Hrabina Cagliostro. Córka Józefa Balsamo - Maurice Leblanc - ebook
Opis

Powieść opowiada o początkach „kariery” Arsène’a Lupine’a. Kierowany honorem ratuje on przed śmiercią pewną tajemniczą piękność – hrabiankę Cagliostro. Kobieta mimo nieprzeciętnej urody jest zimna i bezwzględna. Pod jej okiem bohater doskonali swój złodziejski fach. Między Arsène’em a hrabiną wywiązuje się płomienny romans. Oboje marzą o bogactwie. Rozpoczyna się wyścig po wielki skarb mnichów...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 262

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Maurice Leblanc
Hrabina Cagliostro
Córka Józefa Balsamo
Tłumaczenie: Jan Las
Warszawa 2016
Rozdział I
Arsène Lupin w dwudziestym roku życia

Raul d’Andrassy zeskoczył z roweru i zgasił latarnię płonącą u kierownicy białym, ostrym światłem. Rozejrzał się wokoło i, wyszukawszy rozłożysty krzak, starannie ukrył pod nim rower. W tej samej chwili zegar na wieży kościelnej w Bénouville wybił godzinę trzecią.

Okryty głębokim mrokiem nocy młody człowiek szedł polną ścieżką prowadzącą do majątku Haie d’Etigues; po krótkim marszu zbliżył się do muru okalającego pałac – starą, wspaniałą rezydencję magnacką. Zatrzymał się przez chwilę, nadsłuchując z natężeniem: dobiegł go odgłos kopyt końskich uderzających o bruk podwórza, głuchy turkot toczącego się przez nie powozu, echo głośnej detonacji i wreszcie przeraźliwy zgrzyt szeroko otwieranej bramy. Jakiś brek go minął i zanim Raul zdołał cośkolwiek rozróżnić w bezładnym gwarze dobiegających zeń głosów – już woźnica skręcił na szosę prowadzącą ku Étretat.

Polowanie – pomyślał młodzieniec. – Bez wątpienia jadą aż na Skały, a że jest to daleko, będę więc miał dość czasu, aby wykryć, zanim powrócą, co oznacza to zaimprowizowane tak z nagła zebranie łowieckie, te bezustanne przyjazdy, wyjazdy i narady.

Skręciwszy na lewo szedł wzdłuż muru; uszedłszy czterdzieści kroków zatrzymał się i wyciągnąwszy z kieszeni dwa klucze, jednym z nich otworzył wąskie, niskie drzwi w murze. Po starych, na pół walących się schodach wspiął się na pierwsze piętro jednej z pałacowych oficyn; drugim kluczem otworzył tajne drzwiczki i znalazł się w długim ciemnym korytarzu. Służba pałacowa mieściła się po przeciwnej stronie, a drugie piętro oficyn zamieszkiwała Klaryssa d’Etigues, jedyna córka starego barona. Raul wiedział o tym, toteż bez najmniejszej obawy i nie zachowując żadnych środków ostrożności, skierował się w stronę gabinetu barona; w tym to wielkim, poważnie umeblowanym pokoju przed paroma zaledwie tygodniami prosił barona o rękę córki. Tutaj spotkała go gwałtowna, obelżywa odmowa, której wspomnienie dziś jeszcze budziło w nim uczucie niepohamowanego gniewu.

Duże lustro ścienne przesłało mu odbicie jego bladej, ściągłej twarzy; Raul d’Andrassy zatrzymał się chwilę, aby przy świetle kieszonkowej latarki przyjrzeć się sobie. Ale że nie zwykł był tracić czasu i w każdej sytuacji pamiętał o raz nakreślonym celu, więc po paru chwilach z zupełnym spokojem i zimną krwią zabrał się do roboty.

Nie była ona ani długa, ani zbyt skomplikowana; podczas owej burzliwej rozmowy z ojcem Klaryssy młody człowiek zauważył, iż spojrzenie starego barona biegło, ze źle ukrywanym niepokojem, ku wielkiemu mahoniowemu biurku, którego ruchome wieko nie było podniesione. Raul znał budowę najbardziej skomplikowanych mechanizmów i umiał otworzyć najoporniejszy zamek; toteż po krótkim wysiłku opuścił wieko staroświeckiego biurka i zabrał się do przetrząsania wszystkich jego skrytek. W jednej z nich znalazł list pisany na bardzo cienkiej bibułce i nie zawierający ani podpisu ani adresu.

Treść jego w pierwszej chwili wydała mu się bez znaczenia, z niektórych zdań jednak umyślnie urywanych, ze słów, których podwójnego znaczenia się domyślał, zdołał po pewnym czasie odbudować tekst następujący:

Udało mi się w Rouen natrafić na ślady nędznicy. Pomieściłem więc w tamtejszych gazetach notatkę, iż pewien włościanin z okolic Étretat, kopiąc swe pole, natrafił na świecznik siedmioramienny. Dowiedziałem się, iż wkrótce potem wysłała depeszę do naczelnika stacji w Fécamp z prośbą o zamówienie jej koni na dworzec, na godzinę 3 po poł. w dniu 12 bm. Tegoż dnia rano depesza ta zostanie odwołana; w ten sposób konie, które zastanie na stacji, będą Twoimi końmi i zawiozą ją do nas, na nasze zebranie. Będziemy więc mogli ją osądzić i wyrok wykonać z całą surowością. Nie przesądzając o wyniku, radziłbym jednak pamiętać o naszej ostatniej rozmowie, a przede wszystkim o tym, iż całe powodzenie naszego zamysłu, ba, po prostu bezpieczeństwo naszego życia, zależy od tej piekielnicy. Zaklinam Cię, abyś był rozsądnym. Pod pozorem polowania zwołaj naszych przyjaciół. My trzej przybędziemy przez Hawr i staniemy na miejscu punkt o czwartej. List ten zwrócisz mi przy spotkaniu.

Zbytek ostrożności jest także błędem – pomyślał Raul – gdyby zamiast chować ten list celem zwrotu nieufnemu autorowi, baron go spalił, nie dowiedziałbym się nigdy, iż projektuje tu porwanie, a może nawet morderstwo. Mimo całej swej pozornej pobożności przyszły mój teść wplątał się w bardzo brzydką sprawę. Ale im gorzej dla niego, tym lepiej dla mnie.

Raul zatarł ręce; niezwykła ta sprawa pociągała go. Nie była dlań zresztą zupełnie nieoczekiwana. Niektóre bowiem, na pozór drobne fakty od dawna już obudziły jego czujność. Przyprowadziwszy biurko do porządku, postanowił wrócić do zajazdu, przespać się, a nazajutrz zawczasu objąć czaty, aby być świadkiem tego, co przedsięweźmie baron i jego przyjaciele przeciwko piekielnicy, której zguby tak zdawali się pragnąć.

Raul jednak nie odszedł; jakby mimo woli zatrzymał się przed małym stolikiem, na którym stała fotografia Klaryssy d’Etigues. Z niewypowiedzianą tkliwością wpatrzył się w delikatne, śliczne rysy dziewczęcia. Klaryssa była niewiele młodsza od niego, miała lat osiemnaście; wielkie marzące oczy koloru najczystszego błękitu spoglądały spod bujnej czupryny barwy roztopionego złota, świeże pąsowe usta uśmiechały się niewinnie a kusząco w delikatnej, dziecinnie różowej twarzyczce.

Jakaś chmura przysłoniła twarz młodzieńca: Klaryssa była opodal i to sama. Dzięki tajemniczemu przejściu, które mu pokazała, i kluczom, w jakie go zaopatrzyła, zdołał już dwukrotnie, niepostrzeżony przez nikogo, widzieć się z nią w godzinach popołudniowych. Czemuż nie miałby pójść do niej teraz? Służba nocowała zbyt daleko, aby usłyszeć jakikolwiek szmer, a baron mógł wrócić dopiero przed wieczorem.

Raul nie mógł oprzeć się pokusie, wiedziony dumą, miłością, pożądaniem biegł szybko na schody wiodące ku pokojom ukochanej. Ale drzwi tych pokoi były zamknięte i młody człowiek, sam nie zdając sobie sprawy czemu, zatrzymał się na ich progu. Z taką łatwością, z takim pośpiechem wchodził tu już dwukrotnie, ale było to we dnie. Jakież inne znaczenie miał ten sam krok w nocy!

Wahanie jednak nie trwało długo. Raul zapukał i zawołał z cicha:

– Klarysso... Klaro... to ja.

Głucha cisza była całą odpowiedzią; młody człowiek zapukał natarczywiej, jeszcze i jeszcze raz. Wówczas drzwi uchyliły się nieco i młoda dziewczyna stanęła na progu. W łagodnym świetle nocnej lampy Raul dostrzegł drżenie jej rąk, bladość, przestrach, jaki malował się w jej spojrzeniu – i wzruszył się.

– Najdroższa moja – szepnął – wybacz mi... Nie uczynię ci nic złego. Chciałem Cię tylko zobaczyć i oddalę się na pierwsze twoje żądanie.

Gdyby Klaryssa mogła była usłyszeć te słowa i zdać sobie z nich sprawę, byłaby uratowana; niestety, przestrach i wzruszenie odebrały jej przytomność i siły. Chciała się gniewać, chciała się bronić. Ale ani jedno słowo nie wyszło z jej ust, a ramię jej nie mogło wykonać ani jednego ruchu. Pobladła bardziej jeszcze, zachwiała się i zemdlona upadła na ziemię. Raul był już przy niej, uniósł ją w ramionach i tuląc do piersi, pocałunkami starał się przywołać ją do przytomności.

Spotkali się trzy miesiące temu na południu Francji, gdzie Klaryssa bawiła u szkolnej przyjaciółki, i pokochali się od pierwszego wejrzenia. Dla niego miłość ta była czymś nieskończenie drogim, czymś świętym, co podtrzymywało go i przyświecało mu w najśmielszych jego zamiarach; dla niej były to więzy ciężkie, ale z każdym dniem droższe. Kochała Raula, nie mogąc zrozumieć jego natury bogatej, ale tak nieuchwytnej, tak zmiennej. Jego lekkomyślność, ironia, jego duma – przestraszały ją, ale nie mogła oprzeć się temu czarowi, jaki wokół siebie roztaczał. Nawet jego wady wydawały się jej zaletami; kochała w nim nawet to, czego zrozumieć nie mogła.

Po powrocie do Normandii, zauważyła któregoś ranka jego zgrabną postać naprzeciw swych okien. Zamieszkał w pobliskim zajeździe i co dzień widywał się z nią potajemnie.

Klaryssa nie miała matki; mieszkała stale przy ojcu, który mało się nią zajmował. Był to zresztą, przy całej swej przesadnej pobożności, człowiek twardy, gwałtowny i próżny. Dzierżawcy i włościanie nienawidzili go, a gdy Raul, nie będąc mu nawet formalnie przedstawionym, zdobył się na czelność proszenia go o rękę jego córki, stary baron wpadł we wściekłość i byłby obił szpicrutą niefortunnego konkurenta, gdyby Raul nie był go pohamował jednym z tych spojrzeń, jakimi się poskramia dzikie zwierzęta. Pan d’Andrassy, nie był zresztą istotnie odpowiednią partią dla panny d’Etigues; nikt nie znał jego rodziny, a on sam był młodzikiem bez fortuny i bez stanowiska.

Klaryssa jednak spoglądała nań innymi oczyma; dla niej był on całym światem; z zaufaniem młodego, niewinnego dziewczęcia powierzyła mu klucze swego buduaru, a on dziś wyzyskał to zaufanie z całą bezwzględnością zakochanego...

Następnego ranka panna d’Etigues nie zeszła na śniadanie, lecz kazała je sobie przynieść do sypialni; Raul ukrył się w przyległym pokoju. Po śniadaniu usiedli pod oknem i długo wpatrywali się w morze objęci tkliwym uściskiem, myśląc o minionej nocy, która złączyła ich silniej niż wszystko, co sobie dotychczas powiedzieli.

Klaryssa płakała...

Raul ujął jej dłonie i szepnął łagodnie.

– Nie smuć się, kochanie. W naszym wieku życie jest tak piękne! Wierzaj mi, że pokonamy wszystkie przeszkody i zdobędziemy szczęście.

Klaryssa obtarła oczy i usiłowała się uśmiechnąć; spojrzenie jej z niewypowiedzianą tkliwością spoczęło na ukochanym: był smukły, ale silnie zbudowany, śmiałe, lecz zarazem wesołe spojrzenie jego oczu przeczyło ironicznemu wyrazowi ust. Ubrany w krótkie spodnie sportowe i doskonale skrojoną marynarkę, wyglądał zgrabnie i elegancko.

– Raulu – szepnęła z wyrzutem – spoglądasz na mnie, a jednak czuję, że myślą jesteś gdzieś daleko. Czyż po tym wszystkim, co między nami zaszło, nie umiesz mi poświęcić niepodzielnie tych kilku godzin naszego sam na sam? O czym myślisz, Raulu?

Młody człowiek roześmiał się.

– O twoim ojcu – odparł.

– O moim ojcu?

– O nim i o jego gościach. Powiedz mi, jak mogą ludzie w ich wieku spędzać całą noc i prawie cały dzień na strzelaniu do Bogu ducha winnych ptaków?

– To ich bawi.

– Tak myślisz, Klaro? A ja ci powiem otwarcie, że gdybyśmy nie żyli w roku 1894 posądziłbym twego ojca... wiesz o co? O spisek. Markiz de Rolleville, pan de la Beaupaliere, hrabia Oskar de Bennetot, pan Roux d’Estieres – wszyscy ci zacni panowie z prowincji Caux zebrali się tu dla spisku.

Klaryssa uśmiechnęła się z niedowierzaniem.

– Żartujesz, mój drogi.

– A jednak tak chętnie mi się przysłuchujesz – odparł Raul przekonany, że dziewczę nie zrozumiało nic z tego, co mówił – i widzę po twych oczach, że czekasz kiedy przejdę do poważniejszych tematów.

– Na temat miłości – odparła Klaryssa, obejmując szyję kochanka.

– Całe moje życie jest i będzie tylko miłością dla ciebie, Klaro. Wszystkie moje kłopoty, wszystkie zmartwienia związane są z niemożnością zdobycia ciebie, wszystkie poczynania dążą tylko do tego celu. Wyobraź sobie taką sytuację, maleńka: twój ojciec, jako spiskowiec zostanie aresztowany i skazany na śmierć – a ja go wyratuję. Czyżby mógł mi wówczas odmówić ręki swej córki?

– Tak czy inaczej, wcześniej czy później, ojciec ustąpi naszym prośbom.

– Nigdy... nie posiadam majątku... żadnego poparcia...

– Masz swoje imię... Raul d’Andrassy...

– Nie mam nawet tego. D’Andrassy jest panieńskim nazwiskiem mojej matki; owdowiawszy, wróciła doń za namową rodziny, która była zawsze przeciwna jej małżeństwu.

– Czemu? – spytała Klaryssa, zdziwiona tymi nieoczekiwanymi wiadomościami.

– Czemu? Bo mój ojciec był sobie zwykłym śmiertelnikiem, bez tytułu, bez majątku... biedny jak Hiob. Zwykły, skromny nauczyciel i to jeszcze jaki? Nauczyciel gimnastyki, fechtunku i boksu!

– Więc jakie jest twoje prawdziwe nazwisko?

– Bardzo, bardzo pospolite, moja biedna Klarysso.

– Ale powiedz mi wreszcie, jak się nazywasz.

– Arsène Lupin...

Klaryssa siedziała bez ruchu. Dla niej osobiście nazwisko jego było rzeczą obojętną, ale myślała o ojcu, dla którego szlachectwo było kwestią pierwszej wagi, warunkiem, od którego nie byłby za nic odstąpił przy wyborze zięcia.

– Nie powinieneś był się wypierać swego ojca – szepnęła wreszcie – być nauczycielem nie jest żadną hańbą.

Raul roześmiał się śmiechem, którego dźwięk dziwną przykrość sprawił Klaryssie.

– Żadną hańbą – powtórzył – i mogę cię zapewnić, że lekcje boksu i gimnastyki, jakich mi mój ojciec nie szczędził, nieraz mi się już dobrze przydały. To matka moja miała przyczyny, dla których „wyparła” się ojca, przyczyny, o których nie wspominam, gdyż nikogo nic nie obchodzą.

Z nagłą, nieoczekiwaną tkliwością objął ją i zaczął tańczyć i skakać po pokoju.

– Uśmiechnijże się, malutka – zawołał – wszystko to jest niesłychanie komiczne. Arsène Lupin – Raul d’Andrassy – czyż to nie wszystko jedno! Najważniejszą rzeczą w życiu jest odrobina szczęścia a ja je posiadam. Nie spotkałem wróżki czy Cyganki, która by mi nie przepowiedziała sławy i majtku. Raul d’Andrassy lub, kto chce, Arsène Lupin, będzie ministrem, generałem, wynalazcą może. To moje powołanie, to mój los. Do tego się przygotowałem i na to czekam. Muskuły mam ze stali i głowę nie do pozłoty. Czy chcesz, abym stanął na rękach, żebym cię uniósł do góry, jak piórko, czy może wolisz, abym ci recytował Homera po grecku i Miltona po angielsku? Boże, jakie to życie piękne! Raul d’Andrassy... Arsène Lupin... dwa oblicza bożka Janusa. Na jedno z nich padnie promień sławy.

Umilkł nagle. Jego wesołość prysła bez śladu; uważnie obejrzał się po cichym, wytwornym buduarku, którego ciszę zamącił tak, jak zamącił spokój duszy młodego dziewczęcia, i w jednym z tych porywów, które przychodziły zupełnie nieoczekiwanie i stanowiły nieodparty jego urok – ukląkł przed Klaryssą.

– Wybacz mi, jedyna – szepnął – nie powinienem był przyjść tu i nadużyć twego zaufania. Postąpiłem źle, bardzo źle, ale nie mogłem się oprzeć... zło i dobro pociąga mnie jednakowo.

Wiem jednak, że ty, Klarysso, wskażesz mi zawsze dobrą drogę i wybaczysz moje błędy.

Klaryssa ujęła jego głowę w obie dłonie i odparła:

– Nie mam ci nic do wybaczenia, jedyny. Uczyniłeś mnie szczęśliwą, ale gdybyś mi zadał cierpienie, zniosę je z radością. Masz, daruję ci moją fotografię; noś ją przy sobie i postępuj tak, abyś nie potrzebował nigdy czerwienić się, patrząc na nią. Pamiętaj, że pozostanę dla ciebie na zawsze tym, czym jestem dzisiaj: twoją ukochaną i twoją żoną. Pamiętaj, że kocham cię, Raulu!

Pocałowała go w czoło, a on, śmiejąc się znowu, powstał z kolan.

– Tym pocałunkiem pasowałaś mnie na rycerza – rzekł. – Wierz mi, iż czuję się niezwyciężony i że potrafię zgnieść każdego przeciwnika. Czas turnieju zresztą już nadszedł.

Plan Raula – bo tak w dalszym ciągu nazywać będziemy naszego bohatera – plan Raula był niezmiernie prosty: pośród gęstwiny drzew przywierających do okalającego zamek muru, stała niska wieżyczka. Tutaj baron załatwiał interesy ze swymi dzierżawcami i tu, jak domyślał się Raul, miało się odbyć zebranie spiskowców. W jednej ze ścian wieży przebite zostało niegdyś przejście; dziś na pół zasypane gruzem i porośnięte bluszczem, było dostatecznie długie i wysokie, aby pomieścić dorosłego mężczyznę. Stąd też postanowił Raul być świadkiem zebrania; kryjówka, jaką wybrał, była doskonała; usunąwszy nieco gruz, zasłaniający przejście, Raul doskonale widział całą salę, a żadne słowo nie mogło ujść jego uszu.

Sala, jaką miał przed sobą, była dość obszerna; prócz wielkiego stołu, ławki kościelnej i dwudziestu krzeseł – nie znajdowało się w niej nic.

Godzina upłynęła prawie, a Raul czekał w kryjówce i czas zaczął mu się już dłużyć, gdy drzwi prowadzące do sali otwarły się i wszedł stary baron w towarzystwie jednego ze swych przyjaciół.

Baron Godefrey d’Etigues był tęgim, muskularnym mężczyzną, o ceglasto czerwonej twarzy, okolonej gęstą brodą, o spojrzeniu twardym i przenikliwym. Towarzysz jego – znany Raulowi z widzenia – był to jego kuzyn, Oskar de Bennetot, sprawiający wrażenie ociężałego, gburowatego, normandzkiego junkra. Obydwaj mężczyźni wydawali się bardzo podnieceni.

– Prędzej – dyrygował baron. – La Beaupalien, Roleville i d’Auppagard zaraz nadejdą. O czwartej przybędzie Beaumagnan z księciem d’Arcole, a de Brie dostanie się tutaj przez ogród warzywny, którego bramę umyślnie pozostawiłem otwartą. Później... później... gdy wszyscy się zbiorą, przybędzie i ona.

– O ile w ogóle wpadnie nam w ręce – mruknął Bennetot.

– Czemuby wpaść nie miała? Wszystko obmyślone jest bez zarzutu. Zamówiła karetę. D’Ormont będzie woźnicą; w okolicy Quatre Chemins Roux d’Estieres wskoczy do karety, obaj z d’Ormontem zwiążą damę i przywiozą ją tutaj. Ten plan musi się udać.

Rozmawiający stali tuż koło kryjówki Raula.

Bennetot szepnął:

– A potem?

– Potem wyjaśnię zebranym całą sytuację i rolę, jaką ta kobieta odgrywa w naszych sprawach.

– I myślisz, że ją osądzą?

– Tak czy inaczej sprawa się wyjaśni. Beaumagnan nalega na to. Czy można mu odmówić?

– Boże – westchnął Bennetot – ten człowiek nas zgubi.

Baron d’Etigues zmarszczył brwi z wyrazem niezadowolenia.

– Tylko podobny mu człowiek może walczyć z taką kobietą. Czyś przygotował wszystko?

– Obie łódki są w przystani. Mniejsza jest przedziurawiona i w dziesięć minut po zepchnięciu na wodę pójdzie na dno.

– Nie zapomniałeś jej obciążyć?

– Przygotowałem spory kamień, który przywiążemy liną.

Obaj umilkli na chwilę.

Raul słyszał każde słowo tej rozmowy, a w miarę jak słuchał, ciekawość jego rosła.

– Do licha – pomyślał – nie odstąpię swego miejsca za najbogatsze królestwo. Co za przyjemni jegomoście! Rozmawiają o morderstwie, jak o partii wista.

Zachowanie barona d’Etigues zdumiewało go najbardziej. Jak mogła delikatna, słodka Klara być córką tego człowieka? Jakie cele, jakie przyczyny kierowały nim w tej brudnej sprawie? Nienawiść, okrucieństwo, zemsta, czy też pogoń za osobistą korzyścią? Raul próżno biedził się nad tym pytaniem.

Trzej nowi spiskowcy, których Raul znał również z widzenia jako stałych gości zamku, nadeszli niebawem. Najstarszy z nich, którego postawa i ruchy przypominały wojskowego, zatrzymał się w progu.

Wszyscy obecni powstali i zbliżyli się ku niemu, a Raul domyślił się, iż on to właśnie musiał być autorem owego tajemniczego listu; on też był tym oczekiwanym, którego obawiał się Bennetot i którego baron nazwał Beaumagnanem.

Aczkolwiek w całym tym zebraniu on jeden nie posiadał ani tytułu ani nawet szlacheckiego nazwiska, jednak witano go z oznakami widocznego szacunku i traktowano jako przywódcę. Z powagą a zarazem i wielką pewnością siebie zbliżył się do przeznaczonego sobie miejsca, tłumacząc się, iż nie mógł, niestety, przyprowadzić swego przyjaciela, doktora de Brie. Potem, zwracając się do idącego za nim w milczeniu mężczyzny, przedstawił go zebranym.

– Książę d’Arcole... Wiadomo jest panom, nieprawdaż, że książę, choć nigdy dotychczas nie uczestniczył w naszych zebraniach, jednak należał zawsze do naszego grona. Z oddali współpracował z nami i to bardzo wydatnie. Dzisiaj świadectwo jego będzie nam bardzo potrzebne, gdyż w roku 1870 książę zetknął się dwukrotnie z tą piekielnicą, która nam zagraża.

Raul poczuł się nieco rozczarowany; „piekielnica” znająca księcia przed dwudziestu czterema laty musiała prawdopodobnie liczyć koło pięćdziesiątki, a on miał nadzieję ujrzeć młodą, może nawet piękną kobietę.

Książę zajął miejsce, a Beaumagnan, odciągnąwszy na bok barona, rozpoczął z nim cichą, lecz bardzo ożywioną rozmowę. Pan d’Etigues coś najwidoczniej przedkładał, lecz Beaumagnan przerwał mu energicznym ruchem ręki. Potem odebrał odeń kopertę zawierającą prawdopodobnie ów kompromitujący list.

– Piekielnica będzie utopiona – szepnął w duchu Raul – ten pan tak zdecydował, a dość spojrzeć nań, aby widzieć, że umie postawić na swoim.

Beaumagnan tymczasem zwrócił się do obecnych z krótką przemową.

– Przyjaciele, wiecie wszyscy, jak ważna, brzemienna w skutki jest dla nas chwila obecna. Jesteśmy wszyscy złączeni dążeniem do jednego wspólnego celu, a tym samym i wspólną pracą. Podzielamy wszyscy to przekonanie, iż dobro naszej ojczyzny, stronnictwa i religii – bo wszak te trzy pierwiastki złączone są ze sobą nierozdzielnie – dobro ich, powtarzam, zależy od powodzenia naszego planu. Ale od pewnego czasu spryt kobiety, którą tu dziś mamy sądzić, a która szuka rozwiązania tej samej co i my tajemnicy, krzyżuje wszystkie nasze plany. Ona albo my; wyboru nie ma, tak jak nie ma miejsca na świecie dla niej i dla nas. Jej powodzenie byłoby naszą zgubą. Pamiętajmy o tym i miejmy nadzieję, że walka tak bezlitośnie zaczęta rozstrzygnie się na naszą korzyść.

Beaumagnan usiadł. Raul dojrzał, że oparłszy łokcie na poręczach fotela, zasłonił twarz dłońmi i pochylił swą wysoką postać tak, jak gdyby chciał się ukryć za plecami towarzyszy.

Upływały długie chwile, nikt się nie odzywał.

Uwaga wszystkich zwrócona była na najlżejszy szmer, który dobiegał z zewnątrz; myśl ich krążyła koło tej kobiety, która niebawem miała stanąć przed nimi.

Nagle baron podniósł rękę; z szosy dobiegał rytmiczny tętent kłusującego konia.

– Kareta – szepnął ktoś.

Godefroy d’Etigues zbliżył się do drzwi. Jak zwykle ogród był pusty, gdyż służba skupiała się zawsze na wielkim podwórzu przy głównym wejściu do zamku.

Tętent się zbliżał, kareta zjechała z szosy w drogę wiodącą do zamku, potem mignęła z dala w furtce wjazdowej i wjechała do parku. Woźnica dawał jakieś znaki, stary baron zawołał:

– Zwycięstwo, wiozą ją!

Konie stanęły. D’Ormont zeskoczył z kozła i wraz z baronem d’Etigues pośpieszył ku karecie, skąd Roux d’Estieres wynosił szczupłą, mocno związaną postać, której głowa owinięta była gazowym szalem. We trzech zanieśli ją do sali i posadzili na kościelnej ławce.

– Wszystko poszło jak z płatka – opowiadał d’Ormont – najspokojniej wsiadła do karety na dworcu, nie mając widocznie najlżejszych podejrzeń. Związaliśmy ją i obezwładnili, zanim zdążyła wydać jakiś dźwięk.

– Zdejmijcie ten szal – komenderował baron – i rozwiążcie ją.

Niecierpliwy jak zawsze sam rozcinał sznury. Tymczasem d’Ormont odwinął szal, który zasłaniał twarz kobiety.

Uwięziona podniosła głowę – w tej samej chwili jeden ogromny okrzyk zdumienia wyrwał się z ust obecnych – kobieta, którą mieli przed sobą, jaśniała urodą i blaskiem młodości.

Książę d’Arcole, który stał w pierwszym szeregu, nagle cofnął się i zasłaniając twarz rękoma jęknął:

– To ona, poznaję ją... Ale Boże, jakież to potworne!

– Co to znaczy? Co jest potworne? – zapytał baron. – Co chcesz książę powiedzieć?

Zapytany zwrócił ku niemu głowę i wymówił z trudnością te zagadkowe słowa:

– Potworne... że nie zestarzała się ani o jeden dzień, ani o jedną godzinę. Jest równie młoda jak przed dwudziestu czterema laty!

Uwięziona siedziała wyprostowana, bez ruchu, z rękoma złożonymi na kolanach; kapelusz zsunął się jej z głowy, a bujne falujące włosy spływały niemal do kolan, podtrzymywane wspaniałym złoconym grzebieniem.

Pod nawałą włosów twarz jej wydała się Raulowi niezwykle piękna: było w niej coś tajemniczego i coś pociągającego nieprzeparcie, jakiś uśmiech niedostrzegalny, a jednak wyczuwalny, uśmiech, który przypominał portrety Leonarda da Vinci i Bernardina Luiniego, a którego nie zdołało wypłoszyć nawet przerażenie. Strój jej był bardzo prosty; spod poszarpanego, podróżnego płaszcza wyglądała szara, skromna suknia.

– Ta piekielnica – pomyślał Raul, który nie spuszczał z niej oka – ta piekielnica jest doprawdy czarująca i wygląda jak uosobiona niewinność. Czyż doprawdy aż dziesięciu mężczyzn musiało się zebrać, aby pokonać, aby zgnębić jedną kobietę?

Spostrzegł, iż uwięziona rozgląda się uważnie po sali, przypatrując się zarazem ukradkiem baronowi i jego przyjaciołom, a przede wszystkim tym spomiędzy nich, którzy starali się ukryć w cieniu.

Wreszcie zapytała:

– Co to wszystko znaczy? Czego panowie chcecie ode mnie? W niczym wam nie zawiniłam i nawet nie znam żadnego z was.

– Jesteś pani naszym najgorszym wrogiem – odparł jej d’Etigues.

Wstrząsnęła głową i odparła z zupełnym spokojem:

– To jakieś nieporozumienie... pan mnie bierze za kogo innego. Nazwisko moje jest Pellegrini.

– To nieprawda – zaprzeczył baron.

– Zapewniam pana...

– Nieprawda – powtórzył dobitnie.

I zwracając się do obecnych, wymówił z całą powagą słowa, które zabrzmiały dziwniej jeszcze niż uwaga księcia d’Arcole:

– Pellegrini, to jedno z wielu imion, pod jakimi ukrywał się w osiemnastym wieku człowiek, którego córką ta pani się mianuje...

Nie odpowiedziała od razu, była jakby oszołomiona tym, co usłyszała, a czego zdawała się nie rozumieć. Wreszcie zagadnęła:

– Jakie jest według pana moje istotne nazwisko?

– Józefina Balsamo, hrabina Cagliostro.

Józefina Balsamo urodzona w 1788 roku.

Cagliostro! Imię człowieka, który, jak nierozwiązana zagadka, zajął sobą całą Europę i zeszedł z areny świata w sposób równie tajemniczy, jak się na niej pojawił: Cagliostro... dwór Ludwika XVI... naszyjnik królowej... kardynał de Rohan... Maria Antonina...

Szarlatan, czy geniusz? Kim był ten człowiek, dla którego przyszłość ni przeszłość nie miała tajemnic, którego wiedza zwyciężała śmierć, a wola kierowała wypadkami? Nadnaturalną byłaż jego potęga, czy tylko niezrozumiałą?

Raul d’Andrassy, młodzieniec trzeźwy, uśmiechnął się sceptycznie na te słowa barona; wszakże zebrani w sali wysłuchali ich bez zdziwienia, tak jak gdyby byli przekonani, że kobieta, którą mieli przed sobą, była istotnie córką wielkiego maga, dziedziczką jego daru jasnowidzenia, a przez to jego potęgi.

Godefroy d’Etigues nachylił się do niej i spytał:

– Nieprawdaż, przyznajesz pani, że imię twoje jest Cagliostro?

Milczała, zdawała się namyślać nad odpowiedzią, tak jak gdyby chciała przeniknąć zamiary przeciwnika i tym skuteczniej się bronić. W końcu rzekła:

– Nie mam obowiązku tłumaczyć się panom, tak jak panowie nie macie najmniejszego prawa, aby mnie pytać. Niemniej jednak przyznaję, że aczkolwiek w metryce mojej figuruje nazwisko Pellegrini, to jednak naprawdę nazywam się Józefina Balsamo, hrabina Cagliostro, a to dlatego, że oba te imiona – Pellegrini i Cagliostro – należały do tej samej, a mnie bardzo bliskiej osoby, do Józefa Balsamo.

– Czy jednak – zagadnął baron – zgodnie z tym, co pani sama opowiadałaś o sobie, pochodzisz pani w prostej linii od niego?

Tym razem nie odpowiedziała. Był to może protest, a może zwykła ostrożność, dość, że zmarszczyła brwi i odwróciła głowę.

– Może pani zachować milczenie – rzekł niechętnie baron – nie będziemy go sobie ani tak, ani inaczej tłumaczyli – po czym, zwracając się do swych przyjaciół, ciągnął dalej – zeznania tej kobiety nie mają dla nas najmniejszego znaczenia. Zebraliśmy się tutaj, aby ją osądzić i choć znamy wszyscy w zarysach całą sprawę, jednak zatrzymam się nieco nad szczegółami, które nie wszystkim są dokładnie znane. Pozwólcie zatem, moi przyjaciele, abym wam przeczytał krótkie memorandum przygotowane na dzisiejsze zebranie.

Z tymi słowy wyjął z kieszeni plik papierów i począł powoli odczytywać owe memorandum ułożone – jak sądził Raul – przez Beaumagnana.

W marcu roku 1870, czyli na cztery miesiące przed wybuchem wojny prusko-francuskiej, jedną z najelegantszych, a pozornie najpopularniejszą osobą w towarzystwie paryskim była hrabina Cagliostro. Niezwykle piękna, wytworna, bywała wszędzie sama lub też w towarzystwie młodego człowieka, który, jak twierdziła, był jej bratem. Jej sposób życia, rozrzutność, a wreszcie nazwisko jakie nosiła, zwracało na nią powszechną uwagę. Zdawała się zresztą rozmyślnie podniecać ciekawość przez pewne półsłówka, przez swe zachowanie, przez kilka cudownie udanych kuracji. Było to w okresie gdy dzięki romansowi Dumasa „Józef Balsamo”, legendarna postać hrabiego Cagliostro, zajmowała umysły wszystkich. Pół serio, pół żartem hrabina wspomniała, iż jest córką Cagliostra, iż odziedziczyła po nim sekret wiecznej młodości, i opowiadała nieraz o przygodach swoich za czasów Napoleona Wielkiego.

Dzięki sprytowi swojemu, a poniekąd i majątkowi, bywała na dworze cesarza Napoleona III; opowiadano nawet o tajnych zebraniach, na których cesarzowa Eugenia była jedną z najstarszych i najbardziej zapalonych uczestniczek. W numerze jednego z pism satyrycznych (naturalnie natychmiast skonfiskowanym) znajduje się opis takiego zebrania. Przytaczam jego urywek:

„...Podobna była do Giocondy.

Twarz jej nie była ani ruchliwa ani zmienna, a jednak miała wyraz nieuchwytny. Perwersyjny a obojętny, okrutny a łagodny. Jest tyle goryczy w jej uśmiechu, tyle doświadczenia w jej spojrzeniu, że chwilami ma się ochotę wierzyć w te osiemdziesiąt lat, do których się sama przyznaje. Od czasu do czasu wyciąga z kieszeni malutkie, złocone lustereczko, nalewa na jego taflę dwie kropelki z miniaturowego flakonika, który nosi zawsze przy sobie, po czym wyciera lusterko i długą chwilę przegląda się w nim. W miarę jak patrzy, młodość coraz żywszym blaskiem bije z jej postaci.

Kiedyś, zagadnięta, tymi słowy opowiedziała nam historię swego lusterka:

– Było ono własnością hrabiego Cagliostro. Dla ludzi, którzy spoglądają weń ze ślepą wiarą, czas zatrzymuje swój bieg. Na ramce lusterka wyryta jest data 1783 a pod nią znajdują się słowa czterech zagadek. Tych słynnych zagadek Cagliostra, które słyszał z ust Marii Antoniny, a które przez całe życie pragnął rozwiązać, legenda bowiem twierdzi, że ten, komu się to uda, będzie panem wszechświata.

– Czy można usłyszeć te zagadki? – spytał ktoś z obecnych.

– Oczywiście. Słyszeć nie znaczy bynajmniej rozumieć. Sam wielki Cagliostro nie zdołał, czy nie zdążył tego uczynić. Powiem je panom tak, jak są tu napisane, to jest w skróceniu:

In robore fortuna.

Kafle królów Czeskich.

Bogactwo królów Francji.

Siedmioramienny świecznik.

Później rozmawiała z każdym z nas i czyniła zdumiewające przepowiednie. Wszystko to jednak było zaledwie wstępem, do znacznie poważniejszej sceny, cesarzowa bowiem, która nie chciała postawić żadnego osobistego pytania, zdecydowała się zagadnąć jasnowidzącą w sprawach publicznej wagi.

Hrabina podała jej swoje lusterko, prosząc, aby Najjaśniejsza Pani zechciała łaskawie dmuchnąć na nie. A gdy cesarzowa spełniła jej prośbę, spojrzała na zamgloną taflę i wykrzyknęła:

– Widzę cudne rzeczy!... Wielką wojnę w lecie bieżącego roku... olśniewające zwycięstwo... wspaniały przemarsz pod Łukiem Zwycięstwa... witają cesarza... księcia następcę!...”

– Oto jak brzmi – ciągnął Godefroy d’Etigues – dostarczony nam dokument. Jest on tym ciekawszy, że datuje się na parę miesięcy przed wojną. Kim była ta kobieta, ta awanturnica, której przepowiednie musiały wywrzeć niemały wpływ na chwiejny umysł cesarzowej Eugenii i przyczyniły się tym samym do katastrofy z roku 1870? Aby rozstrzygnąć to pytanie odwołajmy się do tego samego numeru Charivari.

...Zagadnięta kiedyś o swą matkę, hrabina odpowiedziała w następujący sposób:

– Matka moja należała do najciekawszych, najbardziej znanych kobiet swojego stulecia. Była nią Józefina Beauharnais, żona Bonapartego, cesarzowa Francji.

Policja Napoleona III zainteresowała się osobą hrabiny. Urzędnik, któremu powierzono tę sprawę, złożył swym zwierzchnikom z końcem czerwca następujący raport:

„Włoski paszport rzeczonej damy opiewa na nazwisko Józefiny Pellegrini-Balsamo, hrabiny Cagliostro, urodzonej w Palermo, dnia 29 lipca 1783 r. Istotnie księgi metrykalne miasta Palermo notują pod tą datą narodziny Józefiny Balsamo, córki Józefa Balsamo i Józefiny de P. poddanej króla francuskiego”.

Czy inicjały te oznaczały istotnie Józefinę Tascher de la Pagerie, rozwiedzioną żonę wicehrabiego de Beauharnais i późniejszą małżonkę generała Bonapartego? Faktu tego nie udało się z całą pewnością ustalić, jednak dzięki usilnym poszukiwaniom w tym kierunku, natrafiono na list jednego z urzędników prefektury paryskiej, skąd dowiedziano się, iż w roku 1788 policja poszukiwała niejakiego Cagliostra. Człowiek ten, wmieszany w głośną sprawę naszyjnika, otrzymał rozkaz opuszczenia Francji; mimo to pod imieniem Pellegrini, ukrywał się przez niejaki czas w drugorzędnym hotelu w Fontainebleau, gdzie go co dzień odwiedzała jakaś wysoka i smukła dama. Józefina Beauharnais mieszkała wówczas w Fontainebleau; była smukła i wysoka. Cagliostro znikł bez śladu tego samego dnia, w którym policja, wykrywszy jego kryjówkę, miała go aresztować. Józefina Beauharnais opuściła Fontainebleau dnia następnego. W miesiąc później Józefina Balsamo przyszła na świat w Palermo.

Dla uzupełnienia tych poszczególnych faktów dodajemy jeszcze, że w osiemnaście lat później cesarzowa Józefina wprowadziła do Malmaison młodą pannę, swoją rzekomo chrześniaczkę, której imię było Józefina lub w skróceniu Jozyna.

Po upadku pierwszego cesarstwa car Aleksander I zainteresował się ową Jozyną i zabrał ją do Rosji. Występowała ona tam jako hrabina Cagliostro!

Baron Godefroy skończył i starannie złożył papiery. Wśród zebranych, którzy go słuchali z natężoną uwagą, zapanowało długie milczenie, a Raul, zupełnie oszołomiony wszystkim, co widział i słyszał, starał się odszukać na twarzy hrabiny śladów podniecenia lub przestrachu. Na próżno jednak: młoda kobieta była zupełnie spokojna, a piękne jej oczy błyszczały wesołością.

Baron jednak nie skończył; obrzuciwszy zebranych bystrym spojrzeniem, po chwili tak ciągnął dalej:

– Przytoczony tu raport a także niepożądany wpływ, jaki hrabina wywierała u dworu, miał dla niej skutki fatalne. Oboje z bratem otrzymali rozkaz opuszczenia Francji; on wyjechał do Niemiec, a ona do Włoch. I oto pewnego poranka wysiadła z pociągu, na małej stacji Modana, w towarzystwie oficera, który ją eskortował. Oficerem tym był książę d’Arcole. On to dostarczył nam obu czytanych przed chwilą dokumentów: numer Charivari wraz z kopią raportu, którego oryginał znajduje się w jego posiadaniu. On to również przed chwilą stwierdził głośno tożsamość osoby, którą mamy przed sobą, z ową hrabiną Cagliostro.

Książę d’Arcole powstał i oświadczył:

– Nie wierzę w żadne cuda. A jednak jestem dziś świadkiem niemal cudu. Na mój honor żołnierski zeznaję bowiem raz jeszcze, że tu obecna kobieta jest tą samą, z którą rozstałem się na dworcu w Modana przed dwudziestu czterema laty.

– Z którą się pan rozstał tak po prostu, bez żadnych komentarzy? – spytała nagłe Józefina Balsamo.

W wesołym jej głosie drżała jakaś nuta ironii, która stropiła księcia.

– Co pani chce przez to powiedzieć? – zagadnął.

– Chcę po prostu powiedzieć, iż oficer francuski jest zbyt elegancki, aby mógł się rozstać z młodą, przystojną kobietą bez jednego cieplejszego słowa.

– Być może – mruknął sucho książę – w każdym razie nie pamiętam.

– Nie przypomina pan sobie wcale, że ucałował pan rękę wygnanki nieco dłużej, niźli tego wymagała etykieta i że powiedział pan na pożegnanie: Mam nadzieję, droga hrabino, że to spotkanie nasze nie jest ostatnim. Niech pani sobie pozwoli powiedzieć, że zachowam zawsze w pamięci te, niestety zbyt krótkie chwile, które dane mi było spędzić z nią razem i pochylając się ku niej, powtórzył pan raz jeszcze: Nie zapomnę ich nigdy, przenigdy.

Zdumiony dosłownym opisem sceny, która miała miejsce przed ćwierćwieczem, książę wykrzyknął mimo woli:

– Wielki Boże! – ale odzyskując natychmiast panowanie nad sobą, odparł zimno:

– Nie pamiętam nic z tego, łaskawa pani, w każdym razie pozwolę sobie zauważyć, że jeśli nawet wspomnienia wspólnej naszej podróży były dla mnie tak miłe, to nasze drugie spotkanie zatarło w zupełności to wrażenie.

– A drugie to spotkanie miało miejsce?

– Podczas pertraktacji pokojowych, łaskawa pani, w początkach roku następnego, w Wersalu, dokąd się udałem jako jeden z członków delegacji francuskiej. Spotkałem panią w jakiejś kawiarni w towarzystwie jednego z adiutantów Bismarcka. Śmiała się pani do niego i rozmawiała z nim poufale. Zrozumiałem wówczas, jaką rolę odgrywała pani swego czasu na dworze francuskim i z czyjego polecenia czyniła to pani.

Cała ta scena, rozwijająca się z ogromną szybkością, nie trwała dłużej nad dziesięć minut. Nie przytoczono żadnych rzeczowych dowodów i nie spytano jeszcze oskarżonej, co ma na swoje usprawiedliwienie; operowano dotychczas gołymi faktami, które wydawały się tym bardziej bezpodstawne, że przypominano kobiecie zupełnie młodej wypadki zaszłe przeszło sto lat temu.

Raul d’Andrassy zaledwie wierzył swym uszom i oczom; to, czego był świadkiem, wydawało mu się niemal wytworem chorobliwej jakiejś fantazji, baron i jego przyjaciele przesuwali się przed nim jak widma lub jak ludzie pozbawieni zmysłów. Nie rozumiał przede wszystkim, jak mogli tak się mylić co do wieku uwięzionej kobiety. Czyżby nie mieli oczu?

Ale zachowanie hrabiny Cagliostro wydało mu się jeszcze dziwniejsze; co miało znaczyć to milczenie lub słowa, które były poniekąd potwierdzeniem stawianych jej zarzutów?

Godefroy d’Etigues znów zabrał głos.

– Taka była przeszłość – rzekł. – Nie będę się dłużej zatrzymywał nad historią tych dwudziestu czterech lat, które dzielą rok 1870 od dnia dzisiejszego, wspomnę tylko, że za kulisami każdej głośnej sprawy znajdowała się zawsze ona, hrabina Cagliostro. Brała udział w ruchu bulanżystów i w panamskiej malwersacji; była wszędzie tam, gdzie knuło się coś brudnego lub coś szkodliwego dla naszej ojczyzny. Mógłbym przytoczyć tu niejeden przykład, ponieważ jednak nie posiadam rzeczowych dowodów, wolę więc przejść od razu do chwili obecnej. Przedtem jednak zapytuję panią, czy może pani zaprzeczyć czemukolwiek z tego, co tu zostało powiedziane?

– Owszem, mój panie.

– A więc słuchamy.

Młoda kobieta zwróciła się do zebranych, przemawiając zawsze tym samym, spokojnym, z lekka drwiącym tonem:

– Ponieważ panowie, jak się zdaje czynią tu nade mną jakiś średniowieczny sąd, chciałabym się więc dowiedzieć, jakie znaczenie przypisujecie panowie zarzuconym mi winom? Według bowiem pojęć średniowiecznych jestem kacerką, czarownicą a w dodatku szpiegiem. Powinna bym być spalona żywcem na stosie. Proszę mi więc wybaczyć moją ciekawość i objaśnić łaskawie, co za los mnie czeka za moje przestępstwa?

– Myli się pani – odparł baron d’Etigues z niczym niezamąconą powagą – myli się pani; o przestępstwach nie było jeszcze mowy, To wszystko, co było powiedziane dotychczas, miało jedynie na celu rzucenie pewnego światła na osobę pani, dania pojęcia tu zebranym, kim i czym pani jest.

– I sądzi pan, że to się panu udało?

– Z mojego punktu widzenia – tak.

– Pański punkt widzenia musi być bardzo skromny. Jakiż pozytywny rezultat osiągnął pan swoją nieco długą przemową?

– Rezultat potrójny, szanowna pani. Przede wszystkim świadectwo osób, które panią poznały, świadectwo przenoszące (wybaczy pani) datę urodzin pani w czasy nieco odległe. Wreszcie pani własne zeznania.

– Moje zeznania?

– Przed chwilą przytoczyła pani księciu Arcole słowa, które wypowiedział do niej na stacji w Modana w roku 1870.

– Istotnie, ma pan słuszność. Cóż dalej?

– Dalej... oto trzy podobizny pani, nieprawdaż? – i przy tych słowach podał jej trzy portrety.

Hrabina rzuciła na nie okiem i oświadczyła krótko:

– Tak jest, prawda.

– Cieszy mnie, że pani to przyznaje – ciągnął d’Etigues. – Otóż muszę pani zakomunikować, że pierwszy z tych portretów, to miniatura Jozyny Cagliostro malowana w Moskwie w roku 1816, drugi – dagerotyp hrabiny Cagliostro z roku 1870, a ostatni – fotografia pani zrobiona niedawno w Paryżu. Wszędzie nawet ten sam podpis, ten sam charakter pisma.

– Ale czegóż to dowodzi?

– Dowodzi, że ta sama kobieta...

– Że ta sama kobieta – przerwała hrabina – potrafiła zachować w roku 1894 i w 1870 świeżość i urodę jaką posiadała w 1816. Istotnie, co za straszne przestępstwo!

– Niech się pani nie śmieje, łaskawa pani, śmiech w naszym towarzystwie nie jest rzeczą zdrową.

Przestała się śmiać, spoważniała nagle i jakby tracąc dotychczasowy swój spokój, uderzyła ręką o poręcz ławki.

– Dosyć tej komedii – rzekła – chcę wiedzieć nareszcie, jakim prawem ściągnęliście mnie tutaj? I czego chcecie ode mnie?

– Chcemy ukarać panią za popełnione zbrodnie.

– Jakie zbrodnie?

Godefrey d’Etigues spojrzał na przyjaciół, a potem przeniósł wzrok na oskarżoną.

– Niedawno jeszcze – rzekł – było nas dwunastu. Dwunastu towarzyszy dążących do jednego celu. Dziś pozostało nas dziewięciu. Ubyło trzech z pośród nas – i tych trzech pani zabiła.

Cień jakiś, jak przelotna chmura, przesłonił na chwilę uśmiech Giocondy. Ale prawie natychmiast twarz jej przybrała zwykły, na pół obojętny a na pół drwiący wyraz. Zdawało się, że nawet to ohydne obwinienie nie mogło jej dosięgnąć; może uczucie gniewu lub oburzenia było jej obce, a może umiała tak panować nad sobą, by się nie zdradzić najlżejszym drgnieniem powiek.

Przyjaciele barona nie odzywali się ani jednym słowem; twarze ich były zimne, jakby skamieniałe. W najciemniejszym kącie, ukryty za ich plecami, niedostrzegalny dla oskarżonej, siedział Beaumagnan. Łokcie miał oparte na poręczy krzesła a twarz ukrytą w dłoniach, ale pomiędzy palcami tych dłoni jak dwa płomienie błyszczały jego oczy utkwione w twarzy hrabiny.

Baron d’Etigues odczytał trzy punkty strasznego obwinienia.

– Przed półtora rokiem zginął tragiczną śmiercią przyjaciel nasz, Denis de Saint-Hébert; przybywał on podówczas w dobrach swych, w okolicach Hawru; pewnego popołudnia udał się na polowanie w towarzystwie swego plenipotenta i jednego z dzierżawców; po niejakim czasie rozstał się z nimi, aby wspiąć się na wysoką i stromą skałę, skąd, jak twierdził, chciał podziwiać zachód słońca. Nie wrócił do domu ani wieczorem, ani w nocy. Następnego ranka znaleziono jego trupa u stóp skały. Śmierć jego przypisano nieszczęśliwemu przypadkowi; ani chwili bowiem nie podejrzewano nikogo o morderstwo, a nie było podstaw sądzić, że Saint-Hébert popełnił samobójstwo: był to człowiek zdrowy, bogaty i usposobienia niezwykle wesołego.

...W parę miesięcy później zginął w podobny sposób drugi spośród nas: Jerzy d’Iseval. Polując na mewy w okolicach Dieppe, poślizgnął się na mokrych skałach, padł i roztrzaskał sobie czaszkę. Pozostawił żonę i dwoje dzieci.

...I to nieszczęście złożono na karb wypadku. Uwierzyła w to wdowa, sieroty i rodzina, myśmy jednak uwierzyć nie mogli. Los, który z dwunastu przyjaciół złączonych posiadaniem wielkiej tajemnicy i dążeniem do wspólnego celu, zabiera w krótkim czasie dwóch – los taki jest zbyt wyrachowany i nie może być ślepy.

...Książę d’Arcole otworzył nam oczy; domyślał się, że nie tylko my wyłącznie jesteśmy w posiadaniu wielkiej tajemnicy. Ongiś, na posiedzeniach u cesarzowej Eugenii, ułożono listę czterech zagadek, które pozostawił swym następcom Cagliostro. Jedna z nich, a mianowicie zagadka o siedmioramiennym świeczniku interesowała prócz nas i inne jeszcze osoby. Pomiędzy nimi, jak trafnie rozumował książę d’Arcole, zalecił szukać sprawców nieszczęścia.

...Rozpoczęliśmy więc usilne poszukiwania, które niebawem uwieńczyły się pomyślnym skutkiem. Dowiedzieliśmy się, iż na jednej z ulic Paryża zamieszkuje niejaka pani Pellegrini. Jest to kobieta piękna i młoda, która mimo to jednak prowadzi życie nader odosobnione. Wśród zwolenników okultyzmu i magii znana jest dobrze pod nazwiskiem hrabiny Cagliostro. Zdaje się, że nie posiada żadnej rodziny; nieraz na długo znika z Paryża.

...Udało nam się zdobyć jej fotografię. Fotografię tę posłaliśmy księciu d’Arcole, bawiącemu wówczas w Hiszpanii, a on ze zdumieniem rozpoznał z niej ową podejrzaną damę z roku 1870.

...Bliższe śledztwo wykazało, iż w dniu śmierci Saint-Héberta owa pani Pellegrini znajdowała się w pobliżu Hawru; gdy zginął Iseval, bawiła w Dieppe.

...Wybadałem rodziny zmarłych. Żona Isevala zwierzyła mi się, iż mąż jej miał w ostatnich miesiącach swego życia romans z jakąś kobietą, której wpływom bardzo ulegał. Stosunek ten, jak twierdziła, ogromnie go przygnębiał. Z papierów, które zostały po Saint-Hébercie, przekonałem się, że prowadził on rodzaj pamiętnika, w którym miał nieostrożność opisywać nasze zebrania. Notatki te zostały mu skradzione przez jakąś kobietę.

...Dzięki tym odkryciom sprawa ta stała się dla nas jasna. Tajemnicza mieszkanka Paryża, członkini związków okultystycznych, pani Pellegrini czy też hrabina Cagliostro, posiadłszy, jako kochanka Saint-Héberta, część naszej tajemnicy, potrafiła pozyskać miłość d’Isevala, a potem, lękając się, by któryś z nich nie zdradził jej przed nami, pozbawiła życia obydwu. Ta kobieta, ta morderczyni – stoi dzisiaj przed wami.

Godefrey d’Etigues znów umilkł i znów wrażenie wywołane jego słowami było tak wielkie, że nikt nie przerywał ciszy. Twarze zebranych sędziów zdawały się jakby zastygłe w wyrazie zimnej zawziętości; wśród nich wszystkich tylko hrabina Cagliostro zachowała swój obojętny spokój, tak jakby nic z tego, co zostało powiedziane, nie doszło jej uszu.

Ze swej kryjówki Raul d’Andrassy podziwiał urodę i zimną krew młodej kobiety. A jednak zarzucano jej ciężkie przewiny; w oczach swych wrogów, w których władzy znajdowała się całkowicie, mogła czytać jasno, że wyrok na nią nie będzie łaskawy.

Baron d’Etigues znów zabrał głos.

– Czy mam mówić i o trzecim pani przestępstwie? – zapytał.

– Jak pan sobie życzy – odparła głosem na poły znudzonym, a na poły zmęczonym – jedno więcej, jedno mniej... wszak i tak mówi pan ciągle o osobach, których nie znam, o rzeczach, których nie rozumiem.

– Więc nie znała pani ani Isevala, ani Saint-Héberta?

Zmarszczyła z lekka brwi, nie dając żadnej odpowiedzi.

Wówczas Godefrey d’Etigues nachylił się ku niej i spytał półgłosem:

– A Beaumagnan? Czy i jego pani nie znała?

Powieki jej z lekka drgnęły; spytała machinalnie:

– Beaumagnan?

– Tak, Beaumagnan, trzeci spośród nas, którego pani zabiła... niedawno, łaskawa pani, niechże sobie pani przypomni... zupełnie niedawno. Został otruty przed kilku tygodniami.

Rozdział II
Sąd

Nie rozumiejąc, co by mogło oznaczać to nowe obwinienie, Raul spojrzał w stronę Beaumagnana. Nie siedział on już z twarzą ukrytą w dłoniach, lecz powstawszy, na pół zgarbiony, by tym łatwiej się ukryć, przekradał się za plecami swych towarzyszy ku Józefinie Balsamo. Ta zaś, zajęła słowami barona, nie uważała, co się wokół niej działo.

Raul natomiast zrozumiał od razu jaką straszną pułapkę zgotowano młodej kobiecie i całą siłą musiał panować nad sobą, by jej nie ostrzec jakimś okrzykiem lub znakiem; jeżeli bowiem istotnie miała zamiar otruć Beaumagnana, jeżeli sądziła, że zamiar ten się jej powiódł – jakież okropne czekało ją wrażenie na widok ofiary żywej, stojącej przed nią.

– Jeżeli się nie przerazi – myślał Raul – będzie to dowodem, iż jest niewinna – i czuł, iż zainteresowanie jego hrabiną Cagliostro rośnie z każdą chwilą.

Tymczasem baron prowadził dalej swoje śledztwo:

– Więc wypiera się pani i tego przestępstwa? Uważa pani zarzuty moje za niesłuszne? – pytał.

Zmarszczyła brwi po raz drugi, tym razem z lekkim wyrazem zniecierpliwienia.

– Nie znała pani Beaumagnana – wypytywał baron coraz natarczywiej – proszę, niechże mi pani coś odpowie. Niech nas pani zaszczyci jakimkolwiek słowem.

Nie odpowiedziała, ale jakiś niepokój odbił się w jej olimpijskim, niemal wesołym dotychczas uśmiechu. Jak osaczone zwierzę, które czuje, że ostatnia jego chwila się zbliża, poczęła rozglądać się wokół.

Spojrzenie jej pobiegło od Godefroya d’Etiguesa ku panu de la Beaupaliere; od niego do Oskara Bennetota, aż wreszcie zatrzymało się na Beaumagnanie.

Twarz jej zbladła i skurczyła się jakby na widok widma, wyciągnęła ręce przed siebie jakby do obrony i szepnęła:

– Beaumagnan!...

Zdawało się, że ulegnie, że padnie na kolana przed tymi ludźmi, którzy mianowali się jej sędziami, i wyznając swoje przewinienia, błagać będzie łaski. Beaumagnan czekał na to: wyprostowany, z zaciśniętymi pięściami, wpatrywał się w nią pałającym z gniewu wzrokiem, tak jakby chciał tym spojrzeniem pozbawić ją resztki sił, złamać i upokorzyć.

Ale nie było to łatwe zadanie. Przestrach Józefiny Balsamo nie trwał dłużej nad kilkanaście sekund. Twarz jej przybrała znów dawny swój uśmiechnięty wyraz; zupełnie naturalnym, niemal radosnym głosem postawiła pytanie, którego logika i spokój mimo woli trafiały do przekonania:

– Jakże mnie pan przestraszył, panie Beaumagnan! Czytałam w gazetach o pańskiej nagłej śmierci. Ale czemu to przyjaciele pańscy chcieli mnie zwieść?

Raul zrozumiał w tej chwili, iż to, co się działo dotychczas, było zaledwie nic nie znaczącym prologiem, że wielka, prawdziwa, nieubłagana walka zacznie się dopiero teraz, gdy dwaj przeciwnicy, dwaj zacięci wrogowie znaleźli się przed sobą.

Beaumagnan rozpoczął atak; dalekie od chłodnego spokoju, pełne gryzącej ironii barona słowa jego płynęły jak potok lawy, wezbrane nienawiścią i wściekłością.

– Kłamstwo! – wołał. – Kobieta ta żyje kłamstwem, oddycha nim, sieje wokół siebie zbrodnie i przewrotność! Ileż brudu, mętów i okrucieństwa kryje się za tym jej wiecznym uśmiechem. Gadzina, żmija, tchnąca jadem.

Było coś dzikiego, coś średniowiecznego w tym jego ataku; coś z mnicha, znęcającego się nad ofiarą, którą za chwilę ma posłać na stos. Głos jego chrypiał ze wzburzenia, ruchy były gwałtowne, cała twarz płonęła.

– Niech się pan uspokoi, panie Beaumagnan! – zwróciła się doń hrabina z łagodnością, która zakrawała niemal na obelgę.

Widać było, że starał się zapanować nad sobą; przez chwilę umilkł, jakby chcąc zdusić dławiącą go wściekłość, mimo to jednak, gdy mówić znów zaczął, słowa tak żywo, tak gwałtownie wyrywały się z jego ust, że zebrani z trudnością zrozumieć mogli treść spowiedzi, z którą zwrócił się do nich.

– I ja po śmierci Isevala czyniłem poszukiwania. Czułem instynktownie, że nie skończy się na tych dwu ofiarach... i zarazem zdawałem sobie sprawę, że na mnie to zwróci się złość tej czarownicy. Wszak znać musiała wszystkie moje zamierzenia... niemal moje myśli... Było to w czasie, gdy nosiłem się z zamiarem przywdziania szat kapłańskich. Byłem więc opancerzony przeciw złemu, broniony mocą wiary. Umyśliłem jednej nocy udać się na zebranie spirytystów, w nadziei spotkania tam tej piekielnicy.

...Nie myliłem się. Była tam istotnie. I przysięgam na wszystko, co jest święte, iż nikt nie potrzebował mi jej wskazać. Wiedziony przeczuciem czy instynktem odgadłem natychmiast, że to ona. Obserwowałem ją. Nie rozmawiała prawie z nikim, przysłuchując się i przyglądając wszystkiemu i paląc bezustannie papierosy. Przyjaciel, który mnie wprowadził, usiadł obok niej i rozpoczął rozmowę z tymi, co ją otaczali. Po chwili, tak jakeśmy się umówili, zwrócił się do mnie i głośno zawołał mnie po imieniu. Ujrzałem wówczas, jak oczy jej zabłysły. Imię moje znać musiała, czytała je w pamiętniku Saint-Héberta, słyszała może z ust Isevala. Byłem wtajemniczonym, jednym z pozostałych dziesięciu. Po paru chwilach zwróciła się do mnie i rozpoczęła rozmowę. Mówiliśmy przez dwie godziny. Dwie godziny, przyjaciele, czarowała mnie całą potęgą swej urody, swego dowcipu i wymogła na mnie obietnicę, że odwiedzę ją nazajutrz. W chwili gdy jej to obiecałem, w momencie gdym przestępował próg jej domu, powinienem był ratować się, uciec od niej na drugą choćby półkulę. Ale już było za późno. Nie miałem sił, aby się bronić. Łudziłem się oczywiście sam przed sobą. Wmawiałem sobie, że spełniam obowiązek, iż daję dowód odwagi, zapuszczając się aż do obozu wroga. W rzeczywistości jednak z chwilą gdym do niej przemówił byłem przekonany o jej niewinności. Jej uśmiech, jej uroda zdawały mi się obrazem czystej i pięknej duszy. Nie powstrzymało mnie ani wspomnienie naszych dwóch zmarłych przyjaciół, ani wiara, ani powołanie. Nie chciałem nic wiedzieć, nie mogłem myśleć. Przez kilka miesięcy oddawałem się bez wstydu zakazanym radościom, wyuzdanym rozkoszom.

...Byłem człowiekiem silnym, oddanym i wierzącym. W objęciach tej kobiety zapomniałem o swoim celu, porzuciłem obowiązki i zaparłem się wiary. Popełniłem jednak coś gorszego jeszcze, coś, do czego z największym wstydem dziś przed wami muszę się przyznać: zdradziłem was i siebie, złamałem przysięgę milczenia, którąśmy wszyscy złożyli. Kobieta, którą macie przed sobą, posiadła ode mnie całą naszą tajemnicą.

Szmer oburzenia i zdumienia przebiegł po zebranych, Beaumagnan spuścił głowę.

Teraz zrozumiał Raul cały dramat, jaki rozgrywał się przed jego oczyma. Ludzie ci stanowili ścisłe bractwo, bractwo, którego Beaumagnan był duszą. Miał on w sobie coś z proroka, coś z fanatyka, który porywa za sobą, bez względu na to, czy tworzy, czy burzy. W piętnastym wieku byłby inkwizytorem; mógłby bez żalu, bez wahania posłać na stos, lub skazywać na ćwiartowanie. W dwunastym porzuciłby swój zamek i z radością udałby się w pochód krzyżowy, dziś kierował tą drobną grupą swych przyjaciół; narzucił im swoje myśli i plany, skłonił ich do uroczystej przysięgi – wszystko, aby zapewnić powodzenie dziełu, które sam zdradził i zniszczył.

Musiał to być człowiek ambitny a nawet próżny, przyzwyczajony dążyć bezwzględnie do swojego celu. Zatrzymany na swej drodze przez kobietę i to kobietę, którą kochał, postanowił, że musi ona umrzeć, a sam otwartym wyznaniem swych win zmniejszył poniekąd ich ciężar.

Wyznaniem tym jak gdyby uspokojony, ciągnął dalej bez poprzedniej wściekłości i już znacznie wolniej:

– Nie umiem powiedzieć, co było przyczyną mojego upadku. Nie byłem bowiem nigdy człowiekiem słabym, a tu nie mogę nawet przytoczyć na wytłumaczenie, aby kobieta ta wypytywała mnie o co. Przeciwnie, ja sam wyznałem jej słowo po słowie, wszystko to, czegośmy strzegli tak zazdrośnie. Nie rozumiem także, czemu to uczyniłem. Chciałem widzieć w jej oczach błysk zadowolenia, łudziłem się, że stanę się jej droższym. Jak szaleniec wmawiałem sobie, że będzie ona naszą sojuszniczką, że jej dar jasnowidzenia, potęga jej umysłu, będzie dla nas nie lada nabytkiem.

...Im głębszy był sen, tym przykrzejsze było przebudzenie. Nastąpiło ono nagle, mniej więcej trzy tygodnie temu. Wybierałem się wówczas do Hiszpanii. Ponieważ w dzień wyjazdu byłem bardzo zajęty, pożegnałem się więc z moją kochanką rano, a po południu, spakowawszy walizki, wyszedłem jeszcze z domu, dokąd miałem zamiar powrócić dopiero przed wieczorem, na krótko przed godziną odejścia pociągu. W mieście jednak przypomniałem sobie, iż nie wydałem służącemu bardzo ważnych zleceń i zmuszony byłem wrócić. Nie wszedłem jednak głównym wejściem, lecz schodami służbowymi. Służący mój był nieobecny, a drzwi od kuchni zastałem otwarte. Z sypialni dobiegł mnie jakiś szmer. Zdziwiony tym, zbliżyłem się na palcach i przez wpół uchylone drzwi, w wiszącym naprzeciw mnie lustrze dostrzegłem – ją. Klęczała nad moją walizką, w której zdawała się czegoś szukać; jakoż po chwili wydostała pudełko, w którym przechowuję proszki na bezsenność, i wyjąwszy stamtąd jeden proszek, włożyła zamiast niego jakiś inny. Byłem tak podniecony, iż nie wiedziałem, co czynić: rzucić się na nią, czy podejść i zapytać, co miało znaczyć jej postępowanie? Zanim zdołałem ochłonąć – znikła mi z oczu. Nie wyjechałem. Aptekarz bowiem, któremu zaniosłem wszystkie proszki do analizy, znalazł w jednym z nich śmiertelną truciznę. Miałem więc niezbity dowód. Zwierzyłem się z tajemnicy i przestałem być potrzebny. Byłem zbędnym świadkiem, żenującym wspólnikiem, który z czasem mógłby zażądać części słodyczy. Postanowiono mnie zgładzić, tak jak Saint Héberta i d’Isevala. Napisałem niezwłocznie do jednego z mych przyjaciół w Hiszpanii, a w kilka dni potem gazety doniosły o śmierci niejakiego Beaumagnana w Madrycie.

...Od tej chwili, ukrywając się przed oczyma wszystkich, śledziłem tę kobietę bezustannie. Z początku wyjechała do Rouen, stamtąd do Hawru, później do Dieppe, to jest wszędzie tam, gdzie prowadzimy poszukiwania. Z moich własnych ust dowiedziała się, że w okolicy Dieppe, zaczęliśmy rozkopywać ziemię w starym klasztorze, więc udała się tam i na tym pustkowiu spędziła cały dzień. Straciłem ją na jakiś czas z oczu, aby w Rouen znów ją odnaleźć. Przyjaciel nasz d’Etigues opowiedział wam resztę. Wiecie więc, jaką zastawiliśmy na nią pułapkę, ogłosiwszy w gazetach, iż pewien włościanin natrafił na swym polu na siedmioramienny świecznik, i jak, uwierzywszy temu, wpadła w nasze ręce.

...Macie ją przed sobą. Wiecie kim jest, co zrobiła i czym nam grozi. Wiecie również, iż nie możemy oddać jej w ręce sprawiedliwości, gdyż rozgłos, jaki wynikłby z tego, pogrzebałby raz na zawsze całą naszą sprawę. Musimy więc osądzić ją sami. Osądzić bez nienawiści, ale z całą surowością.

Beaumagnan zakończył swoją przemowę z powagą, która wywarła na słuchających stokroć silniejsze wrażenie niż poprzednia jego gwałtowność. Nie wyglądał już na człowieka, który się mści, lecz na sędziego, który oskarża osobę istotnie występną. Raul d’Andrassy nie wiedział już, komu wierzyć, ani co o tym myśleć; czuł tylko, iż z całej duszy nienawidził człowieka, który, stojąc tam na środku sali, wyznawał głośno, iż był kochankiem tej kobiety.

Hrabina Cagliostro podniosła się i spojrzała prosto w oczy swemu przeciwnikowi. Uśmiech jej stał się pogardliwy.

– A więc to, co się tu odbywa, jest zwykłym, choć pełnym ceremonii, morderstwem?

– Nie, jest tylko sądem, który wyda surowy, lecz niemniej sprawiedliwy wyrok.

– Jakie macie prawo sądzić i wyrokować? Na to są jawne, zwykłe sądy i ludzie ustanowieni do tego. Cóż mnie to obchodzi, że dla jakichś ciemnych celów obawiacie się rozgłosu. Żądam, abyście mi natychmiast zwrócili swobodę.

– Po to chyba, aby nas pani znów zabijała jednego po drugim. O nie, jesteś pani w naszym ręku i musisz poddać się naszemu wyrokowi.

– Będzie to co najmniej gwałt, jeżeli bowiem między wami znajduje się choć jeden człowiek, mogący zdobyć się już nie na bezstronność, ale na zdrowy rozsądek – to nie może się nie śmiać z waszych bezpodstawnych obwinień, z waszych bezsensownych dowodzeń!

– Niech więc nam pani dowiedzie, że się mylimy, że pani jest niewinna.

– W jakim celu mam się bronić? Postanowienie wasze jest powzięte z góry.

– Jest powzięte, gdyż mamy dowody winy pani.

– Jestem winna, owszem, ale czy mam powiedzieć, na czym polega moja zbrodnia? – Oto na tym, że dążę do tego samego, co i wy, celu. Dlatego wytoczył mi pan sprawę, dlatego mnie pan prześladuje i ohydnie mnie pan oczernił. Po co mi pan mówił o swych tajemnicach? Nie prosiłam pana o to. Znam zagadkę Cagliostra, bo dowiedziałam się o niej z jego papierów. Nie potrzebowałam pańskich wyznań, sama dążę do jej rozwiązania i znajdę je wbrew wszystkim przeszkodom. Pan wie o tym i dlatego chce mnie pan zamordować.

Beaumagnan, który znów zaczął tracić panowanie nad sobą, wykrzyknął:

– Ależ to pani mordowała naszych przyjaciół i mnie pani chciała zamordować, a teraz pani udaje niewinną!

– Nie zabiłam nikogo, to nieprawda – zaprzeczyła.

– Wie pani równie dobrze jak ja, że to pani zepchnęła ze skały Saint-Héberta i Isevala.

– Nie znałam tych ludzi. Po raz pierwszy w życiu słyszę ich imiona.

– A ja? – zawołał – Czy mnie pani również nie znała? Nie chciała mnie pani otruć?

– Nie – odparła, z niezamąconym spokojem.

Oburzenie jego wzrosło do tego stopnia, że zapomniał gdzie się znajduje i do kogo mówi.

– Józefino – zawołał – nie zapieraj się! Widziałem cię tak, jak cię teraz widzę! Wkładałaś truciznę do pudełka, śmiejąc się tym wiecznym swoim, na wpół obojętnym, na wpół drwiącym śmiechem... Widziałem cię!

Potrząsnęła głową i odparła z całym spokojem:

– Nie, to nie mogłam być ja.

Oburzony tak bezczelnym zaprzeczeniem Beaumagnan stracił głos; chciał przemówić i nie mógł, na przemian to bladł, to czerwieniał. Nie tracąc ani na chwilę swego spokoju, hrabina Cagliostro położyła mu dłoń na ramieniu i rzekła:

– Nienawiść zaślepia pana, panie Beaumagnan, i odbiera panu możność myślenia. Czy pozwoli mi pan jednak powiedzieć parę słów na swoją obronę?

– Niech pani mówi. Słuchamy. Ale na miłość boską, niech się pani pośpieszy.

– Pośpieszę się. Nie mam wiele do powiedzenia. Ale niech pan wprzódy poprosi swego przyjaciela o tę miniaturkę hrabiny Cagliostro malowaną w Moskwie w roku 1816. (Beaumagnan machinalnie usłuchał rozkazu i wziął miniaturę z rąk barona d’Etigues). Niech jej się pan przypatrzy uważnie. To moja podobizna, nieprawdaż?

– Do czego pani zmierzasz? – Nie rozumiem.

– Niech mi pan powie, czy to mój portret?

– Tak, bez najmniejszej wątpliwości.

– Jeżeli to mój portret, to w takim razie musiałam wówczas żyć i mieć lat dwadzieścia pięć lub trzydzieści. Przed osiemdziesięciu laty! Niech pan pomyśli, niech się pan zastanowi, czy coś podobnego jest możliwe?! Albo nie, powiem panu coś lepszego: Niech pan wyjmie tę miniaturę z ramek, tak, na odwrotnej stronie jest drugi obrazek. Jest to portrecik młodej, uśmiechniętej kobiety, której głowa osłonięta jest szalem spadającym aż do opuszczonych rzęs, a tak powiewnym, że widać przezeń jej ciemne włosy rozdzielone równo nad czołem, prawda? Czy rysy tej kobiety przypominają moje? Niech pan spojrzy.

Podczas gdy Beaumagnan oglądał miniaturę, hrabina Cagliostro zarzuciła na głowę swój szal i spuściła oczy. Podobieństwo do owego portreciku, który istotnie znajdował się na odwrocie miniatury, było tak uderzające, że Beaumagnan zawołał:

– Tak... to pani... to znowu pani...

– A więc w takim razie niech pan odczyta datę, znajdującą się na prawej stronie u dołu.

Beaumagnan odczytał:

– Malowane w roku 1498 w Mediolanie.

Hrabina powtórzyła:

– W roku 1498! Przed czterystu laty.

Po czym roześmiała się głośno dźwięcznym, wesołym śmiechem.

– Niech pan nie robi takiej przerażonej twarzy! Wiedziałam o tej podwójnej miniaturze i szukałam jej od dawna. Nie ma tu żadnego cudu; to nie ja pozowałam do niej, choćby dlatego, że nie liczę sobie jeszcze czterystu wiosen. Twarz, którą pan tam widzi przed sobą jest twarzą Panny Marii, skopiowaną z obrazu Bernarda Luiniego, mistrza mediolańskiego, jednego z uczniów Leonarda da Vinci.

Głos jej nagle spoważniał. Nie pozostawiając przeciwnikowi chwili czasu do zaprotestowania, w ten sposób ciągnęła dalej:

– Teraz pojmuje pan, do czego zamierzam, panie Beaumagnan? Jest coś wspólnego między mną a Panną Marią Bernarda Luiniego i portretem młodego dziewczęcia z Moskwy. Tym czymś niezaprzeczalnie wspólnym a niezrozumiałym jest uderzające podobieństwo. Trzy absolutnie te same twarze, choć z różnych epok, należące do jednej i tej samej kobiety. Czemu nie chce pan zrozumieć, że to samo, na pozór niepojęte zjawisko, mogło się powtórzyć i w innych okolicznościach i że kobieta, którą pan widział w swoim pokoju, kobieta, tak uderzająco podobna do mnie, nie była jednak mną. A zarazem była tą samą, którą pan posądza o zamordowanie tamtych dwóch przyjaciół swoich, tego Saint Héberta i Isevala?

– Ależ ja widziałem... – bąkał Beaumagnan, który blady, zmieniony, stał przed nią – na własne oczy widziałem...

– Przed chwilą widział pan na własne oczy fotografię sprzed paru tygodni, miniaturę sprzed osiemdziesięciu laty i portret z piętnastego wieku. Czy będzie pan twierdził, że to ja jestem tam wszędzie?

Podniosła ku niemu swą świeżą, młodą a tak piękną twarz, bez jednej zmarszczki, o oczach błyszczących życiem, o jasnym uśmiechu odsłaniającym zdrowe, jak śnieg białe ząbki. Spojrzał na nią i przez chwilę jakby się zawahał, ale wnet wykrzyknął ze zdwojoną gwałtownością:

– O piekielnico, umiesz ty mówić tak, aby przekonać każdego!... Słowa twoje, jak toń, pociągają i oplątują człowieka. Ale kobieta na miniaturze ma ciemne znamię na odsłoniętych nisko plecach. Znamię to widziałem i na twoim ciele... pokażże je innym, aby się przekonali!...

Blady był a pot strumieniem ściekał mu z czoła; w uniesieniu wyciągnął rękę, aby uchwycić ją za ramię, ale z dziwną siłą odepchnęła go.

– Dosyć – rzekła – dosyć. Pan jest doprawdy nieprzytomny i to już od dłuższego czasu. Wysłuchałam wszystkiego, co pan mówił, i przyznać muszę, iż wysłuchałam z oburzeniem; mówił pan o mnie tak, jak gdybym była jego kochanką, a jednak nie byłam nią nigdy. Można spowiadać się publicznie, ale spowiedź ta powinna być szczera; pańska nią nie była. Próżność popchnęła pana ku kłamstwu i to, co pan wyznał swoim przyjaciołom, dalekie jest od prawdy. Poznaliśmy się, to prawda. Chciał mnie pan posiąść, i to również prawda, ale się to panu w zupełności nie udało. Ani razu nawet nie pozwoliłam panu dotknąć ustami mojej ręki. Zadrasnęłam pańską próżność, nie zadowoliłam pańskiej chuci – i oto przyczyna pańskiej nienawiści.

Przez zemstę chce mnie pan zgubić i dlatego przedstawił mnie pan swoim przyjaciołom jako przestępczynię, jako czarownicę. Tak, jako czarownicę. Chce pan bowiem wpoić w swoje otoczenie przekonanie, że taki człowiek, jak pan, słaby ani ułomny być nie umie. Jeśli więc zawinił, to mógł to uczynić jedynie na skutek jakichś sił nadnaturalnych. Doprawdy, panie Beaumagnan, pan nie wie nie tylko, co czyni, ale nawet, co pan mówi. Jakim prawem twierdzi pan, że byłam w pańskim pokoju i że wkładałam truciznę między pańskie lekarstwa? Był tam ktoś, być może, ale nie ja. Była to inna kobieta tak łudząco podobna do mnie.

...Inna... ta, która znajduje się na waszej i na mojej drodze, panowie. Ta, która dąży do tego samego, co i my celu. Jest jeszcze ktoś, kto posiada papiery Cagliostra i nosi jego imię. To markiza de Belmonte, hrabina Fenise. Jej to musi pan szukać, panie Beaumagnan, to ją, a nie mnie, widział pan wówczas u siebie i padł pan ofiarą łatwo zrozumiałej halucynacji. Wszystko, co się działo dziś tutaj, uważam za nieporozumienie lub za przykry żart. Nie odzywałam się, nie broniłam się i nie zaprzeczałam niczemu, wiedząc aż nadto dobrze, iż jestem niewinna. Wiem zresztą, że nic mi się nie stanie, bo nie ma tu między wami człowieka tak podłego, żeby mnie skazał na śmierć. Pan być może, panie Beaumagnan, bo jesteś pan fanatykiem, chwilami niemal nieprzytomnym, ale nie znajdzie pan w tym zebraniu niegodziwca, który by pana poparł lub panu pomógł. Skończmy więc tę przykrą scenę i wróćcie mi panowie wolność. Siła jest przy was; możecie mnie sądzić i osądzić, ale pamiętajcie, że nie ma więzienia, z którego bym się nie wydostała równie łatwo, jak wy z tej sali. Możecie korzystać ze swojej przewagi. Co do mnie, nie przemówię więcej słowa.

Usiadła znów na swoim miejscu i spokojnie oparła łokieć na ławce. Rola jej była skończona. Przemawiała bez cienia przestrachu, ze zdumiewającą pewnością siebie i zupełnym spokojem. Logika jej rozumowania nie dała się zaprzeczyć, a to co mówiła, było ogromnie proste i zarazem ogromnie prawdziwe.

Jeżeli bowiem istotnie była osobą, którą obwiniał Beaumagnan i d’Etigues, którą poznał d’Arcole, osobą sfotografowaną i namalowaną na trzech podobiznach z odległych od siebie czasów – to lista jej przestępstw musiała być o wiele dłuższa. Czemuż mówić o jednych, wyłączając drugie? Ale jakże zgodzić się z twierdzeniem tak nieprawdopodobnym, po prostu niemożliwym? Dlaczego nie przyjąć, iż Beaumagnan się pomylił, że jakieś okropne nieporozumienie istotnie tkwiło w całej tej sprawie?

Beaumagnan nie mógł nic przeciwstawić tym twierdzeniom.

Czując, że z pojedynku tego wyszedł zwyciężony, milczał i poniechał walki. Raul zauważył również, że obecni nie mieli już tego zaciętego, jakby skamieniałego wyrazu twarzy; przeciwnie, wyglądali jak ludzie, którzy zaczynają się wahać. Toteż nadzieja wstępowała w serce młodego człowieka, ale niestety przyćmiewała ją nieco myśl o owych przygotowaniach, o których wspominali przed rozpoczęciem zebrania d’Etigues i Bennetot.