Drakula - Bram Stoker - ebook

Drakula ebook

Stoker Bram

4,2

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Dawno temu marzyłem o Drakuli. Znałem filmy z Bélą Lugosim i Christopherem Lee, zdobyte jakimś cudem na kasetach wideo, ale sama powieść pozostawała niedostępna. Cenzorzy w PRL niechętnie patrzyli na wampira, który boi się krzyża. Plotka głosi, że wydanie powieści Stokera zatrzymano wskutek protestu rumuńskiej ambasady.

Pamiętam swoją, dziecięcą jeszcze, radość, kiedy udało mi się zdobyć pierwsze polskie wydanie, na samym początku lat dziewięćdziesiątych. Niestety, nie było ono kompletne. Z treści wyleciały postacie i wątki. Nikt nie sprawdzał jakości przekładu. Drakula, jedna z najbardziej wpływowych książek, miała wyjątkowego pecha nad Wisłą.

Powieść, piekielnie nowoczesna w czasie jej powstania, do dziś inspiruje twórców kultury. Nasz świat byłby zupełnie inny, gdyby nie Drakula. A dla mnie ta edycja jest niewiarygodnym spełnieniem dziecięcego marzenia, to prezent podarowany samemu sobie sprzed lat, kiedy rozmyślałem o wampirach, wędrując po księgarniach.

Łukasz Orbitowski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 544

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (109 ocen)
53
33
16
7
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Pkaniewski85

Nie oderwiesz się od lektury

Mit wampiryczny należy do jednych z najstarszych ludowych wierzeń w upiory. Ten Antychryst, Krwiopijca, Wieczny Łowca, Drapieżnik pojawia się w każdej kulturze świata. Zawsze zachowuje swój podstawowy atut, nieśmiertelność. Od przeszło 200 lat inspiruje twórców i wzbudza lęk u odbiorcy. Jednak obecna popkultura ukazuje go w przesłodzonej wersji amanta z kilogramem żelu we włosach. Ta romantyczna wersja ze Zmierzchu pozbawia go tego, co stanowi znak charakterystyczny charakter diabolicznej, złowrogiej drapieżności i nienasyconego głodu. Także jako libertyn  z Wywiadu z wampirem przybiera zdecydowanie łagodniejsze oblicze. Pierwotny zaś motyw opiera się na dwóch głównych filarach: pragnienia nieśmiertelności i lęku przed wiecznym potępieniem. To ostatnie dotyczyło tak zwanych nieumarłych, czyli tych, co przez złą śmierć odeszli w nieodpowiednim czasie. Skazani na niekończącą się wędrówkę po świecie po zapadnięciu zmroku. Bram Stoker wydał Draculę w 1897 roku. Jest on wynikiem fascynacj...
20
wiedzma123

Dobrze spędzony czas

Klasyk. Polecam
00
monika13141

Dobrze spędzony czas

Oczywiście wiedziałam kim jest Drakula, chyba każdy wie. Ale jak tak sobie przemyślałam to nigdy nie czytałam tej książki, ale też nie oglądałam ekranizacji. Jak to się stało? Nie mam pojęcia 🤷🏻‍♀️ Przyznam szczerze, że trochę się obawiałam przed rozpoczęciem czytania, nie wiedziałam czy dam radę przebrnąć przez książkę czy nie. Ale niepotrzebnie się martwiłam. Chociaż książkę czytało mi się długo, przede wszystkim z powodu długich opisów, to jednak wkręciłam się w historię Hrabiego Drakuli. Byłam ciekawa jak będzie próbował uciekać przed ludźmi, którzy chcą go skrzywdzić. Chociaż muszę przyznać, że parę razy zgubiłam się i nie wiedziałam o co chodzi 😅 Jedynie strasznie irytowała mnie postać Van Helsinga. Dążył to złapania i zniszczenia Drakuli, chciał aby każdy mu pomagał. Ale nie chciał powiedzieć o co chodzi, chciał aby inni wykonywali jego polecenia bez mrugnięcia okiem. Niemniej jednak fajnie było sięgnąć po klasykę, bo jednak bardzo rzadko po nią sięgam. Muszę koniecz...
00
Walindor

Dobrze spędzony czas

⭐️4/5
00
Innekarta_irmina

Nie oderwiesz się od lektury

Postać hrabiego Draculi jest ponadczasowa. Inspiracje tą postacią można spotkać praktycznie wszędzie. Od książek, przez filmy, po seriale lub bajki, na zabawkach dla najmłodszych kończąc. Książka ma formę listów pisanych przez głównych bohaterów. Każdy z nich przedstawia swoją historię. Język jest bardzo elegancki i dostojny. Oddaje idealnie gotycki klimat XIX wieku. Spodoba się również osobom, które zamiast horrorów czytają romanse. A to za sprawą ponadczasowej miłości między Johnathanen Harkerem a Miną Murray. Ich relacja jest tak silna jak żądza mordu Draculi. Hrabia, który początkowo jest łowcą, z czasem staje się zwierzyną pokazując jak życie potrafi być przewrotne. Polecam serdecznie wszystkim a ten klasyk sam się obroni 🧛‍♀️
00

Popularność




Wstęp

Nie uwie­rzy­cie, ale kie­dyś wam­piry były prze­ra­ża­jące.

Dziś nikt nie boi się dżen­tel­mena w pod­bi­tej szkar­ła­tem pele­ry­nie, a jego miłość do wycia wil­ków budzi jedy­nie uśmiech. Hor­ror, jako gatu­nek z ogromną tra­dy­cją pozy­skał nowe stra­chy. Sam wam­pir, jak się wydaje, opu­ścił niszę i wypły­nął na sze­ro­kie wody main­stre­amu. Obja­wił się nad­czło­wie­kiem o gołę­bim sercu w sadze Zmierzch, miał wesołą twarz Leslie Nie­lsena i wal­czył o swoje czło­wie­czeń­stwo w powie­ściach Anne Rice. Możemy go kochać. Możemy mu współ­czuć. Strach odfru­nął, spło­szony jak nie­to­perz.

Kie­dyś było zupeł­nie ina­czej. Dowo­dem tego jest powieść Brama Sto­kera, nowo­cze­sna w for­mie i rewo­lu­cyjna w tre­ści.

W ostat­niej deka­dzie XIX wieku, kiedy powstała książka, mało kto inte­re­so­wał się wam­pi­rami. Te przy­na­le­żały do folk­loru i stra­szyły po wio­skach. Sto­ker skom­pli­ko­wał ludowe poda­nia o zwy­cza­jach wam­pi­rów, przy­da­jąc swo­jemu hra­biemu sze­reg nad­na­tu­ral­nych mocy: Dra­kula zmie­nia się w zwie­rzęta, a nawet mgłę – prze­nika przez szparę w drzwiach i czmy­cha w mgnie­niu oka.

Następ­nie Sto­ker uczy­nił z niego ary­sto­kratę z dale­kiego kraju. Górzy­sta Tran­syl­wa­nia jawiła się tajem­ni­czym miej­scem, gdzie z całą pew­no­ścią wciąż gra­sują upiory. Dra­kula, w jakiś spo­sób, ucie­le­śnia kosz­mar feu­dal­nego porządku. Dosłow­nie wysysa krew ze swo­ich pod­da­nych.

Ten przed­sta­wi­ciel świata ciem­no­ści o śre­dnio­wiecz­nym rodo­wo­dzie przy­bywa do nowo­cze­snego, jasnego od lamp gazo­wych Lon­dynu (zapis podróży stat­kiem należy do naj­bar­dziej przej­mu­ją­cych, by nie powie­dzieć strasz­nych frag­men­tów książki), gdzie urzą­dza sobie nowe żero­wi­sko. Mor­duje młode kobiety i mieszka w ser­cach waria­tów. Sto­ker dosłow­nie wypro­wa­dził potwora z dale­kiego zamku na te same ulice, któ­rymi prze­cha­dzał się jego czy­tel­nik. Ten zabieg, nowo­cze­sny jak na tamte lata, przy­słu­żył się suk­ce­sowi książki.

Sam Dra­kula jest stwo­rze­niem para­dok­sal­nym, nie­moż­li­wym i przez to tak strasz­nym w swoim zamy­śle. Nie przy­na­leży do świata żywych ani umar­łych, lecz tkwi gdzieś pomię­dzy jed­nym i dru­gim. Przy­po­mina aber­ra­cję, coś, co umyka rozu­mowi i jest widoczne w swej praw­dzi­wej natu­rze tylko na moment, kątem oka. Ist­nieje, lecz nie widzimy go w lustrze. Odpy­cha od sie­bie śmierć, żeru­jąc na żyją­cych, gnany nie­ludz­kim gło­dem. Może dla­tego w ostat­niej chwili na jego twa­rzy maluje się spo­kój?

Łączy w sobie cechy ary­sto­kraty o wiel­kiej inte­li­gen­cji i żar­łocz­nego zwie­rzę­cia. W zamku posiada ogromną biblio­tekę, uczy się języ­ków, o kul­tu­rze Anglii wypo­wiada się ze znaw­stwem i przej­muje się jak dziecko swoją trzesz­czącą angielsz­czy­zną. Jed­no­cze­śnie śpi w zbez­czesz­czo­nej ziemi i żywi się krwią, zacho­wu­jąc się nocą jak dra­pież­nik. Sto­ker kre­śli jego twarz jako poważną, w któ­rej płoną oczy bestii.

Jako syn ciem­no­ści w chrze­ści­jań­skim świe­cie pod­lega licz­nym ogra­ni­cze­niom. Oba­wia się krzyża. Jego trumnę uniesz­ko­dli­wia hostia. Sku­teczne oka­zują się też metody bar­dziej świec­kie, czyli czo­snek, kołek w serce i nóż na gar­dle. Rekom­pen­sują to liczne moce, z któ­rych najbar­dziej sku­teczną – nie­wąt­pli­wie też naj­strasz­niej­szą – jest wła­dza, jaką ma nad świa­tem żywych i umar­łych. Osa­cza i więzi poczci­wego nota­riu­sza wła­ści­wie bez wysiłku, groźbą, a nie czy­nem. Owija sobie wokół palca obłą­ka­nego Ren­fielda i bez żad­nego pro­blemu bała­muci naiwną Lucy, do tego trzyma w pod­zie­miach zamku swój pry­watny harem. Naj­sil­niej­szy opór sta­wia mu jed­nak kobieta, dzielna i mądra Mina.

Taka postać wpro­wa­dzona do lite­ra­tury była ska­zana na suk­ces. Nie dzi­wię się, że czy­tel­nicy bali się Dra­kuli. Sam bałem się, gdy byłem chłop­cem, a teraz jako doro­sły czło­wiek piszę te słowa z ogromną rado­ścią. Spo­tka­nie z upior­nym hra­bią w jego wszyst­kich odsło­nach sta­nowi ważną część mojego dora­sta­nia. Docie­ra­łem do niego krę­tymi ścież­kami. Powieść Sto­kera długo była nie­do­stępna. Pamię­tam jak cze­ka­łem do pół­nocy, żeby zoba­czyć Nos­fe­ratu z 1922 roku na małym, śnie­żą­cym tele­wi­zorku. Wer­sję Herzoga, z lat sie­dem­dzie­sią­tych, uwa­żam za szczy­towe uję­cie tematu i ekra­ni­za­cję totalną. Nikt nie był bar­dziej przej­mu­ją­cym wam­pi­rem niż Klaus Kin­ski. Może dla­tego, że w tę kre­ację ubrał wła­sne, prze­raź­liwe demony?

Zeszyty w pod­sta­wówce zapeł­ni­łem wize­run­kami wam­pi­rów, rodzice bie­gali z tego powodu na dywa­nik do szkoły, a nauczy­cielki widziały we mnie kan­dy­data na seryj­nego mor­dercę. Podobne obrazki trza­skał ponoć Karol Kot, kra­kow­ski zabójca, który kształ­cił się w tych samych murach. Stało się zupeł­nie ina­czej i mor­duję ludzi wyłącz­nie na kar­tach wła­snych ksią­żek. Dra­kula sta­no­wił jeden z impul­sów, które pchnęły mnie do wła­snego pisa­nia. Nie jest książką dosko­nałą. Poka­zała jed­nak siłę lite­ra­tury, daleko więk­szą niż wywo­ły­wa­nie emo­cji, takich jak lęk w czy­tel­niku.

Postać stwo­rzona przez Brama Sto­kera jest nie­śmier­telna jak na wam­pira przy­stało i powraca z grobu w naj­róż­niej­szych odsło­nach. Bywa potwo­rem, roman­tycz­nym kochan­kiem, super­me­nem, ofermą, roba­kiem, a nawet pacynką z Ulicy Sezam­ko­wej. My pomrzemy, ale on żyć będzie, a jego imię już teraz brzmi w wiecz­no­ści. Prze­cież każdy wie, kim jest Dra­kula.

Warto spraw­dzić, skąd do nas przy­szedł.

Łukasz Orbi­tow­ski

Roz­dział 1

DZIEN­NIK JONA­THANA HAR­KERA

3 maja, Bystrzyca

Wyje­cha­łem z Mona­chium pierw­szego maja o dwu­dzie­stej trzy­dzie­ści pięć i dotar­łem do Wied­nia wcze­snym ran­kiem następ­nego dnia; pociąg miał godzinę opóź­nie­nia. Na pod­sta­wie obser­wa­cji z okien wagonu i krót­kiego spa­ceru uli­cami stwier­dzam, że Buda­peszt jest pięk­nym mia­stem. Nie odcho­dzi­łem jed­nak zbyt daleko od dworca, bo ze względu na opóź­nie­nie mie­li­śmy wyru­szyć w dal­szą drogę naj­szyb­ciej, jak to moż­liwe.

Nie mogę oprzeć się wra­że­niu, że opusz­czam świat Zachodu i wkra­czam na Wschód; wspa­niałe mosty na Dunaju, który impo­nuje tutaj sze­ro­ko­ścią i głę­bo­ko­ścią, prze­nio­sły mnie na tereny z tra­dy­cjami pozo­sta­łymi po pano­wa­niu Tur­cji.

Mia­sto opu­ści­li­śmy o cza­sie i po zmroku dotar­li­śmy do Kluża. Zatrzy­ma­łem się na noc w hotelu Roy­ale. Na obiad, a raczej na kola­cję, zja­dłem kur­czaka przy­rzą­dzo­nego z czer­woną papryką – bar­dzo smacz­nego, lecz powo­du­ją­cego pra­gnie­nie. (Powi­nie­nem zdo­być prze­pis dla Miny). Zagad­nięty przez mnie kel­ner wyja­śnił, że danie nazywa się paprika hendl i że jest to tutej­sza potrawa naro­dowa, mogę więc ją zama­wiać w całych Kar­pa­tach.

Bar­dzo przy­daje mi się pod­sta­wowa zna­jo­mość języka nie­miec­kiego. W zasa­dzie nie wiem, jak bym sobie bez niej tu pora­dził.

Mając w Lon­dy­nie tro­chę wol­nego czasu, odwie­dzi­łem Bri­tish Museum i prze­szu­ka­łem biblio­teczne zasoby map i ksią­żek doty­czą­cych Tran­syl­wa­nii, dosze­dłem bowiem do wnio­sku, że powi­nie­nem coś wie­dzieć o tym kraju, jeśli mam mieć do czy­nie­nia z wywo­dzą­cym się z niego ary­sto­kratą.

Odkry­łem, że region, który jest celem mojej podróży, znaj­duje się w naj­bar­dziej odda­lo­nym na wschód punk­cie kraju, w zasa­dzie na gra­nicy trzech krain: Tran­syl­wa­nii, Moł­da­wii i Buko­winy, w samym sercu Kar­pat. To jeden z naj­dzik­szych i naj­mniej zna­nych zakąt­ków Europy.

Nie­stety, nie mogłem zlo­ka­li­zo­wać zamku Dra­kuli, jako że nie zna­la­złem mapy tego kraju, która dorów­ny­wa­łaby dokład­no­ścią mapom wyda­wa­nym przez naszą agen­cję kar­to­gra­ficzną Ord­nance Survey. Dowie­dzia­łem się jed­nak, że Bystrzyca, mia­steczko wymie­nione z nazwy przez hra­biego Dra­kulę, jest dosyć znana. Powi­nie­nem zamie­ścić tu nie­które ze swo­ich nota­tek, abym mógł odświe­żyć pamięć, gdy będę oma­wiał moje podróże z Miną.

Na popu­la­cję Tran­syl­wa­nii skła­dają się cztery odrębne naro­do­wo­ści: na połu­dniu Sasi i wymie­szani z nimi Wołosi, któ­rzy są potom­kami Daków; na zacho­dzie Węgrzy, a na wscho­dzie i pół­nocy Sekle­rzy. Jadę pomię­dzy tych ostat­nich, któ­rzy – jak sami utrzy­mują – wywo­dzą się od samego Attyli i Hunów. Moż­liwe, że to prawda, ponie­waż gdy Węgrzy pod­bi­jali ten kraj w jede­na­stym wieku, wal­czyli z osia­dłymi tu Hunami.

Czy­ta­łem, że każdy znany ludz­ko­ści zabo­bon ma korze­nie wła­śnie w tym zakątku Kar­pat. Jeśli to prawda, mój pobyt tutaj może się oka­zać bar­dzo inte­re­su­jący. (Muszę zapy­tać o to hra­biego).

Nie spa­łem dobrze tej nocy mimo wygod­nego łóżka, ponie­waż drę­czyły mnie prze­dziwne sny. Poza tym pod moim oknem przez całą noc wył pies, co także mogło mieć wpływ na jakość wypo­czynku; a może to wina papry­ka­rza – wypi­łem przez niego całą karafkę wody, co wcale jed­nak nie uga­siło pra­gnie­nia. Usną­łem nad ranem i obu­dziło mnie dopiero gło­śne puka­nie do drzwi, zga­duję więc, że w pew­nym momen­cie musia­łem zasnąć cał­kiem mocno.

Na śnia­da­nie zja­dłem papry­karz, rodzaj owsianki z mąki kuku­ry­dzia­nej, którą tutaj nazy­wają mama­łygą, i nadzie­wa­nego bakła­żana, wyśmie­nite danie, tak zwaną imple­tatę. (Na to rów­nież muszę wziąć prze­pis).

Jadłem w pośpie­chu, ponie­waż pociąg miał wyru­szyć nie­wiele przed ósmą, ale gdy dobie­głem na sta­cję o siód­mej trzy­dzie­ści, jesz­cze przez godzinę sie­dzia­łem w prze­dziale, zanim odje­cha­li­śmy.

Wydaje mi się, że im dalej na wschód, tym kolej jest bar­dziej nie­punk­tu­alna. Jak to w takim razie musi wyglą­dać w Chi­nach?

Cały dzień prze­dzie­ra­li­śmy się przez kra­inę pełną róż­no­rod­nego piękna. Cza­sami mija­li­śmy nie­wiel­kie mia­steczka i zamki na szczy­tach stro­mych gór, takie, jakie widuje się w sta­rych księ­gach; prze­jeż­dża­li­śmy obok rzek i stru­mieni, któ­rych sze­ro­kie kamie­ni­ste brzegi świad­czyły o czę­stych powo­dziach. Potrzeba dużo wody i sil­nego nurtu, aby omieść do czy­sta nabrzeża.

Na każ­dej sta­cji cze­kały grupy ludzi, dosłow­nie tłumy, odziane w każdy moż­liwy spo­sób. Nie­któ­rzy wyglą­dali jak nasi chłopi lub ci, któ­rych spo­ty­ka­łem, podró­żu­jąc przez Fran­cję i Niemcy, w krót­kich kurt­kach, okrą­głych kape­lu­szach i domo­wej roboty spodniach. Nato­miast inni byli nie­zwy­kle malow­ni­czy.

Kobiety były śliczne, ale gdy pod­cho­dziło się bli­żej, spra­wiały wra­że­nie nie­zgrab­nych. Wszyst­kie miały obszerne białe rękawy, a więk­szość sze­ro­kie pasy z przy­tro­czo­nymi licz­nymi pasecz­kami powie­wa­ją­cymi na wie­trze jak spód­nice balet­nic. Oczy­wi­ście nosiły też halki.

Naj­dziw­niej­szymi posta­ciami, na jakie się natknę­li­śmy, byli Sło­wacy, bar­dziej jesz­cze bar­ba­rzyń­scy niż reszta, w ogrom­nych paster­skich kape­lu­szach, wor­ko­wa­tych posza­rza­łych spodniach, bia­łych płó­cien­nych koszu­lach prze­pa­sa­nych cięż­kimi pasami, sze­ro­kimi pra­wie na stopę i nabi­ja­nymi mosięż­nymi ćwie­kami. Nogawki spodni wci­skali w wyso­kie buty, mieli dłu­gie czarne włosy i bujne czarne wąsy. Wyglą­dali bar­dzo malow­ni­czo, ale byli nie­szcze­gól­nie mili w obej­ściu. Na deskach teatru mogliby zostać obsa­dzeni w rolach sta­ro­żyt­nej orien­tal­nej bandy roz­bój­ni­ków. W rze­czy­wi­sto­ści są jed­nak, jak mi powie­dziano, zupeł­nie nie­szko­dliwi i bra­kuje im poczu­cia wła­snej war­to­ści.

Do Bystrzycy dotar­li­śmy po zmierz­chu; mia­sto jest bar­dzo stare i inte­re­su­jące. Poło­że­nie nie­malże na gra­nicy – prze­łęcz Borgo pro­wa­dzi z niego do Buko­winy – prze­kłada się na bar­dzo burz­liwą histo­rię, która jest zresztą widoczna na pierw­szy rzut oka. Pięć­dzie­siąt lat temu przez mia­sto prze­szła fala wiel­kich poża­rów, sie­jąc ogromne spu­sto­sze­nia przy pię­ciu róż­nych oka­zjach. Na początku sie­dem­na­stego wieku Bystrzyca prze­żyła trzy­ty­go­dniowe oblę­że­nie, w któ­rego wyniku zgi­nęło trzy­na­ście tysięcy osób – ofiar, głodu i cho­rób.

Hra­bia Dra­kula skie­ro­wał mnie do hotelu Gol­den Krone, który ku mojej rado­ści – pra­gnę bowiem dowie­dzieć się wszyst­kiego, co w mojej mocy o tym kraju – oka­zał się w sta­rym stylu.

Wyraź­nie mnie ocze­ki­wano, ponie­waż gdy tylko sta­ną­łem w drzwiach, od razu ujrza­łem krzepką star­szą kobietę w codzien­nym chłop­skim stroju – bia­łej spodniej sukni i dłu­gim kolo­ro­wym far­tu­chu, nie­skrom­nie dopa­so­wa­nym. Gdy pod­sze­dłem bli­żej, ukło­niła się i zapy­tała:

– Herr Anglik?

– Tak – odpar­łem. – Jona­than Har­ker.

Uśmiech­nęła się i powie­działa coś do star­szego męż­czy­zny w bia­łej koszuli, który towa­rzy­szył jej do drzwi.

Ten odszedł na chwilę i powró­cił z listem:

„Przy­ja­cielu, witaj w Kar­pa­tach. Z nie­po­ko­jem Cię ocze­kuję. Śpij dobrze tej nocy. Jutro o trze­ciej wyru­sza dyli­żans do Buko­winy; zare­zer­wo­wano w nim miej­sce dla Cie­bie. Mój powóz będzie ocze­ki­wał na prze­łę­czy Borgo, skąd prze­wie­zie Cię do zamku. Ufam, że Twoja podróż z Lon­dynu była udana i że Twój pobyt na mojej pięk­nej ziemi będzie rów­nie przy­jemny. Twój Dra­kula”.

4 maja

Wła­ści­ciel hotelu rów­nież otrzy­mał list od hra­biego z pole­ce­niem zna­le­zie­nia dla mnie naj­lep­szego miej­sca w powo­zie. Nie chciał jed­nak zdra­dzić mi żad­nych szcze­gó­łów kore­spon­den­cji i uda­wał, że nie rozu­mie mojego nie­miec­kiego.

Wiem, że to nie­prawda, ponie­waż do tam­tej chwili rozu­mie­li­śmy się dosko­nale; to zna­czy, odpo­wia­dał na moje pyta­nia tak, jakby mnie rozu­miał.

Popa­try­wali na sie­bie z żoną, star­szą kobietą, która otwo­rzyła mi drzwi, z prze­ra­że­niem w oczach. Wymam­ro­tał tylko, że w liście prze­słano pie­nią­dze, i to wszystko, co wie. Gdy zapy­ta­łem wprost, czy zna hra­biego Dra­kulę i czy może opo­wie­dzieć mi coś o zamku, oboje z żoną się prze­że­gnali, i stwier­dziw­szy, że nie mają o niczym poję­cia, odmó­wili dal­szej roz­mowy. Było już tak mało czasu do odjazdu, że nie zdą­ży­łem zapy­tać o to nikogo wię­cej, a wszystko zaczęło wyda­wać mi się bar­dzo tajem­ni­cze, co wcale mnie nie pocie­szyło.

Zanim wysze­dłem, przy­szła do mojego pokoju star­sza kobieta i z histe­rią w gło­sie zapy­tała:

– Musi pan jechać? Młody Herr, naprawdę pan musi?

Była tak zaafe­ro­wana, że bez­wied­nie mie­szała nie­miecki z innym języ­kiem, któ­rego w ogóle nie zna­łem. Byłem w sta­nie w pew­nym stop­niu zro­zu­mieć, o co cho­dzi, zada­jąc wiele pytań. Gdy wyzna­łem, że natych­miast muszę ruszać dalej i że wiąże się to z bar­dzo waż­nymi inte­re­sami, spy­tała:

– Czy wie pan, jaki dziś dzień?

Odrze­kłem, że czwarty maja. Potrzą­snęła głową i powie­działa:

– Wła­śnie! Wiem, wiem! Ale czy pan wie, jaki to dzień?

Gdy oznaj­mi­łem jej, że nie rozu­miem, kon­ty­nu­owała:

– To wigi­lia dnia świę­tego Jerzego. Czyż nie wie pan, że gdy tej nocy zegar wybije pół­noc, uwolni się całe zło tego świata? Czy pan wie, dokąd pan jedzie i co zamie­rza pan zro­bić?

Była tak zde­ner­wo­wana, że pró­bo­wa­łem ją jakoś uspo­koić, ale moje wysiłki nie przy­nio­sły rezul­tatu. W końcu opa­dła na kolana i na klęcz­kach bła­gała mnie, żebym nie wyjeż­dżał albo cho­ciaż zacze­kał dzień lub dwa.

Sytu­acja była kurio­zalna, ale po raz kolejny poczu­łem nie­po­kój. Jed­nak mia­łem inte­res do zro­bie­nia i nie mogłem pozwo­lić, aby cokol­wiek sta­nęło na mojej dro­dze.

Gdy pró­bo­wa­łem ją pod­nieść, stwier­dzi­łem na tyle poważ­nie, na ile było to moż­liwe, że dzię­kuję jej za tro­skę, ale obo­wiązki naka­zują mi jechać.

Wtedy wstała, osu­szyła łzy i zdjęła z szyi róża­niec z krzy­ży­kiem, a następ­nie mi go podała.

Nie wie­dzia­łem, co począć, ponie­waż jako czło­nek Kościoła angli­kań­skiego byłem całe życie uczony, że takie rze­czy noszą zna­miona bał­wo­chwal­stwa, ale odmó­wie­nie star­szej kobie­cie w tym sta­nie ducha wyda­wało mi się okropną nie­wdzięcz­no­ścią.

Jak mnie­mam, ujrzała waha­nie na mojej twa­rzy, ponie­waż po pro­stu zało­żyła mi róża­niec na szyję i powie­dziaw­szy: „To dla two­jego dobra”, wyszła.

Zapi­suję to w ocze­ki­wa­niu na powóz, który oczy­wi­ście się spóź­nia, a krzy­żyk na­dal spo­czywa na mojej piersi.

Nie wiem, czy to przez obawy sta­ruszki, czy pełne duchów tra­dy­cje tego miej­sca, czy może przez róża­niec w ogóle nie czuję się tak swo­bod­nie na umy­śle jak zazwy­czaj.

Jeśli ten zeszyt dotrze kie­dy­kol­wiek do Miny przede mną, przy­nie­sie jej moje poże­gna­nie. A oto i powóz!

5 maja, Zamek

Sza­rość poranka ustą­piła pro­mie­niom słońca, które wze­szło już wysoko nad hory­zont postrzę­piony drze­wami lub wzgó­rzami – sam nie wiem, bo jest on tak daleko, że duże i małe rze­czy mie­szają się w oczach.

Nie jestem śpiący, a ponie­waż zostanę wezwany dopiero wtedy, gdy się obu­dzę, piszę, dopóki nie zmo­rzy mnie sen.

Muszę opi­sać wiele dziw­nych wyda­rzeń, a żeby czy­tel­nicy nie posą­dzili mnie o to, że zbyt dobrze zja­dłem, zanim opu­ści­łem Bystrzycę, opi­szę dokład­nie cały mój posi­łek.

Zja­dłem potrawę, którą tutaj nazy­wają „zbój­nic­kim ste­kiem” – to kawałki boczku, cebuli i woło­winy, dopra­wione papryką i nabite na patyki, a potem pie­czone nad ogniem. Do tego podano wino Gol­den Mediasch, nieco cierp­kie, ale cał­kiem smaczne. Wypi­łem led­wie dwa kie­liszki.

Gdy wsia­dłem do powozu, zauwa­ży­łem, że woź­nica roz­ma­wia z moją gospo­dy­nią.

Bez wąt­pie­nia to ja byłem tema­tem ich roz­mowy, bo od czasu do czasu na mnie popa­try­wali, a chwilę póź­niej dołą­czyła do nich grupa osób sie­dzą­cych dotych­czas na ławce i oni też zaczęli spo­glą­dać na mnie ukrad­kiem i z wyraź­nym współ­czu­ciem. Część słów się powta­rzała, wycią­gną­łem więc po cichu mój wie­lo­ję­zyczny słow­nik i zaczą­łem je spraw­dzać.

Nie pocie­szyło mnie to, co odkry­łem: czę­sto wymie­niali słowa Ordog, czyli Sza­tan, pokol – pie­kło, stre­go­ica – wiedźma, vro­lok i vlko­slak – oba ozna­cza­jące podobną rzecz, jedno po sło­wacku, a dru­gie po serb­sku, czyli coś na kształt wil­ko­łaka czy wam­pira. (Muszę zapy­tać hra­biego o te prze­sądy).

Gdy w końcu ruszy­li­śmy, ludzie zebrani przy drzwiach zajazdu, któ­rzy zdą­żyli już się roz­ro­snąć w cał­kiem pokaź­nych roz­mia­rów tłum, prze­że­gnali się zna­kiem krzyża i wycią­gnęli w moim kie­runku dwa palce.

Prze­zwy­cię­żyw­szy pewne trud­no­ści, nakło­ni­łem mojego towa­rzy­sza podróży, aby wyja­śnił mi zna­cze­nie tego gestu. Długo się wzbra­niał, ale gdy się dowie­dział, że jestem Angli­kiem, powie­dział, że to dla ochrony przed złymi duchami.

Nie były to szcze­gól­nie budu­jące słowa, jako że wyru­sza­łem w nie­znane mi miej­sce na spo­tka­nie z obcym czło­wie­kiem, ale wszy­scy byli dla mnie tak uprzejmi i tak pełni współ­czu­cia, a przy tym tak przy­gnę­bieni, że poczu­łem wzru­sze­nie.

Ni­gdy nie zapo­mnę widoku tego wie­lo­barw­nego, malow­ni­czego tłumu zgro­ma­dzo­nego na podwórku zajazdu, żegna­ją­cego mnie zna­kiem krzyża na tle buj­nych ole­an­drów i drze­wek poma­rań­czo­wych w zie­lo­nych doni­cach.

Wtedy nasz woź­nica, któ­rego sze­ro­kie lniane haj­da­wery prze­sła­niały cały kozioł, strze­lił z bicza nad gło­wami swo­ich czte­rech małych koni i ruszy­li­śmy w drogę.

Wkrótce piękno kra­jo­bra­zów przy­ćmiło w moich myślach wspo­mnie­nie upior­nego stra­chu kra­jow­ców, myślę jed­nak, że gdy­bym znał język, a raczej języki, któ­rymi posłu­gi­wali się moi towa­rzy­sze podróży, nie otrzą­snął­bym się z obaw tak łatwo. Przed nami roz­po­ście­rała się zie­lona, pofał­do­wana kra­ina pełna lasów i stro­mych sto­ków, uko­ro­no­wa­nych kępami drzew i zagro­dami. Wszę­dzie rosło mnó­stwo kwit­ną­cych jabłoni, śliw, grusz i wiśni. Zie­lona trawa pod nimi błysz­czała od opa­dłych płat­ków.

Gdzie­nie­gdzie spo­mię­dzy zie­lo­nych wzgórz kra­iny, którą tutaj nazy­wają Mit­tel Land, widać było drogę, ginącą raz po raz za tra­wia­stymi zbo­czami lub w cie­niu sosen, które spły­wały ze zbo­czy gór jak języki lawy. Droga była wybo­ista, lecz my gna­li­śmy po niej z gorącz­ko­wym pośpie­chem. Nie rozu­mia­łem, dla­czego tak pędzimy, ale woź­nica wyraź­nie chciał dotrzeć do prze­łę­czy Borgo jak naj­szyb­ciej. Dowie­dzia­łem się, że latem droga jest w dosko­na­łym sta­nie, ale nie została jesz­cze dopro­wa­dzona do porządku po ostat­nich opa­dach śniegu. To cie­kawe, bo w Kar­pa­tach kró­luje tra­dy­cja nie­zaw­ra­ca­nia sobie głowy utrzy­my­wa­niem dróg w przy­zwo­itym sta­nie. Dawni hospo­da­ro­wie ni­gdy ich nie napra­wiali, by Turcy nie pomy­śleli przy­pad­kiem, że to przy­go­to­wa­nia do wojny, która i tak wisiała tu zawsze na wło­sku.

Nad zie­lo­nymi wzgó­rzami Mit­tel Landu wzno­szą się poro­śnięte lasami wyso­kie szczyty Kar­pat. Popo­łu­dniowe słońce wydo­bywa z nich feerię barw: ocie­nione grzbiety gór­skie są nie­bie­sko­fio­le­towe, trawa i skały lśnią zie­le­nią i brą­zem, postrzę­pione gra­nie bielą się nato­miast śnie­giem. Jeden z towa­rzy­szy podróży dotknął mojego ramie­nia, gdy minę­li­śmy nie­wiel­kie wzgó­rze i zoba­czy­li­śmy przed sobą wynio­sły ośnie­żony szczyt góry, która wyda­wała się wyra­stać tuż przed nami.

– Patrz! Isten szek! (czyli „sie­dziba Boga”) – krzyk­nął, po czym prze­że­gnał się naboż­nie.

Wkrótce słońce zaczęło opa­dać coraz niżej, a nas oto­czył wie­czorny mrok. Zachód słońca zda­wał się trwać dłu­żej niż zwy­kle, bo ośnie­żone szczyty zatrzy­my­wały resztki pro­mieni, świe­cąc deli­katną różową poświatą. Od czasu do czasu mija­li­śmy Cze­chów i Sło­wa­ków w malow­ni­czych stro­jach. Przy dro­dze stały liczne krzyże, a moi towa­rzy­sze żegnali się za każ­dym razem, gdy prze­jeż­dża­li­śmy obok nich. Przed kaplicz­kami klę­czeli wie­śniacy, któ­rzy nawet się nie odwra­cali, sły­sząc tur­kot kół, jakby ota­cza­jący ich świat na tę chwilę prze­sta­wał ist­nieć. Wiele rze­czy było dla mnie nowych. Na przy­kład stogi siana na ogło­wio­nych drze­wach i sku­pi­ska brzóz, któ­rych białe pnie lśniły sre­brzy­ście pomię­dzy deli­katną zie­le­nią liści.

Cza­sami mija­li­śmy chłop­skie wozy, na któ­rych sie­dzieli wra­ca­jący do domu wie­śniacy – Czesi w bia­łych, a Sło­wacy kolo­ro­wych bara­ni­cach – trzy­ma­jąc sie­kierki na dłu­gich trzon­kach niczym lance. Po zapad­nię­ciu zmroku tem­pe­ra­tura znacz­nie spa­dła, a świat pogrą­żył się w opa­rach ciem­nej mgły i tylko w doli­nach wci­na­ją­cych się głę­boko pomię­dzy wzgó­rza to tu, to tam pięły się w górę ciemne jodły, odci­na­jące się wyraź­nie na tle leżą­cego jesz­cze na zbo­czach śniegu. Gdy droga prze­ci­nała sosnowy las, masy sza­ro­ści zale­ga­ją­cej w koro­nach drzew two­rzyły szcze­gól­nie dziwny i uro­czy­sty nastrój. Cza­sami zbo­cza wzgórz były tak strome, że mimo wysił­ków naszego woź­nicy konie musiały zwol­nić. Chcia­łem wysiąść z wozu i popro­wa­dzić je za uzdę, tak jak to robimy w domu, ale fur­man nawet nie chciał o tym sły­szeć.

– Nie, nie – powie­dział. – Nie wolno wysia­dać. Tu są dzi­kie psy. – A potem dodał z ponurą uprzej­mo­ścią, spo­glą­da­jąc na pasa­że­rów, któ­rzy uśmiech­nęli się do niego poro­zu­mie­waw­czo: – Będzie miał pan dosyć takich atrak­cji, zanim dzi­siaj położy się spać.

Zatrzy­mał się po dro­dze zresztą tylko raz, aby zapa­lić lampy.

Noc wywo­łała pewne poru­sze­nie u moich współ­to­wa­rzy­szy, któ­rzy nie prze­sta­wali popę­dzać woź­nicy. Ten bez­li­to­śnie sma­gał konie dłu­gim batem, co chwila wyda­jąc gło­śne okrzyki, aby zmu­sić je do jesz­cze szyb­szego galopu. Nagle w ciem­no­ści zoba­czy­łem przed nami coś na kształt smugi sza­rego świa­tła, która wyglą­dała jak szcze­lina pomię­dzy wzgó­rzami. Pod­nie­ce­nie pasa­że­rów jesz­cze się wzmo­gło. Sza­lony powóz koły­sał się na skó­rza­nych reso­rach jak łódka na wzbu­rzo­nym morzu. Musia­łem się mocno trzy­mać. Droga pięła się w górę, a my zda­wa­li­śmy się wzla­ty­wać w powie­trze. Góry były coraz bli­żej i spo­glą­dały na nas groź­nie. Wjeż­dża­li­śmy na prze­łęcz Borgo. Pasa­że­ro­wie jeden po dru­gim zaczęli wrę­czać mi pre­zenty – wci­skali mi je do rąk ze szczerą tro­ską, która nie zaak­cep­to­wa­łaby odmowy. Podarki były naj­dziw­niej­sze, ale każ­demu towa­rzy­szyło dobre słowo, bło­go­sła­wień­stwo i ta sama mie­szanka oso­bli­wych gestów, które widzia­łem przed hote­lem w Bystrzycy: znak krzyża i ochrony przed złym okiem. W pew­nej chwili woź­nica wychy­lił się do przodu i zaczął wpa­try­wać się w ciem­ność. Naj­wy­raź­niej wszy­scy ocze­ki­wali, że sta­nie się coś bar­dzo eks­cy­tu­ją­cego, ale choć pyta­łem o to innych pasa­że­rów, nikt nie udzie­lił mi żad­nej odpo­wie­dzi. Pod­nie­ce­nie towa­rzy­szyło nam jesz­cze przez jakiś czas, aż w końcu zoba­czy­li­śmy po wschod­niej stro­nie prze­łęcz. Prze­ta­czały się nad nią ciemne chmury, a w powie­trzu czuć było nad­cho­dzącą burzę. Zaczą­łem wypa­try­wać powozu, który miał mnie zabrać do hra­biego, ota­czała nas jed­nak nie­prze­nik­niona ciem­ność. Jedy­nym źró­dłem świa­tła były migo­czące pło­mie­nie naszych lamp, w któ­rych bla­sku paru­jąca skóra pra­wie zajeż­dżo­nych koni two­rzyła białą chmurę. Przed nami roz­po­ście­rał się piasz­czy­sty trakt, ni­gdzie nie było jed­nak śladu powozu. Pasa­że­ro­wie opa­dli na sie­dze­nia z rado­ścią, która zda­wała się kpić z mojego roz­cza­ro­wa­nia. Zaczą­łem się zasta­na­wiać, co zro­bić w tej sytu­acji, a wtedy woź­nica spoj­rzał na zega­rek i powie­dział do pasa­że­rów coś, co zabrzmiało jak: „godzina przed cza­sem”. Potem odwró­cił się do mnie i prze­mó­wił po nie­miecku:

– Nie ma żad­nego powozu. Nikt tu pana nie ocze­kuje. Pan poje­dzie teraz do Buko­winy i wróci jutro, a naj­le­piej poju­trze.

Gdy to mówił, konie zaczęły rżeć, par­skać i bić kopy­tami o zie­mię tak gwał­tow­nie, że woź­nica musiał ścią­gnąć lejce. Przy akom­pa­nia­men­cie krzy­ków wie­śnia­ków i zbio­ro­wego żegna­nia się zna­kiem krzyża z ciem­no­ści wyło­niła się zaprzę­żona w cztery konie kolasa, która wyje­chała zza naszego powozu, okrą­żyła go i sta­nęła tuż przed nim. Zdo­ła­łem dostrzec w świe­tle lamp, że konie są czarne jak węgiel i bar­dzo piękne. Powo­ził wysoki męż­czyzn z długą ciemną brodą i w wiel­kim czar­nym kape­lu­szu, który skry­wał jego twarz. Jego jasne oczy wyda­wały się lśnić czer­wie­nią, gdy na nas spo­glą­dał.

– Jesteś dziś wcze­śniej, przy­ja­cielu – powie­dział do naszego woź­nicy.

– Angiel­ski Herr bar­dzo się spie­szył – wyją­kał woź­nica w odpo­wie­dzi.

– I zapewne dla­tego chcia­łeś go zawieźć do Buko­winy. Nie oszu­kasz mnie, przy­ja­cielu. Wiem zbyt wiele, a moje konie są szyb­kie.

Gdy się uśmiech­nął, świa­tło lampy padło na zacięte usta o bar­dzo czer­wo­nych war­gach, spo­mię­dzy któ­rych wysta­wały ostre zęby, białe jak kość sło­niowa. Jeden z pasa­że­rów wyre­cy­to­wał szep­tem frag­ment Lenory Bürgera: Denn die Tod­ten reiten schnell (zmarli podró­żują szybko).

Dziwny woź­nica musiał to usły­szeć, bo uśmiech­nął się olśnie­wa­jąco. Moi współ­pa­sa­że­ro­wie odwró­cili od niego twa­rze i prze­że­gnali się.

– Podaj­cie bagaż tego pana! – zażą­dał.

Torby zostały prze­nie­sione do kolasy nad wyraz ocho­czo. Męż­czy­zna podał mi dłoń, aby pomóc przy wysia­da­niu i wsia­da­niu, i chwy­cił moje ramię w sta­lo­wym uści­sku. Musi być kolo­sal­nie silny.

Bez słowa zebrał lejce, konie zawró­ciły i pogrą­ży­li­śmy się w ciem­no­ściach prze­łę­czy. Gdy się obej­rza­łem, zoba­czy­łem parę uno­szącą się z koń­skich grzbie­tów i towa­rzy­szy mojej podróży, żegna­ją­cych się gor­li­wie zna­kiem krzyża. Potem powóz ruszył w dal­szą drogę do Buko­winy. Gdy znik­nął, prze­szedł mnie dziwny dreszcz i poczu­łem przej­mu­jącą samot­ność. Ale zaraz narzu­cono mi na ramiona pele­rynę, a nogi opa­tu­lono kocem.

– Noc jest chłodna, mein Herr, a mój pan, hra­bia, naka­zał mi się panem zaopie­ko­wać – oznaj­mił woź­nica dosko­nałą niem­czy­zną. – Pod sie­dze­niem znaj­dzie pan flaszkę śli­wo­wicy (tutej­szej śliw­ko­wej brandy), jeśli ma pan ochotę.

Nie mia­łem, ale pocie­szyła mnie myśl, że tam leży. Czu­łem się nieco dziw­nie i bałem się. Gdyby wtedy poja­wiła się jaka­kol­wiek moż­li­wość, pew­nie bym z niej sko­rzy­stał zamiast podej­mo­wać tę nocną wyprawę w nie­znane. Konie od razu zerwały się do galopu. Nagle zawró­ci­li­śmy i poje­cha­li­śmy zupeł­nie inną drogą. Wydało mi się, że zaczy­namy krę­cić się w kółku, zapa­mię­ta­łem więc kilka cha­rak­te­ry­stycz­nych punk­tów i moje podej­rze­nia się potwier­dziły. Zapy­tał­bym woź­nicę, co to ma zna­czyć, ale oba­wia­łem się, że jaki­kol­wiek pro­test w mojej sytu­acji będzie bez­ce­lowy.

W końcu jed­nak z cie­ka­wo­ści zapa­li­łem zapałkę i oświe­tli­łem tar­czę zegarka, aby spraw­dzić, która godzina. Było kilka minut przed pół­nocą. Prze­szedł mnie dreszcz – ogól­nie znane prze­sądy doty­czące tej noc­nej pory mie­szały się w mojej gło­wie z tym, czego się nie­dawno dowie­dzia­łem. Cze­ka­łem więc, drżąc z napię­cia i nie­pew­no­ści.

Nagle gdzieś w pobli­skiej zagro­dzie zaczął wyć pies – długo i prze­raź­li­wie, jakby ze stra­chu. Dołą­czyły do niego inne psy, a wiatr nio­sący się przez prze­łęcz spra­wił, że nagle zawyła cała oko­lica. To zde­ner­wo­wało nasze konie, ale woź­nica prze­mó­wił do nich koją­cym gło­sem i wkrótce się uspo­ko­iły, choć drżały i pociły się jak po dłu­gim biegu. Nagle z oddali, z gór, dotarły do nas inne odgłosy – gło­śniej­sze i bar­dziej ostre wycie wil­ków, które wywarło taki sam wpływ i na mnie, i na konie. Chcia­łem wysko­czyć z kolasy i ucie­kać, a konie znów zaczęły bić kopy­tami o zie­mię i sta­wać dęba, woź­nica musiał więc użyć wszyst­kich sił, aby nie ponio­sły. Po kilku minu­tach moje uszy przy­wy­kły jed­nak do tego dźwięku, a konie uspo­ko­iły się na tyle, że woź­nica mógł zejść z kozła i sta­nąć przed nimi.

Pokle­py­wał je po grzbie­tach, uspo­ka­jał i szep­tał im coś do uszu tak jak zakli­na­cze. Przy­nio­sło to ocze­ki­wany rezul­tat, bo choć na­dal drżały, znów stały się posłuszne. Woź­nica wspiął się na kozła i potrzą­sa­jąc lej­cami, ruszył od razu galo­pem. Tym razem po dotar­ciu na skraj prze­łę­czy skrę­cił nagle gwał­tow­nie w prawo.

Wkrótce oto­czyły nas drzewa, któ­rych korony two­rzyły nad nami coś na kształt bal­da­chimu. Po obu stro­nach drogi wyra­stały wiel­kie pomarsz­czone kamie­nie. Wiatr jęczał i świsz­czał pomię­dzy nimi, a gałę­zie drzew zde­rzały się, gdy pod nimi prze­jeż­dża­li­śmy. Było coraz zim­niej i w końcu zaczął sypać drobny, sypki śnieg, na tyle gęsty, że szybko wszystko wokół nas pokryło się bia­łym puchem. Wiatr niósł ze sobą wycie psów, które jed­nak sła­bło w miarę poko­ny­wa­nia przez nas wybo­istej drogi. Sko­wyt wil­ków był jed­nak coraz bli­żej, jakby te dra­pież­niki ota­czały nas ze wszyst­kich stron. Woź­nica jed­nak zda­wał się tym w ogóle nie przej­mo­wać. Odwra­cał tylko głowę to w prawo, to w lewo, ja jed­nak nie potra­fi­łem cokol­wiek dostrzec w tych ciem­no­ściach.

Nagle z lewej strony poja­wił się migo­czący błę­kitny ognik. Woź­nica od razu go zauwa­żył. Ścią­gnął lejce, zesko­czył z kozła i znik­nął w mroku. Nie wie­dzia­łem, co robić, a wycie wil­ków przy­bie­rało na sile. Gdy się zasta­na­wia­łem, woź­nica wró­cił i bez słowa zajął miej­sce na koźle. Chyba zasną­łem i śni­łem o tym incy­den­cie, bo wydaje mi się, że sytu­acja raz po raz się powta­rzała jak jakiś okropny kosz­mar. Gdy tylko przy dro­dze poja­wiał się ognik, woź­nica ścią­gał lejce, pod­bie­gał do niego, zbie­rał z drogi kilka kamieni i ukła­dał je w coś na kształt stosu.

W pew­nym momen­cie zaszło bar­dzo dziwne zja­wi­sko optyczne. Woź­nica sta­nął pomię­dzy mną a pło­my­kiem, ale go nie prze­sło­nił, bo przez cały czas mogłem dostrzec jego migo­ta­nie. Bar­dzo mnie to wystra­szyło, ale że trwało tylko krótką chwilę, dosze­dłem do wnio­sku, że to oczy mnie zwio­dły, zmę­czone dłu­gim wpa­try­wa­niem się w mrok. Potem przez jakiś czas nie było błę­kit­nych pło­my­ków i pędzi­li­śmy przez noc w akom­pa­nia­men­cie wycia wil­ków, które naj­wy­raź­niej podą­żały za nami.

Za któ­rymś razem woź­nica odszedł znacz­nie dalej niż zazwy­czaj, a w cza­sie jego nie­obec­no­ści konie zaczęły moc­niej drżeć, pry­chać i prze­raź­li­wie rżeć. Nie mogłem zro­zu­mieć przy­czyny ich zacho­wa­nia, bo wycie wil­ków ustało. Wtedy księ­życ wypły­nął spo­mię­dzy ciem­nych chmur i w jego świe­tle ujrza­łem, że jeste­śmy oto­czeni przez wilki z bia­łymi kłami, zwi­sa­ją­cymi z pysków czer­wo­nymi jęzo­rami, dłu­gimi, żyla­stymi łapami i zmierz­wio­nymi futrami. Były po sto­kroć bar­dziej prze­ra­ża­jące w tej ponu­rej ciszy niż wtedy, gdy wyły. Spa­ra­li­żo­wał mnie strach. Dopiero gdy czło­wiek sta­nie twa­rzą twarz z praw­dziwą grozą, może pojąć zna­cze­nie tych słów.

Nagle wilki znów zaczęły wyć, jakby świa­tło księ­życa miało na nie jakiś szcze­gólny wpływ. Konie sta­nęły dęba i zaczęły bez­rad­nie roz­glą­dać się dokoła, świe­cąc biał­kami oczu. Prze­ra­ża­jący żywy pier­ścień ota­czał nas ze wszyst­kich stron i unie­moż­li­wiał jaki­kol­wiek ruch. Zaczą­łem przy­wo­ły­wać woź­nicę; wyda­wało mi się, że nasza jedyna szansa to prze­drzeć się przez ten pier­ścień i pomóc mu wró­cić do kolasy. Krzy­cza­łem i wali­łem dło­nią w boczną ścianę powozu w nadziei, że hałas odstra­szy sto­jące naj­bli­żej dra­pież­niki, co pozwoli woź­nicy prze­do­stać się do dwu­kółki. Nie wiem, jak się tam zna­lazł, ale nagle usły­sza­łem pod­nie­siony, roz­ka­zu­jący głos, a gdy spoj­rza­łem w kie­runku, z któ­rego dobie­gał, ujrza­łem woź­nicę sto­jącego na dro­dze. Kiedy zaczął machać dłu­gimi rękami, jak gdyby usu­wał jakąś nie­wi­doczną prze­szkodę, wilki zaczęły się wyco­fy­wać. Wła­śnie wtedy ciemna chmura prze­sło­niła tar­czę księ­życa, pogrą­ża­jąc świat w mroku.

Kiedy zro­biło się nieco jaśniej, zoba­czy­łem, że woź­nica sadowi się na koźle, a wilki znik­nęły. Wszystko to było tak dziwne i nie­sa­mo­wite, że ogar­nął mnie para­li­żu­jący strach, unie­moż­li­wia­jąc mi ruch i mówie­nie. Ruszy­li­śmy w dal­szą drogę w kom­plet­nych nie­mal ciem­no­ściach, bo prze­ta­cza­jące się po nie­bie chmury znów przy­sło­niły księ­życ.

Wspi­na­li­śmy się mozol­nie pod górę. Nagle dostrze­głem, że woź­nica wpro­wa­dza konie na dzie­dzi­niec ogrom­nego, zruj­no­wa­nego zamku. Z wyso­kich, ciem­nych okien nie wydo­sta­wał się naj­mniej­szy nawet pro­mień świa­tła, a popę­kane baszty odci­nały się postrzę­pioną linią na tle nieba.

Roz­dział 2

DZIEN­NIK JONA­THANA HAR­KERA (ciąg dal­szy)

5 maja

Musia­łem zasnąć, bo gdy­bym czu­wał, z pew­no­ścią zauwa­żył­bym to nie­zwy­kłe miej­sce, gdy się do niego zbli­ża­li­śmy. Było ciemno, ale zdo­ła­łem dostrzec spo­rych roz­mia­rów dzie­dzi­niec, z któ­rego kilka dróg wio­dło pomię­dzy wiel­kie łuko­wate skle­pie­nie. W świe­tle dzien­nym dzie­dzi­niec może oka­zać się więc jesz­cze więk­szy.

Gdy powóz się zatrzy­mał, woź­nica zesko­czył z kozła i wycią­gnął dłoń, aby pomóc mi przy wysia­da­niu. Nie mogłem po raz kolejny nie zauwa­żyć jego ogrom­nej siły. Jego ręka przy­po­mi­nała sta­lowe ima­dło, które mogłoby zmiaż­dżyć moją dłoń, gdyby tylko tego zapra­gnął. Wziął moje bagaże i posta­wił je tuż przy mnie. Sta­ną­łem naprze­ciw masyw­nych wie­ko­wych wrót, nabi­ja­nych ogrom­nymi żela­znymi ćwie­kami. Kamienny por­tyk zdo­biły liczne rzeź­bie­nia, znisz­czone przez czas i pogodę. Gdy tak sta­łem, woź­nica wsko­czył na kozła i ścią­gnął wodze. Konie ruszyły przed sie­bie i znik­nęły wraz z kolasą w jed­nym ze skle­pio­nych przejść.

Nawet nie drgną­łem, nie wie­dząc zupeł­nie, co powi­nie­nem zro­bić. Ni­gdzie nie było śladu dzwonka czy kołatki. Mój głos nie prze­nik­nąłby tych pomarsz­czo­nych ścian albo zagi­nąłby wśród mrocz­nych skle­pień. Cze­ka­łem tak więc bez końca, aż zaczęły wzbie­rać we mnie zwąt­pie­nie i lęk. W jakież to dziwne miej­sce przy­gnał mnie los i pomię­dzy jakich ludzi? W jakiej to ponu­rej przy­go­dzie biorę udział? Czy to nor­malne, aby apli­kanta nota­rial­nego wysy­łać za gra­nicę, by tłu­ma­czył obco­kra­jow­cowi zawi­ło­ści zakupu nie­ru­cho­mo­ści w Lon­dy­nie? Apli­kanta! Minie by się to nie spodo­bało. Raczej nota­riu­sza, bo prze­cież tuż przed wyjaz­dem otrzy­ma­łem infor­ma­cję, że zda­łem z powo­dze­niem egza­min i teraz jestem nota­riu­szem pełną gębą! Zaczą­łem pocie­rać oczy i szczy­pać się w ramię, aby spraw­dzić, czy się nie obu­dzę. Wszystko zaczęło wyda­wać mi się strasz­li­wym kosz­ma­rem, z któ­rego nagle zapra­gną­łem się obu­dzić we wła­snym łóżku. Moje ciało jed­nak zare­ago­wało na szczy­pa­nie, a oczu nie dało się oszu­kać. To nie sen, a ja byłem w samym sercu Kar­pat. Teraz mogłem jedy­nie uzbroić się w cier­pli­wość i cze­kać na świt.

Gdy tylko o tym pomy­śla­łem, usły­sza­łem cięż­kie kroki zbli­ża­jące się do drzwi, a w szcze­li­nach ujrza­łem prze­bły­ski świa­tła. Następ­nie roz­legł się brzęk łań­cu­chów i szczęk pod­no­szo­nych rygli. W zamku obró­cił się klucz, wyda­jąc gło­śny zgrzyt, świad­czący o tym, że od dawna już go nie uży­wano, i masywne podwoje się uchy­liły.

Sta­nął w nich wysoki, star­szy męż­czy­zna, gładko ogo­lony, lecz z dłu­gimi, bia­łymi wąsami, odziany od stóp do głów w czerń, bez jed­nej barw­nej plamy. W ręku trzy­mał antyczną srebrną lampę, a nie­osło­nięty niczym pło­mień drżał i rzu­cał migo­czące cie­nie, opie­ra­jąc się męż­nie prze­cią­gowi. Nie­zna­jomy pozdro­wił mnie kur­tu­azyj­nie prawą dło­nią i prze­mó­wił dosko­nałą angielsz­czy­zną, lecz z dziwną into­na­cją.

– Witam w moim domu! Pro­szę wcho­dzić swo­bod­nie i z wła­snej nie­przy­mu­szo­nej woli!

Nie wyszedł mi naprze­ciw, ale stał tam jak posąg, jakby ten zapra­sza­jący gest obró­cił go w kamień. Jed­nak gdy tylko prze­sze­dłem przez próg, przy­su­nął się i chwy­cił moją dłoń z siłą, która przy­pra­wiła mnie o jęk, tym bar­dziej że jego ręka była zimna jak lód, jakby nale­żała nie do żywego czło­wieka, lecz do zmar­łego.

– Witam w moim domu! Pro­szę wcho­dzić swo­bod­nie i zosta­wić tro­chę szczę­ścia, które pan przy­nosi!

Z powodu siły uści­sku tak bar­dzo przy­po­mi­nał mi woź­nicę, któ­rego twa­rzy nie zdo­ła­łem prze­cież dostrzec, że przez chwilę wyda­wało mi się, że to jedna i ta sama osoba. Posta­no­wi­łem to spraw­dzić.

– Hra­bia Dra­kula?

Ukło­nił się z gra­cją.

– Ja jestem Dra­kula. Witam pana, panie Har­ker, w moim domu. Pro­szę wcho­dzić dalej, noc jest chłodna, a pan musi coś zjeść i odpo­cząć po podróży.

Gdy to mówił, powie­sił lampę na ścia­nie i odszedł, bio­rąc mój bagaż. Nie zdo­ła­łem go ubiec. Zapro­te­sto­wa­łem, ale zaczął nale­gać.

– Sir, jest pan moim gościem. Jest za późno, aby nie­po­koić służbę. Sam zadbam o pań­skie wygody.

Niósł mój bagaż przez długi kory­tarz, potem po wiją­cych się scho­dach do góry i przez kolejny kory­tarz, a nasze kroki dud­niły ciężko na kamien­nych posadz­kach. W końcu otwo­rzył masywne drzwi, a ja ucie­szy­łem się na widok jasno oświe­tlo­nego pokoju, w któ­rym cze­kał już stół nakryty do kola­cji. W wiel­kim kominku pło­nął ogień.

Hra­bia posta­wił walizki na ziemi, zamknął jedne drzwi i otwo­rzył dru­gie, wio­dące do nie­wiel­kiego ośmio­kąt­nego pomiesz­cze­nia, oświe­tlo­nego poje­dyn­czą lampą i pozba­wio­nego okien. Tam otwo­rzył następne drzwi i zapro­sił mnie do środka. Kolejny miły widok. Wsze­dłem do ogrom­nej sypialni, rzę­si­ście oświe­tlo­nej i rów­nież ogrze­wa­nej komin­kiem. Ogień roz­nie­cono nie­wiele wcze­śniej, bo polana na wierz­chu wciąż były świeże i pło­nęły, trza­ska­jąc. Hra­bia wniósł mój bagaż do sypialni, po czym zaczął zmie­rzać do wyj­ścia.

– Z pew­no­ścią musi się pan odświe­żyć po podroży – dodał jesz­cze, zanim zamknął drzwi. – Mam nadzieję, że znaj­dzie pan tutaj wszystko, co nie­zbędne. Gdy będzie pan gotowy, zapra­szam do tam­tego pokoju, gdzie znaj­dzie pan kola­cję.

Świa­tło, cie­pło kominka i nie­zwy­kle grzeczne zacho­wa­nie hra­biego roz­wiało wszyst­kie moje wąt­pli­wo­ści i lęki. Gdy wró­ci­łem do sie­bie, odkry­łem, że umie­ram z głodu. Po szyb­kiej toa­le­cie prze­sze­dłem do jadalni.

Kola­cję już podano. Mój gospo­darz stał przy ogrom­nym kominku i opie­rał się o kamienny gzyms. Gdy mnie zoba­czył, zapro­sił gestem do stołu.

– Pro­szę, aby pan usiadł i roz­ko­szo­wał się posił­kiem. Mam nadzieję, że wyba­czy mi pan, że do niego nie dołą­czę, ale obiad już jadłem, a do kola­cji nie zasia­dam z zasady.

Wrę­czy­łem mu zapie­czę­to­wany list, który powie­rzył mi pan Haw­kins. Otwo­rzył go od razu i prze­czy­tał z uwagą. Potem podał mi go z cza­ru­ją­cym uśmie­chem. Zwłasz­cza jeden frag­ment napeł­nił mnie rado­ścią.

„Żałuję, że atak poda­gry, na którą cier­pię od wielu lat, unie­moż­li­wia mi obec­nie jaką­kol­wiek podróż. Cie­szę się jed­nak, że mogę w swoim imie­niu posłać Panu zastęp­stwo, w któ­rym pokła­dam wiel­kie nadzieje. Ten młody czło­wiek jest pełen ener­gii i wie­lo­ra­kich talen­tów. Jest godny zaufa­nia i dys­kretny. Od wielu lat pra­cuje dla mnie. Z pew­no­ścią dołoży wszel­kich sta­rań, aby wła­ści­wie Panu pomóc w trak­cie swo­jego pobytu i przyj­mie od Pana wszel­kie instruk­cje”.

Hra­bia pod­szedł do stołu i oso­bi­ście zdjął pokrywki z naczyń, a ja poczu­łem wspa­niały zapach pie­czo­nego kur­czę­cia. Drób, ser, sałata i butelka sta­rego tokaju, któ­rego wypi­łem dwa kie­liszki, zło­żyły się na moją kola­cję. Gdy jadłem, hra­bia zadał mi mnó­stwo pytań doty­czą­cych mojej podróży, a ja po kolei opo­wie­dzia­łem mu wszystko, czego doświad­czy­łem.

Następ­nie, zgod­nie z życze­niem gospo­da­rza, przy­su­ną­łem sobie fotel do kominka i zapa­li­łem cygaro, któ­rym mnie poczę­sto­wał. Sam nie zapa­lił. W końcu nada­rzyła się oka­zja, abym mógł go poob­ser­wo­wać, i od razu zauwa­ży­łem, jak wyra­zi­stą ma fizjo­no­mię.

Rysy twa­rzy, orli, cienki nos i oso­bli­wie wygięte noz­drza oraz wyso­kie czoło ota­czają włosy prze­rze­dzone na skro­niach, lecz gdzie indziej bujne. Brwi ma bar­dzo krza­cza­ste, pra­wie zro­śnięte u nasady nosa. Usta, z tego, co zdo­ła­łem dostrzec pod cięż­kimi wąsami, są wąskie i wyglą­dają oso­bli­wie okrut­nie, gdy odsła­niają ostre, białe zęby. Te odro­binę wystają spo­mię­dzy warg, któ­rych krwi­sty kolor wska­zuje na nie­spo­ty­kaną w jego wieku żywot­ność. Uszy ma blade i ostro zakoń­czone, pod­bró­dek nato­miast sze­roki i silny, a policzki jędrne, choć szczu­płe. Nad wszyst­kim tym domi­nuje nad­zwy­czajna bla­dość.

Zauwa­ży­łem także, że grzbiety jego dłoni są białe i deli­katne, a wnę­trza szorst­kie i silne oraz, co naj­dziw­niej­sze, poro­śnięte wło­sami. Paznok­cie ma dłu­gie, zadbane i bar­dzo ostre. Hra­bia pochy­lił się i dotknął mojej dłoni, a ja nie zdo­ła­łem stłu­mić dresz­czu, który mną wstrzą­snął. Chyba to przez jego cuch­nący oddech poczu­łem nagle falę mdło­ści.

Naj­wy­raź­niej zauwa­żył moją reak­cję, bo natych­miast się cof­nął. Sie­dzie­li­śmy tak przez chwilę w mil­cze­niu, a gdy w końcu ośmie­li­łem się pod­nieść głowę, zauwa­żyłem, że świta. Świat zastygł w prze­dziw­nym bez­ru­chu. Nagle z doliny dobie­gło nas prze­cią­głe wycie stada wil­ków. Oczy hra­biego roz­bły­sły.

– Posłu­chaj ich, dzieci nocy. Cóż to za muzyka! – Musiał dostrzec dziwny gry­mas na mojej twa­rzy, bo dodał: – Ach, sir, wy, miesz­kańcy mia­sta, nie potra­fi­cie wczuć się w sytu­ację myśli­wego. – Wstał. – Musi pan być zmę­czony. Sypial­nia jest już przy­go­to­wana, może pan spać tak długo, jak zechce. Mnie nie będzie do póź­nego popo­łu­dnia. Życzę słod­kich snów!

Ukło­nił się kur­tu­azyj­nie, otwo­rzył mi drzwi do ośmio­kąt­nego pokoju, a do sypialni wsze­dłem już sam.

Wszystko wokół wpra­wia mnie w zdu­mie­nie. Czuję się nie­pew­nie. Lękam się. Myślę o dziw­nych rze­czach, do czego sam przed sobą boję się przy­znać. Boże, miej mnie w opiece, jeśli nie dla mnie, to dla moich bli­skich!

7 maja

Znów nad­szedł ranek. Przez ostat­nie dwa­dzie­ścia cztery godziny spa­łem i odpo­czy­wa­łem. Zbu­dzi­łem się późno. Gdy się ubra­łem, posze­dłem do pokoju, w któ­rym jadłem kola­cję, i zna­la­złem tam podane śnia­da­nie. Kawa w dzbanku, usta­wio­nym przy pale­ni­sku, wciąż jesz­cze była gorąca. Na stole zna­la­złem kartkę: „Przez jakiś czas mnie nie będzie. Pro­szę nie cze­kać. D.”. Usia­dłem więc i roz­ko­szo­wa­łem się pożyw­nym posił­kiem. Gdy skoń­czy­łem, posta­no­wi­łem poszu­kać dzwonka, aby dać służ­bie znać, że już skoń­czy­łem, ale go nie zna­la­złem. W domu tym co krok naty­kam się na naj­dziw­niej­sze braki, rzu­cają się one w oczy tym bar­dziej na tle ota­cza­ją­cych mnie dowo­dów wyjąt­ko­wej wręcz zamoż­no­ści. Ser­wis jest z czy­stego złota i wyko­nany został z taką dba­ło­ścią o szcze­góły, że musi być ogrom­nej war­to­ści. Zasłony oraz obi­cia krze­seł i sof czy dra­pe­rie przy moim łóżku są z naj­droż­szych i naj­pięk­niej­szych tka­nin. Musiały być bar­dzo dro­gie już wtedy, gdy je tkano, czyli całe wieki temu, choć są wzo­rowo utrzy­mane. Widzia­łem podobne w Hamp­ton Court, ale tamte były wybla­kłe, postrzę­pione i nad­je­dzone przez mole. W żad­nym z poko­jów nie ma jed­nak ani jed­nego zwier­cia­dła. Na moim sto­liku nie ma nawet zwy­kłego toa­le­to­wego lusterka, muszę więc posił­ko­wać się moim podróż­nym, gdy chcę się ogo­lić lub ucze­sać. Dotych­czas nie spo­tka­łem nikogo ze służby, nie sły­sza­łem w oko­licy zamku żad­nych odgło­sów poza wyciem wil­ków. Po posiłku – nie wiem, czy nazwać go śnia­da­niem, czy obia­dem, jako że spo­ży­łem go pomię­dzy piątą a szó­stą – zaczą­łem roz­glą­dać się za jakąś lek­turą, ponie­waż nie chcia­łem zwie­dzać zamku, nie zapy­taw­szy naj­pierw hra­biego o pozwo­le­nie. W pokoju nie było nic – ani ksią­żek, ani gazet, ani nawet przy­bo­rów do pisa­nia, otwo­rzy­łem więc kolejne drzwi i zna­la­złem coś w rodzaju biblio­teki. Pró­bo­wa­łem otwo­rzyć też następne, ale były zamknięte na klucz.

W biblio­tece, ku mojej wiel­kiej rado­ści, zna­la­złem bogaty wybór angiel­sko­ję­zycz­nych ksią­żek i całe tomy gazet i maga­zy­nów, tyle że nie pierw­szej świe­żo­ści. Stół pośrodku pokoju był nimi dosłow­nie usłany. Książki były bar­dzo róż­no­rodne tema­tycz­nie: z zakresu histo­rii, geo­gra­fii, poli­tyki, eko­no­mii poli­tycz­nej, bota­niki, geo­lo­gii, prawa; wszyst­kie nawią­zy­wały do Anglii i angiel­skiego stylu życia.

Gdy je prze­glą­da­łem, drzwi się otwo­rzyły i sta­nął w nich hra­bia Dra­kula. Powi­tał mnie ser­decz­nie i wyra­ził nadzieję, że dobrze spa­łem.

– Cie­szę się, że odna­lazł pan drogę do tego pokoju – kon­ty­nu­ował. – Jestem pewien, że znaj­dzie pan tutaj dużo rze­czy god­nych zain­te­re­so­wa­nia. One – hra­bia poło­żył dłoń na sto­sie ksią­żek – były moimi dobrymi przy­ja­ciół­kami przez wiele lat, odkąd wpa­dłem na pomysł prze­pro­wadzki do Lon­dynu, i dostar­czyły mi wiele przy­jem­no­ści. To z nich nauczy­łem się dużo o Anglii, a znać ten kraj zna­czy poko­chać go. Nie mogę się już docze­kać spa­ceru przez zatło­czone ulice wspa­nia­łego Lon­dynu, bycia w samym cen­trum tego spie­szą­cego dokądś wiru ludz­kiego, dzie­le­nia się z nim jego życiem, zmianą, śmier­cią i wszyst­kim, co ze sobą nie­sie. Ale, nie­stety! Dotych­czas mia­łem oka­zję poznać pana język tylko z ksią­żek. Musi się panu wyda­wać, drogi przy­ja­cielu, że śmiesz­nie w nim mówię.

– Ależ, hra­bio – odpar­łem – dosko­nale posłu­guje się pan angiel­skim!

Ukło­nił się poważ­nie.

– Dzię­kuję, drogi przy­ja­cielu, za twoją zbyt pochlebną ocenę, ale oba­wiam się, że przede mną jesz­cze daleka droga. Fak­tem jest, że znam gra­ma­tykę i słowa, ale nie wiem, jak je wyma­wiać.

– Naprawdę ma pan dosko­nałą wymowę.

– Ależ skąd. Gdy­bym zagad­nął jakie­goś lon­dyń­czyka, ten od razu wziąłby mnie za przy­by­sza. A to mi nie wystar­cza. Tutaj jestem szlach­ci­cem. Boja­rem. Lud mnie zna, jestem jego władcą. A obcy na obcej ziemi jest nikim. Ludzie go nie znają, a przez to go nie sza­nują. Będę usa­tys­fak­cjo­no­wany dopiero wtedy, gdy stanę się taki sam jak inni, gdy nikt, kto mnie zoba­czy czy usły­szy, nie stwier­dzi: „Ha! Obcy!”. Tak długo byłem panem, że muszę nim pozo­stać. Nikt nie może wyno­sić się ponad mnie. Przy­był tu pan nie tylko jako peł­no­moc­nik mojego dro­giego przy­ja­ciela Petera Haw­kinsa z Exe­ter, ale także aby opo­wie­dzieć mi wszystko o mojej nowej posia­dło­ści w Lon­dy­nie. Ufam, że zosta­nie pan ze mną na jakiś czas, abym przez roz­mowy z panem mógł nauczyć się popraw­nej angiel­skiej into­na­cji. Chciał­bym, aby popra­wiał mnie pan za każ­dym razem, gdy popeł­nię błąd, nawet naj­mniej­szy. Przy­kro mi, że dziś tak długo byłem poza domem, ale liczę, że wyba­czy pan to nie­do­pa­trze­nie swo­jemu gospo­da­rzowi, który ma na gło­wie tak wiele waż­nych spraw.

Obie­ca­lem hra­biemu, że zro­bię co w mojej mocy, i zapy­ta­łem, czy mogę przy­cho­dzić do tego pokoju, kiedy będę miał na to ochotę.

– Ależ oczy­wi­ście – zapew­nił mnie. – Może pan swo­bod­nie poru­szać się po zamku, pro­szę tylko usza­no­wać drzwi zamknięte na klucz. Jest powód, dla któ­rego sprawy tak się mają i gdyby pan miał moją wie­dzę i moje postrze­ga­nie świata, na pewno pan by to zro­zu­miał. – Nie ośmie­li­łem się zaprze­czyć, kon­ty­nu­ował więc: – Jeste­śmy w Tran­syl­wa­nii, a Tran­syl­wa­nia to nie Anglia. Nasze zwy­czaje róż­nią się od waszych, wiele rze­czy może więc się panu wydać dziw­nymi. Z tego, co mi pan opo­wie­dział o swo­ich doświad­cze­niach, wnio­skuję, że wie pan już coś na ten temat.

To stało się impul­sem do inte­re­su­ją­cej kon­wer­sa­cji. Było widoczne, że hra­bia chce mówić, choćby nawet dla samej przy­jem­no­ści mówie­nia, zada­łem mu więc wiele pytań doty­czą­cych tego, co mi się przy­da­rzyło lub zaprzą­tało moje myśli. Cza­sami zby­wał temat lub uda­wał, że nie rozu­mie, ale na więk­szość moich pytań odpo­wie­dział szcze­rze. Po pew­nym cza­sie, gdy bar­dziej się ośmie­li­łem, zapy­ta­łem także o dziwne wyda­rze­nia z ostat­niej nocy, w tym o to, dla­czego woź­nica szu­kał nie­bie­skich pło­my­ków. Hra­bia wyja­śnił mi, że ludzie tutaj powszech­nie wie­rzą, że w pewną noc roku, w zasa­dzie wła­śnie w poprzed­nią, wszyst­kie złe duchy zostają uwol­nione, a taki wła­śnie ognik poja­wia się nad każ­dym miej­scem, w któ­rym ukryto skarb.

– W regio­nie, przez który pan wczo­raj prze­jeż­dżał, rów­nież bez wąt­pie­nia coś ukryto. Ta kra­ina przez wieki była areną wojen pomię­dzy Woło­chami, Sasami a Tur­kami. Każda piędź ziemi nasią­kła krwią mężów, patrio­tów lub najeźdź­ców. Legenda głosi, że gdy przy­byli tu Austriacy i Węgrzy, tubylcy: męż­czyźni i kobiety, starcy i dzieci, wyszli na prze­łę­cze, aby ich powi­tać lawiną kamieni. Gdy jed­nak najeźdźcy w końcu zatrium­fo­wali, nie­wiele zna­leźli z tego, co zostało ukryte w tej przy­ja­znej ziemi.

– Ale jak to moż­liwe, że przez wieki nikt tego nie odna­lazł, jeśli miej­sca ukry­cia skar­bów są ozna­czone tak nie­za­wod­nie, że wystar­czy tylko uważ­nie patrzeć?

Hra­bia uśmiech­nął się, a jego wargi roz­cią­gnęły się nie­na­tu­ral­nie, uka­zu­jąc dzią­sła i dłu­gie, ostre, wil­cze kły.

– Każdy wie­śniak to w głębi serca tchórz i głu­piec! Te pło­myki uka­zują się tylko przez jedną noc w roku, a w tę noc żaden czło­wiek nie odważy się wychy­lić nosa zza swo­ich drzwi. A nawet jeśliby wychy­lił, drogi panie, i tak nie wie­działby, co ze sobą począć. Cóż, nawet wie­śniak, o któ­rym mówił mi pan, że ozna­czył miej­sce uka­za­nia się pło­myka, nie będzie wie­dział, gdzie szu­kać w świe­tle dnia. Rów­nież pan, ośmielę się stwier­dzić, nie odna­la­złby tego miej­sca.

– Ma pan rację. Nie miał­bym w ogóle poję­cia, gdzie zacząć szu­kać.

Zmie­ni­li­śmy temat.

– Pro­szę opo­wie­dzieć mi o Lon­dy­nie – popro­sił w końcu hra­bia – i o domu, który pan dla mnie nabył.

Prze­pro­siw­szy za swoje nie­dbal­stwo, wró­ci­łem do pokoju i wyją­łem z torby potrzebne doku­menty. Gdy je porząd­ko­wa­łem, usły­sza­łem brzęk sre­bra i por­ce­lany w sąsied­nim pokoju, a wra­ca­jąc do hra­biego, zauwa­ży­łem, że stół został uprząt­nięty i że zapa­lono świa­tła, jako że było już cał­kiem ciemno. Lampy świe­ciły się także w gabi­ne­cie czy biblio­tece, a hra­bia leżał na kana­pie i czy­tał porad­nik Brad­shawa. Gdy wsze­dłem do pokoju, oczy­ścił biurko z ksią­żek i papie­rów i wspól­nie zagłę­bi­li­śmy się w pla­nach, aktach praw­nych i licz­bach. Wszystko go inte­re­so­wało, zadał mi setki pytań o samą posia­dłość i jej oto­cze­nie. Naj­wy­raź­niej poczy­nił już jakieś bada­nia w tym kie­runku, bo wie­dział pra­wie tyle, co ja. Gdy o tym napo­mkną­łem, powie­dział:

– Cóż, przy­ja­cielu, to chyba oczy­wi­ste. Gdy tam pojadę, będę zdany tylko na sie­bie, a mojego dro­giego przy­ja­ciela Jona­thana Har­kera nie będzie tam, aby słu­żył mi radą i poma­gał. Będzie wtedy w Exe­ter, odda­lony o całe mile i pogrą­żony w pracy dla mojego przy­ja­ciela Petera Haw­kinsa.

Szcze­gó­łowo omó­wi­li­śmy zawi­ło­ści zakupu posia­dło­ści w Pur­fleet. Gdy o wszyst­kim mu opo­wie­dzia­łem i zdo­by­łem nie­zbędne pod­pisy, a następ­nie napi­sa­łem list do pana Haw­kinsa, hra­bia zapy­tał, jak zna­la­złem tak odpo­wied­nie miej­sce. Odczy­ta­łem więc notatki, które w tam­tym cza­sie poczy­ni­łem w moim dzien­niku:

„W Pur­fleet, przy bocz­nej dro­dze, natkną­łem się na miej­sce, które odpo­wiada wyma­ga­niom, z lako­niczną infor­ma­cją o wysta­wie­niu na sprze­daż. Posia­dłość ota­cza wysoki mur wie­ko­wej kon­struk­cji, zbu­do­wany z ogrom­nych kamieni, naj­wy­raź­niej od wielu lat nie­re­pe­ro­wany. Brama ze sta­rego dębu i żelaza jest zje­dzona przez rdzę.

Posia­dłość nazywa się Car­fax. Sam dom jest czwo­ro­boczny z fasa­dami zwró­co­nymi w cztery strony świata. Jest tu około dwu­dzie­stu akrów ziemi oto­czo­nych opi­sa­nym przeze mnie powy­żej solid­nym kamien­nym murem. Dużo tu drzew, przez co wszę­dzie panuje pół­mrok; jest także głę­boka sadzawka czy nie­wiel­kie jeziorko, naj­wy­raź­niej zasi­lane przez pod­ziemne źró­dło, bo woda jest czy­sta i wypływa z niego dużych roz­mia­rów strugą. Dom jest naprawdę duży i korze­niami zdaje się się­gać do cza­sów śre­dnio­wie­cza, jako że jedna z jego czę­ści ma nad­zwy­czaj grube ściany i tylko kilka okien umiesz­czo­nych wysoko i zakra­to­wa­nych żela­zem. Wygląda jak frag­ment baszty i znaj­duje się nie­da­leko sta­rej kaplicy bądź kościółka. Nie mogłem wejść do środka, ponie­waż nie mia­łem klu­cza, ale zro­bi­łem moim koda­kiem kilka zdjęć z róż­nych per­spek­tyw. Dom chyba do baszty dobu­do­wano, ale w bar­dzo nie­upo­rząd­ko­wany spo­sób, mogę więc tylko zga­dy­wać na pod­sta­wie terenu, jaki zaj­muje, że jest naprawdę ogromny. W pobliżu pra­wie nie ma innych zabu­do­wań, tylko pry­watny szpi­tal psy­chia­tryczny. Nie widać go jed­nak z posia­dło­ści”.

– Cie­szę się, że dom jest stary i duży – odparł hra­bia, gdy skoń­czy­łem czy­tać. – Sam pocho­dzę ze sta­rego rodu i nie chciał­bym miesz­kać w nowym budynku. Dom nie staje się zdatny do zamiesz­ka­nia w jeden dzień, a dni płyną, zamie­nia­jąc się w stu­le­cia. Cie­szę się rów­nież, że jest w pobliżu zabyt­kowa kaplica. My, tran­syl­wań­scy szlach­cice, lubimy mieć świa­do­mość, że nie spo­czniemy pomię­dzy zwy­kłymi śmier­tel­ni­kami. Nie szu­kam roz­ry­wek czy jasnej zmy­sło­wo­ści świa­tła sło­necz­nego i wody, które tak radują mło­dych i weso­łych. Jestem już stary, a moje serce, zmę­czone latami opła­ki­wa­nia zmar­łych, nie przy­wy­kło do zbyt­ków. Ściany mojego zamku nisz­czeją. Wszystko pogrąża się w cie­niu, a wiatr jęczy na popę­ka­nych blan­kach i w poła­ma­nych okien­ni­cach. Kocham cień i mrok, i fakt, że kiedy tylko chcę, mogę się zna­leźć sam na sam ze swo­imi myślami.

W jakiś spo­sób te słowa i wyraz twa­rzy hra­biego prze­czyły sobie wza­jem­nie – jego uśmiech stał się zło­śliwy i ponury.

Wtedy prze­pro­sił mnie i odda­lił się, pro­sząc, abym zło­żył doku­menty. Nie było go przez dłuż­szą chwilę, zaczą­łem więc prze­glą­dać leżące obok książki. Jedną z nich był atlas, otwarty, rzecz jasna, na mapie Anglii. Gdy się jej przyj­rza­łem, zauwa­ży­łem miej­sca obwie­dzione kół­kami, mię­dzy innymi posia­dłość hra­biego we wschod­nim Lon­dy­nie, dwie inne w Exe­ter i w Whitby na wybrzeżu York­shire.

Hra­bia wró­cił po pra­wie godzi­nie.

– Aha! A pan wciąż ślę­czy nad książ­kami? Dobrze! Ale nie musi pan cały czas pra­co­wać. Pro­szę za mną! Pana kola­cja jest już gotowa.

Wziął mnie pod ramię i prze­szli­śmy do jadalni, gdzie na stole stała już wyśmie­nita kola­cja. Hra­bia znów się od niej wymó­wił, twier­dząc, że jadł poza domem. Usiadł jed­nak obok i roz­ma­wia­li­śmy. Po kola­cji zapa­li­łem cygaro jak poprzed­niego wie­czoru, a hra­bia cały czas sie­dział obok, dys­ku­to­wał i zada­wał pyta­nia na wszel­kie moż­liwe tematy. Czu­łem, że robi się już bar­dzo późno, ale nic nie mówi­łem, ponie­waż jestem zobli­go­wany do wypeł­nia­nia życzeń mojego gospo­da­rza w każdy moż­liwy spo­sób. Nie byłem śpiący, bo wzmoc­nił mnie długi sen poprzed­niej nocy, ale nie zdo­ła­łem powstrzy­mać dresz­czu, który prze­cho­dzi każ­dego z nas o świ­cie. Podobno ludzie, któ­rym pisana jest śmierć, umie­rają wła­śnie o tej poran­nej godzi­nie albo w cza­sie przy­pływu. Nagle usły­sze­li­śmy pia­nie koguta, które roz­darło czy­ste powie­trze poranka.

– To już ranek! – rzu­cił hra­bia Dra­kula, wsta­jąc. – Cóż za nie­dbal­stwo z mojej strony trzy­mać pana tak długo na nogach. Musi pan w przy­szło­ści mniej inte­re­su­jąco opo­wia­dać o Anglii, mojej nowej ojczyź­nie, abym nie zapo­mi­nał o upły­wie czasu. – Potem ukło­nił się grzecz­nie i wyszedł.

Wró­ci­łem do swo­jego pokoju i roz­chy­li­łem zasłony, ale nie­wiele było na zewnątrz do oglą­da­nia. Okno wycho­dziło na podwórko i zoba­czy­łem tylko szare niebo. Zacią­gną­łem więc zasłony i opi­sa­łem ten dzień.

8 maja

Oba­wia­łem się z początku, że moje zapi­ski w dzien­niku są nie­zbyt upo­rząd­ko­wane, ale teraz cie­szę się, że sku­pi­łem się na szcze­gó­łach, bo w tym miej­scu jest coś tak dziw­nego, że nie mogę opa­no­wać uczu­cia nie­po­koju. Chciał­bym już stąd wyje­chać albo ni­gdy tu nie przy­jeż­dżać. Może to ta dzi­waczna nocna egzy­sten­cja prze­ma­wia przeze mnie. Oby! Gdyby tylko był tu ktoś, do kogo mógł­bym prze­mó­wić, łatwiej byłoby mi to znieść. Jest jed­nak tylko hra­bia. Zaczy­nam docho­dzić do wnio­sku, że jestem jedy­nym żyją­cym miesz­kań­cem tego zamku. Posta­ram się trzy­mać fak­tów. To pozwoli mi nie upaść na duchu i opa­no­wać jakoś wyobraź­nię. Jeśli się nie uda, będę zgu­biony. Muszę opi­sać swoje poło­że­nie.

Prze­spa­łem tylko kilka godzin i wsta­łem z uczu­ciem, że nie mogę już spać dłu­żej. Powie­si­łem przy oknie lusterko i wła­śnie mia­łem zacząć się golić. Nagle poczu­łem na ramie­niu czy­jąś dłoń i usły­sza­łem głos hra­biego: „Dzień dobry”. Wzdry­gną­łem się zdu­miony, że go nie zauwa­ży­łem, choć w lusterku odbi­jał się cały pokój. Zacią­łem się lekko, ale nie od razu to zauwa­ży­łem. Odpo­wie­dzia­łem na pozdro­wie­nie i odwró­ci­łem się do lustra, aby spraw­dzić, jak mogłem go nie zauwa­żyć. Tym razem nie mogło być mowy o pomyłce, ponie­waż stał tuż za mną i powi­nie­nem go zoba­czyć przez ramię. Tyle że w lustrze nie było jego odbi­cia! Widzia­łem cały pokój, ale ani śladu czło­wieka – oczy­wi­ście poza mną.

Zasko­czony, poczu­łem nie­po­kój, który ogar­nia mnie zawsze, gdy hra­bia jest w pobliżu, lecz tym razem to uczu­cie było sil­niej­sze. W tej samej chwili zauwa­ży­łem, że ska­le­cze­nie na twa­rzy krwawi, a krew kapie na pod­bró­dek. Odło­ży­łem brzy­twę i zaczą­łem roz­glą­dać się za opa­trun­kiem. Gdy hra­bia zoba­czył mój poli­czek, jego oczy zalśniły demo­niczną furią, a on sam chwy­cił mnie za gar­dło. Odsu­ną­łem się, a jego dłoń dotknęła paciorka różańca. Jakby pod wpły­wem tego dotyku furia znik­nęła tak szybko, że zaczą­łem wąt­pić w to, czego przed chwilą doświad­czy­łem.

– Pro­szę na sie­bie uwa­żać – powie­dział. – W tym kraju ska­le­cze­nia są bar­dzo nie­bez­pieczne. – Wziął moje lusterko. – A ta nędzna rzecz jest powo­dem tego nie­szczę­ścia. Fał­szywe świe­ci­dełko słu­żące ludz­kiej próż­no­ści. Do dia­bła z nim!

Otwo­rzył okno jed­nym ruchem swo­jej okrop­nej dłoni i wyrzu­cił lusterko, które roz­trza­skało się na tysiąc kawał­ków na kamie­niach dzie­dzińca. Potem odszedł bez słowa. To bar­dzo iry­tu­jące, bo nie wiem, jak mam się teraz golić, chyba że sko­rzy­stam z dewizki zegarka lub z dzbanka do mycia, który na szczę­ście jest z metalu.

W jadalni cze­kało już na mnie śnia­da­nie, ale ni­gdzie nie dostrze­głem hra­biego. Zja­dłem więc sam. To dziwne, ale ni­gdy dotąd nie widzia­łem, aby hra­bia jadł lub pił. To nie­zwy­kle oso­bliwy czło­wiek! Po śnia­da­niu odby­łem małą wycieczkę po zamku. Wysze­dłem na schody i zna­la­złem pokój z oknami wycho­dzą­cymi na połu­dnie.

Widok był wspa­niały, z mojego miej­sca mogłem wszystko dokład­nie zoba­czyć. Zamek stoi na skraju strasz­li­wego urwi­ska. Kamień wyrzu­cony z okna spa­dałby tysiąc stóp w dół, zanim dotknąłby cze­go­kol­wiek! Jak okiem się­gnąć, wszę­dzie roz­po­ście­rają się wierz­chołki zie­lo­nych drzew, tylko cza­sami roz­dzie­lone szcze­liną prze­pa­ści. Tu i ówdzie widać srebrne nitki rzek, wiją­cych się w wąwo­zach wśród lasów.

Nie mam jed­nak serca opi­sy­wać piękna, bo gdy nasy­ci­łem oczy tym wido­kiem, ruszy­łem dalej. Drzwi, drzwi, wszę­dzie drzwi, a wszyst­kie na głu­cho zamknięte. Wyjąw­szy okna, nie ma stąd żad­nego innego wyj­ścia. Zamek to wię­zie­nie, a jedy­nym więź­niem jestem ja!

Roz­dział 3

DZIEN­NIK JONA­THANA HAR­KERA (ciąg dal­szy)

Gdy zro­zu­mia­łem, że jestem więź­niem, ogar­nął mnie szał. Bie­ga­łem po scho­dach z góry na dół i z dołu do góry, pró­bu­jąc otwo­rzyć każde drzwi i wyglą­da­jąc przez każde okno, na które się natkną­łem, ale po krót­kiej chwili prze­ko­na­nie o wła­snej nie­mocy prze­mo­gło wszel­kie inne uczu­cia. Myślę teraz, że musia­łem naprawdę być sza­lony, bo zacho­wy­wa­łem się jak szczur w pułapce. Kiedy jed­nak poją­łem swoją bez­rad­ność, usia­dłem w ciszy i zaczą­łem się zasta­na­wiać, co mogę zro­bić. Wciąż o tym myślę, ale nie dosze­dłem jesz­cze do żad­nego kon­kret­nego wnio­sku. Jed­nego jestem pewien. Nie ma sensu dzie­lić się moimi spo­strze­że­niami z hra­bią. Wie dosko­nale, że jestem tu uwię­ziony, sam tego doko­nał z sobie tylko zna­nych powo­dów i zapewne oszuka mnie, jeśli mu zaufam. Nie mam więc innego wyj­ścia – muszę zacho­wać tę wie­dzę dla sie­bie i mieć oczy sze­roko otwarte. Jestem oszu­ki­wany jak dziecko przez swoje wła­sne lęki albo też zna­la­złem się w despe­rac­kim poło­że­niu, a jeśli tak, muszę użyć wszyst­kich sił, aby się stąd wydo­stać.

Gdy tylko pod­ją­łem tę decy­zję, usły­sza­łem trzask zamy­ka­nych drzwi wej­ścio­wych i zro­zu­mia­łem, że hra­bia powró­cił. Nie przy­szedł od razu do biblio­teki, ostroż­nie zakra­dłem się więc do swo­jego pokoju i zoba­czy­łem go ście­lą­cego mi łóżko. To było dziwne, lecz potwier­dziło moje wcze­śniej­sze wąt­pli­wo­ści co do obec­no­ści jakiej­kol­wiek służby w tym domu. Gdy chwilę póź­niej hra­bia zaczął nakry­wać stół w jadalni, upew­ni­łem się w tym prze­ko­na­niu. Jeśli wyko­nuje wszyst­kie te słu­żebne czyn­no­ści, nie­wąt­pli­wie jest to dowód na to, że w zamku nie ma nikogo innego, co ozna­cza, że to hra­bia powo­ził karetą, którą tu przy­je­cha­łem. Myśl ta jest prze­ra­ża­jąca, ponie­waż ozna­cza, że czło­wiek ten potrafi okieł­znać watahę wil­ków przez wycią­gnię­cie ręki. Czy to dla­tego ludzie w Bystrzycy i powo­zie tak się o mnie bali? Co ozna­czało obda­ro­wy­wa­nie różań­cem, czosn­kiem, dziką różą i jarzę­biną?

Niech Bóg bło­go­sławi tę dobrą kobie­cinę, która powie­siła mi na szyi róża­niec! Spływa na mnie pocie­cha i siła za każ­dym razem, gdy go dotknę. To dziwne, że rzecz, którą nauczono mnie trak­to­wać nie­przy­chyl­nie i jak zabo­bon, jest tak pomocna w samot­no­ści i smutku. Czy to sama istota tej rze­czy, czy może to tylko medium, prze­ka­zu­jące wspo­mnie­nia przy­jaźni i rado­ści? Kie­dyś, jeśli będę jesz­cze miał oka­zję, muszę prze­ana­li­zo­wać tę kwe­stię. Tym­cza­sem jed­nak muszę dowie­dzieć się wszyst­kiego, co tylko moż­liwe o hra­bim Dra­kuli, żeby móc zro­zu­mieć. Może dziś powie mi coś o sobie, jeśli odpo­wied­nio pokie­ruję roz­mową. Muszę być jed­nak bar­dzo ostrożny, aby nie wzbu­dzić jego podej­rzeń.

Pół­noc

Odby­łem długą roz­mowę z hra­bią. Zada­łem mu kilka pytań doty­czą­cych histo­rii Tran­syl­wa­nii, a on wyraź­nie zapa­lił się do tego tematu. Mówił o wyda­rze­niach, ludziach, a zwłasz­cza bitwach, jakby był przy tym wszyst­kim obecny. Wyja­śnił mi potem, że dla bojara duma jego rodu i nazwi­ska to jego wła­sna duma, ich chwała to jego chwała, a ich los to jego los. Gdy mówił o swo­jej rodzi­nie, uży­wał zaimka „my”, wyra­ża­jąc się cały czas w licz­bie mno­giej jak król. Chciał­bym móc dokład­nie zapi­sać jego opo­wieść, bo była nie­zwy­kle fascy­nu­jąca. Wyda­wało się, że zawiera całą histo­rię tego kraju. Mówie­nie go pod­nie­cało, cho­dził więc po pokoju, szar­piąc za wiel­kie białe wąsy i chwy­ta­jąc wszystko, co wpa­dło mu w ręce, jakby chciał to zgnieść swoją nad­ludzką siłą. Jeden ustęp z jego opo­wie­ści zapi­szę moż­li­wie dosłow­nie, zawiera on bowiem histo­rię jego rodu.

– My, Sekle­rzy, mamy prawo do dumy, ponie­waż w naszych żyłach pły­nie krew zna­mie­ni­tych ludów, które jak lwy wal­czyły o wła­dzę. Tu, do tego tygla wszyst­kich euro­pej­skich ras, ple­mię Ugrów prze­nio­sło z Islan­dii ducha walki, któ­rym obda­rzyli je Thor i Wodin i któ­rego ber­ser­ko­wie roz­sła­wili na wybrze­żach całej Europy, w Afryce i w Azji, aż ludzie zaczęli wie­rzyć, że to wil­ko­łaki. Gdy się tu zna­leźli, natknęli się na Hunów, któ­rych szał bojowy ogar­niał zie­mię niczym ogień, a umie­ra­jący utrzy­my­wali, że w ich żyłach pły­nie ogień sta­ro­żyt­nych wiedźm wypę­dzo­nych ze Scy­tii i parzą­cych się z dia­błami na pustyni. Głupcy, głupcy! Który dia­beł, która wiedźma mogliby rów­nać się wiel­ko­ścią z Attylą, któ­rego krew naprawdę pły­nie w tych żyłach? – Pod­niósł ręce. – Czy to takie dziwne, że doko­ny­wa­li­śmy pod­bo­jów, że byli­śmy dumni, że gdy Madzia­rzy, Lon­go­bar­do­wie, Awa­ro­wie, Buł­ga­rzy i Turcy nacie­rali tysią­cami na nasze gra­nice, my ich odpie­ra­li­śmy? Czy to dziwne, że gdy Arpad i jego oddziały zaj­mo­wali węgier­skie zie­mie, zna­leźli nas tutaj, kiedy dotarli do gra­nicy, że stam­tąd się nie ruszyli? A kiedy węgier­ska nawała prze­to­czyła się na wschód, Sekle­rzy zostali uznani przez zwy­cię­skich Madzia­rów za bratni lud i to wła­śnie nam przez wieki powie­rzano strze­że­nie gra­nicy z Tur­kami. Który spo­śród Czte­rech Naro­dów z więk­szym odda­niem niż my niósł krwawy miecz i w cza­sie wojny szyb­ciej odpo­wia­dał na wezwa­nie króla? Kiedy odku­piono wielką hańbę mojego narodu, hańbę Kosowa, gdzie sztan­dary Woło­chów i Madzia­rów upa­dły przed pół­księ­ży­cem? Kto, jeśli nie czło­nek mojego rodu prze­kro­czył Dunaj i poko­nał Turka na jego wła­snej ziemi? To był Dra­kula! Nie­stety, jego wła­sny nic nie­wart brat, gdy on sam poległ, sprze­dał jego lud Tur­kowi i spro­wa­dził nań hańbę nie­wol­nic­twa! Czy to nie ten Dra­kula natchnął innego ze swo­jego rodu, aby ten raz po raz prze­kra­czał ze swo­imi siłami wielką rzekę i gnę­bił Turka, a pobity wra­cał bez końca, choć musiał samot­nie ucie­kać z pola walki, gdy jego armia została wycięta w pień, bo wie­dział, że w końcu zatrium­fuje?! Mówili, że myśli tylko o sobie. Ba! Czymże są chłopi bez wodza? Gdzie koń­czy się wojna bez umy­słu i serca, by ją pro­wa­dzić? I znów po bitwie pod Moha­czem, gdy zrzu­ci­li­śmy węgier­skie jarzmo, to ród Dra­kuli był u wła­dzy, bo nasz duch nie ścierpi nie­woli. Ach, młody czło­wieku, Sekle­rzy i ród Dra­kuli jako ich serca, umy­sły i mie­cze mogą poszczy­cić się histo­rią, któ­rej par­we­niu­sze pokroju Habs­bur­gów i Roma­no­wów ni­gdy nie pojmą. Czas wojen dobiegł końca. Krew jest zbyt cenna w dniach hanieb­nego rozejmu, a chwała wiel­kich rodów to już tylko bajka.

Świ­tało, roze­szli­śmy się więc na spo­czy­nek. (Ten dzien­nik przy­po­mi­nać zaczyna począ­tek opo­wie­ści tysiąc i jed­nej nocy, ponie­waż wszystko koń­czy się, gdy pieją kury, albo ducha ojca Ham­leta).

12 maja

Roz­pocznę od fak­tów, nagich, skrom­nych fak­tów, wery­fi­ko­wal­nych przez książki i liczby, w które nie spo­sób wąt­pić. Nie mogę ich mylić z doświad­cze­niami pły­ną­cymi z obser­wa­cji. Poprzed­niego wie­czoru hra­bia przy­szedł do mojego pokoju i zaczął wypy­ty­wać o różne kwe­stie prawne i o to, jak robić inte­resy. Spę­dzi­łem nużący dzień nad książ­kami i aby zająć czymś myśli, prze­stu­dio­wa­łem po raz kolejny zagad­nie­nia, z któ­rych egza­mi­no­wano mnie w Lin­coln’s Inn. W docie­ka­niach hra­biego dało się zauwa­żyć pewną celo­wość, spró­buję więc zapi­sać je po kolei. Wie­dza na ten temat może mi się kie­dyś przy­dać.

Naj­pierw zapy­tał, czy w Anglii czło­wiek może mieć dwóch lub wię­cej peł­no­moc­ni­ków. Odpar­łem, że nawet tuzin, jeśli taka jego wola, ale nie­roz­sąd­nie byłoby anga­żo­wać kilku peł­no­moc­ni­ków do jed­nej trans­ak­cji, jako że tylko jeden może brać w niej udział, a doko­ny­wa­nie zmian w jej trak­cie szko­dzi­łoby inte­re­som. Chyba pojął, w czym rzecz, bo zaczął wypy­ty­wać, czy w prak­tyce wystą­pi­łyby trud­no­ści, gdyby jeden zaj­mo­wał się, powiedzmy, spra­wami ban­ko­wymi, a inny trans­por­tem mor­skim w sytu­acji, gdyby peł­no­moc­nik ban­kowy był odda­lony od por­tów. Popro­si­łem o dokład­niej­sze wyja­śnie­nia, aby przy­pad­kiem nie wpro­wa­dzić go w błąd.

– Podam przy­kład – powie­dział. – Nasz wspólny przy­ja­ciel, pan Peter Haw­kins, z cie­nia waszej prze­pięk­nej kate­dry w Exe­ter, odda­lo­nej dość sporo od Lon­dynu, kupuje mi z pana pomocą posia­dłość w Lon­dy­nie. Dobrze! Powiem szcze­rze, bo mogło się panu wydać dziwne, że sko­rzy­sta­łem z usług kogoś tak odda­lo­nego od Lon­dynu, że kie­ro­wała mną chęć unik­nię­cia sytu­acji, w któ­rej lokalne inte­resy są waż­niej­sze niż moje życze­nia. Lon­dyń­czyk mógłby mieć jakiś ukryty cel, chcieć przy­słu­żyć się sobie samemu lub przy­ja­cielowi, ja nato­miast chcia­łem, aby mój agent pil­no­wał tylko moich inte­re­sów. Przy­pu­śćmy jed­nak, że chciał­bym prze­trans­por­to­wać coś do New­ca­stle, Dur­ham, Har­wich czy Dover. Czy nie byłoby łatwiej zdać się na kogoś na miej­scu?

Odpar­łem, że z całą pew­no­ścią tak byłoby łatwiej, ale my, nota­riu­sze, dys­po­nu­jemy całą sie­cią wła­snych agen­cji, tak więc klient może po pro­stu zdać się na jed­nego peł­no­moc­nika, który spełni wszyst­kie jego życze­nia bez żad­nych pro­ble­mów.

– Ale mógł­bym rów­nież doglą­dać swo­ich inte­re­sów sam, czyż nie?

– Oczy­wi­ście – odpar­łem. – Wielu ludzi inte­resu na to wła­śnie się decy­duje, jeśli nie życzy sobie, aby ich sprawy były znane komu­kol­wiek innemu.

– Dobrze! – powie­dział i zaczął wypy­ty­wać mnie o spo­soby orga­ni­zo­wa­nia prze­wozu towa­rów oraz zwią­zane z tym for­mal­no­ści, a także wszel­kiego rodzaju trudy, jakie mogą się przy tej oka­zji poja­wić, a przed któ­rymi można się ustrzec dzięki prze­zor­no­ści. Wyja­śni­łem mu to naj­le­piej, jak umia­łem, nie mogąc oprzeć się wra­że­niu, że byłby z niego wspa­niały praw­nik, pomy­ślał bowiem o wszyst­kim i wszystko prze­wi­dział. Jak na czło­wieka, który ni­gdy nie był w Anglii i który naj­wy­raź­niej ni­gdy nie zaj­mo­wał się pro­wa­dze­niem inte­re­sów, miał fan­ta­styczną wie­dzę i prze­ni­kli­wość. Kiedy w końcu poczuł się usa­tys­fak­cjo­no­wany moimi wyja­śnie­niami, nagle wstał i zapy­tał:

– Czy pisał pan już do naszego dro­giego przy­ja­ciela Petera Haw­kinsa lub kogo­kol­wiek innego?

Z gory­czą odpar­łem, że nie dostrze­głem dotąd moż­li­wo­ści wysła­nia listu, nie było więc sensu.

– Napisz więc teraz, mój młody przy­ja­cielu – oznaj­mił, kła­dąc mi swoją ciężką dłoń na ramie­niu. – Napisz do naszego przy­ja­ciela i kogo jesz­cze chcesz i donieś im, że pozo­sta­niesz u mnie jesz­cze mie­siąc, licząc od dziś.

– Pra­gnie pan, abym został tak długo? – zapy­ta­łem, cierp­nąc na samą myśl o tym.

– Takie jest moje życze­nie i nie przyjmę odmowy. Kiedy pań­ski pra­co­dawca wysy­łał tu pana jako swo­jego przed­sta­wi­ciela, było jasne, że będzie się pan kie­ro­wał wyłącz­nie moimi potrze­bami. Nie ską­pi­łem środ­ków, nie­praw­daż?

Mogłem jedy­nie ski­nąć głową z rezy­gna­cją. Mia­łem kie­ro­wać się dobrem inte­re­sów pana Haw­kinsa, nie swoim wła­snym, a poza tym gdy hra­bia Dra­cula mówił, w jego oczach i posta­wie ujrza­łem coś, co przy­po­mniało mi, że jestem tylko więź­niem i że nie mam tak naprawdę wyboru. Hra­bia musiał dostrzec swoje zwy­cię­stwo w moim pochy­le­niu głowy, bo od razu zaczął wyko­rzy­sty­wać tę prze­wagę na swój wła­sny ugrzecz­niony spo­sób.

– Nale­gam, mój drogi, młody przy­ja­cielu, abyś w listach nie poru­szał zagad­nień innych niż służ­bowe. Nie­wąt­pli­wie two­ich przy­ja­ciół ucie­szy wia­do­mość, że jesteś cały i zdrowy, i że nie możesz się już docze­kać powrotu do domu, prawda?

Mówiąc te słowa, podał mi trzy arku­sze papieru listo­wego i trzy koperty. Były z naj­cień­szego papieru. Patrząc na nie i na jego roz­cią­gnięte w uśmie­chu krwi­sto­czer­wone wargi, odsła­nia­jące ostre, wil­cze kły, zro­zu­mia­łem, że muszę uwa­żać na to, co napi­szę, bo on to prze­czyta. Posta­no­wi­łem więc napi­sać tylko ofi­cjalne pisma, o resz­cie donieść panu Haw­kin­sowi w tajem­nicy, a do Miny napi­sać ste­no­gra­ficz­nie, co nie­wąt­pli­wie będzie dla hra­biego sta­no­wić zagadkę nie do roz­wią­za­nia. Napi­sa­łem moje dwa listy i zaczą­łem w ciszy czy­tać książkę, pod­czas gdy hra­bia pisał swoje. Potem wziął moje i poło­żył ze swo­imi, odło­żył przy­bory do pisa­nia i wyszedł. Gdy tylko drzwi zamknęły się za nim, pochy­li­łem się i spoj­rza­łem na koperty. Nie odczu­łem wyrzu­tów sumie­nia, ponie­waż w mojej sytu­acji mam prawo bro­nić się w każdy moż­liwy spo­sób.

Listy zaadre­so­wano do Samu­ela F. Bil­ling­tona, numer 7, Cre­scent, Whitby, pana Leut­nera w War­nie, do Coutts i spółka w Lon­dy­nie, i do panów Klop­stocka i Bil­l­reu­tha w Buda­pesz­cie. Dwa nie były jesz­cze zapie­czę­to­wane. Wła­śnie mia­łem do nich zaj­rzeć, gdy zoba­czy­łem, że klamka się poru­szyła. Opa­dłem na sie­dze­nie, ledwo zdą­żyw­szy wziąć do ręki książkę, gdy hra­bia z kolej­nym listem w ręku wró­cił do pokoju. Wziął listy ze stołu, ostem­plo­wał je i powie­dział:

– Ufam, że pan mi wyba­czy, ale mam dużo pracy. Mam nadzieję, że ma pan wszystko, czego mu trzeba. – Przy drzwiach przy­sta­nął i odwró­cił się do mnie. – Pro­szę przy­jąć dobrą radę, drogi przy­ja­cielu. Z całą powagą ostrze­gam pana, że nie powi­nien pan opusz­czać tych pokoi ani też noco­wać w innej czę­ści zamku. Budowla jest stara i gnieź­dzi się w niej wiele wspo­mnień i złych snów. Pro­szę uwa­żać! Jeśli sen zacznie pana morzyć, pro­szę spie­szyć do swo­jej sypialni, a odpocz­nie pan w spo­koju. Ale jeśli nie będzie pan ostrożny…

Zakoń­czył swoją prze­mowę maka­brycz­nym gestem umy­cia rąk. Zro­zu­mia­łem. Wąt­pi­łem tylko, czy jaki­kol­wiek sen mógłby być bar­dziej prze­ra­ża­jący niż ta nie­na­tu­ralna, strasz­liwa sieć mroku i zaga­dek, która zaczy­nała się wokół mnie zacie­śniać.

Póź­niej tej nocy

Potwier­dzam to, co napi­sa­łem powy­żej, ale tym razem już bez żad­nych wąt­pli­wo­ści. Nie oba­wiam się spać w żad­nym miej­scu, jeśli tylko jego tam nie ma. Umie­ści­łem róża­niec u wez­gło­wia mojego łóżka, mając nadzieję, że uwolni on mój spo­czy­nek od snów.

Po wyj­ściu hra­biego wró­ci­łem do sie­bie. Po jakimś cza­sie, nie sły­sząc żad­nych hała­sów, wysze­dłem na kory­tarz i scho­dami uda­łem się do pokoju z wido­kiem na połu­dnie. Roz­le­gła prze­strzeń nie­sie ze sobą powiew wol­no­ści, choć dla mnie pozo­staje rów­nie nie­do­stępna jak wąska ciem­ność dzie­dzińca. Wyglą­da­jąc przez okno, znów poczu­łem się jak wię­zień i zapra­gną­łem zaczerp­nąć choć odro­binę świe­żego powie­trza. Zaczy­nam się oba­wiać, że ta nocna egzy­sten­cja nisz­czy mi nerwy. Wzdry­gam się na widok wła­snego cie­nia, a głowę mam pełną prze­ra­ża­ją­cych obra­zów. Bóg jeden wie, że mój strach nie bie­rze się zni­kąd w tym prze­klę­tym miej­scu! Wyj­rza­łem przez okno, roz­ko­szu­jąc się łagod­nym świa­tłem księ­życa, pra­wie tak jasnym jak słońce. Wzgó­rza maja­czyły w oddali, a cie­nie dolin i wąwo­zów kąpały się w aksa­mit­nej czerni. Piękno mnie pocie­szyło. Z każ­dym odde­chem wstę­po­wały we mnie spo­kój i nadzieja. Gdy wychy­li­łem się z okna, zauwa­ży­łem kątem oka, że coś się poru­sza na pię­trze pode mną, na lewo, gdzie, jak się domy­śla­łem, znaj­dują się pokoje hra­biego. Scho­wa­łem się za kamienny por­tal i ostroż­nie wyj­rza­łem na zewnątrz.

Z okna wychy­liła się głowa hra­biego. Nie doj­rza­łem twa­rzy, ale roz­po­zna­łem go po szyi i ruchu ramion. Nie mógł­bym zresztą z niczym pomy­lić tych rąk, które mia­łem oka­zję wie­lo­krot­nie widy­wać. Z początku byłem zain­try­go­wany i nieco uba­wiony – to nie­zwy­kłe, jak dro­bia­zgi przy­cią­gają uwagę więź­nia – ale uczu­cia te szybko zastą­piły odraza i prze­ra­że­nie, gdy ujrza­łem całą jego syl­wetkę powoli wyła­nia­jącą się z okna i peł­znącą po ścia­nie zamku w dół w wiel­kiej pele­ry­nie, która wyglą­dała jak upiorne skrzy­dła. Z początku nie mogłem uwie­rzyć wła­snym oczom. Myśla­łem, że zwo­dzi mnie świa­tło księ­życa, gra cieni, ale gdy się tak w niego wpa­try­wa­łem, zrozumia­łem, że to nie może być ułuda. Widzia­łem palce rąk i stóp wcze­pia­jące się w kamienny mur w miej­scach, gdzie wykru­szyła się zaprawa – wyko­rzy­stu­jąc każdy występ i każdą nie­rów­ność hra­bia peł­znął w dół z zadzi­wia­jącą szyb­ko­ścią jak jasz­czurka.

Cóż to za czło­wiek, ba, nie czło­wiek, lecz istota pozor­nie czło­wiekiem będąca? Czuję, że upiorna atmos­fera tego miej­sca zaczyna brać górę. Boję się, potwor­nie się boję, że nie ma już dla mnie ucieczki. To jakiś hor­ror, o któ­rym nawet boję się myśleć.

15 maja