Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
74 osoby interesują się tą książką
Kiedy śmierć patrzy ci w oczy…
Amelia Kremer, ambitna dziennikarka śledcza, wyrusza do Jastrzębiej Góry, aby zrealizować reportaż o zaginięciu nastoletniej turystki z Czech. Podczas zbierania materiałów w jednej z restauracji Amelia dostrzega mężczyznę, którego rysy twarzy budzą w niej wspomnienia sprzed dwudziestu lat, gdy podczas rodzinnych wakacji spędzanych również w Jastrzębiej Górze znalazła na plaży martwą kobietę. Czy obie sprawy coś łączy?
Tomasz Wandzel – autor bestsellerowej serii kryminałów Komisarz Oczko oraz wielu powieści kryminalnych, historycznych i obyczajowych.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 289
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
TOMASZ WANDZEL
Amelia Kremer (t. 1)
@lindcopl
e-mail: [email protected]
Tytuł oryginału: Gwiazda Północy
Seria: Amelia Kremer (t. 1)
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Książka ani jej część nie może być przedrukowywana
ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana
w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody
Wydawnictwa Lind & Co Polska sp. z o.o.
Ten e-book jest zgodny z wymogami
Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Wydanie I, 2026
Opracowanie redakcyjne: Katarzyna Pruska
Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz
(Grafiki na okładce częściowo wygenerowane przy użyciu AI)
Copyright © dla tej edycji:
Wydawnictwo Lind & Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026
ISBN 978-83-68636-87-1
Jastrzębia Góra, sierpień 2005
Amelię obudziło lekkie potrząsanie za ramię. W pierwszej chwili odniosła wrażenie, że to tylko sen, ten przyjemny, w którym świat zdaje się spokojniejszy, a rzeczywistość nie ma jeszcze prawa wstępu, ale gdy usłyszała dobrze znany, ciepły głos ojca, natychmiast otworzyła oczy.
– To jak, księżniczko, idziemy na wschód słońca czy wolisz jeszcze sobie pospać?
– No jasne, że idziemy! – zawołała z entuzjazmem, a resztki snu, które jeszcze przed chwilą trzymały ją w swych bezpiecznych ramionach i sklejały powieki, rozpłynęły się jak poranna mgła albo dmuchawce, które uwielbiała zrywać podczas spacerów do parku.
– Tatusiu, myślisz, że tym razem się uda? – zapytała, wygrzebując się z pościeli i siadając na łóżku.
– Jestem pewien, że tak – odpowiedział z przekonaniem, posyłając Amelii szeroki uśmiech. – Zresztą sama zobacz – zachęcił, wskazując na okno dachowe, którego odsłonięta roleta pozwalała zobaczyć granatowe niebo usiane dziesiątkami, setkami, a może nawet milionami gwiazd, których według taty nigdy nie zdołałaby policzyć. Wiedziała jednak, że właśnie wśród nich migoce gwiazda jej mamy, która dawno, dawno temu, gdy ona sama była malutka, odfrunęła do nieba. Tata mówił, że tam świeci najjaśniej i czasem można ją rozpoznać, jeśli tylko spojrzy się wystarczająco długo. Teraz gwiazdy mieniły się cicho, jakby wciąż nie zauważyły, że noc powoli się kończy.
– Łał, ale będzie super – zapiszczała Amelia, podbiegając do krzesła, gdzie leżały ubrania, które przygotowała sobie poprzedniego wieczoru. Pośpiesznie włożyła różowe legginsy, białe skarpety, bo jak ostrzegła ciocia, na plaży o tej porze mogło być jeszcze zimno, koszulkę, z której uśmiechał się Kubuś Puchatek, i ulubioną ciepłą bluzę z Prosiaczkiem, a na stopy wsunęła żółte kalosze. – Jestem gotowa – oznajmiła z dumą, nie mogąc doczekać się chwili, gdy ujrzy pomarańczową kulę wynurzającą się z morskiej toni. Do tej pory wszystkie próby zobaczenia wschodu słońca kończyły się niepowodzeniem. Za pierwszym razem tato zapomniał nastawić budzik, a przez kolejne dni ich plany krzyżowała deszczowa pogoda.
– To chodźmy, tylko musimy zachowywać się cicho, bo reszta gości pensjonatu jeszcze śpi.
– To oni nie idą zobaczyć wschodu słońca? – zdziwiła się Amelia, ostrożnie stąpając po drewnianych, skrzypiących schodach. Nie rozumiała, jak można choć raz nie chcieć podziwiać wspaniałego przedstawienia ze słońcem w roli głównej.
– Nie wszyscy muszą lubić to samo. Na przykład ty nie lubisz żurku, a mi on bardzo smakuje. Z kolei ja nie przepadam za czekoladą…
– A ja ją uwielbiam – dopowiedziała Amelia, wychodząc przed pensjonat, gdzie czekała już ciocia Kasia, wesoła brunetka o oczach koloru bursztynu, którego maleńkie bryłki Amelia czasami znajdowała na plaży. Ciocia mieszkała z nimi od kilku tygodni i zastąpiła ciocię Anetę, przed którą z kolei była ciocia Renata. Amelia doskonale pamiętała imiona wszystkich cioć, jakie na dłużej lub krócej tato przyprowadzał do domu. Choć lubiła je wszystkie, nauczyła się nie przywiązywać za bardzo, ponieważ zawsze przychodził moment, gdy nagle znikały. Czasami nowa ciocia podczas wspólnego spaceru lub wypadu do pobliskiej lodziarni wypytywała o poprzednie ciocie, a wtedy Amelia miała okazję pochwalić się doskonałą pamięcią. Niestety często odnosiła wrażenie, że ciocie zwyczajnie jej nie wierzyły i uważały ją za kłamczuchę, a przecież nie zmyślała, tylko mówiła prawdę. Miała w końcu prawie dziesięć lat, przeszła do trzeciej klasy, więc nie była już małym bobaskiem. Znała też kilka brzydkich słów, których używali dorośli, a kiedyś tato pozwolił jej nawet potrzymać służbowy pistolet, który nosił w kaburze pod pachą, zupełnie jak na amerykańskich filmach.
– A ty lubisz oglądać wschód słońca? – zapytała Amelia, chwytając ciepłą dłoń cioci Kasi. Wiedziała, że ciocia lubi lody śmietankowe, naleśniki z dżemem truskawkowym, czarne krótkie sukienki, kawę bez mleka i cukru oraz bukiety czerwonych róż, które czasami dostawała od taty. Choć akurat kwiaty sprawiały przyjemność wszystkim ciociom.
– No jasne, że lubię. Przecież gdybym nie lubiła, to teraz przewracałabym się w łóżku na drugi bok – odpowiedziała ciocia, ruszając w stronę klifu.
Powietrze było chłodne i rześkie, niosło ze sobą zapach soli, wilgoci i lasu, a w oddali słychać było cichy, miarowy szum morza. Gdy po kilku minutach dotarli do schodów prowadzących na położoną kilkadziesiąt metrów niżej plażę, Amelia usiadła na pierwszym schodku i z niecierpliwością czekała na spektakl, który wkrótce miał się rozpocząć. W pewnej chwili niebo zaczęło się zmieniać. Granat ustąpił miejsca różowi, który przechodził w pomarańczowy. Na horyzoncie pojawił się delikatny, ognisty punkt. Amelia wstrzymała oddech.
– Patrz, tatusiu! Już wychodzi! – szepnęła podekscytowana.
Słońce powoli wynurzało się z morskich głębin. Jego światło rozlewało się po wodzie jak płynne złoto. Fale lśniły jak tafle szkła, a w powietrzu unosił się delikatny zapach soli i mokrego piasku. Świat w jednej chwili stał się cieplejszy, piękniejszy i przynajmniej w oczach Amelii doskonały. Po kilku minutach czerwona kula nieco zbladła, straciła na intensywności i zaczęła przypominać takie zwyczajne słońce, które Amelia widziała na co dzień.
– Możemy jeszcze pójść na spacer po plaży? – poprosiła, kierując na tatę błagalne spojrzenie. Ten przez chwilę się wahał, ale gdy ciocia Kasia nieznacznie skinęła głową, wyraził zgodę. Uradowana Amelia zbiegła po schodach, których podobno było prawie trzysta, i ruszyła w lewo, wypatrując na mokrym piasku bursztynowych skarbów. Niestety tam, gdzie morze łączyło się z lądem, widziała wyłącznie owalne muszelki, a ich miała już całe pudełko, więc nawet nie zawracała sobie nimi głowy.
– Amelka, stań na chwilę – zawołała ciocia Kasia.
Amelia zatrzymała się niechętnie i wolno odwróciła. Jednak gdy dostrzegła w dłoni cioci Kasi aparat fotograficzny, natychmiast zapozowała. Po krótkiej sesji na tle porannego morza wróciła do swojego zajęcia: pochylała się nad piaskiem i wypatrywała czegokolwiek, co nie było kolejną nudną muszelką. W pewnym momencie kilkanaście metrów od brzegu, gdzie piaszczysta plaża przechodziła w stromy skalisty klif, dostrzegła nagą kobietę leżącą na piasku.
Musi jej być bardzo zimno – pomyślała Amelia, ostrożnie zbliżając się do nieruchomej, skulonej postaci. Najpierw chciała ją obudzić, lecz gdy podeszła bliżej, dostrzegła, że oczy kobiety są szeroko otwarte, a więc nie spała.
– Czy coś się pani stało? – zapytała, podziwiając łańcuszek z zawieszką w kształcie ryby, który leżąca miała na szyi, ale nie doczekała się odpowiedzi. To milczenie było dziwne, nienaturalne. Amelia poczuła zimny dreszcz na karku i uznała, że powinna zawołać tatę. Jednak gdy się odwróciła, aby to zrobić, głos uwiązł jej w gardle. W pierwszej chwili uznała, że ubrany na czarno mężczyzna, którego zobaczyła w połowie ścieżki prowadzącej na klif, jest tylko sennym koszmarem. Jednak im dłużej na niego patrzyła, tym więcej szczegółów zapadało jej w pamięć. Czarne, długie włosy, ciężka broda i te zielone oczy, zmrużone jak u polującego kota. Nagle nieznajomy położył palec wskazujący lewej dłoni na ustach, nakazując Amelii milczenie. Niemal w tej samej chwili kantem prawej dłoni przejechał po szyi. Amelia zacisnęła powieki, policzyła do dziesięciu, a gdy je otworzyła, na klifie nie było już nikogo. Jednak leżąca na piasku kobieta, w której dziewczynka rozpoznała jedną ze swoich poprzednich cioć, była tak realna, jak słońce, które mozolnie wspinało się na szczyt nieba.
– Tato, tato, tutaj leży ciocia Magda! – zawołała z całej siły i pobiegła do ojca, który na dźwięk jej słów zatrzymał się w pół kroku.
Amelia Kremer uniosła kieliszek do ust i upiła łyk bezalkoholowego wina, dziękując w myślach temu, kto wpadł na pomysł stworzenia czegoś, co smakuje jak wino, wygląda jak wino i pachnie jak wino, ale kac cię po nim nie męczy. Gdyby miała przyznać swojego prywatnego Nobla, to twórca bezalkoholowego wina miałby u niej duże szanse. Rozejrzała się po maleńkim mieszkaniu. Salon oraz połączony z nim aneks kuchenny wyglądały tak, jak wygląda lokum po imprezie urodzinowej. Na stole, parapecie i blacie kuchennym zalegały talerze z resztkami jedzenia, szklanki i kieliszki, na których dnie majaczyły jeszcze pozostałości coli, soku i wina, a całości nieładu dopełniały dwie patery ogołocone z owoców.
– Wiesz, Amelka, to była zajebista impreza – wybełkotał Robert, szef działu kulturalnego gazety, w której oboje pracowali. Jego błyszczące oczy koloru nienaturalnego błękitu i uśmiech, który mógł równie dobrze należeć do anioła, jak i do diabła, nie pozostawiały wątpliwości, że tego sobotniego popołudnia przekroczył granicę rozsądnego korzystania z butelki i kieliszka, a jakby tego było mało, wciągnął o dwie kreski za dużo.
– Zajebista to za mało powiedziane, ona była mega zajebista – zawtórowała Ewa, nowa dziewczyna Roberta, przyklejona do niego jak bielizna do ciała podczas afrykańskich upałów. Porównanie, które przyszło Amelii do głowy, było o tyle uzasadnione, że choć za oknami rozciągały się swojskie warszawskie widoki, to temperatury nie powstydziłaby się stolica Emiratów Arabskich.
– Super, że się wam podobało – skomentowała, posyłając Robertowi i Ewie wystudiowany uśmiech szczęśliwej pani domu, zadowolonej z przyjęcia, jakie zorganizowała. Jednak w myślach odliczała minuty do chwili, aż ostatnia z zaproszonych par opuści jej mieszkanie. Kiedy wreszcie, po pożegnaniach trwających nieznośnie długo, Robert i Ewa znaleźli się za progiem wynajmowanej kawalerki, Amelia z nieskrywaną radością zamknęła tandetne, marketowe drzwi, których grubość nawet dla niej, a była laikiem w kwestiach budowlanych, pozostawiała wiele do życzenia. Poza nikłym poczuciem bezpieczeństwa drzwi nie gwarantowały żadnej prywatności, o czym dobitnie świadczył fakt, że większość dźwięków z korytarza docierało do wnętrza kawalerki. Oparta plecami o cienką sklejkę przymknęła oczy i odetchnęła z ulgą, choć gęsty dym wiszący w powietrzu gryzł ją w gardło i szczypał w oczy prawie tak samo, jak gaz pieprzowy. Przez chwilę delektowała się ciszą, ale zaniepokojona dziwnymi odgłosami dochodzącymi z korytarza zmarszczyła brwi, a następnie wiedziona ciekawością przyłożyła oko do judasza. Intuicja jej nie myliła. Robert oparty o ścianę łapał powietrze szeroko otwartymi ustami jak ryba wyciągnięta na brzeg, a Ewa, klęcząc przed nim, z zapamiętaniem robiła mu loda. Amelia nawet w nikłym świetle punktowych halogenów widziała każdy szczegół rozgrywającej się za drzwiami sceny, przypominającej sekwencję z filmu dla dorosłych, i musiała przyznać, że jak na studentkę drugiego roku dziennikarstwa Ewa prezentowała doświadczenie rasowej pornogwiazdy.
– Chodź, maleńka, tak cię w windzie zerżnę, że przeżyjesz orgazm wielokrotny, a przez najbliższy tydzień artykuły będziesz pisała na stojąco – usłyszała po chwili stłumiony głos kolegi, który, poderwawszy Ewę z klęczek, poprowadził ją w kierunku windy. Choć Amelii było daleko do pruderyjnych dewotek, na podobne ekscesy nigdy by się nie zgodziła. Wyznawała bardzo prostą zasadę, w myśl której to ona decydowała, z kim, kiedy i gdzie uprawia seks. Robiła to już w samochodzie, klubowej toalecie, a nawet w polu kwitnącego rzepaku, ale jakoś nie umiała sobie wyobrazić kobiecego szczytowania w windzie. Jednak być może stażystka przyjęta na wakacyjne praktyki do ich gazety mogła, zgodnie z marzeniem swojego opiekuna, dojść kilka razy.
– Życzę powodzenia – wymruczała sama do siebie i ruszyła w kierunku drzwi prowadzących na taras. Otworzyła je na oścież, to samo zrobiła ze wszystkimi oknami i dopiero wtedy weszła do łazienki. Zrzucając cuchnące nikotyną ubrania, poczuła wibrowanie na nadgarstku. W pierwszej chwili pomyślała, że będzie musiała wysłuchać kolejnych życzeń urodzinowych. Była jednak niemal pewna, iż wszyscy, którzy mieli powód, aby pogratulować jej przekroczenia magicznej granicy trzydziestu lat, zdążyli zatelefonować, by wyrecytować banalne życzenia zdrowia, szczęścia, sukcesów zawodowych i osobistych oraz zaznania prawdziwej miłości, czymkolwiek ona była. Dopiero gdy spojrzała na wyświetlacz smartwatcha, zrozumiała, że nie usłyszy żadnych słodkich życzeń.
– No wreszcie – usłyszała podekscytowany głos aspiranta Andrzeja Grzegorczyka, z którym łączyła ją niezobowiązująca znajomość na poły prywatna, na poły zawodowa. Poznali się w dość osobliwych okolicznościach, gdy, pędząc swoją lancią na kolegium redakcyjne, przekroczyła dopuszczalną prędkość, czym zwróciła uwagę dwóch kolesi z grupy SPEED rozbijających się czarnym bmw. Gdy ten brzydszy wziął od niej dokumenty i wrócił do auta, aby sprawdzić jej drogowe grzeszki, ona ucięła sobie sympatyczną pogawędkę z tym ładniejszym, który pilnował, by nie uciekła. Efektem tego przypadkowego spotkania było zaproszenie na kolację, z którego Amelia ochoczo skorzystała. Z kolei w ramach rewanżu zaproponowała seans filmowy w jej mieszkaniu, na co Andrzej przystał równie ochoczo. Od tej pory zyskała nie tylko superkolesia do seksu, ale przede wszystkim cenne źródło informacji, które dla dziennikarza śledczego było jak dla beduinów studnia na pustyni.
– Miło, że dzwonisz, ale dopiero przed chwilą pozbyłam się ostatnich gości, a co za tym idzie, zwyczajnie padam na ryj, więc…
– Więc teraz usiądź i wyobraź sobie, że jest facet, szanowany dentysta, któremu w pewne sobotnie popołudnie totalnie odjebało. Gość przywiązuje żonę do krzesła, następnie bierze nóż i podrzyna gardło rocznej córeczce, a na koniec wiesza się na pasku od spodni.
– O ja pierdolę – jęknęła Amelia, natychmiast zdając sobie sprawę, że usłyszana historia z pewnością nie powstała w wyobraźni rozmówcy, a wydarzyła się naprawdę. – Dawaj adres – rzuciła, wypadając z łazienki. Małe mieszkanie miało tę zaletę, że już sekundę później wyjmowała z szafy świeże ubranie.
– Spokojnie, spokojnie, sprawa jest tak świeża, że służby dopiero docierają na miejsce, więc żadne media jeszcze jej nie zwęszyły. Dlatego najpierw omówmy formę zapłaty, bo tym razem od twego ciała wolałbym żywą gotówkę. Muszę zabrać żonę na romantyczny weekend, a pensja gliniarza…
– Ile? – zapytała Amelia, przerywając Grzegorczykowi biadolenie, a jednocześnie zapinając dżinsowe rybaczki.
– Pięć tysięcy – padła krótka i konkretna odpowiedź. Sprawa może i była tyle warta, ale Amelia wyznawała zasadę „minimalizuj koszty, maksymalizuj zyski”, którą podpatrzyła u swojego szefa.
– Mogę ci dać trójkę – zaproponowała, wkładając białą bluzkę bez rękawów.
– Krakowskim targiem cztery i masz temat, za który inni daliby dziesięć, a może nawet…
– Dobra, niech będą cztery kawałki – zgodziła się, wsuwając stopy w miękkie, skórzane balerinki.
– Facet nazywał się Dariusz Cedrowski i mieszkał na Storczykowej osiem przez dwa – wyrecytował Grzegorczyk.
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ
PROLOG
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
ROZDZIAŁ CZWARTY
ROZDZIAŁ PIĄTY
ROZDZIAŁ SZÓSTY
ROZDZIAŁ SIÓDMY
ROZDZIAŁ ÓSMY
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
ROZDZIAŁ JEDENASTY
EPILOG
