Echo w płomieniach - Lee Child - ebook + audiobook

21 osób właśnie czyta

Opis

Jazda autostopem może być niebezpieczna. A czekanie na okazję w prażącym słońcu na pustkowiu Teksasu nie należy do przyjemności. Nagrodą może być jednak piękna kobieta w białym cadillacu.

Mąż Carmen Greer, właściciel pól naftowych rozciągających się w okolicy miasteczka Echo, za kilka dni wyjdzie z więzienia i będzie chciał ją zabić. Zdesperowana kobieta nie widzi innego sposobu na powstrzymanie go niż ten najbardziej oczywisty i prosi Jacka Reachera o pomoc w pozbyciu się męża.

Jeśli były oficer żandarmerii wojskowej się w to zaangażuje, zostanie wplątany w spiralę zbrodni i kłamstw sięgającą daleko w przeszłość. A na to zupełnie nie ma ochoty. Czy Reacher po raz pierwszy powie „nie” kobiecie w potrzebie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 596

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 16 godz. 1 min

Lektor: Janusz Zadura

Popularność


JACK REACHER TYM RAZEM ZNAJDZIE KŁOPOTY W GORĄCYM TEKSASIE.

Jazda autostopem może być niebezpieczna. A czekanie na okazję w prażącym słońcu na pustkowiu Teksasu nie należy do przyjemności. Nagrodą może być jednak piękna kobieta w białym cadillacu.

Mąż Carmen Greer, właściciel pól naftowych rozciągających się w okolicy miasteczka Echo, za kilka dni wyjdzie z więzienia i będzie chciał ją zabić. Zdesperowana kobieta nie widzi innego sposobu na powstrzymanie go niż ten najbardziej oczywisty i prosi Jacka Reachera o pomoc w pozbyciu się męża.

Jeśli były oficer żandarmerii wojskowej się w to zaangażuje, zostanie wplątany w spiralę zbrodni i kłamstw sięgającą daleko w przeszłość. A na to zupełnie nie ma ochoty. Czy Reacher po raz pierwszy powie „nie” kobiecie w potrzebie?

LEE CHILD

Brytyjski pisarz, od 1998 r. mieszkający w Nowym Jorku. W 2009 r. wybrany na prezesa stowarzyszenia Mystery Writers of America. W Wielkiej Brytanii studiował prawo, potem pracował w teatrze i telewizji Granada. Zwolniony po 18 latach w wyniku restrukturyzacji, zainwestował w karierę literacką. W 1997 r. ukazała się jego pierwsza powieść – Poziom śmierci. Zdobyła Anthony Award za najlepszy debiut kryminalny i zapoczątkowała serię thrillerów ze wspólnym bohaterem, byłym żandarmem wojskowym Jackiem Reacherem, do której należą m.in.: Echo w płomieniach, Siła perswazji, Jednym strzałem (zekranizowane jako Jack Reacher z Tomem Cruise’em w roli tytułowej), Elita zabójców, Jutro możesz zniknąć, 61 godzin, Czasami warto umrzeć, Ostatnia sprawa, Nigdy nie wracaj (Tom Cruise ponownie wcielił się w Reachera w ekranizacji tej powieści), Zmuś mnie, Sto milionów dolarów czyNocna runda.

leechild.com

Tego autora

Jack Reacher

POZIOM ŚMIERCI

UPROWADZONY

WRÓG BEZ TWARZY

PODEJRZANY

ECHO W PŁOMIENIACH

W TAJNEJ SŁUŻBIE

SIŁA PERSWAZJI

NIEPRZYJACIEL

JEDNYM STRZAŁEM wydanie specjalne z opowiadaniem „Nowa tożsamość Jamesa Penneya”

BEZ LITOŚCI

ELITA ZABÓJCÓW

NIC DO STRACENIA

JUTRO MOŻESZ ZNIKNĄĆ

61 GODZIN

CZASAMI WARTO UMRZEĆ

OSTATNIA SPRAWA wydanie specjalne z opowiadaniem „Drugi syn”

POSZUKIWANY

NIGDY NIE WRACAJ

SPRAWA OSOBISTA

ZMUŚ MNIE

STO MILIONÓW DOLARÓW

ADRES NIEZNANY

NOCNA RUNDA

CZAS PRZESZŁY

oraz

NAJLEPSZE AMERYKAŃSKIE OPOWIADANIA KRYMINALNE 2010(współautor)

Tytuł oryginału:

ECHO BURNING

Copyright © Lee Child 2001

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2019

Polish translation copyright © Bożenna Manicka i Tomasz Manicki 2014

Redakcja: Jacek Ring

Zdjęcia na okładce: Johnny Ring (postać), John A Davis/Shutterstock (zabudowania), Pascal Halder/Shutterstock (błyskawica), TFoxFoto/Shutterstock (droga)

Projekt graficzny okładki oryginalnej: Stephen Mulcahey

Opracowanie graficzne okładki polskiej: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-8125-759-6

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

JACK REACHER

Imię i nazwisko: Jack Reacher

Narodowość: amerykańska

Urodzony: 29 października 1960 roku w Berlinie

Charakterystyczne dane: 195 cm, 99–110 kg, 127 cm w klatce piersiowej

Kolor włosów: ciemny blond

Kolor oczu: niebieski

Ubranie: kurtka 3XLT, długość nogawki mierzona od kroku 95 cm

Wykształcenie: szkoły na terenie amerykańskich baz wojskowych w Europie i na Dalekim Wschodzie, Akademia Wojskowa West Point

Przebieg służby: 13 lat w Żandarmerii Armii USA, w 1990 roku zdegradowany ze stopnia majora do kapitana, zwolniony do cywila w randze majora w roku 1997

Odznaczenia służbowe: Srebrna Gwiazda, Medal za Wzorową Służbę, Medal Żołnierza, Legia Zasługi, Brązowa Gwiazda, Purpurowe Serce

Ostatni adres: nieznany

Czego nie ma: prawa jazdy, dokumentu ze zdjęciem, osób na utrzymaniu

Ludzie myślą, że pisze się w odosobnieniu i samotności. Są w błędzie. To gra zespołowa, a mnie szczęście dopisuje i gdziekolwiek publikuję, do mojej drużyny trafiają osoby nad wyraz urocze i utalentowane. W związku z tym, jeśli kiedykolwiek opracowywałeś lub sprzedawałeś którąkolwiek z moich powieści, to ta dedykowana jest Tobie. Zbyt Was wielu, by wymieniać tu każdego z osobna, ale odgrywacie tak ważną rolę, że trzeba o Was wspomnieć.

1

Obserwatorów było trzech – dwaj mężczyźni i chłopiec. Zamiast lornetek polowych używali teleskopów. Ze względu na odległość. Ukształtowanie terenu zmusiło ich do zajęcia stanowiska półtora kilometra od obiektu. Bliżej się nie dało. Była to lekko sfałdowana równina z trawą, skałami i piaszczystą glebą wypalonymi przez słońce na jednakowy kolor khaki. Najbliższą bezpieczną kryjówkę znaleźli w szerokim, wysuszonym na pieprz parowie wyżłobionym przed milionami lat, kiedy panował tu inny klimat, padały ulewne deszcze, rosły paprocie i rwały wezbrane rzeki.

Mężczyźni leżeli w pyle z teleskopami przy oku, wczesnoporanne słońce mocno już przygrzewało. Chłopiec, pełzając na czworakach, donosił wodę z turystycznej chłodziarki, wypatrywał budzących się grzechotników, zapisywał w notesie komentarze. Byli tu przed pierwszym brzaskiem. Przyjechali zakurzonym pick-upem od zachodu, okrężną drogą przez odludzie. Zarzucili na samochód brudną brezentową płachtę i docisnęli jej brzegi kamieniami. Podeszli pod krawędź parowu, rozlokowali się i kiedy na wschodzie, za oddalonym o półtora kilometra czerwonym domem, pojawiło się słońce, przyłożyli do oczu teleskopy. Był piątek, ich piąty z kolei poranek na stanowisku. Konwersację ograniczali do niezbędnego minimum.

– Godzina? – warknął jeden z mężczyzn. Głos miał nosowy wskutek tego, że jedno oko zaciskał, a drugie miał szeroko otwarte.

Chłopiec spojrzał na zegarek.

– Szósta piętnaście.

– No to lada chwila – mruknął mężczyzna, nie odrywając oka od teleskopu.

Chłopiec otworzył notes i przygotował się do zapisywania tego samego, co zapisywał już od czterech dni.

– Światło w kuchni – rzucił mężczyzna.

Chłopiec zapisał. Szósta piętnaście, zapaliło się światło w kuchni. Kuchenne okno wychodziło na ich stronę, na zachód, a więc nawet po wzejściu słońca pozostawało w cieniu.

– Sama zapaliła? – spytał chłopiec.

– Nie, jak zwykle – burknął drugi mężczyzna, mrużąc oczy.

Służąca przygotowuje śniadanie, zapisał chłopiec. Obiekt nadal w łóżku. Cienie stawały się coraz krótsze, w miarę jak słońce pięło się centymetr po centymetrze po nieboskłonie. Strzelisty komin nad kuchnią czerwonego domu przywodził na myśl strzałkę zegara słonecznego. Rzucany przez niego cień przesuwał się i kurczył, słońce coraz silniej grzało obserwatorów w plecy. Siódma rano, a już robiło się gorąco. O ósmej będzie upał, o dziewiątej skwar stanie się nie do zniesienia. A mieli tu spędzić cały dzień, by dopiero pod osłoną zmroku wycofać się niepostrzeżenie.

– Rozsuwają się zasłony w sypialni – powiedział drugi mężczyzna. – Wstała.

Chłopiec zapisał: Siódma zero cztery, rozsunęły się zasłony w sypialni.

– Teraz słuchajcie – mruknął pierwszy mężczyzna.

Półtora kilometra od nich włączyła się pompa głębinowa. Najpierw nastąpiło ledwo słyszalne metaliczne kliknięcie, zaraz potem ich uszu doleciało jednostajne basowe buczenie.

– Bierze prysznic – powiedział mężczyzna.

Chłopiec to zapisał. Siódma zero sześć, obiekt wszedł pod natrysk.

Mężczyźni zawiesili obserwację. Dopóki będzie pod prysznicem, nic się nie wydarzy. Bo i co miałoby się wydarzyć? Odłożyli teleskopy i zamrugali rażeni świecącym prosto w oczy słońcem. Po sześciu minutach pompa głębinowa wyłączyła się z kliknięciem. Cisza, jaka zaległa, wydała się głośniejsza niż wcześniejsze, ledwie słyszalne buczenie. Chłopiec zapisał: siódma dwanaście, obiekt wyszedł spod prysznica. Mężczyźni znowu sięgnęli po teleskopy.

– Chyba się ubiera – mruknął drugi mężczyzna.

Chłopiec zachichotał.

– Widzisz ją gołą?

Drugi z mężczyzn odpełzł sześć metrów na południe. Miał stamtąd lepszy widok na tyły domu, na które wychodziło okno sypialni.

– Wstydziłbyś się – warknął.

Chłopiec zapisał: Siódma piętnaście, prawdopodobnie się ubiera. A potem: Siódma dwadzieścia, prawdopodobnie jest już na dole, prawdopodobnie je śniadanie.

– Wróci na górę umyć zęby – powiedział.

Mężczyzna po lewej szerzej rozstawił łokcie.

– Jak nic – mruknął. – Czyścioszka.

– Znowu zasuwa zasłony w sypialni – zameldował drugi mężczyzna.

W lecie praktykowało się to powszechnie na zachodzie Teksasu, zwłaszcza jeśli okna sypialni, tak jak to, wychodziły na południe. No, chyba że ktoś życzył sobie spędzić następną noc w pokoju nagrzanym jak piekarnik.

– Chwila przerwy – powiedział mężczyzna. – Dolar do dziesięciu, że wyjdzie zaraz do stajni.

Nikt nie podjął zakładu, bo jak dotąd cztery razy na cztery tak właśnie robiła, a obserwatorom płacono za wyłapywanie tego rodzaju prawidłowości.

– Otwierają się drzwi od kuchni.

Chłopiec zapisał: siódma dwadzieścia siedem, otwierają się drzwi od kuchni.

– Wychodzi.

Wyszła w kraciastej, niebieskiej sukience do kolan, która odsłaniała jej ramiona. Włosy miała związane w kok. Były jeszcze wilgotne po prysznicu.

– Jak się nazywają takie sukienki? – spytał chłopiec.

– Na ramiączkach – powiedział mężczyzna z lewej.

Siódma dwadzieścia osiem, wychodzi, niebieska sukienka na ramiączkach, idzie do stajni, zapisał chłopiec.

Przeszła przez szerokie na jakieś siedemdziesiąt metrów podwórko, ostrożnie stawiając kroki na nierównym, spieczonym przez słońce gruncie. Otworzyła drzwi stajni i zniknęła w mrocznym wnętrzu.

Chłopiec zapisał: siódma dwadzieścia dziewięć, obiekt w stajni.

– Jaka temperatura? – zapytał mężczyzna po lewej.

– Ze trzydzieści stopni – powiedział chłopiec.

– Będzie burza. Przy takim upale to niewyjęte.

– Jest jej transport – zameldował mężczyzna po prawej.

Na szosie, parę kilometrów na południe od nich, pojawił się tuman kurzu. Pojazd sunął wolno na północ.

– Wychodzi – powiedział mężczyzna po prawej.

Siódma trzydzieści dwie, obiekt wychodzi ze stajni, zapisał chłopiec.

– Służąca w drzwiach – zameldował mężczyzna.

Obiekt zatrzymał się przy drzwiach od kuchni i wziął od służącej pudełko z lunchem. Było z jasnoniebieskiego plastiku, z postacią z kreskówki na boku. Skórę miała zaróżowioną i wilgotną od upału. Schyliła się, żeby poprawić podkolanówki, potem pobiegła do furtki i wyszła przez nią na pobocze szosy. Szkolny autobus zwolnił, zatrzymał się i poprzez ciche powarkiwanie pracującego na jałowym biegu silnika obserwatorzy usłyszeli wyraźnie, jak z sykiem otwierają się drzwi. Zalśniły w słońcu chromowane poręcze. Chmura spalin z diesla dryfowała ospale w nieruchomym, nagrzanym powietrzu. Obiekt postawił pudełko z lunchem na stopniu, po czym uchwycił się lśniących poręczy i wdrapał za nim do autobusu. Drzwi zamknęły się i obserwatorzy zobaczyli jej jasną główkę przesuwającą się na poziomie dolnych krawędzi okien. Silnik zawarczał głośniej, zgrzytnął wrzucany bieg i autobus potoczył się dalej, ciągnąc za sobą pióropusz kurzu.

Siódma trzydzieści sześć, obiekt odjeżdża autobusem do szkoły, zapisał chłopiec.

Odprowadzał wzrokiem autobus oddalający się szosą biegnącą prosto jak strzelił na północ, dopóki ten na horyzoncie nie rozpłynął się w nagrzanym powietrzu w migotliwy żółty miraż. Wtedy zatrzasnął notes i zabezpieczył go gumką recepturką. Służąca weszła do kuchni czerwonego domu i zamknęła za sobą drzwi. Obserwatorzy odłożyli teleskopy i postawili kołnierze, chroniąc karki przed słońcem.

Siódma trzydzieści siedem, piątkowy poranek.

Siódma trzydzieści osiem.

• • •

O siódmej trzydzieści dziewięć, prawie pięćset kilometrów na północny wschód stamtąd, Jack Reacher opuścił przez okno swój pokój motelowy. Minutę wcześniej szczotkował zęby w łazience. A jeszcze minutę wcześniej otworzył drzwi pokoju, żeby sprawdzić na termometrze temperaturę. Zostawił je otwarte. Szafa ścienna w korytarzyku miała lustrzane drzwi, a w łazience było lusterko do golenia na regulowanym wysięgniku. I jakiś optyczny traf sprawił, że zobaczył w tym lusterku czterech mężczyzn wysiadających z samochodu i kierujących się do motelowej recepcji. Łut szczęścia, ale ludziom takim jak Jack Reacher szczęście sprzyjało ponadprzeciętnie.

Był to policyjny wóz patrolowy. Miał na drzwiach emblemat, który dzięki słonecznemu porankowi oraz podwójnemu odbiciu można było bez problemu podziwiać. Na górze napisane było Policja Miejska, poniżej pysznił się wymyślny medalion, a napis pod spodem informował: Lubbock, Texas. Cała wysiadająca z wozu czwórka była w mundurach. Grube pasy mieli obwieszone rewolwerami, krótkofalówkami, pałkami i kajdankami. Trzech po raz pierwszy widział na oczy, czwartego znał. Był to wysoki, zwalisty facet z jasnymi, ostrzyżonymi na zapałkę włosami i nalaną czerwoną gębą. Dzisiaj tę nalaną czerwoną gębę przesłaniały częściowo lśniące aluminiowe łubki ujmujące strzaskany nos. Złamany palec prawej dłoni facet też miał na aluminiowej szynie i zabandażowany.

Jeszcze wczoraj wieczorem gościu nos miał cały, a palec w najlepszym porządku. Reacherowi do głowy wtedy nie przyszło, że to glina. Siedział w barze i robił wrażenie ostatniego palanta. Reacher zaszedł tam, bo słyszał, że akurat chałturzy niezły zespół. Zespół był do bani, Jack wycofał się więc do barku, usadowił na stołku i zapatrzył w ekran telewizora z wyłączoną fonią, zawieszonego wysoko na ścianie i nastawionego na kanał sportowy. W lokalu było tłoczno i gwarno, siedział więc wklinowany między jakąś kobietę po prawej i zwalistego faceta ostrzyżonego na zapałkę po lewej. Znudzony transmisją sportową, zaczął się rozglądać po sali. I rozglądając się tak, zahaczył w pewnym momencie wzrokiem o sąsiada.

Gość był w białym podkoszulku bez rękawów i obgryzał kurze skrzydełka. Skrzydełka były tłuste, a gość fleja. Tłuszcz ze skrzydełek ściekał mu po brodzie i palcach, i skapywał na przód podkoszulka. Plama rozrastała się szybko i zaczynała przyciągać oko. Ale barowa etykieta nie pozwala napawać się zbyt długo takimi widokami. Facet przechwycił spojrzenie Reachera.

– Co się gapisz? – zapytał.

Pytanie wywarczane zostało agresywnym tonem, ale Reacher puścił je mimo uszu.

– Co się gapisz? – powtórzył facet.

Reacher wiedział z doświadczenia, że jeśli zadają podobne pytanie raz, to może wszystko rozejdzie się jeszcze po kościach. Ale jeśli pytają po raz drugi, to szykuje się rozróba. Sęk w tym, że brak odpowiedzi uznają zazwyczaj za dowód, że strach cię obleciał. Że są górą. Inna sprawa, że nie dopuszczają cię do głosu.

– Na mnie się gapisz? – dociekał facet.

– Nie – mruknął Reacher.

– Na mnie nie będziesz się gapił, koleś – warknął facet.

Z tonu, jakim wypowiedział „koleś”, Reacher wywnioskował, że ma zapewne do czynienia z brygadzistą z tartaku, ewentualnie z plantacji bawełny. Czy skąd tam jeszcze, gdzie mogła się utrzymywać z pracy rąk siła robocza z Lubbock i okolic, kultywując jakiś zawód mający tutaj wielopokoleniową tradycję. Słowo „glina” z całą pewnością przez myśl mu nawet nie przeszło. No ale był w Teksasie stosunkowo nowy.

– Nie gap się na mnie – kontynuował facet.

Reacher odwrócił głowę i spojrzał na niego. Nie żeby zaraz gościa prowokować. Żeby go tylko otaksować. Życie jest pełne niespodzianek i miał na uwadze, że pewnego pięknego dnia stanie oko w oko z równym sobie pod względem warunków fizycznych. Z kimś, kogo widok być może go zdeprymuje. Ale spojrzawszy, stwierdził, że ten dzień jeszcze nie nadszedł. Uśmiechnął się więc tylko i odwrócił wzrok.

A wtedy facet dźgnął go paluchem.

– Powiedziałem, żebyś się na mnie nie gapił – powiedział i dźgnął go paluchem po raz drugi w to samo miejsce.

Palec był mięsisty jak parówka, a na dodatek cały w tłuszczu. Zostawił na koszuli Reachera wyraźny ślad.

– Nie rób tego więcej – ostrzegł Reacher.

Facet znowu go dźgnął.

– Bo co? – spytał. – Może chcesz podjąć jakieś kroki?

Reacher spuścił wzrok na przód swojej koszuli. Ślady były już dwa. Facet znowu dźgnął go palcem. Cztery dźgnięcia, trzy ślady. Reacher zacisnął zęby. Cóż w końcu znaczą trzy tłuste plamy na koszuli? Zaczął odliczać powoli do dziesięciu. Zanim doszedł do ośmiu, facet znowu go dźgnął.

– Głuchy jesteś? – wycedził przez zaciśnięte zęby Reacher. – Powiedziałem, żebyś tego nie robił.

– Może chcesz podjąć jakieś kroki?

– Nie – odparł Reacher. – Nie chcę. Proszę tylko, żebyś przestał to robić.

Facet uśmiechnął się.

– No toś zasrana kupa gówna.

– Niech ci będzie – mruknął Reacher. – Tym bardziej mnie nie dotykaj.

– Bo co? Co mi zrobisz?

Reacher podjął odliczanie. Osiem, dziewięć…

– Może wyjdziemy? – spytał facet.

Dziesięć.

– Dotknij mnie jeszcze raz, to ci odpowiem – rzekł Reacher. – Ostrzegałem cię już cztery razy.

Facet uspokoił się na sekundę. Potem, a jakże, znów zaczął swoje. Reacher, przechwyciwszy jego palec w locie, uniósł go i docisnął do grzbietu dłoni, łamiąc przy pierwszym kłykciu jak zapałkę. A ponieważ był już nie na żarty wkurzony, strzelił jeszcze faceta bykiem w tę nalaną facjatę. Cios był błyskawiczny, dobrze wymierzony, ale zadany z umiarkowaną siłą. Nie wypada masakrować człowieka za cztery tłuste plamy na koszuli. Odchylając się, żeby zrobić delikwentowi miejsce na upadek, Reacher potrącił plecami kobietę po swojej prawej.

– Przepraszam panią – powiedział grzecznie.

Kobieta kiwnęła z roztargnieniem głową. Otumaniona gwarem, skoncentrowana na swoim drinku, nie zwracała zupełnie uwagi, co się wokół dzieje. Zwalisty facet zsunął się w milczeniu ze stołka i padł z głuchym łomotem na podłogę. Reacher przekręcił go nogą na bok, po czym wsunął mu czubek buta pod brodę i odchylił nieco w tył głowę, żeby udrożnić drogi oddechowe. Załogi karetek nazywają to pozycją boczną bezpieczną. Chroni nieprzytomnego przed zadławieniem się.

Następnie zapłacił za swoje drinki i wrócił do motelu, nie myśląc już o facecie. Dopiero rankiem ten sam mu o sobie przypomniał, pojawiając się w łazienkowym lusterku w policyjnym mundurze. Reacher z miejsca wprowadził swój umysł na najwyższe obroty.

Przez pierwszą sekundę obliczał kąty padania i odbicia światła, zadając sobie pytanie: jeśli ja go widzę, to czy on też mnie może zobaczyć? Wyszło mu, że owszem, może. Jeśli tylko spojrzy we właściwą stronę, czego na razie nie zrobił. Następną sekundę strawił, rugając się w duchu. Że też nie zinterpretował jak należy wyraźnych sygnałów. A były takie. No bo kto przy zdrowych zmysłach poszturchiwałby człowieka jego postury, jeśli nie byłby pewny, że chroni go jakiś tam immunitet? Pewny jakiejś tam wyimaginowanej nietykalności? Że też nie dało mu to do myślenia.

Co robić? Facet jest gliną na swoim terenie. A on, Reacher, łatwo rozpoznawalnym celem. Chociażby po tych czterech tłustych plamach na koszuli i świeżym guzie na czole. Na pewno znaleźliby się jacyś fachowcy od medycyny sądowej, którzy dopasowaliby kształt tego ostatniego do kości w nosie faceta.

Co robić? Rozjuszony, żądny zemsty gliniarz może zaleźć człowiekowi za skórę. I to jak zaleźć. Rojny publiczny areszt, to niewyjęte, może jakaś zabłąkana kulka, na pewno zabawa w czterech na jednego w ustronnej celi gdzieś na tyłach posterunku, gdzie nie można się bronić, bo człowiekowi zaraz postawią dodatkowe zarzuty. Potem cały worek kłopotliwych pytań, tym bardziej kłopotliwych, że Reacher z przyzwyczajenia nie nosił przy sobie żadnego dokumentu tożsamości ani w ogóle niczego poza szczoteczką do zębów i paroma tysiącami dolarów w gotówce w kieszeni spodni. Zostałby jak nic uznany za osobnika podejrzanego. Prawie na pewno oskarżony o czynną napaść na przedstawiciela prawa. Jak spod ziemi zmaterializowałaby się cała rzesza świadków przysięgających na wszystkie świętości, że była to napaść bandycka i niczym niesprowokowana. Mógłby zostać osądzony, skazany i osadzony. Mógłby trafić do celi dwa i pół na trzy metry w jakimś przybytku o zaostrzonym rygorze. A to ze zrozumiałych względów wcale mu się nie uśmiechało.

Najlepiej zatem będzie po angielsku się stąd oddalić. Schował szczoteczkę do zębów do kieszeni, przeszedł przez pokój i otworzył okno. Odpiął siatkowy ekran, wypchnął go i opuścił na ziemię. Przelazł przez parapet, zamknął okno, wcisnął na miejsce ekran i ruszył przez pusty parking ku najbliższej ulicy. Tam skręcił w prawo i szedł, dopóki nie zasłonił go niski budyneczek. Rozglądał się za autobusem. Żaden nie nadjeżdżał. Rozglądał się za taksówką. Jak wyżej. Nie pozostawało mu nic innego, jak tylko wystawić rękę i unieść kciuk. Szacował, że ma dziesięć minut na złapanie okazji, zanim tamci skończą w motelu i zaczną krążyć po ulicach. Dziesięć, góra piętnaście minut.

A stąd wniosek, że nic z tego nie będzie. Nie da rady. Siódma trzydzieści dziewięć rano, a na słupku już trzydzieści stopni. Żaden kierowca nie zatrzyma się w taki upał. Żaden nie uchyli drzwi na tyle, by wpuścić go do środka, nie wspominając już o wcześniejszym opuszczeniu szyby, w celu przekonsultowania zgodności kierunków podróży. Wszystko wskazywało na to, że ewakuacja się nie powiedzie. Wykluczone. Był o tym tak głęboko przekonany, że zaczął planować inne wyjścia z sytuacji. Ale mylił się. Ten dzień obfitował w niespodzianki.

• • •

Zabójców było troje – dwaj mężczyźni i kobieta. Stanowili jedyny w swoim rodzaju zespół zawodowców z siedzibą w Los Angeles. Skontaktować można się było z nimi poprzez pośrednika mieszkającego w Dallas i drugiego łącznika z Vegas. Działali w branży od dziesięciu lat i byli bardzo dobrzy w swojej robocie, czyli w dyskretnym rozwiązywaniu problemów w dowolnym zakątku południowego zachodu, odbieraniu honorarium i podejmowaniu się podobnych zleceń, ilekroć ktoś ich o to poprosił. Dziesięć lat i najmniejszej wpadki. Zgrana ekipa. Dokładna, z inwencją, perfekcyjna. Najlepsza w swoim hermetycznym małym światku. I idealnie do niego przystosowana. Byli sympatyczni, nijacy, biali, anonimowi. Widziani razem wyglądaliby na pracowników salonu sprzedaży kserokopiarek w drodze do centrali na szkolenie.

Tylko że razem widywały ich jedynie ofiary. Podróżowali osobno. Jedno zawsze samochodem, dwoje pozostałych samolotami, zawsze różnymi trasami. Za kierownicą siadał zawsze jeden z mężczyzn, bo nierzucanie się w oczy było ich zasadą, a kobieta pokonująca długie trasy samochodem nieco łatwiej zapada w pamięć niż mężczyzna. Samochód był zawsze wypożyczony, zawsze w hali przylotów największego w Los Angeles lotniska LAX, bo nie ma na świecie punktów wynajmu samochodów bardziej niż tam obleganych. Zawsze był to zwyczajny rodzinny sedan, bezpłciowy samochód. Prawo jazdy i karta kredytowa wykorzystywane do dokonania transakcji zawsze były prawdziwe, wystawione w jakimś odległym stanie na osobę, która nigdy nie istniała. Kierowca czekał przed terminalem przylotów i ustawiał się w kolejce dopiero wtedy, kiedy do hali bagażowej wylewał się tłum pasażerów z jakiegoś zatłoczonego samolotu. Stawał się wtedy jedną z setek twarzy. Był niski, ciemnowłosy i niepozorny, z zaaferowaną jak wszyscy miną ciągnął za sobą walizkę na kółkach, przez ramię przerzucił podręczny bagaż.

Wypełnił przy stanowisku agencji wynajmu formularz, dojechał autobusem na firmowy parking i odnalazł przydzielony mu wóz. Załadował swoje torby do bagażnika, okazał parkingowemu dokumenty i wyjechał w słoneczny blask. Przez czterdzieści minut krążył obwodnicami wokół śródmieścia, upewniając się, czy nie jest śledzony. Potem skręcił w West Hollywood i zatrzymał się przed zamkniętym na kłódkę garażem w zaułku za sklepem z damską bielizną. Zostawił silnik na chodzie, otworzył drzwi garażu, potem bagażnik i wymienił walizkę na kółkach i torbę z podręcznym bagażem na dwie duże walizy z czarnego nylonu. Jedna z nich była bardzo ciężka. Ta ciężka waliza stanowiła powód, dla którego, zamiast korzystać z usług linii lotniczych, jeździł samochodem. Zawierała przedmioty, które lepiej trzymać z dala od lotniskowych skanerów.

Zamknął z powrotem garaż i pojechał Santa Monica Boulevard na wschód, by skręcić z niego na południe w Sto Pierwszą, a potem znowu na wschód w Dziesiątą. Poprawił się w fotelu kierowcy – grunt to wygoda, bo do Teksasu dwa dni jazdy. Nie był palaczem, ale co jakiś czas zapalał papierosa i trzymając go między palcami, strzepywał popiół gdzie popadnie – na dywaniki, na deskę rozdzielczą, na kierownicę. Niedopałki gasił w popielniczce. Zmusi to agencję wynajmu do bardzo dokładnego odkurzenia zwróconego wozu, spryskania wnętrza odświeżaczem powietrza i przetarcia winylu płynem czyszczącym. W ten sposób usunięte zostaną wszelkie jego ślady, z odciskami palców włącznie.

Drugi z mężczyzn również już ruszył w drogę. Był od pierwszego wyższy, potężniej zbudowany i miał jaśniejsze włosy, ale niczym szczególnym się nie wyróżniał. Zjawił się na LAX w porze wieczornego szczytu i wykupił bilet do Atlanty. Wylądowawszy tam, zamienił portfel z dokumentami na jeden z pięciu, które woził ze sobą w bagażu podręcznym, i już jako zupełnie inny człowiek wykupił kolejny bilet do Dallas-Fort Worth.

Kobieta wyruszyła w podróż dzień później. Przysługiwał jej ten przywilej, bo przewodziła zespołowi. Była ciemną blondynką w średnim wieku, średniego wzrostu i tuszy. Wyróżniało ją jedynie to, że zarabiała na życie zabijaniem ludzi. Samochód zostawiła na długoterminowym parkingu pod LAX, co nie stwarzało żadnego zagrożenia, bo wóz zarejestrowany był na noworodka z Pasadeny, który przed trzydziestu laty zmarł na odrę. Dojechała lotniskowym autobusem do terminalu, wykupiła bilet, płacąc sfałszowaną kartą MasterCard, i przeszła przez bramkę, okazując autentyczne nowojorskie prawo jazdy ze zdjęciem. Na pokład samolotu wkraczała mniej więcej w tym samym czasie, kiedy kierowca rozpoczynał swój drugi dzień jazdy.

Pierwszego dnia, po drugim tankowaniu, zjechał z autostrady między wzgórza Nowego Meksyku, zatrzymał się na odludnej gruntowej drodze, przykucnął w chłodnym, rozrzedzonym powietrzu i zmienił tablice rejestracyjne samochodu z kalifornijskich na arizońskie, które wyjął z cięższej walizy. Potem wrócił na autostradę, przejechał nią jeszcze godzinę, by następnie skręcić w boczną szosę, przy której znalazł motel. Zapłacił gotówką, podał adres w Tucson i pozwolił recepcjoniście przepisać do karty meldunkowej numer z arizońskiej tablicy rejestracyjnej.

Przespał sześć godzin w klimatyzowanym pokoju i z samego rana był już znowu w trasie. Do Dallas-Fort Worth dotarł pod wieczór drugiego dnia i zostawił wóz na długoterminowym parkingu lotniska. Zabrał z bagażnika walizy i lotniskowym autobusem dojechał do hali odlotów. Stamtąd schodami ruchomymi zjechał od razu do hali przylotów i ustawił się w kolejce do stanowiska Hertza. Do Hertza, bo ta agencja wynajmu samochodów miała w ofercie fordy, a jemu potrzeby był crown victoria.

Wylegitymował się prawem jazdy z Illinois i wypełnił formularz. Potem pojechał autobusem na parking Hertza i odnalazł swój wóz. Był to typowy crown vic w kolorze szary metalik, ani ciemny, ani jasny. O taki mu właśnie chodziło. Załadował walizy do bagażnika i podjechał pod motel sąsiadujący z nowym stadionem baseballowym przy szosie z Fort Worth do Dallas. Zameldował się, okazując to samo prawo jazdy z Dallas, zjadł i przespał się kilka godzin. Obudził się wcześnie i spotkał ze swoimi partnerami w upalny poranek przed motelem dokładnie w tym samym momencie, kiedy ponad sześćset kilometrów stamtąd, w Lubbock, Jack Reacher po raz pierwszy wystawiał kciuk.

• • •

Drugą niespodzianką, po tej z pojawieniem się gliniarza, było to, że złapał okazję w niespełna trzy minuty. Nie zdążył się nawet spocić. Koszulę miał wciąż suchą. Trzecią niespodzianką był fakt, że kierowcą, który się przy nim zatrzymał, okazała się kobieta. Czwartą i największą ze wszystkich niespodzianką był temat, na jaki zeszła konwersacja, którą siłą rzeczy nawiązali.

Od dobrych dwudziestu pięciu lat podróżował stopem po tylu krajach, że nie tak łatwo byłoby mu je wszystkie wymienić z pamięci, i nie zdarzyło mu się jeszcze, żeby trzy minuty po wystawieniu kciuka sadowić się już w samochodzie. Jako sposób na przemieszczanie się autostop zdychał. Reacher doszedł do tego wniosku na podstawie własnego doświadczenia. Kierowcom zawodowym zabierania łebków zabraniały warunki ubezpieczenia, a prywatni coraz bardziej się bali. Bo licho cię tam wie, czyś aby nie jaki psychol. A już Reacher miał pod tym względem problemy ponadprzeciętne, zwłaszcza teraz. Daleko mu było do eleganckiego, zadbanego, ugrzecznionego facecika. Posturę miał olbrzyma – sto dziewięćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, atletyczna sylwetka, sto dwadzieścia kilogramów żywej wagi. Ludzie się go bali. Trzymali od niego z dala. A teraz na dokładkę czoło zdobił mu świeży guz. I dlatego tak go zaskoczyły te trzy minuty.

I ta kobieta za kierownicą. Istnieje niepisany ranking szans na złapanie okazji, oparty na czymś w rodzaju podświadomej oceny ryzyka. Otwiera ten ranking młoda dziewczyna, którą w zasadzie zabierze każdy, nawet podszyty tchórzem, podtatusiały mężczyzna, bo gdzie tu niebezpieczeństwo? Chociaż ostatnio, od kiedy niektóre siuśmajtki wycwaniły się w sztuce naciągania i żądają setek dolarów za odstąpienie od oskarżenia o molestowanie, nawet w tej kategorii zrobiło się trudniej. Tak czy owak ranking zamykał niezbyt zadbany chłop na schwał, a już nie do pomyślenia było, żeby zatrzymała się przed takim elegancka, atrakcyjna kobieta w drogim coupé. A jednak zatrzymała się. Po trzech minutach.

Z wystawioną w bok ręką, unosząc wymownie kciuk, oddalał się długimi krokami na południowy zachód, byle dalej od motelu. Słońce prażyło go w plecy, mało co widział w galimatiasie postrzępionych porannych cieni, aż tu nagle, z lepkim kląskaniem szerokich opon na rozgrzanym asfalcie coś się obok niego zatrzymało. Samochód był duży, biały, poraziło go słońce odbijające się od maski. Zatrzymał się oślepiony i usłyszał cichy szum opuszczanej elektrycznie szyby. Siódma czterdzieści dwie. Piątkowy poranek.

– Dokąd? – zawołał kobiecy głos tonem pasującym bardziej do taksówkarza niż osoby prywatnej.

– Gdzie oczy poniosą – odburknął.

I od razu tego pożałował. Palnął głupstwo, bo niepodanie konkretnego celu podróży pogarsza jeszcze sprawę. Ludzie uznają takiego osobnika za łazęgę, stają się podejrzliwi i zaczynają się zastanawiać, czy uda im się go pozbyć. Że przyczepi się taki jak rzep i będzie chciał z nimi jechać do domu. Ale ta kobieta kiwnęła tylko głową.

– Rozumiem – powiedziała. – Jadę na Pecos.

Zawahał się zaskoczony. Kobieta, wychylając się zza kierownicy, patrzyła na niego przez szybę wyczekująco.

– Pasuje – zdecydował.

Zszedł z krawężnika, otworzył drzwi i wsunął się na obity skórą fotel. W środku było jak w zamrażarce. Klimatyzacja pracowała na maksa i odniósł wrażenie, że siada na bryle lodu. Zatrzasnął za sobą drzwi, a ona zasunęła przyciskiem szybę.

– Dzięki – mruknął. – Nawet pani nie wie, jak jestem wdzięczny.

Nic nie powiedziała. Machnęła tylko ręką i obejrzała się przez ramię, przygotowując do włączenia do ruchu. Ludzie mają swoje powody, by zabierać autostopowiczów, i to najrozmaitsze. Jedni sami w młodości tak podróżowali, a po ustatkowaniu się chcą zobaczyć, jak to wygląda od drugiej strony. Inni z natury są życzliwi. Jeszcze innym doskwiera samotność i po prostu chcą pogadać.

Jeśli jednak tej kobiecie chodziło nawet o to ostatnie, to nie śpieszyła się z zagajeniem rozmowy. Przepuściła kilka ciężarówek i ruszyła za nimi bez słowa. Reacher rozejrzał się po samochodzie. Był to cadillac – dwudrzwiowy, ale długi jak żaglówka i bardzo bajerancki. Mniej więcej dwulatek, ale wychuchany. Skóra koloru starych kości, przyciemniane szyby koloru butelek po francuskim winie. Na tylnym siedzeniu leżał czarny notes, chyba z plastikową okładką, a obok mała aktówka z cielęcej skóry zasuwana na zamek błyskawiczny. Notes nie miał napisów, aktówka była z tych, które już w chwili zakupu wyglądają na używane. Była otwarta i wypchana plikiem papierów, podobne widuje się w kancelariach prawniczych.

– Niech pan sobie cofnie fotel – odezwała się kobieta. – Będzie miał pan więcej miejsca na nogi.

– Dzięki – mruknął znowu.

Wypatrzył na drzwiach przyciski w kształcie poduszek. Pomanipulował nimi i silniczki mechanizmu z cichym buczeniem odsunęły w tył fotel i odchyliły oparcie. Potem opuścił jeszcze siedzisko, żeby jak najmniej było go widać z zewnątrz. Poczuł się przez chwilę jak na fotelu u dentysty.

– No, już lepiej – orzekła kobieta. – I wygodniej.

Sama była niska, więc fotel miała przysunięty do kierownicy i uniesiony. Zmienił pozycję tak, żeby mieć ją w polu widzenia, ale nie patrzeć na nią bezpośrednio. Była niska, szczupła, śniada, drobnej kości. Słowem, chucherko. Góra pięćdziesiąt kilogramów, jakieś trzydzieści lat. Długie, falujące, czarne włosy, czarne oczy, małe, białe ząbki pojawiające się, kiedy rozciągała wargi w półuśmieszku. Chyba Meksykanka, ale nie z tych, co przeprawiają się wpław przez Rio Grande w poszukiwaniu lepszego życia. Przodkowie tej kobiety żyli sobie lepiej od setek lat. To było widać. Miała to w genach. Coś z azteckiej księżniczki. Prosta bawełniana sukienka w pastelowy deseń. Nic specjalnego, ale chyba swoje kosztowała. Bez rękawów i kończąca się powyżej kolan. Ramiona i nogi smagłe i gładkie, jak wypolerowane.

– To gdzie pana wysadzić? – spytała.

Urwała i uśmiechnęła się szerzej.

– Nie, już o to pytałam. A pan sam nie wiedział.

Miała akcent rodowitej Amerykanki, może tylko bardziej zachodni niż południowy. Trzymała kierownicę oburącz i Reacher widział pierścionki na palcach. Prosta obrączka ślubna i coś platynowego z dużym diamentem.

– Wszystko mi jedno – mruknął. – Gdzie pani wygodniej.

Uśmiechnęła się znowu.

– Ucieka pan przed czymś? Czyżbym zabrała niebezpiecznego zbiega?

Ten uśmiech świadczył, że pytanie nie zostało zadane poważnie i Reachera zastanowiła jej niefrasobliwość. Biorąc pod uwagę okoliczności, niewiele się pomyliła. Ryzykowała. Właśnie tego rodzaju ryzyko zabijało sztukę podróżowania autostopem.

– Eksploruję – mruknął.

– Teksas? Teksas już dawno odkryty.

– W sensie turystycznym – sprecyzował.

– Nie wygląda pan na turystę. Turyści noszą poliestrowe sportowe garnitury i przyjeżdżają do nas autokarami.

Uśmiechnęła się znowu. Miała ładny uśmiech. Wyglądała na pewną siebie, opanowaną i subtelną do granic elegancji. Elegancka Meksykanka w drogiej kiecce, najwyraźniej elokwentna. Jeżdżąca cadillakiem. Powstydził się nagle swoich zdawkowych odpowiedzi, potarganych włosów, zarostu, poplamionej koszuli i wygniecionych spodni khaki. I sporego guza na czole.

– Pani gdzieś tu mieszka? – zapytał, bo powiedziała: „turyści przyjeżdżają do nas autokarami”, a czuł, że wypada podtrzymać rozmowę.

– Na południe od Pecos – odparła. – Prawie pięćset kilogramów stąd. Mówiłam, że tam jadę.

– Nigdy tam nie byłem – mruknął.

Zatrzymała się na światłach. Kiedy się zmieniły, przecięła wielkie skrzyżowanie, trzymając się prawego pasa ruchu. Obserwował jej udo, kiedy naciskała pedał gazu. Przygryzała dolną wargę. Mrużyła oczy. Była czymś wyraźnie zdenerwowana, ale się kontrolowała.

– I zeksplorował pan Lubbock? – spytała.

– Widziałem pomnik Buddy Holly’ego.

Zerknęła na radio, tak jakby pomyślała: facet lubi muzykę, może mu coś puścić.

– Lubi pan Buddy Holly’ego? – spytała.

– Niespecjalnie – odparł Reacher. – Za mdły, jak na mój gust.

Kiwnęła głową.

– Też tak myślę. Ritchie Valens był lepszy. On też pochodził z Lubbock.

Teraz głową kiwnął Reacher.

– Widziałem go w Alei Sławy.

– Długo bawił pan w Lubbock?

– Jeden dzień.

– I teraz rusza pan dalej.

– Zgodnie z planem.

– Gdzie oczy poniosą – zażartowała.

– Zgodnie z planem – powtórzył.

Minęli słupek z małą blaszaną tablicą wytyczającą granicę miasta. Reacher uśmiechnął się pod nosem. Na emblemacie zdobiącym drzwi wozu patrolowego napisane było Policja Miejska. Odwrócił głowę i obserwował przez chwilę pozostające w tyle niebezpieczeństwo.

• • •

Trójka zabójców zajęła miejsca w crown victorii. Wysoki, jasnowłosy mężczyzna usiadł za kierownicą, niski, ciemnowłosy, zmęczony dwudniową podróżą, w fotelu pasażera. Kobieta usadowiła się z tyłu. Wyjechali z motelowego parkingu, na międzystanowej I-20 przyśpieszyli. Zostawiali za sobą Dallas, zdążając na zachód, w kierunku Fort Worth. Żadne się nie odzywało. Przytłaczał ich ogrom Teksasu. Kobieta, przygotowując się do akcji, czytała przewodnik i dowiedziała się z niego, że stan ten zajmuje siedem procent powierzchni Ameryki i jest większy od większości krajów europejskich. To nie zrobiło na niej specjalnego wrażenia. Każdy wiedział, że Teksas jest bardzo duży. Ale przewodnik podawał również, że od granicy do granicy Teksas jest szerszy, niż wynosi odległość z Nowego Jorku do Chicago. Ta informacja wrażenie już zrobiła. I tłumaczyła, dlaczego muszą przejechać taki szmat drogi, żeby dostać się z jednego położonego na jego terytorium miejsca w inne.

Na szczęście samochód był cichy, klimatyzowany i wygodny, stwarzał warunki do wypoczynku lepsze niż niejeden pokój motelowy. A czasu do zabójstwa pozostało niewiele.

• • •

Kobieta skręciła w prawo, w kierunku Nowego Meksyku, a półtora kilometra dalej w lewo, na południe, w kierunku starego Meksyku. Sukienkę na przodzie miała wygniecioną, tak jakby nosiła ją już drugi dzień. Subtelny zapach perfum mieszał się z mroźnym powietrzem dmuchającym z nawiewników w desce rozdzielczej.

– To Pecan warte jest obejrzenia? – spytał Reacher.

– Pecos – skorygowała.

– No tak, Pecos.

Wzruszyła ramionami.

– Mnie się podoba – powiedziała. – Większość mieszkańców to Meksykanie, a więc dobrze się tam czuję.

Jej prawa dłoń mocniej zacisnęła się na kierownicy. Zobaczył ścięgna napinające się pod skórą przedramienia.

– Lubi pan Meksykanów? – spytała.

Teraz on wzruszył ramionami.

– Tacy sami ludzie jak inni.

– Nie lubi pan ludzi?

– To zależy.

– A lubi pan kantalupy?

– Taki sam owoc jak inne.

– W Pecos rosną najsłodsze w całym Teksasie – wyjaśniła. – A tym samym, w opinii mieszkańców, najsłodsze na całym świecie. W lipcu organizowane jest tam rodeo, czyli w tym roku już go pan nie obejrzy. A na północ od Pecos leży okręg Loving. Słyszał pan o okręgu Loving.

Pokręcił głową.

– Nigdy tam nie byłem.

– To najsłabiej zaludniony okręg w całych Stanach Zjednoczonych. To znaczy nie biorąc pod uwagę niektórych rejonów Alaski. Ale przy tym najbogatszy, jeśli chodzi o dochód na głowę mieszkańca. Populacja wynosi sto dziesięć osób, ale działa tam czterysta dwadzieścia szybów naftowych.

– No to jadę z panią do Pecos. Ciekawe miejsce, z tego co słyszę.

– To był prawdziwy Dziki Zachód – dodała. – Naturalnie, dawno temu. Kompania Texas and Pacific Railroad zbudowała tam stację kolejową, która szybko obrosła saloonami i w ogóle. Było to zakazane miejsce. Z nazwy miasta ukuto nawet czasownik. Zapecosować kogoś znaczyło zastrzelić go, a trupa wrzucić do rzeki Pecos.

– I nadal się to praktykuje?

Znowu się uśmiechnęła. Ale był to już inny uśmiech. Mniej elegancki, nieco wymuszony i bardziej przekorny. Dodawał jej uroku.

– Owszem, ale już nie tak często – zażartowała.

– Pochodzi pani z Pecos?

– Nie, z Kalifornii – odparła. – Do Teksasu przeniosłam się po ślubie.

Podtrzymuj rozmowę, pomyślał Reacher. Bądź co bądź uratowała ci tyłek.

– Od dawna jest pani mężatką? – spytał.

– Niecałe siedem lat.

– Pani rodzina długo mieszka w Kalifornii?

Uśmiechnęła się znowu.

– Dłużej niż jakikolwiek Kalifornijczyk, to na pewno – powiedziała.

Jechali teraz prostą jak strzelił szosą przez płaskie pustkowie, dodała więc gazu. Niebo oglądane przez przednią szybę było butelkowo zielone. Wyświetlacze na desce rozdzielczej informowały, że na zewnątrz jest czterdzieści pięć stopni, a w środku piętnaście.

– Jest pani prawnikiem? – spytał.

Spojrzała na niego zdziwiona, ale szybko skojarzyła, skąd to przypuszczenie i wyciągając szyję, zerknęła w lusterko wsteczne na odbicie leżącej na tylnym siedzeniu aktówki.

– Nie – odparła. – Klientką prawnika.

Konwersacja znowu zamarła. Przez chwilę trwało niezręczne milczenie.

– I kim jeszcze pani jest? – spytał Reacher.

Zwlekała kilka sekund z odpowiedzią.

– Żoną i matką – zaczęła w końcu. – Do tego córką i siostrą. Trzymam też kilka koni. To wszystko. A pan kim jest?

– Nikim specjalnym – mruknął Reacher.

– Kimś musi pan być – nie ustępowała.

– Kiedyś byłem – przyznał. – Byłem synem, bratem i miałem dziewczynę.

– Byłem?

– Rodzice umarli, brat umarł, dziewczyna odeszła.

Niezbyt to budujące, pomyślał. Kobieta milczała.

– I nie mam ani jednego konia – dorzucił.

– Bardzo przykre – powiedziała.

– Że nie mam konia?

– Nie, że jest pan zupełnie sam na świecie.

– Bez przesady – mruknął. – Aż tak źle to nie jest.

– Nie czuje się pan samotny?

Wzruszył ramionami.

– Lubię samotność.

– Dlaczego dziewczyna od pana odeszła? – podjęła po chwili milczenia.

– Wyjechała do pracy do Europy.

– Nie mógł pan jechać z nią?

– Nie zauważyłem, żeby jej na tym zależało.

– Rozumiem – powiedziała. – A chciał pan z nią jechać?

Zastanowił się.

– Niespecjalnie – odparł. – To by za bardzo pachniało stabilizacją.

– A pan nie chce się ustabilizować?

Pokręcił głową.

– Dwie noce w jednym miejscu i już mnie nosi.

– Stąd ten jeden dzień w Lubbock – zauważyła.

– I następny w Pecos – dodał.

– A co potem?

Uśmiechnął się.

– Nad tym się jeszcze nie zastanawiałem – odparł. – I tak to ze mną już jest.

Zamilkła, skupiając się na prowadzeniu.

– Czyli jednak ucieka pan przed czymś – odezwała się po jakimś czasie. – Może miał pan kiedyś bardzo ustabilizowane życie i ucieka pan od wszystkiego, co by panu o nim przypominało.

Ponownie pokręcił głową.

– Nie, wprost przeciwnie. Od urodzenia byłem przy wojsku, a tam o żadnej stabilizacji nie ma mowy. Weszło mi to w krew.

– Rozumiem – mruknęła. – Przywykł pan do życia na walizkach.

– Coś w tym rodzaju.

– Jak to możliwe, żeby od urodzenia być w wojsku?

– A możliwe. Ojciec był żołnierzem. Dzieciństwo upłynęło mi w bazach wojskowych rozrzuconych po całym świecie, a potem sam się zaciągnąłem i tak to szło.

– Ale teraz już pan nie jest w wojsku?

Kiwnął głową.

– Wyszkolony i bez przydziału.

Zauważył, że jego odpowiedź dała jej do myślenia. Powróciło napięcie. Chyba nie zdając sobie z tego sprawy, jakby mimowolnie, mocniej nacisnęła pedał gazu. Odniósł wrażenie, że tak jak szybkość, z którą jechali, wzrosło jej zainteresowanie jego osobą.

• • •

Ford Motor Company montuje crown victorie w swoich zakładach w St Thomas w Kanadzie. Z taśmy produkcyjnej zjeżdża ich tam dziesiątki tysięcy rocznie i niemal wszystkie bez wyjątku sprzedawane są departamentom policji, firmom taksówkowym albo trafiają do flot agencji wynajmu. Popyt na nie ze strony osób prywatnych jest śladowy. Udział wielkich krążowników szos w rynku nie jest już taki jak dawniej, a zatwardziali konserwatyści, którzy nadal je preferują, wybierają raczej forda mercury’ego grand marquis, model w zasadzie ten sam, ale lepiej wyposażony i niewiele droższy. W związku z powyższym prywatne crown vice spotyka się na drogach jeszcze rzadziej niż prywatne czerwone rolls-royce’y, i widząc takiego w kolorze innym niż taksówkowy żółty albo czarno-biały z napisami Policja na drzwiach, człowiek myśli od razu, że to nieoznakowany wóz policyjny. Ewentualnie jakiegoś rodzaju służbowy pojazd użytkowany przez szeryfa, FBI, Secret Service albo udostępniony koronerowi bądź komendantowi straży pożarnej dużego miasta.

To podświadome skojarzenie, i istnieją sposoby, żeby je podsycić.

Na pustkowiu, w połowie drogi do Abilene, jasnowłosy mężczyzna zjechał z autostrady i poprowadził wóz przez rozległe pola, a potem gęste lasy, by zatrzymać się w końcu na zapomnianej pętli autobusowej oddalonej o co najmniej piętnaście kilometrów od najbliższej ludzkiej siedziby. Zgasił silnik i otworzył bagażnik. Niski ciemnowłosy mężczyzna wyciągnął z niego ciężką walizę i położył ją na ziemi. Kobieta odsunęła zamek błyskawiczny i podała wysokiemu jasnowłosemu mężczyźnie parę tablic rejestracyjnych stanu Wirginia. Mężczyzna wyjął z walizy śrubokręt, odkręcił tablice teksaskie, przednią i tylną, i przykręcił na ich miejsce tablice wirginijskie. Niski ciemnowłosy mężczyzna ściągnął tymczasem ozdobne plastikowe dekle ze wszystkich czterech kół, złożył je i razem z tablicami rejestracyjnymi wrzucił do bagażnika. Kobieta wyjęła z walizy cztery anteny – długie, giętkie wąsy stosowane w łączności CB i telefonii komórkowej – nabyte w sklepie sieci Radio Shack w Los Angeles. Anteny komórkowe przykleiła taśmą samoprzylepną do tylnej szyby. A po zatrzaśnięciu bagażnika – anteny CB do jego klapy. Nie były do niczego podłączone. Były tylko na pokaz, ale robiły wrażenie.

Następnie niski ciemnowłosy mężczyzna zajął miejsce za kierownicą, zawrócił i wzbijając tumany kurzu, ruszył w stronę autostrady. Crown vic z gołymi stalowymi felgami, lasem anten i tablicami rejestracyjnymi stanu Wirginia. Wypisz wymaluj wóz FBI z trzema agentami w środku, wypełniającymi jakąś ważną misję.

• • •

– Czym zajmował się pan w wojsku? – spytała niby to od niechcenia kobieta.

– Byłem gliniarzem – odparł Reacher.

– To w wojsku też są gliniarze?

– A są – powiedział. – Żandarmeria. Rodzaj gliniarzy. Służba wewnętrzna.

– Nie wiedziałam – przyznała.

Znowu zamilkła. Myślała intensywnie. Wyglądała na podnieconą.

– Nie będzie pan miał nic przeciwko, jeśli zadam kilka pytań? – spytała po chwili.

Wzruszył ramionami.

– Jestem na pani łasce i niełasce.

Kiwnęła głową.

– Nie chciałabym pana urazić.

– Z tym nie byłoby tak łatwo, zważywszy na okoliczności. Na zewnątrz czterdzieści pięć stopni, tutaj piętnaście.

– Zbiera się na burzę. Przy takiej temperaturze będziemy ją mieli jak w banku.

Reacher spojrzał na niebo. Oglądane przez przyciemnianą przednią szybę było butelkowo zielone i oślepiająco czyste.

– Nie widzę niczego, co by ją zapowiadało – stwierdził.

Uśmiechnęła się przelotnie.

– Mogę wiedzieć, gdzie pan mieszka?

– Nigdzie nie mieszkam – mruknął. – Jestem w ciągłym ruchu.

– Nie ma pan gdzieś domu?

Pokręcił głową.

– Wszystko, co mam, mam przy sobie.

– To niewiele pan ma – zauważyła.

– I więcej mi nie trzeba.

Skwitowała to przelotnym uśmieszkiem.

– Jest pan bez pracy? – spytała.

Kiwnął głową.

– Przeważnie.

– Dobrym był pan gliną? W tym wojsku?

– Chyba niezłym. Awansowali mnie na majora, dali parę medali.

– To dlaczego pan odszedł?

Zaczynało to wyglądać na wywiad. Przed przyznaniem kredytu albo przyjęciem do pracy.

– Zredukowali mnie – odparł. – Skończyła się zimna wojna, zaczęli odchudzać armię, a im mniej żołnierzy, tym mniej potrzeba żandarmów do ich pilnowania.

Kiwnęła głową.

– Tak jak w mieście. Im mniej mieszkańców, tym mniej policji. Cięcie kosztów. Podatki i tak dalej.

Milczał.

– Mieszkam w bardzo małym miasteczku – podjęła. – Echo, na południe od Pecos, jak już mówiłam. Głucha prowincja. Dlatego nazwali je Echo. Nie chodzi tu o echo, które rozlega się w pustym pomieszczeniu. To nawiązanie do mitologii starożytnych Greków. Echo była młodą dziewczyną zakochaną w Narcyzie. Ale on kochał tylko siebie i ona marniała z nieodwzajemnionej miłości, aż został z niej tylko głos. I dlatego nazwano to miasteczko jej imieniem – Echo. Mieszkańców tam niewielu, chociaż to stolica okręgu. Liczniejszego niż okręg Loving, ale nie ma tam posterunku policji. Porządku pilnuje tylko jeden szeryf okręgowy.

Coś w jej głosie…

– I jest z tym jakiś problem? – spytał.

– To bardzo biały okręg – powiedziała. – Nie to co Pecos.

– I co z tego?

– To, że mogą być problemy, jeśli dojdzie co do czego.

– A doszło co do czego?

Uśmiechnęła się nieszczerze.

– Od razu widać, że był pan gliną – powiedziała. – Taki pan dociekliwy. A to ja mam do pana tyle pytań.

Korzystając z tego, że zamilkła, przyciskami w kształcie poduszek odchylił jeszcze trochę oparcie fotela. Obserwował ją spod oka. Była ładna, ale zdenerwowana. Jeszcze dziesięć lat, a z tych nerwów porobią się jej zmarszczki.

– Jak wyglądało życie w wojsku? – spytała.

– Inaczej – mruknął. – Inaczej niż poza nim.

– W jakim sensie inaczej?

– Inne zasady, inne sytuacje. To był świat sam w sobie. Z jednej strony żelazna dyscyplina, z drugiej bezprawie.

– Dziki Zachód – skomentowała.

– Chyba tak – przyznał. – Milion ludzi szkolonych przede wszystkim w wiadomym celu. Zasady to rzecz drugorzędna.

– Dziki Zachód – powtórzyła. – I panu to chyba odpowiadało?

Kiwnął głową.

– Nie zaprzeczę.

– Mogę zadać osobiste pytanie?

– Słucham.

– Jak się pan nazywa?

– Reacher.

– To imię czy nazwisko?

– Wszyscy mówią mi Reacher.

– Mogę spytać o coś jeszcze?

Kiwnął głową.

– Zabijałeś ludzi, Reacher? W wojsku?

Znowu kiwnął głową.

– Zdarzało się.

– W końcu po to się idzie do wojska, prawda? – zauważyła.

– Właśnie – mruknął. – Po to.

Znowu zamilkła. Odniósł wrażenie, że intensywnie coś w myślach rozważa.

– W Pecos jest takie muzeum – podjęła po chwili. – Muzeum prawdziwego Dzikiego Zachodu. Mieści się częściowo w dawnym saloonie, częściowo w hoteliku z epoki, który z nim sąsiaduje. Na tyłach znajduje się grób Claya Allisona. Słyszał pan o Clayu Allisonie?

Reacher pokręcił głową.

– Nazywano go Rewolwerowcem Dżentelmenem – wyjaśniła. – Później się wycofał i zmarł dopiero wskutek obrażeń, jakie odniósł, wpadając pod koła wozu z ziarnem. Pochowano go tam. Widziałam tę mogiłę. Na nagrobku jest napis: Robert Clay Allison 1840–1887. A inskrypcja pod spodem głosi: Nigdy nie zabił człowieka, który nie zasługiwał na śmierć. Co pan o tym myśli?

– Myślę, że to bardzo ładna inskrypcja – odparł Reacher.

– Jest też tam stara gazeta – ciągnęła. – Przechowywana w oszklonej gablocie. Chyba wydawana w Kansas City. Z jego nekrologiem. Można w nim przeczytać: Pewne jest, że wiele swoich uczynków popełnił w imię prawa, tak jak on je pojmował.

Cadillac pędził na południe.

– Ładny nekrolog – mruknął Reacher.

– Tak pan uważa?

Kiwnął głową.

– Lepszego nie można sobie chyba wymarzyć.

– Chciałby pan, żeby i o panu tak napisano w nekrologu?

– Owszem, ale jeszcze nie teraz – odparł Reacher.

Uśmiechnęła się przepraszająco.

– Jasne, nie życzę tego panu – powiedziała. – Ale uważa pan, że zasługiwałby na taki nekrolog? Znaczy, na koniec?

– Czytałem gorsze – powiedział.

Milczała.

– Może mi pani powiedzieć, dokąd to prowadzi?

– Ta droga? – spytała z roztargnieniem.

– Nie, nasza rozmowa.

Zdjęła nogę z pedału gazu. Samochód zwolnił i zjechał na piaszczyste pobocze. Pobocze osypało się pod kołami w suchy rów irygacyjny i wóz przechylił się na bok. Nie gasząc silnika ani nie wyłączając klimatyzacji, ledwie zauważalnym ruchem nadgarstka przesunęła dźwignię automatycznej skrzyni biegów w położenie parkowania.

– Nazywam się Carmen Greer – powiedziała. – I potrzebuję pańskiej pomocy.

2

– Nie zabrałam pana przypadkowo – rzekła Carmen Greer.

Cadillac, zsunąwszy się dwoma kołami z pobocza, stał przechylony na bok jak tonący statek. Reacher zjechał po śliskim skórzanym fotelu i siedział teraz oparty plecami o drzwi. Kobieta trzymała się jedną ręką kierownicy, drugą zapierała o oparcie jego fotela. Miał jej twarz tuż nad sobą, ale nie potrafił nic z niej wyczytać. Wpatrywała się ponad jego ramieniem w dno wysuszonego rowu.

– Da pani radę stąd wyjechać? – spytał.

Obejrzała się na szosę. Nad ziarnistym asfaltem, na poziomie dolnej krawędzi jej okna, falowała migotliwa warstwa rozgrzanego upałem powietrza.

– Chyba tak – mruknęła. – Mam nadzieję.

– Ja też.

Przeniosła na niego wzrok.

– Można w takim razie wiedzieć, dlaczego mnie pani zabrała? – spytał.

– A jak pan myśli?

– Czy ja wiem. Do tej chwili myślałem, że po prostu miałem szczęście. I że jest pani bardzo uczynną osobą, skoro bezinteresownie wyświadczyła taką przysługę nieznajomemu.

Pokręciła głową.

– Nie, to nie było bezinteresowne – powiedziała. – Szukałam takiego człowieka jak pan.

– W jakim celu?

– Na pana miejscu siedziało już w tym wozie chyba z tuzin facetów – powiedziała. – A setki innych minęłam, nie zatrzymując się. Od miesiąca nic innego nie robię. Krążę po zachodnim Teksasie w poszukiwaniu autostopowiczów.

– W jakim celu?

Zbyła to pytanie lekkim wzruszeniem ramion.

– Nie uwierzyłby pan, ile kilometrów nabiłam już na licznik. Ani ile wydałam na benzynę.

– W jakim celu? – spytał po raz trzeci.

Zamilkła. Nie odpowiadała. Milczenie się przeciągało. Podłokietnik na wewnętrznej stronie drzwi wbijał mu się w nerkę. Reacher wygiął plecy w łuk i zapierając się o szybę barkami, zmienił pozycję. Że też musiała go zabrać właśnie ona, a nie ktoś jadący zwyczajnie z punktu A do punktu B.

– Mogę mówić pani Carmen? – spytał, spoglądając na nią z dołu.

Kiwnęła głową.

– Jasne, nie ma sprawy.

– No więc, Carmen, powiedz mi z łaski swojej, co tu jest grane.

Otworzyła i zamknęła usta. Otworzyła je ponownie i ponownie zamknęła.

– Nie wiem, od czego zacząć – przyznała w końcu. – Teraz, kiedy wreszcie do tego doszło, zapomniałam języka w gębie.

– A do czego doszło?

Nie odpowiedziała.

– Mów lepiej, o co ci chodzi, bo jak nie, to wysiadam – zagroził.

– Tam jest czterdzieści pięć stopni.

– Wiem.

– Można umrzeć na takiej patelni.

– Zaryzykuję.

– Nie otworzysz drzwi. Wóz jest za bardzo przechylony.

– To wytłukę szybę.

Biła się przez chwilę z myślami.

– Potrzebuję twojej pomocy – powtórzyła w końcu.

– Przecież mnie nie znasz.

– Osobiście nie. Ale wiem, że się nadajesz.

– Do czego?

Nie odpowiedziała od razu. Potem przez jej wargi przemknął ironiczny uśmieszek.

– Nie zdawałam sobie sprawy, że to będzie takie trudne – podjęła. – Milion razy powtarzałam sobie, co powiem, a teraz nie mam pewności, czy to zabrzmi jak należy.

Reacher nie odzywał się. Czekał na dalszy ciąg.

– Miałeś kiedyś do czynienia z prawnikami? – spytała. – Lekceważą człowieka. Każą sobie słono płacić i cierpliwie czekać, a potem mówią, że nic nie dało się zrobić.

– To weź innego prawnika – poradził.

– Miałam już czterech – odparła. – Czterech w ciągu miesiąca. Wszyscy tacy sami. I wszyscy nie na moją kieszeń. Nie stać mnie na nich.

– Przecież jeździsz cadillakiem.

– To samochód mojej teściowej. Pożyczyła mi go.

– Nosisz pierścionek z diamentem.

Znowu nie odpowiedziała od razu. Oczy zaszły jej mgiełką.

– Dostałam go od męża – rzekła po chwili.

Spojrzał na nią.

– A on nie może ci pomóc?

– Nie, nie może – powiedziała cicho. – Korzystałeś kiedyś z usług prywatnego detektywa?

– Nie miałem takiej potrzeby. Sam byłem detektywem.

– Tak naprawdę, to ich nie ma. A przynajmniej nie ma takich, jakich ogląda się na filmach. Najchętniej siedzieliby w swoich biurach i wisieli na telefonie. Albo przeglądali bazy danych w komputerach. Nie ruszą się stamtąd, żeby zrobić dla klienta coś konkretnego. Pojechałam aż do Austin. Tam facet mi powiedział, że może się zająć moją sprawą, ale potrzeba mu sześciu ludzi i będzie mnie to kosztowało dziesięć tysięcy dolarów tygodniowo.

– Ile?

– Byłam zrozpaczona. Naprawdę spanikowałam. Potem wpadłam na pomysł, że może wśród autostopowiczów znajdę kogoś, kto mi pomoże. Starałam się dokładnie typować kandydatów. Zabierałam tylko tych, którzy wyglądali mi na zakapiorów.

– Dziękuję, Carmen – mruknął Reacher.

– Przepraszam, może to za mocne słowo – przyznała. – Emocje przeze mnie przemawiają.

– To się mogło źle dla ciebie skończyć.

Kiwnęła głową.

– Dwa razy o mało się tak nie skończyło. Ale musiałam zaryzykować. Musiałam kogoś znaleźć. Miałam nadzieję, że trafię może na jakiegoś rodeowca albo nafciarza. No wiesz, twardego faceta z charakterem, może chwilowo bez pracy, mającego trochę czasu na zbyciu. Może cierpiącego na brak gotówki, ale dużo zapłacić nie mogę. Będzie z tym problem?

– Jak dotąd, Carmen, wszystko, co mówisz, wygląda mi na jeden wielki problem.

– Rozmawiałam z nimi wszystkimi – podjęła po dłuższej chwili milczenia. – No wiesz, gawędziłam jak z tobą. Starałam się wysondować, jacy są od środka, jaki mają charakter. Co sobą reprezentują. Chyba było ich w sumie ze dwunastu. I każdemu czegoś brakowało. Dopiero ty.

– Co dopiero ja?

– Dopiero w tobie dostrzegłam swoją szansę – powiedziała. – Naprawdę. Były żandarm wojskowy, samotny. Lepiej nie mogło się złożyć.

– Ja nie szukam pracy, Carmen.

Kiwnęła głową.

– Wiem. Zdążyłam się już zorientować. I uważam, że tym lepiej. Dzięki temu to będzie bardziej spontaniczne. Pomoc z odruchu serca. Nie z chęci zysku. Przeszłość też masz idealną. Ona cię obliguje.

Popatrzył na nią uważnie.

– Nie, do niczego mnie nie obliguje.

– Byłeś żołnierzem – zauważyła. – I policjantem. To idealny układ. Jesteś powołany do pomagania ludziom. Od tego są przecież gliniarze.

– Większość czasu upływa nam na papierkowej robocie. Na pomaganie niewiele go zostaje.

– Jak to? Przecież po to są gliniarze. To ich podstawowy obowiązek. A żandarm jest jeszcze lepszy. Sam powiedziałeś, że robisz, co do ciebie należy.

– Jeśli potrzebny ci gliniarz, zwróć się do szeryfa okręgowego. W Pecos czy gdzie tam.

– W Echo – podpowiedziała. – Mieszkam w Echo. Na południe od Pecos.

– Wszystko jedno – mruknął. – Zwróć się do szeryfa.

Pokręciła głową.

– Nie mogę.

Reacher nic już nie powiedział. Siedział w pozycji półleżącej, oparty o drzwi przechylonego samochodu. Silnik pomrukiwał cierpliwie na wolnych obrotach, buczała nastawiona na maksa klimatyzacja. Kobieta zapierała się wciąż o oparcie fotela, żeby się na niego nie ześlizgnąć. Znowu milczała. Patrzyła ponad jego ramieniem, mrugając, tak jakby zbierało się jej na płacz. Jakby zaraz miała zalać się łzami. Jakby czuła się tragicznie rozczarowana – może nim, może sobą.

– Pewnie masz mnie za wariatkę – odezwała się.

Zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów. Silne, szczupłe nogi, silne, szczupłe ramiona, droga sukienka. Podjeżdżała jej w górę ud, widział ramiączko stanika, śnieżnobiałe w zestawieniu z ciemną karnacją skóry. Gładko zaczesane włosy i zadbane, pociągnięte lakierem paznokcie. Elegancka, inteligentna twarz, zmęczone oczy.

– Nie jestem wariatką – powiedziała.

Patrzyła mu teraz prosto w oczy. To coś w jej twarzy… Błaganie? A może bezradność albo rozpacz.

– Od miesiąca o tym marzyłam – ciągnęła. – To moja ostatnia nadzieja. Plan był może naiwny, ale tylko to mi zostało. I była szansa, że się powiedzie, a z tobą powiódłby się niemal na pewno, a ja teraz psuję wszystko, robiąc z siebie wariatkę.

Znowu urwała, a Reacher wspomniał smażalnię naleśników, którą widział w Lubbock naprzeciwko motelu. Nawet sympatycznie się prezentowała. Żałował teraz, że tam nie zaszedł. Zamówiłby dużą porcję z bekonem. Dużo syropu. Do tego może jajko. Konsumpcja zajęłaby mu z pół godziny, a ona tymczasem opuściłaby miasto. Siedziałby teraz może obok jakiegoś wesołego kierowcy ciężarówki i słuchał płynącego z radia rock and rolla. Z drugiej strony mógłby też leżeć teraz obity i zakrwawiony w celi policyjnego aresztu i czekać na postawienie w stan oskarżenia.

– Wiesz, zacznij może od początku – zaproponował. – I powiedz to, co chciałaś. Ale najpierw wyjedź z tego cholernego rowu. Bardzo mi niewygodnie. A i kawy bym się napił. Jest tu gdzieś jakaś knajpka, gdzie dają kawę?

– Chyba tak – mruknęła. – Tak, jest. Godzinę drogi stąd.

– To jedźmy tam. Kawa dobrze nam zrobi.

– Chcesz mnie zostawić i uciec.

Nie wykluczał takiej ewentualności. Patrzyła na niego przez dobre pięć sekund, potem kiwnęła zdecydowanie głową. Przesunęła dźwignię skrzyni biegów i nacisnęła pedał gazu. Samochód miał napęd na przednie koła, a cały jego ciężar spoczywał na tylnych. Opony, nie napotykając oporu podłoża, zawirowały w miejscu. Żwir bębnił o podwozie, otoczyła ich chmura pyłu koloru khaki. Po chwili jednak koła chwyciły przyczepność i wóz wytoczył się z rowu na szosę. Kobieta dodała gazu i pomknęli na południe.

– Nie wiem, od czego zacząć – przyznała.

– Najlepiej od początku – poradził. – Zastanów się, a potem opowiesz mi wszystko po kolei przy kawie. Mamy czas.

Pokręciła głową, nie odrywając wzroku od pustej, mieniącej się w upale szosy. Licznik wskazywał już siedemdziesiątkę.

– Nie mamy – powiedziała. – Sprawa jest naprawdę pilna.

• • •

Osiemdziesiąt kilometrów na południowy zachód od Abilene, na poboczu pustej bocznej drogi, piętnaście kilometrów na północ od głównej autostrady wschód–zachód, stała crown victoria. Silnik pracował na wolnych obrotach, maska była na parę centymetrów uchylona, żeby zapewnić mu lepsze chłodzenie. Teren wokół był tak idealnie płaski, że dostrzegało się krzywiznę ziemi. W którąkolwiek stronę człowiek spojrzał, ku horyzontowi opadały łagodnie zakurzone, zeschnięte zarośla. Ruchu na drodze nie było żadnego, ciszę mąciło więc tylko pomrukiwanie silnika i kanonada trzasków, z jakimi pękała w lejącym się z nieba żarze spieczona ziemia.

Kierowca odchylił do oporu regulowane elektrycznie lusterko boczne, żeby widzieć w nim całą drogę za sobą. Kurz wzbity przez crown victorię już opadł i można było sięgnąć wzrokiem do punktu, gdzie asfaltowa nawierzchnia szosy stapiała się z niebem i tworzyła srebrzysty rozfalowany miraż. Kierowca wpatrywał się w tę odległą prawie dwa kilometry kipiel, czekając, aż wynurzy się z niej rozmyty kształt samochodu.

Wiedział, co to będzie za samochód. Zespół był dobrze poinformowany. Biały mercedes benz z samotnym mężczyzną za kierownicą, zdążającym na ważne spotkanie. Mężczyzna będzie jechał szybko, bo miał w zwyczaju robić wszystko na ostatnią chwilę. Znali godzinę, na którą jest umówiony, i wiedzieli, że do miejsca, gdzie się umówił, jest stąd jeszcze pięćdziesiąt kilometrów, tak więc łatwo wyliczyli, o której mogą się go tu spodziewać. I ta godzina szybko się zbliżała.

– No to do roboty – powiedział kierowca.

Wysiadł w skwar i zatrzasnął maskę. Wsunął się z powrotem za kierownicę i odebrał od kobiety baseballową czapkę – jedną z trzech, jakie kupili w sklepie z pamiątkami przy Hollywood Boulevard, płacąc po trzynaście dolarów i dziewięćdziesiąt pięć centów za sztukę. Była granatowa z literami FBI wyhaftowanymi maszynowo z przodu białą bawełnianą nicią. Kierowca włożył ją i naciągnął daszek na czoło. Przesunął dźwignię przekładni w położenie jazdy, przyłożył stopę do pedału gazu, pochylił się lekko w przód i wpatrzył w lusterko boczne.

– Jak w zegarku – mruknął.

Z wrzącego i migotliwego mirażu wyodrębniła się biała kropla i popędziła ku nim jak wyskakująca z wody ryba. Kropla rosła w oczach i nabierała kształtów. Biały mercedes sedan, szerokie opony, przyciemniane szyby.

Kierowca zdjął stopę z pedału hamulca i crown victoria potoczyła się poboczem w przód. Nacisnął pedał gazu, kiedy mercedes był jeszcze sto metrów za nim. Mercedes przemknął obok z rykiem i crown victoria wyjechała na szosę we wzbudzony przez auto prąd rozgrzanego powietrza. Kierowca przyśpieszył. Uśmiechał się, zaciskając wargi. Zespół zabójców wkraczał znowu do akcji.

• • •

Kierowca mercedesa kątem oka dostrzegł w lusterku wstecznym migające reflektory. Spojrzał w lusterko i zobaczył za sobą sedana. Za przednią szybą majaczyły dwie czapki z daszkami. Zerknął odruchowo na szybkościomierz – ponad sto pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. O cholera. Zmroziło go, serce mocniej zakołatało w piersiach. Zdjął nogę z gazu, szacując, jak bardzo jest już spóźniony, ile zostało mu jeszcze do przejechania i jaki ton najlepiej przyjąć w rozmowie z tymi facetami. Pokorny? A może lepiej wyniosły: nie-wiecie-kim-jestem? Albo poufały: dajcie-spokój-chłopaki, ja-też-jestem-w-pracy?

Sedan zrównał się z nim. W środku było troje ludzi – dwóch mężczyzn i kobieta. Wóz cały w antenach. Żadnego migającego koguta, żadnej syreny. To nie byle gliniarze. Kierowca dawał mu znaki, żeby zjechał na pobocze. Siedząca z tyłu kobieta przyciskała do szyby otwarte etui z legitymacją. Widział wyraźnie wysokie na pięć centymetrów litery FBI. Na czapkach też FBI. Budzący respekt ludzie wykonujący pewnie jakieś ważne służbowe zadanie. Budzący respekt służbowy wóz. Odprężył się trochę. FBI nie zatrzymuje za przekroczenie dozwolonej prędkości. Na pewno chodzi o coś innego. Może to rutynowa kontrola. Bardzo prawdopodobne, zważywszy na to, co się znajduje pięćdziesiąt kilometrów stąd. Kiwnął do kobiety głową, zwolnił i zjechał na prawe pobocze. Musnął stopą pedał hamulca i wóz zatrzymał się w obłoku kurzu. Samochód Biura też zjechał z szosy i zatrzymał się za nim. Zapalone reflektory przysłonił tuman pyłu.

• • •

Zasada jest taka, żeby nie wprowadzać z miejsca nerwowej atmosfery i jak najdłużej zwlekać z ostatecznym rozwiązaniem. Broń Boże, żadnej przemocy. Po szarpaninie zostają zawsze ślady – rozsiane i rozpryskane krew, włókna z ubrań, płyny ustrojowe. Wysiedli więc z samochodu bez pośpiechu, jak znudzeni zawodowcy, którzy robią, co im kazano, ale bez większego zaangażowania.

– Pan Eugene? – zawołała kobieta. – Al Eugene, tak?

Kierowca mercedesa otworzył drzwi, wygramolił się zza kierownicy i mrużąc oczy w blasku palącego słońca, stanął obok samochodu. Miał około trzydziestki, niezbyt wysoki, ciemnowłosy, pulchny i o ziemistej cerze. Wrodzona południowa uprzejmość wobec kobiet postawiła go od razu na straconej pozycji.

– Czym mogę służyć, proszę pani? – spytał.

– Pański telefon komórkowy nie działa?

Eugene poklepał się po kieszeni marynarki.

– Powinien działać – mruknął.

– Mogę zobaczyć?

Eugene wyjął telefon i podał go jej. Kobieta wybrała jakiś numer i udała zdziwioną.

– Rzeczywiście, działa – powiedziała. – Proszę pana, może nam pan poświęcić pięć minut?

– Chętnie – odparł Eugene. – Jeśli mi powiecie, o co chodzi.

– Kawałek stąd czeka zastępca dyrektora FBI. Chce z panem porozmawiać. To chyba coś pilnego, bo inaczej by nas tu nie było, i bardzo ważnego, bo inaczej powiedziałby nam, o co chodzi.

Eugene podciągnął mankiet koszuli i spojrzał na zegarek.

– Jestem umówiony – mruknął niezdecydowanie.

Kobieta kiwnęła głową.

– Wiemy o tym, proszę pana. Pozwoliliśmy sobie zadzwonić i uprzedzić, że się pan spóźni. To tylko pięć minut.

Eugene wzruszył ramionami.

– Mogę zobaczyć jakiś dokument? – spytał.

Kobieta podała mu swój portfel. Był z wytartej czarnej skóry i miał od zewnątrz porysowane plastikowe okienko. Widać było przez nie jak przez mgłę laminowaną legitymację FBI ze zdjęciem i literami tłoczonymi jakąś staroświecką czcionką, której być może do dziś używają władze federalne. Jak większość obywateli Stanów Zjednoczonych Eugene nigdy nie widział legitymacji agenta FBI. Pierwszy raz taką oglądał.

– Mówi pani, że kawałek stąd? – spytał. – No dobrze, prowadźcie. Pojadę za wami.

– Podwieziemy pana – powiedziała kobieta. – Po drodze jest punkt kontrolny i nie wiadomo, jak by tam zareagowali na widok prywatnego samochodu. Odstawimy tu pana potem. To zajmie najwyżej pięć minut.

Eugene ponownie wzruszył ramionami.

– No dobrze – mruknął.

Podeszli całą grupką do crown victorii. Kierowca otworzył przed Eugenem drzwi z przodu, od strony pasażera.

– Zapraszam tutaj – powiedział. – Zaszeregowano pana do osób kategorii A i zdrowo by się nam oberwało, gdybyśmy posadzili osobę kategorii A na tylnym siedzeniu.

Zauważyli, że Eugene nadął się trochę, dumny z przyznanego mu statusu. Kiwnął głową, schylił się i wsunął na fotel pasażera. Albo zapomniał, że nie oddali mu komórki, albo nic sobie z tego nie robił. Kierowca zatrzasnął za nim drzwi, obszedł maskę i zajął swoje miejsce za kółkiem. Wysoki jasnowłosy mężczyzna i kobieta usiedli z tyłu. Crown victoria wyjechała zza zaparkowanego na poboczu mercedesa i ruszyła szosą, przyśpieszając do dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę.

– Przed nami – mruknęła kobieta.

Kierowca kiwnął głową.

– Widzę – powiedział. – Zdążymy.