało bunt. To był ledwie dostrzegalny błysk w oku, krótki jak iskra, która nie zdążyła wzniecić płomienia. Zgasł natychmiast, gdy Elżbieta spojrzała w jej stronę.

– Zaczynajcie – rzuciła, wracając na fotel.

I wtedy komnata wypełniła się dźwiękiem, którego nie da się zapomnieć. Balaz wrzeszczał. Nie od razu, najpierw tylko drżał, próbując zrozumieć, co dzieje się z jego ciałem. Ostrze przecięło skórę na czubku palca, a krew wypłynęła leniwie, ciurkiem, jak gdyby nie chciała uczestniczyć w tym przedstawieniu. Kat znał swój fach. Gdy oddzielił skórę od mięśni, strużka zamieniła się w fontannę, a Balaz zawył, jakby całe jego wnętrze próbowało wydostać się przez gardło. Pomocnicy trzymali go mocno, nie pozwalając na choćby drgnięcie. Egzekutor, z twarzą pozbawioną emocji, pracował z precyzją rzeźbiarza, odsłaniając kolejne warstwy ciała. Zakrwawiony ochłap mięsa, który niegdyś był dłonią, wzbudził obrzydzenie u części służby. Ktoś odwrócił wzrok, ktoś inny zbladł, ale nikt nie odważył się odejść.

Elżbieta siedziała wyprostowana, z dłońmi złożonymi na kolanach. Jej twarz była nieruchoma, a w oczach błyszczała iskra – nie satysfakcji, lecz głodu. Uwielbiała ten moment, gdy strach stawał się namacalny, a jęki ofiar wypełniały komnatę. Dla niej był to nektar, słodki, gęsty, karmiący serce zatrute złem.

W sali sądowej zgromadziła się cała dworska służba, nie z obowiązku, lecz z rozkazu. Elżbieta, miłośniczka publicznych egzekucji, dbała o to, by każde widowisko było pełne krwi i okrucieństwa. Nie chodziło tylko o karę, lecz o spektakl, teatr grozy, w którym ona była reżyserem, sędzią i bogiem. W takich przedstawieniach niekiedy towarzyszył jej mąż, pan zamku, Franciszek Nádasdy, węgierski możnowładca, wojownik, który rzadko przebywał w domu, pochłonięty kampaniami przeciwko Turkom. Ryzykował życie, broniąc kraju przed wyznawcami proroka, a jego imię budziło respekt na polach bitew. Według najnowszych wieści odniósł spektakularne zwycięstwo nad przeważającymi siłami wroga i wkrótce miał powrócić do Czachtic.

Elżbieta nie czekała z utęsknieniem, jej życie nie znało pustki. Wypełniała je rozrywkami, które dla innych byłyby przekleństwem. Znudzona rolą pani zamku poszukiwała emocji. Niestety dla służby, jej zainteresowania ograniczały się do jedynego rodzaju zabawy – czerpała przyjemność z cierpienia poddanych, upajając się własnym sadyzmem.

Balaz błagał o litość, a potem wił się z bólu, tracąc zmysły. I choć krew lała się strumieniami, choć jęki odbijały się echem od kamiennych ścian, Elżbieta nie drgnęła. Patrzyła, słuchała. Chłonęła.

– A teraz... posypcie mu ranę solą – powiedziała wreszcie, przeciągając słowa z rozkoszą, jakby każde z nich było kroplą wina na języku.

Kat nie potrzebował powtórzenia. Wziął garść soli z misy i zbliżył się do Balaza, który właśnie odzyskiwał świadomość.

– Nie, nie, błagam... – Głos parobka był drżący, pełen rozpaczy. – Litości...

Elżbieta podniosła się z krzesła i podeszła bliżej. Jej suknia szeleściła cicho, jakby bała się zakłócić ciszę przed krzykiem. Spojrzała na zakrwawioną dłoń Balaza. Mięśnie porastały kość jak gnijące liście, skóra była już tylko wspomnieniem.

– Litość? – powtórzyła, pochylając się nad nim. Jej głos był miękki, niemal matczyny. – Czy okazałeś ją, gdy zakradałeś się nocą do mojej spiżarni? Gdy wyjadałeś mięso przeznaczone na święto? Gdy piłeś wino, które miało być podane gościom mojego męża?

Balaz próbował odwrócić wzrok, ale pomocnicy kata trzymali go mocno. Elżbieta wyciągnęła rękę i chwyciła go za podbródek.

– Spójrz na mnie. Chcę, żebyś widział, kto cię sądzi. Ja, pani Czachtic, dziedziczka rodu Batorych.

Kat sypnął solą, Balaz zawył. Nie krzyczał – wrzeszczał, jakby całe jego ciało płonęło. Elżbieta zamknęła oczy. Poczuła, jak coś w niej drży. Nie strach, nie wstręt – rozkosz. Motylki w brzuchu jak wtedy, gdy była dziewczynką i pierwszy raz dotknęła ciepłej, ludzkiej skóry. Parobek wił się jeszcze przez chwilę, aż jego ciało zwiotczało. Stracił przytomność. Cisza zapadła jak kurtyna po ostatnim akcie.

Poddani milczeli, czekając. Elżbieta stała nieruchomo, wpatrzona w pieniek, na którym spoczywała zakrwawiona dłoń.

– Wyjść – powiedziała ostro.

Czeladź rzuciła się do drzwi. Nikt nie śmiał spojrzeć jej w oczy, nikt nie odważył się zwolnić kroku. Została sama. Podeszła do pieńka, dotknęła skóry. Przymknąwszy oczy, przyłożyła ją do policzka. Wydawało jej się, że jej cera jaśnieje, zmarszczki znikają, a młodość wraca. Obłęd, wiedziała o tym, ale nie potrafiła przestać. Oparła się o poręcz tronu, jej myśli wirowały. Nie wiedziała, czy traci zmysły, czy to rozłąka z Franciszkiem popycha ją ku ciemności, czy może to przez dzieciństwo i sceny, które widziała w Ecsed...

Klan Batorych był siedliskiem potworów w ludzkiej skórze. Szaleńcy, lubieżnicy, sadyści, wszyscy oni żyli pod jednym dachem, karmiąc się cierpieniem i własnym zepsuciem. Na zamku odbywały się orgie, egzekucje i bluźniercze rytuały, które na zawsze splamiły jego kamienne mury. Chłopi nie chcieli służyć takim panom. Porzucali swoje nędzne poletka, uciekali do Habsburgów, byle tylko nie trafić do Ecsed. Strach przed Batorymi był tak silny, że wiele sług wieszało się w stajniach, rzucało w przepaść, piło truciznę, nie mogąc znieść kolejnego dnia pod ich władzą.

Elżbieta dorastała w tym świecie. Patrzyła, jak jej wuj i dziadek inscenizują makabryczne przedstawienia, jak śmiech miesza się z krzykiem, a krew z winem. Jedna scena, jedna noc wryła się w jej pamięć niczym żelazny hak. Od tamtej pory zło kiełkowało w jej sercu, cicho, niepostrzeżenie, ale nieubłaganie. Ona, mała Elżbieta, patrzyła, bo kazano jej patrzeć. Nie wolno było odwracać wzroku.

Jedna scena, jeden obraz – wuj, dziadek, ogień, krzyk, krew i śmiech – wpełzł w jej wnętrze jak robak, drążąc korytarze w duszy, aż nie zostało nic prócz ciemności. Zamknęła oczy, odpłynęła. Wspomnienie było lepkie, ciemne i niepokojąco słodkie.

***

Elżbieta siedziała przy stole, drobna niby figurka z wosku wśród rozszalałych cieni. Mężczyźni, podchmieleni, rozleniwieni, unosili kielichy w sprośnych toastach, a ich twarze, umazane tłuszczem i winem, lśniły w blasku świec jak maski demonów. Czerwone plamy rozlewały się na śnieżnobiałym obrusie, tworząc wzory przypominające mapy bitew – krwawe, chaotyczne, niepokojąco żywe. Kobiety, blade jak marmurowe posągi, z policzkami rumianymi niczym świeżo rozcięta skóra, śmiały się głośno, bezwstydnie ukazując swoje wdzięki. Uczta Batorych przypominała rozpasane rzymskie orgie, nikt nie znał umiaru, nikt nie znał wstydu. Mięso znikało z półmisków, a wino lało się strumieniami, jakby miało zmyć grzechy, których nikt nie zamierzał żałować.

Elżbieta czuła się obco otoczona przez krewnych, których twarze wydawały się upiorne, demoniczne, jak gdyby wyjęte z kart bestiariusza. Wujowie i ciotki przypominali gnomy, stworzenia z mrocznych czeluści ziemi. Słyszała opowieści o potworach zamieszkujących zamek, o ludziach, którzy pili krew i śmiali się, gdy inni płakali. O zdziczałych rzezimieszkach, którzy wypełzli z piekła, by nękać ludzkość. Tak właśnie widziała swoją rodzinę, tak właśnie ich czuła.

Dopiero co skończyła siedem lat. Ucztę wydano na jej cześć, ale dziewczynce zamiast radości towarzyszyło napięcie. Rodzina zjechała się ze wszystkich stron Siedmiogrodu – obcy, choć spokrewnieni. Ich obecność była ciężarem, nie świętem.

Najbardziej bała się dziadka. Starzec, na wpół ślepy, ze szklaną protezą w oczodole, z włosami jak pajęczyna opadająca na kark, był dla niej uosobieniem grozy. Jego twarz, trójkątna, porośnięta rzadką szczeciną, z krzaczastymi brwiami i zakrzywionym nosem, przypominała oblicze trolla z zakazanych bajek, których słuchała w tajemnicy przed matką. Zęby miał sczerniałe, jakby wyjęte z paszczy parobka, który całe życie gryzł kamienie. Za każdym razem, gdy uśmiechał się do niej, Elżbieta zakrywała oczy. Nie chciała patrzeć, nie chciała czuć, ale nie mogła uciec.

– Nie bój się, dziecko – powiedział dziadek, nachyliwszy się nad nią. – Zaraz zrozumiesz, dlaczego świat potrzebuje takich jak my.

Ciotki przestały się śmiać, wujowie odstawili kielichy.

– Chłopi to bydło – rzucił ktoś z końca stołu. – Jeśli nie poczują bata, nie będziesz mieć z nich pożytku.

Elżbieta nie rozumiała, ale słuchała i choć jej serce biło szybko, a dłonie drżały, nie zapytała ani nie zaprzeczyła. Tego wieczoru miała nauczyć się, że władza nie zna litości, a przemoc to język, którym mówi się do tłumu.

Gdy dziadek zwracał się do niej, Elżbieta kurczyła się jak liść w ogniu. W jednej chwili znikała z krzesła, wskakując na kolana matki. Ta śmiała się wówczas głośno.

– Zobaczcie tylko, nasza mała Batorówna boi się własnego dziadka! Jakby był smokiem, a nie seniorem rodu!

Rodzina wtórowała, wujowie klaskali, ciotki chichotały, a Elżbieta czuła, jak wstyd rozlewa się po jej ciele niczym gorący miód. Ale była bystra, wiedziała, kiedy milczeć, kiedy nie patrzeć i kiedy zniknąć.

Wśród służby krążyły mroczne opowieści, których treść trwożyła nawet najmężniejsze serca. Istvan Batory już za życia obrósł legendą, mroczną i krwawą. Mówiono, że żywi się ludzkim mięsem; że w lochach zamku przechowuje beczki z solonymi ciałami, jak inni trzymają dziczyznę na zimę. Czasem dla zabawy drażnił się z Elżbietą, udając, że chce ją pożreć. Zębami muskał jej palce, jakby był głodnym zwierzem, a ona wrzeszczała wtedy przerażona, ku uciesze zgromadzonych. Inni powiadali, że stary jest wampirem, pije krew swoich poddanych, wysysa z nich życie, by przedłużyć własne. Elżbieta nie wiedziała, co jest prawdą, ale jedno było pewne – mimo wieku, Istvan wciąż emanował siłą. Nie taką, którą widać w mięśniach, lecz tą, która czai się w spojrzeniu. Nikt nie śmiał mu się sprzeciwić.

Nie tylko on był dziwny.

Kuzyn Tamas biegał nocami nago po zamku. Gdy księżyc w pełni wspinał się nad wieżę, wył jak wilk, z twarzą wykrzywioną w grymasie ekstazy. Spędzał noce, rozmawiając z gwiazdami, których nikt poza nim nie widział – jakby niebo było jego jedynym powiernikiem, a szaleństwo formą modlitwy.

Ciotka Klara miała obsesję na punkcie kości. W swojej komnacie zgromadziła osobliwą kolekcję – czaszki, piszczele, żuchwy, białe relikwie śmierci poukładane z niemal muzealną precyzją. Nikt nie wiedział, skąd je brała. Tworzyła z nich biżuterię i ozdoby, które zakładała na specjalne okazje, manifestując swoje oddanie temu, co martwe. Powiadano, że w jej łożu sypiał kościotrup. Elżbieta próbowała się wkraść do sypialni ciotki, ale drzwi były zawsze zamknięte.

Dziewczynka rosła wśród potworów i opowieści, wespół z ludźmi, którzy uczyli ją, że strach to narzędzie, a krew – waluta.

Uczta trwała. Mięso parowało na półmiskach, wino lało się bez umiaru, a śmiech wujów przypominał ryk zwierząt. Ciotka Klara opowiadała właśnie historię o trupie, który przemówił do niej w snach. Tamas siedział obok z nieruchomą twarzą; księżyc nie był jeszcze w pełni, ale już go przyciągał jak magnes.

Elżbieta obserwowała. Nie jadła ani nie piła, jej oczy przesuwały się po twarzach tłustych, czerwonych, rozbawionych, z których każda była jak maska. Każdy grał swoją rolę, dziadek – tyrana, matka – kapłanki, Klara – wiedźmy, Tamas – bestii. Pozostali byli tylko marionetkami, aktorami w sztuce, której scenariusz pisał sam Bóg.

Wtedy przyszła myśl, nie jak błysk, nie jak objawienie, raczej jak szept, cichy i niepokojący: Może to nie są potwory? Może tylko udają…?

Elżbieta zadrżała z ekscytacji. Bo jeśli to teatr, jeśli wszystko jest grą, to znaczy, że można grać. Można być kimś innym niż się jest. Spojrzała na matkę, która właśnie poprawiała suknię, odsłaniając ramię gestem pełnym wyćwiczonej kokieterii, jakby chciała przypomnieć wszystkim, że była kiedyś najpiękniejsza w Siedmiogrodzie. Jej uśmiech był wyuczony, ruchy niemal rytualne. Oni grają, cały czas.

Batorówna pochyliła się nad kielichem. Wino pachniało, dotknęła jego powierzchni palcem, zostawiając ślad. Potem spojrzała na dziadka. Ten właśnie opowiadał, jak kiedyś kazał rozszarpać chłopa końmi, bo ten splunął akurat na jego cień.

– Bo cień pana to też pan – tłumaczył z wyższością.

Wujowie klaskali, ciotki piszczały, a Elżbieta myślała: Jeśli cień może być panem, to i dziecko może być królem. Uśmiechnęła się po raz pierwszy tej nocy, nie szeroko, nie radośnie, ale świadomie. Zrozumiała, że nie musi się już bać. Wystarczy, że nauczy się odgrywać swoją rolę.