Gwałt polski - Maja Staśko, Patrycja Wieczorkiewicz - ebook

Gwałt polski ebook

Maja Staśko, Patrycja Wieczorkiewicz

4,6

Opis

W 2019 roku  polska policja wszczęła około dwa i pół tysiąca postępowań w sprawie zgwałcenia. Tylko w trochę więcej niż połowie z nich stwierdzono przestępstwo, a wykryto ponad tysiąc sto sprawców. Ofiarami w przeważającej części są kobiety. Ile z nich nie zgłasza przestępstwa organom ścigania? Ile nie ma przestrzeni i możliwości, by opowiedzieć o tym, co je spotkało?

Agnieszkę od dziesiątego do osiemnastego roku życia gwałcił kuzyn. W czasie rozprawy sąd odrzucił jej wniosek, by nie musiała zeznawać w jego obecności. Justyna, zgwałcona w wieku szesnastu lat przez byłego chłopaka, do dziś słyszy od rodziców, że wychodząc z domu w spódniczce prosi się o kolejne nieszczęście. Anna przez wiele lat nie wiedziała, że pada ofiarą przestępstwa ze strony męża – ten usprawiedliwiał swoje postępowanie cytatami z Biblii. Katarzyna, zanim została zgwałcona, włączyła dyktafon w telefonie. Policja zmusiła ją, by sama spisała nagranie, a prokuratura mimo to umorzyła śledztwo. Magda na osiem lat wyparła z pamięci fakt, że zgwałcił ją obcy mężczyzna. Postępowanie ws. gwałtu na Łucji zostało umorzone, bo odprowadziła sprawcę do furtki, a wcześniej uczęszczała na terapię, co biegły sądowy uznał za próbę przygotowania się do odegrania roli ofiary. Były chłopak Agaty, który przez trzy dni więził ją, bił i gwałcił, został skazany na karę w zawieszeniu. Pochodząca z Kenii Heart gwałt przypłaciła załamaniem nerwowym i próbą samobójczą, po czym wróciła do ojczyzny. Twierdzi, że Polska nie była dla niej.

Maja Staśko i Patrycja Wieczorkiewicz oddają głos osobom zgwałconym. Historie Marty, Renaty, Julii, Magdy, Dawida czy Heart, to tak naprawdę historie, w których zawierają się tysiące innych, podobnych. To opowieści mieszkanek wsi i mniejszych miejscowości, pracownic fizycznych, bezrobotnych i wielodzietnych matek, osób niepełnoletnich, aktywistek, studentek, ale i kobiet dojrzałych. I choć składające się na książkę teksty poparte są analizą akt sądowych czy rozmowami z rodziną i przyjaciółmi skrzywdzonych, to najważniejsze w nich są narracje ich samych. W historiach tych, choć rożnych, autorki rozpoznają mechanizmy i schematy, które rządzą myśleniem skrzywdzonych, policji, sądów, mediów i społeczeństwa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 450

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (172 oceny)
117
39
16
0
0

Popularność




Tym, które przetrwały

Wstęp

To książka dla wszystkich osób, które doświadczyły przemocy seksualnej, oraz tych, które chciałyby ich wysłuchać. Teksty, które się na nią składają, nie są reportażami śledczymi. To opowieści osób skrzywdzonych, poparte analizą materiałów uzyskanych z sądów i prokuratur oraz innych instytucji, które odegrały znaczącą rolę w historiach osób skrzywdzonych. Rozmawiałyśmy z ich rodzinami, przeprowadziłyśmy dziesiątki wielogodzinnych wywiadów, wspierałyśmy, kiedy nie miały wokół siebie nikogo, z kim mogłyby porozmawiać, o tym, co je spotkało, pomagałyśmy uzyskać pomoc prawną i psychologiczną, towarzyszyłyśmy w rozprawach sądowych, jeśli tego potrzebowały. Nie rozmawiałyśmy natomiast ze sprawcami – chcemy, by choć raz to głos ofiar był w pełni słyszalny.

Specyficzna narracja – w całości pierwszoosobowa – może sprawić mylne wrażenie, że opierałyśmy się wyłącznie na opowieściach osób zgwałconych, należy więc zaznaczyć, iż cytowane dokumenty zostały przez nas zweryfikowane. Zrobiłyśmy wszystko, żeby sprawdzić każdą przedstawioną informację – prosiłyśmy o billingi telefoniczne, treści wyroków, e-maili czy SMS-ów. Jeśli nasze bohaterki nie miały nic przeciwko, rozmawiałyśmy z ich rodzinami, partnerami, znajomymi. Nie wymagałyśmy jednak bezpośrednich dowodów na gwałt. Brak zgody zwykle nie pozostawia śladów.

Używamy słów „gwałt” i „gwałciciel” – w taki sposób o swoich doświadczeniach mówią osoby skrzywdzone. Gdy ktoś zostanie okradziony, może powiedzieć „zostałem okradziony”, a media piszą o kradzieży, nie o „domniemanej kradzieży”. Podobnie jest z pobiciami. Gdy pojawia się temat gwałtu, czytamy o „zdarzeniu”, „rzekomym zdarzeniu”, „stosunku seksualnym”, „seksie”, „aferze”, „seksaferze”, „kontrowersji”. Słowo „gwałt” nie pada, dopóki nie zapadnie prawomocny wyrok skazujący. W większości przypadków wyroków nie ma, a jeśli zapadają, to po wielu latach. 67 procent spraw dotyczących zgwałceń jest w Polsce umarzanych. Z 33 procent tych, które kończą się uznaniem winy sprawcy, od 30 do 40 procent skazuje go na karę w zawieszeniu. Dla skrzywdzonych podejście mediów do opisywania spraw dotyczących zgwałcenia to źródło frustracji i poczucia osamotnienia. Nawet z ich cytowanych wypowiedzi usuwa się słowo „gwałt”.

Pisanie o żadnym innym przestępstwie nie jest tak trudne i obostrzone tyloma zakazami. W większości przypadków nigdy nie będzie pewności, czy doszło do zgwałcenia – prawdę znają tylko dwie strony. Gdybyśmy opisały wyłącznie gwałty, których sprawcy zostali prawomocnie skazani, książka przedstawiałaby jedynie niewielki ułamek polskiej rzeczywistości.

Nie udajemy bezstronności – stałyśmy i będziemy stać po stronie skrzywdzonych. My także wychodzimy z konkretnej perspektywy i mamy konkretne doświadczenia. Jednym z nich jest wspieranie osób doświadczających przemocy, czym zaczęłyśmy aktywnie (jako działaczki) zajmować się w 2017 roku, gdy do Polski dotarła fala ruchu #MeToo, mimo niesprzyjających warunków trwająca do dziś. Mamy nadzieję, że ludziom otwartym na wysłuchanie głosu skrzywdzonych książka ta pozwoli choć częściowo zrozumieć, co dzieje się w głowie osoby zgwałconej (jak i tych, które doświadczyły innych form przemocy fizycznej i seksualnej), a także jak różne, a jednocześnie bardzo podobne są to doświadczenia.

Choć dotarłyśmy do skrzywdzonych po pięćdziesiątym, sześćdziesiątym i siedemdziesiątym roku życia – zarówno tych zgwałconych w młodości, jak i w ostatnich latach – okazało się, że stanowią one grupę szczególnie niechętną do dzielenia się własną krzywdą. Uzmysłowiło nam to zarówno skalę pokoleniowej zmiany, której motorem są młode kobiety, jak i potrzebę dodania siły i odwagi tym, które nie mają swojej reprezentacji. Ta książka nie jest projektem zamkniętym – wszystkie osoby, które po jej przeczytaniu zechcą upomnieć się o przestrzeń dla własnego doświadczenia przemocy, zachęcamy do kontaktu z nami.

Julia, 28 lat

Mama z zawodu jest szwaczką. Ojciec był spawaczem, potem bezrobotnym alkoholikiem. Rozwiedli się, kiedy miałam dwanaście lat, ale do końca mieszkaliśmy razem – ojciec nie miał pieniędzy na wynajem oddzielnego mieszkania. Zmarł dwa lata później.

Wkrótce mama znalazła nowego faceta i wyprowadziła się do niego. Miałam osiemnaście lat i 1300 złotych renty po ojcu. Po opłaceniu rachunków zostawało mi 200 złotych na przeżycie.

Mam dwoje rodzeństwa. Brat jest starszy o jedenaście lat, siostra – o siedemnaście. Pracuje jako szwaczka, tak jak mama. Jej syn ma dziś dwadzieścia trzy lata, młodszy zmarł, gdy miał dwa miesiące. Siostra niemal umarła wtedy na sepsę – podczas cesarskiego cięcia lekarz przeciął jelito grube, wdało się zakażenie.

Mój szwagier to hydraulik, pedofil.

Mój oprawca.

Ojciec

Rodzeństwo pamięta czasy, kiedy życie z ojcem nie było udręką. Ja nie. Gdy mijaliśmy się na ulicy, udawałam, że go nie znam. Nie chodził na szkolne zebrania, nie podpisywał mi dzienniczka. Gdy wychowawczyni pytała dlaczego, mówiłam, że dużo pracuje. Nienawidziłam go.

Wstydziłam się zapraszać do siebie koleżanki. Kiedyś dziewczyny z tej samej ulicy przyszły na moje podwórko. Ojciec wyrzucił je, krzycząc, że są za głośne. Był pijany. Nigdy więcej nie chciały się ze mną bawić.

Kiedy indziej leżałam w łóżku z siostrzeńcem, śmiejąc się i wygłupiając. Ojciec wpadł do pokoju i zrobił wielką awanturę. Wrzeszczał, że bawimy się w małżeństwo i pewnie zamierzamy się ruchać, a on nie będzie tolerował tego pod swoim dachem.

Mimo to niechętnie opuszczałam dom. Gdy wychodziłyśmy z mamą, czułam niepokój i chciałam wracać. Nie bez powodu – często okazywało się, że ojciec odkręcił gaz i palił w kuchni papierosy. Mało brakowało, by doszło do tragedii.

Niemal codziennie był pijany, bez przerwy wrzeszczał. Raz tak pobił mojego brata, że ten upadł na moje łóżeczko i je złamał.

Brata bił z zazdrości. W pijackich zwidach podejrzewał, że mama go z nim zdradza. Siostra dostawała pasem, ale tylko gdy była nieposłuszna. Po wszystkim musieli przepraszać ojca, że go do tego zmusili.

Mnie nie bił. Próbował, ale broniłam się i groziłam, że zadzwonię na policję. Kilka razy dostałam pasem, raz rzucił we mnie szklanką z duraleksu. Nie trafił i szklanka zrobiła dziurę w ścianie. Innym razem celowo przytrzasnął mi rękę drzwiami. Nie dawałam się. Krzyczałam na niego, pyskowałam. Mama nas broniła. Pamiętam, jak ojciec uderzył ją w plecy drzwiami od szafki. Rzuciłam się na niego, krzycząc, że go zabiję. Siedział w kącie i czekał na przyjazd policji.

Rodzice

Kiedyś weszłam do pokoju, kiedy rodzice uprawiali seks. Mama kazała mi wyjść, a ojciec powiedział, żebym stała i się uczyła. Innym razem pomagałam mamie i siostrze w przygotowaniu obiadu. Ojciec ze szwagrem rozmawiali w kuchni. W pewnym momencie ten pierwszy rzucił: „Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść”, na co szwagier odpowiedział: „Ale jest co poruchać”, co bardzo ojca rozbawiło.

Pamiętam, jak kłócąc się z mamą, wykrzyczał, że powinna mnie była wyskrobać, tak jak jej kazał, przydusić poduszką lub przestać karmić. Mama usprawiedliwiała go później, mówiąc, że był zły, bo nie słuchałam go, kiedy kazał mi przestać grać w gumę.

Zawsze był zimny, oschły. Czasem zamykałam się w pokoju i uciekałam przez okno, bo nie chciał wypuścić mnie z domu. Kiedy mama jechała do szpitala – a zdarzało się to często, ponieważ miała żylaki, które wymagały operacji – zostawiała mnie z sąsiadami, bym nie przebywała z ojcem sama.

Czasem śniło mi się, że jest diabłem i mnie zabija. Budziłam się, wyjąc.

Mam tylko jedno miłe związane z nim wspomnienie. Gdy była burza, otwierał drzwi w korytarzu, przynosił duże i małe krzesełko i razem tę burzę obserwowaliśmy.

Kiedy umarł, byłam szczęśliwa.

Szwagier

Szwagra nigdy nie lubiłam. Wszystko mu we mnie przeszkadzało: że się śmieję, że śpiewam albo wygłupiam się z siostrzeńcem. Czasem groził, że wysadzi mnie z samochodu na środku ulicy. Mówiłam wtedy, że nie mam nic przeciwko, byle wcześniej zahamował.

Kiedyś zapytałam siostrę, co jest na obiad, na co szwagier odpowiedział: „Siekane glizdy z twojej pizdy”. Nie czułam się przy nim swobodnie, ale myślałam, że nasze utarczki nie różnią się od tych, które mają miejsce w innych rodzinach.

Miałam pięć lat, gdy siostra wyprowadziła się z domu. Była podobna do ojca – zimna i nerwowa. Miała piękne włosy. Marzyłam o tym, by się nimi bawić, ale nigdy mi na to nie pozwoliła. Pięć lat później zaczęłam się opiekować jej synem, o połowę ode mnie młodszym. W czasie ferii, świąt i weekendów siostra nie miała co z nim zrobić – oboje ze szwagrem pracowali, a przedszkole było zamknięte. Więc co jakiś czas u nich mieszkałam.

Siostra wychodziła do pracy przed piątą rano. Wtedy szwagier wślizgiwał się do mojego łóżka. Przytulał, głaskał. Troszczył się – tak wtedy myślałam. Dawał mi to, czego nie dostawałam od ojca.

Z czasem zaczął głaskać mnie pod piżamą. Po gołych plecach, pośladkach. Ściągał mi koszulę nocną lub bluzkę. Przytrzymywał ręce, bym nie mogła się wyrwać. Łapał za dojrzewające piersi, lizał sutki. Wkładał mi ręce w majtki, palce w cipkę. Mówił przy tym, że nigdy nie zrobi mi krzywdy. Powtarzał, że ktoś musi mi dokuczać. A lepiej, że robi to on niż ktoś obcy. Że jemu mogę ufać.

Zszyłam koszulę nocną, by nie dało się jej rozpiąć, pod spód zakładałam stanik. Mówił, że robię to, żeby mu się podobać, pokazać, jaka jestem ładna. Podkreślał, że docenia moje starania. Miałam jedenaście lat.

Siostrzeniec

Raz uciekłam do łazienki i zamknęłam drzwi na klucz. Otworzył zamek i siłą zaniósł mnie do łóżka. Kiedy leżąc, patrzyłam w telewizor, włączał filmy pornograficzne. Pytał później, jak mi się podobały.

Siostra była zazdrosna. Mówiła, że zachowuję się, jakbym była dziewczyną jej męża. Wściekała się, że dbał o mnie bardziej niż o ich dziecko.

Czasem szwagier wciągał syna w „zabawę w dokuczanie”. Nie pamiętam, na jak wiele sobie przy nim pozwalał. Nie wiem, na ile mały był świadomy, co się dzieje, ani ile pamięta z tamtego okresu. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy.

Trwało to dwa lata. Przestałam chodzić do szkoły, myć się, sprzątać, uczyć. W klasie nikt mnie nie lubił, byłam wyśmiewana i gnębiona.

Nikomu nie mówiłam, co robił szwagier – z miłości do siostry. Chciałam, żeby mnie kochała i była ze mnie zadowolona. Nigdy nie była. Mama lubiła nas porównywać, a ja zawsze wypadałam gorzej, znacznie gorzej. Siostra, w przeciwieństwie do mnie, uczyła się, nie wagarowała, pomagała w domu, sprzątała nieproszona, robiła zakupy. Nie pyskowała, nie stwarzała problemów. Nie nocowała u chłopaków. Za każdym razem, gdy zrobiłam coś nie tak, mama wypominała mi, że siostra była inna. Lepsza.

Pewnego dnia opowiedziałam mamie, co robi mi szwagier, mówiąc, że dotyczy to koleżanki. Dopytywała, czy tak naprawdę nie chodzi o mnie. Zaprzeczyłam, a ona nie kontynuowała tematu.

Sobota

Zima 2004 roku, sobotni poranek. Tego dnia nie zapomnę do końca życia. Miałam dwanaście lat.

Siostra wyszła do pracy, więc szwagier wciągnął mnie do swojego łóżka. Dotykał moich piersi. Cieszył się, że stoją mi sutki. Ze strachu zwinęłam się w kłębek, a on stwierdził, że zachęcająco się dla niego wypięłam. Nie chciałam tego, ale moje ciało reagowało podnieceniem.

Położył moją rękę na swoim penisie. Powiedział, żebym się nie bała. Że nigdy nie zrobiłby mi krzywdy. Zdjął mi spodnie i wszedł we mnie. Nie bolało. Byłam przerażona, ale nie krzyczałam. Nie mogłam pojąć, dlaczego to robi. Mówił przecież, że mogę mu ufać.

Pierwszy raz jestem w stanie powiedzieć to na głos: byłam mokra. To chyba trudniejsze niż przyznać, że zostałam zgwałcona. Nie dopuszczałam tego do siebie, wstydziłam się. Byłam zła, że dawałam mu mylące sygnały. Obwiniałam się. A może sama chciałam? Może to sprowokowałam? Jak można być mokrą, gdy ktoś cię gwałci?

Trwało to kilka minut. Po wszystkim panicznie się bałam, że zajdę w ciążę. A jeszcze bardziej, że zdradziłam moją siostrę. Że on ją ze mną zdradził.

W poniedziałek nie chciałam iść do szkoły. Nie miałam na to siły. Bałam się jednak kolejnej awantury o wagary. Zadzwoniłam do mamy i powiedziałam, że w drodze na lekcje zostałam zgwałcona. Zwolniła się z pracy i przyjechała do domu. Powiedziałam, że razem ze mną z autobusu wysiadł mężczyzna, zaciągnął mnie do pobliskiego lasku i tam zgwałcił. Mama zadzwoniła do mojej siostry. Przyjechała razem ze szwagrem.

Siostra od razu zaznaczyła, że ma nadzieję, że to nie kłamstwo i wymówka, bym mogła nie iść do szkoły. Pojechaliśmy na posterunek. Policjantka spisała moje zeznania. Zadawała bardzo dużo pytań: jak wyglądał napastnik, w co był ubrany, czy nie było mi zimno? Czy leżałam na plecach, czy byłam oparta o drzewo? Czy ktoś mnie widział, czy ktoś oprócz nas wysiadł na przystanku? Dlaczego tak wcześnie pojechałam do szkoły, czy byłam gdzieś przedtem? Gdy coś im się nie zgadzało, policjantka powtarzała pytania i dopytywała, czy na pewno mówię prawdę.

Potem zawieźli mnie do szpitala. Badania niczego nie potwierdziły. Moje zeznania nie trzymały się kupy. Mówiłam, że nie widziałam twarzy napastnika, choć miałam otwarte oczy i leżałam na plecach.

W końcu przyznałam, że to kłamstwo. Najbardziej bałam się, że mama będzie musiała zapłacić za bezzasadne wezwanie policji. Przyznałam więc, że gwałt nie był zmyślony, ale miał miejsce dwa dni wcześniej, a sprawcą nie był obcy, lecz mój szwagier. Policjanci o nic więcej nie zapytali. Przez dziesięć minut rozmawiałam z psycholożką. Zrobiła mi kilka testów. Musiałam narysować drzewo owocowe. Narysowałam, ale bez owoców. Psycholożka nalegała, bym narysowała owoce, więc ze złością dorysowałam jabłko. Zadawała pytania typu: gdzie wschodzi słońce? I tyle.

Puścili mnie do domu. Mama powiedziała wszystkim, co zaszło na posterunku. Ojciec od razu stwierdził, że sama poszłam do szwagra. Że tego chciałam. Mama milczała. Siostra była zła, ale głównie na mnie. Spytała, co ma teraz zrobić – wziąć rozwód? Szwagier wszystkiego się wyparł. Mówił, że przypadkiem dotknął mnie w czasie wygłupów, bo rozpięła mi się koszulka.

Siedział w kuchni, sam. Rodzice kazali mi do niego iść i porozmawiać. Powiedział mi, że jest mu bardzo przykro z powodu mojego zachowania. Że on zawsze chciał dla mnie jak najlepiej, a ja go zdradziłam. Przeprosiłam go, przytuliłam i powiedziałam wszystkim, że kłamałam. Odetchnęli z ulgą, ale byli na mnie wściekli. Szwagier zawiózł mnie i mamę na posterunek, żebym odwołała zeznania. Powtarzałam, że nie wiem, czemu to zrobiłam. Że szwagier jest dla mnie jak ojciec, lepszy od prawdziwego. Przyjęli to od razu.

Chłopcy

Przez kolejne piętnaście lat musiałam udawać, że nic się nie wydarzyło. Były okresy, że pomieszkiwałam u siostry i szwagra, bo nie było mnie stać na jedzenie. Gdy mama wyprowadziła się do swojego partnera, miałam dziewiętnaście lat. Z renty po ojcu musiałam opłacać mieszkanie, media i szkołę. Zostawało mi około 200 złotych na jedzenie, środki higieniczne i chemię gospodarczą. Czasem mieszkałam u byłego chłopaka lub chodziłam jeść po ciociach. Albo pomieszkiwałam przez tydzień czy dwa u siostry i jej męża. Dalej próbował mnie dotykać, ale broniłam się i dawał za wygraną.

Kiedyś koleżanki mojej mamy zapytały, czy to prawda, że szwagier się do mnie dobierał. Ale rodzina milczała.

Mama była dla mnie jak koleżanka. Wiem, że bardzo mnie kocha, ale interesowało ją głównie to, bym miała co jeść i w co się ubrać. Na wiele mi pozwalała. Mając piętnaście lat, mogłam przez tydzień mieszkać u chłopaka. Zawsze usprawiedliwiała mi nieobecności w szkole, nie zadawała pytań. Wypisała mnie z gimnastyki, bo raz zabolała mnie ręka. Nie bałam się powiedzieć jej o swoich problemach, ale nie wierzyłam, że mogłaby mi pomóc. Więc milczałam.

Po latach rozmawiałam o tym z bratem. Powiedział, że jest już za późno, żeby coś zrobić. Trzeba go było zamknąć od razu. Powinnam zapomnieć i żyć dalej. Mama powtarza, że nie wiedzieli, co mają robić. Chcieli chronić moją trzydziestoletnią siostrę. Tylko przed czym? Mnie nikt nie pomógł, nie zaprowadził do psychologa, nie porozmawiał i nie powiedział, że to, co się stało, nie jest moją winą. Słyszałam tylko pretensje – że się nie uczę, nie zdaję do następnej klasy, nie wykonuję obowiązków domowych.

Cięłam się. Tylko on to zauważył. Powiedział mojej mamie, ale nie przejęła się tym. Gdy miałam trzynaście lat, umawiałam się z mężczyznami przez internet. Tylko on o tym ze mną porozmawiał. Tłumaczył, że to niebezpieczne. Że mogą mnie skrzywdzić.

Chłopcy i mężczyźni w moim życiu, nawet ci obcy, mogli ze mną robić, co tylko chcieli. I robili. Wystarczyło, że powiedzieli, że kochają. Zdarzyło mi się zdradzić chłopaka, bo było mi głupio odmówić. Bałam się, co by się stało, gdybym powiedziała komuś „nie”.

Partnerzy

Szwagier ma czworo rodzeństwa. Jedną ze swoich siostrzenic traktował jak mnie: był wobec niej bardzo opiekuńczy, kupował prezenty. Pewnego dnia chciała u nich zostać na noc. Moja siostra zapytała, czy ja też zostanę, bo ona szła następnego dnia do pracy. Odmówiłam, więc nie pozwoliła siostrzenicy na nocleg.

Kiedy byłam w liceum, szwagier wszedł mi do łóżka i włożył rękę pod bluzkę. Natychmiast wstałam, ubrałam się i pojechałam do domu. Siostra dzwoniła potem i dopytywała, czy coś się stało. Wyznała mi, że przez te wszystkie lata zastanawiała się, czy naprawdę wymyśliłam gwałt. Wyznałam jej prawdę. Płakała i powiedziała, że przeprasza. Uwierzyła mi, ale nic z tym nie zrobiła. Po prostu już nigdy więcej o tym nie rozmawiałyśmy.

Był czas, że bardzo się do siebie zbliżyłyśmy. Chodziłyśmy razem na aerobik, basen, zakupy. Żaliła mi się na syna, opowiadała o seksie z mężem. Jednak zawsze musiałam uważać, co do niego mówię. Gdy pyskowałam, strofowała mnie.

Potem miałam trzech partnerów. Wszyscy wiedzieli, przez co przeszłam. Mój mąż uważa, że powinnam o tym zapomnieć. Nie wszystko potrafi zrozumieć, ale wspiera mnie, bardzo się kochamy.

Ślub

Kiedy wysłałam zaproszenia na swój ślub, dowiedziałam się, że szwagier zażądał rozwodu. Ucieszyłam się. Ale siostra zaczęła zadręczać mnie swoimi problemami. Nie radziła sobie. Gdy wysłałam jej zdjęcie sukni ślubnej, którą wybrałam, odpisała, że jest brzydka, ale to nie szkodzi, bo przy rozwodzie i tak nie będzie to miało znaczenia. Kiedy opowiadałam jej o swoim mężu, mówiła, żebym się nie chwaliła. Nie podobało jej się, że jestem szczęśliwsza. Że mój mąż jest dobry.

Była zła, że podjęłam terapię. Odbywała się w tym samym terminie co basen, na który chodziłyśmy razem. A ja z każdą sesją nabierałam dystansu do siostry. Nie chcę myśleć, gdzie byłabym, gdyby mąż nie pomógł mi w opłaceniu leczenia.

Ale siostra dalej naciskała. Mówiłam, że potrzebuję czasu, ale nie chciała mi go dać. Zasypywała mnie wiadomościami. Żaliła się mamie, że jej unikam. Przypisywała to innym ludziom, pracy. Nie widziała w sobie winy i nie zrobiła nic, żeby było między nami lepiej. Nie jestem w stanie jej wybaczyć. Przez piętnaście lat wybielała człowieka, który mnie zgwałcił.

Rozwód

Siostra jest rok po rozwodzie. On odszedł do ciężarnej kochanki.

W pozwie rozwodowym przedstawił ją jako winną. Wściekłam się i powiedziałam, że chętnie opowiem w sądzie, co mi robił. Nie chciała. Bała się, że też pójdzie siedzieć, bo nie reagowała na jego zachowania.

Jeszcze przed rozwodem zamieszkał z kochanką i jej dziewięcioletnią córką. Chciałam się upewnić, że nie robi jej krzywdy. Siostra odpowiedziała, że to nie nasza sprawa. I że powinnam mu wszystko wybaczyć, tak jak ona mu wybaczyła – będzie mi się wtedy łatwiej żyło.

Gdy zaczęłam się od niej odsuwać, dopytywała, czy ją kocham i czy kiedyś jej przebaczę. Zgodnie z prawdą odpowiadałam, że nie wiem. Chciałam iść na terapię, żeby porozmawiać o gwałcie w dzieciństwie, a od roku mówię tylko o siostrze, czasem o mamie.

Sny

Jestem zniszczonym człowiekiem. Źle czuję się z faktem, że mój oprawca nie jest pedofilem. To, co zrobił, to był czyn pedofilski – ale on nim nie jest. To moje domysły: nie zaobserwowałam u niego podobnego zachowania w stosunku do innych dzieci, spełnia się w relacjach z dorosłymi kobietami. Nie wybrał mnie, bo mu się podobałam. Po prostu byłam pod ręką. Zgwałcił mnie z braku laku. Nie jestem warta nawet tego, by podobać się swojemu gwałcicielowi.

Szwagier rozbudził mnie seksualnie – długo nie znałam innej formy zbliżenia. Gdy czytam opisy gwałtów, zaczynam się podniecać.

Ale najgorsze są sny. Nie mam dzieci, ale od jakiegoś czasu śnię, że molestuję swoje dzieci. Nie wiem, jak długo dam radę to znosić. Życzę gnojowi śmierci.

Wszystkie imiona zostały zmienione.

Anna, 40 lat

Poznaliśmy się w końcu tysiąclecia, na imprezie sylwestrowej. Od razu wpadłam mu w oko. Od wspólnego znajomego zdobył mój numer telefonu. Odtąd codziennie czekał na mnie po lekcjach, dzwonił, odwiedzał na długiej przerwie. Był natarczywy, ale schlebiało mi, że o mnie zabiega. Zaczęliśmy się spotykać. Rodzicom nie podobało się, że zjawia się u nas bez zapowiedzi, a w dodatku próbuje mnie kontrolować. Nie chciał, bym wychodziła ze znajomymi. Kiedy przez telefon mówiłam, że jestem w domu, przyjeżdżał sprawdzić, czy nie kłamię. Wtedy nie myślałam, że jest zaborczy, tylko że bardzo mu na mnie zależy.

Skończyłam krawiecką szkołę zawodową. Pochodzę z biednej rodziny, nie było mnie stać na kontynuowanie nauki. Mając siedemnaście lat, zaczęłam zarabiać. Byłam solistką w zespole, śpiewałam na weselach, dyskotekach. Poza tym pomagałam starszym osobom, robiłam zakupy, sprzątałam. Po szkole znalazłam pracę w Stokrotce. On kończył technikum, był rok młodszy.

Nie byłam zakochana. On świata poza mną nie widział. Patrzył jak w obrazek. Tym mnie ujął. Czułam się doceniona, ważna. Koleżanki mi zazdrościły: „Musi cię bardzo kochać, że tak się stara!”.

Po pół roku od pierwszego spotkania zaszłam w ciążę. Rodzice mówili: „Jesteście dorośli, jeśli podjęliście decyzję o współżyciu, musicie teraz ponieść konsekwencje”. Naciskali na ślub: „Co ludzie powiedzą? Będą nas wytykać palcami”. Myślałam: jakoś się ułoży, to dobry człowiek, dotrzemy się. Do ołtarza szłam z brzuchem.

Zamieszkaliśmy z jego matką. Miała trzypokojowe mieszkanie w Łęcznej pod Lublinem – jeden pokój zajmowała ona, drugi brat mojego męża, a trzeci my. Matka i brat pracowali. On się jeszcze uczył. Wracali o trzech różnych porach. Musiałam dla wszystkich gotować – każdemu osobno. Do tego sprzątać, zmywać, robić pranie i zajmować się dzieckiem. Teściowa powtarzała, że jestem leniem i nierobem. Na każdym kroku podkreślała, że wszystko, co znajduje się w mieszkaniu, należy do niej, od kanapy po łyżeczkę, którą mieszam herbatę. Obiad musiał stać na stole, gorący i świeży – broń Boże nie odgrzewany – zanim ona lub któryś z jej synów zdążyli zdjąć buty. Musiałam czekać, aż zjedzą, by natychmiast zabrać i umyć brudne naczynia. Jeśli dziecko płakało, a ja nie miałam chwili, by je uspokoić, mówiła, że jestem złą matką i „nawet do tego się nie nadaję”. Oni milczeli. Prosiłam męża, by zareagował, stanął w mojej obronie, ale dla niego zdanie matki było święte. Nigdy się jej nie sprzeciwiał.

Powtarzał: „Nie słuchaj, rób swoje, po co się przejmujesz”. Z trudem tłumiłam emocje. Po jednej z awantur nie wytrzymałam – tak się zdenerwowałam, że nie mogłam złapać oddechu. Dusiłam się. Nie wiedzieliśmy, że to atak paniki, który ustępuje zwykle w ciągu kilku, kilkunastu minut. Brat męża wezwał pogotowie. Dostałam zastrzyk na uspokojenie. Ratownicy wzięli mnie na bok i powiedzieli, że powinnam uciekać z tego domu, że jestem za młoda, by się wykańczać. To mi dało do myślenia. Teściowa się śmiała: „Z takiego powodu wzywać karetkę? Robisz z siebie pośmiewisko. Jesteś chora psychicznie”.

Sama

Po pół roku uciekłam do swoich rodziców, do Lublina. Zabronili mężowi nas odwiedzać. Ale on przekonywał, że zależy mu na kontakcie z synem. Codziennie przyjeżdżał, prosił, żebym wróciła. Powtarzał, że jesteśmy rodziną, a z rodziny nie można zrezygnować. Było mi go żal. Wychodziłam na spacery, żeby mógł się zobaczyć z dzieckiem. Po kilku miesiącach zaczął wymyślać preteksty, żeby zostać na noc – a to uciekł mu ostatni autobus do Łęcznej, a to dzieciak nie chciał się od niego oderwać. Rodzice byli wściekli. Obiecywał poprawę, przyrzekał, że mnie kocha. W końcu uznałam, że dam mu szansę. Naprawdę wierzyłam, że tym razem będzie inaczej.

Wtedy zaszłam w drugą ciążę. W mieszkaniu rodziców nie było miejsca dla kolejnego dziecka. Powiedzieli, że musimy poszukać stancji. Babcia pomogła mi znaleźć niedrogi dom w Lublinie. Nie mieliśmy łazienki. Wodę do kąpieli trzeba było gotować. Grzaliśmy węglem. Początkowo utrzymywaliśmy się z mojego zasiłku macierzyńskiego, a później z kuroniówki[1]. Korzystaliśmy z opieki społecznej.

Po kilku miesiącach mąż znalazł pracę na budowie. Coraz częściej wracał do domu pijany. Nie pomagał w domu, nie interesował się naszym dwuletnim synem. Większość czasu spędzał z kolegami i u matki. Byłam zła, ale swoje robiłam. Zawsze radziłam sobie sama.

Nocą odeszły mi wody. Obudziłam męża. Wrzasnął, że musi się wyspać, bo jutro idzie do pracy. Syn się obudził i zaczął płakać. Zadzwoniłam na pogotowie. Była jedenasta w nocy, autobusy już nie jeździły. Powiedziałam, że nie mam czym przyjechać, bo jestem sama w domu. Nasz samochód stał pod domem. Wstydziłam się, że mąż tak mnie traktuje. Wyszłam na ulicę i czekałam na przyjazd karetki. Poprosiłam mamę, by zajęła się synem. Mąż nie chciał nawet odwiedzić mnie w szpitalu. Przekonała go do tego moja matka. Przyszedł na trzeci dzień, skacowany. Tłumaczył, że z bratem oblewali pępkowe.

Gdy zbliżała się jesień, zaczął namawiać mnie na przeprowadzkę do bloku. Tłumaczył, że mielibyśmy ogrzewanie i łazienkę. Jego matka znalazła nam mieszkanie w Łęcznej, blisko własnego. Nie chciałam tego, ale w końcu uległam. Zajmowałam się dziećmi, on dostał pierwszą umowę o pracę, w kopalni. Wydzielał mi pieniądze i sprawdzał paragony. Poza zakupami nie wolno mi było wychodzić z domu. Nie chciał nawet dać mi na bilet autobusowy, bym mogła odwiedzić rodziców. Skończyła mi się kuroniówka, więc nie miałam już swoich pieniędzy. A jak z dwójką malutkich dzieci iść do pracy?

W domu zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Częste pukanie do drzwi, telefony. Mąż wychodził na klatkę i po kilkunastu sekundach wracał. Często znikał w piwnicy. Powiedziałam o tym koleżance. Postanowiłyśmy sprawdzić, co w niej chowa. Odkryłyśmy duże ilości białego proszku. Był spakowany i przyklejony do rur taśmą izolacyjną. A przecież on nie miał pieniędzy na lizaka dla dziecka! Zrobiłam awanturę. Ostrzegałam, że jeśli z tym nie skończy, pójdę na policję. Zagroził, że jeśli nie będę siedzieć cicho, powie, że jestem jego wspólnikiem.

Tłumaczył, że dzięki temu lepiej stoimy finansowo, że robi to dla rodziny. Jednak ani ja, ani dzieci nie odczuliśmy poprawy. Najstarszy syn miał wtedy trzy lata. Gdy słyszał pukanie do drzwi, biegał i krzyczał: „Kreska! Kreska! Kreska!”. W końcu powiedziałam, że albo z tym skończy, albo od niego odejdę. Tym razem byłam stanowcza. Pukanie do drzwi ucichło.

Obowiązek

Była zima, przełom 2003 i 2004 roku, zaraz po przeprowadzce. Mąż wrócił z pracy i oświadczył, że „będzie seks”. Byłam wykończona, jeszcze karmiłam piersią. Cały dom był na mojej głowie. Obrywało mi się, gdy dziecko nakruszyło ciastkiem. Celowo bałaganił i oskarżał mnie, że nie sprzątam. Nie mogłam przy nim siedzieć – bo krzyczał, że jestem nierobem. Nie pozwalał mi oglądać telewizji. A on przychodził, kładł się na kanapie i włączał mecz. W takich warunkach nie miałam ochoty na seks. Ale jego to nie interesowało. Rzucił mnie na łóżko. Dzieci spały. Mówiłam, że tak nie wolno, że nie chcę, że jestem zmęczona. Płakałam. Zrobił to na siłę. Kilka posunięć – i już.

Po wszystkim chciałam z nim na ten temat porozmawiać. Straszyłam, że pójdę na policję, ale mówił, że zrobię z siebie pośmiewisko, bo policja nie zajmuje się takimi sprawami. Tłumaczył, że seks to obowiązek małżeński. Kiedy odmawiałam współżycia, przestawał wydzielać mi pieniądze. Przytaczał Pismo Święte:

„Żona nie może swobodnie dysponować własnym ciałem, lecz jej mąż” (1 Kor 7, 4)[2].

„Żony, bądźcie uległe mężom swoim jak Panu, bo mąż jest głową żony, jak Chrystus Głową Kościoła, ciała, którego jest Zbawicielem, ale jak Kościół podlega Chrystusowi, tak i żony mężom swoim we wszystkim” (Ef 5, 22 – 24).

Zaczęłam w to wierzyć. Skoro tak mówi Pismo, to tak musi być. Odtąd kiedy chciał, mógł korzystać z mojego ciała. Zdarzało się, że szukałam wymówek – choroba, złe samopoczucie, zmęczenie. Kazał mi się kłaść i nie ruszać. Zastanawiałam się, jak ludzie mogą czerpać przyjemność z seksu. Dla mnie był to najbardziej uciążliwy z domowych obowiązków. Wolałam zmywać naczynia albo zamiatać.

Kiedy mąż dostał pracę w kopalni, wzięliśmy kredyt hipoteczny i kupiliśmy tani, zaniedbany dom w Łęcznej. Musieliśmy go sami wyremontować. On wybierał lżejsze prace, a mi przydzielał dźwiganie. Młodszy syn miał dwa i pół roku, starszy – pięć lat. Obydwaj chodzili do przedszkola. Mąż dorabiał na budowach. Zwykle zabierał mnie ze sobą. Zakładałam flanelową koszulę, czapkę, wiązałam włosy – żeby ludzie na rusztowaniu nie dziwili się, że baba robi ocieplenie. A robiłam na równi z nimi. Gdy otrzymywał pieniądze, prosiłam, żeby dał mi na kosmetyk czy ciuch. „Powinnaś się cieszyć, że masz co jeść” – mówił.

Czasem drażnił się z dziećmi – chował im zabawki lub kładł batona tak wysoko, by nie mogły go dosięgnąć. Bywało, że przez dwa dni błagały, by im go dał. Po jednej z takich sytuacji starszy syn – miał wtedy trzy lub cztery latka – powiedział, że ma ochotę wziąć nóż i wbić ojcu w plecy.

Pewnego dnia znów odmówiłam współżycia. Mąż zaczął grozić, że się powiesi. Mówił do chłopców: „Zabiję się. Pamiętajcie, to wszystko przez waszą matkę”. Powiedziałam: „Jak chcesz, to się wieszaj”. Byłam zupełnie bezsilna. Dzieci błagały: „Mamo, zrób coś, żeby tata się nie wieszał”. Zadzwoniłam na policję. Przyjechała razem z pogotowiem. Tłumaczyłam, że mąż grozi samobójstwem, a dzieci to widzą, zdrowie tracą. Patrzyli jak na pomyloną. W końcu krzyknęłam: „Mówi, że się powiesi, bo nie chcę mu dać”. Wyszłam, a oni w śmiech.

Jeden z policjantów poprosił mnie o rozmowę na osobności. Opowiedziałam, jak wygląda nasze życie. Płakałam. Poinformował mnie, że można złożyć zawiadomienie o przymuszaniu do seksu, o gwałtach. Że to jest karalne i grozi więzieniem. Nie miałam o tym pojęcia. Dopiero wtedy zrozumiałam, że dałam z siebie zrobić idiotkę.

Na drugi dzień poszłam na policję. Chciałam złożyć zawiadomienie. Zeznania przyjmował inny policjant niż ten, który mnie do tego przekonał. Opowiedziałam mu, co się dzieje.

– Mąż pracuje?

– Tak.

– A pani?

– Nie.

– To musi się pani zastanowić. Jeśli złoży pani zawiadomienie, nie będzie pani miała z czego żyć.

– To prawda. On nie jest złym człowiekiem. Pracuje, zarabia. Głodni nie chodzimy.

– To bardzo poważne oskarżenie, proszę się zastanowić.

I nie złożyłam zawiadomienia.

Po powrocie do domu powiedziałam mężowi, że byłam na komisariacie. Tłumaczyłam, że to, co robi, jest karalne. „Jak mogłaś obcemu facetowi opowiadać takie rzeczy? Nie masz wstydu! Jesteś rozpustnicą!”

Praca

Czuł, że jestem bliska odejścia. Zaczął zabierać nas na zagraniczne wakacje, kupował prezenty, nie robił awantur. Myślałam: idzie ku lepszemu. Ale po miesiącu lub dwóch wrócił do wymuszania współżycia. Ulegałam dla świętego spokoju. Z tyłu głowy wciąż miałam słowa policjanta: „Pani sobie bez niego nie poradzi”. Zaczęłam pracować w sklepie mięsnym. Zastąpiłam koleżankę, która była w ciąży. Musiałam się wysypiać. Wolałam mu szybko dać niż przez pół nocy odpychać, by w końcu i tak sobie wziął, a ja obudziłabym się niewyspana.

Chłopcy chodzili do szkół, a ja chciałam mieć trochę grosza. Mąż nie był zadowolony. Całą wypłatę musiałam przeznaczać na rodzinę – dopiero gdy się kończyła, a na to wystarczył tydzień, wydzielał mi pieniądze. Często przychodził do sklepu, robił zakupy i mówił, że zapomniał portfela. Gdy dostawałam wypłatę, połowa szła na pokrycie tych długów. Pracowałam tam rok.

Wtedy zaczęłam mieć pierwsze objawy choroby kręgosłupa szyjnego. Okazało się, że to przepuklina – lekarz powiedział, że prawdopodobnie nabawiłam się jej podczas pracy na budowie. Koleżanka, która wróciła po macierzyńskim, dostała wypowiedzenie. Szef wybrał mnie, ale musiałam zrezygnować. Nie dawałam sobie rady z dźwiganiem kilogramów mięsa. Nie mogłam wykonywać pracy fizycznej – a naukę zakończyłam na zawodówce. Mąż często powtarzał, że nie mam prawa się odzywać, bo jestem niewykształcona i głupia.

Zapisałam się do zaocznego liceum. Robił o to awantury, ale udało mi się je skończyć. Nie podeszłam jednak do matury. Średni syn szedł wtedy do pierwszej komunii. Wszystko było na mojej głowie – codzienne spotkania w kościele, organizacja przyjęcia, zajmowanie się domem i dziećmi. Nie miałam czasu, by się przygotować. Mimo to byłam dumna, że mam średnie wykształcenie. Po roku podjęłam naukę w studium archiwistyki. Nie ukończyłam jej, bo miałam wypadek samochodowy. Przez siedem miesięcy nosiłam kołnierz ortopedyczny. Nawet wtedy nie przestał zmuszać mnie do seksu. Chowałam się, uciekałam, dzwoniłam do siostry. Bywało, że rozmawiałam z nią przez telefon do drugiej w nocy, czekając, aż mąż zaśnie. Nie pamiętam, by dawała mi jakieś rady. Gadałyśmy o głupotach.

W 2013 roku zaczęłam nagrywać rozmowy z mężem. Tak na wszelki wypadek. Wiedziałam, że jeśli kiedyś zdecyduję się zgłosić znęcanie i gwałty, zrobi wszystko, by się wybielić, a ze mnie zrobić wariatkę. Niedługo po wypadku powiedział, że mam na siebie zarabiać. Odmówił dalszego dawania mi pieniędzy. Wtedy postanowiłam odejść. Najpierw jednak musiałam się uniezależnić. Znalazłam pracę w pizzerii – na pół etatu, ale pieniądze wystarczały na moje niewielkie potrzeby i zachcianki dzieci. Mama dawała mi czasem na urodziny albo fryzjera. Kupowałam za to słodycze dla synów, kolekcje kart czy żetonów, które zbierali ich koledzy ze szkoły. Żeby nie musieli się wstydzić, że nie mają. Ubrania mieli z ciucholandów. Zbierałam paragony, a mąż krzyczał: „Gdzie reszta?!”. Rozliczał mnie z każdego lizaka czy cukierka.

Chciałam założyć własną działalność – cukiernię. Planowałam złożyć wniosek o dofinansowanie z Urzędu Pracy. Mąż widział, że uparcie dążę do celu. Zaczął mnie przekonywać, bym najpierw zadbała o swoje zdrowie. Mówił, że nie dam rady pracować w kołnierzu, z bolącym kręgosłupem. Powtarzał, że dotąd sobie radziliśmy, więc nie ma potrzeby, bym się narażała. Uwierzyłam, że się o mnie martwi. Gdy miałam się spotkać z właścicielem lokalu, by podpisać umowę wynajmu, oznajmiłam, że wstrzymam się kilka miesięcy, dopóki nie dojdę do siebie.

Bezbożnica

Czasem gwałcił mnie do trzeciej w nocy. Odpychałam go, prosiłam, by tego nie robił. Dzieci wszystko słyszały. Krzyczały mu w twarz: „Ty zboczeńcu!”. Starszy miał jedenaście, może dwanaście lat. Ciągle płakałam, miałam myśli samobójcze. Nieraz mówiłam: „Dobra, kurwa, bierz! Tylko szybko, bo nie wytrzymam”. Kończył dosłownie w minutę i na chwilę przestawał być nerwowy.

W ten sposób zaszłam w trzecią ciążę.

– Nie będę cię utrzymywał. Zapierdalaj do roboty – powiedział, gdy się o niej dowiedział. Dzieci prosiły: „Tato, daj mi dwa złote”, a on: „Niech matka wam znajdzie drugiego ojca, dla mnie już nie istniejecie”. Nie rozumiałam, dlaczego tak reaguje. Myślałam o aborcji. Do zapłodnienia doszło w wyniku gwałtu, więc myślałam, że zabieg byłby w moim przypadku legalny. Ale jak udowodnić, że zgwałcił mnie mąż?

Zanim zaszłam w ciążę, wniosłam o przyznanie mi stopnia niepełnosprawności. Kiedy nadszedł termin komisji, miałam już widoczny brzuch. Było mi potwornie wstyd – niezdolna do pracy i w ciąży! Myślałam, że mnie wyśmieją, ale przyznali mi stopień lekki.

Co niedziela całą rodziną maszerowaliśmy do kościoła. Dzieci za rączki, klękanie, spowiedź raz w miesiącu. A po powrocie do domu mąż popychał mnie, szarpał, gwałcił. Jakby chciał, żebym poroniła. Chłopcy nie zawsze chcieli iść na mszę. Uważałam, że nikogo nie należy do tego zmuszać. Tak jak do seksu. Mąż krzyczał, że jestem bezbożnicą.

Średni syn miał kolegę, którego mama pracowała w PCPR. Kilka razy rozmawiałyśmy, odbierając dzieci ze szkoły. Kiedyś z uprzejmości zapytałam, co oznacza ten skrót. Wyjaśniła, że to Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie – instytucja, do której zwracają się osoby doświadczające przemocy. Wyraziłam podziw, że zajmuje się tak trudnym tematem.

Po którejś z awantur przypomniałam sobie o tej rozmowie. Byłam w trójce klasowej, więc miałam do tej kobiety numer. Zadzwoniłam. Powiedziała, żebym umówiła się na spotkanie. Po rozmowie z psychologiem założono mu Niebieską Kartę. Był 2015 rok.

Gdy mąż się o tym dowiedział, zaczął mnie oczerniać. Mówił, że jestem złą matką, nadużywam alkoholu, kłamię. Dzieciom powtarzał: „Zrobię wszystko, żebyście trafiły do domu dziecka”. Biegał do ośrodka, płakał, opowiadał, że go krzywdzę. Pokazywał siniaki. Nie wiem, skąd się wzięły. Prosiłam, żeby przyszedł do nas ktoś z PCPR-u i porozmawiał z dziećmi. Nikt mnie nie słuchał.

Asystent

Ciąża nasiliła moje problemy z kręgosłupem. Były dni, kiedy nie mogłam chodzić. Pod koniec wlokłam się na czworaka. Nie mogłam brać leków przeciwbólowych, ponieważ zagrażały życiu płodu. Pod koniec ósmego miesiąca zadecydowano o cesarskim cięciu. Po porodzie nie byłam w stanie zmienić dziecku pieluchy, ukroić chleba. Straciłam władzę w rękach. Mąż mówił: „Wiedziałaś, że nie dasz sobie rady, trzeba było usunąć”.

Poszłam do lekarza w Łęcznej. Od razu przekierował mnie na SOR. Odciągnęłam pokarm do butelki i zostawiłam w lodówce. Dostałam kroplówki i silne zastrzyki. Wypuścili mnie około trzeciej w nocy. Mąż był wściekły, że musiał przez kilkanaście godzin opiekować się najmłodszym synem.

Często nosiłam kołnierz ortopedyczny. Gdy tylko czułam, że mój stan się pogarsza, szłam do szpitala i prosiłam o zastrzyki. Nie mogłam dopuścić do sytuacji, w której nie byłabym w stanie zajmować się dziećmi. A on coraz częściej wybywał z domu. Stroił się. Podejrzewałam, że mnie zdradza, ale zaprzeczał.

Dostałam kosiniakowe – roczną zapomogę dla bezrobotnego rodzica. A potem weszło 500+ i poczułam się panią swojego losu.

W 2017 roku powiedziałam mężowi, że to koniec. Siłą zaciągnął mnie do poradni małżeńskiej. Tłumaczyłam: „Nie jestem rzeczą, którą można odłożyć na półkę i w dowolnej chwili z niej zdjąć. Do tej pory byłam poniżana i obrażana. A teraz on chce ratować małżeństwo?”. Terapeutka powiedziała mu wprost: „Nie można nikogo zmuszać do bycia razem. Nie pomogę panu”.

Jakiś czas później wrócił z pracy i powiedział: „Nie popisałaś się wczoraj”. W nocy nie chciałam mu się oddać.

– Gdzie są pieniądze?

– Młody był w sklepie. Kazałam mu kupić mleko, chleb.

– Gdzie jest paragon?

– Zapomniał wziąć ze sklepu.

Podszedł do syna:

– Ile pieniędzy wydałeś? Skąd masz te chipsy?

Rzucił w niego ciężkim portfelem. Syn wytłumaczył, że kupił je za swoje oszczędności – i w płacz. Przyjechały moja mama i siostra. Krzyczały na niego, a on na nie. Powtarzał, że to moja wina – bo rozpowiadam, że się nad nami znęca. Podbiegł do syna, zaczął nim szarpać, wyrwał kable od komputera.

Siostra wezwała policję. Przyjechała po kilkunastu minutach. Mąż wyjaśnił, że syn nie posprzątał pokoju i że ciągle siedzi przy komputerze. Tak się zawsze kończyły u nas interwencje – okazywało się, że to ja jestem winna, bo nie pozwalam mu wychowywać dzieci.

W końcu odwiedziły nas pracownice z PCPR-u. Porozmawiały z dziećmi. Zaproponowały, bym wniosła o przydzielenie asystenta rodziny – przychodziłby do nas codziennie, obserwował, co się dzieje. Odetchnęłam z ulgą. Zapytałam chłopców, czy tego chcą. Chcieli.

Najpierw jednak mąż musiał wyrazić zgodę. Takie są procedury. Kiedy po jednej z awantur zadzwoniłam na policję z prośbą o interwencję, usłyszałam: „Ale przecież to pani ma Niebieską Kartę”. Założył ją, kiedy próbował wszystkich przekonać, że to ja robię mu krzywdę. Nie miał wyjścia – musiał zgodzić się na asystenta. Odmowa oznaczałaby przyznanie się do kłamstwa.

Pamiętam ostatni raz, kiedy zadzwoniłam pod 997. Potrzebowałam pieniędzy na zakupy spożywcze, a mąż nie chciał mi ich dać. Zawsze chował przede mną portfel. Gdy zobaczył, że go znalazłam, wpadł w furię. Rzucił się na mnie i dziecko, które miałam na rękach. Starsi chłopcy próbowali go odciągnąć. Kiedy tylko udało mi się wyswobodzić, zadzwoniłam na policję z prośbą o interwencję. Przyjechało dwóch funkcjonariuszy. Jeden z nich zaczął na mnie krzyczeć – jakim prawem żądam pieniędzy męża? Rozejrzał się po domu i stwierdził: „Przecież niczego tu nie brakuje, wszystko jest!”. Zagroził, że złoży skargę na bezpodstawne wzywanie policji i będę musiała pokryć koszty interwencji. Wkurzyłam się. Powiedziałam, żeby to zrobił – niech mnie ukarzą za szukanie pomocy.

Wtedy postanowiłam, że już nigdy nie wezwę policji. Ani razu mi nie pomogli.

Chodziłam do PCPR-u i MOPS-u, skarżyłam się, a on w odpowiedzi robił to samo – opowiadał, że to ja jestem agresywna. Urzędnicy rozkładali ręce. Powtarzali: „To słowo przeciwko słowu”. W końcu złożyli wniosek o ograniczenie nam władzy rodzicielskiej.

Wtedy postanowiłam się wynieść – z trójką dzieci, chorym kręgosłupem, bez pieniędzy. 500+ dostawałam na dwóch synów. Mąż jest górnikiem, jego dochody znacznie przekraczały minimum uprawniające do zasiłku na pierwsze dziecko. Pomagały mi mama i siostra. Zamieszkaliśmy w klitce, ale chłopcy byli zadowoleni. Bali się ojca. On szukał rozmaitych sposobów, by utrzymywać z nimi kontakt. Zabierał ich na zakupy, siłownię, basen. W trakcie tych spotkań pytał, kiedy wrócimy do domu. Odpowiadali, że najpierw musi iść na terapię. Wtedy krzyczał: „To z nią jest coś nie tak! To ona jest chora psychicznie!”. Nie chciał się zajmować najmłodszym synem. Kiedy ze względu na kręgosłup leżałam w szpitalu, kazał sobie płacić za opiekę nad dzieckiem.

W sprawie dotyczącej ograniczenia władzy rodzicielskiej jedynym moim świadkiem była asystentka. Widziała, co działo się w domu. Mówiła, że dzięki wyprowadzce dzieci są spokojniejsze, bardziej radosne, nie żyją w ciągłym strachu. Dzięki jej zeznaniom i nagraniom, które dostarczyłam na płycie CD, wniosek został oddalony, a kilka miesięcy później sąd zobowiązał męża do płacenia alimentów na trójkę dzieci. Wtedy wniósł pozew o rozwód bez orzekania o winie. Nie zgodziłam się. Niczemu nie jestem winna. Sprawa rozwodowa ciągnie się od ponad dwóch lat.

Dyktafon

Codziennie, gdy mąż jechał do pracy, wracaliśmy do naszego domu. Młodszy syn, dwulatek, lubił bawić się w ogródku. Pewnego dnia znalazłam w kotłowni słoik z zielonym suszem. Kilka dni później zauważyłam tam swoje świadectwo pracy, przyszykowane do spalenia w piecu. Pomyślałam: nigdy nie odpowie za gwałty, niech chociaż siedzi za narkotyki. Powiadomiłam dzielnicowego. Poprosiłam o anonimowość. Aresztowano go przed wejściem do kopalni, gdzie pracował. Wyszedł po dwóch godzinach i od razu do mnie zadzwonił: „Dowiem się, kto to zrobił, wszystko będzie w aktach”. Na drugi dzień pojawił się pod stancją. Mówił, żebym zeszła na dół, bo musimy porozmawiać. Gdy wyszłam, trzymał w ręku skierowany w moją stronę telefon i oznajmił:

– Jak masz u siebie narkotyki, wyrzuć je od razu, bo ci przetrzepią mieszkanie.

Próbował mnie wrobić. Odwróciłam się i odeszłam.

– To twoja sprawka? – dopytywał. Okazało się, że policja wparowała od razu do kotłowni. Mogli przynajmniej udawać, że przeszukują cały dom.

Za słoik z marihuaną dostał 150 złotych grzywny i zobowiązanie do pokrycia kosztów sądowych.

Tydzień później zaczął pisać SMS-y, pytał o zdrowie dzieci. Byłam przekonana, że się przestraszył i gra dobrego tatusia, bo jest na podglądzie.

Niedługo potem przywiózł średniego syna z treningu MMA. Mówi: „Jest zarobek”. Myślałam, że chce wykorzystać moją słabą sytuację finansową, by wciągnąć mnie w handel narkotykami. Następnego dnia miałam przyjechać na działkę siać – ogórki, sałatę, marchewki. Robiłam to co roku. „Przyjedziesz jutro, to ci powiem”.

Wzięłam ze sobą najmłodszego syna. Mąż się nawet nie przywitał. Wyglądał na obrażonego. Poprosiłam, żeby popilnował dziecka, a ja w tym czasie poszłam kupić nasiona. Zahaczyłam jeszcze o tanią odzież. Nie było mnie z pół godziny. Byłam przekonana, że sprawa, o której chciał porozmawiać, dotyczy narkotyków, więc włączyłam dyktafon i schowałam go do torebki. Kiedy wróciłam, syn spał.

– Będę ci płacił 150 złotych. Ty mi pomożesz i ja ci pomogę. Ja tobie finansowo, ty mi seksualnie – rzucił mąż.

– Chyba jesteś chory – odpowiedziałam, śmiejąc mu się w twarz.

Wtedy podszedł i wziął mnie na ręce. Wyrywałam się, ale nic sobie z tego nie robił. Zaniósł mnie trzy pokoje dalej i rzucił na łóżko. Torebka z nagrywającą komórką została w kuchni.

Nigdy nie zapomnę jego wyrazu twarzy. Wyglądał, jakby był naćpany. Miał rozszerzone źrenice. Prosiłam, byśmy porozmawiali. On na to: „Cicho, bo dziecko obudzisz”. Więc zamilkłam. Wszystko działo się tak szybko, że nie zdążyłam się zastanowić. Zareagowałam instynktownie, jak matka.

Robił ze mną, co chciał. W pewnym momencie zaczęłam udawać, że bardzo chce mi się siku. Mówił, że go okłamuję, ale naciskałam. W końcu mi pozwolił. Siedziałam na ubikacji i nie wiedziałam, co robić. Chciałam uciekać, ale nie mogłam zostawić małego. Otworzyłam okno i odpaliłam papierosa. Do męża zadzwonił telefon. Rozmawiał, stojąc w drzwiach i blokując mi przejście.

Gdy skończył, upomniał mnie, bym nie paliła w domu. Powiedziałam: „Odchodzę. Idę”. On, że nie ma mowy. Zaczęliśmy rozmawiać o ogródku. Pytałam o glebę, rodzaje nasion. Wszystko, by nie wrócił do gwałcenia. Po kilku minutach rozmowa go znudziła. Wziął mnie na ręce i zaniósł na to samo łóżko. Wyrywałam się z całych sił. Usiadł na mnie i przytrzymał mi ręce. Jestem drobna, on potężny i wysportowany. Używałam rozmaitych argumentów. „Mam okres” – skąd mi to przyszło do głowy? Miałam na sobie białe spodnie, widział, że nie noszę podpaski. „Porozmawiajmy” – o czym? „Przepraszam, czy mógłbyś mnie nie gwałcić?” Po krótkiej szarpaninie bolało mnie całe ciało. Nadwyrężyłam chory kręgosłup. W końcu uznałam, że lepiej się poddać. Było jak zawsze. Raz-dwa – i po wszystkim. Na końcu powiedział: „I po co panikowałaś? Widzisz, ile to trwało?”. A po chwili: „Tylko żebyś nikomu nie wypaplała. To zostaje między nami”.

Poczułam przedziwny spokój. Jakbym pogodziła się z rzeczywistością. Zaczęliśmy rozmawiać. Byłam trochę nieobecna, ale odpowiadałam. Zaproponował, że naprawi mi coś w samochodzie. Dziecko spokojnie spało. Przebrałam się w dresy i poszłam do ogródka. Jedną ręką kopałam w ziemi, drugą pisałam SMS-y: do siostry, koleżanki i asystentki rodziny.

Rozpłakałam się dopiero po powrocie na stancję. Długo nie mogłam się uspokoić. Zadzwoniłam do asystentki. Poradziła, bym poszła na policję. Nie chciałam. „Po miesiącu zapomnę. Dla mnie to nic nowego. Jeśli to zgłoszę, będzie się mścił” – odpowiedziałam. Postanowiłam, że nigdy więcej nie pojadę na działkę. Gwałt przyjęłam jako nauczkę za nierozwagę.

Ale nerwy miałam w strzępkach. Któregoś dnia lałam wrzątek do dziecięcej butelki. Rozległ się dzwonek do drzwi, a ja podskoczyłam i wylałam go na siebie. Całe nogi miałam poparzone. Bez przerwy się trzęsłam, wszystko leciało mi z rąk. Wychodząc z domu, modliłam się, by nie spotkać męża. Ale widziałam go w każdym obcym mężczyźnie. Bałam się. Siedząc w domu, słyszałam pukanie, choć za drzwiami nikogo nie było.

Nachodził mnie prawie codziennie. Pisał SMS-y: „Chodź do mnie”, „Ja chcę dla ciebie dobrze”, „Zmieniam się”, „Zbłądziłaś”. Nie reagowałam. Po gwałcie bóle kręgosłupa bardzo się nasiliły. Miałam problem z chodzeniem. Lekarze podejrzewali boreliozę, reumatyzm, a nawet stwardnienie rozsiane, ale badania wykluczyły wszystkie te choroby. W końcu uznali, że pogorszenie mojego stanu ma podłoże nerwowe.

Asystentka wciąż nakłaniała mnie, bym zgłosiła gwałt. Po tygodniu powiedziała, że albo ja to zrobię, albo ona. Pomyślałam: o ty suko, to ja ci w tajemnicy, a ty chcesz donosić na policję? Nie chciałam tego, ale w końcu uległam. W maju 2018 roku razem poszłyśmy na komisariat. Zgłosiłam gwałt. Opowiedziałam również o tym, jak mąż wziął mnie siłą w 2004 roku.

Zabrałam ze sobą telefon z nagraniem. Policjantka powiedziała, że jeśli nie chcę, by sprawa została umorzona, muszę sama je spisać – bo jeśli ona czegoś nie usłyszy, to napisze „niewyraźne”. Zapytałam, czy nie mają do tego profesjonalnego sprzętu. „Nasze sprzęty są do morderstw, poważniejszych przestępstw”. Wróciłam do domu, wstawiłam obiad i założyłam słuchawki, żeby spisać nagranie. Słuchałam, jak gwałci mnie mąż, i spisywałam słowa, które dało się wychwycić. Płakałam. Najstarszy syn zaczął krzyczeć: „Czego ty wyjesz? Opanuj się w końcu. To nie wiedziałaś, do kogo idziesz? Po co żeś tam poszła?”.

Spojrzałam na kartkę:

ja:Uśpiłeś go?

on:No _ _ _ _?

od (4:16)

on:Ta propozycja właśnie moja wiesz jaka była?

ja:Co?

on: _ _ _ _ _

ja:Ha ha ha.

Ty chory jesteś?

on:Dlaczego ja chory jestem?

ja:Jaki ty nienormalny jesteś.

Weź mnie zostaw.

on: _ _ _ _ _ ?

ja:Weź, nie.

Słuchaj, nie. (do 6 min)

ja:Weź, chodź pogadamy, słyszysz. (od 6)

Nie, przestań.

Nie, chodź pogadamy.

on:Cicho, bo mały śpi.

ja:Nie, weź.

Weź, skończ, chory jesteś.

on:Nie no, weź.

ja:Nie.

on:Weź.

ja:Nie.

ja:Nie, naprawdę nie.

on:Ale tylko pokaż.

Ja ci tylko pokażę.

ja:Nie _ _ _ _ _

on:Ale tylko pokaż.

ja:Nie, naprawdę nie chcę.

Dalej nie dałam rady. Resztę spisała policja. Prokuratura Rejonowa w Lublinie wszczęła dochodzenie w sprawie znęcania i gwałtu. Myślałam, że fragmenty, które udało się usłyszeć, wystarczą do skazania. To między innymi:

K:(Nie, puść mnie! ?)…

K:(Nie, nie trzeba… ?)…

K:(Nie… ?)…

M:(…nie idź, chodź! ?)…

K:Nie, chodź! Dziecko śpi…

K:Czekaj, nie!

M:(Słyszysz?! ?)

K:Czekaj, kawy chcę się napić!

M: ……… ………. ………. ……….

K:Siadaj! Pogadamy!

M:To chodź…

K:Nie, siadaj, pogadamy!

M:Chodź! ………. ………. ………. ………. ……….

K:Czekaj, (ja chcę?) swój telefon!

I dalej:

K:No nie, to nie jest, to nie jest odpowiedni moment w ogóle…

M:(Chodź ?) ………. ………. ………. (Chodź! ?)

K:A ja tak nie mogę. (Ja taka nie jestem. ?)

K:(Chodź! Ja ?) ………. ………. ………. ……….

K:Nie! Naprawdę! Nie! ………. ………. …. Nie, powiedziałam!

M:Cicho!

K:Nie chcę!

M:Cicho!

K:No, weź! Puść mnie! Nie! Masz mnie puścić! Nie chcę,

naprawdę!

K:(Ale… ?)

K:…Nie chcę, naprawdę!…

K:Ale nie chcę ………. ………. ………. Przyjechałam pogadać…

K:Nie! (Ja naprawdę mówię, nie ?)…

K:Nie!…

K:…nie! (Paweł, naprawdę nie! ?) Słyszysz, co mówię?

K:…(No nie, ja nie chcę!?) Nie, nie, (Paweł?) nie, naprawdę…

Później:

M:(I ?) ile czasu trwało mierzyłaś?

K:Co?

M:Ile czasu trwało mierzyłaś?

K:(Weź przestań! ?)

M: (No co weź przestań ?) … (To ?) między nami zostaje, nie?

K:No, tylko że wiesz…

Wina

Wieczorem, w dniu zgłoszenia, policjanci przyjechali po ubrania – dobrze, że nie zdążyłam uprać tych białych spodni. Mąż zeznał, że przyszłam w spódnicy, by go sprowokować.

Kilka dni później chcieli wziąć poszewkę od materaca w pokoju, w którym to się stało. Mąż nie otwierał drzwi, a nasz owczarek niemiecki nie pozwolił im wejść na posesję. Zadzwonili do mnie.

– Ma pani klucz?

– Mam.

– Musi pani z nami pojechać.

– Nie ma mowy. Nie wejdę tam. Tam zostałam zgwałcona.

– To może być ważny dowód, bez niego może nie zostać skazany.

Pojechałam. Związałam psa. Mąż wyszedł z domu i zapytał, co się stało. Spanikowałam. Sprintem wybiegłam poza posesję. Oświadczyłam, że poczekam na zewnątrz. Policjanci wrócili po godzinie.

Wsiadłam z nimi do radiowozu.

– I jak mój mąż? Był agresywny?

– Nie, był bardzo spokojny – spojrzeli na siebie z uśmiechami.

Wiedziałam, że przedstawił im własną wersję wydarzeń, i czułam, że mu uwierzyli. Mąż nie wygląda na kryminalistę. Kiedy chce, potrafi sprawiać wrażenie miłego, kulturalnego człowieka. Kolejnego dnia przyszła do mnie asystentka i powiedziała, że jej się przyznał. „Zrobiłem to, bo mnie sprowokowała. Najpierw próbowała mnie wrobić w narkotyki, a teraz w gwałt”. I dodała: „Jeżeli pani to ukartowała, to jest pani dobrą aktorką. Mogłaby pani dostać Oscara”.

Kiedy składałam zawiadomienie w sprawie gwałtu, policjant powiedział, że mogę wnieść o tymczasowy zakaz zbliżania. Zrobiłam to, ale zakazu nie dostał. Nachodził mnie, wydzwaniał, wypisywał SMS-y.

Gdy był na urlopie, ja zeznawałam w sądzie. Na końcu sędzia zapytał: „Czy pani chce, żeby mąż był ścigany?”. Nie wiedziałam. Powiedziałam, że on się już chyba nie zmieni, więc może lepiej, by poniósł konsekwencje. Czułam się winna, jakbym niszczyła mu życie. Dopiero potem asystentka uświadomiła mi, że gwałt jest ścigany z urzędu. To obowiązek wymiaru sprawiedliwości, nie moje widzimisię.

Sporządzona przez policję transkrypcja nagrania gwałtu została dołączona do akt sprawy. Mąż przyznał, że doszło między nami do współżycia, ale utrzymywał, że go sprowokowałam:

Odnośnie zdarzenia z 5 maja 2018 roku Paweł R. zeznał, że żona przyjechała do jego domu, chcąc posadzić ogórki na działce, co zdziwiło go, bo wcześniej nie przyjeżdżała na działkę w jego obecności. Wskazał, że przyjechała wystrojona, ubrana w krótką spódniczkę i wymalowana. W pewnym momencie Anna R. przyszła do domu i zaczęła go obmacywać, łapać za genitalia i prowokować, przy czym robiła kontrast, gestami robiła co innego, a mówiła co innego. Doszło między nimi do stosunku seksualnego, którego Anna R. sama chciała. Według Pawła R. on początkowo nie chciał z nią współżyć, tylko został sprowokowany. Anna R. wyraziła zgodę na stosunek, dobrowolnie się oddała, chociaż słowami mówiła co innego. Gdyby nie chciała współżyć, z uwagi na jej charakter podrapała, uderzyłaby go i nie dopuściła do stosunku. Paweł R. dodał, że gdy mieszkał z żoną i ona nie chciała współżyć, to nie mógł jej do tego zmusić, dlatego nigdy nie dochodziło do zbliżeń bez jej zgody. Były sytuacje, w których Anna R. wymuszała, by płacić jej za stosunek.

17 grudnia 2018 roku prokuratura umorzyła postępowanie. W uzasadnieniu można przeczytać, że strony są w trakcie rozprawy rozwodowej, a przedmiotowe zdarzenie mogło być próbą uzyskania korzystnego dla siebie dowodu – w końcu staram się o rozwód z orzeczeniem o winie męża.

Mając na uwadze wskazany powyżej materiał dowodowy, nie można w sposób jednoznaczny ustalić, iż doszło do doprowadzenia Anny R. przemocą do obcowania płciowego dnia 5 maja 2018 roku oraz w 2004 roku. Wskazać należy, że zeznania Anny R. oraz Pawła R. są w tym zakresie sprzeczne. Paweł R. nie kwestionuje tego, że dnia 5 maja 2018 roku odbył stosunek seksualny z pokrzywdzoną, jednakże wskazuje, że działo się to za jej zgodą i w wyniku jej prowokacji. Nagranie dołączone do akt sprawy nie wskazuje na fakt zgwałcenia Anny R. Z nagrania dało się wyłapać słowa Anny R. wskazujące, że czegoś odmawia. Jednakże zachowanie pokrzywdzonej wynikające z dalszej części nagrania, tj. normalna rozmowa na temat szpadla i ogórków, nie wskazuje, by miało dojść do zmuszenia Anny R. do obcowania płciowego, co niewątpliwie byłoby dla pokrzywdzonej znaczną krzywdą i traumą […].

Złożyłam zażalenie, które zostało uwzględnione:

Decyzja Prokuratura w ocenie Sądu na tym etapie postępowania jest przedwczesna. Odnosząc się do okoliczności popełnienia czynu z art. 197 kk, podkreślić należy, że w przypadku przestępstwa zgwałcenia ze strony sprawcy występuje atak na swobodę procesu decyzyjnego w sferze przyzwolenia seksualnego, a wobec niepełnych ustaleń w sprawie niemożliwe jest na tym etapie stwierdzenie, czy Anna R. poddała się obcowaniu płciowemu z własnej inicjatywy i woli, czy też była zmuszona przez napastnika. Słusznie zarzuca skarżąca, iż nie zostały przeprowadzone wszystkie czynności, które mogłyby przyczynić się do wyjaśnienia sprawy, zwłaszcza tego, czy Anna R. została doprowadzona przemocą do obcowania płciowego. Istotny w tym zakresie jest dowód z nagrania zdarzenia przedstawiony przez pokrzywdzoną, którego treść mimo przeprowadzonych badań fonoskopijnych w przeważającej części nie została odtworzona. Jednak z już dostępnego zapisu nagrania wynika, iż pokrzywdzona wyrażała sprzeciw wobec podejmowanych przez Pawła R. czynności. […] W kontekście ustaleń sprawy co do ewentualnego sprowokowania zdarzenia przez pokrzywdzoną, wskazać należy, że słuszne są zarzuty skarżącej, iż organ prowadzący postępowanie przygotowawcze oparł swoje rozstrzygnięcie w tym zakresie w przeważającej części na twierdzeniach pochodzących od Pawła R., mimo że w wielu miejscach stanowisko przez niego prezentowane nie znajduje potwierdzenia w dowodach. I tak też konieczna jest weryfikacja twierdzeń Pawła R. co do tego, w co była ubrana Anna R. Jak bowiem wynika z zeznań pokrzywdzonej, miała na sobie spodnie, które zostały zabezpieczone w toku postępowania, podczas gdy Paweł R. wskazywał, że żona prowokowała go m.in. swoim ubiorem. Wobec ujawnionej między stronami korespondencji sms-owej, z której wynika, że Paweł R. spodziewał się tego dnia żony na działce, wątpliwości budzą też jego twierdzenia co do tego, iż był zaskoczony przyjazdem Anny R.

Ściana

Codziennie wchodzenie z dzieckiem na trzecie piętro było katorgą dla mojego kręgosłupa. Za wynajęcie mieszkania płaciłam 1100 złotych. Po roku właściciel postanowił podnieść cenę. Nie mogłam sobie na to pozwolić. W dodatku mąż straszył mnie, że będę musiała zwrócić mu połowę czynszu za wszystkie miesiące, podczas których nie było mnie w domu. Musieliśmy tam wrócić. Nasz dom składał się z łazienki, pokoju chłopców i dużej kuchni połączonej z salonem. Postawiłam ściankę działową, która oddzieliła salon od kuchni.

Od dwóch lat znowu mieszkamy razem, ale mąż większość czasu spędza u nowej partnerki. Sprawa rozwodowa ciągnie się od ponad dwóch lat. Celowo ją przedłuża – pisze zażalenia, w których twierdzi, że utrudniam mu kontakt z synami. Nadal stara się mnie kontrolować. Prawie codziennie przyjeżdża i sprawdza, czy jestem w domu. Jeśli nie, pyta synów, dokąd poszłam. Zwykle odpowiadają, że nie wiedzą. Tak się umówiliśmy. Od czasu do czasu zabiera ich na obiad czy lody i przekonuje, że próbuję go wrobić, bo jestem mściwa i chora psychicznie. Mówią mi o tym. Nie wierzą mu, ale bywa, że mają mętlik w głowach.

Nie żyje nam się dobrze, ale lepiej niż przez większość małżeństwa. Przynajmniej mnie już nie gwałci. Kiedyś to był mój chleb powszedni, ale ostatni raz wstrząsnął mną wyjątkowo – pewnie dlatego, że się odzwyczaiłam. W trakcie rozprawy rozwodowej mąż opowiadał, że w kuchni paraduję w majtkach. „Do czego ona chce doprowadzić, chce mnie znowu sprowokować?” Nie mam pojęcia, kiedy widział mnie w samych majtkach. Kiedy wstaję, od razu zakładam spodnie.

Któregoś dnia przyszła do nas kuratorka sądowa. Miała przeprowadzić wywiad środowiskowy. Mąż nie dał mi dojść do głosu. Gdy próbowałam coś powiedzieć, zagłuszał mnie: „Proszę pani, pani jej nie wierzy, ona jest psychicznie chora, powinna się już dawno leczyć psychiatrycznie”. Na szczęście musiał wyjść do pracy. Opowiedziałam jej, jak wygląda nasze życie. Potem porozmawiała z synami. Przyznali, że tata przez całe życie się nad nami znęcał.

Gdy wychodziła, powiedziała, że widać po naszej czwórce, że jesteśmy prawdziwą rodziną. Czuć między nami bliskość i ciepło. Wzruszyłam się. Ile ja prosiłam, żeby porozmawiali z dziećmi! Przecież to chodzące dowody.

Od 2013 roku rejestrowałam wszystko, co działo się w naszym domu. Fotografowałam rany, siniaki, nagrywałam rozmowy. Popatrz, na tym zdjęciu mam rany na wargach. Tu ślady na ciele. Tamtej nocy pobił mnie kablem, bo kręciłam się po domu, gdy mały wymiotował. Miał jelitówkę, następnego dnia musiałam z nim jechać do szpitala.

Tutaj mąż pobił syna. Ma rany na szyi. Za co? Jadł kanapkę w pokoju i kruszył.

Mam setki zdjęć i jeszcze więcej nagrań. Przechowuję je wszystkie na komputerze i płytach.

25 maja 2020 roku Prokuratura Rejonowa w Lublinie wznowiła dochodzenie w sprawie gwałtów, a 29 czerwca zadecydowała o postawieniu męża w stan oskarżenia. Czekam na pierwszą rozprawę.

Przyznano mi prawniczkę z urzędu. Zupełnie się nie stara. Kiedy poprosiłam, by zawnioskowała o możliwość zrobienia fotokopii akt sprawy, odparła, że sama mogę się tym zająć. Rzadko odbiera telefon, nie odpowiada na moje wiadomości. Mąż wynajął sobie dobrego obrońcę. Ma opinię bezwzględnego i skutecznego.

Nie mam już sił na walkę, ale wiem, że muszę ją z siebie wykrzesać. Mam koszmary, w których on ponownie mnie krzywdzi. Budzę się i nie śpię do rana. Odkąd wznowiono sprawę dotyczącą gwałtu, czuję się bezpieczniej. Mimo to miewam myśli samobójcze. Nawet jeśli wygram sprawę rozwodową, a on zostanie skazany, nie odzyskam tego, co mi odebrał. Zdrowia, radości z życia, spokoju. Nie wiem, czym sobie na to zasłużyłam.

Imię sprawcy zostało zmienione.

[1] Kuroniówka – potoczne określenie zasiłku dla bezrobotnych wprowadzonego przez Jacka Kuronia, ministra pracy i polityki społecznej w latach 1989 – 1991.

[2] Cały cytat: „Niech mąż oddaje powinność małżeńską żonie, a żona mężowi. Żona nie może swobodnie dysponować własnym ciałem, lecz jej mąż. Podobnie i mąż nie może swobodnie dysponować własnym ciałem, lecz jego żona. Nie uchylajcie się od współżycia małżeńskiego, chyba za wspólną zgodą i tylko na pewien czas, aby poświęcić się modlitwie. Potem znowu podejmijcie współżycie, aby nie kusił was szatan, wykorzystując waszą niepowściągliwość” (Biblia Poznańska).