Hrabianka Gizela - Eugenie Marlitt - ebook

Hrabianka Gizela ebook

Eugenie Marlitt

0,0

Opis

Mroczna przeszłość pięknej hrabiny Voldern stała się przyczyną tragedii osobistych wielu osób z jej otoczenia i położyła się głębokim cieniem na życiu jej jedynej wnuczki i spadkobierczyni - Gizeli Sturm. Odsunięta od świata i wychowywana w kłamstwie osierociała Gizela nie zaznała radości i beztroski dziecięcych lat. Dorastała otoczona udawaną troskliwością, nieświadoma wyrządzonych jej krzywd i nie przeczuwająca, na jak ciężką próbę wystawi ją los u progu jej pełnoletności. Czy wyjdzie z tej próby zwycięsko i zdoła ocalić honor rodziny Voldernów - pokaże lektura tej książki, którą czyta się z z zapartym tchem. Mała Gizela skryła się początkowo przerażona w kąt pokoju, ale wnet na jej twarzyczce lęk ustapił miejsca oburzeniu. Nie była przecież niegrzeczna, a chciano ją ukarać. Nie wiedziała, w swej dziecięcej niewinności, jakie są przyczyny oburzenia niewidomej, wiedziała tylko jedno, że się z nią obeszła niegodnie, a to jej się zdarzało po raz pierwszy w jej młodym życiu..."

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 301

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Eugenie Marlitt

Hrabianka Gizela

SAGA Egmont

Hrabianka Gizela

Copyright © 1870, 2018 Eugenie Marlitt i SAGA

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711662564

1. Wydanie w formie e-booka, 2018

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA oraz autora.

SAGA Books, spółka wydawnictwa Egmont

I

Wicher szalał w ciemny wieczór grudniowy. Poprzez rozdartą zasłonę chmur migotały tu i ówdzie gwiazdy, ale któż je dostrzegał z okien potężnego gmachu, o którego węgły uderzała z wyciem zawierucha? Wielki piec huty neuenfeldzkiej jeszcze nie przestał pracować.

Krwawy, jarzący blask z paleniska oświetlał nagie ściany hali i zakopcone, spocone twarze robotników.

Z mieszkania kierownika huty wyszły dwie postaci. Niewiasta postawiła kołnierz szuby i nasunęła na czoło chusteczkę.

– Mamy wreszcie zimę! – powiedziała swym dźwięcznym, świeżym głosem. – Śnieg będzie na Boże Narodzenie!

Zwróciła się do towarzyszącego jej mężczyzny:

– Teraz powiem panu coś, czego nie chciałam mówić przy naszym chorym – dodała. – Ziółka, które mu dałam, przydadzą się, nie wątpię, ale jeszcze lepiej przydałoby się wezwać lekarza. Posiedziałabym jeszcze przy chorym, ale moi mali Hunnowie pewno już tam piszczą z głodu. Jutro z samego rana znowu tu przyjdę.

Odeszła zacna pastorowa, a kierownik huty długo stał w progu, goniąc wzrokiem migotliwe światełko jej latarki.

Zza węgła domu doleciał go odgłos ciężkich, męskich kroków. Spojrzał w tamtą stronę.

– Cóż to, pan kierownik na dworze na taką pogodę? – zabrzmiał głos. – Pewno pan student jeszcze nie przyjechał?

– Owszem, Sievercie, Bertold przyjechał przed paroma godzinami, ale jest ciężko chory – odparł. – Wejdźcie do nas, proszę.

Obaj weszli do domu. Pokój, do którego kierownik huty wprowadził przybysza, był obszerny, ale niski. Zawierucha uderzała potężnym swym tchnieniem o szyby, ale tu było ciepło i zacisznie. Z jasno pomalowanych ścian uśmiechały się skromne- portrety przodków, a wielki piec kaflowy rozsiewał miłe ciepło. Światło lampy było przysłonięte abażurem, sporządzonym naprędce z zielonego papieru, a w powietrzu unosił się zapach naparu bzowego, który sporządziły przed chwilą zacne ręce pani pastorowej.

Młody pacjent z całych sił opierał się roli chorego. Miotał się niespokojnie na swym świeżym posłaniu, sporządzonym na sofie, tak, że ciepła kołdra zsunęła się na wpół na podłogę, a filiżanka z naparem bzowym była daleko odsunięta.

Nikt by nie odgadł, że ten śniady, czarnowłosy młody chłopiec jest bratem kierownika huty. Wyglądał on raczej na Włocha, ze swą kruczo-czarną czupryną, zwijającą się w piękne kędziory, ze swym profilem Rzymianina i płomiennymi, czarnymi oczyma. Brat jego za to był typowym przedstawicielem rasy germańskiej. Wysoki, rosły blondyn, zdawał się sięgać stropu niskiej izby. Jasna czupryna i jasne oczy stanowiły uderzający kontrast z ciemnymi brwiami, schodzącymi się na czole, co nadawało jego pięknemu, szlachetnemu obliczu dziwnie melancholijny wyraz. Było w tym obliczu coś, co zdawało się potwierdzać ludowe mniemanie, że ludzie o takich brwiach są naznaczeni przez los.

Kierownik huty wszedł szybko do pokoju, otulił chorego kołdrą i podsunął mu do ust wzgardzone ziółka. Czynił to w milczeniu, ale ze stanowczością, której trudno się było oprzeć. Zbuntowany pacjent stał się nagle uległy i posłusznie wychylił podany mu napój, po czym pochwycił dłoń brata i nagle, tkliwym ruchem, przytulił do niej swą ciemną głowę.

Drugi przybysz, w wojskowym płaszczu, podszedł bliżej.

– Ładnie to panicz wraca na swą kwaterę! – powiedział. – Wstyd!

Miał to być żart, ale szorstkie, ciemne oblicze starego żołnierza przybrało przy tym wyraz marsowo groźny i surowy.

Młody chłopiec zerwał się gwałtownie na dźwięk tego głosu.

– Spokojnie, Bertoldzie – zaśmiał się brat. – Nie poznałeś naszego starego Sieverta?

– Skąd by tam taki panicz pamiętał starego Sieverta! – mruknął stary. – Kiedyś smakował mu kleiczek, który przyrządzałem, nieprawdaż, panie studencie? Akurat tu, w tym miejscu, gdzie pan leży, stała kołyska i mały paniczek krzyczał i wierzgał nóżkami. Nikt go nie mógł uspokoić, tylko trzeba było biec do zamku i sprowadzić starego Sieverta, bo mały nie wiedzieć dlaczego upodobał go sobie. I jak tylko Sievert przyszedł, łzy obeschły i kleik od razu został zjedzony.

Młodzieniec wyciągnął rękę do starego żołnierza.

– Ojciec często opowiadał mi o tym, jak pan jeden potrafił się mną zaopiekować po śmierci matki – powiedział swym dźwięcznym, miękkim głosem – a odkąd Teobald został kierownikiem tutejszej huty, pisywał mi nieraz o panu.

– Tak, tak, być może – mruczał stary, odpinając swój obszerny płaszcz. Na widok jednak skarbów, które kryły się w fałdach tego okrycia, młody student uśmiechnął się mimo woli. Z kieszeni wystawały różne paczki i paczuszki, z jednej wyglądał długi bochenek białego chleba, z drugiej jakaś butelka, a u guzika kurtki wisiała paczka świec.

– Tak, niech się panicz śmieje – powiedział stary. – Wtedy byłem niańką, a teraz kuchcikiem, pomywaczką i pokojówką, ot, na co mi zeszło!

– Któż będzie pamiętał o tym, co potrzebne pani starszej – dodał – przecież nie panna Jutta, tylko ja! Mam tu dla niej świeże mleko od krowy, bo koziego nie znosi, a po biały chleb musiałem chodzić aż do zamku. W domu nie ma co jeść, a panna Jutta powiada, że będzie dziś miała gości na herbatce. Ciekaw jestem, czym też przyjęła pana kierownika i pana studenta?

Kierownik huty zarumienił się na te słowa starego i pogroził mu palcem.

– Co by też nasza pani powiedziała na to, że byłem na zamku – mówił stary dalej. – Ruch tam okropny, kucharz przyjechał i tuzin sług, kręcą się jak muchy w ukropie, bo dziś ma przyjechać ze stolicy sam pan minister. Tyfus wybuchł podobno w mieście i dlatego tutaj przewożą małą hrabiankę, żeby się nie zaraziła.

– Jak długo ma tu zabawić pan minister? – spytał kierownik huty.

Sievert wzruszył ramionami.

– Skąd mogę wiedzieć? – mruknął. – Ale mnie się coś widzi, że panu ministrowi więcej chodzi o jego własną osobę niż o tę małą panienkę. Pewno tu dłużej posiedzi.

Wiadomość ta nie w smak, widać, poszła kierownikowi huty, ale nic nie powiedział, tylko przechadzał się tam i z powrotem po izbie.

– Sievercie – spytał nagle przystając – pamiętacie pana Eschenbacha?

– A jakże by nie! Kiedy był lekarzem nadwornym przy księciu Henryku, świetnie wyleczył mi złamaną rękę. Ale Bóg jeden raczy wiedzieć, co się z nim stało, odkąd wyjechał za morze. Wszelki słuch o nim zaginął. Może go tam ryby pożarły gdzieś po drodze?

– Tymczasem jeszcze nie, mój stary – zaśmiał się Teobald. – Dziś otrzymałem list z dalekich stron, adresowany do nieboszczyka ojca. Pan Eschenbach nic nie wie o jego śmieci. Pisze do niego, wspominając czasy, kiedy z Arnsbergu często zaglądał do domu kierownika huty, i donosi, że stał się bardzo bogaty. Mieszka w Brazylii, posiada olbrzymie dobra i kopalnie. Pozostał starym kawalerem i prosi ojca, żeby wysłał mu jednego ze swych synów, jako że często bywa cierpiący i potrzebuje pomocnika.

– Ładny byłby spadek! – mruknął Sievert.

– Wiecie chyba dobrze, że za nic nie opuściłbym tych stron – odparł krótko kierownik huty.

– A ja również za nic nie rozstanę się z Teobaldem – zawołał młody student. – Niech sobie pan Eschenbach zachowa dla siebie swoje bogactwa! – na chudych policzkach młodzieńca zapłonęły gorączkowe wypieki.

– A niech zachowa – zaśmiał się stary Sievert. Ale, że też się tak dorobił! Przecież tutaj był zawsze hołyszem!

– A dlaczego pojechał do Brazylii? – spytał student.

– Dużo chciałby panicz wiedzieć! – mruknął Sievert. – Co do mnie, to mi się widzi, że wygnały go dzieje tej jednej złej nocy…

Zawierucha z dzikiem gwizdem i wyciem uderzyła właśnie o dom. Zabrzęczały szyby, dachówka oberwała się u węgła i z trzaskiem rozbiła się o zamarzłą grudę.

– Ot, słyszy panicz? – spytał Sievert. – Akurat taka była noc. Całe piekło rozpętało się nad światem. Wicher poobalał najstarsze drzewa w parku zamkowym tej nocy, kiedy umarł w zamku arnsberskim książę Henryk.

Zamilkł i roześmiał się szorstko.

– Tak, wywieszono żałobną flagę i księżna ubrała się w czerń i welony, ale na co się to zdało? Toż przecie nie było zgody między zmarłym a jego rodziną. Pan chyba jeszcze pamięta te czasy, panie kierowniku?

– Och, pamiętam, choć dzieckiem byłem. Ojciec mój też miał z tego powodu przykrości, jako kierownik huty z ramienia panującego księcia. Nikomu z urzędników księcia panującego nie wolno było utrzymywać stosunków z zamkiem arnsberskim.

– A wie pan, kto wtedy był na zamku przy księciu Henryku? – spytał Sievert.

– Właśnie pan von Eschenbach, a prócz niego wasz pan, Sievercie, major von Zweiflingen, i pan Fleury, obecny minister.

– Ach, ten! – zaśmiał się Sievert gorzko. – Ten umiał dobrze kręcić! Obaj tamci panowie nie ukazywali się we dworze, ale on bywał i tu, i tam. Bogu jednemu wiadomo, jak on potrafił urządzić, że mu na to pozwalano. Może tam, we dworze, spodziewano się, że za jego pośrednictwem dojdzie do zgody! Ha! Ha! Zapomnieli o tej kobiecie!

– O hrabinie Voldern? – spytał kierownik huty i twarz jego powlekł chmurny cień.

– Tak, o hrabinie Voldern. Książę nazywał ją swoją przyjaciółką – mówił Sievert – ale ludzie innym mianem ją przezywali i mieli słuszność. Ona była przyczyną tego sporu, a książę słuchał jej we wszystkim. I że za tyle grzechów, tyle intryg nie poniosła kary! Toż ta kobieta umarła lekko i spokojnie, jak najsprawiedliwsza wśród sprawiedliwych! Raz tylko najadła się strachu… właśnie owej nocy.

Dziwną siłę musiały mieć te wspomnienia dla starego, że się nagle tak rozgadał. Obaj bracia słuchali z najwyższym zaciekawieniem.

– Na zamku szeptano sobie od pewnego czasu – mówił dalej Sievert – że koniec już będzie wkrótce rządom hrabiny. Różne już znaki dostrzegano w usposobieniu księcia. Tylko ona nic nie wiedziała. Aż wreszcie, w rocznicę śmierci zacnej księżnej, Panie świeć nad jej duszą, urządziła wielki bal maskowy u siebie, w Greinsfeld! Tu przebrała się już miarka. Książę aż zbladł ze złości i nakazał odroczyć to błazeństwo; nie chciał przecież, żeby takie sobie czyniono urągowisko z pamięci jego nieszczęsnej żony. A ona tylko w śmiech i powiada, że właśnie najpiękniej uczci się jej pamięć w ten sposób, a zresztą w Greinsfeld ona jest panią…

Książę na bal nie pojechał i wszyscy trzej panowie z jego świty zostali przy nim, choć byli przez hrabiną zaproszeni. Musieli pozostać przy swoim panu. Książę mnie lubił i kiedy wieczorem grywał w mariasza z panami, żądał, żebym czekał w przedpokoju na jego rozkazy.

Tak więc siedziałem samiuteńki w wielkiej hali, a wicher szalał jak opętany. Późno już było, ale nikt ze służby nie miał odwagi położyć się spać, tak straszna była ta noc. A tu nagle, jak nie zabrzmi dzwonek z sali książęcej. Wpadam, a książę leży blady jak trup i krew mu się leje z nosa i z ust…

Pan von Eschenbach, choć taki dobry doktor, zrozumiał, że na śmierć nie ma lekarstwa i że godzina księcia wybiła. Wtedy pan Fleury wyszedł do sieni i kazał sobie podać konia.

„Godziny naszego pana się policzone – powiedział do służby, ale nikogo nie śmiałbym wygnać w taką noc. Sam pojadę do stolicy, żeby w ostatniej godzinie doprowadzić do pojednania między księciem a domem panującym”.

Pognał w tę zawieruchę. Nikt nic nie powiedział. Czekano…

„Tej nocy hrabina tańczy u siebie na zamku i przetańczy swój spadek…” – mówili ludzie. Dobry jeździec w godzinę może się dostać do miasta. „Tańcz tam sobie – myślałem. – Ten taniec będzie cię kosztował pół miliona talarów”.

A tu nagle otwierają się drzwi i staje w nich… ona! Ta szatanica! Któż był zdrajcą? Kto ją tu ściągnął? Zrzuciła futro i już biegnie do śmiertelnej komnaty. A ja za klamkę. „Tam nie można wchodzić, jaśnie pani” – powiadam. Spojrzała na mnie jak gadzina, jakby mnie zamordować chciała. „Precz mi z drogi!” – krzyknęła. Ale ja ani się ruszyłem. Tam jednak musieli słyszeć nasze głosy. Major podszedł do drzwi. Otworzył je i zajął moje miejsce. Usunąłem się na bok przed moim panem. Dziwna rzecz: hrabina zmieniła się od razu na twarzy i coś mi się mocno nie spodobało w tej zmianie. Widział ją pan kiedy, panie kierowniku?

– Tak, widziałem. Uchodziła za piękność. Złota blondynka o czarnych oczach…

– Właśnie! – przerwał mu Sievert. – Licho jedno wie, jak ona to potrafiła! Miała już dobrze po trzydziestce i córkę dorosłą, a wyglądała jak podlotek. Nędzna komediantka. Jak podcięta rzuciła się nagle memu panu do nóg i objęła jego kolana tymi swoimi białymi ramionami. Była jeszcze w sukni balowej, a te jej złote włosy rozplotły się i spływały do ziemi, ale po lewej stronie twarzy płynął wąski strumyczek krwi, zapewne uderzył ją odłamek dachówki, kiedy stała u wrót. Jak wąż wiła się z stóp mego pana… istny wąż; przez nią naraził pan mój cześć swoją i wiarę. „Jestem ranna – jęczała – czy chce pan mej śmierci, Zweiflingen?” A głos miała taki słabiutki, jakby już, już umierała. I pochwyciła jego rękę, i uniosła ją do tych swoich kłamliwych, przewrotnych ust… W twarz mego pana jakby ogień uderzył. Pochylił się i uniósł tę kobietę. A ona… jak diabeł bystra, wślizgnęła się do komnaty i już pada na kolana przed umierającym! „Precz! Precz!” – woła książę i wyciąga ręce, żeby ją odepchnąć, ale krew znowu rzuca mu się z ust i w dziesięć minut później już było po nim.

Sievert zamilkł na chwilę, jakby zmęczony.

– Noc nie sprzyja dobremu – ciągnął dalej stary po krótkiej przerwie. – Kto wie, czy hrabina dostałaby swój spadek, gdyby książę dożył dnia. Kiedy wyzionął ducha, wstała, ale ani łzy, ani wzruszenia nie było na jej twarzy. Wstała i zamknęła mi drzwi przed nosem. Teraz była najbogatszą panią w całym kraju. Książę swego czasu sporządził testament na jej rzecz i nikt teraz nie zdoła go obalić. I tak jej dostało się wszyściuteńko, nawet ubodzy nie otrzymali ze spadku po księciu ani grosza.

– Szkoda, że książę panujący przybył za późno – wtrącił student.

– Za późno? – zaśmiał się Sievert. – Wcale nie przyjechał. – Nazajutrz z rana znaleźli chłopi w rowie konia pana Fleury z połamanymi nogami. Jego samego wnieśli na noszach podrapanego, unurzanego w błocie, tego wypomadowanego modnisia! Śliczny to był widok. Książę mu sowicie wynagrodził ten wypadek. Zdobył sobie jego zaufanie, jako oddany sługa domu panującego, aż wreszcie… został ministrem.

– A pan von Eschenbach? – spytał student.

– Ach, pan von Eschenbach? – rzekł stary. – Przez niego właśnie zgadało się o tej całej historii. Ten zmienił się ogromnie od tej nocy. Z początku był wesół i dzień w dzień jeździł do Greinsfeld, ale potem przestał i wyjechał do stolicy. A w dniu, w którym młoda hrabianka Voldern brała ślub z hrabią von Sturmem, przepadł jak kamień w wodę. Łatwo mu było… Nie miał żony i dzieci, jak mój pan, major…

Kierownik huty przy tych ostatnich słowach starego podszedł do okna i rozsunął portiery. Na gzymsie okiennym rosły w doniczkach tulipany, konwalie i gwieździste białe tacety. Wszystkie pościnał i zawinął starannie w bibułkę.

To uczyniwszy odwrócił się na pokój. Dostrzegł gorączkowe wypieki na twarzy brata.

– Dajmy spokój starym dziejom, Sievercie – powiedział. – Wy sami wiele zła odkupiliście waszą wiernością i szlachetnością.

– Wbrew mej woli, panie – mruknął stary. – Pana swego kochałem, nikt nie zaprzeczy; w ogień byłbym się za niego rzucił. Ale potem stał się igraszką w rękach hrabiny. Zaczął grać w karty i pić… dokuczał swej biednej żonie, która krew serdeczną oddałaby za niego. Bogu dzięki, że mnie wreszcie odprawił! Tak, mówią, że zginął na polu chwały. Ale mało kto wie, że szukał śmierci w walce, bo był bankrutem. Wszystko przepadło, nawet ta nędzna buda, ten domek myśliwski. Hrabia Voldern nie chciał znać nędzarza! Wtedy ostatni z rodu panów na Zweiflingen zaciągnął się do Szlezwiku i dał się zabić w pierwszej bitwie. Swój honor kawalerski uratował, ale… co z wdową? Szlachetnie urodzonymi dłońmi umiał rozrzucać złoto, ale odrobić stracone mienie… na to nie było go stać.

Stary żołnierz zarzucił płaszcz na ramiona i pochwycił latarnię.

– Tak, tak – mruczał – ulżyłem raz swemu sercu. A to wszystko dlatego, że pan wspomniał tego pana von Eschenbacha. Ale pan, panie kierowniku, niech mnie nie chwali za wierność. Nie byłbym wrócił na służbę do jego żony i córki, nie! Jedynie przez moją rogatą dumę to uczyniłem, tylko dlatego, że mająteczek mój zawdzięczam obronie adwokata, którego pan mój opłacił za mnie swego czasu. Więc tę moją obecną slużbę u jego rodziny uważam za spłatę długu. Tak, panie. I dlatego jestem teraz i kucharzem, i posługaczką, i drwalem, i wszystkim u pani von Zweiflingen.

Kierownik huty nic nie powiedział. Zmarszczył tylko brwi, jakby mu słowa starego sprawiały przykrość, i wsunął mu w rękę zawinięte kwiaty, prosząc, żeby je doręczył pannie Jucie i przeprosił, że z powodu choroby brata sam przyjść nie może.

– Dobrze, oddam jej to – mruknął stary – i pięknie wszystko wyjaśnię. Dobranoc panom!

Z tymi słowami opuścił dom i poszedł dalej w śnieg i zawieruchę.

II

Szedł w tym samym kierunku co pani pastorowa, do wioski Neuenfeld, niezbyt odległej od huty. Była to nędzna wioska górska, o zapadłych, ubogich chatkach drewnianych.

Sievert szybkim krokiem podążał przez wieś ku wąskiej drodze, wiodącej w stronę lasu. Tu znajdował się w gąszczu drzew domek myśliwski, kiedyś zbudowany przez jednego z przodków majora von Zweiflingena jako miejsce odpoczynku podczas łowów. Tu mieszkała wdowa po majorze, w tym ostatnim szczątku dawnej rodowej wspaniałości. Utrzymywała się z groszowej emerytury, przypadającej jej po mężu. Zapomogę, o którą baron Fleury wystarał się dla niej u księcia, odrzuciła z oburzeniem.

Stary Sievert wszedł w gąszcz leśny i szedł stromą drożyną w stronę żałosnego domostwa. Już z dala, na widok oświetlonego okna, wyrwał mu się pomruk niezadowolenia. – Znów nie zawieszono koca w oknie – zrzędził. – Teraz tylko tego brakuje, żeby i w piecu zapomniała napalić…

Szybko pobiegł naprzód i nagle wybuchnął szorstkim śmiechem. Wśród szumu wichru doleciały go tony fortepianu.

– Oczywiście, znów szaleje i o Bożym świecie zapomniała – mamrotał.

Migotliwe światło padało na śnieg z jednego z okien narożnych. Domek myśliwski posiadał dwie wieże, połączone galeryjką, korpus zaś budynku zajmowała olbrzymia hala myśliwska, do której wychodziło się wprost przez wielkie, ciemne, okute wrota. Tu wszedł Sievert i od razu podążył w stronę kominka.

– Naturalnie, że nie napaliła – mruczał i począł rozdmuchiwać płomień. Pełgający, czerwony blask ognia padł na postaci dwóch paziów wyrzeźbionych w kamieniu, trzymających w ręku rogi myśliwskie, jakby wiecznie wygrywali pobudkę dawno przebrzmiałych łowów.

Stały one u stóp wielkich schodów, wiodących na jedną z wież. Sievert dorzucił więcej drew do ognia, postawił na kominku trójnóg żelazny, na którym umieścił wielki czajnik, pełen wody. Teraz w jasno płonącym ogniu wyłaniały się na ścianach inne postacie. W zbrojach, w brokatach, w strojach myśliwskich widniały portrety dawnych Zweiflingenów, przeplatane trofeami myśliwskimi, wspaniałymi jelenimi rogami.

Zza ściany doleciały go rozgłośnione i potężne akordy. Ktoś grał na fortepianie z siłą i biegłą techniką, choć bez uczucia, ale Sievert widać nie był zwolennikiem muzyki, gdyż nachmurzył tylko jeszcze groźniej swe krzaczaste brwi i przeszedł do sąsiedniego pokoju.

Jaki kontrast z pustą i mroczną halą myśliwską! Niewielki pokoik parterowy w południowej wieży przepełniony był kosztownymi meblami. Były to resztki dawnej wspaniałości, które pozostawili łaskawi wierzyciele. Na pierwsze wejrzenie mogłaby kogoś olśnić ta wspaniałość, ale przyjrzawszy się bliżej, dostrzegało się, że kosztowne obicia brokatowe są wyszarzałe i spłowiałe, a tapety ze złoconej skóry, na sposób hiszpański zdobnej w arabeski, wytarte i pełne zacieków od wilgoci. Olbrzymi, staromodny piec kaflowy był zadymiony i nadawał całemu otoczeniu ponury wygląd.

Sievert zgasił kopcący ogarek w starym świeczniku i wstawił weń nową świecę.

Niewiasta, która a w głębi pokoju siedziała skulon w wysokim fotelu, nie dostrzegła nawet tej zmiany – była ociemniała. „Ze zmartwienia wypłakała sobie oczy, biedna pani” – mawiali okoliczni ludzie i mieli poniekąd słuszność. Niewiasta owa ubrana była bardzo skromnie w czarną sukienczynę z lichej, bawełnianej materii, która stanowiła dziwny kontrast z ongiś wspaniałym brokatem fotela.

– Ach, Sievert wrócił nareszcie? – spytała głosem cichym, ale pełnym rozdrażnienia. – Wołam i wołam, i nikt mnie nie słyszy. Zimno mi, nie opatrzyliście pieca przed wyjściem, a Jutta zapomniała zawiesić koc na oknie. I co za okropne świece teraz przynosicie! Kopcą i czuć je tak, że nic podobnego nie widziano u nas w czeladnej!

Stary sługa nic nie odpowiedział na to zrzędzenie. Wiedział, że jego pani nie stać na świece woskowe ani stearynowe. Otworzył w milczeniu szafę i wyjął z niej wypłowiałą jedwabną kapę, którą zawiesił na oknie.

Pani von Zweiflingen zwijała mechanicznie wstążki swego czepeczka na swych wychudłych, przezroczystych palcach.

– I taki okropny zapach dymu wniósł Sievert z sobą – narzekała. – Na pewno pali Sievert mokrym drewnem, choć nie wiem, w jaki sposób. Chyba zwieźliście przed jesienią nasz zimowy zapas drewna? A może dach w drewutni przecieka?

Gorzki uśmiech przemknął się na ustach Sieverta, gdy jego pani wspomniała o „zwożeniu”. Sam na własnych barkach „zwiózł” wszystko drewno, którym palił obecnie i niejedno w nim polano było mokre. Sievert zarządzał kasą swej pani i dawniej udawało mu się wiązać koniec z końcem, a nawet zachować jakieś pozory dostatku, ale teraz choroba pani von Zweiflingen pochłaniała ostatnie grosze. O tym chora nie wiedziała, jak również nie wiedziała, że skromny posiłek, który Sievert dziś przyniósł, został opłacony z jego własnej kieszeni.

Stary sługa zapewnił, że drewno jest należycie przechowywane w północnej wieży, a dym wyjaśnił działaniem wiatru. Następnie wyjął z kredensu dwie filiżanki oraz imbryczek i nakrył do wieczornej herbaty.

Muzyka w sąsiednim pokoju urwała się nagłym potężnym akordem. Pani von Zweiflingen westchnęła z ulgą i przycisnęła na chwilę ręce do czoła. Dla jej przeczulonych nerwów musiała ta muzyka być istną torturą.

Otworzyły się drzwi sąsiedniego pokoju i stanęła w nich postać młodego dziewczęcia. Tak mogła wyglądać Śpiąca Królewna, gdy wchodziła do pokoiku starej wróżki. Wprost wierzyć się nie chciało, żeby te delikatne, dziecięce rączki, które teraz przesuwały się po ciemnych lokach, spływających na ramiona, mogły przed chwilą tak potężnie uderzać w klawisze. I nie zmęczyła się wcale młoda wirtuozka swoją grą, gdyż cera jej była jasna i świeża, jak płatek kwiecia jabłoni. Nie było w tej twarzy nic wspólnego z tym wydłużonym, wychudłym profilem niewieścim, rysującym się na tle złotego brokatu fotela. Regularne rysy młodzieńczej twarzyczki, śmiałe czarne oczy przypominały raczej oblicza rycerskich przodków młodej panienki. Jakby dla jeszcze większego kontrastu między matką a córką, ta ostatnia była ubrana w kosztowną bladobłękitną suknię jedwabną, przybraną prawdziwymi koronkami.

– I cóż, przygotował już Sievert herbatę? – spytała i wzrok jej padł na nakryty stolik. – Jak to, tylko dwie filiżanki? Zapomniał Sieviert, że się spodziewamy gości?

– Goście nie przyjdą, bo pan student zachorował – odpowiedział Sievert krótko.

Rozczarowanie i gorzkie niezadowolenie odmalowały się na twarzyczce młodej damy.

– Co za okropność – żaliła się. – Czyż każda przyjemność ma mi być odmówiona? A co takiego stało się młodemu Ehrhardtowi, jeśli można wiedzieć? – odcień ironii i niedowierzania brzmiał w jej głosie, niemal jeszcze dziecięcym.

– Hm… zapewne pan student przeziębił się w drodze – powiedział oschle Sievert, zmierzając ku drzwiom.

– No, niechby nawet, dlaczego w takim razie i starszy pan Ehrhardt musi w domu pozostać? Może i on się boi przeziębienia? – spytała młoda dama.

– Nie bądźże tak dziecinna, Jutto – powiedziała pani von Zweiflingen rozdrażnionym głosem. – Jak można wymagać, żeby opuścił chorego brata, którego zresztą od lat nie widział i którego po raz pierwszy gości w swoim domu?

– Och, mamo, i ty go tłumaczysz? – zawołała Jutta ze zdziwieniem, załamujące ręce. – Czyżby ciebie nie zabolało, gdyby cię tatuś opuścił i…

– Ach, zamilknij lepiej dziecko! – zawołała pani von Zweiflingen z takim uniesieniem, że młoda panna cofnęła się zdumiona. Chora wsparła bezsilnie głowę o oparcie fotela i zamknęła niewidzące oczy.

– Nie gniewaj się, mamo – odezwała się po chwili młoda panna – ale naprawdę taki brak względów ze strony Teobalda martwi mnie i oburza. Pomyśl tylko, jak przodkowie nasi wszystko byli gotowi oddać w ofierze dla damy swego serca. Oto, co nazywam szlachetnymi uczuciami.

– Nierozumna! – zawołała chora. – Więc te bezgraniczne głupstwa mają być owocem mego wychowania?

Zamilkła, słysząc, że ktoś wszedł do pokoju. Byl to Sievert. Niósł szklankę pełną świeżej wody oraz zawiniątko w białym papierze, które podał Jucie. Piękny to widok, gdy młode dziewczę przyciska do ust kwiaty nadesłane przez narzeczonego. Ale to młode dziewczę tak nie uczyniło. Zbyt wielkie zapewne było jej oburzenie. Rozwinęła papier, rozrzuciła bukiet i wybrała zeń jedne tylko tacety. Sievert stał wciąż, a po chwili podsunął jej szklankę z wodą.

– Ach, nie na to je ścięto! – powiedziała z irytacją. – Nie znoszę kwiatów w wodzie! – Podeszła do lustra i wpięła we włosy tacety, na kształt diademu. Niby deszcz gwiazdek srebrzystych jaśniały na tle jej czarnych loków.

Poeci nieraz opiewali rozkosz kwiatów zamierających we włosach lub na piersi pięknego dziewczęcia, ale stary Sievert nie podzielał ich uczuć. Ani spojrzał na piękną pannę, tylko w duchu żałował tych „biedaczków”, które tak ostrożnie ochraniał od śniegu i wiatru po to, żeby się tu zmarnowały. Nic jednak nie powiedział, tylko wniósł herbatę, chleb i masło, przysunął chorą z fotelem do stolika i odszedł wreszcie do swego pokoiku w północnej wieży. Tu odpoczywał, palił fajkę i studiował… dzieła astronomiczne.

Jutta odwinęła jedwabne mankiety u rąk. Przygotowała tartinki i nalała herbatę do filiżanek.

Matka jej natężyła słuch.

– Czy masz na sobie swój jedwabny czarny fartuszek? – spytała. – Słyszę szelest jedwabiu przy każdym twoim poruszeniu.

– Tak, mamo – zabrzmiała odpowiedź, ledwo dosłyszalnym głosem.

– To dziwne. Pierwszy raz zauważyłam ten szelest. Jaką masz na sobie suknię?

– Tę co zwykle, wełnianą – odpowiedziała Jutta.

Egzamin się skończył. Młoda panna odetchnęła i zaczęła pić herbatę, umyślnie głośno dzwoniąc łyżeczką o filiżankę.

Chora nic prawie nie jadła. Kruszyła w nerwowych palcach cienką tartinkę tego białego chleba, który Sievert zdobył dla niej z takim trudem, przynosząc go aż z zamku.

– Mogłabyś mi coś powiedzieć, Jutto – powiedziała. – Wicher tak wyje okropnie.

Młoda panna wstała, żeby przynieść książkę, ale w tej chwili suknia jej musnęła przypadkiem zwisającą z poręczy fotela rękę chorej. Niewidoma pochwyciła gwałtownie za jedwab i drugą ręką przesunęła badawczo po szeleszczących fałdach sukni.

– Czyś oszalała, Jutto? – wykrzyknęła.

Młoda panna usiadła na fotelu obok.

– Ach, wybacz mi, mamo – szepnęła pobladłszy z lęku.

– Ty niegodziwe, lekkomyślne stworzenie! – mówiła matka, odpychając jej dłonie, wyciągnięte prosząco. – Ani trochę ci nie było wstyd, kiedy targnęłaś się na to, co dla mnie było świętością, na jedyną pamiątkę krótkich chwil mojego szczęścia? Wiesz, że w tej sukni chciałam być pochowana, a ty, jakby na urągowisko naszej nędzy, włóczysz ją po tej ruderze?

Jutta wstała żywo. W tej chwili nie było w niej nic z delikatnego dziewczątka. Rysy jej stwardniały, stały się zawzięte i surowe.

– Mówisz tak, mamo – zaczęła – jakbym popełniła zbrodnię. Nie przywłaszczyłam sobie przecież tej sukni, tylko ją pożyczyłam na kilka godzin. Teobald miał mi dziś przedstawić swego brata. Zrozumiesz chyba, że chciałam tym razem wyglądać choć przyzwoicie. Mamo, czy zapomniałaś, że sama kiedyś byłaś młoda? Nie rozumiesz mnie, gdyż twoja młodość była tak zupełnie inna. Tu, na tym portrecie, gdy cię widzę w białym atłasie i koronkach, i porównuję ten strój z moją nędzną sukienką, ileż razy zadaję sobie pytanie, dlaczego zostałam wygnana z tego raju, w którym tobie, mamo, wolno było żyć i błyszczeć?

Niewidoma jęknęła i zakryła twarz dłońmi.

– I ja także jestem młoda i z dobrej rodziny! – mówiła dalej córka nieubłaganie. – Czuję też powołanie błyszczeć w świecie, obcować ze sławnymi ludźmi, a muszę się marnować w tym nędznym kącie!

Pani von Zweiflingen pragnęła wychować córkę z dala od świata, od jego próżnostek, skromnie i poważnie, ale zapomniała o jednym, najgroźniejszym przeciwniku, a było mim – zwierciadło. Nawet teraz, przy mdłym blasku łojowej świeczki, odbicie w zwierciadle pięknej młodej damy, uwieńczonej gwieździstym kwieciem, tworzyło wdzięczny i czarowny obraz.

– Wiem, że z majątku ojca nic nie pozostało – mówiła dalej młoda panna z uporem. – Mówisz, że ojciec stracił go przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności oraz fałszywych przyjaciół, ale powinnaś była przynajmniej pomyśleć o mnie. Niedawno czytałam, że córki zubożałych rodzin arystokratycznych mogą zawsze otrzymać stanowisko dam dworskich. Od tej chwili o niczym innym nie myślę, mamo. Dlaczego zamknęłaś mi jedyną drogę do świetnego i pięknego życia?

– Ach, więc to tak – wyszeptała bezdźwięcznie niewidoma – więc to tak. A ja myślałem, że uda mi się głos krwi zwalczyć przez wychowanie! Żądza użycia, pycha, pęd do naśladowania innych, wyżej od siebie postawionych, oto cechy całej naszej kasty. Intrygi, chęć poniżenia współzawodników, szkodzenie tym, którzy o szczebel wyżej stanęli w słońcu łaski książęcej, oto całe życie w tym raju, o którym marzysz! – mówiła dalej, z rosnącym uniesieniem. – Już wolę, żebyś tutaj do końca życia przetrwała w biedzie, w murach tego nędznego domu! Niech ci to wystarczy tymczasem. Kiedyś, gdy będziesz rozumniejsza i dojrzalsza, może ci Teobald wyjaśni, dlaczego tak postąpiłam.

Znużona opadła na poduszki fotela i opuściła ciężkie od niewypłakanych łez powieki.

Jutta już ani słowem nie śmiała się odezwać. Milczenie zapadło w pokoju. Jedna tylko zawierucha szalała i wyła, przeganiając ostatnie liście jesienne i kłęby płatków śniegowych.

I nagle wśród tego szumu i zgiełku rozbrzmiał jakiś głos ludzki. Dolatywał od drogi o jakieś trzydzieści kroków odległej od domku. Latem często tu przejeżdżano, ale teraz, zimą, rzadko kto z tej drogi korzystał, gdyż była stroma i niezbyt bezpieczna, choć skracała drogę do miasta o prawie pół godziny.

I dlatego ten głos ludzki wśród nocy przeraził teraz obie panie. Ociemniała ocknęła się ze swej apatycznej zadumy, a Jutta szybko podeszła do okna i uchyliła je nieco. Wraz z powiewem zimnego wiatru doniósł się teraz wyraźnie głos męski, a wkrótce odpowiedział mu zachrypły głos Sieverta. Słychać było, jak stary żołnierz otwiera drzwi swego pokoju, jak jego kroki dudnią w holu. Potem zaskrzypiały wielkie, okute wrota.

Słychać było jakieś inne, szybkie kroki na ścieżce przed domem, a następnie w hali, a za nimi jakieś lekkie kroczki.

– Czy moglibyśmy się tu zatrzymać chwilę, dopóki pocztylion nie sprowadzi pomocy? – pytał głos.

Jutta stanęła w drzwiach. Dłonią ochraniała płomień świecy. Dzięki temu światło padało ze zdwojoną mocą na jej twarz i ramiona. A gdy tak stała wśród mrocznych portretów, majaczących w głębi ciemnej hali, musiała się wydać zabłąkanym wędrowcem, w swym gwieździstym diademie kwiecia, niby jakaś czarowna postać z baśni lat dziecięcych, nagle ich oczom zjawiona, niby jakaś księżniczka zaklęta, uwięziona w mrocznym zamczysku.

Jednocześnie z pojawieniem się Jutty w drzwiach weszła do hali mała dziewczynka, lat może sześciu. Stanęła w progu hali i przyglądała się z zaciekawieniem młodej damie. Spod futrzanego kołnierza widać było tylko parę wielkich, czarnych ocząt i czubek noska. Maleńka była grubo otulona, ale jej płaszczyk i futro znamionowały zamożność i zbytek. W ręku trzymała dziewczynka jakieś duże zawiniątko, które troskliwie tuliła do piersi. Teraz zobaczyła Jutta i mężczyznę, który wzywał pomocy. Rozróżniła w półcieniu rysy bladego, pięknego oblicza. Na widok Jutty nieznajomy skłonił się uprzejmie i wprowadził małą do hali.

– Tam, w karecie, została jeszcze dama, która z niepokojem oczekuje mego powrotu – powiedział z lekkim, nieuchwytnym uśmiechem, dziwny urok nadającym jego głosowi. – Może by pani była tak dobra i łaskawa zaopiekować się na chwilę maleńką, zanim będę mógł przedstawić się pani jak należy?

Zamiast odpowiedzi, Jutta wdzięcznym ruchem przygarnęła małą do siebie i wprowadziła ją do pokoju matki, podczas gdy Sievert wyszedł z nieznajomym.

– Mamo, prowadzę ci gościa, śliczną małą dziewczynkę – powiedziała młoda dama i w krótkich słowach wyjaśniła matce, co się stało.

– Przygotuj jej herbaty! – powiedziała pani von Zweiflingen, prostując się w fotelu. Wychudzone dłonie gładziły nerwowo fałdy sukni i poprawiały czepeczek.

– Chodź tu i podaj mi rączkę – powiedziała, wyciągając dłoń w kierunku drzwi.

– Zaraz, proszę pani – odpowiedziała dziewczynka – tylko wypuszczę Pusia.

Rozwinęła zawiniątko, z którego wysunął się śnieżno biały łebek kota angorskiego. Był on zawinięty po uszy w jedwabną kołderkę i z całych sił próbował wydostać się na swobodę. Jutta pomogła małej w oswobodzeniu kota. Ten znalazłszy się na podłodze przeciągnął się, wygiął grzbiet i zamiauczał żałośnie.

– Wstydź się żebrać, Pusiu – powiedziała mała, ale kot, mimo tego napomnienia, wpatrywał się pożądliwie w dzbanuszek z mlekiem, stojący na stole.

– Pusio jest głodny – zaśmiała się Jutta. – Damy mu jeść potem; najpierw pomogę dziecku zdjąć płaszcz i kapturek.

Mała wyciągnęła ręce, by ją powstrzymać.

– Sama to zrobię – powiedziała stanowczym głosikiem. – I Lenie nigdy nie pozwalam siebie ubierać. Ona zawsze tak się do mnie zabiera, jakbym była lalką.

Zdjęła płaszczyk i kapturek i podała je Jucie. Młoda panna z upodobaniem gładziła kosztowne futro i aksamit płaszczyka. To dziecko musi pochodzić z zamożnego i wytwornego domu…

Dziwne to było dziecko. Wzrostem nad swój wiek wybujałe, ale wąskie w ramionach i przerażająco szczuplutkie. Gęste, bardzo jasne włosy były krótko przycięte i gładko sczesane z czoła. To uczesanie sprawiało, że dziewczynka o chłodnej twarzyczce wydawała się raczej brzydka na pierwsze wejrzenie, ale trudno było zapomnieć spojrzenia wielkich, dziecięco niewinnych oczu, brunatnych i wilgotnych, jak u sarny. Te oczy utkwiła dziewczynka w niewidomą damę i wyciągnęła do niej chudą rączkę, dotykając delikatnie jej dłoni.

– Ach, to ty, maleńka – powiedziała pani Zweiflingen, przyciągając ją ku sobie. – Pewnie bardzo kochasz swego Pusia?

– Tak, bardzo – potwierdziła dziewczynka. – Dostałam go od babuni i dlatego wolę go od wszystkiego, co kiedykolwiek otrzymałam od papy; zresztą papa przywozi mi tylko lalki, których znieść nie mogę.

– Nie podobają ci się lalki?

– Ani trochę. Mają takie okropne oczy i nudzi mnie to wieczne ich ubierania i rozbierania; nie chcę stać się jak Lena, która ciągle chciałaby przymierzać mi jakieś nowe sukienki. Lena tak lubi stroje!

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.