Dziennik pisarza. „Na wschód od Edenu” w osobistych zapiskach - John Steinbeck - ebook

Dziennik pisarza. „Na wschód od Edenu” w osobistych zapiskach ebook

John Steinbeck

0,0
44,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Od 29 stycznia do 1 listopada 1951 roku każdy dzień pracy nad powieścią „Na wschód od Edenu” John Steinbeck rozpoczynał w szczególny sposób: pisał list do Pascala Coviciego – przyjaciela i redaktora w wydawnictwie The Viking Press. Steinbeck traktował tę korespondencję jako rozgrzewkę, która miała mu pomóc wejść w rytm pisania.

Listy Steinbecka powstawały równolegle na stronach notesu, w którym autor pisał kolejne partie tekstu „Na wschód od Edenu”. Dotykały wielu tematów – problemów związanych z planowaniem fabuły, prób warsztatowych, spraw osobistych.

To zapis jednocześnie intymny i praktyczny: po części autobiografia, po części obraz pracy pisarza. Listy pozwalają zobaczyć Steinbecka nie tylko jako autora wielkiej powieści, ale też jako człowieka – z jego codziennymi rytuałami, wątpliwościami, dyscypliną i potrzebą rozmowy z kimś, komu ufał.

Jest to pierwsze wydanie tej książki w języku polskim.

John Steinbeck (1902–1968) – amerykański powieściopisarz, laureat literackiej Nagrody Nobla z 1962 roku za „realistyczny i poetycki dar, połączony z subtelnym humorem i ostrym widzeniem spraw społecznych”. Jego najbardziej znane powieści to „Grona gniewu”, „Myszy i ludzie” i „Na wschód od Edenu”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 322

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału

JOURNAL OF A NOVEL:

THE EAST OF EDEN LETTERS

Copyright © The Executors of the Estate

of John Steinbeck, 1969

All rights reserved

Projekt graficzny serii

Michał Poniedzielski

Projekt graficzny okładki

Michał Poniedzielski

Ilustracja na okładce

Dead bird, Jean Bernard,

ze zbiorów Rijksmuseum,

udostępniona w internecie przez Rawpixel

(domena publiczna)

Redaktor prowadzący

Adrian Markowski

Redakcja

Joanna Popiołek

Korekta

Patrycjusz Pilawski

ISBN 978-83-8444-670-6

Warszawa 2026

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02‒697 Warszawa,

ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

[email protected]

Nota wydawcy

Ralph Waldo Emerson powiedział kiedyś, że ilekroć jego pisanie utknęło w martwym punkcie, siadał i pisał długi list do kogoś, kogo kochał. John Steinbeck, pracując nad powieścią Na wschód od Edenu, miał podobny rytuał: codziennie, zanim zabrał się do pracy, pisał list do swojego bliskiego przyjaciela i redaktora Pascala Coviciego. Robił to w dużym zeszycie podarowanym mu przez Coviciego – na kartkach w niebieską linię, w formacie dziesięć i trzy czwarte cala na czternaście cali. Dwa pierwsze listy zajęły parę kolejnych stron, ale późniejsze Steinbeck pisał już tylko na stronach po lewej. Strony po prawej przeznaczał na właściwy tekst powieści – korzystał z nich, gdy czuł się gotów. Dziennie zapisywał zazwyczaj dwie strony – około tysiąca pięciuset słów. Steinbeck zarówno listy, jak i tekst książki pisał czarnym ołówkiem, zapełniając kartki drobnym, ale wyraźnym pismem. Praca trwała od dwudziestego dziewiątego stycznia do pierwszego listopada tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego pierwszego roku. Na każdy dzień roboczy przypadał jeden list – aż do ukończenia pierwszej wersji powieści.

List pełnił przede wszystkim funkcję rozgrzewki – uruchamiał zarówno mięśnie, jak i myśli autora. Czasem służył do naszkicowania problemów lub pomysłów związanych z fragmentem, nad którym właśnie miał pracować; był, jak sam to kiedyś ujął, rodzajem poligonu dla opowieści. Kiedy miał już w głowie ułożony plan, jego list przybierał formę luźnych notatek: pierwszych prób stylu, okruchów refleksji, osobistych komentarzy skierowanych do przyjaciela, a także zapisków o tym, co działo się wokół – zarówno w jego życiu, jak i na świecie. Ale listy te zawierają też poważne rozważania – o Na wschód od Edenu, najobszerniejszej i najambitniejszej jego powieści, o samym pisaniu, a także o wartościach, które były mu najbliższe. Nie jest to formalny akt twórczy sam w sobie, lecz dokument, który rzuca jasne światło na metodę pracy autora i na sam proces tworzenia. W tych codziennych prywatnych zapiskach noblisty – w jego trosce o synów, zamiłowaniu do stolarki, rzeźbienia w drewnie czy wynalazków – odnajdujemy materiał autobiograficzny najwyższej próby. W pewnym sensie jest to testament Steinbecka.

Jeśli potraktować ten tekst po prostu jako dokument – nieprzeznaczony do publikacji i nigdy przez autora niepoprawiany – mamy do czynienia z zapisem zupełnie wyjątkowym. Powtórzenia, a nawet pozorne dygresje, są tu integralną częścią świadectwa. Wydanie, które trzymasz w ręku, opiera się na starannie przepisanej wersji maszynopisu sporządzonej przez Dorothy Covici dla męża. Nie przeprowadzono szczegółowego porównania tego zapisu z oryginalnym rękopisem – słowo po słowie – poza kilkoma miejscami, w których sama Dorothy miała wątpliwości co do odczytania pisma. Publikujemy tekst w formie surowej, bez redakcyjnych ingerencji – z dwoma drobnymi wyjątkami. W paru fragmentach, aby uszanować prywatność żyjących osób, pominięto po kilka linijek, co zostało zaznaczone jako […], a także wprowadzono kosmetyczne poprawki: ujednolicono pisownię, usunięto ewidentne literówki i poprawiono kilka niezręcznych sformułowań. Steinbeck zwykle akceptował tego rodzaju redakcyjne korekty – zdecydowanie sprzeciwiał się jednak temu, co sam określał mianem współpracy w sprawach istotnych1.

Listy odnoszą się, rzecz jasna, do pierwszej wersji Na wschód od Edenu. Po przepisaniu jej przez maszynistkę Steinbeck wprowadził daleko idące zmiany: usunął całe fragmenty, a niektóre rozdziały przestawił. Dokładne powiązanie treści listów z ostatecznym kształtem powieści pozostaje zadaniem dla przyszłych badaczy. W niniejszym wydaniu przypisy dodano jedynie tam, gdzie odwołania do pierwotnego tekstu mogłyby być dla współczesnego czytelnika niejasne.

Wydawcy wyrażają głęboką wdzięczność Elaine Steinbeck za nieocenioną pomoc w wyjaśnianiu mniej oczywistych odniesień oraz za identyfikacje zawarte w przypisach. Pragną też podziękować synom pisarza – Thomowi Steinbeckowi (w listach: „Tom”) i Johnowi Steinbeckowi IV („Catbird”) – którym autor zadedykował książkę. Już w pierwszym liście do Pascala Coviciego, a także w listach skierowanych bezpośrednio do chłopców i pierwotnie przeznaczonych do druku, lecz ostatecznie pominiętych, Steinbeck jasno daje do zrozumienia, że jego synowie – mający wtedy sześć i cztery lata – stanowili dla niego najważniejszą motywację podczas pracy nad Na wschód od Edenu.

Po raz pierwszy publikujemy tu również „dedykację, prolog, tezę, apologię, epilog, a może i epitafium – wszystko w jednym”, jak sam Steinbeck określił list otwierający jego zeszyt z Na wschód od Edenu. Początkowo miał on poprzedzać książkę, ostatecznie jednak autor zastąpił go prostszą i bardziej osobistą dedykacją, zamieszczoną w wydanym tekście. Zapisana w tym szkicu rozmowa to czysto literacka fikcja – swoista dyskusja, którą Steinbeck, z charakterystyczną ironią i przekornym uśmiechem, prowadzi z wyprzedzeniem, przewidując możliwe zarzuty czytelników i wydawców wobec jego książki. Choć do takiej rozmowy nigdy nie doszło, tekst ten wiele mówi o relacjach między autorem a jego redaktorem.

1Choć pisownia Steinbecka była zazwyczaj wyjątkowo poprawna, miał kilka stałych przyzwyczajeń: konsekwentnie pomijał pierwsze „h” w słowie rhythm, często stawiał apostrof w formie dzierżawczej zaimka its, a pomijał go w formie ściągniętej it’s. Nie używał również apostrofu w wyrażeniach takich jak berry’s wax, złożenia typu background traktował jak dwa słowa, a of course pisał razem, jakby to był jeden wyraz. Wprowadzone poprawki ograniczają się wyłącznie do tego typu drobnych kwestii. Tam, gdzie Steinbeck podał błędną datę lub jej w ogóle nie zamieścił, właściwą uzupełniono w nawiasie kwadratowym.

29 stycznia 1951 [PONIEDZIAŁEK]

Pat, mój drogi, jak to się stało, że upłynęło tyle czasu i dlaczego minął tak szybko. Czy nauczył nas czegokolwiek? Czy jesteśmy dojrzalsi, mądrzejsi, bardziej uważni i życzliwi? Znamy się od wieków, a jednak wciąż pamiętam nasze pierwsze i nasze ostatnie spotkanie.

Przejdźmy do książki. Czekała na swoją kolej od dawna. Planowałem, że ją napiszę, zanim jeszcze wiedziałem, o czym będzie. Opracowałem dla niej język, którego ostatecznie nie użyję. Wygląda to na zmarnowane lata, które powinienem był przeznaczyć na pisanie, a jednak nie wierzę, bym mógł stworzyć tę książkę wcześniej. Oczywiście powstałaby jakaś książka, ale nie ta. Pamiętam dzień, w którym dostałem od ciebie ten drogi, gruby, czarny zeszyt. Zobacz, jak dobrze go przechowałem aż do teraz, kiedy wreszcie ma być użyty. Brakuje tylko sześciu kartek. Szczeniak pogryzł rogi okładki, ale w środku zeszyt wciąż jest czysty, świeży i gotowy. Mam nadzieję wypełnić go tak, jak chciałbyś, by został wypełniony.

Mam za sobą kilka bolesnych lat. Nie wiem, czy zostawiły trwałe ślady na duszy. Z pewnością mnie zmieniły. Musiałbym być z kamienia, żeby było inaczej. Mam nadzieję, że nie zabrały mi zbyt wiele. Teraz jestem żonaty z Elaine, a za dwa dni wprowadzimy się do niedużego domu przy Siedemdziesiątej Drugiej Ulicy. Będę tam miał pokój do pracy, a wokół siebie ludzi, którzy mnie kochają. Może wreszcie uda mi się napisać tę książkę. Wszystkie próby mam za sobą. Albo ją napiszę, albo nie. Nie ma żadnych wymówek. Nie będzie zachwycać formą, styl wybrałem prosty i powściągliwy. Pomysł jest surowy, filozofia stara, a jednak rodząca się na nowo. W pewnym sensie będą to dwie książki: historia mojego hrabstwa i historia mnie samego. Te dwie opowieści powinny pozostać oddzielone. Być może nie należy ich drukować razem. Przekonamy się, kiedy książka będzie skończona, a wraz z nią duża część mnie.

Piszę tę książkę dla moich synów. Teraz są mali i nigdy się nie dowiedzą, skąd pochodzą od mojej strony, jeśli im tego nie opowiem. Nie piszę jej dla nich na dziś, lecz na czas, gdy dorosną, a życie trochę ich potarga radościami i smutkami. Mam ważny powód, by kierować tę opowieść właśnie do nich. Chcę, żeby wiedzieli, jak było. Chcę im to powiedzieć wprost. A zwracając się do nich wprost, mam nadzieję trafić też wprost do innych ludzi. Łatwo popaść w sztuczność, gdy człowiek pisze dla jakiejś bliżej niezidentyfikowanej grupy, natomiast do dwóch małych chłopców trzeba mówić jasno i prosto, nawet jeśli będą już mężczyznami, kiedy tę książkę przeczytają. Oni nie mają żadnego literackiego zaplecza, w przeciwieństwie do nas nie znają wielkich dzieł literatury światowej. Dlatego opowiem im jedną z największych, może nawet największą ze wszystkich historii: dobra i zła, siły i słabości, miłości i nienawiści, piękna i brzydoty. Spróbuję im pokazać, że te przeciwieństwa są ze sobą nierozerwalnie związane, że jedno nie istnieje bez drugiego i że z tego połączenia rodzi się twórczość. Pokażę im to na tle hrabstwa, w którym dorastałem, i nad rzeką, którą znam dobrze, choć nie kocham jej szczególnie. Bo odkryłem, że istnieją inne rzeki. Moi chłopcy długo jeszcze o tym nie będą wiedzieć i nie da się im tego teraz wyjaśnić. Wielu ludzi nigdy się nie dowiaduje, że istnieją inne rzeki. Może ta wiedza przychodzi dopiero z dojrzałością i trafia tylko do nielicznych. Większości wystarcza, że wzrastają, kwitną i wydają nasiona. Tego wymaga natura. Ale czasem w człowieku pojawia się przebłysk świadomości. Rzadko i zawsze w sposób, którego nie da się łatwo nazwać. Brakuje nam słów, bo nie ma komu ich wypowiedzieć. To niekoniecznie sekret, raczej coś, co nie daje się wyrazić. Pisanie jest niezdarną próbą nadania mu kształtu. Pisarz próbuje w samotności uchwycić to, czego nie da się wyjaśnić. I czasem, jeśli ma szczęście i trafi na odpowiedni moment, odrobina tego przesącza się na papier. Bardzo niewiele. Jeśli pisarz zrozumie, że nie da się tego zrobić, i dlatego przestaje próbować, to przestaje być pisarzem. Dobry pisarz zawsze pracuje nad niemożliwym. Jest też inny typ, który zawęża swoje pole widzenia, jak ktoś, kto nastawia ostrość celownika karabinu. A kiedy rezygnuje z niemożliwego, rezygnuje z pisania. Mnie to nie spotkało, może na szczęście, a może wręcz przeciwnie. Wciąż mam w sobie ten sam upór i tak samo się staram. I zawsze mam nadzieję, że choć odrobina przesączy się na papier. Ta potrzeba nie umiera łatwo.

Praca nad tą książką będzie najtrudniejsza ze wszystkiego, czego dotąd się podjąłem. Dopiero się okaże, czy jestem wystarczająco dobry albo wystarczająco utalentowany. Mam dobre zaplecze. Znam miłość i znam ból. Nadal miewam w sobie gniew, ale nie znajduję goryczy. Może został po niej jakiś ślad, ale jeśli tak, nie wiem, gdzie się skryła. Nie wydaje mi się, żebym miał taki rodzaj skupienia na sobie, który mógłby ją podtrzymywać.

I tak zaczynam tę książkę, którą kieruję do moich synów. Myślę, że to być może jedyna książka, jaką naprawdę napiszę. Wydaje mi się, że człowiek nosi w sobie tylko jedną książkę. Prawdą jest, że może się zmienić albo zostać tak wykrzywiony przez życie, że staje się kimś innym, i wtedy ma inną książkę, ale nie sądzę, żeby tak było ze mną.

12 lutego [PONIEDZIAŁEK]

Jak już pisałem, przeprowadziliśmy się do niedużego domu przy Siedemdziesiątej Drugiej Ulicy. Od ponad tygodnia malujemy, przenosimy rzeczy i wszystko ustawiamy. Ale musi nadejść dzień, kiedy człowiek mówi sobie: „Dobrze, na tym koniec”. Po piętnastej trzydzieści mogę robić różne drobne rzeczy, ale pierwszą część dnia muszę teraz poświęcać książce. To pewien konieczny egoizm, inaczej nie powstawałyby żadne książki. I tak właśnie, w urodziny Lincolna w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym pierwszym roku, zaczynam pracę. Za dwa tygodnie skończę czterdzieści dziewięć lat. Jestem w miarę silny, ale często brakuje mi tchu. Ważę trochę za dużo i spróbuję nieco schudnąć w trakcie pisania. Po całym zamieszaniu ostatnich kilku lat przez jakiś czas będę miał kłopot ze skupieniem, ale to rzecz, którą można wyćwiczyć. Ogólnie zdrowie mam dobre. Chyba piłem ostatnio za dużo i kilka razy w poprzednich miesiącach zdarzały mi się stany depresyjne, ale nie wydają mi się one już tak ciężkie jak kiedyś. Może we mnie samym coś się zmienia, może wysycha jakiś kwaśny sok. Moje życie seksualne jest wręcz lepsze niż dawniej, być może dlatego, że cała ta energia nie ulega rozproszeniu, lecz kieruje się teraz tylko ku jednej osobie. Nie wiem natomiast, co z moim myśleniem. Ta książka pokaże, czy jest w nim coś wartego uwagi. Mam wrażenie, że mój umysł wciąż jest młody i giętki, ale może każdy tak o sobie myśli.

Próbuję zapisać stan, w jakim zaczynam. Zamierzam prowadzić zeszyt podwójny – po prawej stronie rękopis, po lewej dziennik pracy. W ten sposób wszystko będzie razem w jednym miejscu. Na tym zakończę ten listowny wstęp. Zobaczymy, czy lata ćwiczeń przygotowały mnie do napisania książki. Bo to jest książka, którą zawsze chciałem napisać, na którą pracowałem i od lat modliłem się o możliwość jej napisania. Przekonamy się, czy naprawdę jestem do tego zdolny. Czuję jedynie pokorę wobec tego zadania.

Jak powiedzieliby nasi rzymscy przyjaciele, prosząc o pomoc siły wyższe: Ora pro mihi.

12 lutego, ciąg dalszy

Urodziny Lincolna. Pierwszy dzień pracy w moim nowym pokoju. To bardzo przyjemne miejsce. Mam tu stół kreślarski, o którym zawsze marzyłem, oraz wygodne krzesło podarowane przez Elaine. Nigdy nie miałem tak dobrze ani tak wygodnie. Myślę czasem, że może jest nawet trochę za wygodnie. Znam przecież takie sytuacje: idealnie zastrugany ołówek, papier, który aż sam się prosi o zapełnienie, fantastyczne krzesło i dobre światło – a pisania ani śladu. Człowiek to zwierzę pełne zdradliwych sprzeczności. Nie zawsze chce to przyznać, ale naprawdę kocha swoje paradoksy.

Teraz, kiedy wszelkie warunki zewnętrzne zostały spełnione, zobaczymy, czy mam cokolwiek w środku. To naprawdę takie proste. Mark Twain podobno pisał w łóżku – tak samo nasz największy poeta. Ale zastanawiam się, jak często to robili i czy w ogóle, czy może zdarzyło się to raz czy dwa, a później historia zaczęła żyć własnym życiem. Bywa przecież i tak. Chciałbym też wiedzieć, co pisali na leżąco, a co na siedząco. Wszystko to ma związek z kwestią wygody podczas pisania i z tym, jakie jest jej znaczenie. Wydawałoby się, że jeśli ciało odczuwa komfort, umysł swobodnie zbiera myśli. Ale człowiek jest taką istotą, że często dzieje się odwrotnie. Przypomina mi się opowieść mojego ojca o człowieku, który nigdy nie przyjmował wygodnej pozycji z obawy, że zaśnie. Może i ze mną tak będzie. Teraz jednak odczuwam całkowitą wygodę. Wydaje mi się, że dom jest już uporządkowany. Elaine, moja ukochana, zajmuje się wszystkimi sprawami zewnętrznymi, żebym codziennie miał wolny czas na pracę i spokojny umysł. Nie przychodzi mi do głowy nic, czego jeszcze może potrzebować pisarz oprócz opowieści i woli oraz umiejętności, by ją opowiedzieć.

Myśląc o tej książce i przygotowując się do niej, obmyśliłem wiele sztuczek: nowe języki, nowe symbole, nowy rodzaj pisania. A teraz, kiedy przyszedł czas na rozpoczęcie, odrzucam to wszystko i zaczynam od zera. Chcę zachować tak prostą formę, żeby mogło ją zrozumieć nawet dziecko. Chcę ją przeczytać całą, zanim zostanie przepisana, i usunąć nawet te nieliczne przymiotniki, które mi się wkradną. Jaki zatem będzie styl? Nie wiem. Książki same ustanawiają swój rytm. Zdążyłem się o tym przekonać. Gdy tylko historia się zaczyna, narzuca własny styl. A jednak nie uważam, żeby te wszystkie przygotowania były stratą czasu, bo utrzymały we mnie pewną żywość. Poruszający się ołówek, małpy uderzające w klawisze maszyny do pisania i trafiające przypadkiem w słowa ze słownika – to wszystko dotąd się sprawdzało, ale nie można na tym polegać.

Pora zacząć działać precyzyjnie. Niedługo będę musiał napisać pierwszy rozdział. A to wymaga wcześ­niejszego planu. Co właściwie chcę powiedzieć na początku? Najpierw wprowadzenie chłopców – kim oni są i jacy są. Następnie odpowiem na pytanie, dlaczego piszę właśnie dla nich. Potem chciałbym w ogólnych zarysach powiedzieć im, z jakiej krwi się wywodzą. A dalej opisać Salinas – szczegółowo, lecz oszczędnie – tak, by dało się naprawdę poczuć to miejsce. Oddać obrazy, dźwięki, zapachy i kolory z taką prostotą, żeby chłopcy potrafili je odczytać. To jest fizyczne tło książki. Dalej nasz dziadek2, jego synowie, córki, żona oraz kawałek ziemi w pobliżu King City, który zajęli. Jak żyli i skąd pochodzili. A wreszcie chcę wspomnieć o sąsiadach. Nie mam jeszcze dla nich nazwiska. Przyszło mi do głowy Canable, ale zmieniłem zdanie. Nie chcę, by miało podwójne znaczenie. To ważny element książki, dlatego muszę się dobrze zastanowić. Pamiętam przyjaciela mojego ojca – kapitana statku wielorybniczego o nazwisku Trask. Zawsze mi się ono podobało. Uważałem je za niezwykle romantyczne. Tak czy inaczej, ostatnia część pierwszego rozdziału będzie zahaczać o Trasków i ich dom. Drugi rozdział rozpocznie opowieść o nich. Na początku musi się znaleźć coś w rodzaju przedstawienia pewnych sposobów życia. Potem, w miarę jak książka będzie postępować, moim zamiarem jest, by co drugi rozdział był listem do chłopców zawierającym cały tok myślenia i te szczegóły, które są potrzebne, by zrozumieć główną historię trzech pokoleń Trasków. Zaletą takiego układu jest sprawienie, że sama opowieść stanie się dynamiczna, bardziej zwarta i krótsza. Czytelnicy zainteresowani jedynie fabułą i dialogami będą mogli pomijać co drugi rozdział, a dla mnie będzie to przestrzeń na namysł, komentarz, obserwację, krytykę, a jeśli uznam za stosowne usunięcie tej części, nie będzie z tym problemu. Można też wydać te dwie części osobno. Widzę w tym rodzaj równoległej biografii. I całkiem możliwe, że trzeba będzie z niej sporo odrzucić. Ale to się okaże w trakcie. Nie chcę się za bardzo ociągać, a z drugiej strony nie chcę zaczynać książki właśnie dziś. Mam zamiar najpierw dokładnie przemyśleć pierwszy rozdział. Tylko tyle. Najpierw obraz całej doliny, potem skupienie się na konkretnym małym wycinku. Spróbuję przybliżyć sobie czytelnika tak, by kiedy mówię do chłopców, w istocie mówić do każdego z osobna, jakby czytał o swoim własnym pochodzeniu. Byłoby to bardzo pomocne, gdyby się udało. Każdy chce mieć rodzinę. Może uda mi się stworzyć rodzinę uniwersalną, mieszkającą obok uniwersalnego sąsiada. To nie powinno być niemożliwe.

Zużywam takie ilości wolnego miejsca, że nie starczy mi go na książkę. Pierwszego dnia, który wypada jutro, będę musiał zapełnić trzy strony. Po lewej stronie nie będzie wtedy nic prócz bieżących zapisków.

Mam dobre przeczucie co do tej książki i nadzieję, że tak pozostanie. Towarzyszy mi uczucie prawdziwego odprężenia i odpoczynku. Byłoby świetnie, gdybym potrafił je zachować. Z pewnością zamierzam próbować. Chciałbym być tak odprężony, by książka zarazem koiła i pobudzała. Nie może być ponura, musi mieć w sobie pogodne tony oraz ruch. Ma być uniwersalna, inaczej nie warto jej pisać.

Stół kreślarski jest doskonały. Nigdy nie byłem tak zadowolony z czegokolwiek. A ten błękitny fotel z wysokim oparciem jest cudownie wygodny. Może nawet zbyt wygodny, ale nie sądzę. Myślę, że jeśli będę odprężony, książka ma szansę zyskać lekkość, a mam bardzo silne przeczucie, że jej tekst powstanie w pełnym spokoju i komforcie. Mam też mocne przeczucie, że będzie powstawać bardzo długo. Inaczej stracę cały impet i kierunek. Chcę wspaniale spędzać czas na pisaniu. Chętnie pracowałbym cały rok – jeśli się zgodzisz. Wiem, że nie możesz się doczekać gotowego maszynopisu, żeby przejść do etapu pracy, który ty najbardziej kochasz. Ale ta książka ma być moją pracą z miłości i chcę w pełni to wykorzystać. Często myślałem, że może to będzie moja ostatnia książka. Nie mam tego dosłownie na myśli, bo będę pisał do śmierci. Ale chcę napisać tę jedną tak, jakby miała być ostatnią. Może wierzę, że każda książka powinna być pisana w ten sposób. Myślę, że właśnie to chciałem powiedzieć. Tak wygląda proces idealny. Tymczasem postępowałem zupełnie odwrotnie. Pisałem książkę jako wprawkę, przygotowanie do następnej. I tak to trwało. Teraz nie istnieje dla mnie nic poza tą książką – nie myślę o kolejnych. Musi zawierać wszystko, co wiem o świecie, i wszystko, co potrafię – wszystkie style, wszystkie techniki, całą poezję – a także ogrom radości. Nie widzę powodu, dla którego nie miałbym opowiedzieć rodzinnych historii. Są tak dobre, jak zawsze były, a może w miarę pisania przypomnę sobie ich jeszcze więcej. Wiem jednak, że muszę zawrzeć w nich cały dostępny mi koloryt i wszystkie anegdoty. Wiele z moich rodzinnych opowieści to już właściwie folklor – i powinny być dostępne dla chłopców. Poznają dzięki temu swoją rodzinę. Myślę, że zamieszczę także sporo rzeczy o matce oraz o ojcu. Najwyższy czas, bym to napisał, inaczej przepadnie, bo nikt poza mną nigdy tego nie zrobi. Jestem bardzo szczęśliwy przy nowym stole i w otoczeniu wszystkich moich rzeczy. Nigdy nie miałem tak wygodnego stanowiska pracy.

Jeśli chodzi o ołówki, waham się teraz między czarnym Calculatorem, ukradzionym z Fox Films, a tym Mongol 23/8F, który jest dość czarny i dobrze trzyma ostrość – w rzeczy samej znacznie lepiej niż ołówki Fox. Dobiorę jeszcze sześć, a może cztery tuziny, żeby uzupełnić tackę na ołówki. I to wszystko, co zamierzam zrobić w ten mój pierwszy dzień pracy.

2Pierwsza strona powieści widniała obok pierwszej strony tego listu, który w maszynopisie urywał się w tym miejscu. Tytuł brzmiał: THE SALINAS VALLEY, a treść zaczynała się słowami: „Dear Tom and John”. Akapity otwierające oraz inne listy adresowane do chłopców przetrwały do pierwszej wersji, lecz później zostały pominięte. Wcześniejszy zamysł, by rozdziały o Traskach i Hamiltonach szły naprzemiennie oraz by wszystkie rozdziały o Hamiltonach kierować do chłopców, został zarzucony.

13 lutego [WTOREK]

Trzeba powiedzieć, że drugi dzień pracy zakończył się fiaskiem, jeśli chodzi o wejście w rytm pisania. Jak zawsze cierpię na lęk przed napisaniem pierwszej linijki. Niewiarygodne są te trwogi, te magiczne rytuały, te modlitwy, ta paraliżująca nieśmiałość, która człowieka nachodzi. Jakby słowa nie tylko były nieusuwalne, ale też rozlewały się jak farba w wodzie i zabarwiały wszystko wokół. Pisanie to dziwna i mistyczna sprawa. Od czasu jego wynalezienia prawie nie poczyniono żadnego postępu. Księga umarłych jest równie dobra i tak samo dojrzała jak wszystko, co powstało w dwudziestym wieku, a nawet lepsza od większości. A jednak – mimo tego braku trwającej doskonałości – setki tysięcy ludzi są w mojej sytuacji, gorączkowo modląc się o ulgę w swoich bólach rodzenia słowa.

I utraciliśmy jedną rzecz – odwagę tworzenia nowych słów lub nowych zestawień. Na jakimś etapie dawna brawura przekształciła się w toksyczną poprawność. Och! Można tworzyć nowe słowa pod warunkiem zamknięcia ich w cudzysłowie. Wtedy są urocze. Wtedy to gwara.

Dziś mam w głowie niewielki ciężar i czuję się nieco zmęczony. Wczorajszej nocy nie mogłem zasnąć z twórczego podekscytowania. Czułem osobliwe, zmysłowe pobudzenie, a kiedy wreszcie odpłynąłem, miałem krótki erotyczny sen – być może dlatego, że to uczucie było tak egzotyczne. Teraz wyprzedzam narrację o całe strony, ale nie ma w tym nic złego. Powiedziałem sobie, że ta książka musi powstawać bez pośpiechu, w pogodzie ducha. A jeśli te spostrzeżenia mogą wywołać spokój, którego pragnę, to chętnie będę się ich trzymał bez końca. Jestem zadowolony z siebie bez żadnego powodu. Mam w żołądku złotą jasność, splot szczęścia. Czy to nie osobliwe i zachwycające? Od czasu do czasu odnoszę wrażenie, że to tajemna książka, jak niektóre z tych manuskryptów przechowywanych w ponurych wnętrzach i palonych zaraz po odkryciu – i dobrze, ponieważ zawierały bezpłodną udrękę, która nie niesie nic dobrego. Teraz jest zupełnie inaczej – albo sam siebie oszukuję. Taka możliwość zawsze istnieje, ale naprawdę czuję, jak soki twórcze napierają ku ujściu, tak jak nasienie spływa z różnych zakątków ciała mężczyzny i toruje sobie drogę do pęcherzyka nasiennego. Mam nadzieję, że wyniknie z tego coś pięknego i prawdziwego. Wiem też, że (podobieństwo do aktu zapłodnienia wciąż pozostaje aktualne) nawet gdybym wiedział, że z tej książki nic nie wyniknie, i tak bym ją napisał. Wydaje mi się, że różne organizmy muszą mieć swoje własne sposoby wyrażania – dźwiękiem albo gestem – radości tworzenia, rozkwitu. A jeśli tak jest, to i ludzie muszą mieć swoje oddzielne drogi – jedni, żeby się śmiać, inni, żeby budować, a jeszcze inni, żeby niszczyć, a nawet twórczo zniszczyć samych siebie. Tego nie sposób wyjaśnić. Radość we mnie ma dwa ujścia: jedno – drobny ładunek miłości ku niewiarygodnie pożądanemu ciału i słodyczy kobiety; drugie – najczęściej oba naraz – papier i ołówek albo pióro. I ciekawie jest zastanawiać się nad tym, czym właściwie są papier, ołówek i wijące się słowa. To nic innego jak wyzwalacze radości – okrzyk piękna – wybuch czystej, twórczej błogości. I często słowa wcale nie dorównują temu uczuciu, chyba że czasem intensywnością. Tak więc człowiek przepełniony wybuchową radością może opisywać z siłą i gwałtownością jakiś smutny obraz – umierającego piękna albo zniszczenia uroczego miasteczka – i tylko skuteczność świadczy wtedy o tym, jak wielkie i piękne było to uczucie.

Powinieneś się do tego przyzwyczaić, Pat. Piszę codziennie wiele tysięcy słów, a część z nich trafia na papier. Nieliczne z tych zapisanych są przeznaczone do czytania. Pomyślałem, że skoro kupiłeś mi ten piękny zeszyt, to większość słów umieszczę właś­nie w nim. Oprócz tego wciąż piszę po kryjomu to, co później spłonie, bo dotyczy spraw, których nie chciałbym ujawniać przed nikim, nawet przed tobą. Jednak wszystko, co mogę pokazać, wpiszę tutaj, do tego notatnika. I może się zdarzyć, że w połowie powieści będziesz musiał kupić mi drugi zeszyt. Byłbyś niepocieszony.

Widzę teraz, co robię, i nie uważam, żeby to było marnowanie czasu. Treść książki jest skierowana do moich dzieci i dla nich – niezależnie od wieku – trzeba wszystko uprościć w celu osiągnięcia pełnej jasności, nie dlatego, że są nierozumne, lecz dlatego, że mają inne doświadczenia niż ja. Dlatego musimy spotkać się gdzieś pośrodku. Twoje doświadczenie i moje, choć nie tożsame, są wystarczająco bliskie, byśmy mogli spotkać się na wspólnym gruncie. I pewnie właśnie to robię instynktownie – wyciągam z chłodu rzeczy obce i wsuwam je w ciepło tego, co znane. Takie sprawy zdają się odruchem. Znajduję w notesach pomysły i uczucia sprzed wielu lat, a nawet historie, o których nie wiedziałem. Dlatego na początku nie warto analizować zbyt dokładnie – emocja, która przypadkiem wpada w nazbyt ostre słowa, potrafi przewrócić cały mózg i wytrzepać go jak dywan. Zdarza się to częściej, niż myślimy.

Czasem mam wrażenie, że podczas pisania jestem blisko jakiejś odmiany nieświadomości. Czas zmienia bieg, a minuty znikają w jednej wielkiej chmurze przemijania. Myślałem nieraz, że gdyby udało nam się odłożyć na bok nasze obsesje na punkcie trwania, mogłoby się okazać, że czas w ogóle nie ma trwania. Wtedy cała historia i cała prehistoria mogłyby być jednym chwilowym błyskiem jak wybuchająca gwiazda – wiecznym i bez trwania.

A zatem przechodzę dalej. Właśnie w tej chwili olśnił mnie pomysł tak urodziwy jak dziewczyna – tak słodki i tak drogi memu sercu, że odłożę go na bok i wykorzystam w książce. Och, jakiż to piękny pomysł!

Zadziwiające, że ktoś tak życzliwy jak ja potrafi mieć jednocześnie tyle warstw, w których mieszczą się nieczułość i okrucieństwo, być zdolny niemal do wszystkiego – łącznie z zabijaniem i zadawaniem bólu. Nieustępliwe okrucieństwo potrzebuje tylko wyzwalacza, tak samo jak życzliwość. Ludzki umysł, gdy się go odpowiednio nastawi, potrafi siać zniszczenie. I co najdziwniejsze – to ten sam umysł, który kołysze się w najsilniejszym wietrze, biorąc z niego swój kurs. Nie wiem, czy wszystkie umysły tak działają. Mój jest jedynym, który znam.

Czasem brak mi cierpliwości do ludzi, którzy uważają się za dobrych, chociaż ich wyłącznym celem jest uchronić siebie przed dyskomfortem obserwowanego cierpienia.

15 lutego [CZWARTEK]

Wczoraj były walentynki i poszedłem na Siedemdziesiątą Ósmą Ulicę, żeby zanieść rzeczy chłopcom3. Byli wycofani i ostrożni […].

Nadszedł wreszcie czas, żeby ruszyć z książką. Dość długo się ociągałem. Ale to dobrze. Jeszcze nie wiem, jakie będzie tempo pisania. Zależy od wielu czynników. Myślę jednak, że liczba słów na godzinę powinna być mniej więcej stała. Kończy się charakterystyczny etap zwlekania i długich rozmyślań. Z prawdziwym lękiem wchodzę w kolejny. Muszę teraz zapomnieć o tym, jak bardzo mi zależy, żeby ta książka była dobra. Takie myślenie jest dozwolone tylko na etapie planowania. Kiedy już się zacznie pracę, nie powinna jej towarzyszyć żadna intencja poza jedną: żeby została ukończona. Wokół cisza i spokój. Są jeszcze jakieś drobne rozpraszacze, które nie czynią wielkiej różnicy. Bardzo ważne są pozycja ciała i nastawienie. A ponieważ proces musi zostać siłą rzeczy mocno rozłożony w czasie, trzeba z niego uczynić niemal styl życia i nawyk umysłu. Tak, żeby nikt nie mógł powiedzieć: „Przegrał, bo się zgubił”. Ostatni podskok na trampolinie, ostatnie zerknięcie do basenu. Czas na skok. Naprawdę nadszedł ten czas. Notatki będą kontynuowane, lecz w bardziej zorganizowany sposób. Teraz muszę się przenieść do Salinas. I jeśli można dać temu wiarę – cieszę się, że robię to na papierze, a nie osobiście. Odczuwam osobliwą niechęć przed rozpoczęciem. Chyba każdy nienawidzi dyscypliny i broni się przed nią, jak może. Papier pożera linię kreśloną ołówkiem. Jakże on ją pożera.

Mój syn Tom ma jakiś kłopot. Zobaczyłem to wczoraj w jego oczach. Rozpoznałem po nagłym, szybko stłumionym wzruszeniu. Nie wiem, co robić, ale wiem, że muszę mu pomóc. Stał się milczący, a Gwyn mówi, że jest zbuntowany. Znam to. Opowiada, że spotykam się z nim codziennie po lekcjach w szkole. Nie wymyśliłby tego, gdyby nie miał silnej potrzeby widywania mnie. Chyba powinienem pójść i porozmawiać z nauczycielami, którzy ostatecznie spędzają z nim najwięcej czasu. Przynajmniej tak mi się wydaje. A teraz muszę brać się do pracy.

3Synowie Steinbecka mieszkali ze swoją matką, Gwyndolen Conger, jego drugą żoną.

16 lutego, piątek

Praca jak zwykle ruszyła bez ostrzeżenia. Zawsze tak jest. Muszę swoje odsiedzieć, zanim cokolwiek się zacznie. Wczoraj poczułem wenę i myślę, że mam gotową formę. Na pewno dla rozdziałów naprzemiennych. Mam nadzieję, że z pozostałymi częściami pójdzie mi równie dobrze. Siedziałem nad tym tydzień. Jest piątek, a ja wypociłem półtorej strony. Gdybym nie znał tego procesu tak dobrze, uznałbym ten tydzień za zmarnowany. Ale ponieważ mam doświadczenie, jestem zadowolony. Nie myślę, że straciłem ten tydzień. Właściwie mam poczucie ogromnego postępu. Nie denerwuję się wcale pisaniem. Nigdy wcześniej tego nie doświadczyłem. Elaine potrafi jakoś zdjąć ze mnie całą presję. Wczoraj wieczorem przeczytałem jej początek i powiedziała, że jej się podoba. Było tego za mało, żeby cokolwiek wyrokować, ale jednak coś. Dość, żeby poczuć klimat. Fajka też smakuje bardzo dobrze. Chyba kupię taką z pianki morskiej i będę ją barwił, pisząc tę książkę. Może to zrobię. Zanim fajka zbrązowieje, książka powinna być gotowa. Dodatkowy element magii. Myślę, że jutro poszukam jakiejś małej, lekkiej fajki z pianki. Widziałem jedną na wystawie sklepowej któregoś dnia, ale nie pamiętam gdzie. Och! Jestem taki szczęśliwy – tak bardzo szczęśliwy. Myślę, że nigdy w życiu nie byłem tak szczęśliwy. To aż absurdalne, że czuję taki entuzjazm wobec czegokolwiek. Tylko chłopcy mnie martwią – nic więcej. Nawet wojna w Korei wydaje się odległa. Tak naprawdę coś mnie jednak trapi. Dom pochłania dużo pieniędzy, ale nie chcę na niego żałować – w co innego miałbym inwestować? Nie przychodzi mi do głowy lepszy sposób ich wydawania. A Elaine kocham niewiarygodnie, do granic. Myślę, że to nowe życie jest całkowicie jej zasługą. Co za radość.

19 lutego [PONIEDZIAŁEK]

W weekend ani nie pracowałem, ani nie myślałem o pracy, i zrobiłem to celowo. Chciałem oczyścić głowę z bałaganu, jaki w niej panował. Było tyle rzeczy do rozważenia, chciałem pozwolić im biec swoim kursem. […] Ten weekend nie należał jednak do udanych z konkretnego powodu. W sobotę wieczorem wypiłem za dużo i w niedzielę miałem kaca. Gigantycznego depresyjnego kaca, kiedy wszystko wydaje się człowiekowi przygnębiające, a on sam jest dla siebie największym rozczarowaniem. To doskonały przykład depresyjnego działania alkoholu. Dziś mi to przeszło. Jeśli już muszę sobie folgować w ten sposób, to najlepiej w sobotnie wieczory. Wiem, że nie pochwalasz picia, Pat, i ja chyba także go nie pochwalam. A jednak wciąż mi się to zdarza.

Czas robi teraz na mnie duże wrażenie. Czas i wszystko, co z nim związane – te krawędzie i odprys­ki czasu. Świat ma dualistyczną naturę: rzeczywistość zawsze ma dwie twarze, a czasem więcej. I im dalej, tym bardziej się to uwidacznia, twarze stają się szersze i bardziej mięsiste.

Dziś dom jest pełen stukotu. Przypominam sobie, jak przy Gronach gniewu narzekałem na ten stukot. A teraz zupełnie mi nie przeszkadza. Z jakiegoś powodu wcale mnie nie dotyczy. Nie jest wymierzony we mnie. Zawsze miałem poczucie, że druga strona celowo mnie drażni. Do pewnego stopnia chyba rzeczywiście znajdowała upodobanie w wywoływaniu we mnie frustracji, chociaż nie robiła tego całkiem świadomie. Teraz jestem już pewien, że tak nie jest. Myślę, że kupię fajkę z pianki morskiej i zobaczę, czy uda mi się ją zabarwić na delikatny brąz. Te fajki są bardzo piękne, kiedy potrafi się o nie dbać. A ja zamierzam siedzieć przy tym biurku bardzo długo. Nie potrafię wymyślić przyjemniejszego sposobu spędzenia reszty życia niż w tym domu, z tymi ludźmi i przy tej desce kreślarskiej. A teraz – dość już tego ociągania, wracam do książki.

Praca na dziś skończona. Nie wiem, czy jej efekty są dobre. Mogę tylko mieć nadzieję, że tak. Ta książka musi być tak swobodna, tak pozbawiona pośpiechu, że aż rozbrajająca. Dziś uporałem się z tłem, wyglądem i historią doliny. A jutro muszę zacząć przedstawiać Hamiltonów. Dziś już mogę o nich powiedzieć, co zechcę, bo wszyscy nie żyją i nie będą mieli za złe prawdy o sobie. Myślę, że może być całkiem dobrze, tylko trzeba zachować spójność. To jest moja najbardziej skomplikowana, a jednocześnie najbardziej prosto brzmiąca książka. I to wszystko na dziś.

20 lutego [WTOREK]

Dziś zaczynam pracę bardzo wcześnie i chcę zwiększyć tempo do dwóch stron dziennie. Już czas. Zdaję sobie sprawę, że wszystko idzie bardzo powoli, ale właśnie tak ma być. Nie chcę się spieszyć. Pisanie sprawia mi przyjemność i naprawdę chcę, żeby to była najlepsza książka, jaką kiedykolwiek stworzę. Nie widzę przeszkód, by miała taką wartość, jakiej pragnę. Słyszę ją i mam przed oczami. Nie ma powodu, żeby mój ołówek tego nie zapisał. Och, tylko uważać na zwięzłość. Nie dopuścić, by wkradło się zbyt wiele przymiotników. Muszę ograniczyć opisy do absolutnego minimum, zadbać o przejrzystość historii i kompozycję wszystkich jej wątków. W moim mniemaniu ta książka będzie się pisać w nieskończoność. Nie zamierzam jej skończyć. Tylko z takim nastawieniem może posuwać się naprzód tak, jak to sobie wyobrażam. Nie mogę pozwolić, by jakikolwiek termin zmienił jej tempo i wydźwięk. Wiem, Pat, że chciałbyś mieć manuskrypt na przyszłą zimę, ale to niemożliwe. Albo na przyszłą wiosnę – to też niemożliwe. Nie narzucam sobie żadnych ram czasowych. I nie wyznaczę żadnego terminu ukończenia.

Zdumiewa mnie, jak mało się martwię. Właściwie chyba powinienem: o pieniądze, o chłopców i tym podobne. Jednak się nie martwię. Zapominam o trosce, choć wiem, że byłaby wskazana chociażby po to, by zachować normalność. Jednak gdy tylko próbuję ją przywołać, od razu zaczynam myśleć o czymś innym. Naprawdę pora zabrać się do pracy. Muszę wprowadzić Samuela Hamiltona i jego żonę do doliny Salinas. Cieszę się, że geografia i warunki atmosferyczne są już za mną i mogę przejść do ludzi. Zależało mi bardziej na oddaniu wrażenia, jakie wywołuje dolina, niż na szczegółowym jej opisaniu, Pat – chciałem raczej uchwycić jej istotę, niż oddać szczegóły. Mam nadzieję, że mi się udało, choć długo nie zyskam pewności. Bo nie piszę o geografii, lecz o ludziach, i nie chcę nadawać miejscu zbyt wielkiego znaczenia. Czas pracować.

Na dziś koniec – Hamiltonowie są już wprowadzeni. Mam nadzieję, że dobrze ich osadziłem. Pracowałem długo, ale naprawdę z przyjemnością. Teraz idziemy z Elaine do Macy’ego obejrzeć jakieś dywaniki z trawy morskiej.

21 lutego [ŚRODA]

Dziś rano jestem opieszały, Pat, i to bez żadnego dostrzegalnego powodu. Położyłem się wcześnie, dobrze spałem – właściwie zaspałem – samopoczucie mam znakomite, a jednak łapię się na tym, że zwlekam z rozpoczęciem pracy. Oczywiście przełamię tę niemoc. Dziś po południu muszę zrobić nagranie do Głosu Ameryki na temat sztuki i dyktatury. Niewiele o tym wiem – nigdy nie tworzyłem w kraju objętym dyktaturą, ale coś tam czytałem i bywałem w krajach, gdzie rządzi dyktator. Naturalnie każda forma przemocy, nawet ograniczona pewnymi warunkami, jest zła i nie sprzyja rozwojowi dwóch wielkich podstaw sztuki i nauki: ciekawości i krytycyzmu. Jeśli się je tłumi, jak ma powstać jakakolwiek sztuka? A przecież dowody są jasne – żadna nie powstaje. Nie mam jednak zbyt wiele czasu na takie rozważania.

Więc jedziesz na zachodnie wybrzeże. Mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawił. Dawno nigdzie nie wyjeżdżałeś. Pamiętam jedno z naszych pierwszych spotkań. To było w hotelu Sir Francis Drake. Miałeś na głowie czarny kapelusz Borsalino, a w ręku brązową walizkę ze skóry, gdy podchodziłeś do recepcji, żeby zapłacić rachunek. Minęło tyle czasu, a prawie wcale się nie zmieniłeś. Pamiętam też inne rzeczy z tamtej podróży, które – jak sądzę – lepiej byłoby zapomnieć. To znaczy lepiej dla ciebie. Chyba ociągałem się dziś z pracą tyle, ile mogłem, i teraz czas się do niej zabrać.

No więc skończyłem, Pat – skończyłem pierwszy rozdział. A teraz przechodzę do drugiego, który, jak się przekonasz, jest zupełnie inny. Dotyczy Trasków, podczas gdy pierwszy był o Hamiltonach.

22 lutego [CZWARTEK]

Dziś są urodziny Washingtona, Pat, i nie będę miał dużo czasu, żeby z tobą „porozmawiać”. Czy przyszło ci do głowy, jakie to dziwaczne? Pisać do ciebie listy, które przeczytasz najwcześniej za rok. Mam z tego wiele przyjemności. W ciągu roku wydarzy się mnóstwo rzeczy, których nie przeczuwam, siedząc tu dziś i pisząc te słowa. Ty natomiast, kiedy je przeczytasz, jeśli przeczytasz, będziesz wiedział, co się wydarzyło, będzie to już za tobą. Myślę, że jest w tym coś niemal magicznego. Wiesz, mam ciemną plamkę na opuszce małego palca lewej dłoni i taką samą na spodzie małego palca lewej stopy. Pewnego razu zauważył tę plamkę na dłoni jakiś Chińczyk i bardzo się nią zaciekawił, a gdy powiedziałem mu o tej na stopie, jego zainteresowanie jeszcze wzrosło. Powiedział, że w chiromancji chińskiej ta na dłoni jest oznaką wielkiego szczęścia, a ta na stopie podwaja tę pomyślność. W rzeczywistości to tylko ciemna pigmentacja. Mam je od urodzenia, to po prostu znamiona. Wspominam o nich jednak z innego powodu. Od półtora roku ciemnieją. Gdyby dać wiarę przesądowi, to znaczyłoby, że moje szczęście rośnie. A przecież mam Elaine, więc jakie większe szczęście mogłoby mnie spotkać? Niemniej plamki nadal ciemnieją – może to znaczy, że skończę tę książkę. Byłoby wspaniale. Widzisz więc, mimo tego, co mówiłem o braku czasu, dalej piszę swoje listy.

Ach, ci Traskowie. Fascynują mnie. Znam ich na wylot, łącznie z całym drzewem genealogicznym. Rozumiem ich nastroje i impulsy bodaj lepiej niż własne – z pewnością lepiej niż własne. Gdybym spróbował prześwietlić samego siebie, pewnie okazałbym się zagadką. Co do Trasków, ich charakterów i tego, co symbolizują – sam się przekonasz. Zostawiam klucz i wiele tropów. Myślę, że dość szybko dotrzesz do sedna tej opowieści, mimo jej pozornej prostoty i niewinności. Owa niewinność i lekkie zamaskowanie nie służą popisywaniu się, lecz temu, by człowiek mógł wziąć z tej książki tyle, ile sam jest w stanie do niej wnieść. Nie byłoby dobrze mieszać w głowie analfabecie, podając mu głębokie filozoficzne myśli. Z drugiej strony taki człowiek może czerpać przyjemność z samej powierzchownej warstwy opowieści, a nawet podświadomie wychwycić to, co się kryje pod spodem. Z trzeciej strony – a mam ich trzy – człowiek piśmienny i rozumny odnajdzie radość w odkrywaniu tajemnic ukrytych w tej książce jak skarby. Ale nie wolno nikomu mówić o ich istnieniu. Niech zostaną odkryte przypadkiem. Popełniałem już błąd naprowadzania czytelnika i nigdy więcej tego nie zrobię. Zauważysz w tej książce moje metody tworzenia złudzenia czegoś, co naprawdę się wydarzyło. Sądzę, że właściwie można ją nazwać nie powieścią, lecz historią. A choć jej forma jest bardzo ścisła, moim zamierzeniem jest nadać jej pozór bezkształtności historii. Historia w istocie nie jest bezkształtna, lecz wymaga szerokiej perspektywy i filozoficznego nastawienia, żeby zobaczyć jej wzór. I chciałbym, aby ta książka miała właśnie taką jakość.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

Spis treści

Nota wydawcy

29 stycznia 1951 [PONIEDZIAŁEK]

12 lutego [PONIEDZIAŁEK]

12 lutego, ciąg dalszy

13 lutego [WTOREK]

15 lutego [CZWARTEK]

16 lutego, piątek

19 lutego [PONIEDZIAŁEK]

20 lutego [WTOREK]

21 lutego [ŚRODA]

22 lutego [CZWARTEK]

Punkty orientacyjne

Okładka