Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
11 osób interesuje się tą książką
Kiedy serce chce więcej…
Przez całe życie przylepiano jej łatkę „grzecznej dziewczynki” – osoby spokojnej, cierpliwej i przewidywalnej. Mało kto jednak wiedział, że pod tą maską kryje się natura pełna sprzecznych emocji i niewypowiedzianych pragnień. Losy bohaterki nierozerwalnie splatają się z życiem dwóch mężczyzn, z którymi łączą ją skomplikowane relacje. Miłość, zazdrość, cierpienie i wybaczenie – wszystkie te uczucia współtworzą opowieść o kobiecie, której finał może napisać tylko ona sama.
Tomasz Wandzel – autor bestsellerowej serii kryminałów Komisarz Oczko oraz wielu powieści kryminalnych, historycznych i obyczajowych.
Grafiki na okładce częściowo wygenerowane przy użyciu AI
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 223
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tomasz Wandzel
@lindcopl
e-mail: [email protected]
Tytuł oryginału: Grzeczna dziewczynka
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Książka ani jej część nie może być przedrukowywana
ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana
w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody
Wydawnictwa Lind & Co Polska sp. z o.o.
Ten e-book jest zgodny z wymogami
Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Wydanie II, 2026
Opracowanie redakcyjne: Kamila Recław Słowa Kluczowe
Projekt okładki: Studio KARANDASZ
Grafiki na okładce częściowo wygenerowane przy użyciu AI:
Beata Kulesza-Damaziak
Samina, Platon (Adobe Stock)
Copyright © dla tej edycji:
Wydawnictwo Lind & Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026
ISBN 978-83-68736-27-4
Kobieta o dziewczęcej naturze
Miała w oczach blask,
zachód słońca rozdarty błyskiem nieba.
Miała w głowie myśli,
które znał jedynie Bóg.
Miała w sercu tłum uczuć,
a wszystkie pragnęły dojść do głosu.
Miała w ciele żarliwość,
której starczyłoby dla nieba, piekła i ziemi.
Nikt nie chciał jej zrozumieć.
Wspaniałej, pięknej, mądrej
kobiety o dziewczęcej naturze…
Grzeczna Dziewczynka to jakby moje drugie imię, choć bywają chwile, gdy myślę, że pierwsze i jedyne. Nie pamiętam dokładnie, kto i kiedy tak mnie nazwał. Prawdopodobnie było to jeszcze w czasach piaskownicy, wiaderek i lalek. Najpewniej któraś z matek moich koleżanek, widząc spokój, grację, cierpliwość, z jaką lepiłam babki, nazwała mnie „grzeczną dziewczynką”. Moi rówieśnicy podchwycili ten przydomek i już mało kto, z wyjątkiem rodziców, mówił do mnie po imieniu, choć i oni w szczególnych chwilach wyłuskiwali to określenie z pamięci. Ktokolwiek wymyślił przezwisko, zwyczajnie źle zinterpretował to, co widział. Nie cierpliwość, spokój i gracja, ale nuda i zniechęcenie towarzyszyły mi w piaskownicy. Bywały chwile, w których nienawidziłam tego przezwiska. Zwłaszcza wtedy, kiedy mimo wewnętrznego sprzeciwu, musiałam być jak ta „grzeczna dziewczynka”. Dziękowałam za to niebiosom, że wszyscy widzą we mnie grzeczną dziewczynkę wtedy, gdy moja prawdziwa natura dawała o sobie znać, a najczęściej wynikały z tego kłopoty.
– Janusz, Kinga nie stłukła tego wazonu specjalnie, to był wypadek – tłumaczyła matka moje dziwne zachowanie.
Ojciec nie do końca był przekonany o przypadkowości zdarzeń. Pewnie domyślał się, że wazon został zniszczony z premedytacją.
– No popatrz sam, jaka z niej grzeczna dziewczynka – mówiła, głaszcząc mnie po starannie zaplecionych warkoczykach.
Tylko B. odkrył moją prawdziwą naturę.
– Wiesz, że masz w sobie diabła? – stwierdził pewnej nocy, gdy pod nieobecność jego żony leżeliśmy spełnieni w ich małżeńskim łóżku.
Miałam wtedy trzydzieści dwa lata i nie pamiętałam już, że jeszcze kilkanaście lat wcześniej byłam grzeczną, cichą dziewczynką. Posłuszną, miłą córeczką. Pilną i zdolną uczennicą.
W moim pokoju panował wręcz nieznośny porządek. Lalki siedzące na jednej półce, misie na drugiej, trzecia zarezerwowana dla książek. Według rodziców byłam wzorem idealnej córki. Wszystkie ich prośby i polecenia wykonywałam bez protestów. Nauczyciele powtarzali:
– Z twoimi zdolnościami, pilnością i determinacją daleko zajdziesz i wiele osiągniesz.
Taki stan rzeczy panował do ostatniej klasy liceum. Szczęśliwie przetrwał nawet zazwyczaj burzliwy okres dojrzewania. Mimo że nie byłam jakimś dziwolągiem, ale dziewczyną podobną do tysięcy innych. Lubiłam imprezy, ploteczki, a nawet wypady w miejsca zakazane. W połowie klasy maturalnej ten doskonale działający mechanizm zaczął szwankować. Czy miała na to wpływ literatura, po którą sięgałam, a która z całą pewnością nie była przeznaczona dla „grzecznych dziewczynek”? Swobodne korzystanie z internetu, który dawał zupełnie nowe i nieznane możliwości odkrywania świata? Ludzie, z którymi się przyjaźniłam? A może krecią robotę zaczynał już ów zły duch, którego B. odkrył we mnie tej listopadowej nocy? Tego nie wiem, jednak faktem jest, że jak to w chwilach, gdy coś szło nie tak, jak powinno, zwykł mówić pan Spychalski, nasz sąsiad mieszkający piętro niżej: „Wszystko diabli wzięli i wywieźli do piekła”. W moim przypadku zmiany nie były tak piorunujące, ale pierwszy kamyk zwiastujący lawinę wyzwolenia już spadł. Postanowiłam studiować w Krakowie. Ojciec planował, że tak jak on skończę studia w Toruniu. Dlaczego właśnie Kraków? Powody były bardziej emocjonalne niż racjonalne. Byłam tam kilka razy z wycieczką, drugie tyle z rodzicami. Każdy pobyt utwierdzał mnie w przekonaniu, że to najpiękniejsze pod względem architektury miasto w kraju. Nie bez znaczenia była rozrywkowa atmosfera tego miejsca. W Krakowie każdego dnia działo się coś ciekawego. O swoim zamiarze powiedziałam podczas wielkanocnego śniadania.
– Basiu, słyszysz, co nasza córka wymyśla? Chce studiować w Krakowie! – Zdziwiony ojciec przestał smarować masłem rumianą grzankę. – Kinga, pod ręką masz jeden z najlepszych wydziałów prawa w Polsce, a ty chcesz się pchać aż do Krakowa?!
Pierwszy argument ojca przewidziałam bezbłędnie. Znałam jego opinię o toruńskim wydziale prawa chyba od dziecka.
– Tato, nie chcę studiować w miejscu, gdzie wszyscy cię doskonale znają. To nie sprzyja pobieraniu nauki, gdy wykładowca jest kumplem twojego ojca. Poza tym chyba czas, żebym nabrała samodzielności, a mieszkanie kilka przecznic od uczelni z rodzicami mi w tym nie pomoże. – Jak na razie szło mi zupełnie dobrze, podsumowałam, zaliczając na swoim koncie dwa celne kontrargumenty.
– A Marcin? – Tym razem zaskoczenie było więcej niż kompletne. Ojciec szedł za ciosem na widok mojej reakcji: – Przecież jesteście parą od trzech lat!
Do głowy mi nie przyszło, że ojciec, człowiek nadzwyczaj rozsądny, chowający uczucia i emocje głęboko pod sercem, jako argumentu użyje mojego związku z Marcinem. Tym bardziej że nigdy nie pochwalał tego wyboru.
– Już nie jesteśmy razem – zakomunikowałam ostro, krótko, bo nie zamierzałam udzielać żadnych wyjaśnień. Wiedza, że mój facet okazał się zwykłym gnojkiem, nie była na sprzedaż, nawet za cenę studiowania w Krakowie.
– Basiu, a co ty o tym sądzisz? – Ten ruch ojca też był do przewidzenia. Zawsze gdy chciał zyskać na czasie, pytał matkę o radę.
Ta spojrzała na niego, a potem wolnym, prawie leniwym ruchem, muskając wzrokiem półmisek pełen wędlin, talerzyk z barwnymi pisankami, koszyk wypełniony pieczywem, odwróciła w moją stronę dumną, piękną twarz pokrytą doskonałym makijażem.
– Ja nie widzę przeszkód – oznajmiła niby obojętnie, przenosząc perfekcyjnie podkreślone, jasne i czujne, podobne do popielatoszarych chmur spojrzenie na kryształowy wazon pełen czerwonych tulipanów.
Ilekroć rozmowa toczona przy rodzinnym stole dotyczyła podjęcia decyzji w mojej sprawie, matka mówiła: „Nie widzę przeszkód”. Tym samym dawała ojcu do zrozumienia, że to on powinien mieć ostatnie słowo. Dla mnie był to znak, że trzyma moją stronę. Ojciec nigdy niczego nie postanawiał od razu. Musiał przemyśleć sprawę na wszystkie możliwe sposoby. Tym razem było podobnie.
– Skoro mama nie ma nic przeciwko, to pomyślimy, co da się zrobić – powiedział i wrócił do smarowania grzanki.
W większości przypadków dopinałam swego. Po pierwsze, byłam jedynaczką. Po drugie, upór traktowałam jako najlepszą drogę do wyznaczonego celu. Potrafiłam tygodniami dzień w dzień przypominać rodzicom, a właściwie tylko ojcu, o mojej zachciance, wymyślać nowe, bardziej przekonujące argumenty, aż ten kapitulował.
– Dobra, zgadzam się, tylko przestań mi dłużej wiercić dziurę w brzuchu – mówił, rozkładając bezradnie ręce, i spełniał moje kolejne marzenie.
Tym razem sprawa była poważniejsza. Studia w Krakowie to nie to samo, co nowy rower, wycieczka do Hiszpanii, nowy komputer czy zgoda na pójście na dyskotekę. Minęło kilka tygodni, nim ojciec wywiesił białą flagę, i to nie bezwarunkowo. Musiałam kilka rzeczy zaakceptować. Pierwszą było zakwaterowanie mnie w domu wujka Jurka. Tak naprawdę nie był on moim wujkiem, ale kuzynem ojca. Gorszego miejsca nie życzyłabym nawet wrogowi. Wyobraźnia bez szczególnej zachęty podsuwała wizję mieszkania w ponurym domu z tak samo ponurym właścicielem. Chciałam nawet zaproponować, by zamiast tego zakwaterować mnie w klasztorze, ale doszłam do wniosku, że ojciec nie zrozumie żartu. Wujek Jurek był najbardziej oschłym i szorstkim człowiekiem, jakiego do tej pory poznałam. Nic więc dziwnego, że w kręgach prawniczych, a także przestępczych nazywano go „Młotkiem”. Przezwisko miało odzwierciedlać jego charakter – twardy, bezkompromisowy, dla niektórych pozbawiony nawet ludzkich odruchów. Żaden krakowski sędzia nie wydawał tak ostrych wyroków jak on. Bali się go przestępcy każdego kalibru, a nawet adwokaci. Jedynie prokuratorzy żywili do niego sympatię. Dzięki niemu znacząco wzrastała średnia sukcesów tej instytucji. Po śmierci żony mieszkał z synem w ogromnej przedwojennej willi na krakowskim Kazimierzu. Miałam w pamięci rozważania, jakimi częstował nas podczas każdej wizyty, że willa jest za duża na dwie osoby, tym bardziej że syn Tomek studiował w Stanach Zjednoczonych. Właściwie mieszka więc sam i musi ją w końcu sprzedać, ale biorąc pod uwagę ceny nieruchomości, nie jest to opłacalne. Podejrzewałam więc, co może mnie czekać.
Kolejnym warunkiem ojca było, abym każdy weekend spędzała w domu. Fakt, że Toruń i Kraków dzieliło kilkaset kilometrów, nie robił na nim wrażenia.
– Kinga, te kilka godzin spędzone w pociągu zawsze będziesz mogła wykorzystać na naukę – argumentował, jakby w życiu nie było niczego ważniejszego.
Zaczynałam mieć wątpliwości, czy miasto moich marzeń jest warte tylu wyrzeczeń. Mimo braku wiary w skuteczność mojego kroku postanowiłam zaprotestować.
– Tato, weekendy są po to, by wypoczywać, a nie spędzać je w pociągach.
Ojciec przez chwilę milczał. Zapewne analizował moje argumenty, szukał kontry, może nawet doszukiwał się w moich słowach jakiegoś podstępu. Po niezwykle konstruktywnej, co nie znaczy spokojnej, wymianie zdań osiągnęliśmy kompromis. Do domu miałam przyjeżdżać dwa razy w miesiącu. Dwie godziny negocjowaliśmy warunki mojego pobytu w Krakowie, jakby chodziło o kontrakt wart miliony dolarów, a nie studia. Wcale by mnie nie zdziwiło, gdyby na tę okoliczność przygotował odpowiednią umowę i kazał mi ją podpisać. Tego dnia do późnej nocy myślałam o tym, jak za kilka miesięcy będzie wyglądało moje życie. Swoim sukcesem nie omieszkałam podzielić się z ludźmi czytającymi mój blog, który miał być cyfrową namiastką pamiętnika. Wszak era technologii wkraczała w kolejne obszary ludzkiego życia.
Dzisiaj mogę napisać, że walka o Kraków wygrana. Fakt, łatwo nie było, ale kto powiedział, że zawsze będzie z górki, że zawsze będzie wesoło i zawsze będzie szybko? Czasami trzeba zdobywać wymarzone szczyty uparcie i ze łzami w oczach. Pewną niedogodnością będzie mieszkanie w domu kuzyna mojego ojca. Człowiek wykształcony, szanowany, ale podejściem do świata i stosunkiem do ludzi bardziej przypomina stereotypowego zrzędę niż prawnika. Powoli zaczynam się przyzwyczajać do myśli, że przez pięć lat będę mieszkała w starej, ponurej willi. Najważniejsze, że Kraków zdobyty!
Do pokonania została jeszcze jedna przeszkoda. Egzaminy wstępne. Fakt, że byłam córką prawnika, w odległym Krakowie niewiele znaczył. Chcąc nie chcąc, musiałam wkuwać. Zazdrościłam Alibabie, który jedyne, co musiał zrobić, to wypowiedzieć zaklęcie, a pełen skarbów sezam otwierał przed nim swe podwoje. Na egzaminy pojechałam z ojcem. Samodzielny wyjazd nawet nie wchodził w grę. Kandydatów okazało się tak wielu, że egzaminy odbywały się równolegle w czterech aulach. Chętnych było ponad tysiąc osób, a miejsc jedynie siedemdziesiąt. W półtorej godziny poradziłam sobie z całym zestawem pytań. Wychodząc z auli jako pierwsza, usłyszałam szept kogoś z sali: „Patrzcie jaka grzeczna dziewczynka, już się uporała ze wszystkim”. Wybuch śmiechu zagłuszył trzaśnięcie potężnych drzwi. Przed sobą miałam dwa tygodnie nerwowego oczekiwania. Każdy dzień czekania przypominał długie, jesienne miesiące. Ja, mama, a zwłaszcza ojciec nie dopuszczaliśmy ewentualności, że mogę nie zdać, ale ryzyko zawsze istniało. Przy tak wielu chętnych na elitarny, dający wielkie możliwości kierunek liczył się każdy punkt. Ojciec zawsze powtarzał: „Córeczko, urodziłaś się po to, by przejąć po mnie kancelarię”. Mimo zainteresowania architekturą, malarstwem i fotografią wiedziałam, że jedynym kierunkiem studiów, jaki muszę skończyć, jest prawo. Dwa dni przed moimi dziewiętnastymi urodzinami otrzymałam pisemną informację, że z łączną notą trzystu ośmiu punktów zostałam przyjęta na wydział prawa. Nigdy przedtem ani nigdy potem nie widziałam ojca równie dumnego. Gdyby nie jego oszczędny sposób okazywania uczuć, na pewno krzyczałby z radości. To, że mnie przytulił, było dla mnie, ale głównie dla niego, czymś nowym. Nigdy nie wątpiłam w jego miłość. Obie z mamą byłyśmy dla niego najważniejsze, jednak zamiast zwykłych, prostych gestów jak przytulenie wolał używać słów.
Bardzo szybko minął gorący lipiec, jeszcze szybciej wręcz upalny sierpień. Na początku września cały potrzebny do studiowania ekwipunek, a zajmował on pięć ogromnych pudeł, został wysłany do wujka Jurka. Kilka dni później stanęłam przed drzwiami starej ponurej willi na krakowskim Kazimierzu. Architektoniczna surowość budynku była typowa dla obiektów budowanych w latach trzydziestych dwudziestego wieku. Kryzys panujący prawie na całym świecie zmuszał do rezygnacji z dekoracyjnych, acz drogich detali na rzecz funkcjonalności i prostoty. Fakt, że dom oraz działka były zadbane, w żadnym stopniu nie łagodził jego posępności. Zadrżałam od chłodu panującego w ciemnym korytarzu. Wujek, ubrany w granatowy garnitur, białą wykrochmaloną koszulę i bordowy krawat z czarnymi rąbami, przywitał nas bez uśmiechu.
– Jak tam podróż? Pewnie wszędzie korki? – rozpoczął monolog fatalisty, nie dając nam dojść do głosu. – Lepiej jechać pociągiem, ale w tych czasach to i na kolej nie można liczyć. – Machnął z rezygnacją starannie zadbaną dłonią z równo przypiłowanymi paznokciami. – Dlatego ja do pracy zawsze chodzę piechotą – dodał, zapraszając nas do salonu.
Mimo trzech szerokich okien sięgających od podłogi do sufitu we wnętrzu było tylko trochę jaśniej niż na korytarzu. Stare, ogromne kasztany rosnące za oknami skutecznie blokowały dostęp słonecznego światła. Nowoczesne wyposażenie tworzyło niezdrowy kontrast z gipsowymi stiukami nad drzwiami, owalnymi plafonami na suficie. Architektoniczne detale wprowadzone zapewne kilka, a może nawet kilkanaście lat po wybudowaniu domu, nie znajdowały wspólnego języka z meblami wykonanymi z metalu i szkła. Jedynym sprzętem, który mógł pamiętać młodość tego domostwa, był smukły, drewniany, wysoki zegar. Wujek przeprosił nas na chwilę i zniknął za drzwiami kuchni po przeciwnej stronie korytarza. Jak się później przekonałam, było to jego drugie królestwo. Poza pracą zawodową jedynie gotowanie sprawiało mu przyjemność i robił to znakomicie. Dzięki niemu nauczyłam się gotować. Ja, która, jak to mówią, przypalałam wodę na herbatę, kilka miesięcy później potrafiłam przygotować najwymyślniejsze dania kuchni galicyjskiej, ale to już inna historia. W dniu mojego przyjazdu po raz pierwszy w życiu jadłam galicyjską zupę pomidorową. W przeciwieństwie do innych pomidorówek przyrządzało się ją z prawdziwych pomidorów, a nie koncentratu. Na drugie danie wuj podał sznycle z wątróbką i pieczarkami. Po obiedzie zobaczyłam miejsce, które przez najbliższe pięć lat miało być moim drugim domem. Na piętro prowadziły szerokie, kamienne schody. Pokój był prawie tak duży jak salon. Po prawej stronie od wejścia zbudowano potężny, sięgający niemal sufitu kaflowy piec. Zielone prostokąty kafli ozdobione czerwonymi, zielonymi, brązowymi i pomarańczowymi kwiatami przywodziły na myśl kwitnącą łąkę. Tło przypominało letnią trawę, bo tylko latem trawa ma właśnie taki odcień. Ciepłe, żółte ściany w połączeniu z dużym, południowym oknem sprawiały, że w przeciwieństwie do reszty domu pokój był jasny, pełen światła. Pod jedną ze ścian ułożono pudła z moimi rzeczami. Pod oknem stał prostokątny, drewniany stół. Łóżko, także drewniane, ustawiono obok przeszklonych drzwi prowadzących na balkon. Były tam jeszcze szafa i niska komoda z trzema szufladami. Mimo kilku wizyt w tym domu nigdy nie widziałam tego pokoju.
– To był gabinet mojej żony – wujek, oparty o piec, delikatnie czyścił kafle z niewidzialnego kurzu. Reakcją na przywołanie nieżyjącej od trzech lat cioci Ani było lekkie drżenie powiek.
– Kinga, to ty się zacznij rozpakowywać, a ja jeszcze porozmawiam z Jurkiem – powiedział ojciec, wychodząc za wujkiem z pokoju. Gdy po godzinie zeszłam na dół, obaj rozmawiali o zmianach w kodeksie karnym.
Po odjeździe ojca wróciłam do rozpakowywania pudeł. W kuchni wujek sprzątał po obiedzie. Przez uchylone drzwi balkonowe wkradały się cichy trel ptaków i słodkawa woń palonych traw. Rozpakowywanie ostatniego pudła przerwało ciche, niepewne pukanie do drzwi. Zostawiłam karton i poszłam otworzyć. Wujek trzymał tacę z dzbankiem i filiżanką.
– Pomyślałem, że to dobra pora na herbatę – wyjaśnił lekko zakłopotany.
Garnitur zamienił na granatowe dżinsy i bordową, flanelową koszulę. W takim stroju widziałam go po raz pierwszy. Wyglądał mniej ponuro. Opalona twarz złagodniała, czujne, stalowe spojrzenie straciło hardość. Miałam przed sobą przeciętnego pana w średnim wieku, a nie surowego sędziego.
– A wujek nie ma ochoty na herbatę?
Zrobił jeszcze bardziej zakłopotaną minę, a ja pożałowałam swojej propozycji.
– Nie będę ci przeszkadzał. Masz pewnie jeszcze sporo do rozpakowania.
Mimo że właśnie taka odpowiedź była mi na rękę, zaczęłam nalegać, by przyniósł drugą filiżankę. Miałam przecież mieszkać z tym człowiekiem pod jednym dachem przez pięć lat. Im bardziej wujek odmawiał, tym mocniej obstawałam przy swoim. Nie lubiłam, gdy ktoś, kimkolwiek by nie był, odrzucał moje zaproszenie.
– No już dobrze, zaraz przyniosę filiżankę. A swoją drogą twój ojciec miał rację, jesteś uparta. – Tajemniczy uśmiech w kącikach ust był dla mnie zaskoczeniem. Być może popełniłam błąd w ocenie tego człowieka?
Siedzieliśmy przy stole na prostych, drewnianych krzesłach. Dwoje prawie obcych sobie ludzi, których drogi przez kilka najbliższych lat miały krzyżować się jak nitki pajęczyny. Aromaty herbaty i słodkawego dymu wnikały w siebie, tworząc niewidzialną mgiełkę nadchodzącej jesieni.
– Stary Stolarski pali liście – burknął pod nosem wujek.
– A kto to jest? – zapytałam, napełniając filiżanki ciemnobursztynowym naparem.
– Sąsiad, stary dziwak. Zbiera znaczki pocztowe, stare fajki i winylowe płyty z lat trzydziestych ubiegłego stulecia – wyjaśnił, a w jego głosie wyczułam nutę pobłażliwości.
Jeden dziwak opisuje drugiego dziwaka – pomyślałam, próbując wyobrazić sobie pięć lat, jakie przyjdzie mi spędzić w tym domu. Wujek z wiecznie niezadowoloną miną wcale nie był bardziej normalny od staruszka zbierającego znaczki, fajki i płyty. Jak się później okazało, wujek Jurek też miał swoje dziwne, skrzętnie ukrywane pasje. Jeszcze chwilę rozmawialiśmy o panu Stolarskim. Z czasem rozmowa straciła naturalność. Smutna pustka filiżanek była idealnym pretekstem do zakończenia spotkania. Wujek podziękował za herbatę i wyszedł, tłumacząc, że ma sporo pracy. Pierwsze uliczne lampy rozjaśniły pokryty opadłymi liśćmi bruk, gdy skończyłam rozpakowywanie swoich rzeczy. Chciałam napisać na blogu o pierwszym dniu w Krakowie, ale tutaj nie miałam internetu. Postanowiłam odwiedzić jedną z kafejek internetowych na krakowskim rynku. Przed wyjściem otrzymałam od wujka klucze do domu.
– Tylko nie wracaj zbyt późno – poprosił, wyjaśniając, który klucz jest do bramki, a który do drzwi. – Kraków nocą nie jest odpowiednim miejscem dla młodej dziewczyny – dodał, gdy byłam już przy drzwiach.
Wciągając w płuca nocne wilgotne powietrze, gorączkowo próbowałam przypomnieć sobie, jak dojść na rynek. W najbliższym kiosku kupiłam mapę, dzięki niej dotarłam na miejsce bez większych przeszkód. Kafejka była prawie pusta. Dwóch nastolatków ze słuchawkami na uszach i dżojstikami w dłoniach grało w jakąś militarną grę. Zamówiłam kawę i zajęłam komputer obok dziewczyny ubranej w czarny, obcisły T-shirt z jaskrawym różowym napisem „Nie jestem blondynką”. Czerń wyszczuplała i tak już smukłą sylwetkę, a dodatkowo podkreślała duży biust. Resztę stroju stanowiły dopasowane dżinsy, zamszowe mokasyny i wisząca na oparciu krzesła kurtka. Wszystko w krzykliwej różowej tonacji. Egzotyczny strój dziewczyny, która mogła być w moim wieku, uświadomił mi, że jestem w Krakowie. Tu każda różnorodność, nawet najbardziej niespotykana, była czymś naturalnym. Pisanie szło opornie. Sama nie wiedziałam dlaczego. Zazwyczaj nie miałam problemów z wystukiwaniem na klawiaturze myśli, przeżyć, emocji.
Nareszcie w Krakowie, bez mamy, taty, domowej rutyny. Za to z całą głową planów i niecierpliwą ciekawością do odkrywania tego niezwykłego miasta. Siedzę w małej kafejce internetowej. Wujek, u którego mieszkam, pewnie nie słyszał o czymś takim jak internet, więc chcąc odwiedzać wirtualną przestrzeń, muszę korzystać z kafejki. Obok mnie siedzi dziewczyna, na oko w moim wieku, z szopą blond loków i koszulką, która cierpliwie znosi napis: „Nie jestem blondynką”. Takie rzeczy mogą dziać się tylko w Krakowie.
W drodze powrotnej postanowiłam zobaczyć, jak miasto wygląda nocą. Główne uliczki wokół rynku tętniły życiem. Z barów, kawiarni i restauracji docierała muzyka, odgłosy rozmów, a wszystko doprawione aromatem kawy, orientalnych przypraw, alkoholem i perfumami. W bocznych uliczkach czas zatrzymał się kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt lat temu. Kamienice obnażające cegły pod rozdartymi elewacjami, czarne oczodoły okien pozbawione szyb. Śmieci tańczące walca z jesiennymi liśćmi. A więc każde miasto, nawet Kraków, podobne jest do kobiety i ma dwie twarze. Jedna starannie wygładzona pudrem, uszlachetniona idealnym makijażem, a ta inna zwyczajna, pospolita, pełna zmarszczek, sińców pod oczami i smutku – myślałam, zanurzając się w ten inny, brzydszy świat. Kraków skrywał za fasadami pięknie odrestaurowanych uliczek brudne, śmierdzące i ciemne zaułki. Przypomniałam sobie rodzinny Toruń, gdzie wystarczyło przejść kilka kroków, by odkryć gorszą stronę miasta. Mimo posiadania mapy zabłądziłam w wąskich, nieprzyjemnych uliczkach. Jak na złość żadnego człowieka, którego można zapytać o drogę. Nic dziwnego, kto chciałby z własnej woli odwiedzać te okolice – pomyślałam, skręcając w najbliższą uliczkę. Tam niestety chodniki też puste. Po przejściu kilkudziesięciu kroków usłyszałam odgłosy w bramie po drugiej stronie ulicy. Z nadzieją podeszłam bliżej. Z obdrapanej, pomalowanej sprayem bramy wyszło dwóch mężczyzn. Z głęboką czernią ubrań kontrastowały odsłonięte części ciała. Dokładnie wygolona skóra głów odbijała mdłe światło pobliskiej latarni. Mój widok musiał ich zaskoczyć. Pewnie niezbyt często widywali tutaj dobrze ubrane, młode dziewczyny, w dodatku o tak późnej porze.
– Przepraszam, jak mogę dojść do rynku?
Spojrzeli na siebie, jakby nie dosłyszeli albo nie zrozumieli pytania.
– Więc pani chce dojść do rynku? – odezwał się po chwili wyższy z nich.
Dzieliło nas dwa, może trzy metry, a mimo to wyczułam wyraźną woń alkoholu.
– Tak, nie jestem z Krakowa i chyba trochę zbłądziłam. – Moje wyjaśnienie wywołało dziwny uśmieszek na ich twarzach.
– Widzisz, Wojtuś, pani nie jest stąd i zabłądziła. – Ironiczny ton mówiącego nie wróżył nic dobrego.
– W takim razie trzeba pani pokazać nasze piękne miasto – stwierdził drugi z mężczyzn.
Wolnym krokiem ruszyli w moją stronę. Podbite metalem buty wystukiwały złowieszczy rytm na gładkim bruku. Z każdą chwilą odległość między nami malała, a ja nie wiedziałam, co robić. Stałam bez ruchu, czułam, jak strach zaciska kleszcze na moich nogach, rękach, a nawet palcach. Uciekać? Ale dokąd? Krzyczeć? Czy ktoś mnie usłyszy i zareaguje? Myśli z prędkością światła krążyły w mojej głowie.
– To może na początek pokażemy pani smoka, ale nie tego wawelskiego, tylko znacznie przyjemniejszego – powiedział niższy, stając po mojej prawej stronie.
Wyższy zarechotał ochryple, demonstrując palcami sprośny gest. Śmiech mężczyzny uderzał o mury kamienic, odbijał się rykoszetem od ulicznych lamp. Był tak donośny, że zagłuszył warkot samochodu wyjeżdżającego z przecznicy przed nami. Auto jechało bardzo wolno. Mężczyźni zlustrowali uważnie pojazd i z szybkością, o jaką bym ich nie podejrzewała, zniknęli w bramie, z której wyszli. Dopiero gdy samochód podjechał bliżej, zauważyłam, że to radiowóz. Policjant siedzący obok kierowcy wysiadł i rozejrzał się uważnie po okolicy.
– Potrzebuje pani pomocy?
Poczułam, jak odpuszcza napięcie mięśni. Spróbowałam się nawet uśmiechnąć.
– Zabłądziłam i nie wiem, jak wrócić do rynku.
Policjant też obdarzył mnie uśmiechem.
– To niestety zabłądziła pani w złej okolicy.
– Chyba ma pan rację – potwierdziłam, czując jeszcze na sobie oddechy pijanych prześladowców.
– Gdzie pani mieszka?
– W Toruniu.
– Interesuje mnie, gdzie zatrzymała się pani w Krakowie.
Podałam adres wujka. Policjant zrobił minę, jakbym powiedziała, że nazywam się Pamela Anderson. Poprosił o dowód osobisty.
– Proszę chwilę zaczekać – polecił i wrócił do radiowozu. Po dłuższej chwili wysiadł i otworzył tylne drzwi. – Proszę wsiadać, odwieziemy panią do domu.
Wujek stał w uchylonych drzwiach. Podziękował funkcjonariuszom, a mi nakazał wejście do salonu. No to się narobiło – pomyślałam, zajmując miejsce przy szklanym stole. To pewne, że wujek poinformuje ojca o całej sprawie. Byłam głupia, podając gliniarzowi adres. Przecież mogłam się domyślić, że znają wujka. Był przecież tutejszym sędzią. Trzeba było podać adres hotelu, wtedy nie byłoby chryi, a tak miałam przechlapane.
– Kinga, jak widzisz, nie wszędzie w Krakowie, zwłaszcza po zmroku, jest bezpiecznie. – Początek typowy dla półgodzinnego ojcowskiego kazania. Ale czego innego mogłam się spodziewać? – Jak na jeden wieczór masz chyba dość wrażeń? – zapytał, a ja przytaknęłam, przybierając minę skruszonej grzesznicy. – Jutro jeszcze porozmawiamy, a teraz idź spać.
Wujek wyszedł, nie czekając na moją reakcję. Siedziałam, zdumiona, że kazanie było tak krótkie. To nawet nie było kazanie, tylko dwuminutowy monolog. Zastanawiało mnie, czy ojciec się o wszystkim dowie. Nazajutrz zamiast rozmowy wychowawczej wujek zaznaczył na mojej mapie miejsca, gdzie nawet w dzień było niebezpiecznie.
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ
CZĘŚĆ PIERWSZA
ROZDZIAŁ 1
ROZDZIAŁ 2
ROZDZIAŁ 3
CZĘŚĆ DRUGA
ROZDZIAŁ 4
ROZDZIAŁ 5
ROZDZIAŁ 6
ROZDZIAŁ 7
EPILOG
