Dotyk Północy - Tulińska Ada - ebook + książka

Dotyk Północy ebook

Tulińska Ada

4,0

Opis

Laura po zdradzie chłopaka potrzebuje w życiu czegoś nowego. Wolontariat w dalekiej Norwegii wydaje się być idealnym pomysłem. Czy aby na pewno? Mistyczne zamkowe wnętrza, szeleszczące tkaniny, niepokojące nocne dźwięki to zaledwie zapowiedź baśniowych wydarzeń, które na nią czekają. Laura nawet sobie nie wyobraża, jak mroczną tajemnicę ukrywa rodzina, u której przebywa.

Gabriel, dziedzic rodu Seihval, ma zadanie do wykonania. Czy podoła wyzwaniu, gdy w grę wejdą uczucia do ślicznej wolontariuszki? Stanie przed trudnym wyborem: być lojalnym wobec rodu czy wobec serca...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 317

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (78 ocen)
36
21
10
9
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
AlicjaAmi

Dobrze spędzony czas

Niezła książka, ale trochę niedopracowana.Bohaterkę nieszczególnie dziwi obecność fantastycznych stworzeń.Skąd te wzajemne i silne uczucia między bohaterami,skoro niewiele było interakcji i rozmów między nimi?Zbyt chaotyczna i mało szczegółowa historia, ale mimo wszystko sprawdzę jak potoczy się dalej.
10
Broszarda

Nie oderwiesz się od lektury

zaskakująco fajna historia, trochę banalna, lekka i przyjemna, ciężko się oderwać
10
Ewakr1

Nie oderwiesz się od lektury

muszę przyznać że czytało mi się znakomicie
00
MariolaAndrzejczak

Nie oderwiesz się od lektury

NO NO NO takiej treści to się nie spodziewałam . świetna
00
jusiach

Nie oderwiesz się od lektury

Gorąco polecam. Od razu ma się ochotę chwycić za kolejny tom 😍
00

Popularność




Część I 

Do­tyk Pół­nocy

Część II

Od­dech Wschodu

Część III

Krzyk Po­łu­dnia

W przy­go­to­wa­niu

W ob­ję­ciach wroga

Dla mo­jej ma­łej iskierki, Mi­chasi

Prolog

Laura rzadko pa­mię­tała swoje sny, jed­nak kiedy tak się działo, mo­gła je od­two­rzyć w pa­mięci dość wy­raź­nie. Tej nocy śniła o od­le­głej, zim­nej, pół­noc­nej kra­inie. Oce­anem tar­gał nie­okieł­znany sztorm, który niósł z sobą tylko jedno prze­sła­nie: śmierć. W po­ło­wie wy­so­ko­ści muru skał, pię­trzą­cego się groź­nie w ciem­ność, wy­ra­stała po­nura bu­do­wla… Czy to był za­mek? Trudno po­wie­dzieć. Była prze­ogromna, ka­mienna. Lau­rze przy­wo­dziła na myśl chiń­ski mur, tylko na pla­nie spi­rali, z ele­men­tami zamku ro­mań­skiego. W cen­trum ser­pen­tyny znaj­do­wał się owalny bu­dy­nek. Czy była to wieża ob­ser­wa­cyjna? Ra­czej nie, ten gmach był zbyt po­tężny jak na zwy­kłą wieżę. Z dołu sły­chać było je­dy­nie huk wzbu­rzo­nych fal ude­rza­ją­cych wście­kle o ska­li­ste wy­brzeże. Ciem­no­gra­na­towe, nie­malże czarne bał­wany mor­skie chło­stały o szpi­cza­ste skały, zo­sta­wia­jąc na nich ścieżki bia­łej piany, a ostre kro­ple desz­czu bez­li­to­śnie za­ci­nały o ka­mie­ni­sty klif, ni­czym małe szty­lety. Słońce scho­wało się gdzieś da­leko za chmu­rami i na świe­cie pa­no­wała ni­jaka sza­rość. Nisz­czy­ciel­ska siła na­tury po­ka­zy­wała swoją moc, wy­rzu­ca­jąc na brzeg ty­siące ka­mieni i po­ła­ma­nych dre­wien.

Laura do­strze­gła ruch na wy­so­kim kli­fie, po­nad bu­do­wlą. Bru­net w ciem­nym płasz­czu stał nad prze­pa­ścią i z elek­try­zu­jącą fa­scy­na­cją w spoj­rze­niu oglą­dał sztorm. Sza­le­niec! Pod­czas gdy wszy­scy ra­cjo­nal­nie my­ślący lu­dzie na­cią­gali te­raz na głowy koce w swo­ich po­ko­jach, on po pro­stu pa­trzył, jak fale bez­li­to­śnie ude­rzają o mury. Laura chciała mu po­wie­dzieć, żeby uwa­żał, że to nie­bez­piecz­nie, ale nie mo­gła wy­krztu­sić ani słowa. Na­gle ich oczy się spo­tkały. Chło­pak uśmiech­nął się za­wa­diacko, a po­tem wy­sta­wił jedną nogę nad prze­paść.

– Osza­la­łeś?! Stój, wa­ria­cie! – krzy­czała, ale jej głos to­nął w huku sztormu.

Sza­le­niec już się nie uśmie­chał, po­pa­trzył jej głę­boko w oczy, po czym prze­niósł cię­żar ciała do przodu. Po­czuła, że ktoś ła­pie ją za ra­mię. W miej­scu do­tyku skóra za­pie­kła bo­le­śnie.

– Nie!!! – Laura obu­dziła się z gar­dłem zdar­tym od krzyku. Sie­działa na łóżku, zlana zim­nym po­tem. Z nie­po­ko­jem rzu­ciła okiem na drew­niane okien­nice, które ude­rzały o fra­mugi oraz na pa­da­jący na pa­ra­pet deszcz. Na­gle gi­gan­tyczna srebrna bły­ska­wica roz­cięła niebo i okno w ka­wa­lerce się otwo­rzyło, wpusz­cza­jąc do środka zimno i wil­goć. Prze­stra­szony ła­ciaty pies Leon za­trząsł się jak ga­la­reta pod koł­drą. Laura wstała szybko, żeby za­mknąć okno.

– No już, wszystko bę­dzie do­brze – po­wie­działa drżą­cym gło­sem bar­dziej do sie­bie niż do psa, prze­krę­ca­jąc klamkę.

Rozdział 1

Znaki

– Zda­łam! – Laura za­pisz­czała do te­le­fonu, po tym jak wy­szła z sali obron.

Przy­sta­nęła przy wiel­kim lu­strze w szat­niach, wią­żąc orze­chowe włosy w ku­cyk na czubku głowy. Jej ciemne jak dwa wę­gle oczy lśniły od emo­cji.

– Gra­tu­luję, ko­cha­nie – ode­zwał się w słu­chawce ko­biecy głos. – Idzie­cie gdzieś z Pa­try­kiem?

Laura wy­szła na dzie­dzi­niec przed pa­ła­cy­kiem, w któ­rym od­by­wały się eg­za­miny i ro­zej­rzała się uważ­nie. Grupka stu­den­tów w stro­jach ga­lo­wych pa­liła pa­pie­rosy wo­kół jed­nej z ła­wek. Chmura sza­rego dymu le­wi­to­wała nad ich gło­wami. Dwóch pro­fe­so­rów w gar­ni­tu­rach roz­ma­wiało przy sa­mo­cho­dzie. Pa­tryka ni­g­dzie nie było. Roz­cza­ro­wa­nie wy­krzy­wiło jej twarz.

– Tak – po­wie­działa do Mo­niki. – Wła­śnie do niego jadę.

Mach­nęła ko­le­gom z wy­działu i wy­szła na ulicę. Słońce świe­ciło przez ga­łę­zie drzew ob­sa­dzo­nych wzdłuż drogi i rzu­cało tań­czące plamki na chod­nik. Laura do­strze­gła sto­jący na przy­stanku tram­waj. Pod­bie­gła pod szybę mo­tor­ni­czego, wa­riacko ma­cha­jąc rę­kami, żeby przy­pad­kiem bez niej nie od­je­chał.

Fa­cet po­krę­cił głową, my­śląc: „Znowu ta wa­riatka”.

Kwa­drans póź­niej Laura prze­szła przez por­tier­nię w aka­de­miku i po­gnała do wind. „Pew­nie za­spał”, my­ślała, ob­ser­wu­jąc ekran, na któ­rym zmie­niały się nu­mery pię­tra. Wy­pa­dła na ko­ry­tarz i pu­ściła się bie­giem w kie­runku ostat­nich drzwi. Jej przy­ja­ciółki stale kry­ty­ko­wały jej chło­paka. Bez prze­rwy po­wta­rzały, że jest le­niem i za­po­mi­nal­skim bez­ta­len­ciem, ale Laura była wpa­trzona w Pa­tryka jak w ob­ra­zek. Oczy­tany, uro­czy sza­tyn, ar­ty­sta stu­diu­jący na ASP wy­da­wał jej się ide­al­nym kan­dy­da­tem na ży­cio­wego part­nera. Po ci­chu snuła plany wspól­nego miesz­ka­nia po tym, jak skoń­czą stu­dia.

– Wsta­waj śpio­chu! – za­śpie­wała, otwie­ra­jąc gwał­tow­nie drzwi. Pierw­sze, co jej się rzu­ciło w oczy, to po­roz­wa­lane buty i ubra­nia na pod­ło­dze. Jej serce prze­jął strach, bo wśród ba­ła­ganu do­strze­gła czer­wone szpilki.

– Co tak gło­śno? – na łóżku Pa­tryka usia­dła po­tar­gana blon­dynka i za­kryła się koł­drą. Laura otwo­rzyła usta z nie­do­wie­rza­niem. Obok niej smacz­nie chra­pał jej chło­pak. Mię­śnie jego twa­rzy we śnie się roz­luź­niły. Kiedy tak spał so­bie w naj­lep­sze z roz­chy­lo­nymi war­gami, wy­glą­dał nie­malże nie­win­nie. „W isto­cie za­spał”, po­my­ślała Laura. Po­czuła, jak wście­kłość bu­zuje w jej ży­łach ni­czym wstrzą­śnięty szam­pan. Z pi­skiem rzu­ciła się na by­łego już chło­paka i zrzu­ciła go z łóżka.

– Chcia­łam ci tylko po­wie­dzieć, że obro­ni­łam pracę, pa­lan­cie – wark­nęła, otrze­pała ręce, po czym do­dała zło­wro­gim to­nem. – Twoje ob­razy są tan­detne jak bro­ka­towe klapki z od­pu­stu. Od dawna chcia­łam to z sie­bie wy­rzu­cić.

Za­spany Pa­tryk ob­da­rzył nie­przy­tom­nym spoj­rze­niem Laurę, a po­tem le­żącą obok niego blon­dynkę. Po­zwo­lił so­bie na wy­jąt­kowo brzyd­kie prze­kleń­stwo, na­stęp­nie, za­miast prze­pra­szać, za­czął mo­no­log na te­mat tego, że Laura nie roz­po­zna­łaby praw­dzi­wego ta­lentu, gdyby ten za­tań­czył przed nią kan­kana. Już go nie słu­chała. Szła ko­ry­ta­rzem żoł­nier­skim kro­kiem.

Po dro­dze spo­tkała współ­lo­ka­tora Pa­tryka. Ru­dzie­lec Re­mek po­słał jej współ­czu­jące spoj­rze­nie, kiedy się mi­jali.

Laura sta­rała się nie pła­kać. Pra­wie jej się to uda­wało. Wy­le­wała je­dy­nie po­toki łez w po­duszkę i za­ja­dała smutki cze­ko­la­do­wymi lo­dami pro­sto z pu­dełka.

– To pa­lant – po­cie­szała ją Mo­nika. – Mó­wi­łam ci, że je­żeli fa­cet robi so­bie fotki w stroju Adama, za­sła­nia­jąc się wła­snym ob­ra­zem, to jest coś nie tak.

– W do­datku kiep­skim. – Szkło za­dzwo­niło, kiedy Laura ude­rzyła swoim pro­secco w kie­li­szek przy­ja­ciółki.

W końcu nad­szedł dzień od­bioru dy­plo­mów. Dzie­ka­nat mie­ścił się w bu­dynku Wy­działu Fi­lo­zo­ficzno-Hi­sto­rycz­nego nie­da­leko cen­trum mia­sta. Gdy we­szła do środka, oka­zało się, że za­stała ją tra­dy­cyjna ko­lejka na dwie go­dziny sta­nia. Za­jęła so­bie miej­sce za wy­so­kim bru­ne­tem o la­ty­no­skiej uro­dzie i po­szła na dół po kawę na wy­nos. Wra­ca­jąc, nie­spiesz­nie czy­tała ogło­sze­nia z ta­blicy kor­ko­wej w głów­nym hallu. Wy­wie­szano tam roz­pi­ski eg­za­mi­nów, po­pra­wek i kon­sul­ta­cji dla stu­den­tów, a także in­for­ma­cje, co aku­rat dzieje się w mie­ście. Laura do­wie­działa się rów­nież, że Wku­rzone Szer­sze­nie roz­po­częły na­bór do sek­cji fut­sal. Tym ra­zem przy­rze­kali wy­grać z po­li­budą w roz­gryw­kach aka­de­mic­kich i za­po­wia­dali do­dat­kowe wa­ka­cyjne tre­ningi. Mi­nęła ogło­sze­nie wróż­bity Ka­rola, który obie­cy­wał uwa­rze­nie elik­siru mi­ło­ści za nie­wielką opłatą. Przez chwilę roz­wa­żała se­sję przy szkla­nej kuli, ale do­szła do wnio­sku, że to i tak nie ma sensu. Je­dyne, co miała ochotę po­dać by­łemu, to ar­sze­nik. Na ostat­niej ta­blicy umiesz­czano ogło­sze­nia „Dam pracę”. Naj­więk­sze z nich „biło po oczach” atrak­cyj­nym na­głów­kiem:

Wa­ka­cyjny wo­lon­ta­riat dla stu­den­tów. Prze­żyj przy­godę swo­jego życia!

Chcesz wy­je­chać za gra­nicę i tam zaj­mo­wać się opieką nad po­trze­bu­ją­cymi lub od­bu­dową i kon­ser­wa­cją sta­rych bu­dyn­ków? Wo­lon­ta­riat trwa trzy mie­siące, ter­miny od lipca do wrze­śnia. Żeby wziąć w nim udział, mu­sisz mieć przy­naj­mniej 21 lat. Praca trwa 6–7 go­dzin dzien­nie. Or­ga­ni­za­tor za­pew­nia za­kwa­te­ro­wa­nie, wy­ży­wie­nie oraz za­ję­cia w cza­sie wol­nym. Chcesz się zgło­sić? Przyjdź na spo­tka­nie in­for­ma­cyjne, które od­bę­dzie się na Wy­dziale Stu­diów Mię­dzy­na­ro­do­wych w czwar­tek dwu­dzie­stego pią­tego czerwca o trzy­na­stej. Za­praszamy!

En­tu­zjazm prze­pły­nął jej przez żyły – to było coś, czego w tym mo­men­cie po­trze­bo­wała! Jej ży­cie po zdra­dzie Pa­tryka utknęło w mar­twym punk­cie. A więc tak. Pra­gnęła tego jak wę­dro­wiec wody na pu­styni. Nie miała cie­nia wąt­pli­wo­ści, zde­cy­do­wała pod wpły­wem im­pulsu – po­je­dzie!

– O kur­czę, dwu­dzie­sty piąty jest dzi­siaj. – Spoj­rzała na swój pi­sta­cjowy jel­ly­watch: – Je­de­na­sta trzy­dzie­ści, spo­koj­nie zdążę na trzy­na­stą.

Wró­ciła do ko­lejki. Wy­da­wało się, że nie po­ru­szyła się na­wet o mi­li­metr. Pięk­nie.

„Chyba jed­nak nie zdążę…”, po­my­ślała z trwogą. Za­częła prze­stę­po­wać z nogi na nogę w ko­lejce, po czym wy­szła przed bu­dy­nek. Wy­ko­nała kon­tro­lne te­le­fony do swo­ich naj­lep­szych przy­ja­ció­łek, żeby się czymś za­jąć i nie de­ner­wo­wać. Ewa miała fa­talny dzień w pracy. Po pierw­sze, zła­mała pa­zno­kieć, co za­po­cząt­ko­wało całą se­rię nie­for­tun­nych zda­rzeń. Po dru­gie, wy­lała kawę na umowę, wi­zy­tówkę, klienta i wy­kła­dzinę. Ów in­te­re­sant za­pro­po­no­wał jej wspólne wyj­ście na sok, tłu­ma­cząc, że kawa się go­rzej spiera. Po trze­cie, nie mo­gła za­lo­go­wać się do swo­jej no­wej poczty pra­cow­ni­czej. Ad­mi­ni­stra­tor po­szedł na urlop, więc nie­stety nie mógł jej po­móc. Ewa za każ­dym ra­zem, kiedy prze­cho­dził szef, włą­czała JPG z in­ter­fej­sem poczty ścią­gnię­tym z in­ter­netu, uda­jąc, że wła­śnie od­pi­suje mu na ma­ila.

Mo­nika z ko­lei miała dzi­siaj wolne i sza­lała w kuchni. Pró­bo­wała za­pro­sić Laurę na „ba­na­nowe trio”, ale ta grzecz­nie od­mó­wiła, tłu­ma­cząc, że jej or­ga­nizm nie trawi ma­jo­nezu w ze­sta­wie z ba­na­nami.

Po­że­gnały się i Laura zo­stała sama ze swo­imi my­ślami.

– Wła­śnie, że zdążę – po­wie­działa, pró­bu­jąc za­po­mnieć o ba­na­nach z ma­jo­ne­zem.

Opie­ra­jąc się o ścianę bu­dynku, za­mknęła oczy i za­częła so­bie wy­obra­żać, jak wła­ści­wie ten wy­jazd może wy­glą­dać i ja­kie kraje będą do wy­boru. Miała szczerą na­dzieję, że bę­dzie mo­gła wziąć z sobą Le­ona. Naj­le­piej by­łoby nie je­chać za da­leko na po­łu­dnie, bo Leon nie lubi upa­łów i bie­da­czek strasz­nie się mę­czy, jak jest go­rąco. Wró­ciła po­spiesz­nie do ko­lejki, zer­ka­jąc na ze­ga­rek – było dwa­dzie­ścia po dwu­na­stej. Przez chwilę prze­szło jej przez myśl, żeby przyjść po dy­plom in­nego dnia. „Prze­cież go nie wrzucą do nisz­czarki, jak go dzi­siaj nie od­biorę”, my­ślała.

Jej roz­wa­ża­nia prze­rwał dźwięk otwie­ra­nych drzwi, w któ­rych uka­zała się asy­stentka pani z dzie­ka­natu. Młoda dziew­czyna nio­sła stertę do­ku­men­tów – było ich tak dużo, że mu­siała przy­trzy­my­wać stos no­sem. Po­de­szła do am­bonki, kła­dąc pa­piery na bla­cie. Ode­tchnęła z ulgą, kiedy cała pi­ra­mida wy­lą­do­wała bez­piecz­nie na kon­tu­arze.

– Kto przy­szedł po od­biór dy­plomu? Za­pra­szam do mnie z do­wo­dem wpłaty i kartą obie­gową – po­wie­działa. – Będę wy­czy­ty­wać na­zwi­ska, tak jak mam w do­ku­men­tach. Pani Irys. Za­pra­szam.

Laura nie mo­gła uwie­rzyć we wła­sne szczę­ście. Wy­stą­piła dziar­sko z sze­regu z po­kwi­to­wa­niem i obie­gówką w dłoni. Zło­żyła pod­pis od­bioru w od­po­wied­niej ru­bryce, po czym po­dzię­ko­wała, bio­rąc dy­plom i su­ple­ment pod pa­chę. Wy­sko­czyła ura­do­wana na za­lany słoń­cem dzie­dzi­niec i po­pę­dziła do furtki.

Wy­dział Stu­diów Mię­dzy­na­ro­do­wych znaj­do­wał się nie­da­leko. Rzu­tem na ta­śmę zdą­żyła na au­to­bus, któ­rym do­je­chała na miej­sce w ciągu sied­miu mi­nut. O go­dzi­nie dwu­na­stej pięć­dzie­siąt pięć wcho­dziła przez drzwi do po­tęż­nego gma­chu w ko­lo­rze ko­gla-mo­gla.

– Gdzie od­bywa się spo­tka­nie in­for­ma­cyjne w spra­wie wo­lon­ta­riatu? – spy­tała Laura por­tierkę, si­wo­włosą pa­nią w oku­la­rach, o ser­decz­nym uśmie­chu.

– W auli na ostat­nim pię­trze, złotko – od­po­wie­działa ko­bieta.

Laura po­pę­dziła na górę, prze­ska­ku­jąc po dwa stop­nie na­raz. Zdą­żyła w ostat­niej chwili. Już je­den z or­ga­ni­za­to­rów za­my­kał drzwi i przy­mie­rzał się do po­wi­ta­nia uczest­ni­ków.

Laura omio­tła spoj­rze­niem zgro­ma­dze­nie. Aula była dość duża, po­ma­lo­wana na biało, na pod­ło­dze znaj­do­wała się gra­na­towa wy­kła­dzina. Troje pro­wa­dzą­cych spo­tka­nie, dwóch męż­czyzn śred­niej bu­dowy i nie­zwy­kle wy­soka ko­bieta o ru­dych wło­sach i zie­lo­nych oczach, stało na sce­nie. Po­ten­cjalni wo­lon­ta­riu­sze sie­dzieli grzecz­nie w trzech pierw­szych rzę­dach na wi­do­wni, po­zo­sta­wia­jąc mię­dzy sobą kilka wol­nych miejsc. Laura usia­dła w czwar­tym rzę­dzie z brzegu.

– Wi­tamy pań­stwa ser­decz­nie. Dzię­ku­jemy za przyj­ście i cie­szymy się, że za­in­te­re­so­wa­nie z pań­stwa strony jest tak duże – za­częła ru­do­włosa. – Na­sze pro­jekty mają cha­rak­ter wo­lon­ta­riatu. Wo­lon­ta­riusz do­bro­wol­nie i za darmo chce po­ma­gać or­ga­ni­za­cji i jej part­ne­rom za gra­nicą. Żeby było ja­sne, nie za­ro­bi­cie na wo­lon­ta­ria­cie żad­nych pie­nię­dzy. Wa­szą „wy­płatą” będą zdo­byte do­świad­cze­nia, na­uka ję­zyka ob­cego i nowe przy­jaź­nie. Or­ga­ni­za­cja z kraju wo­lon­ta­riu­sza przy­go­to­wuje go do wy­jazdu i po­maga w za­ła­twie­niu wszel­kich for­mal­no­ści, w tym w pod­pi­sa­niu umowy, re­zer­wa­cji prze­jazdu, wy­ku­pie­niu ubez­pie­cze­nia i tak da­lej, i tak da­lej. To my bie­rzemy za to od­po­wie­dzial­ność – po­zwo­liła so­bie na uśmiech. – Pań­stwo nie pła­ci­cie nic. Ma­cie za­pew­nione noc­legi, prze­jazdy, je­dze­nie i ubez­pie­cze­nie, a cza­sem… na­wet kie­szon­kowe. Po­nie­waż jest to pro­jekt ogól­no­eu­ro­pej­ski, w kon­kret­nych mia­stach będą wo­lon­ta­riu­sze z ca­łej Eu­ropy. Moi ko­le­dzy roz­da­dzą pań­stwu kwe­stio­na­riu­sze do wy­peł­nie­nia. Pro­szę je prze­ana­li­zo­wać i rze­tel­nie od­po­wie­dzieć na wszyst­kie py­ta­nia, aby po­móc nam naj­le­piej do­pa­so­wać wo­lon­ta­riat do pań­stwa po­trzeb. W ra­zie py­tań je­stem do dys­po­zy­cji – po­wie­działa, sia­da­jąc za biur­kiem.

Grupa po­grą­żyła się w wy­peł­nia­niu for­mu­la­rzy. Laura wy­jęła pióro z to­rebki i na­chy­liła się nad swo­imi do­ku­men­tami. Za­częła pi­sać w sku­pie­niu, wy­sta­wia­jąc ko­niu­szek ję­zyka.

Imię: Laura

Na­zwi­sko:Irys

Data uro­dze­nia: 13.02.1991

E-mail: l.irys@ema­il­bo­xes.com

Ję­zyki: pol­ski, an­giel­ski, nor­we­ski (trochę)

Wy­kształ­ce­nie: ma­gi­ster hi­sto­rii sztuki

Pre­fe­ro­wane kraje: nie ma zna­cze­nia, by­leby nie było za ciepło

Pre­fe­ro­wane za­ję­cia:

a. kon­ser­wa­cja za­byt­ków, b. po­moc oso­bom star­szym, c. praca z dziećmi

Pre­fe­ren­cje ży­wie­niowe: dieta we­ge­ta­riańska

Dla­czego chcesz je­chać na wo­lon­ta­riat?

Wła­śnie skoń­czy­łam stu­dia i po­trze­buję zdo­być do­świad­cze­nie w za­wo­dzie. Pra­gnę roz­wi­jać wła­sną oso­bo­wość i wraż­li­wość na sztukę ży­cia. Mam na­dzieję po­znać wy­jąt­ko­wych lu­dzi i na­uczyć się re­ago­wać w róż­nych sy­tu­acjach ży­ciowych.

Uwagi: Mam psa Le­ona i bar­dzo bym chciała za­brać go z sobą.

Ruda wy­słała swo­ich po­moc­ni­ków, żeby ze­brali for­mu­la­rze.

– Bar­dzo wszyst­kim dzię­ku­jemy za przyj­ście, prze­ana­li­zu­jemy kwe­stio­na­riu­sze i skon­tak­tu­jemy się z pań­stwem. Je­żeli nie ma py­tań, to do wi­dze­nia – za­koń­czyła spo­tka­nie, da­jąc znak ręką, że zgro­ma­dzeni mogą się już ro­zejść.

Laura wró­ciła do domu ura­do­wana, wszystko szło jak po ma­śle. Cie­kawe, kiedy od­po­wie­dzą? Myśl o wy­jeź­dzie do­da­wała jej skrzy­deł.

– Leon pa­kuj się, czuję przy­godę w po­wie­trzu!

Pu­pil szczek­nął i za­mer­dał cztery razy. Po­szedł do po­koju, po czym wró­cił z wy­pa­tro­szo­nym mi­siem bez głowy, jego ulu­bioną za­bawką.

Laura usia­dła na ta­bo­re­cie, otwo­rzyła lap­topa i za­częła szu­kać in­for­ma­cji na te­mat kra­jów part­ner­skich or­ga­ni­za­cji przy Wy­dziale Stu­diów Mię­dzy­na­ro­do­wych.

– Hisz­pa­nia, nur­ko­wa­nie z del­fi­nami – za­częła od­czy­ty­wać ha­słowo. – O, to jest fajne! Szkoda, że za­zna­czy­łam za­bytki… No cóż, zo­baczmy, co tam mają da­lej – mó­wiła, prze­wi­ja­jąc stronę. – Wę­gry, hmm, wo­lon­ta­riat przy opiece nad star­szymi, ale chyba oso­bami, nie za­byt­kami. Afryka, na­uka an­giel­skiego w szkole… Ech… nie wi­dzę tu nic dla nas, Leon. Nie ma żad­nej kon­ser­wa­cji za­byt­ków w ofer­cie. Chyba się nie za­kwa­li­fi­ku­jemy… Szkoda, że nie wi­dzia­łam tej strony wcze­śniej. Za­zna­czy­ła­bym inną ru­brykę…

Pies jęk­nął smutno i po­ło­żył łeb na pra­wym udzie Laury.

Dwa dni póź­niej Laura do­stała od­po­wiedź przed­sta­wi­cieli or­ga­ni­za­cji:

Te­mat: Wo­lontariat

Sza­nowna Pani,

Z przy­jem­no­ścią in­for­mu­jemy o po­zy­tyw­nym roz­pa­trze­niu Pani apli­ka­cji na wo­lon­ta­riat za gra­nicą. Tylko w jed­nym miej­scu or­ga­ni­za­tor zga­dza się na obec­ność psa. Wy­jeż­dża­łaby Pani w naj­bliż­szą nie­dzielę na trzy mie­siące do Nor­we­gii. Pra­co­wa­łaby Pani przy od­na­wia­niu jed­nej z sal w zamku. Za­kwa­te­ro­wana by­łaby Pani w domku typu bun­ga­low. Or­ga­ni­za­tor opłaca Pani prze­jazd, po­byt, wy­ży­wie­nie, je­den z kur­sów na miej­scu (we­dle Pani wy­boru) i daje „kie­szon­kowe” w wy­so­ko­ści pię­ciu­set euro mie­sięcz­nie. Za­nim po­dam wię­cej szcze­gó­łów, mu­szę uprze­dzić, że po­sia­dłość jest w pry­wat­nych rę­kach i wła­ści­ciel wy­maga pod­pi­sa­nia umowy o do­cho­wa­niu ta­jem­nicy od­no­śnie do swo­jej osoby i po­sia­dło­ści. Ceni so­bie pry­wat­ność i nie ży­czy so­bie wścib­skich tu­ry­stów i ba­da­czy. Moż­liwe, że jest to nie­po­wta­rzalna oka­zja, żeby zwie­dzić ten za­mek. Po­pro­szę o ma­ila zwrot­nego z Pani sta­no­wi­skiem w tej spra­wie i ewen­tu­al­nym ska­nem umowy z Pani podpisem.

Z wy­ra­zami szacunku

Jo­anna Kiełecka

ko­or­dy­na­tor ds. wo­lon­ta­riatu za­gra­nicznego

Laura za­mru­gała. Ładne „kie­szon­kowe”. Otwo­rzyła wzór umowy – sza­blon z krop­kami do wy­peł­nie­nia. Druga ta­jem­ni­cza „strona” oczy­wi­ście jesz­cze nic w swo­ich po­lach nie wpi­sała w oba­wie przed wścib­ską tu­rystką. W za­łącz­niku znaj­do­wał się rów­nież aneks do umowy, ale nie po­fa­ty­go­wała się, żeby go w ca­ło­ści prze­czy­tać. „No do­bra, raz ko­zie śmierć. Prze­cież już zde­cy­do­wa­łam”, po­my­ślała. Wy­peł­niła dane, wy­dru­ko­wała, zło­żyła pod­pis i ze­ska­no­wała do­ku­menty za po­mocą apli­ka­cji w smart­fo­nie. Był czwar­tek, czyli miała pełne trzy dni na spa­ko­wa­nie się do wy­jazdu.

Obo­wiąz­kowo chciała jesz­cze od­wie­dzić cio­cię Gie­nię przed po­dróżą. Osiem­dzie­się­cio­pię­cio­let­nia cio­cia, je­dyna ży­jąca krewna Laury, była sa­mo­dzielna, cho­ciaż miała ogromne pro­blemy z pa­mię­cią. Le­ka­rze roz­kła­dali ręce bez­radni. Laura wpa­dała do niej przy­naj­mniej raz w ty­go­dniu, żeby po­móc opie­kunce z za­ku­pami i sprzą­ta­niem.

Jak w każdy czwar­tek Laura szy­ko­wała się na co­ty­go­dniowy zlot cza­row­nic w krę­gielni. „Bę­dzie mi ich bra­ko­wać”, po­my­ślała na wi­dok swo­ich ko­le­ża­nek cze­ka­ją­cych przed wej­ściem. Tym ra­zem nie za­mó­wiły toru, tylko usia­dły przy drin­kach w od­le­głym miej­scu przy ba­rze. Laura za­częła opo­wia­dać o wszyst­kich po­zy­tyw­nych zbie­gach oko­licz­no­ści i o nie­spo­dzie­wa­nym wy­jeź­dzie.

– Laura, ko­niecz­nie mu­sisz spraw­dzić tę or­ga­ni­za­cję w pa­pie­rach. To mogą być oszu­ści, któ­rzy że­rują na mło­dych ko­bie­tach szu­ka­ją­cych przy­gody, a po­tem je po­ry­wają i sprze­dają bo­ga­tym, ob­le­śnym biz­nes­me­nom jako za­bawki ero­tyczne – za­uwa­żyła Mo­nika.

– Nie martw się, wszystko spraw­dzi­łam. Jest okej. Mam wszyst­kie po­trzebne nu­mery: do am­ba­sady, ubez­pie­czy­ciela i tak da­lej – po­wie­działa Laura.

– A znasz na­zwę miej­sco­wo­ści, do któ­rej je­dziesz? Za­pi­szesz nam wszystko, że­by­śmy wie­działy, gdzie je­steś i bę­dziesz się mel­do­wać co­dzien­nie po ko­la­cji – usta­liła Ewa.

– Ja­sne! Miej­sco­wość znaj­duje się nie­da­leko sto­licy.

– No to su­per! W ra­zie nie­bez­pie­czeń­stwa wiesz, co ro­bić. Po­wtórz – za­żą­dała Mo­nika.

– Kop w kro­cze, tak­sówka i na lot­ni­sko.

– Brawo – po­chwa­liła Mo­nika. – Mo­żesz jesz­cze ude­rzyć prze­ciw­nika z łok­cia w że­bro i za­ło­żyć mu po­dwój­nego Nel­sona!

Laura po­pa­trzyła na ko­le­żankę z po­wąt­pie­wa­niem.

– Okej. Kop w kro­cze po­wi­nien wy­star­czyć.

– Laura, czy ta miej­sco­wość znaj­duje się nad mo­rzem? – spy­tała Ewa.

Laura po­pa­trzyła na nią z nie­do­wie­rza­niem. Oczy­wi­ście opo­wie­działa przy­ja­ciół­kom o swoim dziw­nym śnie o sa­mo­bójcy. Oczy­wi­ście nie trak­to­wała go po­waż­nie. W prze­ci­wień­stwie do Ewy, która wszę­dzie do­pa­try­wała się zna­ków i czę­sto od­wie­dzała wróż­bitę Ka­rola.

– Nie, w głębi lądu, spraw­dzi­łam. Nie ma tam żad­nych kli­fów – po­wie­działa, uspo­ka­ja­jąc samą sie­bie.

– Uff, Bogu dzięki – Ewa ode­tchnęła z ulgą.

– Może cze­goś się do­wiesz o tych ta­jem­ni­czych sko­kach – za­uwa­żyła Mo­nika.

Te­mat licz­nych sa­mo­bójstw w Nor­we­gii był obec­nie gło­śnym te­ma­tem w pra­sie i in­ter­ne­cie. Pa­tryk i Re­mek czę­sto o tym dys­ku­to­wali, więc Laura wła­śnie tu­taj do­pa­try­wała się przy­czyn swo­jego dziw­nego snu.

– Nie wiem, czy chce ru­szać ten te­mat… – stwier­dziła Laura, błą­dząc wzro­kiem za ko­le­żan­kami. Jej uwagę przy­kuła dwójka zna­jomo wy­glą­da­ją­cych lu­dzi. Ko­le­dzy Pa­tryka z aka­de­mika przy­kle­jali pla­kat na drzwi.

– Prze­pra­szam na chwilę – po­wie­działa, wsta­jąc.

Czym prę­dzej po­de­szła do wej­ścia, zo­sta­wia­jąc ko­le­żanki ze zdzi­wio­nymi mi­nami.

– Cześć, co tam ma­cie? – za­ga­iła zna­jo­mych.

– Cześć – od­po­wie­dzieli mi­zer­nie i od­sło­nili treść pla­katu.

Za­gi­nął Re­mi­giusz Bednarek

Ostat­nio wi­dziany 20 czerwca o go­dzi­nie 10: 00

Ubrany na czarno, z czer­woną ban­danką prze­wią­zaną na gło­wie. Kto­kol­wiek po­siada in­for­ma­cje na te­mat miej­sca jego po­bytu, pro­szony jest o prze­ka­za­nie ich ko­men­dzie po­li­cji ze Śród­mie­ścia, pod nu­me­rem te­le­fonu 42 445 63 33.

Rozdział 2

Konfuzja

– O mój Boże – wy­ją­kała Laura, pa­trząc na zdję­cie ru­dego współ­lo­ka­tora Pa­tryka pod na­pi­sem „za­gi­nął”. – Ma­cie ja­kieś hi­po­tezy, co mo­gło się stać z Rem­kiem?

– Tak – od­po­wie­dział ko­leś z kol­czy­kiem w war­dze.

– Nie – za­prze­czył ten drugi, blon­dyn o uro­dzie ku­pi­dyna.

Po­pa­trzyli na sie­bie.

– Oj, Adaś daj spo­kój, naj­waż­niej­sze jest, że­by­śmy go zna­leźli. Nie czas na lo­jal­ność – skar­cił ko­legę ten z kol­czy­kiem.

Laura po­pa­trzyła na nich py­ta­jąco.

– No do­bra – za­czął amo­rek. – My­ślimy, że wy­je­chał z kraju. Ostat­nio cią­gle zaj­mo­wał się te­ma­tem sa­mo­bójstw w Nor­we­gii… Cały czas o tym na­wi­jał, nie można było z nim nor­mal­nie po­ga­dać. Przez chwilę my­śla­łem, że osza­lał. Ja do niego o ko­lo­kwium z ge­ne­tyki, a on do mnie o ja­kimś kli­fie na wy­spie. Ja py­tam, czy ma ochotę na pączka z bu­fetu, a on do mnie, że przy­pusz­cza, że or­ga­nizm jak wpada do wody, to nie umiera od razu, tylko wcho­dzi w stan hi­ber­na­cji… Ech… Nie zdzi­wił­bym się, gdyby po­je­chał tam spraw­dzać swoje hi­po­tezy.

Laura po­czuła ude­rze­nie go­rąca.

– A ja my­ślę, że ktoś go po­rwał – wtrą­cił ten pierw­szy. – Czemu miałby się nie ode­zwać po przy­jeź­dzie na miej­sce? Dzwo­nimy, ale te­le­fon jest poza za­się­giem.

– Ale to są tylko na­sze przy­pusz­cze­nia, nic nie wia­domo, nie mamy żad­nych do­wo­dów.

– Nie­faj­nie – szep­nęła Laura, pró­bu­jąc opa­no­wać dy­go­ta­nie ko­lan. – Czy wspo­mi­nał, że chce tam je­chać, wy­mie­nił mia­sto?

– Mó­wił, że chce, ale nie mó­wił nic kon­kret­nego – pod­su­mo­wał Adam. – To już tyle dni, po­wi­nien się ode­zwać – do­dał roz­ża­lony.

– Daj­cie mi wię­cej tych pla­ka­tów, po­pro­szę dziew­czyny, żeby po­wie­siły u sie­bie w pracy.

– Okej, dzięki. Idziemy da­lej roz­wie­szać – po­wie­dział ten z kol­czy­kiem.

– Cześć – po­że­gnali się.

Laura prze­ka­zała Mo­nice i Ewie wia­do­mość, że Re­mek za­gi­nął, i dała im zwi­nięte w ru­lon pla­katy. In­stynk­tow­nie omi­nęła jed­nak część do­ty­czącą hi­po­tez o jego po­dróży czy po­rwa­niu. Oba­wiała się, że ko­le­żanki za­czną ją od­wo­dzić od wy­jazdu. Pew­nie mia­łyby ra­cję. Ją samą tro­chę ten fakt za­nie­po­koił, ale tłu­ma­czyła so­bie, że to nie ma związku z jej po­dróżą. Za bar­dzo cie­szyła się na ten wy­jazd, żeby te­raz zre­zy­gno­wać.

– To co? Od­pro­wa­dzi­cie mnie na dwo­rzec? – za­py­tała Laura po tym, jak upiła łyk drinka. – Au­to­bus ru­sza o trzy­na­stej trzy­dzie­ści.

– Pew­nie, przy­je­dziemy po cie­bie o dwu­na­stej. Po­ży­czę auto od taty – za­pro­po­no­wała Mo­nika.

– Prze­cież masz za­kaz – przy­po­mniała Ewa. – Od czasu, kiedy wje­cha­łaś pod prąd w jed­no­kie­run­kową ulicę… Na któ­rej zresztą miesz­kasz, więc nie tłu­macz, że nie wie­dzia­łaś…

– Oj tam, oj tam, było ciemno. Każ­demu się może zda­rzyć – od­po­wie­działa Mo­nika, ma­cha­jąc ręką.

– Wiesz co, nie by­łoby w tym nic wy­jąt­ko­wego, oprócz tego, że tłu­ma­czy­łaś po­li­cji, że za­kaz skrętu nie do­ty­czy miesz­kań­ców tej ulicy.

– Tak po­winno być! Tłu­ma­czy­łam tym ba­ra­nom, że aby do­je­chać do mnie do domu, trzeba zro­bić wiel­kie koło, je­chać trzy ki­lo­me­try bez sensu. A tak, to so­bie skrę­ci­łam i po chwili by­ła­bym w domu. Tylko wy­sko­czyli do­słow­nie z krza­ków… Za­łożę się, że spe­cjal­nie tam na mnie cze­kali… Poza tym chcesz pod­wózkę na dwo­rzec czy nie?

Laura nie była pewna. Może jed­nak bez­piecz­niej było wziąć tak­sówkę? Pró­bo­wała zro­bić uprzejmą minę i prze­ka­zać ko­le­żance swoje wąt­pli­wo­ści, ale ta ode­zwała się pierw­sza.

– Tata ma nockę w szpi­talu. Ju­tro bę­dzie spał jak su­seł. Na­wet się nie zo­rien­tuje, a ja zro­bię do­bry uczy­nek i przy oka­zji się prze­jadę. Tak dawno nie jeź­dzi­łam… – po­wie­działa Mo­nika, za­cie­ra­jąc ręce.

Laura za­uwa­żyła, jak Ewa robi się bla­do­nie­bie­ska, jej twarz wy­ra­żała bar­dzo kon­kretne uczu­cie – pa­niczny strach o wła­sne ży­cie.

– To do ju­tra! – po­że­gnała się ura­do­wana Mo­nika, ma­cha­jąc ener­gicz­nie ręką.

– Pa – od­po­wie­działy ko­le­żanki drżą­cymi gło­sami.

Za pięć dwu­na­sta Laura i Leon cze­kali z ba­ga­żami przed blo­kiem. Laura stała przy kra­węż­niku, a Leon spraw­dzał, co w tra­wie pisz­czy. Chwilę póź­niej pod­je­chał ciem­no­zie­lony pas­sat.

– Wska­kuj­cie – rzu­ciła Mo­nika, ocho­czo otwie­ra­jąc ba­gaż­nik.

Ewa sie­działa na miej­scu pa­sa­żera z przodu. Prawą rękę trzy­mała kur­czowo na uchwy­cie nad drzwiami, a lewą ści­skała miej­sce w oko­licy serca. Była blada jak ściana.

Dziew­czyny za­ła­do­wały wa­lizkę i torbę do auta.

– Leon! – za­wo­łała Laura. Pies z dru­giego końca traw­nika roz­pę­dził się i wsko­czył pro­sto do auta na tylne sie­dze­nie jak psi Ja­mes Bond. Laura wsia­dła i za­mknęła drzwi.

Mo­nika wci­snęła pe­dał gazu i za chwilę były już na dwu­pa­smówce pro­wa­dzą­cej na dwo­rzec. Tu­taj na szczę­ście nie było jak wje­chać pod prąd. Mo­nika spra­wiała wra­że­nie, jakby lu­sterko wsteczne za­mon­to­wano tylko do po­pra­wia­nia ma­ki­jażu, a kie­row­nica słu­żyła jako pod­pórka do ma­lo­wa­nia pa­znokci. Laura przy­go­to­wała się na tę oka­zję, po­ta­jem­nie po­ło­żyła za za­głów­kiem gra­fikę li­ścia – in­for­ma­cję dla in­nych uczest­ni­ków ru­chu dro­go­wego, że kie­rowca w pas­sa­cie do­piero za­czyna zgłę­biać taj­niki ru­chu dro­go­wego.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej Mo­nika za­par­ko­wała auto po dru­giej stro­nie ulicy, na­prze­ciwko sta­cji, wjeż­dża­jąc jed­nym ko­łem w wy­ła­maną kratkę stu­dzienki ka­na­li­za­cyj­nej. Ja­kiś prze­jeż­dża­jący na ro­we­rze młody chło­pak krzyk­nął:

– Z tyłu liść, z przodu liść, a w środku… Głąb!

Mo­nika zro­biła się pur­pu­rowa ze zło­ści, po­li­czyła do trzech, po czym wy­chy­liła się przez okno, aby pu­ścić za nim wiązkę kilku słów, wszyst­kich bar­dzo brzyd­kich.

Ewa ode­tchnęła z ulgą i za­częła wy­sia­dać na roz­trzę­sio­nych no­gach, wspie­ra­jąc się o drzwi.

Wzięły ba­gaże. Gdy po­de­szły na sta­no­wi­sko, dwu­pię­trowy, czer­wony au­to­bus z ta­bliczką „Oslo” był już pod­sta­wiony. Po­de­szły do tyłu, żeby nadać ba­gaż do luku.

– Za­sta­nówmy się, czy na pewno wszystko masz – po­wie­działa Mo­nika, ła­du­jąc Lau­rze kwit ba­ga­żowy do to­rebki. Laura wy­cią­gnęła ko­pertę z du­żym gra­na­to­wym logo biura po­dróży Se­aTo­urs.pl.

– Do­wód, do­ku­menty Le­ona, bi­let au­to­bu­sowy, bi­let na prom, umowa, oszczęd­no­ści mo­jego ży­cia, te­le­fon, ła­do­warka, ubra­nia, ko­sme­tyki…

– Masz kartę do ban­ko­matu? Gdyby się coś wy­da­rzyło, na­tych­miast dzwoń, to bę­dziemy prze­le­wać kasę! – oznaj­miła Ewa.

– Jest – po­wie­działa Laura, spraw­dza­jąc port­fel. – O rany, będę tę­sk­nić!

Uści­skały się ze łzami w oczach.

– Po­wo­dze­nia! Pa­mię­taj, żeby zdać ra­port, jak tylko do­je­dziesz! – przy­po­mniała Ewa.

– Okej. Pa!

Laura i Leon wsie­dli do au­to­busu i za­jęli miej­sce na pię­trze z przodu z le­wej strony. Gdy au­to­bus ru­szał, Laura po­ma­chała do ko­le­ża­nek.

– Ahoj, przy­godo! – po­wie­działa do sie­bie, opie­ra­jąc się o fo­tel i pa­trząc za okno. Leon po­ło­żył łeb na jej udzie i na­tych­miast za­padł w drzemkę.

Kie­rowca au­to­busu je­chał spraw­nie i szybko. Laura z za­chwy­tem po­dzi­wiała urodę pol­skiej wsi. Krowy i ko­nie pa­sły się na łą­kach, tu i ów­dzie wśród zie­leni po­ły­ski­wały je­ziora. In­ten­syw­nie żółte pola rze­paku mie­niły się ty­sią­cem re­flek­sów, fa­lu­jąc na wie­trze. Pół go­dziny póź­niej wje­chali na au­to­stradę. Laura wzięła przy­kład z Le­ona, po­ło­żyła głowę na łok­ciu i też się zdrzem­nęła. Kiedy się obu­dzili, au­to­bus już był w por­cie. Stał w ko­lejce do od­prawy. Chwilę póź­niej prze­je­chał przez spe­cjalny wjazd i Laura po­czuła, że pod­łoże lekko się kiwa. Ma­ry­na­rze pod­nie­śli ko­twicę i sta­tek wy­pły­nął z portu.

Laura i Leon stali przy bur­cie na naj­wyż­szym po­kła­dzie. Laura nie mo­gła się na­cie­szyć no­wym do­świad­cze­niem. Z za­pa­łem oglą­dała spo­kojne, gra­na­towe fale i szy­bu­jące mewy. Świeża mor­ska bryza orzeź­wiała jej twarz, mierz­wiła loki i po­bu­dzała zmy­sły. Leon nie po­dzie­lał jej en­tu­zja­zmu. Psiak chyba miał cho­robę mor­ską, po­ło­żył się plac­kiem pod ławką i przez całą drogę nie pod­no­sił łba choćby na cen­ty­metr, od czasu do czasu wy­da­jąc po­mruki nie­za­do­wo­le­nia. Noc była po­godna, roz­gwież­dżona, nad ta­flę mo­rza wy­peł­zły ja­sne pa­sma mgły. Po kilku go­dzi­nach prom do­bił do brzegu i Laura po­sta­wiła stopy na skan­dy­naw­skiej ziemi po raz pierw­szy w ży­ciu. Był chłodny po­ra­nek, pierw­sze pro­mie­nie słońca kła­dły się le­ni­wie na czer­wo­nych da­chów­kach por­to­wego mia­steczka Ystad.

Szybko prze­szli od­prawę celną i wsie­dli z po­wro­tem do czer­wo­nego au­to­busu. Ru­szyli da­lej. Au­to­kar więk­szość trasy je­chał wzdłuż li­nii brze­go­wej i Laura mo­gła kar­mić oczy cu­dow­nymi kra­jo­bra­zami fior­dów i szwedz­kich mia­ste­czek. Prze­jeż­dżali przez gę­ste, pach­nące ży­wicą lasy i ska­li­ste, po­ro­śnięte mchem do­liny. Po kilku go­dzi­nach do­je­chali do sto­licy Nor­we­gii. Au­to­bus za­trzy­mał się na sta­no­wi­sku dworca Oslo Cen­tral Sta­tion przy Jern­ba­ne­tor­get 1. Gdy drzwi au­to­busu otwo­rzyły się, pies wy­sko­czył na chod­nik i prze­cią­gnął się, jakby ćwi­czył za­awan­so­waną jogę. Laura ode­brała ba­gaż, za­ła­do­wała torbę spor­tową na wa­lizkę i po­de­szła do naj­bliż­szej ławki, żeby prze­stu­dio­wać mapkę oko­licy. We­dług opisu od pani Jo­asi po­winna kie­ro­wać się na wschód do wyj­ścia i po­tem w prawo na par­king, a tam bę­dzie ktoś cze­kał o go­dzi­nie pięt­na­stej. Miała jesz­cze dwa­dzie­ścia mi­nut do spo­tka­nia. Chwy­ciła psią smycz, ba­gaże i ru­szyła. „Le­onowi na pewno przyda się chwila na po­wie­trzu przed ko­lejną po­dróżą”, po­my­ślała.

Ku ucie­sze psa nie­opo­dal dworca znaj­do­wał się nie­wielki skwe­rek. Leon z przy­jem­no­ścią roz­ru­szał łapy po kilku go­dzi­nach spę­dzo­nych na sie­dze­niu au­to­busu. Laura ku­piła kawę i struclę w ro­we­ro­wej ka­wiarni. Spa­ce­ro­wali nie­spiesz­nie, kie­ru­jąc się z po­wro­tem w stronę dworca. Za­trzy­mali się przy ta­bliczce z na­pi­sem „par­ke­ring”. Na par­king wła­śnie pod­je­chał czarny sa­mo­chód z logo w kształ­cie trój­zębu na ma­sce i za­par­ko­wał na naj­bliż­szym wol­nym miej­scu. Było to Ma­se­rati – auto nie­wąt­pli­wie luk­su­sowe, żeby nie po­wie­dzieć szpa­ner­skie. Błysz­czący la­kier i gładka ka­ro­se­ria spra­wiały wra­że­nie, jakby do­piero wy­je­chano nim z sa­lonu po czer­wo­nym dy­wa­nie. Ktoś wy­siadł przez drzwi kie­rowcy. Laura wi­działa, jak czarna czu­pryna prze­suwa się wzdłuż da­chu wozu. Kiedy zza ba­gaż­nika wy­ło­niła się po­stać, za­mru­gała oszo­ło­miona. Nie miała cie­nia wąt­pli­wo­ści, że mie­siąc temu śnił się jej do­kład­nie ten sam męż­czy­zna. Nie po­do­bny – do­kład­nie ten sam! Po­czuła ude­rze­nie go­rąca i ad­re­na­liny – cały świat do­słow­nie za­wi­ro­wał.

Rozdział 3

Gabriel

Chło­pak za­trzy­mał się w miej­scu i na­piął ner­wowo ra­miona. Ala­ba­strową skórę na chwilę po­krył le­dwo wi­do­czny ru­mie­niec. Ja­sno­błę­kitne oczy rzu­cały py­ta­jące spoj­rze­nia. Ni­gdy nie wi­działa ta­kich oczu, które ja­rzyły się obez­wład­nia­ją­cym księ­ży­co­wym bla­skiem. Można było się w nich za­to­pić i za­tra­cić. Ja­kie ta­jem­nice kryły? Czy na­le­żały do czło­wieka?

Po­trzą­snął głową, od­rzu­ca­jąc nie­sforną kru­czą grzywkę. We śnie wy­glą­dał na star­szego. Laura po­my­ślała, że może być na­wet młod­szy od niej. Sen nie od­da­wał ca­łego uroku tego chło­paka. Dziew­czyna ze zdu­mie­nia nie mo­gła się ru­szyć, nogi wro­sły jej w chod­nik, a głos od­mó­wił po­słu­szeń­stwa. Stała jak słup soli z prze­wie­szoną na ra­mie­niu torbą, ciast­kiem w zę­bach, kawą w dłoni i wa­lizką w dru­giej. Na szczę­ście sy­tu­ację ura­to­wał by­stry Leon, który zdą­żył się już w swoim psim ży­ciu na­uczyć, że nie­zręczna ci­sza nie wróży nic do­brego. Śmiało pod­biegł do chło­paka, mer­da­jąc ogo­nem. Z ra­do­ści sko­czył na niego przed­nimi ła­pami, zo­sta­wia­jąc ślady błota na mar­ko­wych dżin­sach, i za­czął li­zać go po rę­kach.

– Hej, mały – po­wie­dział chło­pak po nor­we­sku, głę­bo­kim, sa­ty­no­wym gło­sem. Po­gła­skał psa po gło­wie, po czym wy­pro­sto­wał się i po­pa­trzył na Laurę. Zdu­mie­nie nie opusz­czało jego głę­bo­kich jak po­lo­dow­cowe je­ziora oczu.

Laura pró­bo­wała coś po­wie­dzieć, ale ję­zyk za­plą­tał jej się w su­peł. Wy­jęła ciastko z ust i po­ło­żyła na denku od kawy. Rączkę wa­lizki za­cze­piła o ło­kieć. Zro­biła ko­ślawy krok do przodu, wy­cią­ga­jąc rękę do przy­wi­ta­nia. Była tak za­afe­ro­wana, że nie za­uwa­żyła roz­wią­za­nego sznu­ro­wa­dła. Nie­zdar­nie wpa­dła pro­sto w ra­miona przy­stoj­nego nie­zna­jo­mego, wy­le­wa­jąc kawę. Młody męż­czy­zna zła­pał ją ma­chi­nal­nie i z chrząk­nię­ciem od­sta­wił moż­li­wie da­leko od sie­bie. Miał mocny i pewny chwyt, a do tego do­sko­nały re­fleks.

– Mam na imię Ga­briel – przed­sta­wił się uprzej­mie. Jed­nak można było wy­czuć dy­stans w jego gło­sie. – Ty je­steś pew­nie Laura Irys. Mam cię za­wieźć do zamku.

Jego mina su­ge­ro­wała, że spo­dzie­wał się cze­goś in­nego po ich pierw­szym spo­tka­niu. Przy­stojny nie­zna­jomy bez słowa wy­jął jej ba­gaż z rąk, jed­no­cze­śnie po­sy­ła­jąc spoj­rze­nie typu: Le­piej mi to od­daj, bo jesz­cze zro­bisz so­bie krzywdę.

– Okej – tylko tyle zdo­łała wy­krztu­sić. Do­brze, że uczyła się wcze­śniej nor­we­skiego. Przy­naj­mniej wie­działa, na co się zga­dza.

Ga­briel otwo­rzył ba­gaż­nik i wło­żył torbę spor­tową, po­tem chwy­cił za rączkę wa­lizkę i uniósł. Oka­zało się, że kółka są upać­kane bło­tem, co Ga­briel skwi­to­wał unie­sie­niem brwi. Osten­ta­cyj­nie wy­cią­gnął chu­s­teczki i za­czął wy­cie­rać ślady kawy z ka­ro­se­rii i ze swo­jej skó­rza­nej kurtki.

– Dasz radę wsiąść do sa­mo­chodu bez mo­jej po­mocy? – rzu­cił gniew­nie.

– Nie je­stem pewna – wy­pa­liła Laura po an­giel­sku. Ro­zu­miała dużo z nor­we­skiego, jed­nak swo­bod­niej po­ro­zu­mie­wała się w ję­zyku an­giel­skim. Do­piero po chwili do niej do­tarło, jak ten żart był mocno ża­ło­sny.

Ga­briel się nie za­śmiał. Bez słowa za­mknął ba­gaż­nik, pod­szedł do tyl­nych drzwi od strony pa­sa­żera i wpu­ścił tam Le­ona. Laura wstrzy­mała od­dech na myśl o błot­ni­stych śla­dach psich łap na nie­na­gan­nej ta­pi­cerce. Chło­pak na­stęp­nie otwo­rzył drzwi z przodu i spoj­rzał na Laurę su­ro­wym wzor­kiem. Po­czuła się jak małe dziecko, które na­roz­ra­biało. Co za bu­rak… Wi­docz­nie nie można mieć w ży­ciu wszyst­kiego. Jak uroda, to cha­rak­ter pa­skudny.

Wy­pro­sto­wana jak struna, z wy­soko pod­nie­sioną głową prze­szła obok niego, pa­trząc gdzieś w dal i wsia­dła do auta ni­czym kró­lowa an­giel­ska. Mo­gła przy­siąc, że wi­działa, jak ką­ciki ust chło­paka lekko drgnęły.

Chwilę póź­niej Ma­se­rati wy­je­chał z par­kingu i włą­czył się do ru­chu. Ga­briel wci­snął gaz do de­chy. Sa­mo­chód za­mru­czał i przy­spie­szył tak, że Laurę wbiło w fo­tel. Po­czuła się jak na rol­ler­co­aste­rze. Chło­pak jeź­dził spraw­nie i „zryw­nie”, cho­ciaż we­dług niej za szybko. Ką­tem oka do­strze­gła sto sześć­dzie­siąt ki­lo­me­trów na mul­ti­me­dial­nym pa­nelu na de­sce roz­dziel­czej. Już chciała coś po­wie­dzieć, ale ugry­zła się w ję­zyk. In­tu­icja pod­po­wia­dała jej, że to mę­skie ego trzy­mało w tym mo­men­cie ręce na kie­row­nicy i nogę na ga­zie. Duma nie po­zwo­liła jej na niego pa­trzeć, więc wle­piała wzrok w kra­jo­brazy za oknem. Co on so­bie my­ślał? Jak to w ogóle moż­liwe, że śniła o nim? Nie miała co do tego wąt­pli­wo­ści – ta­kiej twa­rzy się nie za­po­mina. Cho­ciaż trzeba przy­znać, że Ga­briel ro­bił dużo lep­sze wra­że­nie na żywo. Wi­zu­al­nie. A może to był sen pro­ro­czy? Bie­da­czek nie bę­dzie miał przy­ja­ciół przez swoje aro­ganc­kie na­sta­wie­nie i w końcu sko­czy z klifu, po­peł­nia­jąc sa­mo­bój­stwo. Przez chwilę na­wet zro­biło się jej go żal. Spra­wiał wra­że­nie, jakby też wi­dział ją nie pierw­szy raz. Czy to moż­liwe, że śnił o niej wcze­śniej? Nie miała za­miaru py­tać. Do­brze przy­naj­mniej, że mia­sto, do któ­rego jadą, nie znaj­duje się na kli­fie. Spraw­dzała wcze­śniej drogę na ma­pie w in­ter­ne­cie. Po­dróż z Oslo po­winna za­jąć mniej wię­cej dwie go­dziny. Ta­kim szyb­kim au­tem może na­wet kró­cej. Po­winni już do­jeż­dżać. Auto jed­nak mknęło da­lej po nor­we­skich ser­pen­ty­nach mię­dzy gó­rami i Laura za­częła się tro­chę nie­cier­pli­wić.

– Da­leko jesz­cze? – za­py­tała, sta­ra­jąc się wy­prać swoją wy­po­wiedź z emo­cji.

– Ja­kieś osiem­na­ście go­dzin.

– Co?!

– Co taka zdzi­wiona?

– Za­trzy­maj się na­tych­miast! – roz­ka­zała w przy­pły­wie pa­niki.

„Kop w kro­cze i wiej”, krzy­czała jej pod­świa­do­mość. „Z tej po­zy­cji nie mam jak”, od­parła jej w my­ślach.

– Nie za­mie­rzam się za­trzy­my­wać. Tu nie jest bez­piecz­nie – stwier­dził, prze­cze­su­jąc czarną grzywkę.

– Dla­czego? – za­py­tała.

– Po pro­stu nie jest tu bez­piecz­nie – Ga­briel prze­niósł na nią ja­sne oczy, spra­wia­jąc, że znowu za­po­mniała ję­zyka w gę­bie.

Za­mru­gała zdez­o­rien­to­wana, a po­tem po­krę­ciła głową.

– Po­wie­dzia­łam: za­trzy­maj się! – krzyk­nęła.

Była nie­malże pewna, że to po­rwa­nie.

Chło­pak po­pa­trzył zdu­miony, ale wy­ko­nał po­le­ce­nie i za­par­ko­wał auto na po­bo­czu.

– Pro­szę. I co te­raz?

– Je­śli mi na­tych­miast nie wy­ja­śnisz, co się dzieje, to spa­dam stąd – ogło­siła.

– Je­steś wa­riatką? – za­py­tał zu­peł­nie po­waż­nie. Do­syć tego. Laura wcią­gnęła świsz­cząco po­wie­trze, czu­jąc, jak go­rący ru­mie­niec wy­kwita na jej po­licz­kach.

– Sam je­steś wa­ria­tem – od­pa­ro­wała, wy­ma­chu­jąc pal­cem ze zło­ścią.

– Ci­cho! – na­gle zro­bił się czujny. Od­ru­chowo po­ło­żył jej dłoń na war­gach, spra­wia­jąc, że krew przy­spie­szyła jej w ży­łach.

Ką­tem oka do­strze­gła, jak sięga po coś za sie­dze­nie pa­sa­żera. To coś wy­glą­dało jak… jak pa­ra­li­za­tor.

Laura nie miała za­miaru dać się obez­wład­nić, wy­sko­czyła z auta jak z procy, otwo­rzyła drzwi Le­onowi i za­częli ucie­kać, zo­sta­wia­jąc Ga­briela ze zba­ra­niałą miną. Bie­gli co tchu przez około ki­lo­metr. Spo­dzie­wała się, że po­ry­wacz bę­dzie ją go­nił, albo szybko za­wróci auto i za­blo­kuje drogę, ale nic z tych rze­czy się nie wy­da­rzyło. Ma­se­rati stał za­par­ko­wany w tym sa­mym miej­scu, gdzie Ga­briel się za­trzy­mał. Do­bie­gali do mrocz­nego, gę­stego i pach­ną­cego ży­wicą lasu. Słońce chy­liło się ku za­cho­dowi. Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach zro­biło się już zu­peł­nie zimno i nie­przy­jem­nie. Zwal­nia­jąc do pręd­kiego mar­szu, Laura wy­jęła z kie­szeni te­le­fon i włą­czyła la­tarkę. Miała czter­dzie­ści dwa pro­cent ba­te­rii, nie wy­star­czy do rana… Chciała wy­ko­nać te­le­fon do am­ba­sady, ale jak to zwy­kle w ta­kich mo­men­tach bywa – za­sięg za­wiódł… Cho­lera! Ro­zej­rzała się do­okoła w po­szu­ki­wa­niu po­mocy.

Ni­g­dzie nie było śladu żad­nej ak­tyw­no­ści czło­wieka, chatki, sta­cji ben­zy­no­wej czy sklepu. Krótko mó­wiąc, sy­tu­acja bez­na­dziejna. Laura była głodna, zmar­z­nięta i nie wie­działa, co da­lej zro­bić. Usia­dła na pieńku przy dro­dze, obej­mu­jąc rę­kami ko­lana. Wiatr za­ko­ły­sał cięż­kimi pniami, nio­sąc przez las sze­lest li­ści. Leon po­ło­żył pysk na jej sto­pie. Przez kilka mi­nut sie­działa, zbie­ra­jąc my­śli i sta­ra­jąc się zna­leźć ja­kieś sen­sowne roz­wią­za­nie. Czy nie prze­sa­dziła z re­ak­cją? Z per­spek­tywy czasu mu­siała przy­znać, że była nieco me­lo­dra­ma­tyczna. Cho­ciaż z dru­giej strony… Ile na­krę­cono fil­mów o dziew­czy­nach, które jadą prze­żyć przy­godę swo­jego ży­cia, a za­miast tego czeka je kosz­mar? Ile ko­biet za­gi­nęło bez wie­ści? Ile z nich tra­fiło do do­mów pu­blicz­nych albo „na or­gany”? Laura wzdry­gnęła się na myśl o dzier­żą­cej ostry skal­pel ręce w gu­mo­wej rę­ka­wiczce. Nie można ufać lu­dziom, nie można… Nic nie wie­działa o tym ca­łym Ga­brielu. Czy w ogóle to jego praw­dziwe imię? Prze­cież się nie wy­le­gi­ty­mo­wał, a ona jak pierw­sza na­iwna wsia­dła do jego auta, jak gdyby ni­gdy nic, oszo­ło­miona jego urodą. Tak, tak, te­raz na­wet przy­po­mniała so­bie wą­tek z filmu kry­mi­nal­nego, gdzie prze­stępcy wy­na­jęli przy­stoj­nego chło­paka, który pod­ry­wał dziew­czyny, a po­tem da­wał han­dla­rzom cynk, gdzie miesz­kają i czy są same. Wszystko się zga­dzało…

Na­gle Leon pod­niósł się i za­czął wpa­try­wać w nie­prze­nik­nioną ścianę lasu. Nie mo­gła oprzeć się wra­że­niu, że ktoś ich ob­ser­wuje, ale nie po­tra­fiła na­mie­rzyć miej­sca, gdzie ten ktoś był. „No to masz przy­godę”, za­drwiła jej pod­świa­do­mość. Laura czuła na­ra­sta­jące uczu­cie nie­po­koju. Czy w tych la­sach są dzi­kie zwie­rzęta? Niedź­wie­dzie? Wilki? Chi­rur­dzy z czar­nego rynku? Na samą myśl je­żył się włos na gło­wie, nie wspo­mi­na­jąc o spo­tka­niu ta­kich be­stii. Szkoda, że Mo­nika nie po­ka­zała jej, jak za­ło­żyć tego Nel­sona. Leon wpa­try­wał się w mrok, za­pewne do­strze­gał dużo wię­cej, niż Laura chcia­łaby, żeby wi­dział.

Na­gle coś po­ru­szyło się w krza­kach. Laura po­czuła, jak serce pod­cho­dzi jej do gar­dła, a wielki ka­wał lodu zjeż­dża po krę­go­słu­pie. Mo­gła przy­siąc, że czuje na karku cie­pły po­wiew, od któ­rego wło­ski stają dęba. Usły­szała za sobą nie­równy, gar­dłowy od­dech. Leon zmarsz­czył pysz­czek, ob­na­ża­jąc zęby, chcąc po­ka­zać wro­gowi, że w ra­zie czego nie za­waha się i ro­ze­rwie mu gar­dło na strzępy. To, że się­gał prze­cięt­nemu czło­wie­kowi za­le­d­wie do ko­lan, nie miało w tym mo­men­cie żad­nego zna­cze­nia. Usły­szeli, że ta­jem­ni­czy na­past­nik od­gina ga­łąź, zbli­ża­jąc się w ich stronę. Lekki po­dmuch wia­tru za­sze­le­ścił w ko­ro­nach drzew, a ta­jem­ni­czy cień po­ru­szył się nie­spo­koj­nie. Pies za­czął szcze­kać w kie­runku, z któ­rego do­cho­dziły dźwięki. Mru­żąc oczy i prze­ni­ka­jąc mrok, Laura do­strze­gła dwa zie­lone, ja­rzące się punkty. Ku jej zgro­zie oka­zało się, że śle­pia z każ­dym mru­gnię­ciem znaj­dują się co­raz bli­żej, a gar­dłowy od­dech robi się gło­śniej­szy. Cały las na chwilę za­stygł w ci­szy, jakby cze­kał ze wstrzy­ma­nym od­de­chem na roz­wój wy­da­rzeń. Punkty znik­nęły. Leon włą­czył dru­gie ucho na tryb na­słu­chu. Coś nad­cho­dziło z pół­nocy. Czy było to ko­lejne mon­strum? Dźwięk na­si­lił się tak, że te­raz Laura była w sta­nie coś usły­szeć. Wy­pa­try­wała ja­kie­goś ru­chu, jed­nak droga ury­wała się na za­krę­cie. Z całą pew­no­ścią nie było to zwie­rzę… Zza za­krętu wy­ło­nił się czarny, po­ły­sku­jący Ma­se­rati i za­trzy­mał się z pi­skiem opon przed Laurą i Le­onem. Kie­rowca otwo­rzył drzwi od strony pa­sa­żera. Bez chwili wa­ha­nia Leon wła­do­wał się do środka. Zna­lazł się bo­ha­ter. „No pięk­nie, z desz­czu pod rynnę”, po­my­ślała Laura. Nie ma­jąc spe­cjal­nie wy­boru, wsia­dła za nim. Ru­szyli z pręd­ko­ścią nad­świetlną. Laura od­wró­ciła się i zo­ba­czyła za­rys po­tęż­nej syl­we­tki od­bi­ja­ją­cej świa­tła sa­mo­chodu. Zwie­rzę było tuż za nią. Cho­lera! Było bli­sko!

Ga­briel ze sto­ic­kim spo­ko­jem pro­wa­dził auto, jak gdyby nic się nie stało. Oszo­ło­miona Laura nie mo­gła zła­pać od­de­chu, co chwilę oglą­da­jąc się za sie­bie. Z jej ust po­pły­nęła ka­skada płacz­li­wej wdzięcz­no­ści.

– Dzię­kuję za ra­tu­nek, co… co to było? – wy­mam­ro­tała, gdy wresz­cie udało jej się la­ment ubrać w słowa.

– Co ci w ogóle przy­szło do głowy, dziew­czyno? – za­py­tał Ga­briel. Te­raz był lekko zde­ner­wo­wany. Laura po­my­ślała, że gdyby można było zmie­rzyć sto­pień wku­rze­nia w czy­imś gło­sie, to przy­zna­łaby mu sie­dem w skali Be­au­forta*.

– Gdzie w ogóle je­dziemy? – od­po­wie­działa py­ta­niem, otwie­ra­jąc apli­ka­cję z za­pi­saną trasą.

– Jak to gdzie?! Wiozę cię do zamku mo­jego ojca na wy­spie Fri­sørd.

„O mój Boże”, po­my­ślała Laura. „Wy­spa!”. I zro­biło jej się go­rąco.

– Jak spraw­dza­łam na ma­pie, ta miej­sco­wość jest około stu czter­dzie­stu ki­lo­me­trów od Oslo, stąd moja pa­nika… – tłu­ma­czyła.

Ga­briel zda­wał się nie­wzru­szony tą hi­sto­rią.

– Wy­cią­gną­łeś pa­ra­li­za­tor i my­śla­łam, że to po­rwa­nie… – do­dała po chwili za­że­no­wana.

– Po­każ mi to – wy­cią­gnął rękę po te­le­fon.

Rzu­cił okiem na mapę i za­ci­snął usta. Laura ob­ser­wo­wała go uważ­nie. Krew od­pły­nęła mu z twa­rzy i za­czął się cały trząść. „Czy on się dusi?”, po­my­ślała.

Chwilę póź­niej wy­buch­nął szcze­rym, do­no­śnym śmie­chem.

– Co jest ta­kie za­bawne? – za­py­tała odro­binę ura­żona, za­bie­ra­jąc mu te­le­fon.

– Wpi­sa­łaś miej­sce do­ce­lowe Fri­sør, czyli fry­zjer. Wy­zna­czyło ci trasę do ja­kie­goś fry­zjera – do­dał, szcze­rząc zęby. Miał nie­zły ubaw.

– O matko – jęk­nęła Laura.

Ga­briel spoj­rzał na nią. W jego oczach nie było nic z wcze­śniej­szego dy­stansu. Flauta†.

– A pa­ra­li­za­tor był dla cie­bie. Na wszelki wy­pa­dek.

– Na jaki, do dia­bła, znowu wy­pa­dek?

– Na wy­pa­dek, gdyby ktoś nas za­ata­ko­wał. Jed­nak wąt­pię, czy by po­mógł.

– A co to niby ma zna­czyć? – w ciem­nych oczach Laury za­pło­nęło obu­rze­nie.

– Ano, to, że masz ta­lent do pa­ko­wa­nia się w kło­poty.

Z tym nie mo­gła się nie zgo­dzić, więc opa­dła na opar­cie i wes­tchnęła.

Je­chali kilka mi­nut w mil­cze­niu. Ga­briel cały czas lekko uśmie­chał się, a Laura za­sta­na­wiała się, jak mo­gła się tak wy­głu­pić.

– Opo­wiedz mi coś o wy­spie – po­pro­siła po chwili, cho­ciaż nie była pewna, czy chce się do­wie­dzieć, że jest tam za­mek na półce skal­nej i wielki klif. To py­ta­nie wzbu­dziło w jej roz­mówcy dys­kom­fort.

– Wy­spa jak wy­spa. Jest pry­watna i nikt tam nie ma wstępu. Tylko człon­ko­wie rodu Se­ihval.

– No i ja – do­dała Laura.

– No i ty.

– A kiedy przy­jadą inni wo­lon­ta­riu­sze?

Ga­briel wo­dził przez kilka chwil wzro­kiem po jej twa­rzy.

– Nie przy­jadą – spoj­rzał znów na drogę.

– Co? Dla­czego?

– Miało być pięć osób, w tym ty. Nie bę­dzie ni­kogo in­nego.

– Ale dla­czego?

– Nie wiem. Zre­zy­gno­wali – od­po­wie­dział, a twarz mu stę­żała. Coś ukry­wał.

– I co, my­śli­cie, że ja sama od­re­stau­ruje wam cały za­mek? – za­py­tała wo­jow­ni­czo.

– A skąd. – Po chwili jed­nak do­dał – Nie martw się. Oj­ciec za­trudni jesz­cze kilka osób do po­mocy. Nie zmę­czysz się, bę­dziesz ra­czej kie­row­ni­kiem ro­bót. Przy­znam szcze­rze, że jesz­cze nie wiem, którą kom­natę masz pro­jek­to­wać.

– Aha – rze­kła bez en­tu­zja­zmu.

– Ten wo­lon­ta­riat to same kło­poty. Nie­stety, mu­simy przyj­mo­wać wo­lon­ta­riu­szy – zer­k­nął na nią prze­lot­nie. – Co roku oj­ciec łoży nie­małe sumki na rzecz or­ga­ni­za­cji. W za­mian za to przy­sy­łają nam was, a ja mam pro­blem.

A roz­mowa za­czy­nała być już miła… Laura po­sta­no­wiła zi­gno­ro­wać ten ko­men­tarz i zmie­nić te­mat.

– Czy za­mek jest zbu­do­wany na pla­nie spi­rali? – za­py­tała.

– Skąd wiesz? – za­brzmiało to jak wy­rzut. Ga­briel te­raz wy­glą­dał na mocno zde­ner­wo­wa­nego. Od zera od razu do ósemki skali w pół se­kundy.