Duch - Arnold Bennett - ebook + książka

Duch ebook

Bennett Arnold

3,3

Opis

Wciągająca i pełna niesamowitych zwrotów akcji powieść grozy, która łączy w sobie opowieść o duchach i historię miłosną.

Gdy młody lekarz Carl Foster widzi Rosettę Rosę, piękną i tajemniczą gwiazdę londyńskiej opery, od razu zostaje zauroczony. Nie może przestać o niej myśleć, a wkrótce zaczyna zauważać coraz więcej dziwnych wydarzeń i zbiegów okoliczności, związanych z tą kobietą, a jego samego zaczyna prześladować zagadkowa upiorna postać. Kiedy w tajemniczy sposób umiera inny zakochany w Rosie mężczyzna, Carl zaczyna podejrzewać, że jej urok wiąże się ze śmiertelną klątwą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 247

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,3 (24 oceny)
5
7
5
3
4
Sortuj według:
kaxbe1972

Nie oderwiesz się od lektury

Znakomita historia o upiorze i o miłości! Wartka akcja, niepowtarzalny klimat... Gotyk w każdym calu. Polecam z najczystszym sercem.
00
MariaWojtkowiak

Z braku laku…

Skusiła mnie recenzja. Dałam radę do połowy. Niestety,zbyt nużąca. Straszenia tyle co kot napłakał. Trochę klimatu epoki.
00
linkaczeska87

Dobrze spędzony czas

Bardzo, bardzo lubię horrory retro! Ta delikatność narratora, by nie za bardzo przestraszyć czytelnika, by nie wszystko podać mu na tacy... I tak napisana jest ta książka. Polecam na wieczór, na oderwanie się.
00

Popularność




Arnold Bennett Duch Tytuł oryginału The Ghost ISBN Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2021 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2021All rights reserved Redakcja Magdalena Wójcik Korekta Katarzyna Marcisz Projekt typograficzny i łamanie Grzegorz Kalisiak Projekt graficzny okładki Mariusz Banachowicz Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected]lwww.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

1. Mój zacny kuzyn

Jestem teraz starszy o osiem lat. Nigdy nawet nie przyszło mi do głowy, że przybywa mi życia i doświadczeń, aż do chwili, gdy zasiadłszy do zebrania różnych szczegółów tej historii, przypomniałem sobie bojaźliwą konfuzję, w jaką wprawiła mnie wyniosła mina kasjera w Keith Prowse1.

— Czy ma pan jakieś miejsca w amfiteatrze do opery na dzisiaj? — zapytałem.

Nic nie odrzekł, tylko wydął usta i majestatycznym gestem machnął ręką przed sobą. W swej naiwności nie rozumiejąc, że daje w ten sposób wyraz skrajnemu ubolewaniu nad ignorancją, którą zdradziło moje pytanie, indagowałem dalej:

— A na balkonie?

Tym razem raczył odpowiedzieć.

— Nie ma, sir!

Wtedy pojąłem, że ta konstatacja równa się pytaniu: „Głupcze! A czemu nie na księżycu?”.

Spłonąłem rumieńcem. Tak, zaczerwieniłem się przed kasjerem w Keith Prowse, odwróciłem się więc, aby czym prędzej zniknąć. On jednak najwyraźniej musiał uznać, że jako chrześcijanin ma obowiązek uświadomić mi, w jak żałosnej pogrążony jestem tępocie.

— Dzisiaj jest pierwszy występ Rosy. Owszem, z rana miałem jeszcze kilka parterówek, ale dawno je sprzedałem telefonicznie po sześć i pół funta każdy.

Uśmiechnął się. Ten uśmiech mnie zdruzgotał. Dzisiaj wprawdzie wiem więcej. Wiem, że kasjerzy z tymi swoimi schludnymi krawatami i udawaniem, jakoby przez telefon potrafili czynić cuda, nie są ostatecznie żadnymi wielkimi postaciami w świecie opery. Teraz już wiem, że ich poza jest częścią uniformu, jak fular pod brodą. Nie mają najmniejszego wpływu na popularność wielkich sopranów, a wieczorem wracają najpewniej do domów nie powozami, lecz białymi omnibusami miejskimi na Fulham lub czerwonymi na Hammersmith.

— Rozumiem — oznajmiłem, wyprowadzając swe zdruzgotane resztki na ulicę. Niepodobna było ukryć faktu, że przyjechałem tu z Edynburga jak wsiok oderwany od pługa.

Gdybyście spojrzeli na mnie wtedy, jak bez żadnego pomysłu postukuję odruchowo w trotuar laską z czarnego dębu, zobaczylibyście szczupłego, schludnie (mam nadzieję) odzianego młodzieńca z brązowawym puszkiem nad górną wargą, kędziorami niesfornie wysuwającymi się spod lekko zsuniętego na tył głowy kapelusza, dość kształtnym podbródkiem i żywą dumą w bystrych oczach. Ale nawet nie pomyślelibyście, że to niedojrzały frant. Ani że subtelne łuki jego kończyn mają wdzięk prawie niewieści, co starszych kolegów napełniało ojcowską opiekuńczością. Ani że wszystkiego musi się dopiero nauczyć i wszystkie kłopoty dopiero przed nim. A teraz właśnie wyobraża sobie, iż jest już nader dorosły, gdyż zyskał właśnie tytuł doktora medycyny…

Czerwcowe słońce łagodnie promieniało na błękitnym niebie, a nad dachami gnane przez lekki wiatr przesuwały się mleczne, nabrzmiałe chmury. Miasto jaśniało wokół, pełne świeżości i werwy, jak to potrafi Londyn podczas sezonu, a wesołość ruchliwych ulic echem rozbrzmiewała w wesołości mego serca (jako że, niefrasobliwy, jak to bywa w młodzieńczym wieku, zapomniałem już o ośmieszeniu się przed kasjerem z Keith Prowse). Po przeciwnej stronie ulicy znajdował się modny klub teatralny, którego cotygodniowe spotkania stały się ostatnio sławne. Pamiętam, jaki czułem się dumny, że kojarzę ten budynek — jeden z niewielu znanych mi obiektów Londynu — i z jakim zachwytem podziwiałem liberie dwóch portierów nieporuszenie stojących za imponującymi szklanymi drzwiami wejściowymi. Nagle przed front gmachu zajechał dwukonny ekwipaż, a wtedy obaj portierzy rzucili się w swych białych rękawiczkach, aby wykazać, że jak najbardziej żyją i dobrze wiedzą, po co.

Widok był, co tu dużo mówić, paradny i w pełni zasługiwał na znaczną uwagę, którą faktycznie przyciągał. Oba świeżo wyszczotkowane, bardzo kapryśne siwki, były może odrobinę za małe, ale demonstrowały taki wigor, że niepodobna takiego kupić za mniej niż dwadzieścia pięć gwinei od kopyta, rząd miał srebrne okucia, a sam powozik uosabiał piękno i wdzięk, stangret zaś wyrażał bezcenną perfekcję. Ale prawdziwym ukoronowaniem tego wszystkiego był pasażer, młody dżentelmen, który, poczynając od dziwnego kształtu kołnierza, aż po guziki niedużych trzewików, emanował atmosferą kosztowności. Jego rękawiczki, szpilka do krawata, dewizka, wąs, monokl, krój stroju, kanty spodni, poły fraka, wgłębienie kapelusza — wszystko całkowicie ze sobą harmonizowało jako tak doskonały wyraz ostatniego krzyku mody, że nic dodać, nic ująć. Schludność kasjera w Keith Prowse była niczym w zestawieniu z nieskazitelnością tego dżentelmena. Odnosiło się wrażenie, że właśnie wynurzył się z szykownego salonu krawieckiego, stanowiąc prawdziwy obiekt dumy Bond Street.

Kiedy ten urzekający mężczyzna wstał i szykował się do opuszczenia pojazdu, przypadkiem zwrócił swój monokl w moim kierunku. Obojętnie przesunąwszy po mnie wzrokiem, odwrócił się, ale znowu na mnie spojrzał, tym razem mniej pobieżnie. Jednocześnie zaś moja pamięć doznała olśnienia.

„To przecież mój kuzyn Sullivan”, powiedziałem sobie w duchu. „Ciekawe, czy zechce się zaprzyjaźnić?”

Nasze oczy igrały ze sobą. Postawiłem stopę na jezdni, cofnąłem, znowu postawiłem, a potem — przeszedłem przez ulicę.

W istocie był to znakomity Sullivan Smith, kompozytor tak popularnych muzycznych komedii jak Japanese Cat, Arabian Girl i My Queen. I na dodatek on to właśnie raczył mnie rozpoznać! Ba, jego zachowanie wskazywało na to, że gorąco pragnie odnowić więzy rodzinne. Znalazłem się przy nim. Był to historyczny moment. Podczas kiedy stangret trzymał za uzdę jednego z koni, a portierzy zamarli w dystyngowanej bezczynności, my uścisnęliśmy sobie dłonie.

— Ile to już lat? — spytał.

— Chyba z piętnaście — odrzekłem, czując się rozkosznie dojrzałym.

— Pamiętasz, jak zdzieliłem cię w głowę?

— No pewnie!

Przyznam, iż poczułem dumę, iż raczył mnie zdzielić w głowę ktoś taki.

— Nie mam zresztą czym się szczycić — rzucił wielkodusznie. — Jeśli zważyć, że byłem o kilka lat od ciebie starszy, a wyższy o dobrą stopę, albo i więcej. Ale tak przy okazji, Carlu, jak powiedziałeś, ile masz teraz?

Traktował mnie jak szóstoklasista czwartoklasistę.

— Nic nie wspominałem o tym — odparłem. — Tak czy owak, mam dwadzieścia trzy lata.

— Cóż, w takim razie jesteś już dostatecznie dorosły, aby się czegoś napić. Chodźmy do klubu i uraczmy się dżinem z angosturą, staruszku. Czekaj, niech no tylko uprzątnę ten bałagan.

Szerokim ruchem ręki ogarnął ekwipaż, konie, stangreta, a za sprawą jakichś magicznych słów, szepniętych do ucha tego ostatniego, w rzeczy samej wszystko zaraz zniknęło. Po tym, gdy z terkotem kół i podzwanianiem uprzęży oddalili się w kierunku Leicester Square, Sullivan pod nosem skomentował marne talenty stangreta.

— Nie wyobrażaj sobie tylko, że codziennie zwykłem zajeżdżać pod klub dwoma końmi — ciągnął Sullivan. — Bo tak nie jest. Dzisiaj urządziłem cały ten popis, gdyż wszystko od uzdy po błotniki sprzedałem Lottie Cass. Znasz ją, oczywiście?

— Nie znam.

— No cóż — ciągnął, przechodząc do porządku nad moją ignorancją. — Czeka ją sporo niespodzianek. A jak myślisz, co sobie teraz za to kupię?

— No, co takiego?

— Samo-chód, staruszku!

W tych czasach osobę kupującą auto uważano za nieustraszonego romantyka idącego z duchem czasów. A Sullivan istotnie uważał siebie za kogoś takiego. Bo to słowo, tak właśnie wypowiedziane: „samo-chód”, brzmiało dziwnie i porażająco romantycznie.

— Jesteś zupełnie niemożliwy! — zawołałem.

— Nie inaczej — przyznał, zadowolony, że wywarł na mnie wrażenie. Wziął mnie za ramię tak, jakbyśmy się znali od tysiąca lat, i bez lęku poprowadził obok portierów znieruchomiałych przy bramie do palarni klubu. Tu usadził mnie przed onyksowym stołem w nobliwym niczym antenaci fotelu obitym niebieskawofioletowym pluszem, a sam zajął miejsce w nie mniej nobliwym fotelu z niebieskawofioletowym pluszem. W kojącym spokoju palarni, w której kelnerzy rączy, jak gdyby mieli skrzydełka Hermesa u kostek, podawali dżin z angosturą, tak jakby podawanie dżinu z angosturą było jakimś rytuałem religijnym, Sullivan rozpoczął niezwykły proces uwalniania się z łańcuchów. Cała jego postać wydawała się bowiem kilkakrotnie spowita w łańcuchy — ze złota. Na końcu jednego z nich znajdowała się papierośnica, z której wyjął papierosa ze złotym filtrem. Do końca innego przytwierdzono złote pudełko zapałek. Na końcu jeszcze innego, być może omyłkowo wydobytego na światło dzienne, widniały rzeczy najróżniejsze: nożyki, klucze, lusterka i ołówki. Istny doprawdy ceremoniał. Teraz jednak nie ulegało już wątpliwości, że znalazłem się w świecie złota.

Potem zaś, gdy dym z pozłacanego papierosa wznosił się niczym kadzidło z trybularza, Sullivan wzniósł swoją szklaneczkę ze złotym obrzeżem, zawierającą dżin i angosturę, ja zaś, rozumiejąc, że takich poczynań oczekuje się od kogoś w klubie teatralnym, uniosłem także moją. Rozległ się brzęk zderzających się szkieł i Sullivan rzekł:

— Za koniec wielkiego rodzinnego sporu.

— Tak jest — zawtórowałem ochoczo.

I wypiliśmy.

Mój ojciec kłócił się z jego matką w epoce przed powstaniem musicali, a waśń ta szerzyła się — jak to bywa w rodzinie — niczym pożar czy odra. Dawne zdzielenie mnie w głowę przez Sullivana stanowiło jedną z najwcześniejszych konsekwencji tej niezgody.

— Niech im ziemia lekką będzie! — rzekł Sullivan.

Miał na myśli inicjatorów sporu. Słowa te wypowiedział tonem, który mnie ujął łagodnością. Świadczyło to o tym, że więcej było w Sullivanie, niż mogło uchwycić oko, a uchwycić mogło niemało. Lubiłem go. Napełniał mnie bojaźnią, a zarazem wydawał się dość śmieszny w swojej ostentacyjnej pompie. Ale lubiłem go.

Już po chwili rozmawialiśmy o Sullivanie Smisie w jego własnej osobie. Łatwość, z jaką udało mu się pchnąć rozmowę na inne tory, przerastała moje wyobrażenia. Bywają ludzie, którzy po prostu zaklinają tok rozmowy. Niemal zawsze jawnie i bez najmniejszych ceregieli koncentrują się na sobie samych, a tak właśnie było bez wątpienia z Sullivanem. Próbujcie pokrzyżować im plany, proszę bardzo, nawet brutalnie usiłujcie zmienić temat, ale wszystkie zabiegi okażą się daremne. I tak oni będą górą. Lepiej więc rozsiąść się w fotelu i podziwiać owe talenty.

Nie minęły dwie minuty, a Sullivan już rozprawiał o zawiłościach swej kariery.

— Jak dobrze wiesz, nigdy nie zależało mi na sztuce przez duże S. To wszystko jeden wielki nonsens! Przecież nie będę wstydził się tego, że potrafię pisać melodie, które najzwyczajniej w świecie wpadają ludziom w ucho.

Wyraźnie tak nawykł do czytania swoich wywiadów udzielanych popularnym czasopismom, że przesiąknął ich frazeologią i gotów był pomylić kuzyna z dziennikarzem. Ale i tak go lubiłem.

— I na dodatek bardzo dobrze wychodził mi podkład orkiestrowy. Tego się więc trzymałem. Ani myślałem być żadnym Wagnerem. Sullivan Smith — to mi zupełnie wystarcza. A chciałem ci przypomnieć, chłoptasiu, że raptem pięć lat minęło, odkąd wystawiono Japanese Cat, podczas gdy ja mam ledwie dwadzieścia siedem lat. Ani mniej, ani więcej! No i co, znajdzie się tu kogoś, kto o mnie nie słyszał? — Oparł łokcie na onyksowym blacie stołu. — Tak między nami, powiem ci jak kuzyn kuzynowi, że w ostatnim roku zarobiłem siedem tysięcy funtów, z czego wydałem tylko połowę. Zawsze pamiętałem i zawsze będę pamiętał, żeby żyć z połowy swoich dochodów. To dobra zasada! Po prostu mam głowę do interesów i nic na to nie poradzę, Carlu Fosterze. Daj publice to, czego chce, a połowę tego, co na nich zarobisz, oszczędzaj — oto warunek sukcesu. Spójrz na mnie. Zacząłem się zachowywać jak książę, bo to się opłaca, więc cóż — zachowuję się. Stałem się księciem i tyle. Dostaję dwa pensy za każdą fotografię. Czegoś takiego nigdy nie osiągnie nawet najlepszy lekarz na świecie. — Roześmiał się. — A tak przy okazji, jak idzie Jemowi? Ciągle w Totnes?

— Tak — odparłem.

— I jak, dobrze mu się wiedzie?

— Hmm… Jako tako. Rozumiesz, my nie zarabiamy siedmiu tysięcy rocznie, a jedynie po pięć setek na głowę, zaś Jema bardziej interesuje polowanie niż medycyna. Chce, żebyśmy zostali partnerami, ale ja jakoś siebie w tym nie widzę.

— Najwyraźniej ciebie zżera ambicja tak jak mnie, mam rację? Skończyłeś Edynburg?

Przytaknąłem, ale skromnie oznajmiłem, że moja ambicja nie może się równać z jego.

— A twoja siostra, Lilian?

— Opiekuje się domem Jema.

— Ładna z niej dziewczyna, co nie?

— Tak — potwierdziłem z pewnym wahaniem. — No i poza tym, dobrze śpiewa.

— No proszę, to znaczy, że muzykujecie trochę, tak?

— Pewnie! — odrzekłem. — No, to znaczy przede wszystkim Lilian, a ja co najwyżej do towarzystwa. Mówiąc szczerze, mamy bzika na punkcie muzyki. Strasznie chciałem dziś wieczorem posłuchać Rosetty Rosy w Lohengrinie, ale nie mają żadnych wolnych miejsc. Może uda mi się jakoś wcisnąć na galerię.

— Daj spokój! — sprzeciwił się ostro Sullivan. — Mam lożę, a tam znajdzie się dla ciebie jakiś fotel. Poznasz moją żonę. Mnie nawet do głowy by nie przyszło, żeby iść. Wagner mnie nuży. Chociaż muszę przyznać, że parę rzeczy od niego ściągnąłem. Kiedy usłyszeliśmy, jaka jest straszna gonitwa za biletami, Emmeline uznała, że my także musimy pójść. Ja zaś kiedy tylko mogę, staram się jej nie przeciwstawiać. Namówiłem Smarta, żeby dał nam lożę.

— Pójdę z prawdziwą rozkoszą — odrzekłem. — Ale chyba jest tylko jeden Smart. Masz na myśli sir Cyrila?

— Jego samego, chłoptasiu. Dzierżawi Operę, Dianę, dzierżawi Folly i Ottoman… Jak nikt inny wiem, na co go stać. To on mnie wykreował, zgoda, ale także i ja jego. Cwaniak! Sprytnie, że dał się wybrać do rady miasta. To przez niego poznałem moją żonę. Widziałeś Emmeline jako Sissie Vox?

— Obawiam się, że nie.

— No to wiele straciłeś, staruszku. Nikt nie może się z nią równać, jeśli chodzi o cielesny aspekt burleski. Cholernie fajna kobieta, tak właśnie mówię: cholernie! — Przez chwilę się zastanawiał. — To spirytualistka, chociaż wolałbym, żeby było inaczej. Spirytualizm źle wpływa jej na nerwy. Dla mnie nic on nie znaczy, ale w końcu to jej życie. Zaczyna natychmiast fantazjować. Ma na przykład jakieś głupie wyobrażenia — tylko czasem nie powtarzaj jej, drogi Carlu, że tak ci powiedziałem — o Rosetcie Rosie, powiada, że przynosi nieszczęście, to znaczy Rosa. Chciała, żebym ostrzegł Smarta przed jej angażowaniem. Ja! Wyobraź tylko sobie! A przecież na Rosie będzie się opierał cały sezon operowy! Ma nieprawdopodobne honorarium, przynajmniej tak słyszałem od Smarta.

— To bardzo miłe z twojej strony, że zaproponowałeś mi miejsce — spróbowałem przerwać mu podziękowaniami.

— Też coś! — obruszył się. — Nic mnie to nie kosztuje. — Dyskretnie rozbrzmiał zegar. — Do diaska! Wpół do pierwszej, a ja o dwunastej miałem być w Dianie. Rozumiesz, mamy próbę.

Ramię w ramię opuściliśmy klub; Sullivan bawił się monoklem.

— To co, wpadniesz wieczorem? Po prostu spytaj o moją lożę. Zobaczysz, jak się tobą zajmą. Bywaj! — Odmaszerował. — Tylko… — zawołał, odwracając się i zniżając głos — …w towarzystwie mojej żony ani słówkiem nie wspominaj o jej karierze teatralnej. Strasznie tego nie lubi. Teraz jest wielką damą. W porządku?

— Oczywiście! — potwierdziłem.

Klepnął mnie w ramie. I tyle go widziałem.

Łatwo było się naśmiewać z Sullivana, już wtedy to widziałem, zresztą nawet wyraźniej niż teraz. Obstaję jednak przy tym, że był uroczy. Niewiele miał bezpośrednio wspólnego z tą moją wielką przygodą, ale bez niego w ogóle by do niej nie doszło. Dlatego właśnie od niego zaczynam całą opowieść.

2. W operze

Bilety sprawdzał szacowny dżentelmen, udoskonalona wersja kasjera z Keith Prowse, podawałem więc nazwisko Sullivana z pewną nerwowością, okazało się jednak, że nie przesadził, mówiąc o swojej pozycji. Bo też zaopiekowano się mną troskliwie. Opiekowano się z tak uniżonym oddaniem, że można byłoby mi wybaczyć, gdybym przypuścił, że pomylono mnie z szachem Persji w przebraniu. Do loży Sullivana poprowadzony zostałem nader ostentacyjnie. Stała pusta. Rzecz zupełnie naturalna, że zjawiłem się pierwszy. Rozsiadłem się więc i obserwowałem, jak ogromna sala się zapełnia, najpierw jednak zbadałem w lustrze wiszącym na szkarłatnej ścianie loży, czy aby mój wygląd nie skompromituje Sullivana i wielce szacownej damy, jego żony.

O ósmej, kiedy przy pulpicie pojawił się dyrygent, powitany przez orkiestrę entuzjastycznym stukotem smyczków, sala była już niemal pełna. Cztery piętra skrzyły się brylantami, jedwabiami, odsłoniętymi ramionami i plecami, które rywalizowały blaskiem z lśnieniem wielkich, kryształowych żyrandoli. Rozległa połać miejsc siedzących (które poszły za co najmniej sześć i pół funta), wnosiła już znacznie mniej blasku, podczas gdy wyżej, sięgając aż po najwyższy poziom, rozciągała się galeria (na której znalazłbym się, gdyby nie Sullivan): ciemność upstrzona tylko bladymi plamami twarzy.

Powietrze nasycone było podnieceniem, oczekiwaniem na ponowne pojawienie się Rosetty Rosy, dziewczyny obdarzonej złotym głosem, tej samej, której przed dwoma laty wystarczył miesiąc, aby podbić Londyn, a która teraz, po okresie pewnych kaprysów, znowu postanowiła wziąć Londyn w swe władanie. Normalnie wieczór w operze jest dla gości lóż towarzyską okazją do popisania się klejnotami, czymś przypominającym ministerialny raut z konwersacjami, dla których muzyka stanowi jedynie tło. Dzisiaj jednak nawet stali bywalcy demonstrowali autentyczne zainteresowanie samą sceną, na jej rzecz rezygnując z ról głównych aktorów. Byłem w operze wielokrotnie, ale nigdy jeszcze nie uświadczyłem tak upudrowanego entuzjazmu jak tego wieczoru. Jeśli Londyn potrafi być naiwny, właśnie wtedy to okazywał.

Dyrygent uniósł batutę. Orkiestra umilkła. Światła przygasły. Cisza i bezruch ogarnęły publiczność. Drżącym westchnieniem skrzypce musnęły pierwsze takty Lohengrina. W tym momencie nie istniało dla mnie nic poza rozkoszną muzyką, której oddałem się bez reszty niczym fascynującemu marzeniu. Nie na długo jednak. Ledwie kurtyna się uniosła, drzwi za mną szczęknęły i w całej swej wspaniałości ukazał się Sullivan. Zerwałem się na równe nogi. W półmroku dostrzegłem trzymającą jego ramię, wysoką kobietę o bladooliwkowej cerze, prezentującą urzekające rysy semickie, a obdarzoną wielkimi, błyszczącymi czarnymi oczyma. Miała na sobie trupio bladą suknię, pod purpurowo-fiołkową peleryną.

— Moja droga Emmeline, oto Carl — powiedział półgłosem Sullivan.

Uśmiechnęła się nieznacznie, podając mi czubki palców, a potem znienacka postąpiła o krok do przodu, jak gdyby chciała się dokładniej przyjrzeć mojej twarzy. Nasze oczy się spotkały. Wyrzuciła z siebie jakieś trudne do zinterpretowania „Aha” i opadła na fotel, szybko wypuszczając przy tym moją rękę. Właściwie chciałem rzec, że wypuściła moją rękę, jakby to był ogon węża, który pomyliła z czymś innym, wtedy jednak mogłoby to sprawić wrażenie, iż jej gest był melodramatyczny, a to nieprawda. Niemniej w jej zachowaniu dało się wyczuć pewien element zaskoczenia, aczkolwiek delikatny, tak delikatny, iż nie mogę być pewien, że sobie tego nie uroiłem.

— Jest odrobinę podekscytowana — szepnął mi do ucha Sullivan. — Nerwy, sam rozumiesz. Tak to już jest z kobietami. Poczekaj, aż sam weźmiesz ślub. Na razie nie zwracaj uwagi, a wszystko rychło będzie w porządku.

Przytaknąłem i z powrotem usiadłem, a już po chwili znowu znalazłem się we władzy muzyki.

Nigdy nie zapomnę pierwszego widoku skromnie odzianej, jak na rolę Elzy przystało, Rosetty Rosy, która właśnie pojawiła się na scenie, aby odpowiedzieć na oskarżenia Ortrudy. Przez chwilę zastygła z tyłu sceny, a potem nieśmiało, choć z dostojną miną, zbliżyła się do króla. Od pierwszej chwili wiedziałem wtedy, jak wiem i teraz, że była to uroda tak władcza, absolutna i oślepiająca, że z męskich serc precz wygania wszystkie skrupuły moralne, wszelkie poczucie tego, co dobre, a co złe, nie pozostawiając nic prócz uwielbienia i — pożądania. Gdy odpowiedziała gestem na pytanie króla, uczyniła to, znakomicie oddając prostotę Elzy. Jednak ja, dzięki lornetce, której bez słowa użyczyła mi żona Sullivana, byłem w stanie pod powłoką aktorki dostrzec dziewczynę, olśniewające acz rozpuszczone dziecko szczęścia, które już u zarania młodości zakosztowało rozkoszy niekwestionowanej władzy, tej niepowtarzalnej i straszliwej dominacji nad męskością, która przysługuje tylko i wyłącznie urodzie.

Taka twarz jak jej wieczyście zostaje odciśnięta w pamięci całego pokolenia. Kiedy jednak w nastroju lirycznej i gwałtownej ekstazy zaczęła swą otwierającą pieśń W tem w jasnej, złotej zbroi…2, jej twarz natychmiast znikła, a pozostał tylko głos: czysty, cudowny, pociągający. Słuchający zaś jakby wstrzymali oddech, gdy niezrównana melodia rozsnuwała wokół nich zniewala-jący czar.

Pierwszy akt dobiegł końca, a Rosetta Rosa w świetle reflektorów stała, trzymając za rękę Alrescę, odtwórcę Lohengrina, podczas gdy zwalała się na nich huraganowa burza oklasków. Do tej pory nie zauważyłem Alreski, teraz zaś zarejestrowałem go jedynie jako mężczyznę, któremu dane było trzymać Rosę za rękę. Samo to dowodzi, jak w absolutny sposób Rosa zawładnęła sceną. Bo przecież czym Rosa pośród sopranów, tym był Alresca pośród tenorów, a więc niekwestionowaną gwiazdą. Już on sam zapełniłby operową salę, w końcu nie za byle co otrzymywał dwieście pięćdziesiąt funtów każdego wieczora. Sprawić, by pojawił się na scenie u boku Rosy — tego mogła dokonać tylko niefrasobliwa hojność Cyrila Smarta.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1 Keith Prowse — agencja specjalizująca się m.in. w sprzedaży biletów teatralnych. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

2 R. Wagner, Lohengrin, akt I, scena 2, przeł. A. Urbański.