Homobiografie. Wydanie drugie, poprawione i poszerzone - Krzysztof Tomasik - ebook
Opis

Najważniejsze nazwiska polskiej kultury pokazane z nieznanej strony, która ma niewiele wspólnego z opowieścią znaną ze szkoły. Nie na postumencie, ale prywatnie, z uwzględnieniem ludzkich dylematów.

 

Nowe wydanie Homobiografii przynosi uzupełnienie życiorysów, ale także prezentację kolejnych postaci. Całość to opowieść o środowisku literackim w czasach, gdy homoseksualizm był tabu.

 

Życie najbardziej znanych twórców polskich XIX i XX wieku jest tak naprawdę nieznane. Zdanie to – sprzeczne, nielogiczne – legło u podstaw świetnej książki Krzysztofa Tomasika. Książki prawie niemożliwej, bo zagarniającej całe stulecie kultury polskiej, a zarazem jasnej, prostej i przekonującej. Przemysław Czapliński

 

Dowiadujemy się, jak heteronorma kastruje naszą kulturę, przykrawa wszystko do jednego wzoru i upycha w szafie to, co do niego nie pasuje. Jak ją zubaża.

Kinga Dunin „Replika”

 

Myślę, że Jarosław Iwaszkiewicz tam, w zaświatach, po wydaniu tej książki powiedział z ulgą: „Nareszcie!”.

Olga Tokarczuk

 

Tomasik pisze o swoich bohaterach z taktem i empatią. Pełna, nieocenzurowana biografia pozwala odczytać ich dzieło z innej perspektywy.

Joanna Podgórska „Polityka”

 

Teraz trudniej będzie udawać, że sprawy nie było, że to tylko pogłoski. Mariusz Cieślik „Newsweek” Ważna książka.

Krystian Lupa „Duży Format”

 

Krzysztof Tomasik – publicysta, biografista, badacz polskiego homoseksualizmu. Autor głośnych książek Homobiografie. Pisarki i pisarze polscy XIX i XX wieku (2008) oraz Gejerel. Mniejszości seksualne w PRL-u, redaktor zbioru PRL-owskich reportaży Mulat w pegeerze (2011).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 474

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Krzysz­tof To­ma­sik

Ho­mo­bio­gra­fie

wy­da­nie dru­gie, po­pra­wio­ne i po­sze­rzo­ne

wy­daw­nic­two kry­ty­ki po­li­tycz­nej

BI­LANS

Wstęp do dru­gie­go wy­da­nia

Od­czyt o Ja­nu­szu Kor­cza­ku. Z od­czy­ta­nych urywków jego pamiętni­ka wy­ni­kało, że Kor­czak był ho­mo­sek­su­alistą. W sali było po­nad 100 osób. Nikt, włącznie ze mną, nie odważył się i nie odważyłby się o tym po­wie­dzieć lub o to za­py­tać. Cen­zu­ra jest urzędem w nas i między nami.

KA­ZI­MIERZ BRAN­DYS,Za­pa­miętane (1995)

Za­nim przystąpiłem do pi­sa­nia tego wstępu, od­szu­kałem daw­ne ma­ile. Są sprzed sied­miu, ośmiu lat, ale miałem po­czu­cie, że po­chodzą z od­ległej przeszłości. Początek tej hi­sto­rii to 2006 rok, kie­dy wstępną kon­cepcję później­szych Ho­mo­bio­gra­fii za­pro­po­no­wałem dwóm wy­daw­nic­twom, nie­ste­ty bez po­wo­dze­nia. Roz­mo­wy trwały jakiś czas, do­wie­działem się, że piszę wart­ko i cie­ka­wie, ale klam­ra spi­nająca całość może spo­wo­do­wać „wie­le ataków”, zarówno na mnie jako au­to­ra, jak i na wy­daw­nic­two, więc abym pomyślał ra­czej nad bio­gra­fią po­je­dyn­cze­go bo­ha­te­ra, na przykład Ma­rii Ko­nop­nic­kiej, której set­na rocz­ni­ca śmier­ci przy­pa­da w roku 2010. Słowo „ho­mo­sek­su­alizm” wi­siało w po­wie­trzu, ale nie padło w wir­tu­al­nej roz­mo­wie z re­dak­to­rem pro­wadzącym dział li­te­ra­tu­ry fak­tu. Nie było po­trzeb­ne, w końcu wia­do­mo, co może spo­wo­do­wać ata­ki. Wkrótce jed­nak po­wstało Wy­daw­nic­two Kry­ty­ki Po­li­tycz­nej i oka­zało się, że pu­bli­ka­cja książki jest możliwa. Pre­mie­ra miała miej­sce 24 kwiet­nia 2008 roku w Kra­ko­wie w cza­sie fe­sti­wa­lu Kul­tu­ra dla To­le­ran­cji. Tak się zaczęło.

Trud­no po­wie­dzieć, że książka oka­zała się bombą, ale spo­tkała się ze spo­rym od­ze­wem. Po­zy­tyw­ne re­cen­zje po­ja­wiły się zarówno w pra­sie tzw. główne­go nur­tu, ni­szo­wych pi­smach li­te­rac­kich (spo­ra część tych tytułów już się dzi­siaj nie uka­zu­je), jak i na racz­kujących do­pie­ro blo­gach książko­wych. Zwra­ca­no przede wszyst­kim uwagę na te­mat, wciąż jesz­cze kon­tro­wer­syj­ny, szczególnie gdy mowa o wy­bi­tych pi­sa­rzach i pi­sar­kach zna­nych ze szkoły. Kry­ty­ka oka­zała się dość prze­wi­dy­wal­na, większym za­sko­cze­niem był fakt, że jed­nym głosem przemówili pa­no­wie wy­wodzący się z różnych śro­do­wisk: To­masz Ter­li­kow­ski („Ga­ze­ta Pol­ska”), Piotr Sem­ka („Rzecz­po­spo­li­ta”), Je­rzy So­snow­ski („Więź”) i Da­riusz No­wac­ki („Ga­ze­ta Wy­bor­cza”)1. Wszy­scy oni uzna­li książkę za szko­dliwą, na­ru­szającą gra­ni­ce życia pry­wat­ne­go (No­wac­ki zo­ba­czył w niej na­wet po­do­bieństwo do plot­kar­skie­go por­ta­lu Pu­de­lek). Prze­bił ich jed­nak Ka­zi­mierz Bo­lesław Ma­li­now­ski, re­cen­zent „Lam­py”, która była pi­smem bar­dzo otwar­tym na al­ter­na­tywę, ale, jak się oka­zało, w ściśle wy­zna­czo­nych ra­mach. To, co po­przed­ni­cy ubie­ra­li w okrągłe słowa, Ma­li­now­ski na­zwał wprost: „nie­smak”. Na tym nie ko­niec, samą te­ma­tykę ho­mo­sek­su­alną oce­nił jako „oby­cza­jową ropę”, a zaj­mo­wa­nie się nią tej ropy „ssa­niem”.

Z cza­sem książka zaczęła żyć własnym życiem, czy­ta­na i przy­woływa­na w różnych kon­tek­stach2. Do­cie­rały do mnie głosy, że w wie­lu przy­pad­kach po­mogła podjąć te­mat sek­su­al­ności ważnych po­sta­ci, po­ka­zując, w jaki sposób można o tym pisać bez ana­chro­nicz­ne­go prze­mil­cza­nia z jed­nej stro­ny i nie­zdro­wej sen­sa­cji z dru­giej. Chciałbym myśleć o Ho­mo­bio­gra­fiach jako części większe­go pro­ce­su – pu­bli­ka­cja tej książki wraz z in­ny­mi tytułami, m.in. dzien­ni­ka­mi Anny Ko­wal­skiej czy Ja­rosława Iwasz­kie­wi­cza, spra­wiła, że ho­mo­sek­su­al­ność licz­nych pi­sa­rzy i pi­sa­rek nie pod­le­ga już dys­ku­sji. W Ho­mo­bio­gra­fiach po raz pierw­szy zo­stało wprost po­sta­wio­ne py­ta­nie o re­lację Ma­rii Ko­nop­nic­kiej z Marią Dulębianką, z su­ge­stią o les­bij­skim cha­rak­te­rze tego związku. Nie­ste­ty, ba­dacz­ki po­dej­mujące po mnie ten wątek ra­czej za­trzy­my­wały się wcześniej, niż pro­wa­dziły go da­lej. Nie spełniły się także na­dzie­je, że większość mo­ich bo­ha­terów i bo­ha­terek do­cze­ka się wkrótce całościo­wych, no­wo­cze­snych bio­gra­fii uwzględniających kwe­stię nie­nor­ma­tyw­nej sek­su­al­ności.

Przełom w pol­skiej bio­gra­fi­sty­ce nastąpił wraz z be­st­sel­le­rem Ar­tu­ra Do­mosław­skie­go Kapuściński non-fic­tion. Kam­pa­nia me­dial­na wokół książki, zmie­niająca się mo­men­ta­mi w na­gonkę na au­to­ra, za­owo­co­wała dość pod­sta­wową, ale jed­nak de­batą o bio­gra­fi­sty­ce, która pod pew­ny­mi względami przy­po­mi­nała wcześniej­sze o osiem­dzie­siąt lat spo­ry wywołane przez Ta­de­usza Boya-Żeleńskie­go. Odważnie mierząca się z trud­ny­mi kwe­stia­mi w życio­ry­sie Kapuścińskie­go pra­ca Do­mosławskie­go stała się wzo­rem tego, jak po­win­na wyglądać współcze­sna bio­gra­fia. W efek­cie nie ma już po­wro­tu do na­iw­nej nar­ra­cji i po­mi­ja­nia nie­wy­god­nych kwe­stii, w tym ho­mo­sek­su­ali­zmu. Bo­daj ostat­nią, która próbuje re­ak­ty­wo­wać tego ro­dza­ju po­dejście, jest Mag­da­le­na Gro­chow­ska, bar­dzo kon­se­kwent­nie prze­mil­czająca w Gie­droy­ciu nie­mal wszyst­ko, co mogłoby na­pro­wa­dzić na te­mat ho­mo­sek­su­ali­zmu nie tyl­ko tytułowe­go bo­ha­te­ra, ale też osób z jego oto­cze­nia (Kot Jeleński, Józef Czap­ski).

Inny ele­ment zmia­ny to co­raz częstsze do­strze­ga­nie war­tości sa­mej bio­gra­fi­sty­ki, której sen­sem ist­nie­nia nie jest je­dy­nie służebna rola w sto­sun­ku do li­te­ra­tu­ro­znaw­stwa – a wie­lu po­lo­nistów tyl­ko pod tym kątem oce­niało Ho­mo­bio­gra­fie. Mam na­dzieję, że dru­gie wy­da­nie tej książki będzie już od­bie­ra­ne in­a­czej. To wciąż po­le­mi­ka z brązow­nic­twem i fałszo­wa­niem życio­rysów ważnych dla Pol­ski po­sta­ci, a także po­ka­za­nie na przykładach, w jaki sposób ho­mo­sek­su­al­ność jest ru­go­wa­na z na­szej hi­sto­rii. Nie od­ci­nam się od tego kon­tek­stu, ale chciałbym, żeby czy­ta­no tę książkę także jako opo­wieść o cie­ka­wych, war­tych przy­po­mnie­nia oso­bach, które – tak się aku­rat złożyło – nie były he­te­ro­sek­su­al­ne. W ten sposób od początku byli do­bie­ra­ni bo­ha­te­rzy i bo­ha­ter­ki, ale nie za­wsze spo­ty­kało się to ze zro­zu­mie­niem. Ho­mo­bio­gra­fie nie miały być lek­sy­ko­nem naj­ważniej­szych pi­sa­rzy ho­mo­sek­su­alistów, dla­te­go w ze­sta­wie za­brakło Ju­lia­na Stryj­kow­skie­go czy Mi­ro­na Białoszew­skie­go, za to zna­lazło się miej­sce dla dużo mniej „ważnych”: An­to­nie­go Sobańskie­go czy Zo­fii Sa­dow­skiej. Tym tro­pem po­szedłem także, do­bie­rając nowe na­zwi­ska, jesz­cze mniej oczy­wi­ste. Alek­san­der Jan­ta-Połczyński, Zbi­gniew Uniłowski, Ha­li­na Len­czew­ska i An­to­ni Bor­man oraz Wil­helm Mach to po­sta­cie w dużej mie­rze za­po­mnia­ne, war­te jed­nak przy­po­mnie­nia lub po­zna­nia, nie za­wsze ze względu na twórczość, częściej na fa­scy­nujące bio­gra­fie. Wątek ho­mo­sek­su­al­ny może być pre­tek­stem do po­zna­nia tych hi­sto­rii.

To, co naj­bar­dziej cie­szy, to zmia­ny w sto­sun­ku do mniej­szości sek­su­al­nych, które zaszły przez po­nad sześć lat, ja­kie minęły od pre­mie­ry Ho­mo­bio­gra­fii, zarówno w dys­kur­sie me­dial­nym, li­te­rac­kim, jak i na ryn­ku wy­daw­ni­czym. Rok 2014 przy­niósł dwa świa­dec­twa, że są to zmia­ny na lep­sze. Naj­pierw Ka­zi­mierz Bo­lesław Ma­li­now­ski, któremu geje i les­bij­ki ko­ja­rzy­li się z „oby­cza­jową ropą”, po­zy­tyw­nie oce­nił w „Lam­pie” książkę Różowy język Błażeja War­koc­kie­go, opi­sującą li­te­ra­turę ge­jowską, a wkrótce wy­daw­nic­two, które od­rzu­ciło kie­dyś Ho­mo­bio­gra­fie ze względu na po­ten­cjal­ne „ata­ki”, opu­bli­ko­wało au­to­bio­gra­fię Anny Grodz­kiej, pierw­szej pol­skiej posłanki po ko­rek­cie płci. To już coś na początek.

HI­PO­KRY­ZJA SZA­CUN­KU

Wstęp

Ale u nas się nig­dy praw­dy nie pi­sze, bo albo zna­jo­mi, albo „naród” (?), albo pan Bóg czy inny Sta­lin się ob­ra­zi.

ZYG­MUNT MY­CIEL­SKI, Dzien­nik (1960)

„Co wyście z niej zro­bi­li? Zro­bi­liście z tej wspa­niałej ko­bie­ty nudną gu­wer­nantkę; za­ma­ry­no­wa­liście ją w cno­cie tak, że nikt już jej książek do rąk nie bie­rze, w myśl fran­cu­skie­go po­wie­dze­nia: C’est sacré, car per­son­ne n’y to­uche [To jest święte, po­nie­waż nikt tego nie do­ty­ka]. Po­cho­wa­liście ją go­rzej od Nor­wi­da, bo za­iste łatwiej się wy­grze­bać pi­sa­rzo­wi z kom­plet­ne­go za­po­mnie­nia, niż od­wa­lić ka­mień gro­bo­wy ta­kiej ka­no­ni­za­cji. Uni­ce­stwi­liście ją hi­po­kryzją sza­cun­ku”3 – tak Ta­de­usz Boy-Żeleński kończył swój esej poświęcony Nar­cy­zie Żmi­chow­skiej. Było to w roku 1928, ale po­ka­za­na na tym przykładzie pra­widłowość jest ak­tu­al­na także dziś, nig­dy zresztą ak­tu­al­ności nie stra­ciła. Za to sam Boy pod­le­ga obec­nie tym sa­mym pro­ce­som, którym prze­ciw­sta­wiał się w Lu­dziach żywych i Brązow­ni­kach. Nie prze­ro­bi­liśmy za­da­nej przez nie­go lek­cji, w Pol­sce bio­gra­fi­sty­ka nig­dy nie roz­winęła się na ma­sową skalę, a brązow­nic­two jest wciąż pod­sta­wo­wym spo­so­bem mówie­nia o wy­bit­nych jed­nost­kach. Dzie­je się tak nie tyl­ko w szko­le, ale także w po­pu­lar­nym prze­ka­zie me­dial­nym, a na­wet w opra­co­wa­niach aka­de­mic­kich. Wciąż nie­zwy­kle chętnie wy­ko­rzy­stu­je się zgrabną for­mułę „sza­cun­ku dla pry­wat­ności”, która służy do ta­bu­izo­wa­nia nie­wy­god­nych te­matów. Życie pry­wat­ne jest za­wsze przy­cięte do odpowiednie­go wzo­ru albo – jeśli przy­ciąć się nie da – całko­wi­cie prze­mil­cza­ne. Au­to­rzy i au­tor­ki bio­gra­fii po­tra­fią badać naj­drob­niej­sze szczegóły z dzie­ciństwa swo­ich bo­ha­terów, przed­sta­wiać ge­ne­alo­gię ich ro­dziców, pisać o szkol­nych ko­le­gach i pre­zen­tach uro­dzi­no­wych od ulu­bio­ne­go wu­jo­stwa, po­mi­jając jed­no­cześnie całą nie­wy­godną sferę życia pry­wat­nego.

Źle wi­dzia­na jest wszel­ka nie­nor­ma­tyw­ność, przede wszyst­kim ho­mo­sek­su­alizm i wszyst­ko, co się może z nim ko­ja­rzyć. Są książki poświęcone życiu i twórczości Ma­rii Ko­nop­nic­kiej, gdzie nie po­ja­wia się w ogóle na­zwi­sko Ma­rii Dulębian­ki, z którą po­et­ka przeżyła wspólnie po­nad dwa­dzieścia lat. W tym dys­kur­sie sa­mobójstwo przed­sta­wia się jako atak ser­ca, a AIDS sta­je się tętnia­kiem mózgu. W za­pla­no­wa­nym na wie­le lat i pięknie wy­da­wa­nym zbio­rze ko­re­spon­den­cji Ka­ro­la Szy­ma­now­skie­go zna­leźć można notkę zna­jo­me­go kom­po­zy­to­ra, który do­no­sił z Wied­nia po fran­cu­sku: „De­pu­is que vous n’êtes plus là, to­utes les ta­bles sont vi­des et les Méta­xi­nes ab­sen­tes”. Zda­nie zo­sta­je przetłuma­czo­ne w przy­pi­sie: „Odkąd Pana tu nie ma, wszyst­kie sto­li­ki są pu­ste i nie ma méta­xi­nes”. Da­lej mamy wyjaśnie­nie ta­jem­ni­cze­go określe­nia: „Daw­niej­sze qu­eer, obec­nie gay, to an­giel­skie określe­nie od­po­wia­dające fran­cu­skie­mu méta­xi­nes”. Jak widać, pew­ne słowa nie mają pol­skich od­po­wied­ników, a je­dy­nie an­giel­skie. Jesz­cze inna sy­tu­acja ma miej­sce w przy­pad­ku ko­re­spon­den­cji Mie­czysława Gry­dzew­skie­go i Jana Le­cho­nia. Sta­ran­nie opra­co­wa­ny zbiór za­wie­ra także licz­ne za­cho­wa­ne li­sty od in­nych nadawców. Z wyjątka­mi. Szes­na­ste­go lu­te­go 1950 roku Le­choń do­no­si przy­ja­cie­lo­wi: „Miałem od Bor­ma­na list fan­ta­stycz­ny”. Jeśli taki fan­ta­stycz­ny, do­brze byłoby go po­znać! Nie­ste­ty, w przy­pi­sie czy­ta­my tyl­ko: „List da­to­wa­ny 11 lu­te­go 1950, w liście Bor­man opi­sał śro­do­wi­sko ho­mo­sek­su­alistów wśród pol­skiej emi­gra­cji w Lon­dy­nie, w to­nie kpiar­sko-iro­nicz­nym i w styli­styce z po­gra­ni­cza dra­stycz­nej por­no­gra­fii. Ręko­pis za­cho­wał się w ar­chi­wum po­ety w PIN w No­wym Jor­ku”. To stresz­cze­nie za­my­ka sprawę, czy­tel­ni­cy i czy­tel­nicz­ki zo­stają po­trak­to­wa­ni jak dzie­ci, którym nie wszyst­ko można udostępnić.

Wie­dza o życiu pry­wat­nym ważnych po­sta­ci ho­mo­sek­su­al­nych sprzed lat po­trzeb­na jest nie tyl­ko do pełnej re­kon­struk­cji oby­cza­jo­wości daw­nych czasów, a per­spek­ty­wa ge­jow­sko-les­bij­ska, czy sze­rzej – qu­eer stu­dies, jest zbyt in­te­re­sująca i daje zbyt wie­le no­wych możliwości, by miała się nig­dy w Pol­sce nie za­do­mo­wić. Jest to szan­sa dla wie­lu twórców i twórczyń za­po­mnia­nych i za­po­mi­na­nych. Po­now­ne od­czy­ta­nie i zin­ter­pre­to­wa­nie ich do­rob­ku oraz bio­gra­fii z no­wej per­spek­ty­wy może jesz­cze nie raz potrząsnąć ka­no­nem. W nie­wiel­kiej mie­rze ten pro­ces już się zaczął, świad­czy o tym powrót z wy­gna­nia Ma­rii Ko­mor­nic­kiej. Ta młodo­pol­ska po­et­ka, która po przyjęciu męskiej tożsamości Pio­tra Własta przez wie­le lat nie­mal zupełnie nie ist­niała, w ostat­nim okre­sie w kręgu aka­de­mic­kim przeżywa swo­isty re­ne­sans; nie­zwykła bio­gra­fia spra­wiła, że in­spi­ru­je ko­lej­ne po­ko­le­nia ba­da­czy, uka­zało się już kil­ka­naście opra­co­wań jej poświęco­nych. I choć większość twórczości Ko­mor­nic­kiej/Własta po­zo­sta­je w ręko­pi­sie lub jest roz­pro­szo­na na łamach sta­rych ga­zet, jej sy­tu­acja wy­da­je się lep­sza niż nie­jed­ne­go li­te­rac­kie­go gi­gan­ta, który prze­ra­bia­ny w szko­le, zo­sta­je „za­ma­ry­no­wa­ny w cno­cie” na dzie­sięcio­le­cia. Przy­pa­dek Własta jest szczególny, na nim jed­nak nie po­win­no się skończyć. Na prze­czy­ta­nie z in­nej per­spek­ty­wy swo­ich li­te­rac­kich do­ko­nań cze­ka większość bo­ha­te­rek i bo­ha­terów tej książki. Szczególnie ci naj­bar­dziej zna­ni. Bo jak pisała swe­go cza­su Inga Iwa­siów: kto bez wie­dzy o życiu pry­wat­nym „do­pa­trzyłby się ja­kiej­kol­wiek alu­zji w po­ezji i no­we­li­sty­ce Ko­nop­nic­kiej? Co z ckli­wy­mi obrończy­nia­mi u Ro­dzie­wiczówny? A jed­nak za­ry­zy­ko­wałabym tezę, że przy­pa­dek tych au­to­rek może być dla hi­sto­ryków li­te­ra­tu­ry po­uczający, al­bo­wiem plot­kar­ska wie­dza o ich życio­ry­sach może stać się im­pul­sem do po­now­nej lek­tu­ry i od­kry­cia spe­cjal­nej wrażliwości, es­te­ty­ki, której reguły i sens znaj­dują się być może poza he­te­ro­pa­triar­chal­nym ka­no­nem”.

Ta­de­usz Bre­za na po­wo­jen­nej pocztówce

Ze­bra­ne tu na­zwi­ska nie sta­no­wią za­mkniętego zbio­ru. Jest to je­dy­nie su­biek­tyw­ne za­sy­gna­li­zo­wa­nie pew­ne­go po­ten­cjału tkwiącego w życio­ry­sach twórców i twórczyń na­wet naj­bar­dziej zna­nych. Stąd Iwasz­kie­wicz, Dąbrow­ska, Ko­nop­nic­ka, An­drze­jew­ski. Pragnę jed­nak także zwrócić uwagę na oso­by po­zo­stające nie­co z boku, ale war­te za­in­te­re­so­wa­nia, choćby ze względu na je­den aspekt swo­jej bio­gra­fii. Jak pu­bli­cyst­ka i le­kar­ka Zo­fia Sa­dow­ska, której pro­ces z bru­kow­cem o obronę do­bre­go imie­nia przy­brał nie­ocze­ki­wa­ny obrót i za­mie­nił się w sprawę do­tyczącą les­bia­ni­zmu. Czy Anna Iwasz­kie­wicz, za­pi­sująca na kar­tach swo­je­go dzien­ni­ka eta­py za­ko­chi­wa­nia się w ko­bie­cie. Wresz­cie dwóch kom­po­zy­torów, którzy próbo­wa­li swych sił jako li­te­ra­ci: Ka­rol Szy­ma­now­ski, au­tor za­gi­nio­nej po­wieści Efe­bos, i Zyg­munt My­ciel­ski, pro­wadzący przez kil­ka­dzie­siąt lat w swo­im dzien­ni­ku jedną z naj­cie­kaw­szych kro­nik lat 50. i 60. A w ko­lej­ce już cze­kają następni. Choćby Ta­de­usz Bre­za (1905–1970), au­tor Ada­ma Gry­wałda (1936), pierw­szej (wy­da­nej!) pol­skiej po­wieści z sil­nym wątkiem ho­mo­ero­tycz­nym. Anie­la Gru­szec­ka (1884–1976), przy­po­mnia­na przez Ewę Kra­skowską jako je­dy­na pi­sar­ka w między­woj­niu po­ru­szająca, w Przy­go­dzie w nie­zna­nym kra­ju (1933), kwe­stię les­biańską. Lu­bel­ski po­eta Józef Cze­cho­wicz (1903–1939) zmu­szo­ny ze względu na ho­mo­sek­su­alizm do re­zy­gna­cji z działalności w Związku Na­uczy­ciel­stwa Pol­skie­go.

Trud­no pisać o ja­kim­kol­wiek ho­mo­sek­su­al­nym doświad­cze­niu bez wpro­wa­dze­nia pojęć „żyć w sza­fie” i „wyjść z sza­fy”, które od­noszą się do sy­tu­acji gejów i les­bi­jek, ich funk­cjo­no­wa­nia w sfe­rze pry­wat­nej i pu­blicz­nej. Moi bo­ha­te­ro­wie są za­mknięci w sza­fie, bo żyli w cza­sach przede­man­cy­pa­cyj­nych, kie­dy ho­mo­sek­su­alizm nie był kwe­stią po­li­tyczną ani na­wet te­ma­tem po­le­mik pra­so­wych. Jed­nak żyli w sza­fie także dla­te­go, że nie ro­bi­li nic, żeby z niej wyjść. Nie włączy­li się w dys­kusję na te­mat „in­wer­sji sek­su­al­nej”, która już od przełomu XIX i XX wie­ku to­czyła się w Niem­czech. To nie przy­pa­dek, że ho­mo­sek­su­alizm za­ist­niał w Pol­sce na fo­rum pu­blicz­nym dzięki he­te­ro­sek­su­ali­stom: pierw­sze tek­sty eman­cy­pa­cyj­ne na te­mat mniej­szości sek­su­al­nych wyszły spod pióra Ta­de­usza Boya-Żeleńskie­go, a przed­mowę do les­bij­skiej po­wieści Źródło sa­mot­ności Radc­lyf­fe Hall na­pi­sała Ire­na Krzy­wic­ka; po­le­mi­zo­wała z nią Wan­da Mel­cer. Licz­ne gro­no ho­mo­sek­su­al­nych zna­jo­mych nie podjęło te­ma­tu, ra­czej wyśmie­wało te ini­cja­ty­wy.

Za­mknięcie w sza­fie nie ozna­cza tyl­ko sta­nu samoświa­do­mości, ale także sy­tu­ację zewnętrzną. Bo­ha­te­ro­wie mo­jej książki byli w sza­fie, bo w ta­kich cza­sach przyszło im żyć, a nie zdo­by­li się na stwo­rze­nie al­ter­na­ty­wy. Te­raz często są w sza­fie, bo nie po­zwa­la się im stamtąd wyjść. Ko­lej­ni strażnicy i strażnicz­ki, często na­wet nieświa­do­mie, pil­nie strzegą wejścia i mają opra­co­wa­ne stra­te­gie, aby na­wet już uchy­lo­ne drzwi nie otwo­rzyły się całko­wi­cie. Sza­fa ma bo­wiem dość istot­ne zna­cze­nie, szczególnie w na­szej kul­tu­rze, gdzie w kwe­stii ho­mo­ero­ty­zmu przez lata królowała „po­ety­ka nie­wy­rażal­ne­go pożąda­nia”. To Ger­man Ritz ukuł ten ter­min, ana­li­zując twórczość pol­skich pi­sa­rzy. Ozna­cza on za­ka­mu­flo­wa­nie te­ma­tu tak, aby przy oka­zji omówień można go było ominąć, zu­ni­wer­sa­li­zo­wać, krótko mówiąc – unie­ważnić, a utwór za­li­czyć do kul­tu­ry wy­so­kiej. W efek­cie aż do końca lat 80. XX wie­ku nie było w Pol­sce no­wo­cze­snej li­te­ra­tu­ry eman­cy­pa­cyj­nej, nie było te­ma­tu, za to ho­mo­sek­su­aliści mo­gli zaj­mo­wać czołowe miej­sca w ka­no­nie jako naj­ważniej­si pi­sa­rze. Sza­fa ma więc swo­je mi­nu­sy, ale nie do po­gar­dze­nia są jej plu­sy. Dla­te­go tak wie­le osób wciąż w sza­fie sie­dzi, często stojąc też na jej straży.

Jak to jest wy­ko­rzy­sty­wa­ne w prak­ty­ce, można prześle­dzić na wie­lu przykładach. Swe­go cza­su zro­bił to Błażej War­koc­ki w ese­ju Otwie­ra­nie to­a­le­ty, wy­ko­rzy­stując głośną wy­po­wiedź Józefy Hen­ne­lo­wej na te­mat Je­rze­go Za­wiey­skie­go i jego part­ne­ra: „Nig­dy – żeby już wspo­mnieć ten smut­ny fakt – nie wi­działam Je­rze­go Za­wiey­skie­go z tym jego Sta­siem. O tym się wie­działo, to był trwały związek, ale kie­dy on przy­jeżdżał do Kra­ko­wa, to za­wsze sam. Nie eks­po­no­wał tego”. Posiłkując się me­todą War­koc­kie­go, za­pre­zen­tuję, jak działa za­mknięcie w sza­fie na przykładzie li­te­rac­kim. W ka­to­lic­kim wy­daw­nic­twie „Więź” uka­zu­je się nie tyl­ko zna­ny mie­sięcznik, ale także licz­ne książki, przede wszyst­kim li­te­ra­tu­ra fak­tu. Od połowy lat 90. opu­bli­ko­wa­no sze­reg prac ho­mo­sek­su­alistów. Tam wy­szedł ostat­ni przed śmier­cią tom pro­zy Pawła Hert­za – Gra tego świa­ta, ale przede wszyst­kim uka­zały się licz­ne zbio­ry tekstów i wspo­mnień o ta­kich au­to­rach jak Józef Czap­ski, Ja­rosław Iwasz­kie­wicz, Jan Le­choń, Zyg­munt My­ciel­ski, Je­rzy Stem­pow­ski. Nie ma w tym nic złego, a po­mysł przy­po­mnie­nia tych twórców należy uznać za cen­ny. I można byłoby na­wet po­minąć fakt, że w tym sa­mym wy­daw­nic­twie wy­cho­dziły tak ho­mo­fo­bicz­ne książki jak Męska roz­mo­wa pod re­dakcją Ka­ta­rzy­ny Jabłońskiej i Ce­za­re­go Gaw­ry­sia, choć na przykład dru­ko­wa­nie an­ty­se­mic­kich bro­szu­rek obok po­wieści Żyda czy Żydówki na­wet re­dakcja „Więzi” uznałaby za­pew­ne za niewłaści­wie. Główny pro­blem w tym, że książki nieżyjących au­torów były w „Więzi” tak kom­pi­lo­wa­ne, aby kwe­stia ho­mo­sek­su­ali­zmu nie miała pra­wa za­ist­nieć ani w tekście głównym, ani w no­tach od edy­to­ra czy posłowiu. Pi­sa­rze po­zo­sta­wa­li więc w sza­fie. Czap­ski, Le­choń czy My­ciel­ski byli ho­mo­sek­su­ali­sta­mi. Nie ma możliwości, aby ktoś zaj­mujący się ich twórczością i bio­gra­fią o tym nie wie­dział. Oni sami jed­nak nie po­ru­sza­li pu­blicz­nie tego te­ma­tu, łatwo więc można uda­wać, że się o tym nie wie. Sza­fa stoi za­mknięta. Kto by stra­cił na jej otwar­ciu? Pi­sa­rze nie żyją, nic już nie zmie­ni ich ho­mo­sek­su­ali­zmu. Wy­daw­ca zna­ko­mi­cie zda­je so­bie z tego sprawę, więc jego wie­dza też by się nie zmie­niła. Zmie­niłoby się jed­nie po­strze­ga­nie kwe­stii ho­mo­sek­su­ali­zmu w prze­strze­ni pu­blicz­nej. Trze­ba byłoby się nie tyl­ko do te­ma­tu od­nieść, ale może na­wet wyciągnąć wnio­ski i na przykład za­prze­stać dru­ko­wa­nia książek w ro­dza­ju Męskiej roz­mo­wy. Dla­te­go nie po­win­no dzi­wić, że „Więź” przez długie lata w swo­jej pu­bli­cy­sty­ce występowała jako nie­prze­jed­na­ny strażnik sza­fy, wro­go na­sta­wio­ny do wszel­kich prób eman­cy­pa­cyj­nych, od­bie­rający ge­jom i les­bij­kom pod­mio­to­wość i wysyłający ich na te­ra­pię.

Oczy­wiście przy­pa­dek „Więzi” to pew­na skraj­ność, za­zwy­czaj za­bieg prze­pro­wa­dzo­ny zo­sta­je w sposób mniej dra­stycz­ny. Świet­nym tego przykładem jest większość książek wy­da­nych swe­go cza­su przez Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie w po­pu­lar­nej se­rii „Pary”. Zna­lazło się tam miej­sce także dla związków tak nie­ba­nal­nych jak Anny i Ja­rosława Iwasz­kie­wiczów czy Ma­rii Dąbrow­skiej i Sta­nisława Stem­pow­skie­go. Po­zor­nie nic nie jest prze­mil­cza­ne, pi­sze się o bi­sek­su­ali­zmie Dąbrow­skiej, ro­man­sach Ja­rosława, abor­cji Anny. W przy­pad­ku małżeństwa au­to­ra Sławy i chwały po­zo­sta­je to jed­nak na mar­gi­ne­sie, służy do­wo­dze­niu, że mie­liśmy do czy­nie­nia ze związkiem to­le­ran­cyj­nym, opar­tym na po­ro­zu­mie­niu dusz, gdzie sek­su­al­ność była na dru­gim pla­nie. Piotr Mit­zner, pisząc o usu­nięciu ciąży w związku z na­si­lającą się cho­robą psy­chiczną Iwasz­kie­wi­czo­wej, nie do­da­je, że abor­cja była wte­dy nie­le­gal­na. Nie za­sta­na­wia się także, dla­cze­go po złama­niu pra­wa i sko­rzy­sta­niu z do­bro­dziej­stwa, ja­kim jest możliwość wy­bo­ru, małżeństwo nie za­bie­rało pu­blicz­nie w tej spra­wie głosu, nie wspie­rało kam­pa­nii na rzecz świa­do­me­go ma­cie­rzyństwa. Mit­zner z nie­ja­snych po­wodów ukry­wa także na­zwi­sko jed­ne­go z ostat­nich ko­chanków Iwasz­kie­wi­cza, Je­rze­go Błeszyńskie­go, tytułując go kon­se­kwent­nie „Ju­rek B.” – przy­po­mi­na to sposób postępo­wa­nia mediów z kry­mi­na­li­sta­mi. W grun­cie rze­czy trud­no uniknąć wrażenia, że au­to­rzy mo­no­gra­fii uważają ho­mo­sek­su­alizm za coś złego, z cze­go trze­ba bo­ha­terów tłuma­czyć i uspra­wiedliwiać. Świad­czy o tym także frag­ment u Grażyny Bor­kow­skiej, która pisząc o ro­man­sach Dąbrow­skiej zarówno z mężczy­zna­mi, jak i ko­bie­ta­mi, za­zna­cza: „Oczy­wiście, ta­kie za­cho­wa­nie wiąże się z pew­nością z ja­kimiś bliżej nie­określo­ny­mi pre­dys­po­zy­cja­mi bi­sek­su­al­ny­mi, ale samo w so­bie nie było pod­szy­te żadną per­wersją”. Po­ja­wia się py­ta­nie: co ta­kiego strasz­ne­go by się stało, gdy­by pre­dys­po­zy­cje bi­sek­su­al­ne były określone? Czy to byłoby już „per­wersją”, czy może byłby nią do­pie­ro zde­kla­ro­wa­ny les­bia­nizm? Bor­kow­ska cały wywód za­czy­na zresztą od stwier­dze­nia: „Ob­rosły złą le­gendą ho­mo­sek­su­alizm Dąbrow­skiej pre­zen­tu­je się zupełnie zwy­czaj­nie i nie­de­mo­nicz­nie, jeśli pa­trzeć nań od stro­ny emo­cjo­nal­nych po­trzeb, napiętej sek­su­al­ności, bo­ga­te­go życia wewnętrzne­go, nie­za­spo­ko­jo­ne­go w swym par­ciu do szczęścia”. Po­mi­jając założenie, które stoi za tym zda­niem, próżno szu­kać wyjaśnie­nia, jaką złą le­gendę ho­mo­sek­su­alizmu Dąbrow­skiej au­tor­ka ma na myśli. Czyżby już coś na ten te­mat pi­sa­no, or­ga­ni­zo­wa­no kon­fe­ren­cje, spie­ra­no się? Naj­wy­raźniej mowa o za­ku­li­so­wych roz­mo­wach, które oczy­wiście nie za­ist­niały pu­blicz­nie; znów ktoś za­de­cy­do­wał, co nie jest prze­zna­czo­ne dla „dzie­ci”.

Moja książka nie za­trzy­mu­je się tam, gdzie większość bio­gra­fii. In­for­ma­cja o ho­mo­sek­su­ali­zmie, bi­sek­su­ali­zmie czy nie­do­określo­nej orien­ta­cji sek­su­al­nej pi­sa­rza lub pi­sar­ki nie zo­sta­je skwi­to­wa­na stwier­dze­niem, że „to nie miało żad­ne­go zna­cze­nia”, ale jest bodźcem do dal­szych po­szu­ki­wań i po­zna­wa­nia życio­ry­su także w tym aspek­cie. Nie zaj­muję się fikcją li­te­racką, czy­tam li­te­ra­turę in­tymną i bio­gra­fie poświęcone da­nej oso­bie, aby prześle­dzić, w jaki sposób po­ja­wia się (lub nie) kwe­stia nie­he­te­ro­nor­ma­tyw­nej orien­ta­cji sek­su­al­nej, gdzie próby zafałszo­wa­nia stają się naj­mniej sku­tecz­ne. Aby jak naj­sze­rzej po­ka­zać, jak od dru­giej połowy XIX w. żyło się Po­la­kom i Po­lkom o nie­nor­ma­tyw­nej orien­ta­cji, wybór przed­sta­wio­nych poniżej syl­we­tek re­pre­zen­tu­je różne jej od­cie­nie. Od nie­mal otwar­te­go zde­kla­ro­wa­nia ho­mo­sek­su­ali­zmu do re­zy­gna­cji z próby stwo­rze­nia związku z osobą tej sa­mej płci, a po dro­dze z bi­sek­su­ali­zmem przy­bie­rającym różne for­my. Por­tre­ty dopełniają się wza­jem­nie, właści­wie wszyst­kie po­sta­cie w różnym kon­tekście po­ja­wiają się też w szki­cach poświęco­nych in­nym.

Od po­nad dzie­sięciu lat te­mat ho­mo­sek­su­ali­zmu stał się na fo­rum pu­blicz­nym kwe­stią po­li­tyczną. Przy oka­zji ko­lej­nych wy­da­rzeń po­ja­wiają się licz­ne dys­ku­sje pra­so­we, a pew­ne po­stu­la­ty znaj­dują się na­wet w pro­gra­mach wy­bor­czych par­tii. Łatwo jed­nak za­uważyć, że po­ru­sza­my się ciągle po dość wąskim ob­sza­rze, którego gra­ni­ce wy­zna­cza to, co dzie­je się tu, a przede wszyst­kim te­raz. Chciałbym, aby moja książka wpi­sała się także w ten nurt i choć trochę przy­czy­niła do zakwe­stionowania pro­ste­go po­działu, który swe­go cza­su – choć na in­nym przykładzie – zde­fi­nio­wała Ma­ria Ja­nion: „Różnica zdań do­ty­czy tego, co «poważne» i co «nie­po­ważne». Poważna, taki górował sposób myśle­nia w opo­zy­cji lat 70. i 80., jest wal­ka o nie­pod­ległość, nie­po­ważna zaś – wal­ka o pra­wa ko­biet. Prześla­do­wa­nia po­li­tyczne do­tyczą działaczy nie­pod­ległościo­wych, na­to­miast od­czu­cie re­pre­sji i kon­tro­li ko­biet jest ich sprawą pry­watną”. Ten obo­wiązujący ciągle po­dział już daw­no po­wi­nien zo­stać znie­sio­ny. W przy­pad­ku osób ho­mo­sek­su­al­nych gra­ni­ca między prześla­do­wa­niem za poglądy i orien­tację ho­mo­sek­su­alną jest zresztą płynna, a pry­watne bar­dzo często oka­zu­je się publicz­ne. W książce Obława. Losy pi­sa­rzy re­pre­sjo­no­wa­nych Jo­an­na Sie­dlec­ka przed­sta­wiła por­tre­ty czter­na­stu pi­sa­rzy prześla­do­wa­nych w PRL przez władzę. Trzech z nich było ho­mo­sek­su­ali­sta­mi – dużo to czy mało? Chy­ba wy­star­czająco dużo, sko­ro dwóch w związku z tym zna­lazło się w więzie­niu, a in­for­ma­cje o pre­fe­ren­cjach sek­su­al­nych zbie­ra­no bez względu na to, po której stro­nie ba­ry­ka­dy dana oso­ba się znaj­do­wała. In­te­re­so­wa­no się zarówno Iwasz­kie­wi­czem, jak i Stryj­kow­skim, Hert­zem czy Za­wiey­skim. Po­tem można to było wy­ko­rzy­stać do dys­cy­pli­no­wa­nia nie­po­kor­nych. A im bar­dziej ktoś się ukry­wał, tym dys­cy­pli­no­wać było łatwiej. Zresztą początki ofi­cjal­ne­go ru­chu opo­zy­cyj­ne­go są sym­bo­licz­nie związane z ho­mo­sek­su­ali­zmem. Jed­ne­go z założycie­li Ko­mi­te­tu Obro­ny Ro­bot­ników, Je­rze­go An­drze­jew­skie­go, władza próbowała skom­pro­mi­to­wać, kol­por­tując w 1976 roku jego rze­ko­my list do­ma­gający się „za­gwa­ran­to­wa­nia sze­ro­kich swobód w trak­to­wa­niu życia sek­su­al­ne­go lu­dzi oboj­ga płci według ich własnych upodo­bań”. Ak­cja nie po­wiodła się; jesz­cze trzy­dzieści lat temu po­mysł, by geje i les­bij­ki mie­li ja­kie­kol­wiek pra­wa, wy­da­wał się na tyle ab­sur­dal­ny, że w praw­dzi­wość li­stu uwie­rzy­li je­dy­nie Je­rzy Urban i Zyg­munt My­ciel­ski. Już choćby ta jed­na hi­sto­ria jest znacząca. Choć minęło tyle lat, mimo se­tek książek, tysięcy ar­ty­kułów o opo­zy­cji an­ty­ko­mu­ni­stycz­nej w PRL i całego IPN-u spe­cjal­nie powołane­go do ba­da­nia ta­kich spraw, hi­sto­ria „li­stu” An­drze­jew­skie­go nie zo­stała so­lid­nie opra­co­wa­na ani zba­da­na, nie próbo­wa­no się za­sta­no­wić, co mówi on o sy­tu­acji osób homosek­su­al­nych, na­wet tych uprzy­wi­le­jo­wa­nych, w Pol­sce Lu­do­wej.

Po­dob­nie nie próbo­wa­no we­ry­fi­ko­wać często po­ja­wiającej się tezy o nie­mal ho­mo­sek­su­al­nej ma­fii li­te­rac­kiej działającej dzięki przy­chyl­ności władzy. Taki pogląd od lat lan­su­je na przykład Krzysz­tof Kąko­lew­ski: „Był okres w po­wo­jen­nej li­te­ra­tu­rze pol­skiej w kra­ju, że kil­ku star­szych panów o tych skłonnościach de­cy­do­wało o de­biu­cie i przyszłości młodych pi­sa­rzy. Wy­star­czyło, że ktoś nie zgo­dził się na win­ko u wszech­potężnego pana, by miał za­mkniętą większość dróg”. Pisał o tym także Le­szek Pro­rok w Dzien­ni­ku 1949–1984: „Aby robić błyska­wiczną ka­rierę na początku państwo­wości, trze­ba było być pu­pil­kiem par­tii, Kościoła lub ho­mo­sek­su­alistów – ta ostat­nia ma­fia w li­te­ra­tu­rze oka­zała się naj­bar­dziej wpływo­wa, zwłasz­cza w kom­bi­na­cjach z po­gra­ni­cza: ho­mo­sek­su­alista ka­to­lik, ho­mo­sek­su­alista mark­si­sta”. Sko­ro jed­nak tak, po­wsta­je py­ta­nie, dla­cze­go także tą sprawą nikt się nie zajął. Od­po­wiedź wy­da­je się ba­nal­na: nie cho­dzi o to, żeby po­dob­ne opo­wieści ktoś spraw­dził i zwe­ry­fi­ko­wał, wręcz prze­ciw­nie. One są możliwe właśnie dla­te­go, że sza­fa stoi za­mknięta. Stoi za­mknięta, więc można na nią pro­jek­to­wać do­wol­ne treści.

Nie mam oczy­wiście złudzeń, że jed­na książka jest w sta­nie wy­do­być z sza­fy pi­sar­ki i pi­sa­rzy, o których opo­wia­dam w tym to­mie. Jeśli jed­nak trochę uchy­li za­mknięte drzwi, już będzie można uznać to za suk­ces. Mam wrażenie, że w tej kwe­stii ciągle za­czy­nać trze­ba od pod­staw, od po­wie­dze­nia głośno o ho­mo­sek­su­ali­zmie. Za tym po­win­na pójść re­in­ter­pre­ta­cja twórczości, a przede wszyst­kim ba­da­nie bio­gra­fii i dal­sza pu­bli­ka­cja do­ku­mentów. Na upu­blicz­nie­nie cze­ka ko­re­spon­den­cja wy­mie­nia­na między Marią Dąbrowską i Anną Ko­walską. Dzien­ni­ki Ko­walskiej zna­ne są wciąż tyl­ko we frag­men­tach, po­dob­nie rzecz ma się z Je­rzym Za­wiey­skim. Na upu­blicz­nie­nie pry­wat­nych za­pisków i listów Wil­hel­ma Ma­cha nie go­dzi się ro­dzi­na. Niezna­ne są li­sty po­wstałe w kręgu Mi­ron Białoszew­ski–Józef Czap­ski–Lu­dwik He­ring, na skom­ple­to­wa­nie cze­ka roz­pro­szo­ny w wie­lu miej­scach dzien­nik Je­rze­go An­drze­jew­skie­go. Bar­dzo oszczędnie daw­ko­wa­na jest ko­re­spon­den­cja Anny i Ja­rosława Iwasz­kie­wiczów, do­tych­czas wy­da­no ją je­dy­nie do 1931 roku. W do­ku­mentach już dostępnych łatwo za­uważyć, że wie­lu au­torów, mimo ucie­ka­nia się do języka mo­der­ni­zmu, stra­te­gii ka­mu­flażu i sub­li­ma­cji w ofi­cjal­nej twórczości, ma ogromną po­trzebę cho­ciaż raz na­zwa­nia tego, co „nie­na­zy­wal­ne”. Krótko przed śmier­cią Ju­lian Stryj­kow­ski mówił w wy­wia­dzie Ada­mo­wi Mich­ni­ko­wi i Ro­ma­no­wi Kur­kie­wi­czo­wi: „Przyłbicę zdarłem z sie­bie do­pie­ro w Mil­cze­niu. Pomyślałem so­bie: masz osiem­dzie­siąt osiem lat,  n a p i s z   t o,  niech to będzie two­ja ostat­nia książka, za­trzaśnij drzwi, niech nie będzie więcej two­ich słów,  n i e   p i s z   w i ę c e j   o   n i c z y m”  (pod­kreśle­nia moje – K.T.). Powyższa wy­po­wiedź wy­da­je się szczególnie zna­mien­na. Na po­ru­sze­nie te­ma­tu Stryj­kow­ski cze­kał całe życie, jed­no­cześnie nie­zwy­kle sil­na po­trze­ba szcze­rości zde­rzo­na jest tu z nie­możnością na­zwa­nia ho­mo­sek­su­ali­zmu po imie­niu. Na­to­miast Ja­rosław Iwasz­kie­wicz w liście do przy­ja­cie­la wyrażał żal, że nie było mu dane pisać wprost o kwe­stiach ho­mo­sek­su­al­nych; na prze­szko­dzie stała ro­dzi­na, a ra­czej wy­obrażenie tego, co jest dla niej do­bre: „I za­wsze mam tę po­kusę na­pi­sa­nia książki o mo­jem życiu sek­su­al­nem, z tym ol­brzy­mim doświad­cze­niem – i z tą naj­większą re­we­lacją, że to jest ta­kie pro­ste. Jed­nem słowem prze­ciw­sta­wić coś Co­ry­do­no­wi, jak prze­ciw­sta­wiłem Wzlot Ca­mu­so­wi. Ale nie śmiem, tak już bar­dzo skrzyw­dziłem moją po­stawą wszyst­kich naj­bliższych (ileż ta­kich rozmów, jak ta te­le­fo­nicz­na, przy­to­czo­na prze­ze mnie, słyszały moje córki…), że po­wstrzy­mam się od na­pi­sa­nia i tego.  A l e   c z a s a m i   ż a ł u j ę,   b o   b y ł o b y   t o   p i s a n i e   n a p r a w d ę   s z c z e r e”  (19 III 1958; pod­kreśle­nia moje – K.T.). W świe­tle tych cy­tatów od­czy­ta­nie ho­mo­sek­su­al­nej hi­sto­rii twórców i twórczyń jawi się cza­sem wręcz jako wypełnie­nie ich woli. Swo­iste spełnie­nie te­sta­men­tu, którego nie mie­li od­wa­gi na­pi­sać.

1. POD MASKĄ MAT­KI PO­LKI

Ma­ria Ko­nop­nic­ka (1842–1910)

Py­ta­nia są cza­sem jak­by sondą za­pusz­czoną w samo ser­ce: spra­wiają ból. A jed­nak rzecz to nie­zmier­nie pro­sta za­py­tać kogoś: „czy masz ro­dzinę? czy je­steś szczęśliwą?”. I człowiek, który przez długie lata przed tym py­ta­niem od własnych ucie­kał myśli, spo­tkać się z nim może na uli­cy, w sa­lo­nie, w le­d­wo zawiązującym się sto­sun­ku.

MA­RIA KO­NOP­NIC­KA w liście do ELI­ZY ORZESZ­KO­WEJ (1879)

Ma­ria Ko­nop­nic­ka należy do gro­na naj­bar­dziej zna­nych, a jed­no­cześnie naj­bar­dziej ośmie­szo­nych pol­skich pi­sa­rek. Jej twórczość stała się wręcz sy­no­ni­mem na­ro­do­wej gra­fo­ma­nii. W dys­ku­sji, którą wywołała swe­go cza­su Kin­ga Du­nin głośnym tek­stem Li­te­ra­tu­ra pol­ska czy li­te­ra­tu­ra w Pol­sce?, Ko­nop­nicką przy­woływa­no jako przykład złego pi­sar­stwa, które ciągle jest zmorą dzie­ci w szko­le. Grażyna Bor­kow­ska w lek­sy­ko­nie Pi­sar­ki pol­skie stwier­dziła po pro­stu: „Dziś ucho­dzi za po­etkę dru­gorzędną”. An­to­ni Paw­lak uznał w „New­swe­eku” Rotę za pieśń gra­fo­mańską. Jed­no­cześnie Ko­nop­nic­ka wywołuje ogrom­ne emo­cje – dało się to za­uważyć przede wszyst­kim przy oka­zji de­ba­ty na te­mat jej re­la­cji z Marią Dulębianką, która prze­to­czyła się przez me­dia. Jed­ni prze­ko­ny­wa­li, że po­et­ka z pew­nością nie była les­bijką, a dru­dzy, że nie ma to żad­ne­go zna­cze­nia. Na fak­ty oraz poważną roz­mowę, co ozna­czały pod ko­niec XIX wie­ku odejście od męża i de­cy­zja o związku z ko­bietą, nie było miej­sca.

Do­ro­bek po­etyc­ki Ko­nop­nic­kiej nie ma dziś właści­wie obrońców, bo i trud­no bro­nić niektórych wier­szy, choćby ta­kie­go jak ten frag­ment:

A oj­ciec tuli dzie­cię w łzach

I żegna krzyża zna­kiem…

– Synu mój – woła – w ciężkich dniach

Pamiętaj, żeś Po­la­kiem!

Strażnicą nas po­sta­wił Bóg

U gra­nic swej kra­iny,

A twierdzą mu jest każdy próg,

Gdzie pol­skie ojce, syny…

Tak się jed­nak szczęśli­wie składa, że Ko­nop­nic­ka to nie tyl­ko oko­licz­nościo­we wier­szy­ki ku po­krze­pie­niu serc. To także dzieła nie­pa­sujące do pro­ste­go sche­ma­tu na­ro­do­wej wieszcz­ki, a przede wszyst­kim za­dzi­wiająca i pełna sprzecz­ności bio­gra­fia, bez po­zna­nia której nie­możliwe jest ożywie­nie i zro­zu­mie­nie tej twórczości.

Już w mo­men­cie od­no­to­wy­wa­nia śmier­ci Ko­nop­nic­kiej pa­tos spo­tkał się ze śmiesz­nością. Tak przy­najm­niej wyglądało to w aneg­do­cie po­da­nej przez Ta­de­usza Boya-Żeleńskie­go: „Umarła Ko­nop­nic­ka. «Ty­go­dnik Ilu­stro­wa­ny» wysłał do pew­ne­go zna­ko­mi­te­go pi­sa­rza bawiącego we Włoszech de­peszę z prośbą o ar­ty­kuł o Ko­nop­nic­kiej. Pi­sarz, który nic jesz­cze nie wie­dział o śmier­ci po­et­ki, odpowie­dział de­peszą: «Czy umarła? Pięćdzie­siąt kop. od wier­sza». Wolff odde­peszował: «Umarła. Do­brze». Za czym w kil­ka dni nad­szedł ar­ty­kuł za­czy­nający się od słów: «Jak grom z ja­sne­go nie­ba spadła hio­bo­wa wieść» etc.”. Tym pi­sa­rzem prze­by­wającym we Włoszech był Ka­zi­mierz Prze­rwa-Tet­ma­jer, ale Boy nie­co pod­ko­lo­ry­zo­wał, bo ar­ty­kuł Pieśń i czyn Ko­nop­nic­kiej za­czy­nał się pod­niośle, choć nie­co in­a­czej: „Śmierć nie­li­tości­wie za­bie­ra u nas  l u d z i  –  jak­by ich za wie­le było, a jest prze­cie tak mało”. W tekście było więcej frag­mentów, które czuły na brązow­nic­two Żeleński mógłby obśmiać, choćby ten: „Jak Mic­kie­wicz, Słowac­ki i Kra­siński po­win­ni stanąć na jed­nym mo­nu­men­cie, tak Ko­nop­nic­kiej po­stać po­win­na się wznieść nad głowa­mi wraz z Orzesz­kową, ręka w rękę. A jeśli na skro­niach ich win­ny spo­czy­wać wieńce lau­ro­we, to spra­co­wa­ne ich dłonie wspar­te być win­ne o pługi, ja­ki­mi chłopi pol­scy rolę orzą. Bo pra­co­wały obie, aby zboże rosło i kłos dawało”.

Trze­ba jed­nak po­wie­dzieć, że w dużej mie­rze po­et­ka była win­na ta­kie­go sta­nu rze­czy, sama ten wi­ze­ru­nek stwo­rzyła. Ma­ria Szy­pow­ska, bio­graf­ka Ko­nop­nic­kiej, przy­zna­je: „Li­sty pi­sy­wała za­wsze tak pod­niosłe, jak­by z góry prze­wi­dy­wała, że będą opu­bli­ko­wa­ne” – i do­ty­czy to nie tyl­ko listów, ale całej pu­blicz­nej ak­tyw­ności.

Zna­ki za­py­ta­nia

Ko­nop­nic­ka przyszła na świat 23 maja 1842 roku jako Ma­ria Sta­nisława Wasiłowska, dru­gie z sześcior­ga dzie­ci Scho­la­sty­ki z Tur­skich, wy­wodzącej się z zie­miaństwa, i urzędni­ka Józefa Wasiłowskie­go. Ta data roz­po­czy­na sze­reg wątpli­wości związa­nych z jej bio­gra­fią. Przez wie­le lat były trud­ności z jej usta­le­niem, po­et­ka bo­wiem odmładzała się o kil­ka lat (od czte­rech do sześciu)4, a była w tym tak kon­se­kwent­na, że o młod­szym bra­cie mówiła jak o star­szym, na­to­miast py­ta­nia o matkę, która zmarła, gdy dziew­czyn­ka miała dwa­naście lat, zby­wała słowa­mi: „Mało pamiętam matkę”. Ta przed­wcze­sna śmierć spo­wo­do­wała licz­ne zmia­ny w eg­zy­sten­cji całej ro­dzi­ny. „Dom nasz sie­ro­cy był pra­wie za­kon­nym do­mem; nie przyj­mo­wa­no w nim i nie od­da­wa­no żad­nych wi­zyt, nie pro­wa­dzo­no żad­nych wesołych świa­to­wych rozmów, a spa­ce­ry, na które nas oj­ciec pro­wa­dził, miały za cel zwykły – cmen­tarz”, wspo­mi­nała Ma­ria. W wie­ku dwu­dzie­stu lat wyszła za star­sze­go o dwa­naście lat Ja­rosława Ko­nop­nic­kie­go. Już w następnym roku przy­szedł na świat pier­wo­rod­ny Ta­de­usz. W ciągu dzie­sięciu lat dzie­ci będzie ra­zem ośmio­ro, dwóch synów umrze nie­mowlętami. To fak­ty z życio­ry­su Ko­nop­nic­kiej zna­ne i często przy­ta­cza­ne, po­dob­nie jak kwe­stia budzącego się do życia ta­len­tu li­te­rac­kie­go, który ujaw­nił się dość późno.

Jed­nak pry­wat­ne życie Ko­nop­nic­kiej nie zakończyło się wraz z opu­bli­ko­wa­niem w pra­sie pierw­sze­go wier­sza ani na­wet z pierw­szym suk­ce­sem, ja­kim były po­chwały sa­me­go Hen­ry­ka Sien­kie­wi­cza. Małżeństwo Ko­nop­nic­kich było ewi­dent­nie nie­do­bra­ne. Wówczas lu­dzie nie roz­sta­wa­li się jed­nak z tak błahe­go po­wo­du, nie było roz­wodów, je­dyną szansę sta­no­wiło unie­ważnie­nie małżeństwa, co wy­ma­gało cza­su i pie­niędzy. Za­wsze jed­nak można było się sta­rać za­miesz­kać osob­no, więc pod ko­niec lat 70. XIX wie­ku Ma­ria od­cho­dzi od męża i prze­no­si do War­sza­wy. Tu pi­sa­niem, a przede wszyst­kim ko­re­pe­ty­cja­mi utrzy­mu­je sie­bie i sześcio­ro dzie­ci. Lu­dwik Krzy­wic­ki na­zy­wał Ko­nop­nicką z tam­te­go okre­su „nie­wiastą moc­no ko­chliwą”, jed­nak nic nie wia­do­mo, żeby związała się z ja­kimś mężczyzną. Jej na­zwi­sko ko­ja­rzo­no przede wszyst­kim z młod­szym o sie­dem­naście lat dzien­ni­ka­rzem Ja­nem Ga­dom­skim. Także z nią wiąże się sa­mobójstwo Mak­sy­mi­lia­na Gum­plo­wi­cza, zroz­pa­czo­ne­go od­rzu­ce­niem (!) jego uczuć. Ten fi­lo­zof i hi­sto­ryk, młod­szy od po­et­ki o dwa­dzieścia dwa lata, w chwi­li śmier­ci za­le­d­wie trzy­dzie­sto­trzy­let­ni, po­strze­lił się w 1897 roku przed ho­te­lem w Gra­zu, gdzie miesz­kały Ko­nop­nicka z Dulębianką. Jego ro­dzi­na nie trak­to­wała poważnie afek­tu Mak­sia. „Za­du­rzył się w sta­rej ba­bie Ko­nop­nic­kiej” – tak o tej hi­sto­rii mówił jego oj­ciec, co może nie­co dzi­wić, biorąc pod uwagę fakt, że Gum­plo­wicz ścigał po­etkę swo­im uczu­ciem aż przez dwa lata, do tra­gicz­ne­go zakończe­nia. Po­zna­li się sie­dem lat wcześniej; ro­dzi­na Mak­sy­mi­lia­na od razu nie wzbu­dziła w Ko­nop­nic­kiej ciepłych uczuć: „Graz jest tak fa­tal­ny, że wy­noszę się stąd co ry­chlej. Jed­na ro­dzi­na kra­kow­skich Żydków Gum­plo­wiczów, złożona z ojca, pro­fe­so­ra uni­wer­sy­te­tu, i dwóch synów stu­dentów oraz mat­ki cier­piącej na astmę. Zresztą ani kawałka Po­la­ka” (30 VII 1890). Trud­no po­wie­dzieć, jak bar­dzo przeżyła tę śmierć, wcześniej jego awan­se trak­to­wała dość bez­ce­re­mo­nial­nie, o czym do­no­siła najmłod­szej córce po­et­ki Dulębian­ka: „przeszłej zimy, kie­dy była w Ni­cei, po­ja­wił się tam i widząc, że jest sama i bez­bron­na, znów zaczął dal­sze ata­ko­wa­nie Jej. Nie mogła wy­cho­dzić z domu, bo całymi dnia­mi de­fi­lo­wał przed Jej okna­mi, raz w raz li­sta­mi zasyłając. Zi­ry­to­wa­na, wzięła raz te li­sty z sobą i kie­dy zbliżył się do Niej na uli­cy, prosząc o od­po­wiedź, wyjęła je z kie­sze­ni i pu­blicz­nie rzu­ciła mu je w twarz, mówiąc – oto od­po­wiedź, ty chłyst­ku jakiś. I po­tem go więcej nie wi­działa”. W tym sa­mym liście ma­lar­ka dość bez­względnie oce­niła zmarłego: „Ale cze­go Pani jesz­cze nie po­wie­działam, a co może naj­ważniej­sze, bo łago­dzi trochę go­rycz tego wy­pad­ku, to że to był człowiek umysłowo niezdrów, idio­ta pra­wie. Mat­ka jego jest w domu obłąka­nych, brat (ten anar­chi­sta) także zupełnie nie­nor­mal­ny. Przy tym różne się tu oko­licz­ności złożyły. W domu go nie lu­bi­li…” (XII 1897).

Kon­tro­wer­syj­na

Przez całe lata 80. XIX wie­ku Ko­nop­nic­ka bu­do­wała swoją po­zycję li­te­racką. Trud­no dziś w to uwie­rzyć, ale na początku była twórczy­nią kon­tro­wer­syjną, ata­ko­waną przede wszyst­kim ze stro­ny śro­do­wisk ka­to­lic­ko-na­ro­do­wych. Już jej pierw­sza książka, trzy sce­ny dra­ma­tycz­ne Z przeszłości (1881), o lu­dziach na­uki prześla­do­wa­nych przez chrześci­jan, wywołała praw­dziwą burzę; ano­ni­mo­wy au­tor oce­niał w „Przeglądzie Ka­to­lic­kim”: „Myśl jej jest bez­bożna i bluźnie­rcza. Na kru­chej pod­sta­wie kil­ku faktów, od­po­wied­nio prze­ina­czo­nych w ry­mach swo­ich, rzu­ciła ona w twarz Kościołowi raz jesz­cze nędzną znie­wagę, jaką ty­lo­krot­nie już rzu­ca­li nań jego wro­go­wie. Nowością w tej znie­wa­dze jest nie myśl sama, lecz nowa tyl­ko złość”. Do­ko­na­nia Ko­nop­nic­kiej jako re­dak­tor­ki na­czel­nej ko­bie­ce­go pi­sma „Świt” w la­tach 1884–1886 jesz­cze w 1902 roku ka­to­lic­ka „Rola” będzie oce­niać ne­ga­tyw­nie: „W «Świ­cie» upra­wiał się postępowy, czy­li pogański li­be­ra­lizm, z przy­mieszką żydowsz­czy­zny”. Za­pew­ne mało kto byłby dziś w sta­nie od­gadnąć, że po­dob­ne słowa wy­po­wia­da­no właśnie o Ko­nop­nic­kiej.

Kwe­stia re­li­gij­ności po­et­ki wy­ma­ga osob­nych badań. Wierząc w Boga i często się na nie­go powołując, Ko­nop­nic­ka była jed­no­cześnie prze­ciw­niczką in­sty­tu­cji Kościoła ka­to­lic­kie­go, nie miała także naj­lep­sze­go zda­nia o pa­pieżu Le­onie XIII. W liście do córki po­tra­fiła wy­buchnąć: „O, zgni­li­zna sama te kle­chy!” (12 II 1897). Re­li­gij­ność na po­kaz mu­siała ją drażnić, sko­ro pisząc do stry­ja o swo­je ma­co­sze, cha­rak­te­ry­zo­wała ją jako ko­bietę „za­nad­to wie­le od­ma­wiającą różańców dla świa­ta, a zbyt upu­dro­waną dla nie­ba” (II 1882).

Nie przy­wy­kliśmy do myśle­nia o Ko­nop­nic­kiej jako o oso­bie, która była w sta­nie wygłaszać za­ska­kujące poglądy. Ale na­wet jeżeli pu­blicz­nie rzad­ko się na to zdo­by­wała, jej życie pry­wat­ne było pełne śmiałych de­cy­zji. Ka­rie­ra li­te­rac­ka, odejście od męża, wybór życia bez mężczy­zny. Po­dob­nie jak inne twórczy­nie epo­ki, choćby Ma­ria Ro­dzie­wiczówna czy ser­decz­na przy­ja­ciółka Eli­za Orzesz­ko­wa, dług za to nie­ak­cep­to­wa­ne społecz­nie postępo­wa­nie spłacała, tworząc bo­go­boj­ny wi­ze­ru­nek, za­wsze świa­do­ma, jak da­le­ko może się po­sunąć.

Na­wet ob­raz Ko­nop­nic­kiej jako mat­ki całko­wi­cie od­da­nej ro­dzi­nie nie wy­trzy­mu­je próby. Choć właści­wie sa­mo­dziel­nie wy­cho­wała sześcio­ro dzie­ci, a jak re­fren po­wta­rzała: „stron­nic­twem, do którego należę duszą i ciałem, są dzie­ci moje”, to jed­no­cześnie dzie­liła te dzie­ci na trójkę „złą” i „dobrą”, a od całej szóstki w pew­nym mo­men­cie po­sta­no­wiła się unie­za­leżnić, wy­bie­rając własny rozwój i po­trze­by. Gdy tyl­ko najmłod­sza córka zo­stała posłana do szkoły, Ko­nop­nic­ka wy­niosła się z War­sza­wy; od tego cza­su dzie­ci będzie od­wie­dzać, wspo­ma­gać fi­nan­so­wo i pisać do nich, ale z bez­piecz­nej od­ległości, czas dzieląc między We­necję, Za­ko­pa­ne, Mo­na­chium, Kraków i jesz­cze kil­ka in­nych miast. Podróże nie ustały na­wet wte­dy, gdy w czy­nie społecz­nym Po­la­cy po­da­ro­wa­li uko­cha­nej wieszcz­ce dwo­rek w Żar­now­cu. Początko­wo taki wybór sty­lu życia przez Ko­nop­nicką tłuma­czo­no re­pre­sja­mi po­li­tycz­ny­mi, ale nie ma pod­staw do pod­trzy­my­wa­nia tej tezy. W rze­czy­wi­stości jed­nym z ważniej­szych po­wodów były kłopo­ty i tra­ge­die związane z dziećmi. Najgłośniej­sza, a jed­no­cześnie ciągle mało zba­da­na jest spra­wa nie­zwy­kle ponoć pięknej He­le­ny5, oskarżonej o sze­reg prze­biegłych kra­dzieży, która wsławiła się także sfin­go­wa­niem własne­go sa­mobójstwa, a na­wet próbą tar­gnięcia się na życie mat­ki. Dla Ko­nop­nic­kiej, tak za­wsze dbającej o do­bre imię, szczególnie bo­le­sne mu­siały być pu­blicz­ne skan­da­le. W li­stach do byłego męża próbowała go zmo­bi­li­zo­wać do wzięcia od­po­wie­dzial­ności za wy­bry­ki córki: „Przed ty­go­dniem H[ele­na] wkradła się do ogro­du z re­wol­we­rem, chciała strze­lać, po­licję we­zwa­no. Dzień przed tym urządziła tu in­ne­go ro­dza­ju skan­dal, od­by­wając jakiś atak kil­ku­go­dzin­ny w sie­ni przed mo­imi drzwia­mi naprzód, a po­tem w moim miesz­ka­niu przy zbie­go­wi­sku całej lud­ności na­sze­go domu” (20 XI 1889). Po­et­ka całko­wi­cie wy­kreśliła He­lenę ze swo­je­go ser­ca, na­zy­wała ją „wy­rod­kiem” i „okropną istotą”. In­nym ra­zem pisała do Ja­rosława: „Trze­ba oka­zać jed­no­cześnie, że ro­dzi­na wy­rze­ka się wszel­kiej so­li­dar­ności z H[eleną] i nic z nią wspólne­go nie ma” (9 I 1890). Przy oka­zji tej hi­sto­rii do­cho­dzi do głosu ko­lej­na ce­cha cha­rak­te­ru Ko­nop­nic­kiej: kon­se­kwen­cja. Gdy Hele­na zo­sta­je uzna­na za nie­po­czy­talną i prze­by­wa w ko­lej­nych zakładach za­mkniętych, mat­ka nie in­te­re­su­je się ani jej lo­sem, ani dziec­ka, które uro­dziła, w li­stach od­no­to­wu­je je­dy­nie pie­niądze, które wysyła na utrzy­ma­nie: „Muszę też za to dziec­ko płacić mie­sięcznie kil­ka ru­bli, póki trochę nie urośnie i cho­dzić nie za­cznie. Po­tem bądź co bądź trze­ba je po­mieścić na wsi, gdzie by nie ciążyło jego utrzy­ma­nie” (7 IV 1890).

In­nym dra­ma­tycz­nym wy­da­rze­niem był obłęd zięcia, Bo­lesława Króli­kow­skie­go, męża Zo­fii, nie­wie­le po­nad dzie­sięć lat po ślu­bie. Wcześniej, w wie­ku za­le­d­wie 27 lat, na za­pa­le­nie śle­pej kisz­ki umarł pierw­szy syn, Ta­de­usz. Do tej ko­lek­cji bra­ku­je już tyl­ko kłopotów z Laurą, te jed­nak Ko­nop­nic­ka miała po części na własne życze­nie. Najmłod­sza córka bar­dzo wcześnie zaczęła ma­rzyć o ka­rie­rze ak­tor­ki. Mat­ka sku­tecz­nie się temu prze­ciw­sta­wiała różnymi spo­so­ba­mi, także szan­tażem mo­ral­nym, cze­go świa­dec­twem choćby taki list: „Hel[ena] uwol­nio­na, nowe skan­da­le w War­sza­wie. Zda­je mi się, że już tyl­ko jed­nej kro­pli bra­ku­je, żeby mnie w grób we­pchnąć, jeśli jesz­cze i Jan­ka do woj­ska wezmą. Strzeż się, Lor­ko, aby ta kro­pla z Two­jej ręki nie padła” (30 IV 1890). Następny list zakończyła słowa­mi: „Bądź zdro­wa, Lor­ko, chciałabym Cię ko­chać za­wsze” (5 V 1890), co było wyraźnym sy­gnałem, że miłość do córki nie jest bez­wa­run­ko­wa. Początko­wo się uda­je – piękna Lau­ra zo­sta­je wy­da­na za Sta­nisława Py­tlińskie­go, ale z cza­sem pociąg do sce­ny wy­bu­cha ze zdwo­joną siłą. Ama­tor­ka sta­ra się o angaż w ko­lej­nych te­atrach, in­try­gi mat­ki spra­wiają jed­nak, że za­bie­gi palą na pa­new­ce. W efek­cie Lau­ra roz­po­czy­na ka­rierę ak­torską od występów na pro­win­cji; roz­pa­da się jej małżeństwo (choć po­dob­nie jak ro­dzi­ce nig­dy nie sfi­na­li­zu­je roz­sta­nia z mężem). Ko­nop­nic­ka zmu­szo­na jest wresz­cie za­ak­cep­to­wać de­cyzję córki, ale zda­nia nie zmie­nia: „Ak­torkę uważam za­wsze za ko­bietę wy­rze­kającą się sza­cun­ku ludz­kie­go – za po­klask”. Plot­ko­wa­no o jesz­cze in­nym „kłopo­cie” związa­nym z najmłod­szym dziec­kiem po­et­ki. Ire­na Krzy­wic­ka za­no­to­wała w swo­jej au­to­bio­gra­fii: „Ko­nop­nic­ka i jej córka, piękna Lau­ra, z oso­bli­wym «fe­le­rem», który jej nie po­zwa­lał do­pro­wa­dzić żad­ne­go sto­sun­ku miłosne­go do końca”.

Pie­trek z po­wy­cie­ra­ny­mi łokcia­mi

Naj­ważniejszą osobą w pry­wat­nym życiu Ko­nop­nic­kiej była ma­lar­ka Ma­ria Dulębian­ka, po­stać naj­bar­dziej prze­mil­cza­na w jej bio­gra­fii. Łatwo zgadnąć dla­cze­go – na­wet py­ta­nie o związek dwóch ko­biet nie pa­su­je do stwo­rzo­ne­go jesz­cze przez samą po­etkę wi­ze­run­ku. In­for­ma­cja, że nie­doszła au­tor­ka hym­nu na­ro­do­we­go6 była les­bijką, niektórych mogłaby chy­ba zabić, sko­ro z obu­rze­niem spo­tkała się na­wet wy­da­na w 1963 roku bio­gra­fia Ko­nop­nic­ka, ja­kiej nie zna­my Ma­rii Szy­pow­skiej. Au­tor­ka, próbująca de­li­kat­nie od­mi­to­lo­gi­zo­wać wieszczkę, bez po­ru­sza­nia kwe­stii ho­mo­sek­su­ali­zmu, spo­tkała się z ata­kiem To­wa­rzy­stwa im. Ma­rii Ko­nop­nic­kiej, które pro­te­sto­wało prze­ciw­ko książce jako „szar­piącej święte imię po­et­ki”.

Nie ma pew­ności, kie­dy Dulębian­ka i Ko­nop­nic­ka spo­tkały się po raz pierw­szy. Ba­dacz­ka życia i twórczości au­tor­ki Roty, Lena Ma­gno­ne, da­tu­je, że najpóźniej stało się to w 1886 roku; trzy lata później na­zwi­sko ma­lar­ki po­ja­wia się w liście Ko­nop­nic­kiej. Od tego cza­su staną się nie­mal nie­rozłączne. Dulębian­ka nig­dy nie wyszła za mąż, re­pre­zen­to­wała typ zna­ny wśród les­bi­jek od wieków: krótko obcięta, w sur­du­cie i z mo­no­klem, po­lo­wała i jeździła kon­no. W Żar­now­cu za­cho­wała się pamięć o niej jako przy­ja­ciółce po­et­ki, która „nosiła się po męsku, a włosy miała całkiem kuso pod­cięte”. Ko­nop­nic­ka na­zy­wała ją „Pio­trek” lub „Pie­trek z po­wy­cie­ra­ny­mi łokcia­mi”. W liście do dzie­ci, opi­sując tłum, który ją nie­omal stra­to­wał, kie­dy scho­dziła ze stat­ku, za­zna­cza: „Pie­trek, bla­dy i mężny, nic się nie bał, tyl­ko mnie bro­nił”. Ko­nop­nic­ka, nosząca długie suk­nie i ka­pe­lu­sze, często z kwia­ta­mi, była prze­ci­wieństwem part­ner­ki. Po­et­ka zresztą nie tyl­ko odej­mo­wała so­bie kil­ka lat, ale też dbała, by od­po­wied­ni wi­ze­ru­nek przed­sta­wiać sze­ro­kim ma­som, na przykład po­dając do pu­bli­ka­cji swój por­tret sprzed kil­ku­na­stu lat jako ak­tu­al­ny. W efek­cie, choć Dulębian­ka była młod­sza od niej dzie­więtnaście lat, mogła spra­wiać wrażenie star­szej.

Ma­ria Dulębian­ka na przed­wo­jen­nej pocztówce

Całość składa się na ob­raz pary, który dziś określi­li­byśmy jako związek butch/fem­me. Ale poza nie­licz­ny­mi plot­ka­mi ich wspólne życie przyjęto bez większych emo­cji. Ra­zem podróżowały, po­tem we dwie za­miesz­kały w Żar­now­cu. Dulębian­ka zo­stała wpro­wa­dzo­na do kręgu ro­dzin­ne­go, brała udział w zjeździe Ko­nop­nic­kich i uro­czy­stym ju­bi­le­uszu po­et­ki. W li­stach do dzie­ci au­tor­ka Roty nie wyjaśniała ani nie ko­men­to­wała jej po­ja­wie­nia się, po pro­stu w pew­nym mo­men­cie wpro­wa­dziła do opisów „pannę Marię”. Początko­wo jesz­cze za­zna­czała: „wzięłyśmy so­bie 2 po­ko­je, ja je­den, a Dulębian­ka dru­gi” (14 VIII 1894), z cza­sem o obec­ności to­wa­rzysz­ki świad­czyła już tyl­ko licz­ba mno­ga: mamy, po­sta­no­wiłyśmy, zwie­dzałyśmy, wyjeżdżamy. Po­tem stała się oczy­wi­stością; na końcu listów znaj­do­wał się do­pi­sek: „Dulębian­ka (jesz­cze ku­le­je) po­zdra­wia Was ser­decz­nie” (2 XI 1906) albo „Dulębian­ka po­dzi­wia ma­szynę Waszą i załącza szcze­re po­zdro­wie­nia” (1 XI 1908).

Oczy­wiście po­ja­wiają się wątpli­wości do­tyczące cha­rak­te­ru ich związku: czy mamy pra­wo na­zy­wać go les­bij­skim, sko­ro nic nie wia­do­mo o jego ero­tycz­nym aspek­cie? Czy te dwie ko­bie­ty nie mogły być tyl­ko przy­ja­ciółkami, które połączyły wspólne poglądy, pa­sje ar­ty­stycz­ne, kłopo­ty fi­nan­so­we i chęć podróżowa­nia? Trze­ba jed­nak pamiętać, że w chwi­li po­zna­nia Dulębian­ka nie była le­ciwą damą szu­kającą życz­li­wej du­szy na ostat­nie lata życia, tyl­ko dwu­dzie­sto­pa­ro­let­nią, świet­nie za­po­wia­dającą się ma­larką. Dla Ko­nop­nic­kiej w dużej mie­rze poświęciła swo­je aspi­ra­cje twórcze, w ko­lej­nych la­tach stała się przede wszyst­kim por­tre­cistką po­et­ki. Poglądów także nie miały iden­tycz­nych. Dulębian­ka jako jed­na z naj­bar­dziej ak­tyw­nych pol­skich eman­cy­pan­tek nie za­wsze mogła zna­leźć zro­zu­mie­nie u Ko­nop­nic­kiej, którą kwe­stia równo­upraw­nie­nia in­te­re­so­wała w stop­niu umiar­ko­wa­nym. Chciała zmian, ale ra­czej na dro­dze ewo­lu­cji. W „Świ­cie” pisała w 1884 roku: „Nie pro­wo­kując wal­ki i nie dążąc do niej wca­le, uznać trze­ba, że in­te­re­sa spe­cjal­ne ko­bie­ce ist­nieją”. Ob­ser­wując su­frażyst­ki z bli­ska, od­czu­wała dy­stans. W 1905 roku, do­nosząc córce, że mu­siała „być na wie­cu ko­biet, do­ma­gających się głosowa­nia”, do­da­wała z przekąsem: „Że go nie mają – tego, sądząc po sza­lo­nej wrza­wie – nikt by się domyślić nie mógł” (18 XII 1905). Właśnie działalności fe­mi­ni­stycz­nej poświęciła się Dulębian­ka w później­szym okre­sie życia. Ko­nop­nic­ka ją w tym zresztą wspie­rała, ale bar­dziej jako bli­ska oso­ba niż za­an­gażowa­na w sprawę ak­ty­wist­ka.

W 1908 roku Dulębian­ka była bo­ha­terką spek­ta­ku­lar­nej ak­cji: wy­su­nięto jej kan­dy­da­turę w wy­bo­rach do sej­mu ga­li­cyj­skie­go. Cho­dziło o zwróce­nie uwa­gi, że ko­bie­ty po­zba­wio­ne są czyn­ne­go i bier­ne­go pra­wa głosu. Ko­nop­nic­ka tak opi­sy­wała ner­wy ostat­nich chwil przed wystąpie­niem: „Za­mie­sza­nie, rwe­tes, pi­sa­nie na gwałt kan­dy­dac­kiej mowy, z jaką każdy kan­dy­dat na zgro­ma­dze­niu wy­borców stanąć musi i wy­po­wie­dzieć swo­je sta­no­wi­sko przyszłe do wszyst­kich spraw, ja­kie leżą w kom­pe­ten­cji sej­mu. Kwe­stie agrar­ne, szkol­ne, sa­morządu miast itp., a w do­dat­ku przed­sta­wie­nie sto­sun­ku swe­go do spra­wy Żydów i Ru­sinów. Dwa dni – mowa go­to­wa. Dulębian­ka z wy­pie­ka­mi na twa­rzy, nie je, nie śpi, tyl­ko pa­ku­je w sie­bie brom, który jej nic nie po­ma­ga. Wyjeżdża – je­dzie na Peszt, w Pesz­cie za­trzy­mu­je się dzień, żeby trochę opa­no­wać i sie­bie, i mowę. Po dwóch no­cach podróży sta­je we Lwo­wie w piątek rano, a w piątek o 4 ma mowę. Od­bie­ram de­peszę w so­botę: «Do­brze»” (1 III 1908). Dziś nie do końca zda­je­my so­bie sprawę, jak bar­dzo wy­wro­to­wa była to ak­cja. Jej współcze­snym od­po­wied­ni­kiem byłby per­for­man­ce z dwie­ma oso­ba­mi tej sa­mej płci biorącymi ślub, nie­mający mocy praw­nej, ale zwra­cający uwagę na dys­kry­mi­nację części społeczeństwa. 511 głosów, które od­da­no na kan­dy­datkę, unie­ważnio­no – tyl­ko dla­te­go, że była ko­bietą.

Nie­chcia­ne śledz­two

Py­tając o re­lację Ko­nop­nic­kiej i Dulębian­ki, trze­ba się za­sta­no­wić, czy w ogóle ho­mo­sek­su­al­ne ko­bie­ty żyjące wówczas na pol­skich zie­miach były w sta­nie ure­flek­syj­nić swo­je pre­fe­ren­cje i wy­two­rzyć les­bijską tożsamość. Do tego u Ko­nop­nic­kiej można za­uważyć ra­czej ob­se­syj­ne prze­mil­cza­nie, a na­wet zakłamy­wa­nie całych aspektów swo­jej eg­zy­sten­cji. Ukry­wa­nie uczuć i pra­gnień mu­siało być jej dniem po­wsze­dnim, sko­ro zwie­rzała się: „Ja na­wet do naj­bliższych piszę tak, aby to mógł czy­tać p. żan­darm, jeśli mu przyj­dzie ocho­ta”. Zresztą – na­wet jeśli Dulębian­ki i Ko­nop­nic­kiej nie łączyła re­lacja ero­tycz­na, to co miałoby z tego wy­ni­kać? Nie zmie­nia to fak­tu, że właśnie ko­bietę wy­brała au­tor­ka Ima­gi­ny na to­wa­rzyszkę życia, a można chy­ba mówić o związku w przy­pad­ku osób, które ra­zem miesz­kają i podróżują. Związku, który trwał dłużej niż życie z ofi­cjal­nie poślu­bio­nym Ja­rosławem.

Życie Dulębian­ki zasługu­je na pełniej­sze za­in­te­re­so­wa­nie, nie tyl­ko jako klucz do po­zna­nia Ko­nop­nic­kiej. Bar­dzo znaczące, że prze­ciw­ni­cy tezy o ho­mo­sek­su­al­nym związku tych dwóch ko­biet nie chcą się do­wie­dzieć więcej o re­la­cji, która wciąż kry­je wie­le nie­ja­sności czy wręcz ta­jem­nic. Prześle­dze­nia wy­ma­ga choćby sposób, w jaki obie ko­biety funk­cjo­no­wały i były od­bie­ra­ne w ówcze­snym śro­do­wi­sku fe­mi­ni­stycz­nym, a być może ist­niejącym także kręgu les­biańskim. Z 1903 roku po­cho­dzi zdjęcie Józefa Zajączkow­skie­go: na we­ran­dzie dwor­ku w Żar­now­cu siedzą czte­ry ko­biety, z jed­nej stro­ny Ma­ria Ko­nop­nic­ka i Ma­ria Dulębian­ka, z dru­giej – Ste­fa­nia We­chsle­ro­wa (We­schle­ro­wa) i Zo­fia Po­znańska. Naj­star­sza z nich jest We­chsle­ro­wa, po­chodząca ze Lwo­wa pe­da­gożka i fe­mi­nist­ka. W swo­im Dzien­ni­ku lwow­skim 1842–1930 opi­sała ją Zo­fia Ro­ma­no­wiczówna, która pod ko­niec lat 60. XIX wie­ku uległa uro­ko­wi de­mo­nicz­nej i za­bor­czej ho­mo­sek­su­alist­ki Ste­fa­nii. To tyl­ko je­den z przykładów obec­ności les­bi­jek w kręgu przy­ja­ciół Ko­nop­nic­kiej.

Ma­ria Ko­nop­nic­ka na ry­sun­ku Ma­rii Dulębian­ki

W ujaw­nio­nym nie­daw­no przez Agatę Za­wi­szewską nie­pu­bli­ko­wa­nym frag­men­cie pamiętników Ro­ma­ny Pa­chuc­kiej, działacz­ki ko­bie­cej z początku XX wie­ku, zna­lazł się in­te­re­sujący pas­sus, w którym au­tor­ka opi­su­je zna­ne so­bie ko­bie­ce związki: „Znałam naówczas trzy pary ko­biet, nie­odłącznych przy­ja­ciółek: I Pau­li­na Ku­czal­ska-Re­in­sch­mit i Józefa Bo­ja­now­ska, II Ma­ria Ko­nop­nic­ka i Ma­ria Dulębian­ka, III He­le­na Wey­chert i Ma­ria Ro­dzie­wiczówna. W każdej z tych dwójek jed­na zewnętrznie zmężczyźniała się, a więc Józefa Bo­ja­now­ska nie obcięła włosów, lecz cho­dziła za­wsze w ko­stiu­mie an­giel­skim, spod żakie­tu widać tyl­ko przód bluz­ki lub ka­mi­zel­ki, ka­pe­lusz br. skrom­ny bez żad­nych upiększeń, w ręku nie­odstępna tecz­ka. Chód miała pew­ny, ener­gicz­ny, stąpała w półbu­ci­kach na ni­skim ob­ca­sie. Ma­ria Dulębian­ka nosiła krótkie włosy, które swo­bod­nie oka­lały jej wy­so­kie czoło i spa­dały na tył głowy, «ćwi­kier», czy­li bi­no­kle, ści­skały jej nos i osłaniały oczy krótko­wi­dza. Wy­smukła i szczupła ubie­rała się również w ko­stiu­my kro­ju an­giel­skie­go, ożywiała ten strój ja­sna ka­mi­zel­ka z kołnie­rzy­kiem i kra­wa­tem, często czar­nym, związa­nym w ko­kardę pod szyję. Nosiła obu­wie na ni­skim ob­ca­sie, ru­chy i chód miała ener­gicz­ne, kan­cia­ste, upodob­nio­ne do męskich. Z na­tu­ry br. do­bra, łagod­na i miękka, zewnętrznie chciała ty­pem zbliżyć się do mężczy­zny”. To, co naj­bar­dziej rzu­ca się w oczy w tym frag­men­cie, to brak języka do opi­sa­nia re­la­cji, których nie­ty­po­wość jest ujęta czy­sto zewnętrzne, po­przez ce­chy upodob­niające do mężczy­zny, na przykład w fa­so­nie buta czy sposo­bie po­ru­sza­nia się. Także wspo­mnia­na Pau­li­na Ku­czal­ska-Re­in­sch­mit w por­tre­cie pośmiert­nym Ko­nop­nic­kiej pisała przede wszyst­kim o jej nie­zwykłej przy­jaźni z Dulębianką: „Czu­wała nad nią przy­jaźń tro­skli­wa, uczu­cie potężniej­sze od węzłów krwi i bar­dziej od nich pod­niosłe”.

Żegnaj, pieśniar­ko

Ma­ria Ko­nop­nic­ka w różnych okre­sach życia („Ty­go­dnik Ilu­stro­wa­ny”, 1910)

Jesz­cze inny ob­raz dwóch ko­biet wyłania się ze wspo­mnień Lesz­ka Solińskie­go, wie­lo­let­nie­go part­ne­ra Mi­ro­na Białoszewskie­go, który wy­cho­wał się w Żar­now­cu. Soliński uro­dził się po śmier­ci zarówno Ko­nop­nic­kiej, jak i Dulębian­ki, lecz miesz­kając w sąsiedz­twie dwor­ku, nie tyl­ko chłonął opo­wieści o nich, ale także do­brze po­znał córkę po­et­ki, Zofię. Le­gendą obrósł mo­ment, kie­dy Ko­nop­nic­ka po raz pierw­szy przy­je­chała do no­we­go domu: „Przed wiel­kim dębem, pod którym po­tem Ko­nop­nic­ka pi­sy­wała, stała Biała Bra­ma ubra­na w zie­leń, w wieńcach ze smreków i je­dli­ny, niby łuk trium­fal­ny. I był ol­brzy­mi na­pis: «Wi­taj nam pieśniar­ko ludu na tym za­go­nie». Wymyślił to na­uczy­ciel Wi­dlar­ski. Cho­ciaż córka Zo­fia opo­wia­dała po la­tach, że było na­pisane: «Nie rzu­cim zie­mi». Ale po­pra­wiała ją sta­ra Fe­lik­so­wa: – Ej, pani, z was to ple­cięga. Było: «Wi­taj pieśniar­ko». Na końcu alei świer­ko­wej, pro­wadzącej do Białej Bra­my, gdzie wy­cho­dziła spod most­ka Biała Dama i dzwo­niła o północy tak, że w świer­kach bu­dziły się wszyst­kie wro­ny (później mówili, że Ko­nop­nic­ka sia­dała na ba­ra­na Dulębian­ce, okry­wały się przeście­radłem, dzwo­nek miały za­wie­szo­ny wy­so­ko na dębie, no i dzwo­niły – nie tyle dla pod­trzy­ma­nia baj­dy, ile dla od­stra­sze­nia ama­torów na kwia­ty i wa­rzy­wa dwor­ko­we) – na końcu więc tej alei witał po raz pierw­szy chle­bem i solą ko­wal Tu­rek i kmieć Ada­mik. Chleb był ol­brzy­mi jak koło do wozu, a na nim był orzeł z soli wie­lic­kiej. Tu­rek zaczął do Ko­nop­nic­kiej mówić: – Pani na­sza, orędo­wnicz­ko na­sza… Ada­mik mu prze­rwał: – Uważaj­cie, ku­mie, boście w pa­cierz wleźli. Ko­nop­nic­ka się uśmiechnęła, kiwnęła głową i od­po­wie­działa coś po ci­chu, ale co, to nie wie­dzie­li, i weszła prędko do ciem­nej sie­ni. Ale i w sie­ni cze­kały po­wi­ta­nia. Pań lwow­skich, posła Boj­ki z wąsami, wy­stro­jo­ne­go po grębo­szew­sku. Ko­nop­nic­ka była na czar­no. W ka­pe­lu­szu z dużym ron­dem. Ze stru­si­mi piórami”.

Początko­wo po­et­ka nie­zbyt do­brze oce­niała żar­no­wiecką społecz­ność: „Lud tu­tej­szy tak przy­wykł do pro­cesów, że ciągle przy­chodzą chłopi po po­ra­dy praw­ne. W ogóle tysiące wy­ma­gań, próśb, żądań. Chcą na­wet, żeby im dzie­ci uczyć. Ład­nie bym wyszła!” (19 IX 1903). Wspo­mnie­nia Solińskie­go świadczą, że z cza­sem obie ko­bie­ty się za­akli­ma­ty­zo­wały: „Ko­nop­nic­ka lubiła cho­dzić po Żar­now­cu. Szła aż na Śli­win­ki pod las. A przez las wra­cała z dru­giej stro­ny wsi, z nie­odłączną panną Dulęba. I He­leną Ziemską. […] W le­sie to już Ko­nop­nic­kiej brakło tchu. Ale Hela Ziem­ska niosła za nią krzesło i pod­sta­wiała”. Dulębian­ka uczyła miej­sco­we dzie­ci nie­miec­kie­go: „Ja­nek Ziem­ski cho­dził na lek­cje do pan­ny Dulęba. Po­szli raz z bra­tem. W przed­po­ko­ju stały poskłada­ne ob­ra­zy. Po­pra­wi­li: po­do­ra­bia­li wąsy. Pan­na Dulęba była bar­dzo do­bra, grała z nimi w te­ni­sa, ale tak się zgnie­wała, że stłukła po łapach”.

Tłumy na po­grze­bie Ma­rii Ko­nop­nic­kiej („Ty­go­dnik Ilu­stro­wa­ny”, 1910)

Rok