Historia o Januszu Korczaku i pięknej Miecznikównie, t. 1 - Józef Ignacy Kraszewski - ebook

Historia o Januszu Korczaku i pięknej Miecznikównie, t. 1 ebook

Józef Ignacy Kraszewski

0,0

Opis

[PK]

 

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Depozyt Biblioteczny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 398

Rok wydania: 1949

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI

HISTORIA

O JANA SZU KORCZAKU

I

O PIĘKNEJ MIECZ NIKÓWNIE

• CZYTELNIK •

c

T

i\in;

J. I. KRASZEWSKI

HISTORIA O JANASZU KORCZAKU i

izT] rEi

O PIĘKNEJ MIECZNIKÓWNIE

■/>

Nikicie się nie bardzo jeść chciało.

V

Urszulo Wójcik

HISTORIA

IV

Urszula \NÓ\£\k

VII

VIII

— Nie mam honoru znaól

K o & 1 p c

■/>

\

o\

JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI

HISTORIA

O JANASZU KORCZAKU O PIĘKNEJ MIECZNIKÓWNIE

POWIEŚĆ Z CZASÓW JANA SOBIESKIEGO TOM I

19 4 9

„CZYTELNIK" SPÓŁDZIELNIA W YD A WNICZO-OS WIATO W A

Wszelkie prawa zastrzeżone / Ali rights reserved

Luty — 1949 Drukarnia Nr 9 Spółdz. Wyd.-Ośw. „Czytelnik" Katowice, 3 Maja 12 R 018516

Jesień pozłociła już dąbrowy — lasy stały w tych sukienkach różnobarwnych, które kładną, nim mróz liście zwarzy, a wicher je rozniesie po świecie. Na polach jeżyła się ścierń żółta i gdzieniegdzie spóźniony tylko owies leżał w kopach roztrzęsionych; zasiewy ozime czerwieniały miejscami lub zielenią majową łudziły oczy. Wędrowne ptactwo odlatywać zaczynało. Czuć było, że się kończy uroczystość letnia życia, a spoczynek zimowy ma się rozpocząć. Mało było ruchu na drogach i łanach; ludzie zebrawszy, co Bóg dał, do domu, gospodarzyli w obejściach swoich. Szlachty, wiele było, wyciągnęło z królem Sobieskim pod Wiedeń; nadstawiano ucha: co stamtąd przyjdzie? czy odgłos zwycięstwa, czy okrzyk klęski? Chrześcijański król musiał iść w obronie stolicy cesarstwa, walczyć i powstrzymać nawałę dziczy, która groziła Europie. Niejeden przecież potrząsał głową lękając się, aby ta wojna na kraj zemsty nie sprowadziła.

Na kresach było chwilowo bezpieczniej, bo się Turcy z wielką siłą wybrawszy na cesarstwo, a pociągnąwszy za sobr, ordy tatarskie nie mieli czasu zabawiać napaściami na granice.

Oddychała więc cała rubież choć chwilę.

Od czasu jak Turcy Kamieniec zajęli i zamki poobsadzali, mało kto ważył się mieszkać w tych stronach i wprzódy już dość pustych. Majętności, jakie tam szlachta posiadała, przez rządców i dzierżawców trzymane, rzadko pana widywały, a płacił z nich, co kto chciał, najczęściej nic, bo pozorów nie brakło, aby się od tego uwolnić.

Pustoszały i zarastały pola, niszczały zamki i dwory, czekano lepszych czasów.

Na granicy Podola, w kącie dosyć odosobnionym, między wzgórzami porosłymi dębiną i gęstymi krzakami, z pośrodka których gdzieniegdzie nagie boki skał wyglądały, stał zasunięty głęboko stary zameczek, niegdyś obronny, którego mury jeszcze się dotąd w dość dobrym stanie utrzymywały. Okolica była mało zaludniona, wzgórza po większej części lasem okryte, pól wydartych mało — i podróżny, który przypadkiem tu zawitał, stawał zdziwiony na widok zamczyska, nie zapowiadającego się niczym w okolicy.

Drogi wiodące do niego były tak mało wyjeżdżone, że gdyby deszcze i słoty ich nie wymywały, dawno by chwasty porosły W tym kraju dosyć jest małej rozpadliny w ziemi, którą struga wody z góry ściekać może, aby w przeciągu niewielu lat stała się wąwozem.

Gdziekolwiek wozy przejeżdżały, a wybiły koleje, popłynął deszcz, uniósł z sobą gliniastą ziemię i robił trwały gościniec. Mało go potem ludzka poprawiała ręka. Czasu na to nie było. Jeżeli w poprzek przebiegła woda i wyryła dół, nie stawiano mostu; co najwięcej rzucił kto dla przejazdu wiązkę chrustu lub trochę kamieni i po nich się dostawano na brzeg drugi.

Okolica dziwnie była piękna wśród tej ciszy, jaka tu panowała. Tu nie czuć było wojny — nie słychać gwaru życia, tylko ptactwo bujało, zwierz dziki pasł się wygodnie i krzewy a rośliny gęsto puszczały, nie trzebione.

Pomiędzy zielonymi wzgórzami, które się rozstępowały dosyć szeroko tworząc dolinę, płynęła żartko mała rzeczułka, Lesicą zwana; na cyplu nagim, nad stawem z niej powstającym stał ów zamek stary, dawniejsze pono czasy niż kory-butowskie pamiętający. Od strony stawu wzgórze było pod nim oberwane jak ściana, gdzieniegdzie wystającą najeżone skałą, z drugiej przekop wodą napełniony dzielił go od osady na podzamczu uczepionej.

Nędzna to była, nie wiedzieć jak nazwać, wieś czy mieścina...

Osadnicy po większej części uprawiali małe kawałki roli, niektórzy zajmowali się prostymi rzemiosłami, kilku Żydów prowadziło jakieś tajemnicze handle na kresach. W rynku było parę domostw obszernych, ale tak samo z gliny i chrustu lepionych jak chaty włościan. Nikt tu nie zmagał się na porządniejsze budowle drewniane, bo tatarskie napady były częste, a gdy się Lipki albo i Budżaki pokazywały w okolicy, co żyło, biegło z całym mieniem na zamek, a tłuszcza paliła chaty i szopy.

Wprawdzie niejedna taka burza Gródek ominęła, bo i trafić do niego nie bardzo było Tatarom łatwo, a szlaki ich dalej przechodziły, i zapuszczać się w wąwozy wiodące w ten zakąt nie było bezpiecznie, gdyż lada garść żołnierza mogła zadać wielką klęskę.

Ludność, jeśli Lipki ją zaskoczyły tak, że na zamek zbiec nie mogła, rozpierzchała się w lasy i góry pobliskie, gdzie też bezpieczne znajdowała schronienie. Starsi z osady znali wnij-ścia do pieczar tak ukrytych, że ich nikt w świecie dojść nie mógł, a Tatar lasów nie lubił i w odkrytych tylko polach zwykł był harcować.

Bezpieczniej tu też było może niż gdzie indziej na pograniczu, a w złym razie i zameczek mógł się tak długo bronić, ażeby dzicz, co nigdy nie oblegała długo, odeszła.

Zamek na cyplu miał mury, choć stare, ale krzepkie, z kamieni wzniesione przed laty, grube i wysokie dosyć; z tej strony, która na staw wychodziła, dwie rondele po rogach; od fosy i miasteczka oprócz narożnych baszt bramę obronną, także dwoma wystającymi bastionami osłonioną, Tuż przed nią niegdyś zwodzony most być musiał, lecz dawno go nie stało i na fosie most lichy na palach wzniesiono, który w czasie niebezpieczeństwa rozbierano lub podpalano. Kilka śmigowic w murach, wprost nań wykierowanych, broniło przystępu. Stał jednak zamek raczej siłą dawną budowy swej niż staraniem, którego tu wcale widać nie było. Gdziekolwiek dachu kawałek został, składał się z krokwi odartych lub gontów słomą połatanych. Brama blachami okuta pordzewiała i płaty z niej opadały niepoprawiane. Snadź jej też może nie otwierano nigdy, bo wystarczała obszerna furta obok, w którą się i wóz włościański mógł zatoczyć.

Wszedłszy z miasteczka na zamek i szeroką minąwszy bramę, podwórzec widać było prostokątny, dosyć obszerny, zewsząd kurtynami starymi otoczony. W głębir od strony stawu, stary, piętrowy budynek murowany przypierał też niemal do kurtyny. Gdzieniegdzie szopy popod murami i horod-ttie widać było w dosyć złym stanie, a pod nimi, począwszy od odwiecznych kul kamiennych, połamanych wozów, zapasu drzewa, słomy, wszelaki sprzęt stary, pozrzucany na kupy.

W podwórzu oprócz wydeptanych kilku ścieżek i około bramy miejsca wydeptanego, kędy wozy stawały, rosła trawa i chwasty. Po murach czepiały się gdzieniegdzie dzikie krzewy, ożyny i drobne roślinki, z pośrodka kamieni dobywające się na świat. W jednym miejscu, płotem z kołków zagrodzonym, był mały ogródek warzywny, tam fasole, kukurydza, różne zielsko na parze grządek bujało.

Podwórze to wchodząc od głównej bramy zamknięte było w głębi murowanym domem, który niemal całą połać zasłaniał; wziąć je było można za zamczysko samo.

Nie kończyło się ono tu przecież i choć przez dom nie wiodło żadne przejście, w prawo i lewo dwie drożyny prowadziły do wąskiego, murami ściśniętego przesmyku, w którego kurtynie warowna brama osłoniona przepuszczała do wnętrza dawnej cytadeli. Bramę tę zupełnie nowsza snadź budowa zakrywała. W pierwszym podwórcu były jeszcze życia jakiegoś ślady, na drugim już pustka odwieczna.

Wrota wiodące w ciaśniej szy dziedziniec drugi, otwarte od wieków, wisiały na zardzewiałych wrzeciądzach, jakby się już zamknąć nie mogły. Kawał zarzuconego płotu chru-ścianego je zastępował. Można go było odchylić i cokolwiek pod górę idąc przypatrzyć się opuszczonej warowni. Przestrzeń zajęta nią była znacznie mniejsza, gdzieniegdzie obnażoną skałą szarą przecięta, w reszcie porosła. trawami. Dwie rondele ze wschodkami otwartymi wznosiły się na rogach. Mniej więcej w pośrodku stał podnioślej szy nad kurtyny budynek niewielki, kwadratowy, snadź starożytny bardzo, lecz dziś już niezamieszk " ' ' 1 ' 3 sczerniałe, zabru-

kane, pozamykane

górnych zabrakło

błon w ołów oprawnych, a jaskółcze gniazda w wielkiej ilości okrywały swobodnie wszystkie muru wyłomy.

Choć opuszczona, budowa ta niegdyś musiała być bardzo starannie wzniesiona, bo dotrwała dziwnie cała i nienaruszona. Dach tylko gontowy porósł zielonymi mchami.

Oprócz podniesionego mieszkania na dole dwa rzędy okien, nieregularnie rozrzuconych w ścianach, dwa piętra wskazywały; główne drzwi we wgłębieniu muru po wschodach od dziedzińca dosiąc tylko było można. Nad nimi wpuszczony kamień miał na sobie zatarte herby i napisy. Jeszcze wyżej w wyżłobieniu widać było mały posążek N. Panny z Dziecięciem Jezus na ręku. Okrywał je niegdyś z góry daszek, którego teraz tylko szczątki zostały.

Stada wróbli, którym tu nikt gospodarować nie przeszkadzał, przelatywały swobodnie, świergocząc dzień cały. W baszcie na prawo, w ciemnym kącie siedziała stara, ogromna sowa, której może przez przesąd jakiś nie prześladowano. W nocy wylatywała na żer, we dnie drzemała w tym kącie, który za swe niezaprzeczone nawykła uważać dziedzictwo. Wróble tylko napadały ją stadem we dnie, lecz nawykła do ich szczebiotania, całkiem na tę zgraję krzykliwą nie zważała.

Zamek nie był wcale wesoły, a mieszkalna była ledwie ta część, która w pierwszym podwórzu stała.

Tu murowane domostwo, acz opuszczone, bardzo było obszerne.

Zajmował je pod te czasy, już od lat wielu, zwany podsta-rościm, Paweł Dorszak, rządzący Gródkiem z przyległościa-mi w imieniu miecznika Zboińskiego, któregc dobra te były dziedzictwem. Na zamku od bardzo dawna ani dziedzic, ani z ramienia jego nikt nie postał. Dorszak się tu za pana samowładnego uważał i choć raporta pisał czasem, czując się sam panem rządził, jak mu się podobało. Kilka osad, słobód i wielka przestrzeń ziemi do Gródka należała, lecz nigdy z tego Miecznik grosza nie miewał.

Od dnia do dnia a do spokojniejszych czasów odkładano uporządkowanie majętności, w której żyć nie było bezpiecznie, a gospodarować trudno.

Przed laty piętnastu, gdy stary podstarości zmarł, zjawił się i: Miecznika mieszkający w Lubelskim ów Paweł Dorszak, wcale mu nieznajomy, ofiarując usługi swoje. Za cała polecenie miał jakieś podejrzane pod pieczęcią świadectwo, jako u panów Potockich, na ich dobrach około Zbrucza, kilka lat siedział, a wyszedł z nich tak, że do niego pretensji nij miano.

Miecznik właśnie kłopotał się, kogo tam pośle, bo mało kto się ważył na kresy życie stawić i nędzę cierpieć a wieczną groźbę tatarskiej niewoli. Spadł mu jak z nieba ów Dorszak, choć się nikomu nie podobał. Chłop był jak wół ogromny, silny czerwony, rudy, oczu dzikich i bystro biegających, uśmiechu niemiłego, śmiały i zawadiaka. Strój z kozacka tatarski nosił i z jednym pacholikiem do Cygana podobnym na dwór przybył. Po polsku mówił mieszając tatarskie wyrazy i plącząc się w mowie.

Opowiadał się szlachcicem od Halicza, ale o sobie i rodzinie m?ło mówił. Żonaty być miał i bezdzietny. Za powierzony zamek i dobra gardłem chciał ręczyć, że je w całości dochowa. Miecznik wahał się długo, tak mu przybyły był nie do smaku. Miecznikowa też odradzała: człek był nieznany, a świadectwo podejrzane. Lecz nie było nikogo, a w Gródku szkody uczynić nie mógł, bo oprócz murów a ziemi nic tam Miecznik nie miał, a z ziemi, choć żyznej, czynszów, ose-pów i danin nigdy grosza nie widział. Szło to zawsze na reparacje, dachy, mosty, wyderkafy różne. Złamany szeląg nie wpływał. Dorszak się klął, że intratę da i niemałą, Z góry nawet ją obliczał. Dał się przeto namówić Miecznik i pełnomocnictwo przed aktami spisawszy wyprawił nowego podstarościego.

Od tej pory listy wprawdzie przychodziły, ale pieniędzy wcale nic. Na naglące domagania się o przyjazd, o rachunki odpowiedzi były wykrętne, często milczenie po kilka miesięcy, a potem pismo, w którym nie to stało, czego się spodziewano.

Miecznikowi na Mierzejewicach, Opolu i Woli Zbrzeskiej działo się bardzo dobrze, mógł się bez owego Gródka obejść wyśmienicie, przecież korciło go dobra mieć, a z nich tyn-fa nigdy nie dostać i jakby na urągowisko pisma takie, które przeczytawszy w garści nieraz zmiął i w kąt cisnął.

Byłby sam pewnie się wybrał od dawna zrobić tam porządek, ano czasu nie było. Miał Miecznik zawsze jakąś dosługę publiczną, od której się wymówić nie mógł. Mąż był rycerski, rycerskimi sprawy zajęty, więc jeśli nie na wojnie i nie w obozie, to na komisji, to z polecenia króla na sejmiku, na dworze itp. Tchnąć i*ie było czasu i nawet się w swoich Mierzejewicach rozpatrzyć. Miał naówczas pan Zboiński lat pięćdziesiąt, a od kilkunastu żonaty był. Istny obraz ówczesnego szlachcica, zahartowanego za młodu, zdrów, przystojny, do konia i do kordą dzielny, niezmordowanie czynny, zawsze myśli wesołej, do wszelkiego dzieła obywatelskiego gotów, do zwady i do biesiady stający ochoczo, długo w domu nie zagrzewający miejsca nigdy — Miecznik był i szczęśliwy, i kochany. Nic mu na świecie nie brakło, bo i substancja starczyła, i miłość była u ludzi.

Ożenił się też był, jak nie można lepiej, pojąwszy jedyną córkę przyjaciela swego, Musińskiego, najpiękniejszą, najma-jętniejszą pannę w okolicy, do tego humorem i charakterem jakby dla niego stworzoną. Musiński rotmistrzem był w pancernej chorągwi hetmańskiej, mężem zawołanym w wojsku i obywatelstwie, hulaka trochę, ale z kościami był poczciwy. Rotmistrzówna zawczasu po śmierci matki nauczyła się W domu ojca gospodarować i rządzić, więc później, za mąż poszedłszy, u Miecznika wprędce wszystko w kluby wzięła. A była to potrzeba wielka, bo sam pan czasu na to nie miał.

Nazywał ją mąż całując po rękach złotą Handzią swoją; a przez lat kilkanaście żyjąc z sobą nigdy się jedno na drugie i zmarszczyć nie miało powodu. Po śmierci Musińskiego objął Miecznik po nim majętność niemałą, tak że go za pana miano.

Ówczesnych kobiet los był taki, iż większą część życia w tęsknicy by a wyglądając panów mężów spędzały, gdyby nie to, że pracy miały tyle, iż na nią czasu nie stawało Miecznik rzadkim był gościem w domu, a gdy przyjechał, gody i szczęście ze sobą przywoził, ale często, nim konie od ganku odeszły, już je na jutro dysponowano. W jego niebytności Miecznikowa gospodarstwo i ład domowy, i interesa miała na głowie, nie licząc wychowania córki, z którą się nie rozstawała. Dwa tylko lata ostatnie Jadzia spędziła w klasztorze u ksieni panien brygidek, która była Miecznikowej cioteczną. Zdało się to dobre, aby i robótek, i książek, i pobożności, i światła z sobą do domu przyniosła trochę, w dodatku do tego, co od matki wziąć mogła. Wyrosło dziewczę jak dwie krople wody do matki podobne, hoże, świeże, śmiałe i do pracy niezmiernie ochocze i czynne...

Gdy pod Wiedeń ciągnąć przyszło, wezwał Sobieski Miecznika ze sob^ powierzając mu dowództwo w wojsku komputo-wym. Byłaby się jejmość sprzeciwiła tej wyprawie dalekiej i niebezpiecznej, gdyby ona nie była przeciwko wrogowi chrzęścij '" wa wymierzona, więc obowiązkiem, gdyby przy tym królowi coś odmówić było można i gdyby Miecznik się dał powstrzymać.

Mowy więc o tym być nie mogło. Właśnie przedtem niedawno pozwał był sąsiad pana Zboińskiego o granice. Gdyby był po ludzku a po bratersku przybywszy sam zagaił sprawę, kompromis by był łatwy; ale słowa nie rzekłszy Miecznika # przód sąd ciągnąć — oburzyło oboje.

Zboiński pięścią w stół uderzył.

— Zje kaduka — rzekł; papiery mam, obronię się a nie... będę go ch^' po sądach ciągał, aby znał, co powinność bia-terska każe. Pieni mu się chce, będzie ją miał... bo się lada pozwu, chwalić Boga, nie zlęknę.

Szło tedy o dokumenta.

U pana Miecznika papierów w domu nie było. Wszystkie, jakif miał tytuły posesji: działy, testamenta i odwieczne skrypta, chowano na wypadek nieszczęścia w jednym miejscu. Jeszcze po dziadzie odziedziczony kuferek, jak długa wy wałek okrągły wyglądający, obity skórką jakąś z włosem, gwoździami mosiężnymi przytwierdzoną, o dwu zamkach, stojący zawsze w Kancelarii Miecznika, mieścił w sobie archiwum, dosyć porządnie fascykułami pozwiązywane. Tam też spoczywały w rurach blaszanych mapy posiadłości.

Zaraz po otrzymaniu pozwu Miecznik wezwał jejmość do siebie i zabrał się z nią razem do poszukiwania dokumentów granicznych. Robota była niemała, bo owe fascykuły niedobrze były uporządkowane. Niektóre z nich do spraw dawno ukończonych i do dóbr wyszłych z imienia się odnosiły. Wszystko jednak przeglądać przyszło, bo akta graniczne głęboko gdzieś utkwiły. t

Gdy tak oboje stare owe dzieje lustrowali, wpadł Mieczni-kowej w ręce fascykuł z napisem: „Papiery tyczące się Gródka Bracławskiego". Odłożono go na bok. Znalazły się dokumenta graniczne. Zaczęto na powrót do kufra paków?ć, ale dawno niewidziany gródecki fascykuł ciekawość samej pani obudził. Miecznik go też, jak powiedział, nigdy w ręku nie miał. Jedwabnym był sznurkiem zielonym związany i snadź długo z nim leżał, bo się wpił w papiery, a węzeł przypłaszczył, że go trudno przyszło rozplątać Gdy nareszcie rozbierać przyszło pożółkłe notaty, inwentarze i informacje, trafiła się notatka, niewyraźną ręką dziada jegomościa pisana, w której stało opisanie loszku zamurowanego na zamku i złożonych w nim ze skrzynią kosztowności i pieniędzy.

Miecznik nigdy o nich w życiu nie słyszał, lecz z opisu tego, co się tam znajdowało, wnosić mógł, iż ojciec ani dziad zamurowanej skrzynki nie dobyli. Ruchomości tego rodzaju święcie się w rodzinach przechowywały, nigdy ich nikt nie sprzedał, chybaby szło o okup z niewoli pogańskiej.

Można było przypuszczać, iż owa skrzynia po dziś dzień się na zamku jeszcze znajdować musi. Nie był to skarb tak znaczny, aby się zbyt oń troszczono, przecież, ze spisu wnosząc, kilka a może kilkanaście tysięcy czerwonych złotych wynosił. Mogło być bardzo, że go ktoś tam domyślił się, wyszukał i przywłaszczył; wątpliwość wszakże zostawała, a Miecznikowa gorąco się wzięła za to, że należało do Gródka jechać i skrzyni* odzyskać. Tyle lat ona już tam przetrwała, że Miecznik chciał czekać, ażby się wiedeńska potrzeba ukończyła, a on sam po nią mógł się wybrać. Jejmość była przeciwnego zdania. Zdało się jej, że Gródek obejrzeć i Dorszaka gospodarstwo w miejsci' osądzić czas był wielki, a nigdy bezpieczniej się tc dopełnić nie mogło niż teraz, gdy Turcy i Tatarowie gdzie indziej byli zajęci. Ofiarowała się jako dla rozrywki bodaj z córką jechać zapewniając, iż radę sobie da i skrzynię przywiezie.

Zakrzyknął Miecznik nie chcąc na tę niebezpieczną wyprawę żadną miarą pozwolić, ale się złota Handzia uparła i na pół żartem, pół doprawdy zagroziła gniewem, jeśliby jej -też, jak mówiła, na potrzebę tę iść zabroniono.

Długie o to były spory i niejeden dzień trwające; wszakże, jak się to pospolicie dzieje, gdy jejmość cz^go mocno zapragnie, na swoim postawi. Nierychło wreszcie zgodził się Miecznik, choć z największą w sercu trwogą. Tatarowie, choć ich znaczna czc " wyszła, włóczyli się nad granicami, a dosyć było kupki małej, aby wielkie nieszczęście stać się mogło Śmiała się z tego Miecznikowa. Gdy przyszło do obmyślania wyboru w podróż, spory też powstały wielkie; bo ona chciała w małym poczcie, a mąż rad był dla bezpieczeństwa dać ludzi co najwięcej i dob :ać co najdzielniejszych, na których się mógł spuścić bezpiecznie. Za warunek to położył, iż sam dwór i towarzystwo naznaczy.

Na dworze Miecznika znajdował się naówczas daleki powinowaty, chłopak ubogi, ale wielkich nadziei, Janasz Korczak. Dwudziestoletnie pacholę, byłby on na wiedeńską wyprawę się wyprosił, gdyby nie przypadek, który mu takiego trudu podjąć nie dopuszczał. Najeżdżając konia pod Miecznika, gdy się ten pod nim zwinął, Janasz nogę złamał. Wprawdzie mu ją doktor Niemiec, sprowadzony z Lublina, natychmiast wziął w leszczotki i młode kości się doskonale zrosły, ale mu jeszcze ani wiele chodzić, ani do znużenia jeździć nie dozwalano. Janasz się klął. że najmniejszego bólu nie czuje, że zdrów i siły ma; na wyprawę iść mu nie dał Miecznik. Lecz gdy przyszło dwór dla jejmości zbierać, padł do nóg panu Zbo-ińskiemu, aby się wprosić i dla bezpieczeństwa być dodany. Trudno było mu oprzeć się, a prawdę rzekłszy, niemała to była rękojmia, bo Janasz ciałem i duszą był oddany Mieczni-kostwu, mężny był, przebiegły, roztropny i niezmordowany. Śmiało mu rodzinę mógł Miecznik powierzyć. Staruszek kapelan ksiądz Fabian Żudra, niewielką być mógł pomocą, lecz i ten aż wzdychał nie śmiejąc się narzucić, a kraje nieznane bard-^c pragnął oglądać. Staruszek był krzepki, nieuciążliwy nikomu, w rozmowie miły; Miecznikowa go też zabrać przyrzekła. Do koni i dla obrony wybrano sześciu ludzi co najtęższych i do państw? przywiązanych. Oprócz tego dwu hajduków, Hołoba i Trakiewicz, i Węgrzynek, Giczy, jechać mieli.

Janasz, choć najmłodszy, podejmował się dowodzić i mar-szałkować. Broń dla wszystkich ludzi, nie tylko tę, jaką przy sobie mieć mogli, ale zapaśną, na wozy wzięto, koni luźnych od wypadku trzy1 prochu i kul pod dostatkiem. A że krajem nie zawsze ludnym i gościnnym jechać miano, wszelkiego jadła, okrycia i czegokolwiek w podróży potrzeba, przysposobiono. Miecznikowa i o chorobie, uchowaj Boże na kogo, pomyślała, ziółek i kropli, i różnych medykamentów upchawszy puzderko całe.

Mierzejewice więc na czas jakiś opustoszeć miały, bo Mocznik z wojskiem ciągnął, a pani w drogę się zaraz wybierać chciała, aby przed zimą powrócić.

Zdawało się Zboińskiemu, iż najlepiej uczyni, gdy do Dor-szaka przodem zaufanego człowieka z k?rtką poszle oznajmiając mu o przybyciu pani, aby przynajmniej izby oczyszczone znalazła i co do życia było potrzeba, zasposobione. Miecznikowi to humor na wyjezdnym znacznie popsuło; nie mówił nic, ale się lękał. Wprawdzie Gródek od napaści dotąd był wolny, ale okolica i sama bliskość Tatarów a włóczęgów niepokoiła go mocno. Przeciwnie, sama pani, córka, Janasz, co miał dowodzić wyprawą, ksiądz nawet, myśli byli najlepszej i cieszyli się zawczasu tym, co oglądać i co przywieźć z sobą mieli.

II

Słońce zachodziło za wzgórza opasujące dolinę. Ku mieści- , nie u stóp zameczka położonej z dwóch stron przeciwnych zdążało dwóch jeźdźców wzajem się z dala przypatrując sobie.

Jeden z nich, chłop ogromny, na silnym koniu, okrytym potem i pianą, jechał zwolna. Dwa silne, bure charty wołoskie w ślad za nim biegły. Odziany był z kozacka, w małej czapeczce barankowej na głowie, w siwym żupaniku, skórzanym paskiem ściągniętym, w długich butach, a bat miał przez plecy przewieszony. Twarz czerwona, plamista — odrażająca była. Najeżony wąs rudy jeszcze jej dzikszego dodawał wyrazu. Małe oczka czarne, niespokojne, siedzące głęboko, ocieniały brwi najeżone. Usta obwisłe, spękane od gorąca czy niezdro-wia wyglądały jak poranione. Choć ubogo na pozór wyglądał, lecz dumę i samowolę czuć w nim było jakby zwycięskiego rozbójnika.

Z drugiej strony na silnej szkapie z jukami w trokach dążył, burką z ramion nieco zsuniętą okryty, chłop zdrowy, silny, wesołej twarzy, poświstując piosenkę. Pospolite rysy, opalona skóra, zaniedbane włosy, sam ubiór okazywał sługę lub posłańca możnego domu...

Rozglądał się jadąc ciekawie bardzo i nie śpiesząc podążał do miasteczka. Wjechawszy tu stanął przed karczmą, wywołał Żyda i o coś go zapytawszy zwolna drogą ku zamkowi ruszył. Zobaczywszy to pozostały za nim jeździec z chartami konia ścisnął i dogoniwszy jadącego zwrócił się ku niemu namarszczywszy brwi, pytając z ruska:

— A dokąd to?

Zagadnięty popatrzał.

— A wam co do tego? — odparł.

Zaczerwieniła się twarz rudego i ręką w bok się ujął.

— Ale! — krzyknął; — jużciż do tego, boście na moim gruncie...

— Nieprawda! — rzekł drugi...

Wzdrygnął się rudy i musiał konia mimowolnie ścisnąć nogami, bo pod nim skoczył, za co go ściągnął bez litości bizunem i osadził.

— Kto wy? — wrzasnął na głos — jak śmiecie!...

— Nie gorącujcie się — zawołał śmiejąc się posłaniec.

— Ja tu pan!

— Nieprawda! — powtórzył drugi.

Oczy rudemu krwią zabiegły...

— Mów, coś za jeden?...

— Ja tu na drodze z wami rozhoworu prowadzić nie potrzebuję — rzekł spokojnie zagadnięty. — Chcecie wiedzieć, com ja za jeden, jedźcie ze mną na zamek, powie wam podstarości...

— Jaki podstarości?

— Pono jakiś Dorszak... — niedbale dodał podróżny.

Na chwilkę zamilkł rudy...

— No, to ja jestem podstarości Dorszak...

Jeździec odwrócił się, uśmiechnął, czapkę zdjął... i nie powiedział nic.

— Co to jest? w jaką to grę z sobą gramy? — podchwycił Dorszak.

— W żadną — rzekł drugi; — jadę do pana z listem od jaśnie wielmożnego Miecznika.

Słowa te zmieszały nieco pana Dorszaka, na pozór się uspokoił i złagodniał.

— Także gadajcie! — zawołał. — Ja — ja tu pan jestem z ręki Miecznika. U nas się ludzi luźnych włóczy dosyć, porządku pilnować muszę.

— Toć nie mówię nic — rzekł posłaniec — alem was nie znał.

— Jedźcież więc za mną.

To mówiąc obejrzał się na flegmatycznego posła Dorszak, na charty, które się w miasteczku rozporządzać zaczynały, świsnął i kłusem pojechał przodem.

Drugi koniowi też dał ostrogi i w milczeniu ruszył za nim.

Na miasteczku scena ta krótka już była ludzi z domostw wywabiła... Żydzi stali przed karczmami, chłopak jakiś wysforował się w rynek i chart go był już potarmosił, gdy podstarości na niego świsnął. Czapki i jarmułki po drodze uchylały się i ludzie kłaniali nisko. Od miasteczka droga nieco pod górę prowadziła na zameczek. Trzeba było przebywać chwiejący się i lichy most, który pod końmi trząsł się cały. Na ostatek furtą sklepioną wjechali w podwórze.

Tu jak wprzódy na charty Dorszak przeraźliwie świsnął i spod szopki wyskoczył chłop w koszuli zgrzebnej i wyrostek w świtce krótkiej, którzy konia wzięli. Zsiadał też już i posłaniec powoli, najprzód nieco koniowi popuszczając popręgi. Dopiero gdy tego dopełnił, a zobaczył przed sobą podstaro-ściego, stojącego z oznakami niecierpliwego oczekiwania, nic nie mówiąc począł dobywać zza sukni zawinięty w chustę starannie papier, który panu Dorszakowi wręczył.

— Chodźcie za mną do zamku, to się tam w izbie na dole rozgościcie — odezwał się podstarości.

— Dziękuję panu — odparł posłany — ale najprzód o koniu i jukach pomyśleć muszę.

Na to nic nie odpowiedział podstarości i ku zamkowi poszedł szybko. Mrok padał, a w podwórzu murami osłonionym ciemnawo się robić zaczynało. Posłaniec wdał się w rozmowę z parobkiem troszcząc się o konia. Sam zdjął powoli juki, siodła jednak zrzucić nie dozwolił — dopóki szkapa nie wypoczęła.

Podstarości minąwszy dół po kamiennych wschodach szybko wszedł na piętro, a charty za nim pobiegły...

We drzwiach stała oczekując na niego kobieta. Spojrzawszy na nią łatwo było poznać typ wschodni.

Średnich lat, niegdyś zapewne piękna bardzo, brunetka z oczyma czarnymi, z brwiami obfitymi, rzymskiego nosa, ust kształtnych, zdawała się zestarzałą przedwcześnie, znużoną, chmurną, ale wyraz energii wielki przetrwał w całej fizjonomii. Głowę, bujnymi włosami okrytą, które się spod jedwabnej chustki wymykały rozrzucone, niosła dumnie do góry. Miała na sobie odzież białą, a na niej z tureckiej materii obszerny kaftan. Ciekawymi oczyma, nic nie mówiąc, zmierzyła wchodzącego i list, który trzymał w ręku.

Jakby się domyślał, że ją we drzwiach znajdzie, podniósł głowę także, al,? się nie pozdrowili nawet. Spotkawszy jego wejrzenie kobieta odeszła zostawując drzwi otwarte. Izba, do której wszedł za nią Dorszak, była obszerna, a za nią ukazywały się dalsze, dziwnymi zastawione sprzętami, pomiędzy którymi tureckie kufry, sofy i niskie stoły odbijały od starych krzeseł i szaf ciemnych.

Kobieta założywszy ręce na piersi padła na niskie siedzenie. Dorszak chodził zamyślony.

— Głodny jestem jak pies... i psy też głodne być muszą — odezwał się łamanym językiem rusko-polskim...

— Zaraz ci jeść dadzą — obojętnie odpowiedziała kobieta i podniósłszy głos zawołała: — Tatiano!

Nierychło wtoczyła się kobieta opasła, w bardzo zaniedbanym stroju i potoczyła oczami.

— Jeść — krzyknął Dorszak siadając za stół. — światła —• a prędzej.

Rozłamał był już pieczęć i niecierpliwie usiłował czytać, ate mrok nie dopuszczał. List rzucił na stół.

«— Miecznik człowieka z listem przysłał — mruknął. — Co mu tam do głowy przyszło, on sobie zawsze myśli, że jest tu panem. Cha! cha!

— A któż? — odezwała się kobieta.

Dorszak się roześmiał i w piersi palcem stuknął.

— Któż, jeśli nie ja! Kto tu szyi nadstawia tyle lat, aby się w tej dziurze ukrywać? Zje kata, jeśli mi ją z rąk nazad wydrze.

Kobieta ramionami ruszyła.

— Jak mi raz dał tu wleźć, nie wykurzy mnie tak łatwo — mówił nie zważając, jakby do siebie, Dorszak. — Zechce, to mu tam z lichem co zapłacę... alem nie darmo pracował, aby drudzy korzystali. Gdzie człowiek lat tyle siedzi i haruje, to sobie własność przecież musiał wysiedzieć... Czego on ode mnie chce...

Kobieta patrzyła na mówiącego jakby z politowaniem, ale nie mówiła już nic.

W tej chwili sługa wniosła świecę i postawiła ją na stole. Dorszak porwał list, począł go czytać, brwi mu się ściągały, plunął i rzucił go znowu na stół, począł chodzić, potem wziął pismo, aby je ra jeszcze odczytać i powtórnie cisnął nim od siebie, ręce w kieszenie włożył i przechadzał się chmurny.

— Ale tego tom się i nie spodziewał! — zawołał nagle stając przed kobietą; — wszak Miecznikowa z całym dworem jedzie do Gródka.

Począł się śmiać.

— Dalipan, zabawna historia! Herod baba... Zdaje im się, że wszystkich Tatarów zabrał z sobą Kara Mustafa! i że tu jak u Boga za piecem siedzieć można! Zobaczymy...

— Ale ja ich tu mieć nie chcę — dodał — i prędko wykurzę, aż im ochota do zaglądania w moje gospodarstwo odpadnie...

Kobieta słuchała milcząca, podparła się na ręku i patrzała w okno, jak gdyby dawno wiedziała, że z nim ani się poczciwie rozmówić, ani go opamiętać nie potrafi.

Im dłużej chodził i myślał Dorszak, tym zdawał się mocniej obruszać i gniewem płonąć. Ruchy jego gwałtowne i cała postać przekonywały, że się powstrzymuje tylko, aby nie wybuchnąć.

Wtem Tatiana wniosła ręcznik, misę i miskę. Dorszak spojrzał tylko i rzucił się za stół, a psy z obu stron siadły patrząc mu w oczy. Nim począł jeść, dostał z szafki flaszką, wypił kieliszek i postawił ją przed sobą. Skutkiem poruszenia i napoju twarz mu cała się zaogniła... Straszny był. Kobieta, ilekroć na niego spojrzała, odwracała oczy ze wstrętem...

— A ty jadłaś? — spytał kobiety zwracając oczy na nią.

— Nie głodnam — rzekła; — trudno było czekać dzień cały...

Urwała natychmiast rozmowę.

— Dziś cię znowu twoja chandra, widzę, napadła? — rzekł Dorszak.

— Takam ja dziś, jak byłam wczoraj — odparła krótko.

— Człowiek do domu się przywlecze i nie ma do kogo gęby otworzyć ani z kim pogadać poczciwie!

Kobieta ruszyła ramionami i zmilczała. Dorszak, jakby dalej rozmowy prowadzić nie chciał, podniósł głowę ku drzwiom i począł wołać:

— Tatiana!

W progu ukazała się kobieta.

— Kumysu! — krzyknął...

— Tatara z ciebie zrobili... — szepnęła siedząca na poduszkach. -— Nie tylko do kumysu, ale i do ich obyczajów nawykłeś.

Jakby nie słyszał tej wymówki, Dorszak siedział zamyślony. Kobieta przyniosła wysoką szklankę z białawym napojem, który wychylił chciwie, wąsy otarł i dopiero po odejściu sługi począł jakby do siebie:

— A czemu nie mam być Tatarem! Mają oni rozum. Bujają w stepie, pracować nie potrzebują. Żyją w swobodzie i mu* izy ich bogatsze od nas... Mało to oni łupów nabiorą!...

— I to się wam życiem do zazdrości wydaje, taka pogańska włóczęga?... — poczęła kobieta.

— Co ty, babo, znasz! co ty rozumiesz! — krzyknął Dorszak. — Siedziałabyś cicho! Mnie ty będziesz rozumu uczyła, co złe, a co dobre? Wiem ja i bez ciebie, o radę cię pytać nie będę.

— Toż to i bieda — westchnęła siedząca. — Inaczej byś żył, gdybyś mnie słuchał, i byłoby błogosławieństwo Boże w domu.

Dorszak się śmiał.

— Już ja te litanie znam... do cerkwi z nimi! do cerkwi! ja tego nie potrzebuję.

Skończył jeść, parę ochłapów rzucił psom, które się o nie poczęły z sobą ujadać, kopnął nogą jednego i odszedłszy parę kroków rzucił się też na siedzenie, ale opodal od kobiety. Na niskim stoliku leżał szyty złotem worek i długi cybuch stał przy nim.

Nałożył fajkę i kurzyć począł nogi założywszy po turecku...

— Hej, babo, kawy! — zawołał — a żywo...

Słowa te stosowały się do kobiety siedzącej, która ani ruszyła się, ani zdawała uważać na nie. Po chwili dopiero zavołała na Tatianę...

Ta już wedle obyczaju niosła blaszany imbryk i małe fili-żaneczki, które postawiła na stoliczku przed panem. Dorszak nalał sobie czarnego płynu i chwycił go pożądliwie.

Milczenie panowało przez chwilę — kobitta zdawała się jakby uśpiona, a charty chrapały znużone na podłodze. Dorszak, który patrzał zrazu bezmyślnie przed siebie, powoli oczy na kobietę obrócił i długo się przypatrywał siedzącej.

Brwi mu się coraz bardziej marszczyły.

— Słuchaj ty, igafio ! — zawołał; — długo my tak z sobą jak pies z kotem żyć będziemy?

— Dopóki pies albo kot nie zdechnie — rzekła powoli.

— Psu się nie chce zdychać — rozśmiał się Dorszak dźwigając szerokie ramiona — psu się jeszcze życie śmieje, a kot też, chwała Bogu, zdrów... Czas by mieć rozum.

— To prawda... — rzekła kobieta.

— Nie mnie, ale wam — przerwał wybuchając mężczyzna. — Co ci to, źle? zbywa ci na czym?

— Wolałabym nędzę — odparła kobieta. — Myślisz, że mi ten twój chleb smakuje, co mi gp co dzień posypujesz popiołem? Czy ja nie wiem, skąd się twe mienie bierze i jak na nie zarabiasz?

Dorszak się zerwał z siedzenia.

— Jak? jak? mów! — krzyknął podnosząc cybuch.

— Nie trzeba mówić... — spokojnie, oczu na niego nie zwracając odezwała się kobieta. — Wiesz ty, co to twoje mienie znaczy i skąd płynie.

Mruczał coś niezrozumiałego gryząc cybuch Dorszak, ale się pomiarkował i zmilczał.

— Chcesz mieć spokój? — dodała kobieta — ja chętnie do rodziców powrócę, ino puść.

— Żona z mężem żyć powinna — słyszysz? — zawołał Dorszak.

— Dawno byś się mnie pozbył — odrzuciła kobieta — gdyby nie to, że się po mnie spodziewasz posagu, na któryś chciwy.

— A pewnie, bo mi się na-leży za to, żem sobie taką kwoką świat zawiązał — począł Dorszak. — Diabeł cię wiedział, gdyś młodo : pięknie wyglądała, że "ii życie zatrujesz! Myślałem, że biorę potulne i posłuszne stworzenie, a gałąź ostu dostałem. Jam nie takiej potrzebował kobiety na żonę, a tyś była na mniszkę stworzona.

Kobieta nie odpowiadała już; zanurzona w myślach, cisnęła białe ręce, aż słjchać było, jak w stawach trzaskały. Głowę opuściła na piersi, nie widać było łez, ale się ich łatwo mógł domyślić Dorszak, który dziko na nią spoglądał.

— Ot, moje śniadanie i obiad, i wieczerza! — rzekł. — Człek do domu powraca jak do piekła!

Twarz mu zapaliła się, podniósł cybuch, zdawało się, że uderzy siedzącą kobietę, która drgnęła tylko, ale wnet odwróciła się, zmierzyła go oczyma strasznymi, ręka jej sięgnęła do pasa pod suknię.

Dorszak snadź zrozumiał ten ruch i cofnął się. Syczał przez zęby.

— Żmija — gadzina...

— Haz w życiu ściągnąłeś na mnie rękę — odezwała się kobieta drżącym głosem: — naówczas nie spodziewałam się, aby mężczyzna śmiał się targnąć na żonę... a i ten jeden raz odpłaciłam ci, jak byłeś godzien. Od tej chwili bez noża nie stąpię: tknij mnie, a zginiesz. Wiesz, żem silna i że się ciebie nie boję.

Zmierzyli się oczyma. Dorszak po głowie potarł ręką drżącą.

— E! gdyby nie twój ojciec! gdyby nie matka!

— Gdyby nie posag! — szydersko wtrąciła Agafia.

— Dałbym ci ja, siedziałabyś pod kluczem zamknięta jak pies na łańcuchu.

— E, gdyby nie Bóg, nie sumienie, Pawle, dawno byś nie żył, a ja bym była wolna — odpowiedziała kobieta, której oczy pałały. — Podszedłeś rodziców mianując się panem na Gródku; a kto wówczas wiedział, żeś rozbójnik.

— Milczeć! — krzyknął Dorszak — milczeć, dosyć tego! Baby nikt nie przegada; ano, zobaczymy, kto kogo zmoże.

Rozśmiała się Agafia.

Za progiem słychać było ciężkie stąpanie. Dorszak się odwrócił. Powoli odchyliły się drzwi i posłaniec mierzej ewicki rozglądając się ciekawie stanął na progu.

— Niech będzie pochwalony!... — rzekł.

Dorszak coś mruknął, kobieta podniosła się i odpowiedziała cicho: — Na wieki...

— Czego chcecie? — spytał podstarości.

— Ano, nie zawadziłoby pogadać — rzekł odchrząkując dworak, który śmiało się rozglądał. — Nasza jasna pani wysłali mnie przodem, aby tu wszystko było w pogotowiu.

Chmura osłoniła twarz Dorszaka.

— Cóż ja tu im w pogotowiu mam stawić? — zawołał gburowato. — W pogotowiu! kukurydzę, „mamałygę" w tej pustce, w tej ruinie! Co im do głowy przyszło tu włazić, a biedy szukać!

— To nie moja rzecz — rzekł dworak; — rozmówicie się o tym z jaśnie panią, jak przyjadą. Mnie kazano mieszkanie oczyścić, miejsce na konie opatrzyć, obroki i chleby dla ludzi nagotować.

Dorszak się śmiał szydersko.

— A ilu was tam jest? — spytał.

Dworak się zamyślił.

— Ano, do dwudziestki się zbierze.

Zdziwienie odmalowało się w twarzy podstarościego.

— Aż tyle!

— A jużci! — rzekł dworak. — Pani nasza, panna, pan Janasz, kapelan, dworacy, mastalerze, posługa, hajduki, wę-grzynek.

— To się chyba samemu wynosić dla nich i koczować pod namiotem — zawołał Dorszak i począł przechadzać się zamyślony.

— Jaśnie pani mówili mi, aby na drugim podwórcu starą wieżę dla niej wyporządzili — odezwał się dworak.

— Pustka, sowy w niej mieszkają — rzekł podstarości.

— Toć sowy wypędzić się da, a choćby co więcej niż sowy «— dodał naiwnie posłaniec.

W podstarościm zaszła snadź jakaś zmiana wewnętrzna: powoli opamiętywał się i łagodniał.

— Toć dziś noc — odezwał się — idźcie spocząć na dole, pogadamy. Bywajcie zdrowi.

Posłaniec popatrzył na Dorszaka, na kobietę i wyszedł.

Podstarości, gdy go z oczu stracił, mrucząc coś sam do siebie chodzić począł szparko po izbie. Stawał, biegał i ani spostrzegł, jak Agafia powstawszy z siedzenia powolnym krokiem wysunęła się do drugiej izby. Kilka razy z flaszeczki sobie nalewał, pił i chodził myśląc. Świeca dogasała w mosiężnym lichtarzu... Zrzucił z siebie odzież, poprawił skórzane poduszki na sofie i na pół rozebrany rzucił się spocząć. Wkrótce zagasło światło i fajka tylko, którą palił, chwilami czerrvonawym blaskiem rozjaśniała nieco kątek, gdzie Dor-szak spoczywał.

W dziedzińcu słychać było stróżów grzechotki i charty chrapały na podłodze. Ponad bramą ukazał się księżyc zza chmur i zajrzał bladym promieniem do izby...

III

Dworski z Mierzej ewic, którego dobrze wybrano i opatrzono przestrogami na drogę, nie bardzo ich potrzebował. Z całej czeladzi pana Miecznika był to najroztropniejszy i najprzebieglejszy, zimnej krwi, męstwa spokojnego, siły wielkiej człowiek, do państwa przywiązany, bo w domu ich wzrosły sierota. Zwano go Nikitą Jedynakiem. Przydomek dostał mu się w dzieciństwie. Rodziców nie znał, a mało o nich co i we dworze wiedziano. Chował się na folwarku, potem przy panu, a że łatwo wszystko pojmowa* i uczył się każdej rzeczy, coran go do ważniejszych posług używano. Niejeden raz samowtór po kilka tysięcy talarów woził w baryłkach i listy takie, które chować było trzeba, a pilnować ich jak oka w głowie.

Z obozem Miecznika i na wojnie bywał, a o ludzi się różnych ocierał.

Z pierwszych słów Dorszaka poznał, a choć- wieczorem na zamek zajechał, już przechadzając się opatrzył cały, już z ludźmi po trosze i jakby niechcący się rozgadał. Wreszcie, gdy mu na dole lada jaki barłóg wskazano, juki sobie złożywszy v.r izbie, choć już noc nadchodziła, powlókł się na miasteczko do karczmy. Instynkt prostego człowieka uczył go, że się trzeba było o zamku nie na zamku dowiadywać. Kilka lichych karczem stało przy rynku pustym. Do jednej z nich poszedł Nikita.

Widzieli go już Żydzi, gdy na zamek jechał, a czegoś się domyślali: gość w tym kącie był rzadki. Gdy do izby wszedł, a zobaczono go, poczęli się do niego cisnąć Żydzi. Chciano go częstować wódką, ale tej Nikita nie pił; znalazło się wino kwaśne ; tego kazał sobie postawić, aby mieć przy czym siedzieć. W niskiej izbie, dosyć obszernej, z małymi okienkami, nikogo już z miasteczka nie było; rodzina tylko żydowska, liczna bardzo, wychodziła krążąc około przybysza i przypatrując mu się ciekawie. Z tym, który grał rolę gospodarza, średniego wieku mężczyzną, rozmówić się było trudno, takiego języka używał. Dopiero w dobry kwadrans zwlókł się stary, z siwą brodą, o kiju, Żyd w czapce wysokiej, który aż do stołu podszedłszy milcząco począł się Nikicie przypatrywać. Od słowa do słowa przyszło do rozmowy.

Cały rozum w tym był, aby niewiele mówić a dowiedzieć się jak najwięcej. Z początku obaj pono zarówno zamiar ten mieli, ale stary zgłodniał na ludzi i dał się za język wyciągnąć.

Nikita nie taił, z czym przybył.

Stary patrzał na niego z wielką uwagą. Zdawał się badać rzucanymi słowy, z jakim człowiekiem n.:ał do czynienia i czy z nim mówić bezpiecznie? Z mowy widać było, iż ludzi się obawiał i świata znał dosyć, aby nie dowierzać nikomu.

Ażeby coś ze starego wyciągnąć, jął opisywać Nikita wrażenie, jakie na nim zamek i okolica czyniła.

— Jeżeli tu jaśnie pani przyjadą — odezwał się Żyd — a będzie czego potrzeba, przyszlejcie do nas; co będzie można, dostarczymy.

— A skądże weźmiecie?

Żyd minę zrobił dziwną.

— Albo to i do Kamieńca dojechać nie można, choć tam Turki siedzą! My, zwyczajnie, nadgraniczni ludzie, od baszy mamy glejty i z Tatarami się znać musimy...

— Toć i pan Dorszak toż? — rzekł Nikita.

Stary mocno trząść głową począł, ale słowo jakby mimowolnie się z niego dobyło.

— Wun! — zawołał. — On z nim fajkę pali, on z nim kawę pije, on z nim je baraninę, on jemu najlepszy przyjaciel.

I ręką w powietrzu znak zrobił osobliwy, a głowę przechylił.

— Za to Pana Boga chwalić — odparł Nikita; — bo nasza pani będzie przynajmniej bezpieczna.

Staruszek milczał bardzo długo zamyślony i nierychło rzekł:

— A pewnie!

Ale ramionami ruszył dziwnie.

Z godzinę tak może Nikita się powoli dobywał do zaufania starca, który w końcu usiadł przy nim. Pytał o Miecznika, zamożność jego, stosunki i znaczenie, a słuchając wzdychał. Nikita w najnaturalniejszy sposób odmalował mu swego pana w najpochlebniejszych barwach. Wysłuchawszy stary mu na ręku położył dłoń i szepnął:

— Bądź asan ostrożny.

Nikita płacąc za to zaufanie rzekł mu do ucha:

— Dosyć na niego popatrzeć, aby sobie samemu to powiedzieć.

— To jest niebezpieczny człowiek... — dodał Żyd — ale tst... i sza...

Znowu szło ciężko, a Nikita opowiedział o panu i jego dobroci a wdzięczności dla tych, co mu poczciwie służą. Żyd słuchał. Spytał go potem poufnie, jak sobie ma poczynać?

Zamyślił się stary.

— Asan rozum masz — rzekł; — nic nie trzeba się bać, a trzeba pilnować. Ja wam jedno powiem słowo. On tu już sobie panem być chce... jemu goście niepotrzebni. On może wszystko zrobić, aby się ich pozbyć, a jemu nie kosztuje nic cudze życie, bo sumienia u niego nie ma... On gorszy od Tatara...

Aż wstrząsnął się stary mówiąc i oglądając się bojaźliwie.

— Ale my z sobą o tym nie gadali, a stary Abram nic nie wie.

I głowę zanurzył w ramiona.

— Każcie mi słomy posłać w kącie, ja tu przenocuję — rzekł Nikita.

Pistolet, który za pasem miał zawsze z tyłu, pod ręką położywszy, otulony burką, w kącie izby późno zasnął Nikita. Długo sen go nie brał, ale znużenie przemogło. Że się między dwojgiem okien położył, świtanie go zbudziło. W karczmie też ruch się rozpoczynał. Wstał co prędzej, pomodlił się, wódki na ranny chłód nie odmówił, chleba z czosnkiem zakąsił i na zamek szedł.

Słońce już było weszło, gdy w bramie stanął. Naprzeciwko, w domu na wsch< dkach stał właśnie Dorszak i ludzi zwoławszy hałasował dopytując o niego. Zobaczywszy idącego krzyknął z daleka:

?— A coście to na zamku nie nocowali?

— Albom ja to się z tego rachować obowiązany? — rzekł spokojnie Nikita.

— A jużcić! jam tu podstarości.

— Ino nie nade mną — odparł Nikita. — Z przeproszeniem jegomości, jam tu gość i mnie pod rozkazy wasze nie poddano.

— Więc ja mam was słuchać? — wrzasnął Dorszak.

— Ja też rozkazywać nie myślę — mówił zbliżając się Nikita — a strachu nie znam i nie zlęknę się nikogo.

Popatrzał na niego z góry podstarości i zmiękł nieco.

— Cóż, zły był nocleg na zamku? — zapytał.

— Weselej mi się zdało w karczmie — rzekł Nikita — i po wszystkim.

— Tożeście chcieli komnaty dla państwa oglądać — wtrącił podstarości.

— I na tom gotów.

— A ja czekać na was nie mam czasu — podchwycił brząkając pękiem kluczów Dorszak — ja muszę jechać.

— Aby klucze... ja sobie obejrzę sam, co potrzeba.

Słysząc to podstarości, z gniewem pęk kluczy na rzemieniu cisnął z ganku pod nogi stojącemu Nikicie, który zrazu skłoniwszy się stał z czapką na głowie i rękami w kieszeniach.

Parobek i chłopak na uboczu przypatrywali się tej scenie z widocznym podziwieniem, jakby pojąć nie mogąc śmiałka, który się ich panu sprzeciwiał.

Wtem Dorszak o konia zawołał i obaj rzucili się mu go podawać. Nikita też ustąpił nieco, ale nie śpieszył na drugie podwórze, aby zobaczyć, co to będzie za koń i jazda. Wnet też przywiódł parobek deresza z długą grzywą i ogonem, konia widocznie z Turków rodem i z turecka osiodłanego. Charty wnet zbiegły i stały przy nim; zszedł też zwolna Dorszak, poklepał konia po szyi, na siodło skoczył i słowa już nie mówiąc pojechał ku bramie. Tu stanął i zawrócił się.

— Słysz, ty! — odezwał się ręką wskazując Nikitę — a kiedyż te wasze goście tu być mogą?

— Nie wiem, to w liście stać musi, mnie nie mówiono.

— A jak ci się zda?

Nikita ruszył ramionami.

— Nie wiem nic — powtórzył.

— Jakąż drogą jadą?

— Tego .ni nie mówili.

— Stoś... zjadł... a cóż wiesz? — krzyknął Dorszafc.

Nikita spokojny zawsze, ziewnął ręką się zasłaniając (grał

umyślnie nieświadomego) i rzekł powoli:

— Ono to wiem, że mam mieszkanie i stajnie, i co się patrzy, gotować.

Dorszak spojrzał na niego, konia zaciął gniewny i ruszył kłusem.

Parobek i chłopak, słuchający rozmowy, uszom swym nie wierzyli, a ze strachu pod okap daszku stajennego po-wciskali się.

Dopiero gdy już dosyć opodal był podstarości i na moście zatętniało, co znaczyło, że zamek minął, parobek się zwolna wydobył z kryjówki.

Nikita klucze trzymając w ręku, nie śpiesząc okrążał wielkie domostwo, aby się dostać na drugie podwórze. Ciekawość i chęć posłużenia może śmiałemu Nikicie poprowadziły za nim parobka, który obejrzawszy się ostrożnie, powlókł się w jego ślady.

Odchyliwszy płot wchodził na drugi dziedziniec dworski, gdy parobek przy nim się znalazł.

Był to chłop niezdarny, zahukany snać za młodu, milczący, opalony na czerwono; włos na głowie miał krótko postrzy-żony, czoło i twarz w fałdach całe, brodę na cal odrosłą, oczy małe, nos spłaszczony, wyraz wszystek zwierzęcy, ale pokorny, chytry razem i zobojętniały. Gruba koszula i spodnie go okrywały. Pas zielony je trzymał. Na nogach miał skórznie, rzemykiem ściągnięte. Spod płótna widać było pierś spaloną jak twarz, włosem porosłą jak u zwierzęcia, zapadłą i pogar-bioną dziwnie. Oczyma bojaźliwymi ścigał przybysza i zdawał się chcieć do niego- przemówić.

— Jak wam na imię? — spytał Nikita.

Namyślał się parobek z odpowiedzią i do głowy poszedł ręką wprzódy, nim się zdobył na nią.

— Hm! Parfen.

— Chcecie mi dopomóc do zamku, dam na wódkę!

Chłop głową kiwnął na znak zgody i poszedł za nim. Pomoc w istocie była potrzebna: bo gdy do pierwszych drzwi przyszli i otwierać je dobrawszy klucz począł Nikita — zamka zardzewiałego zmóc o własnej sile nie mógł. Klucz był ogromny, a żelaza zaklęsłe i przyrosłe do zamka. Nierychło, siląc się i kręcąc, potrafili wreszcie nim rygle podźwignąć. Drzwi były otwarte już, a dwojga ramion nie zanadto znowu, aby je popchnąć.

— Nikt tu widać nie chodził? — zapytał Nikita.

— Po co? — odparł Parfen. — Tu diabli nocą wyprawują wesele.

Gdy się stare, dębowe drzwi rozwarły, można było w istocie sądzić, że tam we wnętrzu nieczysta poruszyła się siła. Nietoperze i sowy, mieszkające od dawna w sieniach, zatrzepotały sk-zydłami; parobek odskoczył żegnając się. Wstrzymał się i Nikita, ale do nóg mu potoczył się nietoperz i poznał przyczynę tego ruchu, a śmiejąc się wszedł do środka. Rozglądnąwszy się bacznie parobek nieśmiało za nim kroczył.

Sień była kamieniem wyłożona; w lewo z niej izba duża, sklepiona, z kominem ogromnym, pusta... złamanej ławy kawał leżał w kącie. Kraciaste dwa okna oświecały ją słabo. Na prawo drzwi odmykać musieli. I tu mniejszą znaleźli sklepioną izbę, ale pełną łomu, który leżąc długo zbutwiał, poroz-sypywał się i pyłem porósł grubo. Resztki kul, żelastwa, dzid, siekier pomieszane były z rozsypaną klepką, połamanymi stoły i tarczanami.

Powietrzem wilgotnym i zatęchłym ledwie odetchnąć było można.

W głębi sieni wąskie schody kamienne prowadziły na górę. Tu drzwi, kute staranniej, lepszego się mieszkania kazały spodziewać. Gdy odemknęli, Nikita postrzegł znowu salę sklepioną, z kominem i piecem na wysokich nogach, z oknami w błonach, głęboko w mur wpuszczonymi. Podłoga była drewniana, popróchniała. W pośrodku stół na nogach krzyżowych, kilka krzeseł skórą obitych. W sieniach półki i szafki jeszcze się utrzymały i u drzwi kropielnica a nad nią Chrystus na krzyżu. Po kilku wschodkach wchodziło się stąd do mniejszej izdebki, gdzie łóżko upadłe na ziemię i odarte stało. Kije od kotary malowane sterczały, dziwnie się powychylawszy. Stoliczek, szafa pusta, zydel... nic więcej. I znowu dwa wschodki w dół, izba wąska, cegłą wyłożona, pusta... W niej okna wiatr powybijał i powietrze przechodziło. Na prawo wąskie drzwiczki wiodły do małej kaplicy. Poznać ją było można po drewnianym ołtarzu nagim i dwóch pustych lichtarzach. Nad nim obraz z ram się wywiesił na poły. Po bokach szafeczki małe, kilka zbutwiałych ksiąg kościelnych. Z kapliczki wąskie drzwi wiodły w korytarz, w którym znowu wschody były niewygód-ne do drugiego piętra, opuszczonego, z powybijanymi oknami. Stał tu tylko kufer próżny, a w nim podarte papierów odwiecznych szmaty.

Nikita obszedłszy wszystko zadumał się. Byle ściany a dach, wszędzie można znośne znaleźć schronienie. Do wielkich wygód nikt naówczas nie rościł prawa. Ale smutno było na starej wieżycy... wiało pustkowiem i śmiercią. Okna, zabrukane, wąskie, mało przepuszczały światła; sklepienia niskie ciążyły nad głowami. Kamienne to było więzienie. Do dworów drewnianych przywykłemu, zamek się wydawał straszny. Nic nie mówiąc, drzwi tylko zostawiając otworem wszędzie, Nikita z parobkiem, towarzyszącym mu wiernie, spuścił się na powrót do sieni. Tu rozglądając się po ciemnych kątach znalazł pod wschodami drzwi, ale do tych klucza nie było. Na próżno próbowali wszystkich, żaden nie wchodził. Wzięli się więc oba silnymi ramionami i skoble wysadzili. O mało nie popadali, gdy się ruszyły drzwi, a pod nimi pokazały wschody w dół.

Nikita posłał parobka po światło, ale może rad był się go pozbyć, bo zaledwie odszedł, znalazł podróżnego kawał stoczka przy sobie, miał krzesiwo i knot nasiarkowany, zapalił więc łatwo i puścił się wilgotnymi stopniami w głąb. Lochy stały otworem, od kortyny tylko małymi okienkami gdzieniegdzie oświecone; potłuczone butelki i różne okruchy walały się po kątach. W jednym z nich mało znaczna klapa dębowa, którą za ucho do góry podniósł, okrywała wschody znowu, lecz głębiej już się Nikicie iść nie chciało; zakrył otwór i obchodził inne lochy, gdy z góry głos parobka posłyszał. Parfen sam w te głębiny iść się nie ważył. Wrócił do niego dworak i wydobyli sio nareszcie na światło i powietrze dzienne.

Nikita pierwsze drzwi zaryglował, Parfenowi tynfa dał, za co parobek mu się do nóg pokłonił — i pociągnął, klucze schowawszy, do pierwszego dworu, gdzie wczoraj juki zostawił. Obszerna ta budowla zdawała mu się dla Miecznikowej dogodniejsza, lecz wyraźny miał rozkaz, choćby niewygodne, w starej wieży przygotować mieszkanie.

Ledwie się dumając do juk wziął swoich, gdy drzwi otwarto i młode, czternastoletnie dziewczątko weszło niosąc mu śniadanie. Bosonoga służka, w szarej koszuli, z wyblakłym włosem w kosy splecionym i nad czołem owiniętym, miała smętny uśmieszek na ustach. Widać w niej było stworzenie, którym się wszyscy posługiwali. Młodość nie doszedłszy do niej ucie-kia. Cerę miała zwiędłą, oczy zapadłe, wychudłe ramiona, chude ręce a zapracowane dłonie. Niosąc miskę, chleb i flaszkę patrzała w oczy nieznajomemu jakby wylękła i zdziwiona.

Postawiła śniadanie na małym stoliczku, przysunęła ławkę, obejrzała się wokoło, rączkami chwyciła za koniec fartuszka i odsunąwszy się ku drzwiom ze spuszczonymi oczyma czekała.