Wydawca: Egmont Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 288 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Galop '44 - Monika Kowaleczko-Szumowska

Mikołaj w przedziwny sposób trafia ze współczesnej Warszawy w sam wir dramatycznych wydarzeń powstania warszawskiego. Jego starszy brat Wojtek decyduje się na podróż, która zakończy się kilkadziesiąt lat wcześniej, aby wydostać Mikołaja z powrotem. W walczącej Warszawie chłopcy poznają na przemian smak zwycięstwa i gorycz porażki, dowiadują się, czym jest męstwo, prawdziwa przyjaźń i wielka miłość.

Opinie o ebooku Galop '44 - Monika Kowaleczko-Szumowska

Fragment ebooka Galop '44 - Monika Kowaleczko-Szumowska

Text copyright © 2013 by Monika Kowaleczko-Szumowska

© by Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2014

Redakcja: Dominika Cieśla-Szymańska

Konsultacja historyczna: Michał Studniarek

Korekta: Bożenna Kozerska, Rafał Sarna, Magdalena Adamska

Projekt okładki:

Zdjęcia na okładce: Jerzy Chojnacki „Chojna”/Muzeum Powstania Warszawskiego; © Stephen Mulcahej/arcangel-images.com

Koordynacja produkcji: Jolanta Powierża

Wydawca prowadzący: Agnieszka Betlejewska

Wydanie pierwsze, Warszawa 2014Egmont Polska Sp. z o.o.ul. Dzielna 60, 01-029 Warszawatel. +48 22 838 41 00

www.egmont.pl/ksiazki

ISBN 978-83-281-0480-8

Skład i łamanie: Katka, Warszawa

Informacja o zabezpieczeniach W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

moim sy­nom

Po­ja­wie­nie się w jed­nej ro­dzi­nie dwóch tak różnych chłopców jak Woj­tek i Mikołaj gra­ni­czyło z wy­bry­kiem na­tu­ry lub rzadką mu­tacją ge­ne­tyczną. Zda­rzyło się chy­ba je­dy­nie na za­sa­dzie przy­ciąga­nia się prze­ciw­ności. I nie cho­dziło tyl­ko o to, że trzy­na­sto­let­ni Mikołaj miał pro­ste, ja­sne włosy i błękit­ne oczy, a star­szy od nie­go o czte­ry lata Woj­tek – ciem­ne loki i piw­ne oczy. Cho­dziło o coś znacz­nie więcej – cha­rak­te­ra­mi różnili się tak bar­dzo, że ra­zem sta­no­wi­li mie­szankę wy­bu­chową.

Sza­lo­ny i en­tu­zja­stycz­nie na­sta­wio­ny do świa­ta Mikołaj nie do­ga­dy­wał się ze star­szym bra­tem. Mikołaj czy­tał kil­ka książek na­raz, a jeśli nie czy­tał, ru­szał się w sposób nie­sko­or­dy­no­wa­ny, za­wsze mu­siał coś strącić, ze­psuć albo zalać so­kiem – za­zwy­czaj mar­ko­we ubra­nia bra­ta. Poukłada­ne­mu i powściągli­we­mu Wojt­ko­wi naj­trud­niej było za­ak­cep­to­wać właśnie nie­prze­wi­dy­wal­ność Mikołaja, który le­ni­we popołudnie po­tra­fił zmie­nić w beczkę pro­chu z tlącym się lon­tem. Nic dziw­ne­go, że Woj­tek mo­men­ta­mi miał go dość. Właści­wie to zwy­kle miał go dość.

Woj­tek był małomówny i za­mknięty w so­bie, a swo­je­go bra­ta trak­to­wał jak ko­smitę i za­zwy­czaj nie miał ani cza­su, ani ocho­ty, ani cier­pli­wości z nim prze­by­wać. Trochę uspra­wie­dli­wiało go to, że był od Mikołaja kil­ka lat star­szy. Ro­dzi­ce go­to­wi byli fi­nan­so­wać ich wspólne wyjścia, i może by się na­wet cza­sem sku­sił, gdy­by nie to, że prze­by­wanie z Mikołajem kończyło się za­wsze wiel­kim wsty­dem. Z własnej ini­cja­ty­wy Woj­tek przy­po­mi­nał so­bie o bra­cie właści­wie tyl­ko raz do roku, kie­dy mama zmu­szała go do porządków w po­ko­ju. Wte­dy wno­sił do sy­pial­ni młod­sze­go bra­ta pudło sta­rych za­ba­wek, ubrań i książek i sta­wiał je na podłodze. Sia­dał na łóżku, po­pi­jał pep­si i wy­ce­niał wszyst­ko, co Mikołaj chciał za­trzy­mać. W ten sposób uda­wało mu się wyciągnąć od bra­ta trochę kasy. Raz, kie­dy Woj­tek był w wyjątko­wo do­brym hu­mo­rze, po­da­ro­wał bra­tu resztę swo­ich śmie­ci i nie­do­pitą pep­si. Mikołaja, choć ni­ko­mu o tym nie mówił, bolał brak praw­dzi­we­go za­in­te­re­so­wa­nia ze stro­ny Wojt­ka, co ob­ja­wiało się głównie szar­pa­niną, kłótnia­mi i wza­jemną złośliwością.

Wszy­scy wy­szli­by na tym le­piej, gdy­by zo­sta­wio­no bra­ci w spo­ko­ju. Może by się na­wet za­przy­jaźnili? Ale do­rosłym praw­dy oczy­wi­ste często zbyt trud­no pojąć. Mama i tata od daw­na nie­cier­pli­wie wy­pa­try­wa­li po­ja­wie­nia się pomiędzy chłopca­mi bra­ter­skich uczuć, aż w końcu po­sta­no­wi­li im do­pomóc w sposób właściwy ro­dzi­com, czy­li kom­plet­nie chy­bio­ny. Po­nie­waż bra­cia lu­bi­li mu­zykę, mama i tata namówili ich na­uczy­cielkę od pia­ni­na, żeby przećwi­czyła z nimi jakiś utwór na czte­ry ręce. Pani Ela wy­brała Ga­lop, mało zna­ne dzieło nie­miec­kie­go kom­po­zy­to­ra Ri­char­da Eilen­ber­ga. Wspólna gra miała za­cza­ro­wać rze­czy­wi­stość i zbliżyć chłopców do sie­bie, ale oka­zała się nie­wy­pałem.

Na kon­cert zor­ga­ni­zo­wa­ny w czerw­cu, na zakończe­nie roku na­uki gry na pia­ni­nie, przy­była cała ro­dzi­na. Nu­me­rem po­pi­so­wym był oczy­wiście Ga­lop. Gra z Mikołajem na czte­ry ręce była dla Wojt­ka męczar­nią. Na próbach cel­nym kop­nięciem uda­wało mu się do­pro­wa­dzić bra­ta do porządku, ale przy pu­blicz­ności złożonej z babć, cioć i ro­dziców, śledzących i ko­men­tujących każdy ich ruch, nie mógł. Mikołaj ga­lo­po­wał więc jak sza­lo­ny przez za­pis nu­to­wy, pod­czas gdy Woj­tek gim­na­sty­ko­wał się, żeby utra­fić z akom­pa­nia­men­tem. Na ko­niec były ukłony i bra­wa, których Woj­tek nie cier­piał, więc uciekł z sa­lo­nu do swo­je­go po­ko­ju, pod­czas gdy jego brat w po­je­dynkę przyj­mo­wał okla­ski.

Tacy już byli. Mu­zy­ka była ich je­dy­nym wspólnym za­in­te­re­so­wa­niem, poza tym nie­wie­le ich łączyło. Który sen­sow­ny ro­dzic w ta­kiej sy­tu­acji wysłałby nad­po­bu­dli­we­go Mikołaja pod opieką znu­dzo­ne­go sie­dem­na­sto­lat­ka na ob­cho­dy uro­czy­stości państwo­wych?! Nie­ste­ty ro­dzice bar­dzo często za­cho­wują się tak, jak­by pew­ne rze­czy zupełnie do nich nie do­cie­rały.

Gdy, jak co roku, pierw­sze­go sierp­nia o go­dzi­nie sie­dem­na­stej w War­sza­wie zawyły sy­re­ny, a sa­mo­cho­dy pędzące uli­ca­mi mia­sta za­trzy­mały się, Woj­tek i Mikołaj sie­dzie­li w sa­mym epi­cen­trum uro­czy­stości – w Mu­zeum Po­wsta­nia War­szaw­skie­go. Żeby zagłuszyć wy­cie sy­ren, Woj­tek wcisnął słuchaw­ki ipo­da głęboko do uszu. Dzięki temu je­dy­nym dźwiękiem w jego głowie był jego ulu­bio­ny kawałek Me­tal­li­ki – No­thing Else Mat­ters.

Sa­mo­lo­ty, które wy­star­to­wały z Okęcia, kreśliły właśnie na nie­bie smugę w bar­wach na­ro­do­wych, a miesz­kańcy z za­dar­ty­mi głowa­mi ob­ser­wo­wa­li ry­su­nek na nie­bie. W Par­ku Wol­ności ode­zwał się pamiątko­wy dzwon „Mon­ter”. Mia­sto za­trzy­mało się, zasłucha­ne, a star­si war­sza­wia­cy ukrad­kiem ocie­ra­li łzy. Sie­dem­na­sto­let­nie­go Wojt­ka okrop­nie de­ner­wo­wało to pa­trio­tycz­ne po­chli­py­wa­nie.

Kie­dy był mały, uwiel­biał de­fi­la­dy i tym po­dob­ne pa­trio­tycz­ne uro­czy­stości, ale w miarę jak do­ra­stał, jego fa­scy­na­cja słabła. Na­ro­do­wo-re­li­gij­ny kok­tajl, którym go wy­kar­mio­no w domu i ka­to­lic­kiej Szko­le Sióstr Fe­li­cja­nek, w li­ceum wyśmia­li jego rówieśnicy. A po­nie­waż ciężko mu było się oprzeć pre­sji ko­legów, uda­wał, że cały ten pa­trio­tyzm nic go nie ob­cho­dzi. Jego wrażliwość skryła się pod mar­ko­wy­mi ciu­cha­mi i sko­rupą obojętności.

W tym roku na ob­cho­dy rocz­ni­cy wy­bu­chu po­wsta­nia chłopcy wy­bra­li się sami, po­nie­waż ro­dzi­ce mu­sie­li wy­je­chać. Tata za­kwa­li­fi­ko­wał się na kil­ku­ty­go­dnio­we szko­le­nie w Lon­dy­nie, pod­czas którego miał okazję współpra­co­wać ze zna­ny­mi spe­cja­li­sta­mi ze swo­jej branży. Była to dla nie­go wiel­ka szan­sa za­wo­do­wa i bar­dzo chciał je­chać. Mama z jed­nej stro­ny uważała, że po­win­na mu to­wa­rzy­szyć, a z dru­giej nie chciała zo­sta­wiać chłopców sa­mych. Była w roz­ter­ce.

– To prze­cież jesz­cze dzie­ci! – de­ner­wo­wała się.

– Dzie­ci? – Tato spoj­rzał ba­daw­czo na swo­ich na­sto­let­nich synów. – Nie wyglądają.

Chłopcy mie­li pra­wie tyle samo wzro­stu co ich oj­ciec.

– Da­cie radę? – za­py­tała mama.

– Oczy­wiście. – Mikołaj pod­niósł znad książki nie­obec­ne oczy.

– Ja­sne – dodał Woj­tek, który gotów był zo­stać z bra­tem, żeby tyl­ko móc do woli grać na lap­to­pie i ipa­dzie.

De­cy­zja za­padła i ro­dzi­ce wy­je­cha­li pod ko­niec lip­ca, zo­sta­wiając chłopcom długą listę rze­czy do zro­bie­nia. Na pierw­szym miej­scu zna­lazła się wi­zy­ta w Mu­zeum Po­wsta­nia War­szaw­skie­go w rocz­nicę wy­bu­chu po­wsta­nia. Woj­tek obie­cał, że za­wie­zie Mikołaja na ob­cho­dy i po uro­czy­stościach od­wie­zie go do domu. Niby nic ta­kie­go, a jed­nak oka­zało się to brze­mien­ne w skut­ki.

Woj­tek nie za­mie­rzał niańczyć bra­ta w mu­zeum. Zbyt do­brze pamiętał wi­zytę sprzed roku, kie­dy za­py­ta­ny przez prze­wod­ni­ka, kto podjął de­cyzję o wy­bu­chu po­wsta­nia, Mikołaj wy­krzyknął na cały głos: „Rząd blon­dy­nek!”. To był cały Mikołaj: to­tal­nie zakręcony. Po pierw­sze, nie miał ra­cji, a po dru­gie, tyl­ko w jego nie­prze­wi­dy­wal­nym mózgu rząd w Lon­dy­nie mógł sko­ja­rzyć się z rządem blon­dy­nek. Prze­wod­nik, gdy to usłyszał, osłupiał, Woj­tek par­sknął śmie­chem, mama się ob­ru­szyła, a oj­ciec po­gro­ził Mikołajo­wi i skończyło się awan­turą. Mikołaj tłuma­czył radośnie (do­bry hu­mor nig­dy go nie opusz­czał), że myślał, że to oku­pa­cyj­ny pseu­do­nim pol­skie­go rządu na emigra­cji. Ja­sne!

Ich ro­dzi­ce trak­to­wa­li uro­czy­stości związane z po­wsta­niem war­szaw­skim tak, jak­by sami bra­li w nim udział. Co gor­sza, Mikołaj był o tym święcie prze­ko­na­ny. Do­pie­ro nie­daw­no Woj­tek wybił mu to z głowy (i to dosłownie, sam zresztą też wte­dy obe­rwał).

Jak co roku pierw­sze­go sierp­nia przed mu­zeum pa­no­wał tłok. Woj­tek z Mikołajem we­szli ra­zem do środ­ka, ale roz­dzie­li­li się tuż za pro­giem. Woj­tek po­szedł do sali ki­no­wej, roz­siadł się na wi­dow­ni i spod przy­mkniętych po­wiek śle­dził po­wstańczą kro­nikę. Znał ją do­brze, bo co roku pusz­cza­li to samo. Lu­dzie na ekra­nie w przy­spie­szo­nym tem­pie bie­ga­li, sa­lu­to­wa­li, strze­la­li. Byli bar­dzo przejęci, ale wyglądali ko­micz­nie.

Woj­tek zda­wał so­bie sprawę z tego, że pusz­cze­nie Mikołaja sa­mo­pas w mu­zeum ma pew­ne mi­nu­sy. Trze­ba będzie go szu­kać, po­nie­waż z pew­nością nie za­sta­nie go tam, gdzie się umówili. Ale taka była cena uwol­nie­nia się od nie­znośnego bra­ta.

Jeśli cho­dzi o Mikołaja, to z bra­ku to­wa­rzy­stwa Wojt­ka był ra­czej za­do­wo­lo­ny. Oczy­wiście, że wolałby po mu­zeum bie­gać z kimś, ale jego star­szy brat się do tego nie nada­wał. Ciągle by się złościł i go stro­fo­wał. Więc Mikołaj dał za wy­graną, choć cza­sa­mi ma­rzyły mu się wspólne eska­pa­dy z Wojt­kiem. Nie­ste­ty, bez wza­jem­ności.

Mikołaj miał w Mu­zeum Po­wsta­nia swo­je miej­sca. Trud­no o nich po­wie­dzieć: ulu­bio­ne – ra­czej miej­sca, które go sil­nie przy­ciągały. Na pierw­szym piętrze wi­siało zdjęcie młode­go po­wstańca wy­chodzącego z kanału. Z włazu wy­sta­wała głowa w czar­nym be­re­cie zsu­niętym do tyłu i dłoń, wyciągnięta jak­by do po­wi­ta­nia. Mikołaj do­brze wie­dział, że chłopak z ni­kim się nie przy­wi­ta, a rękę wyciągnął od­ru­cho­wo, żeby się nią zasłonić, bo wy­szedł z kanału pro­sto na Niemców. Wokół jego szyi za­ci­skał się pa­sek, na którym trzy­ma­no go jak na smy­czy. Gdy­by sko­czył w dół, za­wisłby na tym pa­sku, a z ka­ra­bi­nu wy­ce­lo­wa­ne­go w jego głowę po­sy­pałby się grad kul. Mikołaj czuł, że chłopak roz­ważył już tę opcję.

Pa­trzył na zdjęcie przez dłuższą chwilę, a po­tem szyb­ko się odwrócił i ru­szył do pod­zie­mi, gdzie znaj­do­wała się re­pli­ka kanałów. Lubił tam wcho­dzić. Wy­star­czyło za­mknąć oczy, żeby zna­leźć się w za­wie­sze­niu pomiędzy rze­czy­wi­stością a przeszłością. Mikołaj ko­chał to uczu­cie i to­wa­rzyszący mu dresz­czyk emo­cji. Kto wie, czy za każdym ra­zem uda mu się tra­fić do wyjścia?

W dro­dze do pod­zie­mi Mikołaj prze­biegł obok po­wstańcze­go kina, nie zwra­cając uwa­gi na Wojt­ka, który sie­dział na wi­dow­ni. Przed wejściem do kanału było pu­sto; w środ­ku pa­no­wała ciem­ność. Mikołaj uśmiechnął się: od daw­na chciał przejść kanał bez światła. Schy­lił głowę i dał nura do środ­ka. Kanał był cia­sny. Spe­cjal­nie go tak zbu­do­wa­no, żeby spotęgować efekt.

Tym­cza­sem Woj­tek za­uważył prze­bie­gającego obok nie­go bra­ta i na­wet się ucie­szył. Te­raz przy­najm­niej wie­dział, gdzie go szu­kać. A gdy Mikołaj wyj­dzie z pod­zie­mi, naj­prost­sza dro­ga po­wrot­na będzie pro­wa­dziła również przez wi­dow­nię kina.

W tym mo­men­cie zawyły sy­re­ny i na ten dźwięk, ozna­czający go­dzinę sie­dem­nastą, lu­dzie wokół Wojt­ka po­de­rwa­li się na równe nogi i wyprężyli na bacz­ność. Tyl­ko Woj­tek po­zo­stał na miej­scu. Jesz­cze go­dzina, wes­tchnął, a po­tem zgar­niam Mikołaja i wra­ca­my do domu. Na­gle po­czuł bo­le­sne ukłucie pod łopatką. Odwrócił się i dwa rzędy da­lej zo­ba­czył wyprężone­go jak stru­na star­sze­go pana, który wy­mow­nie potrząsał drew­nianą laską.

– OK, OK – burknął Woj­tek i spio­ni­zo­wał się.

– Szy­kuj się! – rzu­cił Dzia­du­nio.

– Słucham? – za­py­tał Woj­tek, wyj­mując z uszu słuchaw­ki.

– Szy­kuj się – powtórzył Dzia­du­nio.

– Na co? – zdzi­wił się Woj­tek.

– Zo­ba­czysz.

Bre­dzi, pomyślał Woj­tek. Dzia­du­nia znał z wi­dze­nia, po­nie­waż spo­ty­kał go co roku na ob­cho­dach rocz­ni­cy wy­bu­chu po­wsta­nia. Dzia­du­nio był sa­mo­zwańczym strażni­kiem go­dzi­ny „W”. Woj­tek nie raz wi­dział, jak star­szy pan sy­czał na roz­ma­wiających, a na­wet tłukł laską tych, którym nie chciało się wsta­wać. Chy­ba tyl­ko po to ją nosił, bo po­ru­szał się całkiem dziar­sko, za to bar­dzo sku­tecz­nie dys­cy­pli­no­wał nią młode po­ko­le­nie. Niech mu będzie, pomyślał Woj­tek, a kie­dy mi­nu­ta ci­szy się skończyła, znów usiadł i oddał się słucha­niu mu­zy­ki.

Kie­dy zawyły sy­re­ny sy­gna­li­zujące go­dzinę „W” i roz­dzwo­nił się „Mon­ter”, Mikołaj był w ka­na­le. Od­ru­cho­wo wyciągnął ręce na boki i po­czuł wil­goć na ścia­nach. Pod no­ga­mi za­chlu­po­tała mu woda. Mu­siał po­chy­lić głowę, żeby nie ude­rzyć w su­fit, który wyraźnie się obniżał. Nieźle to pod­ra­so­wa­li w tym roku, ucie­szył się. Po­ja­wił się na­wet jakiś kanałowy za­pa­szek. Pamiętał, że re­pli­ka kanału nie była długa. Kończyła się włazem, do którego pro­wa­dziła żela­zna dra­bin­ka. Właz był za­wsze za­mknięty, a na eks­po­zycję wra­cało się boczną od­nogą kanału. Kie­dy do­tarł pod właz, ener­gicz­nie skręcił do wyjścia, ale ku swe­mu za­sko­cze­niu wpadł na oślizgły mur. Do­tknął ścia­ny; przejścia nie było. Zro­bił w tył zwrot, żeby wrócić, skąd przy­szedł, ale w oczy zaj­rzała mu nie­prze­nik­nio­na ciem­ność. Po­czuł się nie­swo­jo. Ro­zu­miem, puknął się w czoło, w tym roku wy­cho­dzi się przez właz. Wspiął się po żela­znej dra­bin­ce. Spróbował ple­ca­mi wy­pchnąć po­krywę, ale nic z tego. Do­pie­ro kie­dy na­cisnął bar­kiem, po­krywa uniosła się i zsunęła na bok. Za­cie­ka­wio­ny Mikołaj wy­sta­wił głowę na zewnątrz.

Po ciem­nościach pa­nujących w ka­na­le oślepiło go popołudnio­we słońce, które tak na­prawdę le­d­wie wyglądało zza chmur. Za­mknął oczy i po chwi­li znów je otwo­rzył. Znaj­do­wał się na środ­ku opu­sto­szałego pla­cu, który jak­by znał z ja­kie­goś zdjęcia. Nie zdzi­wiły go wy­bu­chy ani odgłosy strze­la­ni­ny – to było w Mu­zeum Po­wsta­nia na porządku dzien­nym. Zdzi­wił się do­pie­ro, kie­dy ktoś chwy­cił go za kark i przy­giął do zie­mi.

– Chyl łep, psa krew.

Mikołaj nie zro­zu­miał, ale na wszel­ki wy­pa­dek cofnął się w głąb włazu i przy­czaił na klam­rach. Po chwi­li w prześwi­cie nad nim po­ja­wiła się nie­zna­jo­ma twarz.

– Wyłazi? – za­py­tał jej właści­ciel.

– Ja­sne – od­po­wie­dział Mikołaj, za­chwy­co­ny ta­kim zwro­tem ak­cji.

Szy­ko­wało się coś na­prawdę nie­sa­mo­wi­te­go. Mikołaj wy­gra­mo­lił się na zewnątrz i przy­padł do zie­mi, pociągnięty w dół przez tam­te­go. Dziw­ny jakiś, pomyślał Mikołaj, od­czołgując się za nim od włazu. W pew­nym mo­men­cie mężczy­zna po­de­rwał się i zgięty wpół popędził do naj­bliższej bra­my. Mikołaj zro­bił to samo. Do­pie­ro w bra­mie miał okazję przyj­rzeć się no­we­mu zna­jo­me­mu. Stał przed nim młody, dwu­dzie­sto­pa­ro­let­ni mężczy­zna, szczerzący w uśmie­chu białe zęby. Miał pucołowatą, dzie­cinną twarz, krótkie czar­ne włosy i za­wa­diac­ki uśmiech.

– Nice, ha?Fi­nal­ly! Nasz po­wsta­nie.

– Pan… – wy­krztu­sił Mikołaj – kim…

– Pan Kim?! – Nie­zna­jo­my za­prze­czył gwałtow­nie, potrząsając głową. – Pan Lot­nik.

– Co? – Mikołaj osłupiał.

– Jak ma na imię? – za­py­tał nie­zna­jo­my.

– Kto? – Mikołaj się ro­zej­rzał. W bra­mie oprócz nich stało jesz­cze kil­ka osób.

Nie­zna­jo­my dźgnął go pal­cem w pierś.

– To.

– To jest Mikołaj – przed­sta­wił się Mikołaj.

– Hi, Mi­ko­laj. – Nie­zna­jo­my wyciągnął rękę, którą Mikołaj uścisnął za­sko­czo­ny. – Ja­nek – oznaj­mił przy­jaźnie. – Ha­li­fax1. – Rozłożył ręce na boki, udając sa­mo­lot. – Pif, paf, wiel­ka bum. Pali siem! – wrzasnął tak głośno, że kil­ko­ro lu­dzi stojących w bra­mie spoj­rzało w ich stronę. Tym­cza­sem Ja­nek, robiąc zmar­twioną minę, pod­winął jed­no ramię jak ran­ny ptak i za­de­mon­stro­wał upa­dek na bok. – Więźnia uciek! – oświad­czył trium­fal­nie.

– Aha – przy­taknął Mikołaj, który o dzi­wo zro­zu­miał, że cho­dzi o ka­ta­strofę lot­niczą sa­mo­lo­tu Jan­ka i jego ucieczkę z nie­wo­li.

W tym mo­men­cie do bra­my od stro­ny podwórka wpadł chłopak w wie­ku Mikołaja, le­d­wo wy­ha­mo­wał przed Jan­kiem i coś do nie­go wy­sa­pał. Ja­nek machnął ręką na pożegna­nie i wy­co­fał się z bra­my przez podwórze.

Mikołaj oszołomio­ny pa­trzył za nim przez chwilę, a kie­dy zniknął mu z oczu, prze­niósł wzrok na no­we­go przy­by­sza. Na wi­dok bu­fia­stych spodni do ko­lan i wy­tar­te­go swe­tra, w który był ubra­ny, aż otwo­rzył usta. To nie wyglądało na ob­cho­dy rocz­ni­cy wy­bu­chu po­wsta­nia ani na żadną in­sce­ni­zację czy re­kon­strukcję. Nowy chłopak pa­trzył na nie­go z wyraźnym roz­ba­wie­niem.

– Coś nie gra? – rzu­cił.

Zdu­mio­ny Mikołaj nie od­po­wie­dział.

– Pro­rok. – Chłopak wyciągnął rękę.

– Mikołaj.

– Skąd ta­kie kla­we szta­ny wy­trzasnąłeś? – Pro­rok roześmiał się.

– Co?

– To. – Pro­rok pociągnął go za no­gawkę jego spodni. – Mu­cha nie sia­da.

O co mu cho­dzi, pomyślał Mikołaj, to prze­cież zwykłe je­an­sy. Sam wygląda nie naj­le­piej. Zdzi­wiło go, że są tak różnie ubra­ni. Przez chwilę się nie od­zy­wał, aż w końcu zadał dręczące go py­ta­nie.

– To… – machnął ręką w kie­run­ku opu­sto­szałego pla­cu i wy­so­kie­go bu­dyn­ku, skąd do­bie­gały strzały – po­wsta­nie war­szaw­skie?

– Nie, li­sto­pa­do­we – prychnął Pro­rok.

– Tak czy in­a­czej, prze­gra­liście.

Łagod­ne oczy Pro­ro­ka po­ciem­niały. Swe­ter prze­wie­szo­ny przez ramię wylądował na zie­mi, dłonie za­cisnęły w pięści, twarz wy­krzy­wiła. Jed­nym su­sem do­padł Mikołaja i wziął za­mach. Mikołaj cofnął się gwałtow­nie.

– Powtórz! – syknął Pro­rok.

W jego oczach czaiła się wściekłość. Widać to jego słaby punkt, pomyślał Mikołaj i zro­bił jesz­cze je­den krok w tył.

– Coś mi się pokręciło – bąknął.

Pro­rok opuścił pięści. Przez chwilę pa­trzy­li na sie­bie w mil­cze­niu.

– Znasz Jan­ka? – za­py­tał Mikołaj, żeby rozłado­wać sy­tu­ację.

– Zaj­mu­je się dor­sza­mi – od­po­wie­dział Pro­rok, pod­nosząc swe­ter.

– Ma sklep ryb­ny? – za­py­tał Mikołaj z na­dzieją, że uda mu się zna­leźć jakiś punkt za­cze­pie­nia w no­wej rze­czy­wi­stości.

Pro­rok przyglądał się Mikołajo­wi zmrużony­mi ocza­mi.

– Z cho­in­ki się urwałeś? Dor­sze to an­giel­scy jeńcy wo­jen­ni, którzy ucie­kli z nie­miec­kich obozów. A ty? Skąd się tu wziąłeś?

– Ja? – Mikołaj zupełnie nie wie­dział, co ma od­po­wie­dzieć. – Prze­szedłem tu kanałem – powie­dział zgod­nie z prawdą.

– Kanałem? – Pro­rok gwizdnął z uzna­niem. – Idzie­my?

Mikołajo­wi nie trze­ba było dwa razy po­wta­rzać. Wy­sko­czył z bra­my za Pro­ro­kiem, ale obaj cofnęli się równie prędko, jak wy­pa­dli na ulicę, po­nie­waż na pla­cu wywiązała się strze­la­ni­na. Od bra­my do bra­my prze­ska­ki­wał mężczy­zna w ułańskiej ro­ga­tyw­ce, z ka­ra­bi­nem w jed­nej, a laską w dru­giej ręce. Wy­ma­chi­wał nią bar­dzo ener­gicz­nie w kie­run­ku naj­wyższe­go bu­dyn­ku na pla­cu.

– Do ata­ku! – krzy­czał, wpa­dając do ko­lej­nych bram. – Na dra­pacz!

Na jego roz­kaz chłopcy w biało-czer­wo­nych opa­skach na ra­mie­niu wy­sko­czy­li na chod­nik i rzu­ci­li się w kie­run­ku dra­pa­cza chmur. Po tych, którzy pa­dli, tra­fie­ni nie­miec­ki­mi ku­la­mi, po­biegły sa­ni­ta­riusz­ki. Dowódca wydał ko­lej­ny roz­kaz i młody chłopak, ugi­nający się pod ciężarem gra­nat­ni­ka, położył się na skra­ju chod­nika, całkiem nie­da­le­ko bra­my, skąd całej ak­cji przyglądali się Mikołaj i Pro­rok. Dwóch in­nych po­da­wało mu po­ci­ski. Chłopak chwilę maj­stro­wał przy sprzęcie, aż w końcu wy­strze­lił. Mikołaj i Pro­rok śle­dzi­li lot po­ci­sku, a ra­czej smugę po nim. Pierw­szy po­cisk sięgnął celu, ale nie wy­buchł, do­pie­ro dru­gi zmiótł część bal­ko­nu na piętrze dra­pa­cza chmur nad za­par­ko­wa­nym poniżej nie­miec­kim sa­mo­cho­dem. Niem­cy rzu­ci­li się do uciecz­ki. Wypa­dli z bu­dyn­ku na plac, gdzie do­sta­li się pod ostrzał. W tym sa­mym cza­sie sztur­mujący po­wstańcy wdar­li się do bu­dyn­ku bocz­ny­mi drzwia­mi. Po niedługim cza­sie na da­chu po­ja­wiła się biało-czer­wo­na fla­ga.

– Hura! – roz­legły się okrzy­ki.

Tym­cza­sem z głębi uli­cy nad­je­chały nie­miec­kie czołgi. Po­wstańcy, którzy ubez­pie­cza­li ata­kujących, ob­rzu­ci­li je gra­na­ta­mi, ale tyl­ko je­den stanął w ogniu. Po­zo­stałe ostrze­li­wały ka­mie­ni­ce na pla­cu, a ko­lej­ne nad­jeżdżały z prze­ciw­nej stro­ny. Zro­biło się gorąco.

Zupełnie nie­ocze­ki­wa­nie Mikołaj przy­po­mniał so­bie o spo­tka­niu z Wojt­kiem przed bramą mu­zeum o go­dzi­nie szóstej. Wie­dział, że jego brat będzie wściekły, jeśli się nie zja­wi. Ale jak miał się stąd wy­do­stać? Gdzie się właści­wie znaj­do­wał i jak tu tra­fił? Właz! Przy­szedłem tu kanałem, pomyślał, więc kanałem po­wi­nie­nem wrócić.

– Muszę le­cieć – po­wie­dział do Pro­ro­ka.

– Szko­da.

– Wrócę – obie­cał Mikołaj.

Schy­lo­ny popędził do włazu i zsunął się po klam­rach. Da­lej nogi po­niosły go same. I za­miast na­tknąć się na ścianę blo­kującą drogę, wy­szedł pro­sto na eks­po­zycję.

Ku wiel­kie­mu za­sko­cze­niu Wojt­ka za pięć szósta Mikołaj wy­padł z pod­zie­mi na wi­dow­nię kina i na łeb na szyję popędził w górę po scho­dach. Nie mogąc się na­dzi­wić punk­tu­al­ności bra­ta, Woj­tek ru­szył za nim. Nie za­uważył, że Mikołaj zo­sta­wia po so­bie brud­ne i mo­kre ślady, na które zwie­dzający patrzą z obu­rze­niem, usu­wając się mu z dro­gi. Nie za­uważył na­wet tego, że niektórzy za­ty­kają nosy. Był za­do­wo­lo­ny, że wszyst­ko poszło tak gładko.

Gdy wra­ca­li ko­lejką do domu, Mikołaj zamęczał Wojt­ka py­ta­nia­mi.

– Co byś zro­bił, gdy­byś tra­fił do po­wsta­nia?

– Coś tu je­dzie. – Woj­tek spoj­rzał na bra­ta po­dejrz­li­wie.

Mikołaj od­ru­cho­wo wsunął nogi głębiej pod sie­dze­nie. Buty mu­siały mu się za­bru­dzić w ka­na­le.

– Wal­czyłbyś? – nie dawał za wy­graną.

Woj­tek za­tkał so­bie nos.

– Ja bym wal­czył. – Mikołaj się zamyślił.

Woj­tek spoj­rzał na nie­go ba­daw­czo.

– A ty? – do­py­ty­wał się Mikołaj.

– Ja bym wiał, gdzie pieprz rośnie. – Woj­tek wzru­szył ra­mio­na­mi.

Wy­sie­dli na sta­cji PKP Anin i po­szli do domu.

Następne­go dnia Mikołaj od rana nie dawał Wojt­ko­wi spo­ko­ju. Ko­niecz­nie chciał znów je­chać do mu­zeum. Dwu­krot­nej wi­zy­ty nie było w umo­wie, ale Mikołaj za­ofe­ro­wał, że w za­mian za to sam robi wszyst­kie pra­ce w domu, których całą listę zo­sta­wi­li im ro­dzi­ce. Woj­tek zgo­dził się na taki układ.

Tym ra­zem, kie­dy do­tar­li do mu­zeum, Mikołaj zwle­kał z odejściem.

– Co byś zro­bił, gdy­byś zna­lazł się w po­wsta­niu? – powtórzył jak echo swo­je py­ta­nie. – Wal­czyłbyś?

Woj­tek spoj­rzał na nie­go jak na idiotę.

– Dla­cze­go nie? – nie dawał mu spo­ko­ju Mikołaj.

– Bo ja wiem? – Woj­tek wzru­szył ra­mio­na­mi.

I tak się roz­sta­li.

Kie­dy Mikołaj wy­chynął z kanału po dru­giej stro­nie, plac był ude­ko­ro­wa­ny jak na święto na­ro­do­we. Z da­chu dra­pa­cza chmur, z bu­dyn­ku pocz­ty, z okien wszyst­kich ka­mie­nic po­wie­wały biało-czer­wo­ne fla­gi. Roiło się od wi­wa­tujących lu­dzi. Mikołajo­wi udzie­liło się po­wszech­ne pod­nie­ce­nie i cie­ka­wie rozglądał się wokół. Miesz­kańcy pa­da­li so­bie w objęcia, wy­rzu­ca­li w górę ka­pe­lu­sze i czap­ki. Gru­pa po­wstańców ze­brała się przy brze­gu be­to­no­we­go zbior­ni­ka z wodą, wko­pa­ne­go w zie­mię. Spo­ce­ni, ściągali ubra­nie i je­den po dru­gim wska­ki­wa­li do ba­se­nu. Chla­pa­li się jak dzie­ci. Obok znie­nac­ka po­ja­wiła się eki­pa fil­mo­wa. Fil­mow­cy rozłożyli sprzęt i zaczęli kręcić. Mikołaj zro­bił kil­ka głupich min do ka­me­ry, ale nie wzbu­dził ni­czy­je­go za­in­te­re­so­wa­nia.

– Ser­wus! – ode­zwał się zna­jo­my głos.

– Hej! – Mikołaj roz­pro­mie­nił na wi­dok Pro­ro­ka.

***

Tym­cza­sem Woj­tek cze­kał na Mikołaja na wi­dow­ni mu­ze­al­ne­go kina i znu­dzo­ny spoglądał na ekran, gdzie jak zwy­kle le­ciała kro­ni­ka. Jakiś po­wsta­niec ściągnął ko­szulę przez głowę, zdjął spodnie i sko­czył na główkę do be­to­no­we­go zbior­ni­ka z wodą. Za jego przykładem po­szli następni. Kro­ni­ki z tam­tych lat od­twa­rza­ne są za­wsze w przy­spie­szo­nym tem­pie, więc sko­ki po­wstańców wyglądały jak gra w pchełki: ko­szula, spodnie, chlup do wody; ko­szula, spodnie, chlup do wody. „Po zdo­by­ciu bu­dyn­ku Pru­den­tia­lu i Pocz­ty Głównej na pla­cu Na­po­le­ona chwi­la od­po­czyn­ku”, ko­men­to­wał lek­tor. Woj­tek wzru­szył ra­mio­na­mi i po­pra­wił słuchaw­ki ipo­da w uszach.

I w tym mo­men­cie na ekra­nie, w sa­mym rogu ka­dru, po­ja­wiło się dwóch chłopców, z których niższy miał na so­bie bu­fia­ste spodnie do ko­lan, a wyższy… dziw­nie zna­jomą bluzę z na­pi­sem „CA­LI­FOR­NIA BE­ACH GU­ARD”. Chłopak stroił głupie miny. Woj­tek przyj­rzał mu się uważniej i ze zdu­mie­nia po­de­rwał się na równe nogi, bo… bo to był… Mikołaj! Ka­me­ra minęła chłopców, omiotła ogar­nięty eu­fo­rią plac i wi­wa­tujących lu­dzi. Na ekra­nie po­ja­wił się wy­so­ki bu­dy­nek i po­wie­wająca na da­chu biało-czer­wo­na fla­ga. Nastąpił ko­lej­ny na­jazd na kąpiących się po­wstańców i w rogu ka­dru znów po­ja­wili się ci sami chłopcy. Woj­tek wy­trzesz­czał z nie­do­wie­rza­niem oczy. To do gnoj­ka po­dob­ne, pomyślał, wpa­ko­wał się na jakiś plan fil­mo­wy. Ale prze­cież to au­ten­tycz­na kro­ni­ka, wi­dział ją nie­je­den raz! Co jest? W tej sa­mej chwi­li chłopcy puścili się bie­giem i zniknęli z ob­ra­zu.

Woj­tek prze­cisnął się do końca rzędu pomiędzy siedzącymi ludźmi i in­stynk­tow­nie ru­szył do pod­zie­mi. Gdzie on jest? Prze­ska­kując po dwa stop­nie, zbiegł po scho­dach. Gwałtow­nym ru­chem od­sunął ko­tarę, która zasłaniała wejście, skręcił w lewo i stanął przed re­pliką kanału. Wie­dział, że to jed­no z ulu­bio­nych miejsc Mikołaja. Co mu strze­liło do głowy? Rozzłoszczo­ny Woj­tek wsunął głowę w ciem­ny otwór. Po­czuł się dziw­nie, kie­dy przy­po­mniał so­bie na­tar­czy­we py­ta­nia bra­ta.

– Wyłaź! – zawołał półgłosem, po­dej­rze­wając Mikołaja o jakiś idio­tycz­ny dow­cip, ale od­po­wie­działa mu ci­sza.

Woj­tek zro­bił kil­ka kroków w głąb.

– Wy­chodź! – syknął. – Na­tych­miast!

Nikt nie od­po­wie­dział. W ka­na­le pa­no­wały nie­prze­nik­nio­ne ciem­ności, a pod no­ga­mi za­chlu­po­tały mu ście­ki. Woj­tek wyjął z kie­sze­ni za­pal­niczkę, za­pa­lił ją i trzy­mając przed sobą, zro­bił kil­ka kroków wzdłuż ścia­ny. W miarę jak nowe tramp­ki Nike’a nasiąkały mu śmierdzącą mazią, na­ra­stała w nim wściekłość. Będzie mu­siał mi je od­ku­pić, pomyślał i wzdrygnął się, kie­dy po­czuł, że tramp­ki prze­miękły i cuchnąca ciecz prze­le­wa mu się między pal­ca­mi. Na­gle puknął się w czoło, za­trzy­mał i sięgnął do kie­sze­ni spodni. Wyciągnął komórkę i wy­brał nu­mer Mikołaja.

Za­dzwo­nił piętnaście razy i piętnaście razy usłyszał wesoły głos bra­ta: „Mikołaj nie może zna­leźć te­le­fo­nu. Za­dzwoń później!”. Już nic głupsze­go nie mógł na­grać, zde­ner­wo­wał się Woj­tek. Kopnął w ścianę, śmierdząca maź chlapnęła mu na ubra­nie i na twarz. Prze­kli­nając, ru­szył w głąb kanału.

Tuż przed nim z mro­ku wyłoniły się syl­wet­ki lu­dzi po­ru­szających się bez­sze­lest­nie i w całko­wi­tej ciem­ności. Woj­tek rozpłasz­czył się na wil­got­nej, po­kry­tej szla­mem ścia­nie, żeby zejść im z dro­gi. W świe­tle za­pal­nicz­ki mignęły biało-czer­wo­ne opa­ski. Ci lu­dzie nie wyglądali na od­wie­dzających mu­zeum, ra­czej na ak­torów ze sta­re­go fil­mu albo ja­kiejś re­kon­struk­cji hi­sto­rycz­nej.

– Zgaś to! – rzu­cił je­den z nich, wska­zując na za­pal­niczkę. – Guza szu­kasz?

– Nie, bra­ta – od­po­wie­dział Woj­tek. – Ale na jed­no wy­cho­dzi.

Wytężył wzrok, żeby zo­ba­czyć, czy nie ma między nimi Mikołaja, ale nie było. Kie­dy go minęli, ru­szył po­wo­li da­lej i wkrótce zna­lazł się pod włazem z żelazną dra­binką. Wspiął się po stop­niach, wy­pchnął po­krywę i ostrożnie wy­sta­wił głowę. Spoj­rzał i osłupiał. Przed sobą miał dal­szy ciąg kro­ni­ki, którą przed chwilą oglądał w mu­ze­al­nym ki­nie. W be­to­no­wym ba­se­nie plu­ska­li się półnadzy mężczyźni. Wokół bie­ga­li ogar­nięci eu­fo­rią lu­dzie, u wy­lo­tu pla­cu po pra­wej stro­nie wzno­sił się dra­pacz chmur, z którego po­wie­wała biało-czer­wo­na fla­ga, a po le­wej stało roz­ległe gma­szy­sko. Tyl­ko Mikołaja nig­dzie nie było widać. Woj­tek pod­ciągnął się i wylądował na chod­ni­ku, kom­plet­nie zdez­o­rien­to­wa­ny. Zde­cy­do­wa­nie nie lubił ta­kich sy­tu­acji.

– Ha-alt! – usłyszał za ple­ca­mi sta­now­czy dziewczęcy głos.

Obrócił się za­sko­czo­ny. Przed nim w dwu­sze­re­gu za­trzy­mało się sześciu fa­cetów w po­szar­pa­nych mun­du­rach. Miny mie­li nietęgie, ręce trzy­ma­li w górze. Nieźle jak na sta­tystów, stwier­dził Woj­tek, bo wyglądali na au­ten­tycz­nie prze­stra­szo­nych. Pro­wa­dziła ich szczupła dziew­czy­na z ka­ra­bi­nem. Niezła, pomyślał Woj­tek.

– Za­po­mniałem roli. – Rozłożył ręce. – Nie wie­działem, że to dziś. – Wy­krzy­wił się w uśmie­chu i cofnął, robiąc przejście. Jed­no­cześnie przyłożył dwa pal­ce, sa­lu­tując do od­kry­tej głowy, żeby nie po­psuć ujęcia.

– Ge­ra­de­aus! – krzyknęła dziew­czy­na, posyłając mu po­gar­dli­we spoj­rze­nie i dzi­wacz­na gru­pa minęła Wojt­ka.

Pa­trzył za nimi zdez­o­rien­to­wa­ny. Gdzie ka­me­ry, ope­ra­to­rzy, reżyser? Ro­zej­rzał się po uli­cy i przy be­to­no­wym ba­se­nie za­uważył ekipę fil­mową. Zbie­ra­li się już. Cho­wa­li ka­me­ry, pa­ko­wa­li taśmy. Ale gra­ty, pomyślał Woj­tek i na­gle ude­rzyło go to, że fil­mowcy pa­so­wa­li jak ulał do oto­cze­nia. Jak po­wie­działaby jego pani od pol­skie­go: „wyglądali jak z epo­ki”. I wte­dy po raz pierw­szy prze­mknęło mu przez głowę, że wszyst­ko do­okoła to nie in­sce­ni­za­cja po­wsta­nia i nie plan fil­mowy. Że to sier­pień 1944!

Bzdu­ra, wzru­szył ra­mio­na­mi. Nie ma we­hi­kułów cza­su, po­wrotów do przeszłości, ta­kie rze­czy dzieją się tyl­ko w fil­mach i książkach. Znajdę Mikołaja, sko­pię mu tyłek, wra­ca­my do mu­zeum, a stamtąd do domu. Po chwi­li na­mysłu zmie­nił ko­lej­ność: znajdę Mikołaja, wrócimy do domu i do­pie­ro wte­dy go zleję. Nie za­mie­rzał w tym dziw­nym miej­scu zo­sta­wać dłużej, niż było to ko­niecz­ne.

Przez plac wra­cała właśnie dziew­czy­na z ka­ra­bi­nem, który Woj­tek przed chwilą wziął za atrapę. Szła w jego kie­run­ku, ale tym ra­zem sama. Ładna była: szczupła, wy­so­ka, czar­nowłosa. Woj­tek, za­po­mi­nając o Mikołaju, zno­wu przy­sta­wił dwa pal­ce do skro­ni. Ale ona minęła go bez słowa, tyl­ko jej czar­ne loki, spięte w koński ogon, zakołysały się gniew­nie. Ka­ra­bin, prze­wie­szo­ny przez ramię, również.

– To – zawołał Woj­tek, żeby ją za­trzy­mać – Pru­den­tial?

– Opuść łapę – od­po­wie­działa, nie od­wra­cając się.

Jej głos za­brzmiał roz­ka­zująco i Woj­tek posłusznie opuścił sa­lu­tującą dłoń. Dziew­czy­na po­deszła do nie­go. Patrząc na nią, po­czuł się idio­tycz­nie. Ja­sne, że to był Pru­den­tial, praw­dzi­wy, nie żadna de­ko­ra­cja, a to gma­szy­sko obok to bu­dy­nek Pocz­ty Głównej. Prze­cież słyszał, co mówił lek­tor w kro­ni­ce. Z bu­dyn­ku dra­pa­cza chmur wy­bie­ga­li za­afe­ro­wa­ni chłopcy z biało-czer­wo­ny­mi opa­ska­mi, wy­pro­wa­dza­no też ko­lej­nych prze­stra­szo­nych jeńców. Ona też, jesz­cze przed chwilą, pro­wa­dziła jeńców, a nie żad­nych sta­tystów. Ja­sna cho­le­ra, zaklął w du­chu Woj­tek, kie­dy do­tarło do nie­go, że tra­fił do po­wsta­nia. Z wrażenia zro­biło mu się gorąco. Nie miał pojęcia, jak to było możliwe, ale jed­ne­go był pew­ny: Mikołaj ma­czał w tym pal­ce!

Po pierw­szej fali oszołomie­nia po­czuł, jak ogar­nia go zgro­za. Nie­za­leżnie od tego, jak głęboko Woj­tek wci­skał so­bie słuchaw­ki ipo­da do uszu pod­czas ob­chodów rocz­ni­cy wy­bu­chu po­wsta­nia, wie­dział, jak się zakończyło. Porażką, prze­graną, klęską, po­gro­mem. Lud­ność cy­wil­na zdzie­siątko­wa­na, po­wstańcy po­ko­na­ni, mia­sto zrówna­ne z zie­mią. Ro­zej­rzał się po ogar­niętej eu­fo­rią uli­cy i nogi się pod nim ugięły. Nie dla­te­go, że się prze­stra­szył, że po­dzie­li los tych lu­dzi, bo to nie przyszło mu do głowy. Nie dla­te­go, że bał się o Mikołaja, bo na ra­zie był na nie­go głównie zły. Na­gle uświa­do­mił so­bie, że tra­fił do mia­sta żywych trupów. Ota­czających go lu­dzi za­raz roz­szar­pią kule lub przy­sy­pie gruz. Większość z nich nie przeżyje następnych kil­ku ty­go­dni. Za­trzy­mał wzrok na stojącej przed nim dziew­czy­nie. Ona również nie miała żad­nych szans.

– W porządku? – ode­zwała się trochę łagod­niej, bo pa­trzył na nią, jak­by zo­ba­czył zjawę.

Ten wy­stra­szo­ny chłopak przy­po­mi­nał jej Tad­ka, sąsia­da z Waw­ra, choć tam­ten był rudy, a on – ciem­ny blon­dyn. Ostat­nie spo­tka­nie z Tad­kiem za­pa­miętała do­brze, choć sta­rała się nie wra­cać myślami do tam­te­go dnia.

***

To zda­rzyło się w dru­gi dzień świąt Bożego Na­ro­dze­nia 1939 roku, który spędziła z oj­cem u ciot­ki. Na chwilę za­po­mnie­li o tym, że jest woj­na i że nie ma już mamy, a kie­dy wie­czo­rem wra­ca­li do domu ko­lejką, usie­dli z oj­cem na­prze­ciw sie­bie i oglądali skrom­ne świątecz­ne pre­zen­ty. Oj­ciec zdo­był dla niej, jak co roku, książkę po an­giel­sku, tym ra­zem pierwszą po­wieść J.R.R. Tol­kie­na pod tytułem Hob­bit. The­re and Back Aga­in. Nie zo­stała jesz­cze przetłuma­czo­na na pol­ski, ale ojcu to nie prze­szka­dzało: ko­chał li­te­ra­turę an­gielską i czy­tał ją w ory­gi­na­le. I uważał, że ona też po­win­na. W tym celu za­mie­rzał wysłać ją na wa­ka­cje do Lon­dy­nu, ale te­raz było to nie­możliwe. Te­raz wier­cił się na sie­dze­niu na­prze­ciw niej, bo nie mógł się do­cze­kać, kie­dy weźmie książkę do ręki. Po­sta­no­wiła skrócić jego męki.

– Chcesz zo­ba­czyć? – spy­tała, po­dając mu Hob­bi­ta.