Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Wskoczcie razem z Alicją do króliczej nory i odkryjcie niezwykły świat wyobraźni Lewisa Carrolla!
„Alicja w Krainie Czarów” w wyjątkowej, w pełni udźwiękowionej wersji zachwyca muzyką, melodiami i odgłosami, które ożywiają kolejne miejsca i przygody bohaterki.
Historię interpretuje Bernadetta Statkiewicz, która dzięki swoim umiejętnościom dubbingowym nadaje bohaterom różnorodne głosy, charaktery i temperamenty.
Klasyka literatury dziecięcej przygotowana z myślą o wspólnym, rodzinnym słuchaniu – i dziecięcej wyobraźni.
Reżyseria dźwięku: Aniela Mazur
Produkcja: 4P Acoustic
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 106
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Lewis Carroll
Alicja w Krainie Czarów
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Title Page
Cover
Table of Contents
Lewis Carroll
Alicja w Krainie Czarów
tłum. Jarek Westermark
ISBN: 978-83-68986-13-6
Gdzie złoty popołudnia blask
suniemy wprzód jak we śnie.
U wioseł łapki mamy dwie
niewprawne i niespieszne,
zaś trzecia nam wskazuje cel,
chociaż go nie zna jeszcze.
Okrutne trzy! że właśnie dziś,
gdy wokół tak gorąco,
musicie żądać baśni, słów,
co bezruch parny mącą!
Ulegnie przecież jeden głos
trzem, gdy się w chórek złączą.
Oto więc Pierwsza skacze wprzód
i nakazuje mówić!
Druga dorzuca szybko: «Niech
w tej baśni sens się zgubi!»
Trzecia przerywa co i rusz
(czyli… rzadziej niż lubi).
Zapadła cisza, wszystkie trzy
już zasłuchane leżą,
śledząc dziewczynki pewnej sen
pełen mówiących zwierząt,
cudownych i dziwacznych scen
i trochę w niego wierzą!
A gdy fantazji gaśnie czar,
pomysłów nie ma dosyć
zmęczony mówca znów i znów
o zmiłowanie prosi.
«Dopowiem później…» «Czyli już!»
radosne krzyczą głosy.
Kraina Czarów rosła więc,
zawsze zdumiewająca,
bogatsza w coraz więcej scen,
aż doszliśmy do końca.
Pora nam wracać, płyńmy w blask
zachodzącego słońca.
Alicjo! Weź dziecięcą baśń
w swoje maleńkie dłonie
i złóż ją wśród Dzieciństwa snów,
owiń w pamięci promień.
Niech leży niczym suchy kwiat
w odległej rwany stronie.
W głąb króliczej nory
Alicja była już bardzo zmęczona bezczynnym siedzeniem z siostrą nad brzegiem rzeki: kilka razy zerknęła do książki siostry, ale nie było tam ani obrazków, ani rozmów. „A po co komu — pomyślała Alicja — taka książka bez obrazków i rozmów?”.
Rozważała właśnie (choć tego upalnego dnia czuła się senna i otępiała), czy warto wstać i pozbierać stokrotki, żeby potem upleść z nich wianek, gdy nagle tuż obok niej przebiegł biały królik z różowymi oczami.
Nie było w tym nic przesadnie niezwykłego, a Alicja wcale nie zdziwiła się też, gdy usłyszała, jak Królik mamrocze pod nosem: „Ojej! Ojej! Na pewno się spóźnię!” (Potem uznała, że może powinno ją to było zastanowić, ale w tamtej chwili wydawało się całkowicie naturalne). Kiedy jednak Królik wyciągnął z kieszeni kamizelki zegarek na łańcuszku, sprawdził godzinę i zaraz pognał dalej, Alicja skoczyła na równe nogi, bo pomyślała, że przecież nigdy jeszcze nie widziała królika w kamizelce, ani królika noszącego w kieszeni zegarek. Ogromnie zaciekawiona, pobiegła za nim przez pole i akurat zdążyła zobaczyć, jak wskakuje do dużej nory pod żywopłotem.
Natychmiast skoczyła w jego ślady, nie zastanowiwszy się wcale, jak później wróci na powierzchnię.
Królicza nora przypominała tunel, który przez dłuższy czas prowadził prosto, ale kończył się rozpadliną tak niespodziewanie, że zanim Alicja zdążyła choćby pomyśleć o tym, że mogłaby przystanąć, już leciała w głąb jak gdyby głębokiej studni.
Albo ta studnia była naprawdę bardzo głęboka, albo Alicja leciała wyjątkowo powoli, miała bowiem mnóstwo czasu, żeby spojrzeć wokół i pomyśleć, co też wydarzy się dalej. Najpierw wytężyła wzrok, żeby zobaczyć, co czeka na nią w dole, panowały tam jednak zbyt gęste ciemności. Potem popatrzyła na ściany i zauważyła, że są wyłożone szafami i półkami na książki; widziała również mapy i obrazy zawieszone na gwoździach. Sięgnęła do jednej z mijanych półek i zdjęła z niej słoik z napisem „Dżem z pomarańczy”. Przeżyła wielkie rozczarowanie, kiedy okazał się pusty, nie chciała go jednak wyrzucić, żeby nie spadł i nie zabił kogoś stojącego poniżej, odłożyła go więc do kolejnej szafy, kiedy akurat przelatywała obok.
„Jedno jest pewne!”, pomyślała Alicja. „Po takim locie żaden upadek ze schodów nie zrobi już na mnie wrażenia! W domu wszyscy uznają mnie za niezwykle dzielną! Nawet gdybym spadła z samego czubka dachu, nie pisnę ani słowa!” (Tu akurat miała chyba całkowitą rację).
W dół, w dół, w dół. Czy miała tak spadać już zawsze?
— Ile kilometrów przeleciałam? — spytała na głos. — Muszę być blisko środka Ziemi. Niech pomyślę… to by oznaczało chyba jakieś sześć i pół tysiąca kilometrów…
Trzeba wam wiedzieć, że Alicja poznała w szkole wiele podobnych ciekawostek, a choć nie był to najlepszy moment, by popisywać się wiedzą (nikt jej przecież nie słyszał), i tak uznała, że warto powtórzyć poznany materiał.
— Tak, dystans się zgadza… ale ciekawa jestem, na jaką trafiłam długość i szerokość geograficzną. (Alicja nie miała pojęcia, czym jest długość geograficzna, ani też szerokość, lubiła jednak wymawiać te przyjemnie wymyślne słowa).
Mówiła dalej:
— Ciekawe, czy przelecę prosto przez centrum Ziemi! Zabawnie będzie wypaść wśród ludzi chodzących do góry nogami, czyli, zdaje się, Antypatydów… (tym razem ucieszyła się, że nikt jej nie słyszy, bo słowo zabrzmiało jakoś niewłaściwie). — Cóż, będę musiała zapytać ich, jak nazywają swój kraj. „Przepraszam panią bardzo, czy tu jest Nowa Zelandia, czy Australia?” (I spróbowała dygnąć na próbę. Wyobrażacie sobie? Dygnąć podczas spadania! Myślicie, że wam by się udało?) Albo nie! Po takim pytaniu rozmówczyni na pewno uznałaby mnie za durną! To wykluczone! Może wypatrzę gdzieś napis z nazwą kraju.
W dół, w dół, w dół. Nie było nic do roboty, Alicja zaczęła znowu mówić.
— Dina będzie dziś za mną bardzo tęsknić (Dina była kotką). Oby pamiętali, żeby wystawić dla niej spodeczek mleka. Moja kochana Dino! Szkoda, że cię tu ze mną nie ma! W powietrzu co prawda nie latają myszy, ale mogłabyś capnąć gacka, a to przecież prawie jak mysz. Ciekawe czy kotki jedzą gacki.
Tu Alicja zrobiła się senna, mruczała więc sobie pod nosem: „Kotki jedzą gacki? Kotki jedzą gacki?”, a czasem „Gacki jedzą kotki? Gacki jedzą kotki?”. Ponieważ nie znała odpowiedzi na żadne z tych pytań, kolejność słów nie miała większego znaczenia. Czuła, że przysypia i zaczął jej się śnić sen, w którym szła po plaży ręka w łapkę z Diną, i prosiła ją bardzo poważnym tonem:
— Słuchaj, Dino, powiedz prawdę. Czy zjadłaś kiedyś jakiegoś gacka?
A potem nagle: Bum! Wylądowała na stercie patyków i suchych liści i taki był koniec długiego lotu.
Alicji nic się nie stało, więc natychmiast wstała. Spojrzała w górę, ale nad jej głową było zupełnie ciemno. Przed sobą miała długi korytarz. Zobaczyła Białego Królika, który właśnie biegł nim ile sił w nogach. Nie było chwili do stracenia: Alicja pomknęła jak strzała i zdążyła jeszcze usłyszeć słowa Królika, który, znikając za rogiem, mamrotał: „Na moje uszy i wąsy! Ależ jest późno!”. Niemal deptała mu po piętach, ale kiedy sama skręciła, nie było po nim ani śladu. Znalazła się w kolejnym długim i wąskim korytarzu, oświetlonym przez rząd wiszących pod sufitem lamp.
Po obu stronach ciągnęły się długie rzędy drzwi, niestety zamkniętych na klucz. Kiedy spróbowała już — bezskutecznie — otworzyć je wszystkie po kolei, ruszyła środkiem korytarza ze spuszczoną głową, bo nie miała pojęcia, jak zdoła się stąd wydostać.
Niespodziewanie trafiła na stolik o trzech nogach, zrobiony ze szkła. Na blacie leżał tylko maleńki złoty kluczyk — Alicja od razu uznała, że musi pasować do którychś drzwi, ale niestety! Albo dziurki były za duże, albo kluczyk za mały, w każdym razie żadnych nie udało się otworzyć. Kiedy znów przemierzała korytarz, odkryła jednak sięgającą aż do podłogi kotarę, którą wcześniej musiała przegapić. Za nią znajdowały się drzwiczki o wysokości mniej więcej czterdziestu centymetrów. Alicja wsunęła złoty klucz do zamka i poczuła ogromną radość, gdy okazało się, że pasuje jak ulał!
Otworzyła drzwiczki i zobaczyła tunel nieszerszy od wejścia do szczurzej nory. Kiedy uklękła, żeby lepiej spojrzeć, na jego drugim końcu dostrzegła najpiękniejszy ogród, jaki tylko można sobie wyobrazić. Zapragnęła opuścić ciemny korytarz i pospacerować wśród barwnych rabatek i fontann chłodnej wody, ale w drzwiczkach nie mieściła się nawet jej głowa. „A gdyby jakimś cudem głowa przeszła”, pomyślała biedna Alicja, „bez ramion i tak byłaby do niczego! Jaka szkoda, że nie potrafię złożyć się niczym teleskop! Chyba dałabym radę, gdybym tylko wiedziała, od czego zacząć”. Ostatnio wydarzyło się bowiem tak wiele niezwykłych rzeczy, że Alicja mało co uznawała już za całkiem niemożliwe.
Nie było chyba sensu czekać przy drzwiczkach, wróciła więc do stolika. Miała nadzieję, że znajdzie na nim kolejny klucz albo chociaż poradnik dla ludzi pragnących składać się teleskopowo, tym razem zastała tam jednak małą buteleczkę. („Z pewnością jej tu wcześniej nie było!”, stwierdziła Alicja). Wokół szyjki była owinięta kartka z pięknie wykaligrafowanym napisem „WYPIJ MNIE”.
Wiadomość była jednoznaczna, ale mądra Alicja nie zamierzała działać pochopnie.
— Nie — stwierdziła. — Najpierw spojrzę, czy na butelce nie ma aby napisu „trucizna”.
Czytała bowiem wiele przeuroczych opowiastek o dzieciach, które się poparzyły, zostały pożarte przez dzikie zwierzęta albo musiały znosić inne nieprzyjemności, ponieważ nie stosowały się do nauk udzielanych im przez dobrych przyjaciół. Na przykład: że rozpalony do czerwoności pogrzebacz może cię sparzyć, jeśli przytrzymasz go w dłoni zbyt długo. Albo: jeśli naprawdę głęboko zatniesz się nożem w palec, palec zapewne zacznie krwawić. Alicja doskonale pamiętała, że ten, kto napije się z butelki oznaczonej słowem „trucizna”, prędzej czy później niemal na pewno będzie miał sensacje żołądkowe.
Tym razem jednak napisu „trucizna” nie było, Alicja postanowiła więc wziąć szybki łyk, a kiedy poczuła, że płyn jest przepyszny (smakował jak mieszanka tarty czereśniowej, budyniu, ananasa, pieczonego indyka, grzanek z masłem i toffi), szybko wypiła wszystko do dna.
*
— Co za dziwne uczucie! — zawołała Alicja. — Chyba składam się jak teleskop!
Rzeczywiście: miała teraz tylko dwadzieścia pięć centymetrów wzrostu. Uśmiechnęła się szeroko na myśl, że będzie mogła przejść przez drzwiczki i zbadać piękny ogród. Najpierw zaczekała jednak kilka minut, żeby upewnić się, że bardziej nie zmaleje. Ta perspektywa trochę ją zresztą zaniepokoiła. „Ostatecznie mogłabym całkowicie zniknąć”, powiedziała do siebie, „zgasnąć jak świeczka. Ciekawe, jak też bym wtedy wyglądała!”. Spróbowała wyobrazić sobie zdmuchnięty płomień świecy, bo chyba jeszcze nigdy czegoś podobnego nie widziała.
Po pewnym czasie, gdy nie wydarzyło się już nic więcej, postanowiła ruszyć w stronę ogrodu, ale… o, biedna Alicja! Gdy dotarła do drzwi, zrozumiała, że zapomniała o złotym kluczyku, a kiedy wróciła do stołu, nie mogła go już dosięgnąć; widziała go doskonale przez szklany blat, ale szklane nogi były zbyt śliskie na wspinaczkę. Alicja próbowała wejść po nich znów i znów, aż całkiem się zmęczyła, usiadła na ziemi i zaczęła płakać.
— No już, nie maż się, to bez sensu! — nakazała sobie ostrym tonem. — W tej chwili przestań, dobrze ci radzę!
Zwykle udzielała sobie naprawdę świetnych rad (choć bardzo rzadko się do nich stosowała), a czasem beształa się tak surowo, że aż łzy stawały jej w oczach. Pewnego razu spróbowała dać sobie prztyczka w ucho, bo oszukiwała podczas gry w krokieta, choć grała sama ze sobą. To nadzwyczajne dziecko chętnie bowiem udawało, że jest dwiema osobami na raz. „Teraz jednak nie ma sensu udawać!”, pomyślała biedna Alicja. „Zostało mnie zbyt mało nawet na jedną porządną osobę!”.
Niespodziewanie zauważyła leżące pod stolikiem szklane pudełeczko. Gdy je otworzyła, znalazła w środku babeczkę, pięknie przyozdobioną rodzynkami ułożonymi w napis „ZJEDZ MNIE”.
— W porządku, zjem ją — stwierdziła Alicja. — Jeśli sprawi, że urosnę, dosięgnę klucza, a jeśli zmaleję, prześlizgnę się przez szparę pod drzwiczkami. Tak czy owak dotrę do ogrodu, więc wszystko mi jedno, co będzie!
Odgryzła kawałek, po czym zapytała nerwowo: „W którą stronę? No, w którą?”, trzymając dłoń na czubku głowy, żeby od razu wyczuć, czy zacznie rosnąć, ale ze zdziwieniem odkryła, że jej rozmiar wcale nie ulega zmianie. Tak to zwykle bywa, rzecz jasna, kiedy je się ciastka, Alicja przywykła już jednak do zdarzeń całkiem nietypowych. Zaczęła się ich spodziewać, normalny obrót wydarzeń uznała zatem za nudny i głupi.
Dlatego, nie tracąc już więcej czasu, szybko dokończyła ciastko.
Jezioro łez
— Coraz zdziwniej i zdziwniej! — zawołała Alicja (bo była tak zaskoczona, że na chwilę zapomniała, jak się poprawnie mówi). — Rozsuwam się niczym największy teleskop świata! Żegnajcie, stopy! (kiedy na nie spojrzała, wydawały się tak odległe, że prawie niewidoczne). — Och, moje biedne stópki! Kto włoży na was teraz pończochy i buty, skarby moje? Ja na pewno nie dam rady! Będę o wiele za daleko, żeby się wami kłopotać… musicie radzić sobie same!
„Powinnam być dla nich miła”, pomyślała Alicja, „bo inaczej mogą przestać chodzić tam, gdzie zechcę… Już wiem! Mogę kupować im nową parę butów na każde Święta Bożego Narodzenia”.
I zaczęła planować, jak tego dokona. „Nie obejdzie się bez kuriera” — pomyślała. „Śmiesznie będzie wysyłać prezenty własnym stopom! I to na taki przedziwny adres!”
Szanowna Pani Prawa Stopa Alicji,
Dywanik, Niedaleko Kominka
(z ucałowaniami od Alicji).
„Jejku, co za bzdury wymyślam!”
Wtedy właśnie uderzyła głową w sufit korytarza: miała prawie trzy metry wzrostu, chwyciła więc szybko złoty kluczyk i ruszyła w stronę drzwi do ogrodu.
Biedna Alicja! Musiała położyć się na boku, żeby zajrzeć w głąb tunelu choć jednym okiem! Wejście do środka było dla niej teraz jeszcze bardziej niewykonalne niż przed chwilą. Usiadła i znowu zaczęła płakać.
— Wstydź się! — powiedziała. — Taka duża dziewczynka (dosłownie!), a ciągle się mazgai! Natychmiast przestań, słyszysz? — Ale i tak płakała, wylewała kolejne litry łez, aż utworzyły wokół niej jezioro o głębokości dziesięciu centymetrów, sięgające do połowy długości korytarza.
