Gwiazda pustyni - Michael Connelly - ebook + książka

Gwiazda pustyni ebook

Michael Connelly

0,0
46,00 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Detektyw Renée Ballard i Harry Bosch próbują rozwiązać niezamknięte sprawy sprzed lat Minął rok, od kiedy Renée Ballard odeszła z policji z powodu mizoginii, korupcji i niekończącej się biurokracji. Lecz kiedy sam komendant proponuje jej, by wybrała dowolny przydział w strukturach policji Los Angeles, Renée wraca na służbę. Stawia przed sobą ambitne zadanie: odbudować Zespół do spraw Niewykrytych Zabójstw. Harry Bosch od lat stara się rozwiązać dręczącą go sprawę: morderstwo całej rodziny dokonane przez pozostającego na wolności psychopatę. Ballard składa Boschowi propozycję, by dołączył do jej jednostki jako wolontariusz, dzięki czemu będzie mógł poświęcić się śledztwu przy wsparciu policji. Dla Renée najważniejsza jest sprawa gwałtu i morderstwa szesnastolatki, siostry wpływowego radnego. Gdy w dochodzeniu następuje przełom, władze miasta wywierają na śledczych ogromną presję. Bosch i Ballard muszą odłożyć na bok dawne urazy i obecne napięcia, by schwytać nie jednego, ale dwóch pozostających na wolności zabójców.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 369

Rok wydania: 2026

Data ważności licencji: 11/10/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Desert Star

Copyright © 2022 by Hieronymus, Inc.

This edition published by arrangement with Little, Brown and Company,

an imprint of Hachette Book Group, New York, New York, USA.

All rights reserved.

Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2026 for the Polish translation by Mikołaj Kluza

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie autora: © Mark DeLong Photography

Redakcja: Marta Chmarzyńska

Korekta: Joanna Habiera, Aneta Drdzeń, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-68544-06-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, e-mail: [email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2026

CZĘŚĆ PIERWSZABIBLIOTEKA ZAGINIONYCH DUSZ

1

Bosch miał już tabletki ułożone w rządku na blacie. Nalewał wodę do szklanki, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. Siedział przy stole i zastanawiał się, czy tego nie zignorować. Córka miała klucz, więc nie musiała dzwonić, a nikogo innego się nie spodziewał. To na pewno prawnik albo sąsiad, a tych drugich już w ogóle nie znał. Sąsiedztwo zmieniało się co kilka lat, a po ponad trzech dekadach dał sobie spokój z witaniem i poznawaniem nowych mieszkańców. Podobała mu się rola marudnego emerytowanego gliniarza, do którego nikt nie miał ochoty się zbliżać.

Dzwonek odezwał się jednak ponownie, towarzyszył mu również głos wołający go po imieniu. Znał ten głos.

– Harry, wiem, że tam jesteś. Twoje auto stoi przed domem.

Otworzył szufladę pod blatem – znajdowały się w niej plastikowe przybory kuchenne, serwetki i jednorazowe pałeczki dodawane do zamawianego azjatyckiego jedzenia. Zgarnął wszystkie tabletki do szuflady i zamknął ją szybkim ruchem, po czym wstał i ruszył do drzwi.

Renée Ballard stała w progu. Bosch nie widział jej od niemal roku. Wyglądała na szczuplejszą, niż pamiętał. Jej marynarkę wyraźnie wypychał kształt pistoletu przypiętego do biodra.

– Cześć, Harry – powiedziała.

– Obcięłaś włosy.

– Tak, jakiś czas temu.

– Co tutaj robisz, Renée?

Zmarszczyła brwi, jakby spodziewała się cieplejszego powitania. Bosch nie miał pojęcia, na co liczyła, biorąc pod uwagę, jak potoczyły się sprawy w ubiegłym roku.

– Finbar – odparła.

– Co?

– Wiesz co. Finbar McShane.

– Co z nim?

– Nadal jest na wolności. Chcesz ze mną pracować czy będziesz się tu kisił ze swoją wściekłością?

– O czym ty mówisz?

– Jeśli mnie wpuścisz, to ci wyjaśnię.

Zawahał się, ale po chwili zrobił krok w tył i niechętnie dał jej znak ręką, by weszła.

Ballard wkroczyła do środka i zatrzymała się przy stole.

– Żadnej muzyki? – spytała.

– Nie dzisiaj. Więc co z tym McShane’em?

Pokiwała głową na znak, że już przechodzi do sedna.

– Dowodzę Zespołem do spraw Niewykrytych Zabójstw.

– Z tego, co słyszałem, zespół zamknięto. Rozwiązali go, bo ważniejsze było zwiększenie liczby patroli.

– To prawda, ale sytuacja się zmieniła. Wydział jest pod presją, by pozamykać stare sprawy. Wiesz, kim jest Jake Pearlman, prawda?

– Radnym miejskim.

– W zasadzie to twój radny. Jego siostrę zamordowano przed laty i nigdy nie wykryto sprawcy. Kiedy został wybrany, odkrył, że po cichu zlikwidowali zespół i nikt nie zajmuje się nierozwiązanymi sprawami.

– No i?

– Usłyszałam o tym i poszłam do kapitana z propozycją: przejdę z WRZ i na nowo otworzę Zespół do spraw Niewykrytych Zabójstw.

– Sama?

– Nie. Dlatego tutaj jestem. Dziesiąte piętro dało zielone światło: jeden oficer, czyli ja, a reszta to rezerwiści, ochotnicy i pracownicy kontraktowi. To nie był mój pomysł. Inne departamenty stosują taki model od kilku lat i się sprawdza. Szczerze mówiąc, twoja robota w San Fernando podsunęła mi ten plan.

– I chcesz mnie w tym… zespole, czy jakkolwiek to nazywasz. Nie mogę być rezerwistą. Nie przeszedłbym testów sprawnościowych. Przebiec półtora kilometra w mniej niż dziesięć minut? Bez szans.

– Dobra, więc zostaniesz ochotnikiem albo podpiszemy umowę. Wyciągnęłam akta sprawy Gallagherów. Sześć segregatorów do czterech morderstw – z pewnością więcej, niż zabrałeś ze sobą. Mógłbyś oficjalniewrócić do sprawy McShane’a.

Bosch zastanawiał się nad tym przez chwilę. W dwa tysiące trzynastym McShane zamordował rodzinę Gallagherów i pochował ich na pustyni. Harry’emu nigdy nie udało się tego udowodnić, a potem przeszedł na emeryturę. Nie rozwiązał wszystkich spraw przydzielonych w ciągu niemal trzydziestu lat służby. Żaden detektyw z wydziału zabójstw tego nie dokonał. Ale tutaj chodziło o całą rodzinę. Tej jednej sprawy najbardziej nie chciał zostawiać otwartej.

– Dobrze wiesz, że nie rozstałem się z nimi w zgodzie – powiedział w końcu. – Odszedłem, zanim zdążyli mnie wywalić. A potem ich pozwałem. W życiu nie pozwolą mi wejść na komendę.

– Jeśli tylko chcesz, to masz tę robotę. Załatwiłam to przed przyjściem tutaj. Teraz jest inny kapitan i inni ludzie. Szczerze mówiąc, niewielu cię kojarzy. Nie ma cię od ilu, pięciu lat? Sześciu? To zupełnie inny wydział.

– Na dziesiątym piętrze na pewno mnie pamiętają.

Na dziesiątym piętrze Budynku Administracji Policji mieściły się biura komendanta i większości kadry dowódczej.

– No to się zdziwisz, ale już nie pracujemy w BAP – odparła Ballard. – Siedzimy w Westchester w nowym archiwum. Znacznie mniej polityki i wścibskich spojrzeń.

To go zaintrygowało.

– Sześć segregatorów – dumał na głos.

– Stoją równiutko na pustym biurku, razem z plakietką z twoim nazwiskiem.

Odchodząc na emeryturę, zabrał ze sobą kopie mnóstwa dokumentów. Chronologię wydarzeń i wszystkie raporty, które uznał za istotne. Od tamtej pory bezustannie pracował nad tą sprawą, ale musiał przyznać, że nic nie wskórał, a Finbar McShane nadal przebywał na wolności i cieszył się życiem. Bosch nie znalazł żadnych dowodów, ale był pewny, że to on. On zamordował tę rodzinę. Oferta Ballard naprawdę go kusiła.

– Czyli pracuję z tobą i zajmuję się sprawą Gallagherów? – spytał.

– Tak, zajmujesz się tą sprawą. Ale innymi też.

– Zawsze jest jakiś haczyk.

– Muszę wykazywać wyniki. Udowodnić, że rozwiązanie tej jednostki było błędem. Sprawa Gallagherów to masa roboty: sześć segregatorów do przejrzenia, żadnych śladów DNA ani odcisków palców. Trzeba się do tego zabrać w starym stylu, bez wsparcia techniki, i mnie to nie przeszkadza, ale musimy rozwiązać parę innych, by usprawiedliwić istnienie zespołu. Czy to dla ciebie problem?

Nie odpowiedział od razu. Doskonale pamiętał, jak Ballard załatwiła go rok wcześniej. Odeszła ze służby, bo miała dosyć polityki, biurokracji, mizoginii – tego wszystkiego. Dogadali się, że będą pracować razem na własny rachunek. A potem nagle powiedziała, że z ich planu nici, bo komendant skusił ją obietnicą możliwości wyboru jednostki. Zdecydowała się na Wydział Rozbojów i Zabójstw w centrum, a ich spółkę szlag trafił.

– Wiesz, zacząłem się rozglądać za biurami – odparł w końcu. – W budynku za Hollywood Athletic Club jest fajne, dwupokojowe.

– Słuchaj, Harry. Przeprosiłam już za to, jak to załatwiłam. Ale ty też jesteś częściowo winny.

– Ja? Gówno prawda.

– To ty mi powiedziałeś, że mam większą szansę coś zmienić od wewnątrz, a nie od zewnątrz. I dokładnie to postanowiłam zrobić. Zatem jeśli chcesz, możesz wszystko zwalić na mnie, ale tak naprawdę postąpiłam zgodnie z twoją radą.

Bosch pokręcił głową. Nie pamiętał, żeby coś takiego mówił, ale zgadzał się z tym stwierdzeniem. Tak właśnie radził córce, kiedy na fali protestów i nienawiści wymierzonych w policję zastanawiała się nad wstąpieniem w jej szeregi.

– Dobra, w porządku. Wchodzę w to. Dostanę odznakę?

– Ani odznaki, ani spluwy. Ale dostaniesz biurko i sześć segregatorów. Kiedy możesz zacząć?

Harry pomyślał o tabletkach, które chwilę wcześniej równiutko ułożył na stole.

– Kiedy tylko chcesz – odparł.

– Świetnie. Widzimy się w poniedziałek. W recepcji będzie na ciebie czekała przepustka, potem wyrobimy identyfikator. Zrobią ci zdjęcie i pobiorą odciski palców.

– Dostanę biurko przy oknie?

Mówiąc to, Bosch się uśmiechnął. Ballard nie odwzajemniła uśmiechu.

– Nie przeginaj – mruknęła.

2

Ballard siedziała przy biurku i pisała projekt budżetu na badania DNA, kiedy zadzwonił jej telefon. Spojrzała na wyświetlacz: recepcja.

– Jest tutaj jakiś facet, podobno miała na niego czekać przepustka. Heron… Her… nie dam rady. Na nazwisko ma Bosch.

– Przepraszam, zapomniałam to załatwić. Daj mu przepustkę dla gości. Będzie tutaj pracował, więc później wyrobimy mu identyfikator. Ma na imię Hieronim. Rymuje się z anonim.

– Dobra, wpuszczam go.

Renée odłożyła słuchawkę i ruszyła w stronę wejścia do archiwum. Wiedziała, że Bosch będzie rozdrażniony recepcyjną biurokracją. Gdy otworzyła drzwi, stał dwa metry dalej i wpatrywał się w ścianę. Uśmiechnęła się.

– Co o tym myślisz? – zapytała. – Kazałam im to namalować.

Odsunęła się i sama spojrzała na napis:

Zespół do spraw Niewykrytych Zabójstw

Każdy się liczy albo nikt się nie liczy.

Bosch pokręcił głową. Każdy się liczy albo nikt się nie liczy odzwierciedlało jego filozofię, którą kierował się zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. To nie byle slogan, a już na pewno nie taki, który chciałby zobaczyć namalowany na ścianie. To coś, co należy czuć i rozumieć. Nie coś, co trzeba reklamować albo czego można nauczyć.

– Daj spokój, potrzebne nam porządne motto. Hasło. Chcę zaszczepić ducha wspólnoty w tej jednostce. Będziemy wymiatać – powiedziała.

Nie skomentował jej słów.

– Chodź do środka, znajdziemy ci miejsce – zaproponowała.

Poprowadziła go wzdłuż rzędu regałów, na których stały akta posegregowane według dat i numerów spraw. Skręcili w lewo i doszli do oficjalnej części roboczej nowo powstałego zespołu. Znajdowało się tam siedem biurek oddzielonych ściankami działowymi, ustawionych w dwóch rzędach po trzy i ostatnie na końcu.

Dwa były teraz zajęte, głowy śledczych ledwie wystawały nad ściankami. Ballard zatrzymała się przy ostatnim biurku.

– Tutaj jest moje miejsce, a dla ciebie przygotowałam to – powiedziała, wskazując na blat sąsiadujący z jej.

Harry podszedł do swojego krzesła, a ona oparła łokcie na szczycie ścianki działowej i spojrzała na jego biurko. Ułożyła już na nim akta w dwie kupki: większą i mniejszą.

– Ta duża to sprawa Gallagherów – oznajmiła. – Zapewne rozpoznałeś akta.

– A ta?

Bosch otworzył segregator z mniejszego stosu.

– To jest haczyk. Sprawa Sarah Pearlman. Zacznij od niej – wyjaśniła Renée.

– Siostra radnego. Ty się nią jeszcze nie zajęłaś?

– Owszem, zajęłam i moim zdaniem nic tu nie wskóramy. Ale złe wieści przekażę mu, dopiero gdy poznam twoją opinię.

Harry skinął głową.

– W porządku, zobaczę, co da się zrobić.

– Zanim rzucisz się w wir pracy, pozwól, że przedstawię ci Lilię i Thomasa.

Ballard podeszła do końca rzędu, gdzie przy biurkach siedziało dwoje pięćdziesięcioparolatków – mężczyzna i kobieta. Położyła Thomasowi dłoń na ramieniu, gdy go przedstawiała. Oboje sprawiali wrażenie profesjonalistów. Mężczyzna nosił ciasno zawiązany krawat, marynarkę garnituru powiesił na oparciu fotela. Miał ciemne włosy i wąsy, nosił okulary do czytania. Kobieta miała ciemne włosy i ciemną karnację. Ubierała się w takim samym stylu jak Ballard: damski garnitur i biała koszula. W klapie marynarki nosiła przypinkę z amerykańską flagą. Bosch zastanawiał się, czy dzięki temu unikała pytań o narodowość.

– To jest Thomas Laffont, dołączył do nas w zeszłym tygodniu – oznajmiła Renée. – Jest emerytowanym agentem FBI, pracuje razem z Lilią Aghzafi, która przepracowała dwadzieścia lat w Vegas Metro, zanim zapragnęła zobaczyć ocean i spędzić emeryturę na wybrzeżu. Wyszukują nam kandydatów do genealogicznych badań genetycznych, co jak być może wiesz, jest ostatnim krzykiem mody w środowisku zajmującym się niewyjaśnionymi sprawami.

Bosch skinął im głową. Wymienili uściski dłoni.

– A to jest Harry Bosch – ciągnęła Ballard. – Emerytowany policjant. Sam nie będzie się chwalił, więc go wyręczę: jest jednym z założycieli poprzedniego Zespołu do spraw Niewykrytych Zabójstw i może się poszczycić najdłuższym stażem w wydziale zabójstw spośród wszystkich gliniarzy.

Po oficjalnej prezentacji obserwowała jego niezręczne próby prowadzenia luźnej pogawędki z nowymi współpracownikami. Nie potrafił ukrywać swojej wieloletniej niechęci do FBI. W końcu postanowiła go ratować i odprowadzić do jego biurka. Powiedziała Thomasowi i Lilii, że musi ustalić jeszcze kilka rzeczy ze „świeżakiem”.

Gdy wrócili do siebie, Ballard ponownie stanęła oparta o ściankę działową.

– Wow – rzuciła. – Widzę, że pozbyłeś się tego porno wąsa. Zrobiłeś to po naszej rozmowie?

Miała pewność, że tak, inaczej od razu by to zauważyła. Harry zaczerwienił się i błyskawicznie zerknął, czy pozostali usłyszeli ten komentarz. Potem przesunął palcami po górnej wardze, upewniając się, że wąs zniknął.

– Robił się biały.

Nie zaoferował żadnego więcej wyjaśnienia. Ballard jednak wiedziała, że jego wąsy musiały siwieć na długo przed tym, jak go poznała.

– Maddie na pewno się z tego cieszy – ciągnęła.

– Jeszcze nic o tym nie wie.

– A w ogóle co u niej słychać?

– Wszystko w porządku. Dużo pracuje.

– Podobno świeżo po ukończeniu Akademii przydzielili ją do Hollywood? Szczęściara.

– Ta, jest na dziennej zmianie. Ta cała genealogia, jak to działa?

Było jasne, że nie ma ochoty na osobiste pytania i rozpaczliwie próbuje zmienić temat.

– Nie musisz się tym przejmować – odparła Renée. – To dobre i skuteczne narzędzie, ale jak wszystko związane z nauką jest również drogie. Dlatego też starannie muszę wybierać cele. Dostaliśmy grant od Fundacji Ahmansona, która zresztą podarowała nam budynek, ale pełne badanie genetyczne kosztuje około osiemnastu tysięcy dolarów, jeśli wykonamy je na zewnątrz. Tom i Lilia zajmują się typowaniem spraw razem z jeszcze jednym śledczym, którego pewnie poznasz jutro. Mamy carte blanche na zwykłe badania DNA, ponieważ robimy je wewnętrznie. Ustawiamy się po prostu w kolejce i czekamy. Komendant sprezentował mi również specjalną kartę „idź na początek kolejki”, z której mogę skorzystać raz w miesiącu. Przydzielił także laboranta zajmującego się naszymi sprawami.

– Miło z jego strony.

– Ta, ale wróćmy do meritum. Od rezerwistów i ochotników wymagam obecności w pracy przynajmniej jeden dzień, ale większość i tak jest częściej. Staram się ich rozdzielać, aby od poniedziałku do czwartku była chociaż jedna osoba. Ja przychodzę codziennie. Tom i Lilia są w poniedziałki, Paul Masser i Colleen Hatteras we wtorki, Lou Rawls w środy, a ty… Zakładałabym czwartki, ale jak cię znam, to i tak będziesz tu spędzał znacznie więcej czasu. Podobnie jak reszta, jeśli mam być szczera.

– Lou Rawls1… serio?

– Nie. Nawet nie jest czarny. Naprawdę nazywa się Ted Rawls, ale po kilku latach w policji musiał się doczekać najbardziej oczywistej ksywki. Niektórzy nadal mówią do niego Lou i chyba nawet to lubi.

Bosch pokiwał głową.

Ballard nachyliła się i ściszyła głos:

– Powinieneś jednak wiedzieć, że to nie ja wybrałam Rawlsa.

Harry przysunął się na krześle, aby lepiej ją słyszeć.

– Co masz na myśli? – spytał niemal szeptem.

– Jest więcej chętnych niż miejsc w naszym zespole. Komendant dał mi zielone światło w kwestii wyboru kandydatów i chętnie z tego korzystam. Jednak Lou Rawls został tu umieszczony przez Pearlmana.

– Radnego?

– On i szef jego sztabu są bardzo zaborczy. Chodzi zarówno o jego siostrę, jak i o politykę. Jego ambicje sięgają znacznie dalej niż rada miasta, a sukces tego zespołu może mu pomóc je spełnić. Dlatego wpakował tu Rawlsa i muszę się z tym pogodzić.

– Nigdy o nim nie słyszałem, a z taką ksywką to raczej niemożliwe. Nie jest zatem z Los Angeles, prawda?

– Nie, pracował w Santa Monica, ale to było piętnaście lat temu, więc niewiele z niego pożytku. Trzeba go trzymać za rączkę, a na domiar złego szepcze o wszystkim na ucho Pearlmanowi i Hastingsowi.

– Hastingsowi?

– Nelson Hastings jest szefem sztabu naszego radnego. Ci trzej to chyba najlepsi kumple. Rawls odszedł z policji Santa Monica po dziesięciu latach służby i rozkręcił własny interes. Dla niego to dodatkowa fucha.

– Jaki interes? Jest prywatnym detektywem?

– Nie, chodzi o prawdziwe interesy. Ma kilka punktów kurierskich. Jak UPS, Fedex Box i tym podobne. Są rozsiane po całym mieście i najwyraźniej nieźle na nich zarabia. Jeździ drogim autem i ma dom w Santa Monica w okolicy kampusu. Zakładam, że należy do głównych sponsorów kampanii Pearlmana.

Harry znowu pokiwał głową. Doskonale to rozumiał: coś za coś.

Ballard zorientowała się, że pozostali zauważyli ich szeptaninę, więc usiadła wyprostowana na swoim krześle, by dalej patrzeć w oczy Boschowi, i normalnym już tonem ciągnęła:

– Jutro poznasz Paula i Colleen, to solidna dwójka. Masser jest emerytowanym zastępcą prokuratora okręgowego, zajmował się najcięższymi przestępstwami, więc jego pomoc jest nieoceniona przy nakazach, prawnych zagwozdkach oraz opracowywaniu strategii. Znacznie łatwiej się tak pracuje, zamiast co chwilę wydzwaniać do prokuratury z pytaniami.

– Chyba go kojarzę. A Hatteras?

– Nie pracowała wcześniej w wymiarze sprawiedliwości. To nasza genealożka i, jak to mówią, „domorosły detektyw”.

– Amatorka? Poważnie?

– Poważnie. Jest świetna w znajdywaniu informacji w Internecie, a to podstawa w genealogii. Wiesz co to jest GGS, prawda?

– Eee…

– Genetyczna genealogia sądowa. Wrzucasz DNA podejrzanego do GEDmatch, która ma dostęp do wielu różnych baz danych, potem siadasz i czekasz na wynik. Musiałeś o tym słyszeć. Było bardzo często wykorzystywane podczas badania niewyjaśnionych spraw, dopóki nie przyczepili się do ochrony danych osobowych. Teraz jest znacznie bardziej ograniczone, ale i tak warto wyszukiwać.

– Tak dorwali Golden State Killera2, co nie?

– Zgadza się. Wrzucasz DNA i jak masz fart, wyskoczy ci jakiś krewny. Kuzyn z czwartej linii albo zaginiony brat, o którym nikt nie wiedział. Wtedy zaczyna się inżynieria społeczna. Nawiązujesz kontakt w sieci i tworzysz drzewo genealogiczne z nadzieją, że jedna z gałęzi doprowadzi cię do osoby, której poszukujesz.

– I w twoim zespole zajmuje się tym cywil.

– Ona jest ekspertką. Daj jej szansę. Lubię ją i moim zdaniem zrobi dla nas wiele dobrego.

Doskonale widziała sceptycyzm w jego spojrzeniu, mimo że odwrócił wzrok.

– Co? – spytała.

– Tworzymy tu jakieś podcasty czy będziemy rozwiązywać sprawy?

Ballard pokręciła głową. Wiedziała, że będzie się w ten sposób zachowywał.

– Nie musisz z nią pracować, ale idę o zakład, że w końcu zmienisz zdanie. Jestem tego pewna. W porządku?

– W porządku. Nie zamierzam robić problemów. Cieszę się, że tutaj jestem. Ty tu rządzisz, a ja z przełożonymi nie dyskutuję.

– Ta, jasne. Takich bajek to już dawno nie słyszałam.

Bosch się rozejrzał.

– Czyli jestem ostatnim członkiem zespołu.

– Ale pierwszym, którego chciałam zrekrutować. Musiałam wszystko dopiąć, zanim się do ciebie wybrałam.

– I musiałaś się upewnić, że góra nie ma nic przeciwko.

– To też.

Były detektyw pokiwał głową.

– Gdzie tutaj można zdobyć kubek kawy? – zapytał.

– Mamy kuchnię z ekspresem i lodówką. Idź przez…

– Ja go zaprowadzę – wszedł jej w słowo Laffont. – Sam potrzebuję zastrzyku energii.

– Dzięki, Tom – powiedziała Ballard.

Laffont wstał i spytał, czy komuś jeszcze przynieść kawy. Ballard i Aghzafi odmówiły, więc razem z Boschem ruszyli do kuchni.

Przełożona patrzyła na nich i modliła się w duchu, by pierwszego dnia pracy Harry nie wszczął awantury z byłym agentem FBI.

3

Bosch przywykł do tego, że w zaciszu własnego domu samotnie przegląda akta nierozwiązanych spraw i próbuje znaleźć szczegóły, które wszystkim innym umknęły. Teraz musiał przyzwyczaić się do pracy w zespole i na nowo opanować sztukę wyłączania się na otaczające go hałasy, aby skupić się na swojej robocie.

Po drugiej stronie bezużytecznej ścianki działowej Ballard rozmawiała przez telefon i ogarniała polityczne aspekty ich pracy. W tym czasie on otworzył pierwszy z trzech segregatorów składających się na – jak dotąd bezowocne – śledztwo w sprawie Sarah Pearlman.

Najpierw wyszukał spis treści. Wszystkie zdjęcia wykonane przez techników trafiły do trzeciego segregatora. Zamierzał zacząć właśnie od nich. Nie wyprzedzać faktów, nie czytać szczegółów sprawy, tylko zobaczyć dokładnie to, co śledczy zobaczyli rankiem jedenastego czerwca tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego roku, kiedy okaleczone ciało Sarah znaleziono w jej własnym łóżku w rodzinnym domu przy Maravilla Drive.

Trzeci segregator zawierał kilka plastikowych koszulek, w każdej z nich znajdowały się po dwie kolorowe fotografie. Zdjęcia zrobiono standardowo w bardzo ostrym oświetleniu, przez co krew przybrała niemal czarny kolor, biała skóra stała się alabastrowa, a ciało zostało całkowicie odarte z człowieczeństwa. Sarah Pearlman miała zaledwie szesnaście lat, gdy gwałciciel brutalnie zakończył jej życie: dusił ją i wielokrotnie ranił nożem. Pierwsza fotografia przedstawiała jej ciało leżące na łóżku, flanelowa koszula nocna została podciągnięta wysoko, odsłaniając jej tors i zakrywając twarz. Bosch początkowo założył, że napastnik naciągnął materiał na twarz ofiary, aby ta nie mogła mu się przyjrzeć i później go rozpoznać, ale po obejrzeniu kilku kolejnych zdjęć wyciągnął inny wniosek. Sprawca zrobił to po gwałcie i zamordowaniu dziewczyny, a motywowało go poczucie winy. Nie chciał więcej na nią patrzeć.

Na klatce piersiowej i szyi ziały liczne rany cięte. Krew przemoczyła pościel oraz kołdrę i zakrzepła wokół zwłok. Wyraźne siniaki wskazywały również na podduszanie. Jeśli policzyć łącznie lata przepracowane w policji oraz w wojsku, Harry oglądał nienaturalne zgony już ponad pół wieku. Stwierdzenie, że przywykł do barbarzyństwa ludzi albo okrucieństwa, do jakiego są zdolni wobec siebie nawzajem, byłoby kłamstwem, niemniej dawno temu przestał myśleć o tych aktach przemocy jako o dewiacjach. Stracił już prawie całkowicie wiarę w ludzką dobroć. Dla niego przemoc nie stanowiła odstępstwa od normy. Ona była normą.

Wiedział, że patrzy na świat z pesymizmem, jednak pięćdziesiąt lat nurzania się we krwi pozbawiło go niemal całej nadziei. Mroczny silnik morderstw nigdy nie zostanie bez paliwa. Nie za jego życia. Nie za czyjegokolwiek życia.

Dalej przeglądał zdjęcia, aby zapisały się dokładnie w jego pamięci. To była jego metoda. Tak napędzał wściekłość, nawiązywał więź z ofiarą. To rozpali żar, którego potrzebował.

Po fotografiach z miejsca zbrodni nadeszły te zrobione przez techników: wyodrębnione dowody lub potencjalne dowody, plamy krwi na ścianie nad zagłówkiem łóżka i na suficie nad ofiarą, podarte majtki na podłodze, aparat ortodontyczny zaplątany w zwojach kołdry. Obejrzał zdjęcia odcisków palców, które zebrano w sypialni. Wiedział, że zapewne należą do zamordowanej dziewczyny, ponieważ to był jej pokój. Notatki naniesione przez śledczych potwierdziły jego założenia. Nagle zobaczył fotkę czegoś, co wyglądało na odcisk dolnej połowy dłoni z adnotacją NZN. Nieznany. Znaleziono go na parapecie, a ułożenie wskazywało na to, że ślad zostawił ktoś, kto wspiął się przez okno.

W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym czwartym roku częściowy odcisk dłoni był bezużyteczny, o ile nie porównało się go bezpośrednio z odciskiem pobranym od aresztowanego. Bosch już wtedy pracował w wydziale zabójstw i wiedział, że wówczas nie było żadnych baz danych z odciskami dłoni. Nawet teraz, blisko trzydzieści lat później, istniało ich bardzo mało.

Spojrzał ponad ścianką działową na Ballard. Właśnie skończyła rozmawiać przez telefon z lokalnym biznesmenem, znanym z budowy setek mieszkań w centrum miasta. Prosiła go o finansowe wsparcie dla nowo powstałego zespołu.

– Jak poszło? – zapytał.

– Dowiemy się – odparła. – Może wydusi z siebie czek. Policyjna Fundacja przekazała mi listę poprzednich darczyńców. Staram się dzwonić codziennie do dwóch lub trzech.

– Wiedziałaś, że będziesz się tym zajmować, kiedy przyjmowałaś tę robotę?

– Nie. Ale mi to nie przeszkadza. Nawet lubię grać na ich poczuciu winy, żeby wydusić z nich kasę. Zdziwiłbyś się, ilu ludzi zna ofiary nigdy nierozwiązanych spraw.

– Raczej bym się nie zdziwił.

– No, może i racja. Jak tam sprawa Pearlman?

– Oglądam zdjęcia.

– Wiedziałam, że od tego zaczniesz. Paskudna historia.

– Ta.

– Jakieś pierwsze wrażenia?

– Za wcześnie. Muszę je obejrzeć ponownie. Ale ten częściowy odcisk dłoni… Zapewne już go przepuściłaś przez bazy danych?

– Jasne, to zrobiłam jako pierwsze. Nic nie znalazłam.

Harry pokiwał głową. Nie zaskoczyła go ta informacja.

– A ViCAP?

– Nic, zero dopasowań.

ViCAP to program FBI, który łączył dane brutalnych zbrodni i seryjnych przestępców. Wszyscy wiedzieli, że nie był idealnym narzędziem. Wiele jednostek nie wymagało od śledczych wrzucania informacji o prowadzonych dochodzeniach do ViCAP, ponieważ proces był niezwykle czasochłonny.

– Sądząc po tych fotkach, trudno uwierzyć, że sprawca zrobił to tylko raz.

– Ja również tak uważam. Dzwoniłam do naszych odpowiedników od San Diego po San Francisco, ale nigdzie nie wypłynęła podobna sprawa. Nawet odezwałam się do twojego starego kumpla, Ricka Jacksona, który rozwiązuje niewyjaśnione sprawy w hrabstwie San Mateo. Rozpytywał w różnych miejscach, ale też niczego nie znalazł.

Jackson był emerytowanym detektywem wydziału zabójstw z Los Angeles za czasów Boscha.

– Co u niego słychać? – zapytał.

– Podobno rozwiązuje jedną sprawę za drugą. Mam nadzieję, że i nam będzie niebawem tak dobrze szło.

– Spokojna głowa.

– Dobra, słuchaj. W poniedziałki chodzę do BAP na spotkania z kapitanem. Składam mu raporty, omawiam budżet i tak dalej. Zapewne resztę dnia spędzę w centrum. Dasz sobie radę? Tom i Lilia mogą ci pomóc w razie czego.

– Spoko. Jakie są zasady odnośnie do zabierania materiałów do domu?

– Nie możesz nic wynosić. To trochę podważałoby sens trzymania akt nierozwiązanych spraw w jednym miejscu, nie uważasz?

– Dobra. A jest tutaj ksero?

– Nie kseruj akt. Nie chcę się potem użerać z kapitanem.

Harry skinął głową.

– Mówię serio – naciskała Ballard.

– Jasne, rozumiem.

– W porządku, w takim razie owocnych łowów. Będziesz jutro? Bez ciśnienia.

– Myślę, że tak.

– Dobrze, to do jutra.

– Do jutra.

Bosch patrzył, jak Renée wychodzi, potem zerknął na Laffonta i Aghzafi. Widział jedynie czubki ich głów nad ściankami. Wrócił do przeglądania wszystkich zdjęć z miejsca zbrodni, aby obrazy wżarły mu się w pamięć. Gdy skończył, sięgnął po pierwszy tom akt.

Śledztwo prowadzili Dexter Kilmartin i Philip Rossler. Harry znał te nazwiska, ale nie kojarzył samych ludzi. Pracowali w Wydziale Rozbojów i Zabójstw, który zajmował się najważniejszymi dochodzeniami w Los Angeles. Sprawdził chronologiczny zapis wydarzeń: detektywi z Hollywood przybyli na miejsce zdarzenia rankiem jedenastego czerwca, ale szybko przekazano sprawę WRZ, ponieważ założono, że gwałt na nieletniej w Hollywood Hills z całą pewnością przyciągnie uwagę mediów.

Bosch pracował wtedy w wydziale zabójstw w Hollywood, jednak on i jego partner Jerry Edgar nie mieli tamtego dnia dyżuru, dlatego to nie oni zostali wezwani. Pamiętał jednak mgliście, że ta sprawa błyskawicznie trafiła do WRZ. Nikt się nie spodziewał, że zainteresowanie mediów potrwa zaledwie jedną dobę. Kolejnej nocy w Brentwood odkryto zwłoki mężczyzny oraz byłej żony świetnego futbolisty (i nie tak świetnego aktora) O.J. Simpsona. Ten temat niczym czarna dziura pochłonął uwagę wszystkich gazet i telewizji, przez co tragedia, jaka spotkała rodzinę Pearlmanów, a także wszystko inne, co działo się w mieście, odeszło w zapomnienie. Morderstwa w Brentwood opisywano przez ponad rok, zatem dla Sarah Pearlman nie było już miejsca.

Kilmartin i Rossler o niej nie zapomnieli. Bosch przeanalizował ich zapiski i w jego ocenie detektywi zrobili wszystko, co do nich należało. Co najważniejsze, powstrzymali się przed dokonaniem założenia, że ofiara nie znała mordercy. Sprawca dostał się do pomieszczenia przez okno, co by na to wskazywało, jednak policjanci dokładnie sprawdzili przeszłość zamordowanej, przepytali wielu jej przyjaciół i członków rodziny. Sarah chodziła do prywatnej szkoły dla dziewcząt w Hancock Park. Trwała wówczas przerwa wakacyjna, więc szkoła była zamknięta, ale detektywi przez kilka dni ustalali miejsca pobytu koleżanek z klasy, przyjaciółek i nauczycieli, a następnie wszystkich dokładnie wypytali, aby dowiedzieć się jak najwięcej o życiu Sarah. Tydzień przed śmiercią podjęła wakacyjną pracę jako hostessa w restauracji Tommy Tang’s przy Melrose Avenue. Rok wcześniej też tam pracowała, więc część obsługi zdążyła ją poznać. Policjanci rozmawiali z każdym z pracowników, posunęli się nawet do weryfikowania paragonów z dnia morderstwa: namierzyli i sprawdzili kilku klientów, ale żaden nie wydał się im podejrzany.

Śledczy skupili się również na rodzicach ofiary. Ojciec Sarah był prawnikiem specjalizującym się w dużych transakcjach na rynku nieruchomości. Detektywi rozmawiali z jego kolegami z pracy, potencjalnymi niezadowolonymi klientami oraz uczestnikami trudniejszych negocjacji, ale tutaj także nie udało się wytypować żadnych podejrzanych.

Zweryfikowano też jej byłego chłopaka Bryana Richmonda. Byli parą krótko, zerwała z nim na cztery miesiące przed śmiercią. Poznali się na dorocznej imprezie, w której brała udział jej szkoła i szkoła dla chłopców, również w Hancock Park. Detektywi drobiazgowo go przesłuchali i sprawdzali, ale okazał się czysty. Pogodził się z rozstaniem i umawiał już z kimś innym.

W czasie morderstwa rodzice Sarah byli na wakacjach w Carmel, gdzie grali w golfa w okolicach Pebble Beach. Sarah była w domu razem z dwa lata starszym bratem Jakiem. W piątkowy wieczór pracowała w restauracji i wróciła około dwudziestej drugiej. Miała prawo jazdy i podczas nieobecności matki korzystała z jej samochodu. Jake Pearlman spędzał czas ze swoją dziewczyną i do domu wrócił po północy. Samochód matki stał zaparkowany w garażu, a drzwi do pokoju siostry były zamknięte. Nie zaglądał do środka, ponieważ światła były pogaszone i uznał, że Sarah śpi.

Następnego dnia ich matka zadzwoniła, żeby sprawdzić, czy wszystko u nich w porządku. Jake powiedział, że nie widział się jeszcze z siostrą. Dochodziła już jedenasta, więc matka poleciła mu, by poszedł do jej pokoju i ją obudził, aby mogły porozmawiać. Wówczas chłopak odkrył, że Sarah została brutalnie zamordowana w swoim łóżku, i dla całej rodziny rozpoczął się koszmar.

Bosch nie zrobił ani jednej notatki, czytając liczne streszczenia rozmów i przesłuchań. Śledztwo wyglądało na bardzo dokładnie i szczegółowo prowadzone. Nie dostrzegł żadnych przeoczeń ani tematów, które należałoby dodatkowo zgłębić. Gdy wcześniej pracował w Zespole do spraw Niewykrytych Zabójstw, nierzadko w jego ręce trafiała sprawa, która ewidentnie została kiepsko, a nawet zupełnie niedbale poprowadzona. Nie tym razem. Kilmartin i Rossler najwidoczniej wzięli sobie ją mocno do serca i sprawdzili wszystko, co dało się sprawdzić. W dodatku w tamtym czasie krewny ofiary nie był wpływowym politykiem – został nim dopiero wiele, wiele lat później.

Po dwóch godzinach otworzył drugi tom akt. Znalazł w nim podsumowania i uaktualnienia wykonane po miesiącu, potem trzech, sześciu, a następnie co rok przez kolejne pięć lat, aż dochodzenie zostało zawieszone. Nie wytypowano żadnego podejrzanego, nikt nie zwrócił uwagi śledczych, nie ustalono nawet, czy ofiara znała sprawcę.

Na końcu tomu znajdował się spis wszystkich zapytań, jakie kierowała rodzina ofiary i inne osoby na przestrzeni lat. Jej rodzice wykonali mnóstwo telefonów, prosząc o informacje o postępach śledztwa. Ostatni telefon miał miejsce siedem lat temu. Wówczas pytania zaczął kierować radny Jake Pearlman lub szef jego sztabu, Nelson Hastings. Detektyw przypuszczał, że rodzice Sarah zmarli, nie doczekawszy się sprawiedliwości.

Bosch wrócił potem do skrupulatnego przeglądania zdjęć, próbując wyszukać jakikolwiek przeoczony przez śledczych szczegół, trop lub potencjalny dowód. Dotarł do fotografii wykonanych przez techników oraz częściowego odcisku dłoni. Wpatrywał się w niego, gdy kątem oka dostrzegł jakiś ruch. Podniósł wzrok i zobaczył stojącego obok Toma Laffonta.

– W porządku? – zapytał tamten.

– Tak, zapoznaję się ze sprawą – odparł Harry.

Czuł się trochę niezręcznie, gdy były agent FBI mu się przyglądał.

– Wrzuciła ci gruby temat, nie?

– Co masz na myśli? – zdziwił się Bosch.

– Siostra radnego. Mam wrażenie, że nie popracujemy tutaj długo, jeśli nie rozwiążemy tej sprawy.

– Tak myślisz?

– Ballard spędza mnóstwo czasu, gadając z nim przez telefon. No wiesz, opowiada mu szczegółowo o wszystkim, czym się zajmujemy. Rozmowa zawsze w końcu schodzi na temat morderstwa jego młodszej siostry. On bez wątpienia wywiera na nią wielką presję.

Harry pokiwał tylko głową.

– Znalazłeś coś, czym możemy się zająć? – dociekał Laffont. – Cudownie byłoby zamknąć tę sprawę.

– Jeszcze nie. Nadal szukam.

– To powodzenia. Przyda ci się.

– Czym się zajmowałeś w FBI? Pracowałeś w Biurze Terenowym w LA?

– Zacząłem w San Diego, potem przeniosłem się do Sacramento i Oakland, na koniec trafiłem tutaj. Robiłem w Poważnych Przestępstwach. Odszedłem po dwudziestu latach. Miałem już dość ścigania gości napadających na banki.

– Rozumiem.

– Lilia i ja kończymy na dzisiaj. Jeszcze raz witam na pokładzie i do zobaczenia.

– Do zobaczenia.

Bosch patrzył, jak Laffont i Aghzafi zbierają swoje rzeczy i wychodzą. Odczekał moment i ruszył w kierunku kserokopiarki.

Pod drodze zatrzymał się i spojrzał w jedną z alejek. Półki po obu stronach były wypchane segregatorami. Niektóre z nich miały nowe niebieskie okładki, inne już wyblakłe, a pozostałe były białe. Skręcił w nią i powoli szedł wzdłuż regałów, przesuwając palcami lewej dłoni po mijanych grzbietach. Każdy segregator zawierał niewyjaśnione morderstwo. To była dla niego uświęcona ziemia. Biblioteka zaginionych dusz. Zbyt wiele spraw, by mogli je rozwiązać. Zbyt wiele, by mogli ukoić ból.

Gdy dotarł do końca, skręcił i ruszył następnym rzędem. Tam półki również pękały w szwach. Przez okno w suficie widział zachód słońca. Naturalne światło padło na nienaturalne zgony. Bosch zatrzymał się i znieruchomiał. W bibliotece zaginionych dusz panowała całkowita cisza.

4

Ballard odebrała Pinto z psiej świetlicy w Hillhurst i zaprowadziła go na smyczy do domu. Był zaledwie czterokilogramowym mieszańcem rasy chihuahua, ale mimo to mocno ciągnął smycz. Najwyraźniej jego zegar biologiczny podpowiadał mu, że na końcu spaceru czeka na niego obiad.

Gdy wchodziła po schodach prowadzących do budynku, usłyszała sygnał komórki. Sięgnęła po telefon. Dzwonił Bosch.

– Harry? – rzuciła do słuchawki.

W tle usłyszała muzykę. Jazz. Zapewne były detektyw siedział już w domu.

– Cześć. Co słychać? – zapytał.

– Właśnie wchodzę do mojego mieszkania. Co to? Fajnie brzmi.

– Clifford Brown with Strings.

– I jak, skończyłeś czytać akta?

– Tak, przejrzałem je kilka razy.

– I?

– Śledczy wykonali wtedy kawał dobrej roboty. Naprawdę dobrej. Nie mam się do czego przyczepić.

Nie liczyła za bardzo na to, że Bosch coś odkryje albo chociaż znajdzie jakieś błędy. Sama przestudiowała całą dokumentację i nie znalazła żadnego punktu zaczepienia.

– Cóż, warto było spróbować – odparła. – Umówię się na rozmowę z radnym i powiem mu, że…

– Patrzę na odcisk dłoni. – Harry wszedł jej w słowo. – Ten częściowy.

– Jak to: patrzysz na niego? Myślałam, że jesteś w domu.

– Bo jestem.

– Czyli zrobiłeś kopię, chociaż ci zabroniłam. Świetny pierwszy dzień pracy. Już zdołałeś…

– Chcesz usłyszeć, co wymyśliłem, czy wolisz mnie zwolnić za łamanie zasad?

Milczała przez chwilę, zanim postanowiła puścić mu to płazem.

– Dobra. Co wymyśliłeś?

– To jest tylko zdjęcie. Czy prawdziwy odcisk nadal gdzieś jest przechowywany, czy zdigitalizowano go, a potem zniszczono?

– Odciski nie są niszczone, ponieważ jeśli cyfrowa wersja zostanie rozpoznana w bazie, następuje porównanie z wykorzystaniem fizycznych kopii. Dopiero z takim wynikiem można iść do sądu, takie są przepisy. Po co ci fizyczny odcisk?

– Może pobierając go z miejsca zbrodni, przy okazji pobrali też…

– DNA.

– Tak.

– Jasna cholera, Harry, to może wypalić. Nie wiem, czy już ktoś tego próbował.

– Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać.

– Jutro z samego rana zadzwonię do laboratorium.

– Powinnaś sprawdzić, czy ten odcisk na pewno jest jeszcze gdzieś przetrzymywany. Przepisy przepisami…

– Wydostanę go z archiwum i zabiorę do laboratorium. To dobry trop, sama powinnam na to wpaść, ale jak widać, właśnie dlatego mam ciebie. To daje i nam, i Pearlmanowi nadzieję.

– Moim zdaniem lepiej mu o tym nie mówić, dopóki nie ustalimy, że faktycznie jakieś DNA się tam znajduje.

– Masz rację. Dowiemy się najpierw, czy dokądś nas ten trop zaprowadzi. Zresztą i tak nie będę o tym gadać z Pearlmanem. To szef jego sztabu ciągle zawraca mi dupę pytaniami o postępy.

Bosch zdał sobie sprawę, że Laffont się mylił odnośnie do rozmów przełożonej: nie radny do niej dzwonił, tylko Hastings.

– Ta, Hastings. Widziałem jego nazwisko w aktach – skomentował. – Może to go na jakiś czas uciszy.

– Dzięki, Harry. Właśnie dlatego chciałam mieć cię w zespole. Już dokonałeś przełomu.

– Nie rozpędzajmy się. Zobaczymy, co ustalą w laboratorium.

– Jeśli chcesz, to możesz teraz zająć się sprawą Gallagherów.

– Dzięki, tak zrobię.

– Niech zgadnę: skserowałeś już wszystkie dokumenty, których wcześniej nie miałeś?

– Jeszcze nie.

– W takim razie widzimy się jutro w Ahmanson?

– Tak jest.

Ballard się rozłączyła i wstukała w domofonie kod otwierający drzwi, po czym weszła do budynku.

Nakarmiła psa, przebrała się w dres, a potem zamówiła cacio e pepe pasta w pobliskiej restauracji Little Dom’s. Miała jeszcze pół godziny do odbioru zamówienia, więc usiadła z laptopem przy kuchennym stole i zaczęła szukać informacji o sprawie, gdzie udało się pobrać DNA z odcisków palców.

Niczego nie znalazła, co mocno ją sfrustrowało. Sięgnęła po telefon i zadzwoniła do Darcy Troy, techniczki DNA przydzielonej do jej zespołu.

– Hej, dziewczyno.

– Co słychać, Darcy?

– Nie narzekam, chyba że zamierzasz mi zwalić na głowę kupę roboty.

– Na razie mam jedno pytanie.

– Strzelaj.

– Słyszałaś, żeby ktoś kiedyś pobierał DNA z odcisków palców lub dłoni?

– Tylko na konferencjach naukowych. Mówisz o realnej sprawie, gdzie dopuszczono by taki dowód?

– Nie, chodzi mi tylko o to, czy to w ogóle jest wykonalne.

– Odciski powstają z substancji potowo-tłuszczowej na palcach, czyli z płynów ustrojowych.

– Odciski dłoni też?

– Jasne. Jeśli komuś pocą się dłonie, to szanse na sukces zapewne rosną.

– Na przykład pocą się, bo ktoś zamierza właśnie dokonać gwałtu i morderstwa?

– Właśnie tak.

– Chciałabyś zostać pierwszą osobą w policji Los Angeles, która dokona takiego wyczynu?

– Przydałaby się jakaś odmiana. Co dla mnie masz?

– Jeszcze nie wiem, czy mam cokolwiek. Sprawdzamy zbrodnie z dziewięćdziesiątego czwartego roku: włamanie, gwałt i morderstwo. Pobrali wtedy połowiczny odcisk dłoni z parapetu w domu ofiary.

– Jak pobrali?

– Posypali proszkiem i przykleili do folii.

– To do dupy. Nie będzie łatwo. Proszek wchłonął wilgoć, a przyklejanie też swoje napsuło. Ale i tak mogę spróbować.

– Jutro rano pójdę do magazynu, żeby go odebrać.

– Jeśli jeszcze tam jest.

– Powinien być. To otwarta sprawa. Nie było POZ.

Postanowienie o zniszczeniu materiału dowodowego wydawano tylko wtedy, kiedy dochodzenie zostało zakończone i zamknięte.

– Dobra, jeśli go znajdziesz, to przynieś do mnie. Nie policzę ci tego nawet jako ominięcie kolejki na ten miesiąc, bo mnie zaciekawiłaś.

– Takiej oferty nie odrzucę. Rozłączam się, zanim zmienisz zdanie.

Obie parsknęły śmiechem.

– Do jutra, Darcy.

Ballard zerknęła na zegarek: pora iść odebrać zamówienie. Wzięła Pinto na smycz i ruszyła na dwór. Restauracja mieściła się dwie przecznice dalej. Często tam bywała, więc obsługa zdążyła ją już dobrze poznać. To był jej ulubiony lokal od czasu przeprowadzki w tę okolicę. Zapakowane i jeszcze gorące danie już na nią czekało. Nawet znalazł się psi przysmak dla Pinto.

5

Bosch wyszedł z domu jeszcze przed świtem, ponieważ chciał dotrzeć na miejsce, gdy słońce dopiero będzie wynurzało się zza horyzontu. Na autostradzie 210 panował bardzo mały ruch. Jechał nią na wschód, potem skręcił w autostradę 15 na północny wschód w stronę Las Vegas. Niedaleko przed granicą stanu Nevada zjechał w Death Valley Road prowadzącą na pustynię Mojave. Droga ciągnęła się wśród jałowych piaszczystych terenów, a odległe solniska w blasku słońca lśniły bielą niczym pokryte śniegiem.

Zjechał z Old Spanish Trail przy awaryjnym telefonie połączonym z Biurem Szeryfa hrabstwa Inyo i zasilanym panelami słonecznymi nadajniku sieci komórkowej. Włożył czapkę z daszkiem z logo Dodgersów i wyszedł na palące słońce. Była dopiero siódma rano, a termometr pokazywał już dwadzieścia sześć stopni. Minął telefon i uszedł jakieś dziesięć metrów. Łatwo znalazł właściwe miejsce. Samotne drzewo jadłoszynu nadal tam rosło, częściowo zacieniając cztery kopce z ułożonych jeden na drugim kamieni. Tworzyły swego rodzaju rzeźbę znaczącą obszar, gdzie znaleziono grób. Z upływem czasu trzy kopce zdążyły się zawalić – za sprawą pustynnego wiatru lub niewielkich trzęsień ziemi.

Dla Boscha to była uświęcona ziemia. Tutaj nastąpił koniec całej rodziny. Ojciec, matka, córka i syn zamordowani i pogrzebani pod warstwą piasku i kamieni. Nikt by ich tu nigdy nie odnalazł, gdyby nie geologiczna ekspedycja, której celem było badanie pobliskich solnisk w poszukiwaniu dowodów na zmiany klimatyczne.

Dookoła kamieni i pnia drzewa wyrosło mnóstwo kwiatów. Każdy z nich miał żółty środek otoczony białymi płatkami. Nie były wysokie, jadłoszyn zapewniał im cień i zapewne dostęp do wody: jego korzenie potrafiły przedostać się przez warstwy piachu, kamieni i soli na głębokość ponad dwóch metrów w poszukiwaniu wody. Umiały przetrwać w najtrudniejszych warunkach.

Harry nie zamierzał tu długo zabawić. Wiedział jednak, że właśnie w tym miejscu powinien zacząć pracę. Zanim rzuci się w otchłań, musiał odnaleźć punkt zaczepienia. Emocjonalne jądro. Nie miał wątpliwości, że znajduje się ono tutaj. Wszyscy, także dziennikarze, nazwali tę zbrodnię „sprawą Gallagherów”. Ale nie on. Nie potrafił w ten sposób jej umniejszyć. Dla niego to była „sprawa rodziny Gallagherów”. Całą rodzinę przecież zamordowano. Wywleczono z ich domu. Odnaleziono czystym przypadkiem.

Bosch splunął między kwiaty i zaczął odbudowywać kolumny, starannie układając jeden kamień na drugim. Miał na sobie stare, znoszone jeansy i robocze buty. Uważał, żeby nie przygnieść sobie palca cięższymi kamulcami. Natura prędzej czy później i tak zniweczy jego pracę, ale czuł potrzebę ułożenia ich na nowo, skoro zaczynał na nowo układać śledztwo.

Właśnie kończył, gdy usłyszał za sobą nadjeżdżający samochód. Opony zachrzęściły na piasku i żwirze, gdy zjechał z utwardzonej drogi, po czym się zatrzymał. Harry zerknął przez ramię i zobaczył białego SUV-a z napisem „Biuro Szeryfa hrabstwa Inyo”.

Mężczyzna w mundurze wysiadł z pojazdu i powoli do niego podszedł.

– Harry, co za niespodzianka.

– Witaj, Beto. Mógłbym powiedzieć to samo. Wybrałeś się właśnie na przejażdżkę na to odludzie?

– Nie, kilka lat temu zamontowaliśmy kamerę na panelu słonecznym przy drodze. Dostaję z niej powiadomienia. Zobaczyłem, że ktoś tu parkuje, i cię rozpoznałem. Kopę lat, bracie.

– To prawda.

Beto Orestes był śledczym z hrabstwa Inyo, który osiem lat temu jako pierwszy przyjechał sprawdzić informację o odnalezieniu zwłok na pustyni. To mroczne odkrycie doprowadziło do niezwykłej współpracy Orestesa i Boscha, a także ich wydziałów. Zbrodnię na rodzinie Gallagherów popełniono w Los Angeles, ale ciała znaleziono w Inyo. Policja z LA prowadziła to dochodzenie, ale miejsce pogrzebania zwłok badali funkcjonariusze z Inyo. Równoległe śledztwo miało na celu wykrycie, czy ten punkt na pustyni został wybrany przypadkiem, czy w jakiś sposób mógł łączyć się ze sprawcą. Nie przyniosło żadnych odpowiedzi, ale przeprowadzono je bardzo sumiennie, a Orestes zaimponował Boschowi swoim zaangażowaniem.

Z upływem tygodni, a potem miesięcy, udział funkcjonariuszy z Inyo ustawicznie malał. Przełożeni Beta uważali, że dochodzenie należy do kolegów z Los Angeles, a jedynie niewygodnym zrządzeniem losu częściowo trafiło do ich jurysdykcji. Orestesowi przydzielili kolejne sprawy i obowiązki. W tym czasie Harry również dostał inne nierozwiązane do tej pory śledztwa, którymi zajmował się aż do przejścia na emeryturę. Dwa wydziały się wycofały, Zespół do spraw Niewykrytych Zabójstw rozwiązano, a sprawa rodziny Gallagherów odeszła w zapomnienie.

– Jakiś rok temu dzwoniłem, żeby podpytać, co u ciebie, ale podobno zostałeś emerytem – rzucił Beto. – A teraz znajduję cię w naszym kamiennym ogrodzie, który wznieśliśmy lata temu.

– Znowu prowadzę to śledztwo. Pomyślałem, że warto zacząć tutaj.

– Przyjęli cię z powrotem?

– Jako ochotnika.

– Świetnie. Gdybyś czegoś potrzebował, wiesz, gdzie mnie znaleźć.

– Jasne, dzięki.

Bosch wstał i otrzepał spodnie. Skończył układać kamienie. Orestes się schylił i zerwał jeden z kwiatów.

– Ciężko uwierzyć, by coś tak pięknego mogło istnieć w takim miejscu. Ludzie mówią, że Boga nie ma. Moim zdaniem jest właśnie tutaj.

Poruszał palcami i kwiatek zakręcił się niczym wiatraczek.

– Wiesz, co to jest za kwiat? – spytał Harry.

– Jasne. Nazywają je gwiazdami pustyni3.

Emerytowany detektyw nie był pewien, czy to właśnie przejaw boskiej obecności na Ziemi, ale spodobała mu się ta myśl.

Obaj ruszyli w kierunku swoich samochodów.

– Co z McShane’em? Wystawił gdzieś łeb?

– Z tego, co wiem, to nie. Ale dopiero dzisiaj zacznę szukać o nim informacji.

– A co właściwie oznacza ten twój wolontariat?

– Zespół prowadzi jeden funkcjonariusz, a reszta pracuje na zlecenie albo charytatywnie.

– Zawsze wyglądałeś mi na gościa, który badałby tę sprawę choćby i za darmo.

– Wychodzi na to, że miałeś rację.

Orestes uważnie przyjrzał się wysłużonemu Cherokee dawnego kolegi.

– Da sobie radę w drodze powrotnej? Mam dwadzieścia litrów wody, gdybyś chciał zalać chłodnicę.

– Nie, będzie dobrze. Silnik jest solidny, w przeciwieństwie do klimatyzacji. Dlatego wolałem przyjechać tak wcześnie.

– W porządku. Dasz mi znać, jak coś ustalisz?

– Jasne.

Beto podszedł do swojego SUV-a i rzucił przez ramię:

– Bardzo bym chciał doczekać rozwiązania tej sprawy.

– Ja też. Ja też.

6

Ballard weszła do budynku archiwum. Spodziewała się, że zastanie Boscha przy biurku przeglądającego akta sprawy Gallagherów. Była podekscytowana i chciała opowiedzieć mu o porannej wyprawie do Piper Tech i do laboratorium, ale okazało się, że jeszcze się nie zjawił.

Paul Masser, Lou Rawls i Colleen Hatteras siedzieli na swoich miejscach, więc się z nimi przywitała. Rawls przyszedł dzień wcześniej, niż powinien. Renée zakładała, że albo dokonał przełomu w którejś ze swoich spraw, albo bardzo chciał poznać Harry’ego. Stawiała na to drugie: postępy w jego pracy nadchodziły z prędkością lodowca, a przełomy jakoś się nie trafiały. Był pierwszym oficjalnym członkiem zespołu, a nie zamknął jeszcze ani jednej sprawy. Nawet najbardziej oczywistej, pokroju bezpośredniej zgodności DNA.

– Myślałem, że poznamy dzisiaj tego nowego, o którym pisałaś w niedzielnym e-mailu – rzucił Masser.

– Zgadza się. A przynajmniej taki był plan. Nie wiem, gdzie jest, ale mówił, że dzisiaj przyjdzie. Może omówmy obecne śledztwa, a potem sprawdzimy, co z nim.