Fabryka Absolutu - Karel Ćapek - ebook
Opis

Na terenie Czech wyprodukowano Boga. Maszyny zwane karburatorami zaczęły masowo wytwarzać Absolut. W pewnym momencie było go już tak dużo, że postanowiono bombardować nim Anglię. Nastała na świecie nieograniczona obfitość wszystkiego, czego ludziom potrzeba. Ale ludziom potrzeba wszystkiego, tylko nie nieograniczonej obfitości.

Zauważono, że Absolut potrafi przypodobać się ludowi i wszędzie przybiera mentalność danego kraju. W cesarstwie niemieckim Absolut natychmiast stał się państwowy, w Polsce działał jak jakiś gatunek alkoholu, a w Czechach na przykład zachowywał się jak indywidualista. Każdy miał tam swój Absolut na własną rękę.

O tym mniej więcej traktuje "Fabryka Absolutu". Zaręczam Państwu, że Karel Capek jest najnowocześniejszym pisarzem europejskim pierwszej połowy XX wieku.

 

- Mariusz Szczygieł

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 205

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Karel Čapek

Fabryka Absolutu

Przełożył z języka czeskiego

Paweł Hulka-Laskowski

Fabryka Absolutu, mimo że w Czechach ukazała się w 1922 roku, w Polsce – dopiero w 1947. Potem w 1971 było drugie i ostatnie wydanie. W obu najprawdopodobniej cenzura – trudno posądzać tłumacza, że zrobił to z własnej woli – usunęła mnóstwo określeń Čapka, w których występuje „komunizm” czy „bolszewizm”. Odkryła to Elżbieta Zimna, tłumaczka. Poprosiłem ją, żeby zrewidowała stary przekład. Dla przykładu: Absolut zaczął rozdawać pieniądze z banków komu popadnie. „Rzec by można: religijny bolszewizm…”. Jednak to zdanie nie znalazło się już w polskich wydaniach. Jak i dziesiątki innych sformułowań: „religijny komunizm”, „mistyczny komunizm”, „szaleńcze komunistyczne eksperymenty Absolutu”. Weźmy epizod na placu Wacława: „jakiś komunista głosi tam dobrowolne ubóstwo”. Tłumacz napisał, że anarchista.

Ela Zimna pieczołowicie przywróciła wszystkie zagubione słowa. Zachwycona tą książką jak ja napisała mi w mailu: „No i nie ma: »Rosja wypowiedziała wojnę polskim katolikom« i »Polska zniknęła z map świata zmieciona przez wojska rosyjskie«! A przecież Čapek to pisał w 1922 roku, dwa lata po zwycięstwie Polski nad Armią Czerwoną!”.

Karel Čapek (ur. w 1890, zm. w 1938 r.), co udowadnia wiele jego dzieł, widział świat na wiele lat do przodu. Ale nie tylko świat po drugiej wojnie. Ostrzegam: widział też nas, teraz.

W RUR (1920) ostrzegał przed produkcją sztucznego człowieka. WSprawie Makropulos (1922) – przed przedłużaniem życia w nieskończoność. W Krakaticie (1924) – przed produkcją broni atomowej. W Inwazji jaszczurów (1936) – przed jaszczurami, czyli faszyzmem…

Producent Absolutu pan Bondy doszedł w końcu do wniosku, że Bóg jest zbyt wielki. „Każdy sobie z niego odmierzy parę metrów i zdaje się mu, że to już cały Bóg. Przywłaszczy sobie taką małą łupinkę czy skrawek i zdaje mu się, że ma całego Boga”. Co więcej – wścieka się przeciwko tym, co mają inny kawałek. „I żeby samego siebie przekonać, że ma całą prawdę, musi pozabijać tych innych”.

Dlatego wybuch Absolutu kończy się w powieści wojną.

Mariusz Szczygieł

Niedawno trafiłem na opowiadanie Čapka Ślad (1917 r.). Moim zdaniem zdiagnozował w nim ludzkość. Dwóch wędrowców spotyka się w skutej lodem pustej krainie. Obaj otrzepują się ze śniegu i zauważają sześć metrów dalej na świeżo zaśnieżonym polu jeden jedyny ślad ludzkiej stopy. Ślad wielkiego buta typu amerykańskiego. Ślad jest duży, nie prowadzą do niego żadne inne ślady. Tkwi w śniegu jedyny i samotny. Nie ma nic przed nim i za nim. To podłe, mówi jeden z wędrowców, albo obaj zwariowaliśmy, albo musi istnieć jakieś logiczne wytłumaczenie. „Gdyby – zastanawia się – za sprawą tego śladu stało się coś wielkiego, gdyby to komuś przyniosło coś dobrego, to pierwszy bym padł na kolana i krzyczał »cud«. Ale ten ślad, przecież to żenujące, przecież to jest strasznie małostkowe, zrobić tylko jeden ślad, kiedy można zrobić normalnie kilka zwyczajnych kroków”.

Ślad wygląda jak zrzucony z nieba. Dla wierzących może być to opowieść o „dowodzie na istnienie”. Pisarz unikał religijnej interpretacji. Rok po Śladzie napisał esej o pragmatyzmie, gdzie dowodził, że człowiek zdany jest tylko na siebie. Dzisiejsze czasy (1918 r.) w ogóle nie spełniają oczekiwań ludzi, więc naturalną metodą na życie powinien być „empiryczny sceptycyzm”. W Czechach interpretacja, że ślad zostawił Bóg, też nie należy do ulubionych.

„Istnieją w życiu rzeczy – mówi jeden z wędrowców – które nie wiążą się z niczym innym i w każdych okolicznościach dowodzą tylko swojego osamotnienia. Przypominam sobie tyle rzeczy, z których nic dalej nie wynikło, które nikogo nie zbawiły, a przecież... Rozegrały się wydarzenia, które już nigdzie dalej nie prowadziły i nikomu nie pomogły dalej żyć, a były to najprawdopodobniej najistotniejsze rzeczy, jakie się w życiu zdarzyły”.

To, co Karel Čapek chciał powiedzieć Śladem (i to w trzecim roku I wojny światowej), można zawrzeć w zdaniu: Człowiekowi już nie wystarczy jego dumny rozum.

Niestety, nie mają Państwo możliwości przeczytania tego opowiadania (chyba że w Bibliotece Narodowej), bo wydano je u nas w roku 1927.

Oto interpretacja śladu w stylu czeskim, pragmatyczna i dowcipna. Historyka literatury, prof. Miloša Pohorskiego. Tym, kto odcisnął ślad na śniegu, nie był oczywiście żaden Bóg. Ślad jest dziełem… wyobraźni autora.

Mariusz Szczygieł

ROZDZIAŁ IOgłoszenie

W Nowy Rok 1943 pan G.H. Bondy, prezes zakładów MEAS, czytał sobie jak zwykle gazetę. Trochę niegrzecznie przeskoczył wiadomości wojenne, uchylił się od czytania o przesileniu gabinetowym i na pełnych żaglach (tak, na pełnych żaglach, bo „Lidové Noviny” już dawno powiększyły swój format pięciokrotnie i płachty ich nadawałyby się nawet do żeglugi morskiej) wpłynął na obszary gospodarki narodowej. Krążył przez chwilę tam i sam, po czym zwinął żagle i pozwolił kołysać się marzeniom.

„Kryzys węglowy – pomyślał – wyczerpanie złóż; zagłębie ostrawskie przerywa eksploatację na całe lata. Tam do diabła, to już klęska! Trzeba sprowadzać węgiel górnośląski i proszę, sami sobie policzcie, jak to podnosi ceny naszych wyrobów, a potem gadajcie o konkurencji! Gonimy resztkami. A jeżeli Niemcy podwyższą taryfy, to po prostu możemy zamknąć budę. I akcje Banku Gospodarki Żywnościowej spadają. O Boże, cóż to za nędzne stosunki! Jakie ciasne, idiotyczne, jałowe stosuneczki! Diabli nadali ten kryzys!”.

Pan G.H. Bondy, prezes zarządu, zamyślił się. Coś go nieustępliwie irytowało. Zaczął doszukiwać się tego i znalazł wreszcie na ostatniej stronie złożonej gazety. Było to słówko ZEK. Właściwie tylko cząsteczka słowa, bo gazeta była akurat w tym miejscu złożona, na literze z. Ale właśnie ta połowiczność wyrazu narzucała mu się dokuczliwie. „No więc co? Jaki znowu ZEK? Pewno obrazek – pomyślał pan Bondy. – A jak nie, to zarazek, bohomazek? Azotówki też spadły paskudnie. Straszliwa stagnacja. Malutkie, śmiesznie malutkie stosunki! Tylko kto tam, do diabła, ogłasza jakiś obrazek? Na pewno jakiś bohomazek, jak wszystkie dzisiejsze obrazki. Na pewno”.

Nieco wytrącony ze swego toru myślenia pan G.H. Bondy rozłożył gazetę, aby pozbyć się dokuczliwego wyrazu. Ale teraz znikł mu zupełnie w szachownicy najróżniejszych ogłoszeń. Gonił swój zgubiony wyraz szpalta za szpaltą; ukrył się, gałgan, z jakąś irytującą złośliwością. Pan Bondy śledził go systematycznie od lewej strony ku prawej i od dołu ku górze. Irytujący obrazek, zarazek albo bohomazek znikł jak kamfora.

Pan G.H. Bondy nie poddawał się tak łatwo. Ponownie złożył gazetę i oto nienawistne ZEK wyskoczyło samo na skraju gazety. Położył więc na nim palec, szybko rozłożył gazetę i czytał…

Pan Bondy zaklął z cicha. Chodziło o bardzo skromne, bardzo powszednie ogłoszenie:

„WYNALAZEK

bardzo korzystny,

nadający się dla każdej fabryki,

jest z przyczyn osobistych

natychmiast do sprzedania.

Zapytania kierować do inż. R. Marka

BRZEWNÓW, NR 1651”.

„No tak! Warto było się trudzić! – pomyślał pan G.H. Bondy. – Pewno jakieś patentowane szelki; jakieś oszustewko albo idiotyczna zabaweczka, a ja tymczasem tracę na to całe pięć minut! I ja także już idiocieję. Nędzne stosunki. I żadnego rozmachu nie ma! Żadnego!”.

Prezes Bondy przesiadł się teraz na fotel na biegunach, aby tym wygodniej wykosztować całą cierpkość nędznych małych stosunków. „No tak. MEAS ma dziesięć fabryk i trzydzieści cztery tysiące robotników. MEAS prowadzi w żelazie, MEAS jest bezkonkurencyjny w kotłach. Ruszta MEAS to marka światowa. Ale po dwudziestu latach pracy, mój Boże, gdzie indziej dałoby się osiągnąć o ileż więcej!”.

G.H. Bondy wyprostował się nagle. „Inżynier Marek, inżynier Marek! Zaraz, zaraz! Czyżby to był ten rudy Marek, jakże mu tam było? Rudolf – Rudi Marek. Kolega Rudi z politechniki? Istotnie, w ogłoszeniu jest: inż. R. Marek. Rudi, ty spryciarzu, to ty tak? Czy to możliwe? O, biedaku, ładnieś się dorobił! Żeby sprzedawać »bardzo korzystne wynalazki«, cha, cha, »z przyczyn osobistych«. Już my znamy takie »przyczyny osobiste«. Brak ci forsy, co? Chciałbyś złapać jakiegoś przemysłowego frajera na jakiś psunabudesowy patent. No, zawsze miałeś kiełbie we łbie, zawsze ci się zdawało, że wywrócisz świat do góry nogami. Ech, kolego kochany, gdzie to się pozapodziewały nasze światoburcze myśli! Gdzie jest nasza wspaniała, szarlatańska młodość!”.

Prezes Bondy wyciągnął się wygodnie. „A może to naprawdę Marek? – myślał. – Ale Marek był to łeb naukowy. Troszkę może gaduła, no tak, ale było w tym chłopaku coś genialnego. Miał pomysły. Ale poza tym straszliwie niepraktyczny człowiek. Właściwie kompletny szaleniec. Jakie to dziwne, że nie jest profesorem – myślał dalej pan Bondy. – Ponad dwadzieścia lat go nie widziałem. Bóg raczy wiedzieć, co robił przez cały ten czas. Może całkiem zszedł na psy. Na pewno zszedł na psy. Mieszka aż w Brzewnowie, biedaczek… i utrzymuje się z wynalazków! Straszny upadek!”.

Pan Bondy próbował wyobrazić sobie nędzę upadłego wynalazcy. Udało mu się wymyślić straszliwie kudłatą, rozczochraną głowę. Jako tło ponure ściany z papieru, jak w filmie. Mebli nie ma; w kącie materac, na stole nędzny model z cewek, gwoździ i zużytych zapałek, przez brudne okienko widać podwórze. I w tę niewypowiedzianą nędzę wkracza gość w futrze. „Idę obejrzeć pański wynalazek”. Ślepawy wynalazca nie poznaje starego kolegi; pokornie chyli kudłatą głowę, rozgląda się, gdzie by tu usadowić gościa, a potem, dobry Boże! – skostniałymi, trzęsącymi się rękami próbuje wprawić w ruch swój żałosny wynalazek, jakieś obłędne perpetuum mobile, i nieskładnie bełkocze coś o tym, jak to powinno chodzić, jak by to na pewno, całkiem na pewno, chodziło, gdyby, gdyby miał… gdyby mógł kupić… Gość w futrze rozgląda się po ubożutkim stryszku i nagle wyjmuje z kieszeni skórzany portfel i kładzie na stole tysiącówkę, jeszcze jedną („Dosyć będzie!” – przeraził się pan Bondy swą rozrzutnością), a potem jeszcze trzecią. („No, tysiącówka wystarczyłaby najzupełniej – myśli coś wewnątrz pana Bondy’ego – przynajmniej na razie”). „Masz pan tu na dalsze prace, panie Marku. Nie, nie, do niczego pan nie jest wobec mnie zobowiązany. Co? Kim jestem? To wszystko jedno. Dajmy na to, pańskim przyjacielem”.

Pan Bondy był bardzo zadowolony z siebie i wzruszony tym obrazem. „Poślę do Marka mojego sekretarza – postanowił. – Natychmiast albo zaraz jutro. A co będę robił dzisiaj? Jest święto, do fabryki nie pójdę. Jestem właściwie wolny. Ach, te małe stosuneczki! Żeby przez cały dzień nie mieć nic do roboty! A może ja bym sam dzisiaj…”.

G.H. Bondy zawahał się. Byłaby to całkiem niezwykła przygoda, gdyby poszedł popatrzeć z bliska na nędzę dziwaka w Brzewnowie.

– Ostatecznie byliśmy takimi dobrymi przyjaciółmi! I wspomnienia mają przecież także swoje prawa. Pojadę! – zadecydował pan Bondy.

I pojechał.

Trochę się potem nudził, gdy jego samochód ślizgał się po całym Brzewnowie, szukając najnędzniejszego domku pod numerem 1651. Musiał nawet dowiadywać się na policji.

– Marek? Marek? – powtarzał inspektor, grzebiąc w swej pamięci. – To chyba będzie inżynier Rudolf Marek. Marek i Spółka, fabryka żarówek, ulica Mixa 1651.

– Fabryka żarówek? – prezes Bondy był rozczarowany, a nawet rozgoryczony. „Jak to? Rudolf Marek nie mieszka na strychu? Jest fabrykantem i »z przyczyn osobistych« sprzedaje jakiś patent! Ej, kolego, to zalatuje plajtą, jakem Bondy”.

– Nie wie pan, jak się panu Markowi powodzi? – zapytał jakby od niechcenia inspektora policji, gdy sadowił się w samochodzie.

– O, znakomicie! – odpowiedział inspektor. – Fabryka bardzo niczego sobie. Sławna firma – dodał z dumą lokalnego patrioty. – Bogaty pan – objaśnił dodatkowo – i strasznie uczony. A ile eksperymentów robi!

– Ulica Mixa! – rozkazał pan Bondy szoferowi.

– Trzecia ulica w prawo! – wołał inspektor za samochodem.

I oto pan Bondy dzwoni do drzwi mieszkalnego skrzydła całkiem przyzwoitej fabryki. Dokoła czyściutko, zagonki i klomby, na murze dzikie wino.

– Hm – medytował pan Bondy – jakiś taki humanitaryzm i reformizm tkwił w tym Marku zawsze.

Lecz oto na spotkanie gościa wychodzi na schody sam Marek, Rudolf Marek. Jest bardzo chudy i poważny, wzniosły jakiś czy co. Bondy czuje jakieś ukłucie koło serca, że Marek nie jest już taki młody jak był ani taki straszliwie kudłaty jak ów wyobrażany wynalazca, że jest całkiem inny niż wszystko, o czym pan Bondy myślał, a nawet niełatwy do poznania. Ale zanim jeszcze zdołał uświadomić sobie w pełni swoje rozczarowanie, inżynier Marek wyciągnął do niego rękę i powiedział cicho:

– No, nareszcie jesteś, Bondy! Czekałem na ciebie!

ROZDZIAŁ IIKarburator

– Czekałem na ciebie! – powtórzył Marek, usadowiwszy gościa w skórzanym klubowym fotelu.

Bondy za żadne skarby świata nie byłby się przyznał do swych wyobrażeń o upadłym wynalazcy.

– Widzisz – zmuszał się po trosze do radości – taki przypadek! Dzisiaj rano przyszło mi na myśl, że już dwadzieścia lat się nie widzieliśmy! Pomyśl, przyjacielu, dwadzieścia lat!

– Hm – mruknął Marek. – Więc ty chcesz kupić mój wynalazek?

– Kupić? – zawahał się Bondy. – Doprawdy, sam nie wiem… Nawet o tym nie myślałem. Chciałem się z tobą zobaczyć i…

– E, daj spokój i nie udawaj! – przerwał mu Marek. – Ja wiedziałem, że przyjdziesz. Po taką rzecz na pewno. Taki wynalazek jest w sam raz dla ciebie. Z tego można zrobić… – machnął ręką, odchrząknął i mówił spokojnie. – Wynalazek mój, który ci zaprezentuję, jest daleko większym przewrotem w świecie techniki niż wynalazek maszyny parowej Watta. Jeśli mam być zwięzły w określeniu jego istoty, to mówiąc teoretycznie, chodzi o całkowite wykorzystanie energii atomowej…

Bondy ziewnął ukradkiem.

– A co robiłeś w ciągu tych dwudziestu lat?

Marek spojrzał na niego trochę zdziwiony.

– Wiedza współczesna twierdzi, że materia, to jest atomy, składają się z ogromnej ilości jednostek energii, atom to właściwie skupisko elektronów, czyli najmniejszych elektrycznych cząsteczek…

– To jest strasznie interesujące – przerwał mu Bondy. – Wiesz sam, że z fizyki byłem zawsze słaby. Ale ty, Marku, wyglądasz nietęgo! A właściwie to w jaki sposób doszedłeś do tej zabaw… hmm… to jest fabryki?

– Ja? Zupełnie przypadkiem. Wynalazłem mianowicie całkiem nowy rodzaj drucików do żarówek… Ale to głupstwo, to mi tak wlazło w ręce przy okazji. Bo ja już od lat dwudziestu pracuję nad zagadnieniem spalania materii. No powiedz sam, kolego, jakie jest największe zagadnienie współczesnej techniki?

– Handel – odpowiedział prezes Bondy. – Ożeniłeś się?

– Jestem wdowcem – odpowiedział Marek i zerwał się wzburzony. – Handel! Nie handel, rozumiesz? Spalanie! Doskonałe wykorzystanie energii cieplnej, która jest w materii! Zauważ, że z węgla wypalamy zaledwie jedną stutysięczną tego, co moglibyśmy wypalić, gdyby… Rozumiesz?

– Owszem, węgiel jest strasznie drogi – zauważył mądrze pan Bondy.

Marek usiadł i powiedział poirytowany:

– Jeśli nie przyszedłeś tu z powodu mego Karburatora, to możesz sobie iść, mój Bondy.

– Nic, nic, mów dalej – powiedział pan Bondy wielce pojednawczo.

Marek wsparł głowę na rękach.

– Dwadzieścia lat nad tym pracowałem – z piersi wyrwało mu się ciężkie westchnienie – a teraz sprzedam to pierwszemu lepszemu, który przyjdzie! Moje wspaniałe marzenie! Największy z dotychczasowych wynalazków! Naprawdę, Bondy, to cudowna rzecz.

– Z pewnością, jak na nasze małe stosuneczki! – przyświadczył Bondy.

– Nie, to jest w ogóle cudowna rzecz. Pomyśl tylko, że możesz wykorzystać atomową energię całkowicie, bez reszty!

– Aha! – zawołał prezes Bondy. – Będziemy palić atomami. Czemu nie, owszem, można atomami. Bardzo tu ładnie u ciebie, Rudi. Małe to, ale ładne. Ilu masz robotników?

Marek nie słuchał.

– Wiesz – mówił w zamyśleniu – to na jedno wychodzi, czy powiesz: wykorzystanie energii atomowej, czy też: spalanie materii. Albo rozbicie materii. Można powiedzieć i tak, i tak.

– Ja jestem za spalaniem – powiedział pan Bondy – słowo to jest takie jakieś cieplejsze.

– Ale ściślejsze jest „rozbicie materii”. Wiesz, rozbić atom na elektrony i te elektrony zaprząc do roboty. Rozumiesz?

– Najzupełniej – zgodził się pan prezes. – Naturalnie, że należy je zaprząc!

– Wyobraź sobie na przykład, że dwa konie ciągną z całych sił dwa końce liny w przeciwnych kierunkach. Wiesz, co to znaczy?

– Pewno jakiś nowy sport, nie? – domyślał się pan Bondy.

– Nie sport, ale spokój. Konie ciągną, ale nie ruszają z miejsca. Ale gdybyś przeciął linę…

– …to konie się zwalą na ziemię! – zawołał pan G.H. Bondy z zapałem.

– Nie, ale rozpędzą się w różne strony, staną się energią wyzwoloną. A teraz uważaj: materia to takie sprzęgnięte konie. Przetnij więź, która wiąże z sobą elektrony, a one…

– …rozpędzą się w różne strony.

– Owszem, ale my możemy schwytać je i zaprzęgnąć do roboty, rozumiesz? Albo pomyśl tak: spalamy na przykład kawałek węgla. Otrzymujemy z tego trochę ciepła, ale prócz tego także popiół, gaz węglowy i sadzę. W ten sposób materia nie ginie, rozumiesz?

– Rozumiem. Może zapalisz cygaro?

– Nie zapalę. Ale ta materia, która pozostaje, ma jeszcze mnóstwo niewykorzystanej energii atomowej. Gdybyśmy zużyli wszystką w ogóle atomową energię, to zużylibyśmy także atomy. Jednym słowem: materia zniknęłaby.

– Aha. Teraz już rozumiem.

– Krótko mówiąc jest tak, jak gdybyśmy źle mełli zboże, jak gdybyśmy wykorzystali tylko cienką wierzchnią warstewkę ziarna, a resztę wyrzucili, jak wyrzucamy popiół. Przy dokładnym przemiale nie pozostaje z ziarna nic albo prawie nic, prawda? I tak samo przy dokładnym spaleniu materii nie pozostaje z materii nic albo prawie nic. Wykorzystuje się ją całkowicie. Zużywa się. Potem materia powraca w swoje pierwotne nic. Wiesz, materia potrzebuje strasznych ilości energii na to, aby istnieć. Odbierz jej istnienie, przymuś ją, aby przestała być, a wyzwolisz ogromny zasób siły. Tak się rzeczy mają, przyjacielu.

– Aha. To jest całkiem niezłe.

– Pflüger na przykład oblicza, że kilogram węgla zawiera dwadzieścia trzy biliony kalorii. Sądzę, że Pflüger przesadza.

– Stanowczo.

– Ja sam doszedłem w teorii do siedmiu bilionów. Ale i to znaczy, że jeden kilogram węgla przy doskonałym spalaniu mógłby napędzać przyzwoitą fabrykę przez kilkaset godzin.

– Tam do diabła! – zawołał Bondy i zerwał się na równe nogi.

– Dokładnej liczby godzin ci nie podam. Ja już od sześciu tygodni spalam pół kilograma węgla przy obciążeniu trzydziestu kilogramometrów i wierz mi, kolego, maszyna pracuje bez przerwy… bez przerwy… – wyszeptał Marek, blednąc.

Prezes Bondy głaskał w zakłopotaniu brodę, gładką i krągłą jak dziecięcy tyłeczek.

– Słuchaj, przyjacielu – zaczął ostrożnie – jesteś, zdaje się, troszeczkę tego ten, przepracowany, że tak powiem.

Marek machnął ręką.

– Et, nic takiego… Gdybyś się choć trochę orientował w fizyce, objaśniłbym ci swój Karburator1, w którym spalam węgiel. Ale to cały wielki rozdział wyższej fizyki. Zresztą sam zobaczysz to wszystko na dole, w piwnicy. Wsypałem pół kilograma węgla w maszynę, a potem ją zamknąłem i kazałem notarialnie opieczętować w obecności świadków, żeby nikt inny nie mógł dosypać węgla. Idź i popatrz na to. Idź już, idź! I tak nic nie zrozumiesz, ale idź do piwnicy. Człowieku, idź już!

– Jak to, a ty nie pójdziesz? – zapytał zdziwiony Bondy.

– Nie, idź sam. I słuchaj, przyjacielu… nie siedź tam zbyt długo…

– Dlaczego? – zapytał Bondy trochę podejrzliwie.

– Tak sobie. Możesz sobie pomyśleć na przykład, że… że tam niezdrowo. I zapal sobie światło. Przełącznik jest tuż przy drzwiach. Ten hałas w piwnicy to nie od mojej maszyny, bo ona pracuje całkiem cicho, równo, bez spalin… Tam huczy tylko, hm, taki, uważasz, wentylator. No więc idź, a ja tu poczekam na ciebie. Potem mi powiesz…

***

Prezes Bondy schodzi do piwnicy poniekąd zadowolony, że pozbył się choć na chwilę tego wariata (przecie nie ulega wątpliwości, że to ciężki wariat), i myśli nad tym, jak by tu zwiać co prędzej. Ale patrzajmyż: piwnica ma uszczelnione, niezwykle grube drzwi, zupełnie takie, jakie widuje się w pancernych kasach wielkich banków. Dobrze, zapalmy światło. Przełącznik jest tuż przy drzwiach. Pod betonowym sklepieniem, w czyściutkim niby cela klasztorna pomieszczeniu, leży na betonowych podkładach olbrzymi miedziany walec. Jest całkowicie zamknięty ze wszystkich stron, tylko u góry jest kratka opatrzona pieczęciami.

W maszynie ciemno i cisza. Z walca regularnym i ślizgowym ruchem wybiega tłok obracający z wolna ciężkie koło zamachowe. To wszystko. Tylko wentylator terkocze w piwnicznym oknie niezmordowanym ruchem.

Może to przewiew od tego wentylatora czy co… Pan Bondy czuje na czole jakiś osobliwy muskający powiew i ma poczucie, jakby mu się jeżyły włosy. A teraz jest mu tak, jakby był unoszony skroś bezmiernego przestworu. A teraz jakby leciał, nie czując własnego ciężaru. G.H. Bondy klęczy w stanie jakiegoś cudownego uczucia błogości, chciałby krzyczeć i śpiewać, wydaje mu się, że słyszy szum niezmiernych i niezliczonych skrzydeł. Ale nagle ktoś chwyta go mocno za rękę i wyciąga z piwnicy. To inżynier Marek. Ma na głowie przyłbicę czy skafander do nurkowania i ciągnie Bondy’ego po schodach na górę. W przedpokoju zdejmuje metalową przyłbicę i ociera pot perlący mu się na czole.

– Był najwyższy czas – wzdycha głęboko wzburzony.

ROZDZIAŁ IIIPanteizm

Prezes Bondy miał takie uczucie, jakby śnił. Marek ułożył go z macierzyńską pieczołowitością w fotelu i szukał koniaku.

– Masz, wypij to zaraz – powiedział, podając mu rozdygotaną ręką kieliszek. – Prawda, że i tobie zrobiło się niedobrze?

– Przeciwnie – odpowiedział jakimś niepewnym głosem Bondy. – Było to takie piękne, człowieku, że… czułem się tak, jakbym latał czy co…

– Tak, tak – powiedział Marek szybko – właśnie o tym mówię. Jakbyś latał albo w ogóle jak gdybyś się wznosił, prawda?

– Ogromnie miłe uczucie – stwierdził pan Bondy. – Zdaje się, że to nazywają natchnieniem. Jakby tam było coś – coś takiego…

– …świętego? – zapytał Marek niepewnym głosem.

– Może. A nawet całkiem na pewno, kolego. Ja, uważasz, nigdy nie chodzę do kościoła, nie, w ogóle nie chodzę, ale w tej… tej twojej piwnicy czułem się tak, jakbym był w kościele. Proszę cię, co ja tam robiłem?

– Klęczałeś – warknął Marek cierpko i zaczął przechadzać się po pokoju.

Prezes Bondy w zakłopotaniu głaskał się po łysinie.

– To dziwne. Co ty gadasz! Że niby ja klęczałem? I proszę cię, co właściwie… co w tej piwnicy… tak dziwnie oddziaływa na człowieka?

– Karburator – warknął Marek, zagryzając wargi. Twarz jego wydawała się jeszcze bardziej zapadnięta i jakby sinawa.

– Tam do diabła – dziwił się Bondy. – Ale jak to?

Inżynier Marek wzruszył tylko ramionami i dalej chodził po pokoju ze spuszczoną głową.

G.H. Bondy przyglądał mu się z dziecięcym podziwem. „Marek to wariat – myślał. – Ale co, u diabła, dzieje się z człowiekiem w tej jego piwnicy? Taka słodka błogość, taka ogromna pewność, zachwyt, przytłaczająca pobożność czy coś takiego”. Pan Bondy wstał i nalał sobie jeszcze jeden kieliszek.

– Wiesz, Marku, co? Już wiem.

– Co wiesz? – wyrwało się Markowi. Przestał chodzić.

– O tej twojej piwnicy. Już wiem, skąd się biorą te dziwne stany psychiczne. Pewno jakieś zatrucie, tak?

– Zatrucie na pewno – roześmiał się Marek wściekle.

– Zaraz to sobie pomyślałem – oświadczył Bondy i od razu się uspokoił. – Więc ten twój aparat wytwarza coś takiego w guście ozonu, prawda? Albo raczej jakiś gaz trujący. I gdy się człowiek tego nawdycha, to potem… troszeczkę go to… przytruje… czy może rozweseli. Prawda? Stanowczo, kolego, nic tu nie ma innego, tylko gazy trujące. Wyzwalają się niezawodnie poprzez spalanie węgla w tym… w tym twoim Karburatorze. Pewno jakiś gaz świetlny albo gaz rozweselający, albo może fosgen… Jednym słowem coś takiego. I dlatego masz tam ten wentylator. I dlatego też chodzisz do piwnicy w masce przeciwgazowej, prawda? Tam są jakieś piekielne gazy.

– Gdyby to były tylko gazy! – wybuchnął Marek, zaciskając pięści. – Widzisz, bracie, i dlatego muszę ten Karburator sprzedać! Bo po prostu ja tego nie zniosę, nie zniosę, mówię ci! – krzyczał niemal z płaczem. – Nawet nie przypuszczałem, że mój Karburator będzie mi wyrabiał takie kawały! Takie straszne… straszne świństwa! I pomyśl tylko, wyrabia mi takie rzeczy od samego początku! I każdy, kto tylko się zbliży, czuje to samo. Ty jeszcze nic nie wiesz, przyjacielu, ale dozorca zapłacił za to bardzo drogo.

– O, biedak – zaniepokoił się pan prezes, pełen współczucia. – Umarł od tego?

– Umrzeć nie umarł, ale się nawrócił! – zawołał Marek zrozpaczony. – Tobie jedynemu to powiem: mój wynalazek, mój Karburator, ma straszliwą wadę. Ale ty go kupisz i tak albo przyjmiesz ode mnie w prezencie. Na pewno go kupisz, choćby się z niego diabły sypały. Tobie, kolego, wszystko jedno, jeśli tylko da się zarobić parę miliardów. Ty je zarobisz, człowieku! To jest ogromna rzecz, ale ja już nie chcę mieć z nią nic do czynienia. Ty nie masz sumienia tak wrażliwego jak ja, mój Bondy, prawda? Miliardy na tym zarobisz, tysiące miliardów! Ale musisz wziąć na swoje sumienie straszliwe zło. Zdecyduj się!

– Nie zawracaj głowy! – bronił się Bondy. – Jeśli tu chodzi o gazy trujące, władze tego zakażą i po krzyku. Sam znasz nasze małe stosunki. Gdyby to było na przykład w takiej Ameryce, o…

– Tu nie ma żadnych gazów trujących – odpowiedział inżynier Marek. – Jest coś tysiąc razy gorszego. Uważaj, Bondy, co ci teraz powiem, przechodzi to ludzki rozum, ale szwindlu nie ma w tym za grosz. No więc ten mój Karburator naprawdę spala materię, i to tak doszczętnie, że nie pozostaje z niej ani pyłek… Albo ściślej: rozbija ją, rozsypuje, rozkłada na elektrony, spożywa, miele, nie wiem po prostu, jak to nazwać. Jednym słowem zużywa całkowicie. Nawet pojęcia nie masz, jaka olbrzymia siła tkwi w atomach. Pół korca węgla wystarczy ci na to, aby opłynąć wielkim statkiem świat dokoła, oświetlać całą Pragę, pędzić największą fabrykę, w ogóle co chcesz. Kawałeczkiem węgla będziesz ogrzewał całe mieszkanie i będziesz na nim gotował dla całej rodziny. A wreszcie nie potrzeba ci będzie nawet węgla, rozpalimy sobie w piecu pierwszym lepszym kamyczkiem albo garstką ziemi, którą zbierzemy sobie przed progiem własnego domu. Każdy kawałek materii zawiera więcej energii niż olbrzymi kocioł parowy. Chodzi tylko o to, żeby ją wyżąć! Żeby umieć materię spalić dokładnie! I wiesz, Bondy, ja to umiem. Mój Karburator to umie. Zgodzisz się ze mną chyba, że taka rzecz warta jest dwudziestu lat pracy.