Wydawca: Bogulandia Kategoria: Religia i duchowość Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 494 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziecko Pokuty - Francine Rivers

Była zimna styczniowa noc, kiedy zdarzyła się ta rzecz niewybaczalna, nie do pomyślenia”. Tak zaczyna się opowieść o Dinie, której życie w krótkiej chwili rozpadło się niczym kryształ na dziesiątki drobnych kawałków.


Wracała z pracy... Akurat zepsuł się jej samochód... Co prawda było już późno, ale kampus był blisko... Nim jednak tam dotarła, dopadł ją ten mężczyzna ze starego kombi... W jednym momencie jej przyszłość stała się ciemną plamą, która z każdym dniem zdawała się coraz bardziej przerażać.
Potem nadeszły dni, o jakich chciała zapomnieć. „Trzeba tylko – usłyszała chyba w klinice – pozbyć się tego, co poczęło się w tych przerażających okolicznościach... To niegroźny zabieg…" Czy jednak na pewno? To pytanie formułowane na różne sposoby wracało do niej niczym echo, przynosząc same wątpliwości…

F R A N C I N E   R I V E R S
jedna z najpopularniejszych pisarek amerykańskich, autorka ponad 20 bestsellerowych powieści, przetłumaczonych na dwadzieścia języków, m.in. trylogii: „Głos w wietrze", „Echo w ciemności", „Jak świt poranka". Zdobyła liczne nagrody i zaszczyty, w tym Christy Award, za stworzenie inspirującej fikcji o charakterze historycznym, złoty medal Amerykańskiego Stowarzyszenia Wydawców Chrześcijańskich ECPA za powieść „Ostatni zjadacz grzechu" (zekranizowaną przez Michaela Landona). W 2010 roku książki Francine zostały uznane za najlepiej sprzedające się tytuły na liście „New York Timesa".

film reklamowy Dla ksiazki wydanej przez Wydawnictwo Bogulandia.

Opinie o ebooku Dziecko Pokuty - Francine Rivers

Fragment ebooka Dziecko Pokuty - Francine Rivers

Francine Rivers

Dziecko pokuty

Tłumaczył: Adam Szymanowski

Warszawa 2014

Tytuł oryginału:

The Atonement Child

Copyright © 1997 by Francine Rivers. All rights reserved

Published by arrangement with Browne & Miller Literary Associates, LLC

Tłumaczenie:

Adam Szymanowski

Redakcja i korekta:

Zespół

Projekt okładki:

Radosław Krawczyk

Skład:

Mikrograf s.c. www.mikrograf.pl

Copyright © 2014 for the Polish edition by Wydawnictwo Bogulandia, Warszawa 2014

All rights to the Polish edition reserved

Książka, ani żadna jej część, nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy. W sprawie zezwoleń proszę zwracać się do:

Wydawnictwo Bogulandia

tel. 603 072 828

info@bogulandia.pl

www.bogulandia.pl

ISBN 978-83-63097-28-8

Książka polecana przez

Książka do nabycia:

Księgarnia i Hurtownia wysyłkowa „Bogulandia”

tel. 603 072 828

info@bogulandia.pl

www.bogulandia.pl

Opracowanie wersji elektronicznej:

Karolina Kaiser

Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie.

Ewangelia wg św. Mateusza 11, 28-30

I

Była zimna styczniowa noc, kiedy zdarzyła się ta rzecz niewybaczalna, nie do pomyślenia.

Dla Diny Carey wieczór minął jak zwykle. Podawała do stołu w Stanton Manor House, czyli w Dworku, domu spokojnej starości dla urzędników miejskich Middleton. Lubiła swoją pracę, często rozmawiała z ożywieniem z pensjonariuszami, którzy opuszczali swoje mieszkania, by zjeść wspólny posiłek w mieszczącej się w przyziemiu jadalni. Sally Wentworth była wspaniałą kucharką i zawsze dbała o urozmaicenie jadłospisu. Poza użalaniem się nad tym, że tyle jedzenia zostaje, Dina nie usłyszała w ciągu pięciu miesięcy pracy ani jednej skargi. Większość mieszkańców Dworku pamiętała czasy kryzysu i nienawidziła marnotrawstwa.

Wszyscy biesiadnicy wrócili już do siebie i został tylko pan Packard, który popijał bez pośpiechu bezkofeinową kawę.

– Twój samochód nadal jest w warsztacie, Dino?

– Tak, proszę pana. Ciągle czekają na jakąś część.

– Przecież miał być gotowy już wczoraj!

– Coś ich opóźniło.

Wzruszyła ramionami. Nie przejmowała się zbytnio brakiem samochodu.

– Czy twój chłopak przyjedzie dzisiaj po ciebie? – spytał, patrząc, jak Dina napełnia solniczki.

Uśmiechnęła się do niego i podeszła do następnego stolika.

– Dzisiaj nie, panie Packard. Prowadzi lekturę Pisma Świętego.

– Może zabierzesz się z Sally?

– Do przystanku autobusowego jest bardzo blisko.

– Co najmniej mila i taka ładna dziewczyna nie powinna wychodzić po zmroku.

– Jestem ostrożna.

– W dzisiejszych czasach ostrożność nie zawsze wystarczy. Nie mogę już czytać gazet. Gdzie te czasy, kiedy można było chodzić bez strachu z jednego końca miasta na drugi. – Potrząsnął ze smutkiem głową. – Teraz miasto się rozrosło i człowiek nikogo nie zna. Ludzie pojawiają się i znikają. Nie zna się nawet najbliższego sąsiada. Może to Pollyanna, a może syn Sama. Domy wyrastają bez ładu i składu, byle szybciej, byle więcej. Kiedy byłem chłopcem, znało się wszystkich. Nikt nie zamykał drzwi na klucz. Nikt się nie bał. Dokąd ten świat zmierza? Cieszę się, że moje życie dobiega kresu. Kiedy dorastałem, siadaliśmy na ganku i rozmawialiśmy. Przychodzili sąsiedzi, żeby napić się lemoniady. To były dobre czasy. Dzisiaj żyje się w ciągłym pośpiechu. Nie budują już domów z gankami. Ludzie siedzą w środku i gapią się w telewizor, i niewiele mają do powiedzenia innym.

Dina podeszła bliżej, gdyż wyczuła w tych słowach ból człowieka samotnego. Pan Packard nie użalał się nad sobą. Był naprawdę zmartwiony. Cztery miesiące temu zmarła mu żona. Rodzina skupiła się wokół niego na czas pogrzebu, a potem znowu rozproszyła po całych Stanach. Dwaj synowie mieszkali na Zachodnim Wybrzeżu, zbyt daleko, żeby go często odwiedzać. Córka mieszkała w Indianie, ale telefonowała co niedziela. Niedziela to dobry dzień dla pana Packarda.

Dzisiaj była środa.

– Tęsknię za moim Wiarusem – powiedział spokojnym głosem. Uśmiechnął się smutno. – Nazywałem Fredę Wiarusem.

Pan Packard opowiedział Dinie, jak zaraz po drugiej wojnie światowej wpadł na pomysł tego przezwiska. Walczył dwa lata na Pacyfiku, póki nie wyleciał w powietrze z transportowcem. Znalazł się w szpitalu, gdzie spędził trzy miesiące. Potem został już w ojczyźnie.

– Kiedy mnie nie było, Freda urodziła syna i wzięła pracę na pół etatu. Potem ojciec zachorował na raka, rzuciła więc pracę i zajęła jego miejsce. Pomagała matce prowadzić rodzinny sklep spożywczy. Moja Freda też była żołnierzem, tyle że na innym froncie. – Rysy twarzy złagodniały mu, w oczach zalśniły łzy. – Nazwałem ją więc Wiarusem i przezwisko przylgnęło do niej.

– Dino, trzeba zamykać! – powiedziała zza kontuaru Sally.

Powiedziała to wystarczająco głośno, by pan Packard mógł usłyszeć. Dina spojrzała na jego twarz i zachciało się jej płakać.

Starszy pan zrozumiał, że powinien wracać do siebie, i wstał.

– Wszyscy się dzisiaj spieszą – stwierdził, zerkając w stronę kuchni. Potem jego wzrok znowu spoczął na Dinie. – Dobranoc, Dino. Bądź ostrożna.

– Będę, proszę pana – zapewniła go z tkliwym uśmiechem i musnęła ręką jego ramię, kiedy ją mijał. – Niech się pan tak nie martwi.

Juan Garcia zaczął układać krzesła do góry nogami na stołach. Dina wzięła do ręki filiżankę ze spodkiem i łyżeczką pana Packarda. Patrzyła, jak mężczyzna idzie sztywnym krokiem przez jadalnię. Znowu daje o sobie znać jego artretyzm.

– Nie chciałam przerywać ci pogawędki – powiedziała Sally, wkładając naczynia do wielkiej zmywarki i zatrzaskując jej drzwiczki. – Człowiek prędzej osiwieje, nim taki staruszek przestanie gadać. – Zdjęła z haka na ścianie sweter. – Nie mają dokąd iść ani co robić.

– Tęskni za żoną – rzuciła Dina, rozmyślając, czy by nie posłuchać rady pana Packarda i nie poprosić Sally o podwiezienie.

– Wiem. Sama tęsknię za mężem. I za dziećmi. Ty tęsknisz za swoim przystojnym narzeczonym. – Rzuciła przewieszaną przez ramię torebkę na kontuar, a potem założyła sweter i kurtkę z futrzanym kołnierzem. – Jak to powiedziała Scarlett O’Hara? „Jutro będzie następny dzień”.

Wzięła torebkę, rzuciła krótko „dobranoc” i ruszyła w stronę tylnego wyjścia.

Dina miała wrażenie, że Sally bardzo się spieszy, i nie chciała się jej narzucać. Zresztą do przystanku nie jest daleko i idzie się dobrze oświetloną ulicą. Wzięła z magazynku plecak, a potem zsunęła białe buciki na gumowej podeszwie i włożyła botki. Wrzuciła pantofle do plecaka i pożegnała się z Juanem Garcią. Wyszła z jadalni i ruszyła korytarzem, z którego wychodziło się na parking na tyłach domu. Sally pogasiła już światła. Świeciły tylko mdłym blaskiem lampki bezpieczeństwa. Widać było też jasność z tyłu, z jadalni, gdzie Juan przygotowywał się do zmycia i zapastowania podłogi.

Dina włożyła kurtkę i podeszła do tylnych drzwi.

Nigdy dotąd nie przyszło jej do głowy, że powinna się bać. Trudno byłoby uznać Dworek za centrum zbrodni. Najgorszą rzeczą, jaka się tu zdarzyła, było graffiti, które ktoś wymalował trzy miesiące temu na ścianie budynku. Następnego popołudnia z polecenia kierownika zamalowano baniaste litery i cyfry, a policja częściej zaglądała tu wieczorami. Ale wandale już nie wrócili.

Dina pchnęła drzwi i wyszła. Na zewnątrz panował rześki chłód. Śnieg, który spadł w ubiegłym tygodniu, był już ubity i brudny. Z jej ust wydobył się obłoczek białej pary. Doszedł ją zza pleców odgłos zamykanych drzwi. Leciutko zadrżała. Zasunęła jak mogła najwyżej suwak kurtki i rozejrzała się dokoła. Najwyraźniej ostrzeżenia pana Packarda spowodowały, że poczuła się niepewnie. Nie miała żadnych innych powodów do obaw. Wieczór nie różnił się od innych, nie był ani chłodniejszy, ani ciemniejszy.

Wszędzie dokoła widziała cienie, ale nie było w nich nic obcego czy groźnego. Zeszła po rampie dla wózków inwalidzkich i ruszyła jak zwykle ścieżką przez parking w stronę Mapie Street. Zaledwie kilka przecznic oddzielało ją od Main Street, a potem jeszcze osiem następnych i już Sycamore Street, i jeszcze kilka i ulica Szesnasta, gdzie był przystanek. Wszystkiego piętnaście minut marszu do przystanku na Henderson Avenue. Stamtąd siedem przecznic i znajdzie się w akademiku.

Zerknęła na zegarek. Dziewiąta trzydzieści. Janet Wells, z którą dzieli pokój, jest jeszcze w czytelni i zostanie tam do późnej nocy. Janet zostawia wszystko na ostatnią chwilę, a potem zdaje egzamin celująco. Dina uśmiechnęła się sama do siebie. Bardzo by chciała, żeby i jej tak się wiodło, ale ona musiała wkuwać przez cały czas. Jeśliby nie uzyskiwała odpowiednio wysokich ocen, straciłaby stypendium.

Dina szła teraz odprężona, z przyjemnością oddychając nocnym powietrzem. Zawsze lubiła tę ulicę zabudowaną domami z przełomu wieków. Wyobrażała sobie to, co zapamiętał z dawnych lat pan Packard: jak ludzie siadali latem na gankach i popijali lemoniadę. Jak na filmie. Było to życie bardzo odległe od tego, które wiodła jako dziecko przy Ocean Avenue w San Francisco. Odległe, ale w jakiś sposób podobne.

Kiedy myślała o przeszłości, miała świadomość, jak bardzo rodzice chronili ją przed światem, płacąc za naukę w domu. Żyła jak w klasztorze. Pod wieloma względami była to sielanka: żadnych wstrząsów, żadnych ostrych zakrętów. Czasem oczywiście była ciekawa, co rozciąga się za żywopłotem, którym otoczyli ją rodzice.

Kiedy pytała, odpowiadali, i na tym poprzestawała. Zbyt ich kochała i szanowała, żeby domagać się czegoś więcej.

Mama i tato zawsze przeżywali mocno swoją chrześcijańską wiarę. Nie pamiętała, żeby nie byli kiedyś zaangażowani w jakąś działalność kościelną lub na rzecz wspólnoty. Matka śpiewała w chórze, a w niedzielne ranki prowadziła lekturę Pisma Świętego. Dina rosła otoczona miłością, bezpieczna i prowadzona krok po kroku do samych drzwi New Life College. I zdawało się, że jej dalsze życie potoczy się tak samo pod skrzydłami Etana Goodsona Turnera.

„Nie skarżę się, Boże. Jestem wdzięczna, moje serce przepełnia wdzięczność. Pobłogosławiłeś mi, dając takich rodziców i mężczyznę, którego poślubię. Gdziekolwiek spojrzę, widzę Twoje błogosławieństwo. Cały świat jest piękny aż po te gwiazdy na niebie. Panie, daj biednemu panu Packardowi odrobinę nadziei i radości, jaka jest moim udziałem. On Ciebie potrzebuje, Panie. Tak samo jak Sally. Ciągle się czymś gryzie i ciągle się spieszy. Niewiele miała radości w życiu. A Juan powiedział dzisiaj, że jedno z jego dzieci zachorowało, Ojcze. To Pedro, najmłodszy. Juana nie stać na zapłacenie składki ubezpieczeniowej i…”

Minął ją jadący wolno samochód.

Zanim samochód przyspieszył, Dina zauważyła tabliczkę rejestracyjną ze stanu Massachusetts. Czerwone tylne światła były jak wpatrzone w nią przekrwione oczy. Auto typu kombi pojechało w dół ulicy, a następnie skręciło z piskiem opon w Sycamore Street. Dina zmarszczyła lekko brwi, patrząc na znikający samochód.

Dziwne.

Znowu błądziła myślami gdzieś daleko, kiedy zwolniła kroku, mijając swój ulubiony dom, dwa domy przed Sycamore. Był to duży wiktoriański budynek z werandą wzdłuż frontowej ściany. Za firankami z nottinghamskiej koronki paliło się światło. Ciężkie frontowe drzwi wykonane były z mahoniu, w górnej części widać było małe, kolorowe, oprawione w ołów szybki, układające się w złocistożółty wzór słońca.

Miło byłoby mieszkać na takiej cienistej ulicy, w dużym domu ze starannie przystrzyżonym trawnikiem, kwiatkami od frontu i podwórkiem z huśtawką i piaskownicą na tyłach. Uśmiechnęła się do swojego marzenia. Etan dostanie zapewne kościół w jakimś wielkim mieście w rodzaju Los Angeles, Chicago albo Nowego Jorku. Ktoś z jego talentem kaznodziejskim osiądzie po latach w małym uniwersyteckim miasteczku gdzieś na Środkowym Zachodzie.

Nigdy by nie uwierzyła, że mężczyzna taki jak Etan zechce na nią spojrzeć, a co dopiero zakocha się w niej i poprosi ją o rękę. Oświadczył, że już w dniu, kiedy ją poznał, wiedział, iż Bóg chce, by została jego żoną.

Nie poznałaby go, gdyby rodzice nie nalegali, żeby zwiedziła New Life College, Uniwersytet Nowego Życia. Wybrała już sobie uczelnię w Kalifornii. Kiedy napomknęli o New Life College, odmówiła, gdyż była przekonana, że sprawa jest nierealna ze względu na koszty i odległość. Zapewnili ją, że koszty zaplanowali, a oddalenie od domu wyjdzie jej na dobre. Chcieli, żeby nabrała samodzielności, a nauka na tamtej w Illinois to najlepszy sposób, żeby to osiągnąć. Zresztą miała wystarczająco dobre stopnie, żeby uzyskać stypendium.

Dina uśmiechnęła się na to wspomnienie. Rodzice nigdy nie potrafili okazać subtelności, kiedy w grę wchodziły plany dotyczące jej przyszłości. Matka rozrzuciła po domu broszurki tuzina chrześcijańskich uczelni, żeby pobudzić jej ciekawość. Każda mogła się pochwalić pięknym, sielankowym położeniem, plamami trawnika wśród wypielęgnowanych kwietników. New Life College miał dziedziniec otoczony sześcioma majestatycznymi budynkami z czerwonej cegły i z białymi kolumnami, dwa po wschodniej stronie, dwa po zachodniej, jeden po północnej. Od południa wznosił się kościół. Ale największe wrażenie na Dinie wywarły cudownie młode, roześmiane twarze studentów.

Nie było mowy o tym, żeby wybrała uniwersytet inny niż chrześcijański. Gdzież lepiej można nauczyć się, jak służyć Panu, jeśli nie w środowisku skupionym na Chrystusie? Ale Środkowy Zachód wydawał się tak odległy od domu, że odrzuciła myśl o wyjeździe.

Kiedy kończył się ostatni rok nauki w szkole średniej, wysłała dwanaście podań i otrzymała dwanaście odpowiedzi pozytywnych. Zostawiła cztery ewentualności, odrzucając wszystkie, które pochodziły spoza stanu. Ojciec zaproponował, żeby pojechała z matką do południowej Kalifornii i zwiedziła trzy tamtejsze kampusy. Zwiedziła jeden z nich, w San Jose, i zatelefonowała do pozostałych, żeby umówić się z dziekanem do spraw rekrutacji i omówić z nim program studiów oraz kwestię stypendium.

Kiedy wyjechała, ojciec skontaktował się z czterema uczelniami, które uznał za „wystarczająco dobre” dla swojej córki. Jedna znajdowała się Pensylwanii, druga w Indianie, a dwie pozostałe w Illinois. Jedna przysłała taśmę wideo. Z dwóch zadzwonili studenci, żeby porozmawiać z Diną o kampusie, zajęciach i programie nauczania. Ostatnim był New Life College. Przysłali stamtąd katalog i zaproszenie, żeby Dina mogła na własne oczy przekonać się, co mają do zaoferowania.

Myślała, że sprawa jest niedorzeczna i wiąże się dla rodziców ze straszliwymi wydatkami, ale ojciec nalegał. „Prędzej czy później musisz nauczyć się latać”.

Po raz pierwszy wyprawiła się gdzieś bez rodziców albo grupy parafian. Uczelnia wszystko przygotowała, tak że czuła się bezpiecznie, wiedząc, iż samotność nie potrwa długo. Miał wyjść po nią na lotnisko student, który zabierze ją do kampusu, gdzie spędzi dwa dni z osobistym przewodnikiem.

Dina uśmiechnęła się na wspomnienie swojej reakcji, kiedy po raz pierwszy zobaczyła Etana z tabliczką, na której było wypisane jej nazwisko. Pomyślała wtedy, że to najpiękniejszy młodzieniec, jakiego kiedykolwiek widziała. Matka uprzedziła ją, że uczelnia przyśle zapewne miłego chłopca, który zawiezie ją na miejsce. Nie spodziewała się kogoś, kto będzie wyglądał, jakby zszedł z ekranu. Była całkowicie zbita z tropu i nie potrafiła wydusić z siebie słowa, ale już w połowie drogi doprowadził do tego, że poczuła się swobodnie i opowiadała mu swoje życie przy Ocean Avenue. Kiedy dotarli na miejsce, wiedziała, że Etan nie tylko jest przystojny, ale i dobry. Płonął żarliwą miłością do Boga, pragnął Mu służyć i miał mnóstwo pomysłów dotyczących swojej pracy kapłańskiej.

– Mój ojciec jest pastorem, a przedtem był nim mój dziadek – powiedział. – Mój pradziadek był wędrownym kaznodzieją. Ja pójdę w ich ślady.

Kiedy wjechali pod ceglany łuk bramy wiodącej do kampusu, Dina była święcie przekonana, że w osobie Etana Goodsona Turnera poznała przyszłego Billy’ego Grahama.

Po przybyciu do żeńskiego akademika Etan przedstawił ją Charlotte Hale z Alabamy, studentce ostatniego roku muzyki. Charlotte była pełna życia, a także charakterystycznego dla południowców uroku i gościnności. Kończyła w czerwcu studia i planowała wyprawę z grupą misyjną do Meksyku, żeby przekazywać tam Ewangelię za pomocą muzyki i teatru.

Całe dwa następne dni Dina miała co do minuty wypełnione zwiedzaniem kampusu, a zwłaszcza wydziałów, które ją najbardziej interesowały: muzycznego i pedagogicznego. Wysłuchiwała informacji o rozmaitych programach, stypendiach i formach działalności, poznawała dziesiątki ludzi. Miała wrażenie, że Charlotte wszystkich tu zna, bo z wszystkimi ją zapoznawała. Rozmawiała więc z profesorami i studentami, z dziekanami, kierownikiem biblioteki, a nawet z dwoma ogrodnikami, którzy pielęgnowali tutejszą zieleń. Fascynowała ją każda chwila z tych dwóch dni.

W sobotę wieczorem, kiedy jadły w stołówce kolację, dołączył do nich, ku jej zaskoczeniu i radości, Etan. Dina oblała się rumieńcem. Nie wstał od stolika, dopóki nie przyszła dziewczyna, żeby zapytać go, czy weźmie udział w wieczornej lekturze tekstu Pisma Świętego.

– Połowa dziewczyn z kampusu chciałaby za niego wyjść – powiedziała Charlotte, patrząc, jak Etan odchodzi.

– Wcale się im nie dziwię – odparła Dina. Przypomniała sobie, że sama śniła o tym na jawie po drodze z lotniska.

Charlotte spojrzała jej prosto w oczy i uśmiechnęła się.

– Nie powinnaś tu wracać. Po wakacjach Etan będzie na ostatnim roku.

Dina nie potrafiła ukrywać swoich uczuć.

– Myślisz, że dołączę do zastępu jego wielbicielek?

Charlotte roześmiała się. Nie powiedziała już ani słowa o Etanie, ale nie ulegało wątpliwości, że zrobiła, co mogła, by dostarczyć Dinie tematu do rozmyślań.

Nie minął nawet kwadrans od powrotu do akademika, kiedy zjawił się Etan. Oświadczył Dinie, że odwiezie ją na lotnisko. Podziękowała i zapewniła, że będzie gotowa na czas. Rano była zdecydowana nie przyjeżdżać do New Life College. Z powodu Etana. Wiedziała, że skoro jest taka oczarowana po dwóch dniach, po roku będzie zakochana po uszy. A kampus New Life College nie był na tyle duży, żeby mogła go unikać. Nie, stanowczo nie chciała być jedną z zastępu wielbicielek i nie miała złudzeń co do tego, że mógłby wybrać właśnie ją.

Uśmiechnęła się teraz na tę myśl i dotknęła kciukiem pierścionka zaręczynowego. Jaka była zdenerwowana w drodze na dworzec lotniczy O’Hare’a. Powiedziała Etanowi, że wysiądzie przed terminalem linii Delta, ale on koniecznie chciał odprowadzić ją do środka. Zaparkował samochód, wziął bagaż i stał z nią w kolejce po bilet pokładowy. Potem siedzieli razem w sali odlotów. Była tak zawstydzona, że miała ochotę schować się pod krzesło.

– Wiem, Etanie, że niewiele świata widziałam, ale nie potrzebuję niańki – oznajmiła, próbując zadrwić z jego troskliwości.

– Wiem – odparł spokojnie.

– Niepotrzebna mi też ochrona.

Spojrzał na nią i Dina poczuła, jaka jest głupia i młoda, za młoda dla tego chłopaka. Jego spojrzenie było tak intensywne, że oblała się rumieńcem.

– Przyjedź do NLC, Dino.

Zabrzmiało to jak rozkaz. Uśmiechnęła się.

– Macie za dużo wolnych miejsc?

– Bóg chce, żebyś tu studiowała.

W jego głosie była taka powaga, tyle pewności, że musiała zapytać:

– Skąd to wiesz?

Gdyby Bóg chciał, żeby studiowała na NLC, sam by jej o tym powiedział.

– Po prostu wiem, Dino. Wiedziałem w momencie, kiedy zobaczyłem cię po raz pierwszy.

Zajrzała w jego niebieskie oczy i uznała, że nie może zbyć byle czym tego, co jej wyjawił. Prawdę mówiąc, chciała w to wierzyć. Chciała zobaczyć znowu Etana Turnera i myśl, że on mógłby chcieć tego samego, wprawiła ją w oszołomienie.

– Będziesz się o to modliła?

Skinęła głową, wiedząc doskonale, że niewiele poza tym będzie potrafiła robić.

Przez całą wiosnę i lato nie miała żadnych wiadomości od Etana, ale pięć minut po tym jak weszła jesienią do sali gimnastycznej, żeby się zapisać na zajęcia, podszedł i położył dłoń na jej ramieniu, jakby publicznie ogłaszał swoje prawa do niej. Pierwsze co zrobił, to przedstawił ją Josephowi Guilierno, swojemu najlepszemu koledze i współlokatorowi.

Joe był dla niej całkowitym zaskoczeniem. Nie pasował do wzorca obowiązującego w NLC, wyglądał raczej jak jeden z tych chłopców, których widywała w okolicach San Francisco podczas wycieczek z rodzicami. Wysoki, ciemnooki, mocno zbudowany Joe robił wrażenie dziecka ulicy, a poza tym starszego niż Etan. Nie tyle wiekiem, ile doświadczeniem.

– Wcale się nie dziwię – powiedział Joe tajemniczo i wyciągnął rękę. Jego palce zacisnęły się mocno na jej dłoni. Uśmiechnął się.

Trzy miesiące później, kiedy miała już na palcu pierścionek zaręczynowy, Joe wyjawił jej, że kiedy Etan wrócił do akademika po przywiezieniu jej z lotniska, oznajmił mu, iż spotkał dziewczynę, która zostanie jego żoną.

– Spytałem go, czy prosił o radę Boga, a Etan odparł, że to Bóg zesłał na niego tę myśl.

Dina uśmiechnęła się jak wtedy, gdy Joe powiedział jej o tym po raz pierwszy. Znalazła się na rogu Szesnastej. Powędrowała wyobraźnią po alejach wyścielonych różami. Etan ma przed sobą wspaniałą przyszłość. Ukończy studia z wyróżnieniem. Dziekan Abernathy był pod wielkim wrażeniem jego pracy dyplomowej i zachęcał do dalszych studiów i uzyskania drugiego stopnia. Postarał się nawet dla Etana o pracę w niepełnym wymiarze godzin w jednym z miejscowych kościołów. Dzięki temu Dina też będzie mogła dokończyć studia. Etan stanowczo chciał, żeby Dina także zdobyła stopień, był bowiem przekonany, że jej wiedza w zakresie muzyki i duszpasterstwa dzieci bardzo się mu przyda w jego pracy.

Miała poczucie, że Bóg jej błogosławi. Będą równo obciążeni, razem będą pracować dla chwały Boga. Czegóż więcej mogłaby pragnąć?

„O Panie, okazałeś mi tyle dobroci. Zrobię dla Ciebie wszystko. Wszystko, czym jestem, wszystko, czym mam nadzieję być, od Ciebie tylko pochodzi, Ojcze. Użyj mnie wedle swojej woli”.

Jakiś samochód podjechał i zwolnił tak, że posuwał się równo z nią. Serce w niej zamarło, gdyż wyglądał tak samo, jak tamten, który minął ją na Mapie Street.

Nerwy napięły się jej jak postronki, gdyż szyba opuściła się i bezosobowy głos zapytał:

– Idzie pani do kampusu?

– Tak – odparła odruchowo.

– Mogę panią podwieźć.

– Nie, dziękuję.

– Jadę tam. Chcę odwiedzić brata. Niestety, zabłądziłem. Jestem pierwszy raz w tym mieście. Brat mieszka koło głównej bramy kampusu.

Uspokoiła się nieco. Podeszła nieco bliżej, pochyliła się i pokazała palcem.

– Proszę jechać milę do Henderson Avenue, a potem skręcić w prawo. Dojedzie pan prosto do kampusu. To jedna przecznica za miejskim parkiem.

Nie mogła dojrzeć twarzy mężczyzny.

– Proszę wsiąść, pokaże mi pani drogę.

Ogarnęło ją jakieś straszne przeczucie.

– Nie, dziękuję – powtórzyła uprzejmie i zrobiła krok do tyłu. Nie chciała go obrażać. Jak może się wymówić? Spojrzała na przystanek i siedzącą przy nim kobietę. – Spotkałam przyjaciółkę.

– Jasne. Dziękuję za wskazanie drogi – rzucił mężczyzna znacznie mniej przyjaznym głosem.

Szyba podjechała z piskiem do góry. Kiedy samochód odjeżdżał w głąb Szesnastej, zobaczyła tę samą tabliczkę z Massachusetts. Gdy mijał przystanek, dwa czerwone światła znowu spojrzały na nią.

Zadrżała i podeszła do przystanku. Poznała kelnerkę, która czekając na autobus, usiadła na ławeczce.

– Cześć, Marto. Jak się czujesz?

– Tak sobie. Ledwie stoję na nogach. Ktoś chciał cię podwieźć?

– Właściwie nie. Zabłądził.

– A jakże. Stara śpiewka.

– Szukał kampusu.

– Chyba powiedziałaś mu, którędy ma jechać.

– Podałam kierunek.

Marta roześmiała się.

– Jestem pewna, że nie ten, który ja bym mu podała.

Rozmawiały o pracy, dopóki nie nadjechał autobus. Marta wsiadła pierwsza i zajęła jak zwykle miejsce na tyle, gdzie nikt jej nie przeszkadzał w lekturze romansu. Dina usiadła z przodu, po przeciwnej stronie niż kierowca.

Kiedy po raz pierwszy wsiadła do tego autobusu, zauważyła naszywki na klapie starannie wyczyszczonego uniformu kierowcy. Gdy zapytała o nie, odpowiedział, że każda z nich mówi o pięciu latach jazdy bez wypadku. Po kilku tygodniach jazdy z nim Dina poszła do sklepu z trofeami i kazała wyryć dla niego plakietkę z napisem: „Dla uczczenia wybitnych zasług dla Middleton Charlesowi Bookerowi Washingtonowi nadaje się tytuł Zasłużonego Kierowcy”. Śmiał się, gdy otworzył pudełeczko, a potem z dumą powiesił plakietkę nad przednią szybą obok tabliczki „Palenie zabronione”.

– Jak leci, Charles?

Uśmiechnął się do niej, manewrując dźwignią zamykającą drzwi.

– Teraz, kiedy tu wsiadłaś, całkiem nieźle. Zeszłego wieczoru brakowało mi twojego słonecznego uśmiechu.

– Przyjechał po mnie Etan.

– Jeździ już cadillakiem?

Roześmiała się.

– Niestety nie, proszę pana. Ma nadal swojego buicka.

Pochyliła się do przodu i oparła łokcie o żelazną poręcz. Charlie skinął głową.

– Kiedy dostanie kościół, będzie miał cadillaca. Nie pozwalamy, by nasi kaznodzieje jeździli czymś gorszym. Dbamy o nich.

– Zauważyłam.

Kiedy poszła do kościoła Charliego, zobaczyła kasztanowego cadillaca zaparkowanego na miejscu opatrzonym napisem: „Tylko dla pastora”. Nabożeństwo było tak piękne, że poprosiła Etana, żeby się tam z nią wybrał. Poszedł z ociąganiem, ale potem nie chciał już ani razu jej towarzyszyć. Powiedział, że nabożeństwo jest nieco „za wesołe” jak na jego gust. Nie czuł się dobrze, słuchając głośnej muzyki w stylu gospel i uwag, jakie członkowie kongregacji wymieniali podczas kazania.

„Za mało w tym szacunku”.

Nie podzielała jego uczuć, chociaż nabożeństwo bardzo odbiegało od tego, do czego przywykła. Czuła w tym kościele obecność Ducha Świętego. Członkowie zgromadzenia świętowali swoją miłość do Jezusa i do siebie nawzajem. Było to dla niej radosne przeżycie. Czuła się głęboko poruszona. Pastor mówił, nie oddalając się od Słowa i ludzie mieli pewność, że wie, jak do nich dotrzeć. Dina nie spierała się jednak z Etanem. Szybko spostrzegła, że bardzo bierze sobie do serca rolę duchowego przewodnika w ich związku. Wiedziała też, że wychował się w konserwatywnej sekcie, która w inny sposób okazywała swoją gorliwość. Jego rodzice, podobnie jak jej, angażowali się głęboko w działalność wspólnoty, w świadczenie miłosierdzia.

Rozmawiała z Charliem o najrozmaitszych sprawach. Jeździł w Middleton autobusem, kiedy jej nie było jeszcze na świecie, i wiele się nauczył o naturze człowieka. Chętnie dzielił się swoją wiedzą.

Dzisiaj umysł Diny był zaprzątnięty panem Packardem.

– Znam Packardów – powiedział Charlie. – Co wtorek wsiadali do autobusu i jechali na końcowy przystanek. Byli dobrymi ludźmi. Czytałem, że ona umarła. Szkoda. Była bardzo miła.

– Może powiem mu, że odczuwasz ich brak.

– Zrób to, dziewczyno. Może nawet wpadnę, żeby z nim pogadać. Mówiąc między nami, można by go wyciągnąć stamtąd i sprowadzić z powrotem między żywych.

Podjechał do krawężnika i zatrzymał się na rogu Henderson Avenue.

– Dziękuję, Charlie.

– Bądź ostrożna, dziewczyno.

– Będę.

– Powiedz panu Packardowi, że zarezerwowałem dla niego miejsce z przodu autobusu – powiedział i pociągnął dźwignię. Drzwi zamknęły się i Charlie pozdrowił ją jeszcze ręką przez szybę.

Dina też zamachała mu ręką na pożegnanie i popatrzyła przez chwilę, jak oddala się od krawężnika. Poprawiła paski plecaka i ruszyła w stronę kampusu.

Aleja Hendersona była długą, ładną ulicą porośniętą starymi klonami, zabudowaną czystymi ceglanymi domkami, przed którymi znajdowały się pokryte teraz śniegiem trawniki. W miejskim parku, położonym jedną przecznicę na południe od kampusu, wznosił się niewielki dom kultury, wykorzystywany przez studentów praktykujących jako opiekunowie dzieci i nauczyciele. Za dwa lata ona także zacznie tam pracować. W ośrodku odbywały się zajęcia przedszkolne rano i świetlicowe po południu – codziennie poza niedzielami, gdyż wtedy trwały nabożeństwa i wszystko w mieście było zamknięte. Otwarte były tylko nieliczne sklepy, przeważnie należące do ogólnokrajowych sieci.

Kiedy Dina znalazła się na wysokości parku, przystanęła i zmarszczyła brwi. Samochód z tabliczką z Massachusetts stał po drugiej stronie ulicy, zaparkowany poza brukowanym podjazdem, pod baldachimem ogołoconych z liści gałęzi. Spojrzała z niepokojem na auto i z ulgą spostrzegła, że nikt nie siedzi za kierownicą. Kierowca musiał w końcu znaleźć brata. Powiedział przecież, że mieszka nie opodal kampusu.

Jakaś gałązka trzasnęła po prawej stronie i Dina drgnęła. Obróciła się i ujrzała mroczny cień poruszający się w jej stronę. Mężczyzna z samochodu!

Instynkt krzyczał: „Uciekaj!”, ale była tak zaskoczona, że zawahała się. Kilka sekund później wiedziała już, że popełniła straszny błąd. Kilka sekund. Tyle potrzebował nieznajomy, żeby ją dopaść.

* * *

Purdy Whitehall przyjął meldunek telefoniczny w Komendzie Policji w Middleton ósmego stycznia, w środę, o godzinie 2237. Był to spokojny wieczór, wpłynęła tylko jedna skarga dotycząca zakłócenia spokoju podczas przyjęcia. Sierżant Don Ferguson zameldował kilka minut wcześniej, że to tylko gromadka włóczących się dzieciaków, które wpadły w rzewny nastrój i podśpiewywały do wtóru płytom z Elvisem.

Ten meldunek był jednak zupełnie inny.

„Ktoś krzyczy w parku – powiedziała przez telefon kobieta. – Szybko, błagam! Ktoś strasznie krzyczy!”

Numer telefonu tej kobiety pojawił się na monitorze komputera wraz z adresem. Henderson Avenue. Profesjonalnie spokojnym głosem zapewnił kobietę, że pomoc zaraz się zjawi, ale nie rozłączył się, żeby łatwiej naprowadzić samochód policyjny na miejsce wydarzenia.

Frank Lawson jechał w stronę baru Ernie’s Diner przy Szesnastej, gdyż bardzo potrzebował w tym momencie przerwy na kawę, kiedy zatrzeszczało radio. Zaklął pod nosem, stuknął w radio i wziął do ręki mikrofon. Nacisnął guzik, podał swoje dane i numer samochodu.

– Moje radio znowu wysiadło, Purdy. Powtórz polecenie.

– Jakaś burda w parku przy Henderson Avenue, Frank. Gdzie jesteś?

– Dziesięć przecznic od parku. Już jadę.

Odłożył mikrofon, zawrócił z piskiem opon i włączył migające czerwone światła. O tej porze ruch był niewielki, nie użył więc syreny. Nie warto budzić ludzi, jeśli nie jest to konieczne.

Jadąc Szesnastą, zobaczył białe kombi pędzące w kierunku zachodnim. Zapaliły się czerwone tylne światła i samochód zjechał zgodnie z przepisami na prawo, ale Frank nie minął go, gdyż tamten skręcił gwałtownie w Henderson Avenue.

Zatrzymał się sprawnie przy parku, wziął ciężką latarkę, porozumiał się szybko z Purdym i wysiadł. Serce biło mu szybciej, włosy na tyle głowy zjeżyły się.

Coś się stało. Był tego pewny.

Poczuł jeszcze gwałtowniejszy przypływ adrenaliny. Rozejrzał się i zobaczył światła w trzech domach koło parku. Jakaś kobieta stała w szlafroku na ganku przed jednym z nich.

– Tam! – Zeszła po schodkach. – Koło domu kultury! Niech się pan pospieszy. Stało się coś złego.

– Proszę wracać do domu. Zajmiemy się tym.

Podjechał następny samochód i Frank zobaczył, że wysiada z niego Greg Townsend.

Kobieta wbiegła z powrotem na ganek, a potem zatrzasnęła za sobą drzwi, ale widać było przez szybę jej sylwetkę. Przyglądała się, rozcierając ramiona, gdyż trochę już zmarzła.

Greg podszedł do Franka.

– Widzisz coś?

– Nie, ale coś musiało się stać. Pójdź tą ścieżką, a ja zajdę z boku.

– W porządku.

Frank znał każdy centymetr parku, jakby to było jego podwórko. W każdą sobotę przyprowadzał tu po południu trójkę swoich dzieci, żeby dać żonie kilka godzin wytchnienia.

Latarnie parkowe oświetlały wystarczająco teren, tak że nie musiał używać swojej latarki, ale trzymał ją w lewym ręku, zaciskając jednocześnie prawą dłoń na rewolwerze. Na śniegu koło chodnika biegnącego wzdłuż Henderson Avenue w stronę kampusu NLC zobaczył ślady walki. Trochę dalej wypatrzył plecak, a potem rozdartą kurtkę. Szedł ostrożnie skrajem ścieżki, rozglądając się uważnie, nasłuchując doświadczonym uchem jakichś niezwykłych dźwięków.

Kiedy znalazł się już blisko domu kultury, usłyszał szelest dochodzący z krzaków. Coś gramoliło się w panice jak zwierzę szukające rozpaczliwie kryjówki.

Instynktownie zsunął pętelkę zamykającą kaburę i wyjął rewolwer.

– Policja! Proszę wyjść na chodnik!

Usunął się nieco w cień, żeby nie być zbyt łatwym celem.

Szelest zamarł i Frank usłyszał inny dźwięk, cichy i urywany. Płacz kobiety.

„O Boże! Boże, nie! Nie tutaj! Nie w miejscu, gdzie przyprowadzam co tydzień swoje dzieci!”

Schował rewolwer i rozchylając gałęzie, zagłębił się w krzaki. Wycelował światło latarki i ujrzał skuloną pod gałęziami dziewczynę. Cofnęła się i zakryła twarz ramieniem. Jej jasne włosy były potargane i mokre od śniegu. Frank spostrzegł podarty strój kelnerki, krwawiące zadrapania na ramieniu, plamy krwi na spódniczce.

Poczuł przypływ gniewu.

– Spokojnie – powiedział łagodnym głosem. Przesunął w dół snop światła, by nie padało prosto na nią, i przykucnął. Cofnęła się. – Nazywam się sierżant Lawson. Jestem tu, by pani pomóc.

Przemawiał cichym głosem, starając się przekazać jej poczucie bezpieczeństwa.

Po kilku minutach uniosła głowę i spojrzała na niego rozszerzonymi źrenicami. Z rozciętej dolnej wargi płynęła krew, prawe oko miała podpuchnięte. Podciągnęła kolana, dźwignęła się do pozycji siedzącej. Siedziała teraz na brudnym śniegu, zakrywając rękami głowę, i płakała.

Franka ogarnęło współczucie przemieszane z wściekłością. Ten, kto to zrobił, musi zapłacić za swój czyn.

Z drugiej strony parku nadszedł Greg. Zmrożony śnieg chrzęścił pod jego stopami. Dziewczyna znowu uniosła głowę i jej oczy rozszerzyły się z przerażenia. Widział żyłę pulsującą w jej szyi.

– Wszystko w porządku – zapewnił, wyczuwając jej strach. Wstał i odsunął się tak, żeby mogła zobaczyć Grega. – To funkcjonariusz Townsend, proszę pani. Przeszukiwał teren, żeby sprawdzić, czy nie ma kogoś w pobliżu.

Spojrzał na Grega, a ten potrząsnął głową i obrzucił szybkim spojrzeniem dziewczynę skuloną pod zasłoną gałęzi.

– Gwałt?

– Niestety. Wezwij ambulans.

– Nie – powiedziała łamiącym się głosem dziewczyna. – Proszę!

Jej ramiona zaczęły się gwałtownie trząść.

– Potrzebuje pani pomocy lekarskiej.

– Chcę do domu.

– Wszystko będzie dobrze – zapewnił stanowczo, ale głosem spokojnym i cichym. Znowu przykucnął obok niej. – Nie zostawię pani samej. – Podniósł spojrzenie na Grega. – Powiedz im, żeby nie włączali syren, a światła tylko w razie konieczności.

– Tak jest – odparł przez zaciśnięte zęby Greg i poszedł na zachodni skraj parku, gdzie zostawił swój samochód.

– Może pani wyjść. Nic już pani nie grozi.

Przysunęła się trochę bliżej i zamarła bez ruchu. Opadła z powrotem na ziemię i znowu wybuchnęła płaczem. Wtuliła przedramiona w brzuch i pochyliła górną część ciała. Zwiesiwszy głowę na pierś, kołysała się powoli.

Frank poczuł ucisk w gardle. Nie wyglądała na więcej niż osiemnaście lat.

– Czy to był ktoś, kogo pani znała?

Wolałby nie zadawać tego pytania, jeśli jednak mają schwytać napastnika, liczy się każda minuta. Powoli poruszyła przecząco głową.

– Jak wyglądał?

– Nie wiem – wyjąkała. – Nie widziałam jego twarzy.

Spróbowała wstać i stęknęła z bólu. Frank wyciągnął rękę, ale dziewczyna natychmiast się cofnęła. Najwyraźniej nie chciała, by jej dotykano. Opadła na ziemię i zaczęła łkać.

– Jak się pani nazywa?

– Czy muszę mówić?

– Chcę pani pomóc, ale muszę mieć pani nazwisko.

– Dina Carey. Mieszkam w akademiku. Koleżanka z pokoju myśli, że zaraz przyjdę. Nazywa się Janet, Janet Wells. To dwie przecznice stąd. Czy mogę już wrócić? Proszę!

– Jeszcze nie. Najpierw musi pani pojechać do szpitala, panno Carey. Proszę się nie ruszać. Zaraz przyjedzie pomoc.

Miał nadzieję, że w załodze ambulansu znajdzie się kobieta.

Nic z tego. Przyjechali dwaj mężczyźni z noszami na wózku. Starszy z nich zaczął przemawiać do dziewczyny i po jakimś czasie udało mu się namówić ją do opuszczenia kryjówki. Frank stał w pobliżu i przyglądał się, jak sanitariusz podtrzymuje dziewczynę, pomagając jej położyć się na noszach. Otulili ją pledami, zapięli wokół niej pasy i ruszyli w stronę Henderson Avenue. Leżała z zaciśniętymi powiekami. Milczała.

Frank zacisnął usta, kiedy zobaczył, że zapalają się światła karetki. Kobieta, która złożyła meldunek, znowu wyszła na ganek. Pojawili się też inni, w sąsiednich domach. W kilku oknach zapaliły się światła i widać było twarze wyglądające zza zasłon. Niektórym ciekawość dodała dość odwagi, żeby wyjść na trawnik przed domem. Frank miał nadzieję, że zaoszczędzi dziewczynie tego rodzaju dodatkowych przeżyć.

Szybko wsunięto nosze do ambulansu. Jeden z mężczyzn wsiadł z tyłu i zamknął za sobą drzwiczki. Drugi usiadł za kierownicą. Odjechali, zanim Frank dotarł do swojego samochodu.

Przy samochodzie czekał na niego Greg.

– Przeszukaliśmy park po drugiej stronie, ale nikogo nie widzieliśmy. Żadnych samochodów zaparkowanych przy tej ulicy albo po drugiej stronie. Czy opisała napastnika?

– Powiedziała, że nie widziała jego twarzy. Porozmawiam z nią zaraz po zbadaniu przez lekarza.

* * *

Dina nie mogła zapanować nad drżeniem. Spytała pielęgniarkę, czy może wziąć prysznic, ale ta odparła, że musi poczekać, aż zbada ją lekarz. Pomogła jej rozebrać się i założyć białą koszulę szpitalną. Rozdygotana Dina patrzyła, jak pielęgniarka wrzuca jej podarty i poplamiony strój kelnerki, bieliznę i rajstopy do dużego plastikowego worka. Zabłocone botki włożyła do drugiego worka. Oba podała komuś czekającemu za drzwiami.

Dina szczękała zębami, choć w pokoju było cieplutko: dwadzieścia stopni Celsjusza. Drżenie i straszliwy chłód brały się ze środka. Nie pomógł nawet pled, którym okryła ją pielęgniarka.

– Przyniosę jeszcze jeden pled – powiedziała pielęgniarka i wyszła.

Dina już, już byłaby zaprotestowała. Bała się samotności. Otuliła się szczelniej pledem, usiadła na brzeżku kanapki do badań pacjentów i zaczęła zastanawiać się, co włoży na siebie, zanim dotrze do domu. Szpitalna cisza wzmagała jej trwogę. Rozpaczliwie pragnęła się umyć. Chciała stanąć pod gorącym strumieniem wody, żeby namydlić całe ciało, żeby zeskrobać z niego to, co się stało.

Czy kiedykolwiek się z tego oczyści? Czy zmyje całą tę zgrozę ze swego umysłu i serca? Zacisnęła powieki, próbując odpędzić obrazy, które cisnęły się jej do głowy. Jest teraz bezpieczna. Czy naprawdę? Otworzyła oczy. Przecież przedtem też czuła się bezpiecznie, ale było to złudzenie, z którego została brutalnie odarta. Siedząc tak w krótkiej sukience z odsłoniętymi plecami, czuła się tak samo obnażona i bezradna, jak niedawno w parku. Ogarnęła ją fala paniki i zaczęła rozglądać się, szukając wzrokiem drogi ucieczki. Chciała być w domu. Z rodzicami. W domu przy Ocean Avenue. Co jednak powiedzą rodzice? Może bezpieczniej poczułaby się w akademiku?

Ktoś zastukał w drzwi i Dina podskoczyła. Wszedł lekarz, a tuż za nim pielęgniarka, która zabrała jej ubranie.

– Jestem doktor Kennon. Jak się pani czuje, panno Carey?

– Dobrze – odparła bezmyślnie.

Czyż nie tak odpowiadała zawsze lekarzowi? Jej wargi wykrzywiły się, oczy wypełniły łzami. Lekarz drgnął.

– Czy mogłabym wziąć prysznic? Bardzo pana proszę. Muszę wziąć prysznic!

Ledwie poznała własny głos.

– Za chwilę. – Wyjął z kieszeni mały magnetofon. Przycisnął włącznik i położył urządzenie na stole po swojej prawej stronie. – Obejrzyjmy najpierw oko.

Delikatnie badając stłuczenie i świecąc maleńką latarką prosto w źrenicę Diny, wyjaśniał, że nagrywa przebieg badania, żeby pomóc policji w odnalezieniu napastnika. Spytał, czy kręci się jej w głowie.

– Trochę – odparła. Czuła mdłości.

– Proszę się położyć.

Pielęgniarka pomogła jej, przemawiając łagodnym głosem, zachęcając do wykonywania poleceń lekarza. Dina dygotała jeszcze bardziej, kiedy doktor Kennon badał zadrapania i wypytywał ją o to, co się stało w parku. Przeżywała raz jeszcze cały tamten koszmar, przyglądała mu się z rozmaitych punktów widzenia. Niektóre pytania lekarza sprawiały, że rumieniła się lub bladła z zawstydzenia. Czy używa środków antykoncepcyjnych? Kiedy miała ostatnio okres? Żądał najdrobniejszych szczegółów wydarzenia, takich, których nie chciała sobie przypominać, a co dopiero o nich mówić.

– Nie chcę o tym rozmawiać.

– Wszystko, co pani powie, może pomóc policji.

„A kto pomoże jej?”

„Boże, gdzie byłeś?”

Kiedy lekarz polecił jej usiąść głębiej w fotelu i wsunąć stopy w strzemiona, nie zrozumiała. Pielęgniarka, wyczuwając jej strach, starała się najdelikatniej jak to możliwe wyjaśnić jej, co ma zrobić.

– Panno Carey, doktor musi zbadać, czy nie ma jakichś obrażeń wewnętrznych. Pobierze też próbkę. Jako dowód.

– Dowód?

Lekarz wytłumaczył, o co chodzi, i Dinę ogarnął wstręt.

„O Boże! Boże! Czemu mnie to wszystko spotyka? Czy to się nigdy nie skończy?”

– Będę wymiotować.

Usiadła szybko, a pielęgniarka podsunęła jej małą miskę i pogładziła po plecach, szepcząc słowa pełne współczucia. Doktor wyszedł, żeby mogła dojść do siebie. Po kilku minutach Dina uspokoiła się na tyle, że można było kontynuować badanie.

Pielęgniarka współczuła jej z całego serca.

– Zaraz będzie po wszystkim, kochanie. Trzymaj mnie za rękę. Możesz ściskać z całej siły.

Dina uczepiła się mocno tej dłoni. Jej ciało naprężyło się.

– Proszę oddychać, panno Carey. O tak. Niech się pani postara odprężyć.

Lekarz wyjaśniał, co robi i dlaczego, ale wcale to jej nie pomagało.

Badanie było rozległe, przykre i bolesne. Kiedy skończył, przeprosił i powiedział pielęgniarce, żeby obcięła jej paznokcie. To także może być dowód. Ścinki wrzucono do małego plastikowego woreczka i opatrzono etykietką, która umożliwi ich identyfikację w policyjnym laboratorium. Pielęgniarka zrobiła zdjęcia obrażeń na jej ramieniu i prawym biodrze, a także zadrapań na udach, gardle i twarzy.

Przygnębiona Dina nie odezwała się ani słowem.

Doktor Kennon spojrzał na nią ze smutkiem i raz jeszcze zapewnił, że jest mu bardzo przykro.

– Możesz usiąść – powiedziała łagodnym głosem pielęgniarka.

– Poproszę w rejestracji, żeby przygotowali wszystkie dokumenty – rzekł doktor Kennon, odwracając się w stronę drzwi.

– Nie! – krzyknęła Dina. Serce biło jej jak młot. – Chcę do domu!

– Rozumiem, co pani czuje, ale…

– Nie, nic pan nie rozumie! Nie może pan zrozumieć!

Mimo wszystkich jego zapewnień, że chodzi o to, by nie pozostały najmniejsze wątpliwości, że nic jej nie jest, czuła się sponiewierana. Sprowadzono ją do zapisu na taśmie magnetofonowej, która zostanie oddana czekającemu już za drzwiami policjantowi.

– Nic pan nie rozumie!

Zakryła twarz dłońmi i zaczęła płakać.

– Chcę zatrzymać panią na noc na obserwację.

– Nie! – to było wszystko, co mogła z siebie wydusić.

– Przystąpimy natychmiast do terapii estrogenowej.

Uniosła głowę.

– Estrogenowej…? Dlaczego?

– Na wypadek, gdyby doszło do zapłodnienia.

Dina poczuła, że przenika ją chłód. Patrzyła na niego ze zgrozą, po raz pierwszy uświadamiając sobie w pełni, co jeszcze może się stać.

– Mogę… mogę być w ciąży?

– Szansa jest znikoma, ale ostrożność nie zawadzi.

Jeśli została zapłodniona, jest już za późno.

– Estrogen może mieć skutki uboczne. Dlatego wolałbym zatrzymać panią na tę noc i może następną.

Dina siedziała na skraju fotela ginekologicznego, zaciskając z całej siły powieki. Uczestniczyła z Etanem w kilku zebraniach poświęconych obronie życia poczętego. Wiedziała, że lekarz mówi o środku wywołującym poronienie.

– Nie! – Potrząsnęła głową. – Chcę wrócić do domu. Proszę!

Doktor Kennon spojrzał na pielęgniarkę, która zaraz do niego podeszła. Przez chwilę rozmawiali ściszonymi głosami. Potem doktor wyszedł. Pielęgniarka okryła znowu ramiona dziewczyny pledem. Dina otuliła się ciaśniej.

– Przykro mi, że musi pani przejść przez to wszystko, panno Carey. Doktor Kennon robił, co mógł, żeby pani pomóc. – Podała jej szklankę zimnej wody. – Wiem, jakie to trudne. Jeśli nie chce pani wziąć lekarstwa teraz, dobrze. Można poczekać do jutra.

Dina potrząsnęła głową.

– Moja droga, dosyć miałaś przeżyć dzisiejszego wieczoru. Możesz odwlec to o kilka tygodni. Jeśli nie będziesz miała okresu, przyjdź do nas, żebyśmy zrobili test ciążowy. Jeśli wypadnie pozytywnie, można będzie dokonać usunięcia.

Dina nie chciała nawet myśleć o tym, co powiedziała pielęgniarka. Gwałt był czymś wystarczająco strasznym. A teraz jeszcze możliwość, że zaszła w ciążę!

„O Boże, nie bądź tak bezlitosny! Dlaczego, Panie?”

– Możesz teraz wziąć prysznic.

Dina poszła korytarzem do cichej łazienki, gdzie stała pod mocnym, gorącym prysznicem, szorując się bez końca. Nadal jednak czuła się brudna. Usiadła bezradnie w rogu kabiny i zaczęła płakać.

„Dlaczego, Boże? Nie rozumiem. Dlaczego pozwoliłeś, by mi to zrobiono? Gdzie byli aniołowie, którzy mieli mnie strzec? Co uczyniłam, by obudzić Twój gniew?”

Ktoś zapukał do drzwi. Drgnęła.

– Czy dobrze się pani czuje?

– Nic mi nie jest – powiedziała Dina przerywanym głosem. Ciągle siedziała skulona pod strumieniem gorącej wody. – Muszę zostać tu jeszcze przez chwilę.

– Koleżanka przyniosła pani ubranie.

Dina dźwignęła się na nogi.

– Janet jest tutaj?

– Właśnie przyszła. Jest w poczekalni. Rozmawia z nią w tej chwili policjant Lawson.

Dina przymknęła z ulgą oczy i oparła się tyłem głowy o ścianę.

– Zostawię ubranie na stołku. Nie chcę pani poganiać, panno Carey. Niech pani zostanie, jak długo zechce. Będę za drzwiami, gdyby czegoś pani potrzebowała.

Dina wyczuła, co kryje się za tymi słowami. Pielęgniarka będzie się trzymała na tyle daleko, żeby Dina czuła się swobodnie, ale nie na tyle, żeby poczuła, że jest sama.

Wyszła spod prysznica i szybko się wytarła. Włożyła czystą bawełnianą bieliznę, leciutki biały podkoszulek z okrągłym wycięciem, wyblakłe lewisy i grubo tkany bladożółty sweter. Ale nawet kiedy miała już na nogach białe wełniane skarpety i szare ciepłe buty na suwak, nie przestała dygotać. Nie mogła nad tym zapanować. Mroczna przemoc, jaka ją spotkała, legła na jej duszy ciężarem, który pozostanie w niej już na zawsze.

Spojrzała w lustro i ledwie rozpoznała swoją twarz. Przesunęła palcami po rozczochranych jasnych włosach, próbując związać je w kucyki. Po kilku minutach poddała się. Co za znaczenie ma to, jak wygląda. Chciała jak najszybciej stąd wyjść. Chciała znaleźć się w akademiku, zagrzebać się pod stosem ciężkich pledów i nigdy już nie wystawić nosa na świat.

Pielęgniarka zaprowadziła ją do poczekalni. Dina najpierw zobaczyła Joego, stojącego pośrodku pomieszczenia z twarzą wyrażającą troskę i współczucie. Janet siedziała na kanapce, a Etan stał przy oknie. Kiedy podeszła, obrócił się i spojrzał na nią. Na jego twarzy malował się straszliwy ból i gniew. Janet poderwała się z kanapy i przycisnęła przyjaciółkę do serca.

– Och, Dino – powiedziała przez łzy. – Och, Dino, Dino! Chodź, kochanie. Zabierzemy cię do domu. Wszystko będzie dobrze.

Kiedy wychodzili, Etan dotknął jej, ścisnął przelotnie jej podrapane ramię. Dina wzdrygnęła się i Etan cofnął rękę. W jego oczach pojawił się jakiś cień. Wyczuwała jego gniew, którego się bała, który zbijał ją z tropu.

Janet usadowiła ją na tylnym siedzeniu hondy Joego. Objęła ramiona Diny i przyciągnęła przyjaciółkę do siebie. Dina podniosła wzrok i zobaczyła, że Joe przygląda się jej, patrząc we wsteczne lusterko. Jego oczy były mroczne, odbijał się w nich jej ból.

– Macie tam pled, Janet – powiedział spokojnie, zapuszczając silnik. – Dina musi mieć ciepło.

Etan nie odezwał się ani słowem, póki Joe nie wyjechał ze szpitalnego parkingu.

– Znajdziemy tego drania, Dino. Przysięgam. I wtedy…

Joe obrzucił go ostrym spojrzeniem.

– Etan! Dość tego.

– Nie! Nie dość! Ani trochę! – głos Etana załamywał się. – Jak on wyglądał, Dino? – Obrócił się do tyłu.

– Nie wiem. – Czuła, że usta jej drżą, ale nie mogła nad tym zapanować. – Nie widziałam jego twarzy. To było tak nagle. Zobaczyłam jakiś kształt w ciemności. Zaraz mnie chwycił.

– Dajże pokój, Etanie – powiedział stanowczym głosem Joe. – To sprawa policji.

– Tak, a jakże! Zajmą się tym tak, jak zajmują się dzisiaj wszystkim. – Nie spuszczał spojrzenia z Diny. – Coś musiałaś widzieć. Niczego nie zauważyłaś, kiedy szłaś Henderson Avenue?

– Daj jej spokój! – krzyknęła Janet, która też poczuła przypływ gniewu. – Mówisz, jakby sama była winna tego, że ją zgwałcono!

– Wcale tego nie powiedziałem!

Kiedy tylko Joe zaparkował przed akademikiem, Dina odsunęła się od Janet i zaczęła szukać ręką klamki. Joe wysiadł i otworzył jej drzwiczki. Pomógł jej wysiąść. Skruszony Etan dogonił ich przy drzwiach.

– Wybacz, Dino. Nie chciałem…

– Chcę znaleźć się w swoim pokoju.

Nacisnęła klamkę, ale drzwi były zamknięte na klucz. Dawno już minęła godzina gaszenia świateł. Serce Diny biło jak oszalałe. Szarpała się z drzwiami, nie zważając na głośny brzęk potrząsanych szybek.

Joe położył dłoń na jej ręce.

– Spokojnie. Zaraz przyjdzie opiekunka domu i otworzy drzwi. Jesteś już bezpieczna, Dino.

Jego cichy, kojący głos uspokoił ją trochę.

Pani Blythe otworzyła drzwi. Wpuściła Dinę i Janet do środka.

– Będzie miała wszystko, czego jej trzeba, panowie. Dziękuję. Zajmiemy się nią.

Zamknęła z powrotem przeszklone drzwi. Dina spojrzała na Etana stojącego po drugiej stronie. Dźwięk klucza obracanego w zamku sprawił jej przyjemność. Pani Blythe popatrzyła na nią z troską i objęła ją ramieniem.

– Myślałam, że zatrzymają cię na noc w szpitalu.

– Wolała wrócić do domu – odparła za nią Janet.

Dina pomyślała, że dobrze mieć przy sobie taką solidną podporę jak Janet.

– No cóż, to chyba dobrze, jeśli jesteś pewna, że nie poczujesz się źle.

Spojrzała na Dinę badawczo i ze współczuciem.

– Nic mi nie będzie – zapewniła Dina, zmuszając się do uśmiechu, który miał rozproszyć niepokój opiekunki domu. Chciała być tutaj, a nie w obcym miejscu, gdzie troszczyliby się o nią obcy ludzie.

– Rozmawiałam z dziekanem. Powiem mu teraz, że wróciłaś i nie musi odwiedzać rano szpitala. Z pewnością zechce się dowiedzieć, jak się czujesz.

Udręczona Dina milczała. Ile osób wie, co się jej przydarzyło?

– Jutro ostrzeże studentki przed niebezpieczeństwem, jakie grozi naszej wspólnocie – ciągnęła pani Blythe. – Zapewnił mnie, moja droga, że twoje nazwisko nie zostanie wymienione, ale wszystkie muszą wiedzieć, co im grozi, póki ten człowiek nie zostanie aresztowany. – Przycisnęła górny guzik. – Dziekan Abernathy chce w miarę możliwości oszczędzić ci kłopotliwych sytuacji. – Raz jeszcze spojrzała badawczo na poranioną twarz Diny. – Sądzę, że najlepiej będzie, jeśli pozostaniesz przez kilka dni w pokoju.

– Muszę chodzić na zajęcia.

– Zawiadomię wykładowców, że dostałaś paskudnej grypy. Przyślą ci zadania tutaj. A Janet będzie ci przynosić posiłki. Co o tym myślisz?

Dina skinęła ponuro głową i wsiadła do windy.

– Rano zadzwonię do twoich rodziców.

Dina oparła dłoń o drzwi, żeby nie mogły się zasunąć.

– Nie! Proszę tego nie robić!

– Powinni przecież wiedzieć, co się stało, Dino.

– Nic na to nie poradzą. Będą się tylko zamartwiać. Chcę o tym wszystkim zapomnieć.

– Porozmawiamy rano. Musisz się najpierw dobrze wyspać.

– Proszę obiecać, że pani nie będzie do nich telefonować.

– Myślisz, że obarczą winą naszą szkołę?

– Wpadną w rozpacz. Nie wiem, co zrobią.

– No cóż, w takim razie poczekamy.

Kiedy były już w pokoju, Janet patrzyła z troską w oczach, jak Dina przygotowuje się do snu. Spytała, jak to wszystko się stało i Dina opowiedziała jej przebieg wydarzeń. Miała chęć wyrzucić z siebie całą tę historię, pozbyć się strachu i niepokoju, uczucia wstydu i upokorzenia, ale Janet skrzywiła się ze wstrętem.

– Przepraszam, że pytałam. Nigdy więcej nie będziemy o tym rozmawiać. Najlepiej o wszystkim zapomnieć. – Podciągnęła pledy i otuliła nimi Dinę. – Wyrzuć to z głowy i prześpij się. – Pochyliła się i pocałowała ją w czoło. – Szkoda, że nie zadzwoniłaś. Podjechałabym po ciebie.

Dina poczuła ukłucie żalu, że tego nie zrobiła. Powinna była posłuchać ostrzeżeń pana Packarda. Powinna poprosić o podwiezienie Sally Wentworth. Powinna zastosować się do rady Charliego i uważać na siebie.

– Powiedziałaś, że wieczorem idziesz uczyć się w bibliotece.

– Nie poszłam. Poszłam z Chadem na kawę, a potem uczyłam się tutaj.

Dina zamilkła. Nie mogła mówić, gdyż jakaś bolesna grudka utkwiła jej w gardle. Gdyby tylko… gdyby…

– Możesz zostać na chwilę sama? Muszę umyć twarz i zęby.

Dina skinęła głową, zmuszając się do uśmiechu i przełykając palące łzy.

Janet wzięła różową jedwabną piżamę i przybory toaletowe. Zgasiła lampkę przy łóżku. Otwierając drzwi, nacisnęła wyłącznik górnego światła i w pokoju zapanowała ciemność. Sylwetka Janet rysowała się teraz w świetle padającym z korytarza.

– Zaraz wracam, Dino. Postaraj się zasnąć. Jutro zobaczysz wszystko w lepszym świetle.

Zamknęła za sobą drzwi.

Dina obróciła się na bok i zwinęła się jak płód w łonie matki. Naciągnęła pledy na głowę i płakała.

* * *

Następnego dnia Dina zatelefonowała do Sally Wentworth i oznajmiła, że rezygnuje z pracy w Stanton Manor House. Zaskoczona Sally spytała, co się stało.

– Muszę poświęcić więcej czasu na naukę.

Stłumiła nagłe poczucie winy. Powiedziała prawdę – przynajmniej częściowo. Kiedy znowu zacznie chodzić na zajęcia, będzie miała mnóstwo pracy.

– Jeśli chcesz więcej pieniędzy, Dino, mogę dorzucić ci dolara za godzinę.

– Nie chodzi o pieniądze, Sally, naprawdę.

Zdawała sobie sprawę, że i tak wkrótce musi znaleźć sobie jakąś pracę. Nie mogła pozwolić sobie na luksus rezygnacji z pracy. Stypendium wystarcza na część czesnego. Rodzice płacą resztę. Płacą też za akademik. Pozostają jednak ubrania, książki, no i samochód, a jak samochód, to ubezpieczenie, benzyna i naprawy. Gdyby samochód był tego wieczoru sprawny, być może…

– Pytał o ciebie pan Packard. Wiesz, że będzie za tobą tęsknił?

– Wiem – odparła i poczuła ucisk w gardle. Przypomniała sobie ostrzeżenie, jakiego udzielił jej starszy pan, i znowu pojawił się żal, że go nie posłuchała. – Nic nie poradzę, Sally. Po prostu nie mogę wrócić.

Nie zdobyła się nawet na to, żeby powiedzieć, że któregoś dnia odwiedzi Dworek.

– Chyba cię rozumiem. Nie jest to, prawdę mówiąc, najlepsza praca.

– Mnie się podobała.

– Gdyby tak było, nie odeszłabyś. Czy jesteś pewna, Dino, że nie chodzi ci o nic więcej? To zupełnie nagła decyzja.

Zawahała się i oparła czoło o ścianę. Nie potrafi wyjawić Sally całej prawdy. To zbyt upokarzające. Co gorsza, ani na chwilę nie może przestać o tym myśleć. Boi się, tak bardzo się boi. Sama myśl o tym, że mogłaby się znaleźć daleko od kampusu, po drugiej stronie miasta, sprawiała, że serce biło jej jak szalone. Etan odebrał rano jej samochód, ale co będzie, jeśli się znowu zepsuje? Jeśli Janet nie będzie mogła po nią pojechać? Jeśli Etan będzie zbyt zajęty? Będzie musiała znowu pokonać na piechotę ten długi dystans Mapie Street aż do Main, żeby złapać autobus. Potem będzie musiała przejść Henderson Avenue koło parku…

Nie. Potrząsnęła głową. To nie do pomyślenia.

– Przepraszam, Sally.

Wstydziła się, że rzuca tak nagle pracę. Było jej przykro, że na Sally i Juana spadną dodatkowe obowiązki. I że pan Packard będzie za nią tęsknił. Było jej przykro z wielu, wielu powodów.

– No cóż, tak to jest, kiedy przyjmuje się do pracy studentkę. Powinnam o tym wiedzieć. Będę miała dodatkową pracę, póki nie znajdę jakiegoś zastępstwa. Nie spodziewaj się, że dostaniesz ode mnie rekomendacje.

Rozległ się suchy trzask. Sally odłożyła słuchawkę.

Przez kilka następnych dni Dina starała się przykładać do nauki, ale szło jej nie najlepiej. Była zmęczona, najchętniej spałaby bez przerwy. Kiedy zasypiała, dręczyły ją dziwaczne, ale bardzo realistyczne koszmary. Nie potrafiła się na niczym skupić.

Zatelefonował policjant Lawson i umówił się na rozmowę w komisariacie. Powiedział, że może przysłać po nią samochód policyjny, ale Dina odparła, że przyjedzie sama. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała, były plotki wśród studentów. Janet powiedziała, że i tak cały kampus aż huczy od pogłosek, że ktoś został zgwałcony na terenie miejskiego parku.

Etan upierał się, że ją zawiezie. Kiedy siedzieli już w samochodzie, powiedział, że wymyślił bardzo prawdopodobną wymówkę na wypadek, gdyby ktoś zobaczył ich w komisariacie. Zamierzają odwiedzić areszt i zebrać materiały na temat panujących w nim warunków.

– Pozwól, że ja będę mówił – powiedział.

Potem oboje milczeli. Etan robił wrażenie zatroskanego, posępnego, ona nie mogła odpędzić myśli o nieszczęściu. Miała wrażenie, że żołądek się jej wywraca. Po raz pierwszy od tamtego wieczoru opuściła akademik. Etan nie zaparkował samochodu przed głównym wejściem, ale minął je i pojechał dalej Henderson Avenue. Siedziała z zamkniętymi oczami, dopóki nie skręcił w Main.

Kiedy weszli do środka, Etan czekał na korytarzu, a Dina przez całą godzinę odpowiadała na pytania dotyczące wieczoru, kiedy ją zgwałcono. Wspomniała o białym kombi z tablicą rejestracyjną z Massachusetts, ale nie potrafiła przypomnieć sobie żadnych cyfr ani liter. Funkcjonariusz Lawson wracał raz po raz do tego mężczyzny, łagodnie, lecz wytrwale wypytując ją o szczegóły jego wyglądu, o głos, o cokolwiek, co pomogłoby go zidentyfikować. Wysoki czy niski? Ciężko zbudowany czy szczupły? Jak był ubrany? Czy mówił z jakimś szczególnym akcentem?

– Zobaczyłam tylko ciemny kształt. Nie powiedział ani słowa. Po prostu… chwycił mnie i unieruchomił.

Nie było właściwie żadnych powodów, żeby powiązać mężczyznę z białego kombi z gwałcicielem.

Wróciła do siebie ze straszliwym bólem głowy i przez resztę nocy wymiotowała.

Na wykładach pojawiła się dziewięć dni po napadzie. Pierwszego dnia przeżyła męczarnie. Zawsze czuła się dobrze wśród ludzi. Teraz ją denerwowali. Co gorsza, przyjaciółki wybrały sobie „wydarzenie” za pierwszy temat rozmowy.

– Zastanawiam się, kto to mógł być.

– Może ta dziewczyna z Maine. Kilka dni temu porzuciła szkołę.

– Słyszałam, że jest w ciąży.

– Nikt mi o tym nie powiedział. Naprawdę?

– A jeśli to ona? Czy można się dziwić, że wyjechała? Gdyby mnie się coś takiego zdarzyło, nie zostałabym tu ani minuty. A ty?

– Złapali go?

– Nie. Widziałam wczoraj wóz policyjny na Henderson Avenue. Pewnie wypytują wszystkich mieszkających w pobliżu, bo może ktoś coś widział.

– Przeczytałam wczoraj w gazecie, że szukają informacji o kierowcy białego kombi zarejestrowanego w Massachusetts.

– Mój chłopak uważa, że nigdy go nie złapią. Pewnie wyjechał już ze stanu i jest gdzieś daleko.

– Wrócił do Massachusetts.

– Mam nadzieję, że zostanie tutaj.

– A ja, że rozbił się gdzieś po drodze.

– Czy nie czujesz się nieswojo, kiedy myślisz o tym wszystkim? To znaczy, czy możesz sobie coś takiego wyobrazić? Codziennie przechodziłam tamtędy po południu, odkąd jestem w NLC. Z pewnością nie będę już czuła się tak pewnie.

– Dokąd idziesz, Dino?

Zaczerwieniła się, kiedy poczuła na sobie ich zaciekawione spojrzenia.

– Do biura pracy dla studentów – odparła, wycofując się i niby tarczę przyciskając do piersi książki.

– Przecież masz pracę. W Stanton Manor House.

– Musiałam ją rzucić.

– Myślałam, że wcale nieźle ci tam płacą.

– To prawda, ale to daleko i tracę za dużo czasu przeznaczonego na naukę. Rozejrzę się, czy nie ma dla mnie jakiejś pracy w kampusie.

„Kłamstwa, same kłamstwa. Tyle się ich już nazbierało…”

– Jest wolne miejsce w bibliotece. Wiem, bo dopiero co stamtąd odeszłam. Trudno o coś nudniejszego niż układanie książek na półkach.

Dostała tę pracę i pod koniec tygodnia podano jej już rozkład zajęć. W poniedziałek zaczęła pracować.

Z pozoru wszystko układało się dobrze. Chociaż uśmiechała się rzadziej niż kiedyś, koleżanki uznały, że to z powodu niepokoju wywołanego zbliżaniem się połowy semestru. Czy jest ktoś, kto by się nie bał?

Ale w głębi serca Dina wiedziała… Jest rozbita i nie wie, co zrobić, żeby poskładać siebie samą w całość. Z otwartymi szeroko oczami leżała w swoim łóżku w akademiku i raz po raz powracała do niej melodia kołysanki.

Pan Jajko siedział na ścianie.

Pan Jajko spadł jak kamień.

Na nic konie króla i dwór okazały,

Nikt nie złoży Pana Jajka, żeby znów był cały.

Chciała porozmawiać o swoich uczuciach z Etanem, ale za każdym razem, kiedy próbowała, Etan zmieniał temat. Czuła, że wytworzyła się między nimi przepaść, która pogłębia się z każdym mijającym tygodniem. Między wykładami nadal uczyli się razem w bibliotece. Nadal w piątki chodzili razem na kolację, w soboty do kina, a w niedziele do kościoła. Ale Dina tęskniła za tym, co było kiedyś. Brakowało jej ich wzajemnej bliskości i czułości. Zawsze rozmawiali ze sobą o wszystkim. Tak było i teraz, tyle że nie poruszali żadnego ważnego tematu, nie rozmawiali o tym, co nęka jej umysł i serce, ani o tym, co gryzie jego.

Tego wieczoru Dina siedziała w miłym zakątku w spokojnej włoskiej restauracyjce i słuchała Etana opowiadającego o wykładach z homiletyki. W ciągu godziny zrelacjonował cztery różne pomysły, które brał pod uwagę, przygotowując się do końcowego popisu. Kelner podał im kartę, wrócił po chwili, żeby przyjąć zamówienie, przyniósł Etanowi sałatę i cielęcinę z parmezanem, Dinie zaś danie z makaronem, i zostawił rachunek.

– Co myślisz? – spytał w końcu Etan, kończąc jeść i spoglądając na Dinę ponad szklanką z wodą.

Dina przesunęła makaron po talerzu i uniosła z lekka głowę.

– Co ty myślisz? – spytała spokojnie, skręcając się w środku z tajonego bólu.

Chciała powiedzieć: „Co naprawdę sądzisz o tym, co mi się przydarzyło? Czy winisz mnie za to? Myślisz, że zostałam zgwałcona z mojej winy?”. Nie wypowiedziała żadnego z tych pytań, ale musiał dostrzec je w jej oczach, gdyż rysy twarzy nagle mu stwardniały.

– Dlaczego nie możesz po prostu o tym zapomnieć?

– A ty?

– Staram się. Staram się zapomnieć, że do czegoś takiego doszło.

W jego oczach był mrok, ale Dina nie wiedziała, czy z gniewu, czy z bólu. Wiedziała, że Etan chce zapomnieć, ale to prowadzi donikąd. Nie wiedziała jednak, na jaką inną drogę trzeba wkroczyć.

– Ja też chciałabym zapomnieć. Bardzo. Ale nic z tego. Co noc wraca to do mnie we śnie. – Opuściła spojrzenie na obrus w biało-czerwoną kratkę i przygryzła wargę. Jeśli się rozpłacze, pogorszy tylko sytuację.

– Może powinnaś zasięgnąć czyjejś rady.

Zastanawiała się, czy Etan zdaje sobie sprawę, jak oschle to zabrzmiało, jak obojętnie. Czy to tylko jej problem? Czy nie dotyczy także jego? Przecież za kilka miesięcy zostanie jej mężem. Czy nie powinien przejmować się tym, co ona czuje? Co on jej tak naprawdę chciał powiedzieć? Zraniona i zmieszana przyjrzała się bacznie jego twarzy.

– Może oboje potrzebujemy porady.

– Może potrzebujemy czasu.

– Jesteś wściekły.

– Tak. Jestem wściekły. Chętnie zabiłbym tego faceta. Rozmyślam o tym, co bym z nim zrobił, gdybym dostał go w swoje ręce. Czy to chciałaś usłyszeć, Dino? Jakże to pasuje do mojego powołania, nieprawdaż? Serce mi krwawi za każdym razem, kiedy pomyślę o tym, co zostało mi odebrane. Jeśli więc nie masz nic przeciwko temu, wolałbym przy kolacji rozmawiać na inne tematy.

Cisnął serwetkę na stół.

Porwał rachunek, zerknął nań, rzucił z powrotem na stół, sięgnął po portfel i wyjął dwudziestodolarowy banknot.

– Chodźmy już stąd. Nie wygląda na to, żebyś miała ochotę na jedzenie.

Rzucił pieniądze na obrus i wysunął się bokiem zza stołu.

W drodze powrotnej do kampusu Dina nie odezwała się ani słowem. Czy miała do powiedzenia coś, co zmieniłoby sytuację? Etan nie wyjawił jej, co jest źle, ale ona wyczuwała. Widziała to czasem w jego oczach, chociaż starał się ukryć to coś przed nią i przed sobą samym.

Została zhańbiona.

Etan podjechał na parking nie opodal akademika i wyłączył silnik. Zacisnął palce na kierownicy i westchnął ciężko.

– Przepraszam cię, Dino. Nie lubię o tym myśleć, a co dopiero mówić. – Obrzucił ją posępnym spojrzeniem. – To nie była twoja wina. Nie zrobiłaś nic złego. Nie mamy wyjścia, musimy po prostu z tym żyć.

„Z tym żyć”. Te słowa rozbrzmiewały echem w jej głowie. „Z tym żyć. Z tym żyć. Będziemy musieli żyć z potworną rzeczywistością tego, co się stało? Będzie to między nami rosło jak coś żywego, oddychającego: przyczajona bestia, która tylko czeka, by pożreć…”

– Och, Etanie, jakże bym chciała, żebyś objął mnie i powiedział, że wszystko będzie dobrze.

Przyciągnął ją do siebie, ale czuła, że nie jest to tak, jak dawniej. Jego dotknięcie było jakieś niepewne i prawie bezosobowe.

– Czy kiedykolwiek będzie jeszcze tak, jak przedtem?

Nie musiała podnosić wzroku, żeby czuć, jak bardzo stał się daleki.

– Będzie, jeśli Bóg zechce.

Te słowa były jak smagnięcie batem. Dina cofnęła się i spojrzała na Etana ze zdumieniem.

– Ty uważasz, że Bóg ukarał mnie za coś. Uważasz, że pozwolił, by to się stało, gdyż chciał dać mi nauczkę!

– Nie wiem. Być może. A może nie. Zawsze wiedzieliśmy, że z wszystkiego płynie dla nas jakaś nauka. Nie wiem, dlaczego zdarzają się tego rodzaju rzeczy. Skąd biorą się wojny? Dlaczego w krajach Trzeciego Świata panuje głód? Nie mogę rościć sobie praw do zrozumienia Bożych planów. Wiem tylko, że Bóg nie czyni niczego bez powodu.

Dina przyglądała mu się i czuła ból w sercu. Etan nigdy nie miał wątpliwości, zawsze wiedział, czego chce Bóg. Bóg chciał, by studiowała w NLC. Bóg chciał, żeby została jego żoną.

Odwróciła się, otworzyła gwałtownym ruchem drzwiczki i wysiadła z samochodu.

– Dino! Poczekaj! – Wysiadł po drugiej stronie. – Czy musisz być taka?

Wbiegła po schodkach i zniknęła w akademiku, zanim zdążył zamknąć drzwiczki i pobiec za nią. Wskoczyła do windy, z której wysiadało właśnie kilka dziewcząt. Nacisnęła guzik drugiego piętra.

Na szczęście Janet wyszła, bo była z kimś umówiona, i Dina mogła w samotności rozmyślać i przeżywać. Położyła torebkę na swoim stole, opadła na krzesło i ujęła głowę w dłonie.

Przypomniała sobie pełne przemocy wydarzenia, w jakie obfituje Stary Testament. Pełno tam opowieści o przeciwnościach losu, zniewoleniu i wyzwoleniu z niewoli. Izraelici wędrowali przez pustynię. Nawet po wejściu do Ziemi Obiecanej sprawy nie potoczyły się wcale gładko. Nie brakowało wojen, śmierci, tragedii. Lud był uparty i buntowniczy. Prorocy głosili konieczność pokuty. Izrael ciągle się odwracał od Boga. Lud wybrany nie chciał słuchać Boga. Nie chciał Mu zaufać i okazać posłuszeństwa. Mieli sztywne karki i twarde głowy. I Bóg karał ich, żeby zwrócili się ku Niemu.

„O Boże, zaufałam Ci. Byłam posłuszna”.

Wszyscy ludzie grzeszą i uchybiają chwale Boga.

Próbowała uzmysłowić sobie, czym mogła rozgniewać Pana. Kochała Go. Czasem miała wrażenie, że czci Go od dnia przyjścia na świat. Jak daleko sięgała pamięcią, Jezus był dla niej rzeczywistością. Był Oblubieńcem, był Świętym, był jej Zbawcą i Panem. Wzrastała w poczuciu, że w Jego miłości nic jej nie grozi, że jest bezpieczna. Nauczono ją, że Jego miłująca ręka jest we wszystkim, co człowieka otacza.

We wszystkim!

„Czy jesteś też w tym, Panie? Czy jesteś? Bóg jest garncarzem. Ja gliną”.

Miała przed oczami matkę, która uśmiecha się i mówi: „Bóg kształtuje cię na piękną kobietę, bo tego chce”.

„O Boże, czemu mnie zdruzgotałeś? Czemu rzuciłeś mnie w otchłań? Czyż akty przemocy nie są karą? O Jezu, co uczyniłam, że nie spodobałam się Tobie? Czy byłam zbyt dumna z Etana? Byłam zbyt szczęśliwa, że go poślubię? Za mało czasu spędzałam z biednym panem Packardem? Byłam zbyt opryskliwa dla mężczyzny w białym kombi? Za mało się modliłam? Kochałam Etana bardziej niż Ciebie? To dlatego wzniosłeś między nami ten mur? O Jezu, co złego uczyniłam? Jezu, Jezu!…”

Zadzwonił telefon. Wiedziała, że to Etan, nie podniosła więc słuchawki.