Dom warszawski - Beata Chomątowska - ebook + książka

Dom warszawski ebook

Beata Chomątowska

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.



Dowiedz się więcej.
Opis

Czy da się opowiedzieć o Polsce ostatniego stulecia za pomocą losów jednego budynku? Tak, jeśli ta opowieść dotyczy takich domów, jak warszawska kamienica przy Litewskiej 10.

Ukończona na krótko przed II wojną światową, stanie się kolejno: luksusowym „domem dochodowym”, mieszkaniem dla pracowników Kripo i SS z pobliskiej Alei Szucha, siedzibą Ministerstwa Ziem Odzyskanych, a następnie domem Komitetu Centralnego, w którym partia osiedli dawnych działaczy Komunistycznej Partii Polski, pracowników redakcji i resortów. Za sprawą ich dzieci, „dom słowa i władzy” stanie się też domem solidarnościowej opozycji, w którym ulotki przechowuje się w podwórkowym śmietniku. Po 1989 roku pod tym samym dachem sąsiadować będą ze sobą prywatni właściciele i lokatorzy mieszkań komunalnych, a siedzibę rosyjskiej agencji TASS od Polskiej Sekcji BBC będzie dzielić zaledwie piętro.

Beata Chomątowska stara się uchwycić specyfikę miejsca, które skupia w sobie niczym w soczewce wielką i małą historię. Bo Dom warszawski to przede wszystkim opowieść o jego mieszkańcach i tej szczególnej sąsiedzkiej więzi, która łączy ludzi dzielących latami wspólną przestrzeń. Nie bez powodu patronuje jej Georges Perec i jego Życie instrukcja obsługi.

Za reporterskim tematem można objechać świat. Ale bywa, że temat czeka tuż za ścianą. Pierwszym tropem była wzmianka o „wdowie po Świerczewskim”, sąsiadce z półpiętra. Potem wizyta u kolejnej wdowy, gdzie wisiał portret innego mężczyzny w mundurze. Nazwisko generała Moczara na liście lokatorów obok rodzin działaczy i działaczek Komunistycznej Partii Polski, którym Marzec 1968 roku zakończył kariery lub zmusił do emigracji – Mrożek by tego nie wymyślił. A przecież snuł się tu i cień Gomułki, urzędującego w Ministerstwie Ziem Odzyskanych, mieszczącym się kiedyś właśnie w tym budynku. W oficynie mogłam wciąż spotkać rodziny byłych pracowników resortu, a także właścicieli przedwojennego „domu dochodowego”, jakim była ta kamienica, nim zajęli ją lokatorzy z Kripo i SS. Zaczęłam szperać w archiwach, nastawiłam uszu.

Autorka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 518

Data ważności licencji: 9/30/2033

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś

Ilustracja na okładce © Anna Pruszyńska

Wybór fotografii Magdalena Budzińska i Beata Chomątowska

Copyright © by Beata Chomątowska, 2026

Opieka redakcyjna Magdalena Budzińska

Redakcja Anastazja Oleśkiewicz

Korekta Zofia Kozik / d2d.pl, Danuta Porębska / d2d.pl

Skład Robert Oleś / d2d.pl

Publikacja ukazała się przy wsparciu Instytutu Książki w ramach programu wydawniczego Inne Tradycje. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej Nr 3/DF VII/2026

Projekt został zrealizowany w ramach stypendium artystycznego m.st. Warszawy

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8396-396-9

Na początek

Byli moimi sąsiadami. Niektórych zdążyłam poznać osobiście, z innymi minęłam się o włos, jeszcze innych znam wyłącznie z opowiadań. Połączył nas wspólny adres. Te same widoki z okien, identyczne gesty wykonywane w tej samej przestrzeni: domykanie bramy, naciskanie guzika przy windzie, zeskakiwanie z dwóch ostatnich stopni. Drobiazgi składające się na poczucie szczególnej komitywy poza czasem, jaka może przytrafić się obcym ludziom mieszkającym pod jednym dachem.

Ten dom ma coś w sobie – pomyślałam po pierwszej nocy. Krótko potem rozmowna sąsiadka z półpiętra okazała się „wdową po Świerczewskim”, choć jeszcze nie wiedziałam, co to dokładnie znaczy. Za ścianą u innej, też wdowy, wisiał portret mężczyzny w mundurze. Był to generał Moczar, jej mąż. Dokument, który moi dziadkowie, powojenni osadnicy na Dolnym Śląsku, dostali z Ministerstwa Ziem Odzyskanych, też wysłano do nich w 1946 roku z tego właśnie budynku. Urząd mieścił się od frontu, ale w oficynie wciąż można było natknąć się na byłych właścicieli kamienicy. Zaczęłam szperać w archiwach, nastawiłam uszu.

Reporterski bricolage powstawał z okruchów gromadzonych latami – nie tylko tych materialnych, ale również z przeżyć, marzeń, emocji. Bo opowieść o domu na Litewskiej to zapis polskiej historii najnowszej w miniaturze, ale – jak pisał Georges Perec w niedościgłym Życiu instrukcji obsługi – to przede wszystkim opowieść o mieszkańcach „żyjących tam niegdyś i tych, którzy jeszcze tam są. I wszystkich elementach ich życia – ich kotach, czajnikach, przygodach”1. Zapraszam do środka.

Pierwsi

Nawet Gomułka nie dał mu rady.

Pułkownik Gleb Czernych, lokator mieszkania na drugim piętrze, zainstalował się tuż po wojnie na czterech pokojach i stu dwunastu metrach kwadratowych. Mieszkanie z tych najbardziej reprezentacyjnych, od frontu. Położone dogodnie: ścisłe centrum stolicy, w pobliżu głównych instytucji państwowych. Mijały miesiące, a Czernych rozgościł się w nim na dobre, ignorując zachodzące dookoła zmiany. Za ścianą stukały już maszyny do pisania, biegali urzędnicy, powstawały projekty dekretów i rozporządzeń. Tymczasem Gleb, jak gdyby nigdy nic, żył sobie po sąsiedzku z departamentami Ministerstwa Ziem Odzyskanych, które rozlokowywano we frontowej części kamienicy. Najwyraźniej czuł się tu jak u siebie w domu, choć dotąd ani z Warszawą, ani z tą kamienicą, ani z ministerstwem nie miał nic wspólnego.

– A z czym wy mi tu przychodzicie? Mnie to nie dotyczy! – zrugał żołnierzy, którzy pokazali mu rozkaz z grudnia 1945 roku o konieczności niezwłocznych przenosin „wszystkich osób wojskowych i cywilnych” zainstalowanych w budynku przez kwaterunek wojskowy.

Oznajmił, że mieszkanie przydzieliła mu inna instytucja[1], i zatrzasnął im drzwi przed nosem. Zmyli się jak niepyszni, choć to, co mówił, było nieprawdą – bo podobnie jak reszta mieszkańców korzystał z zakwaterowania wojskowego i podlegał wojskowym przepisom.

Co począć z takim lokatorem? Nie dość, że Rosjanin, to jeszcze wysoki rangą. Z polskim wojskiem, podobnie jak z kwaterunkiem, gadać nie chce. Wszyscy obchodzą się z nim jak z jajkiem, nie rozkazują, lecz proszą, by wyraził zrozumienie dla potrzeb państwa. Ministerstwo Obrony Narodowej po zapoznaniu się z tematem umywa ręce – to sprawa poza ich kompetencjami, bo pułkownik Czernych, jako oficer Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, podlega już innemu resortowi – Bezpieczeństwa Publicznego.

Płyną dalej dni, tygodnie, pisma krążą, a lokator mieszkania numer szesnaście jak w nim siedział, tak siedzi. Kręci nosem Gleb na proponowaną mu w zamian piękną willę we Włochach, bo to przedmieście. Mógłby ewentualnie przystać na przeprowadzkę do innego, pełnowartościowego lokalu w Warszawie, ale nie na wygwizdów. „Takie postawienie sprawy jest równoznaczne z dalszym nieokreślonym w terminie pozostaniem pułkownika Czernycha w gmachu frontowym Ministerstwa, wśród biur. Anomalia ta będzie wkrótce tym większa, że w ciągu najbliższych dni ma nastąpić ostateczne usunięcie lokatorów prywatnych z gmachu frontowego, niemieszczącego już wydziałów Ministerstwa”1 – piszą w styczniu 1946 roku zdesperowani urzędnicy i dodają, że mimo najlepszych chęci Ministerstwo Ziem Odzyskanych nie może zapewnić pułkownikowi Czernychowi innej kwatery, która przypadłaby mu bardziej do gustu.

Sprawa z gatunku delikatnych, bo jednym z celów niedawno powołanego Ministerstwa Ziem Odzyskanych jest ograniczenie działalności sowieckiej bezpieki na przyłączonych do Polski terenach. Celem formułowanym nie wprost, w dokumentach, tylko podczas zamkniętych obrad. A trudno prowadzić poufne rozmowy, mając za sąsiada Rosjanina, pułkownika KBW, który w dodatku czuje się w gmachu ministerialnym jak w domowych pieleszach. Ale nawet szef nowego resortu Władysław Gomułka, z którym nasz lokator – nazwijmy go Najważniejszym – mija się teraz na schodach, może pieklić się w tej sprawie do woli.

Zdaje się, że na pułkownika Czernycha nie ma mocnych.

Kiedy pisma w sprawie Czernycha krążą między resortami, inny lokator (dla którego adekwatny byłby przydomek: Pierwszy) wpisuje swoje imię, nazwisko i numer nowego mieszkania w kwadrat wyrysowany na ścianie obok schodów w oficynie. Rytuał, gest symboliczny, trochę magii mającej sprawić, że teraz nikt go już stąd nie wyrzuci – jego, Wadima Niekrasowa, potomka Rosjanina i Polki, który dotarł do tej kamienicy najwcześniej ze wszystkich, przekroczywszy Wisłę z 1 Armią Wojska Polskiego, i jako saper znaczył okoliczne mury, że wolne od min. Podpis na ścianie ma zakląć los, by nie zafundował Wadimowi powtórki niedawnej sytuacji, kiedy do zajmowanego przezeń mieszkania numer dwadzieścia jeden (dwa pokoje od frontu, z kuchnią i służbówką, w sam raz dla kogoś, kto ma na utrzymaniu matkę, żonę i dziecko) zastukało wojsko i kazało mu się wynosić. „Urządzamy Ministerstwo Ziem Odzyskanych” – powiedzieli lokatorom. Co z tego, że Pierwszy wrócił do kamienicy, która za sprawą ojczyma – jednego z braci Kurnatowskich, budowniczych domu – należy częściowo do jego rodziny, skoro pretensje dawnych właścicieli też już są wszystkim obojętne?

Wadim Niekrasow ma jednak w ręku atut – jest z wykształcenia inżynierem elektrykiem. Fachowiec z jego umiejętnościami zawsze się przyda, warto go mieć pod ręką w ocalałym budynku. Pracuje w Ministerstwie Komunikacji i od razu zwraca się do Gomułki, żeby pozwolili mu zostać na miejscu – tak będzie dla wszystkich wygodniej.

Gomułka po namyśle się zgadza, bo już wcześniej zdecydował o rozlokowaniu biur ministerstwa we frontowej części kamienicy i przeznaczeniu oficyny na mieszkania dla pracowników. Tyle że Niekrasow z najbliższą rodziną, powiększoną jeszcze o teściów i kuzynkę, musi odtąd zadowolić się niewielkim dwupokojowym mieszkaniem numer pięćdziesiąt cztery na ostatnim piętrze od podwórka – i oddzielonym od niego windą jeszcze mniejszym lokum numer pięćdziesiąt trzy, gdzie umieści matkę. Ale dobre i to. Oficyna, w przeciwieństwie do wielu innych domów warszawskich, jest luksusowa. Wolno stojąca, z wielkimi oknami wyglądającymi na trzy strony świata, dobrze doświetlona, w otoczeniu drzew. Nowoczesny dom na nowe czasy – tak miało być od początku.

[1] Rejonowy Zarząd Kwaterunkowo-Eksploatacyjny.

Część IDom dochodowy

Katastrofa

Gdyby bracia Eugeniusz i Leon Kurnatowscy okazali się przesądni, kamienicy mogłoby w ogóle nie być.

Historia zaczyna się bowiem niczym u Hitchcocka – prawie trzęsieniem ziemi: w nocy z 18 na 19 maja 1937 roku mieszkańców ulicy Litewskiej w Warszawie budzi huk. Okazuje się, że w nowoczesnym, czteropiętrowym domu mieszkalnym wznoszonym po parzystej stronie ulicy zawaliły się dwa piętra wraz ze ścianą. Dom był już niemal na ukończeniu. Spod świeżych stropów Kleina na trzecim i czwartym piętrze zaledwie wczoraj usunięto podpory – komentują sąsiedzi z kamienic naprzeciwko. Na miejsce zjeżdża policja, prokurator oraz inspektor budowlany. Na cały dzień trzeba zamknąć ulicę stanowiącą łącznik między ruchliwą Marszałkowską a Aleją Szucha, bo istnieją obawy, że pęknięte od frontu, nieotynkowane jeszcze mury zawalą się w całości. Wygląda to na zły znak.

W biznesie budowlanym nie ma jednak miejsca na gusła, liczą się konkrety: zyski i straty. Kamienica przedstawia wprawdzie opłakany widok, ale mury runęły w nocy, więc na szczęście nikt nie zginął ani nie został ranny. Kurnatowscy decydują się kontynuować budowę. W sensie dosłownym, bo realizuje ją firma budowlana B-cia E. i L. Kurnatowscy, która w tym samym czasie wznosi też dom przy ulicy Narbutta 44. Na pozór trudno o gorszą reklamę, ale można też pokazać, że przedsiębiorstwo przeanalizowało błędy, wyciągnęło wnioski i staje na wysokości zadania, by ukończyć budynek. Ofiarą katastrofy pada natomiast architekt Marian Chełmiński, który wcześniej zaprojektował inną kamienicę należącą do braci[1]. Poszło sprawnie, więc Kurnatowscy dali mu kolejne zlecenie. Teraz rezygnują z jego usług i zastępują go mało znanym w branży duetem złożonym z Władysława Szworna i Henryka Wąsowicza. Szworn to projektant domów między innymi przy ulicy Odyńca, Wąsowicz zaś – inżynier budownictwa i mistrz murarski. Można więc przypuszczać, że zaangażowano go jako specjalistę od konstrukcji, by tym razem dmuchać na zimne. Bracia nie chcą zmarnować okazji, jaką stworzyła im korzystna zmiana w prawie – wprowadzona w 1933 roku ustawa pozwalająca odpisać od podatku koszty budowy domu, a później pierwszego okresu jego użytkowania, pod warunkiem zakończenia prac do 1940 roku. Ustawa miała stanowić remedium na zastój inwestycyjny z czasów wielkiego kryzysu i nazywana była potocznie „Lex Wedel”, gdyż jednym z lobbystów – i późniejszych beneficjentów – był znany właściciel fabryki czekolady. Dzięki niemu w Warszawie wybuchł boom budowlany.

Przy takim tempie pracy katastrofy nie są rzadkością – krótko przed zawaleniem się ściany domu na Litewskiej runęła nowo wznoszona kilkupiętrowa oficyna na Mokotowie. Przedsiębiorstwa budowlane, takie jak Kurnatowskich, traktują wznoszone kamienice przede wszystkim jako inwestycje: całość ma w przyszłości przynosić dochody z najmu. Technologia często nie nadąża więc za modnymi rozwiązaniami, które inwestorzy wprowadzają w nadmiarze, by przyciągnąć lokatorów. Niewykluczone, że tak było i w tym przypadku. Aby nie odstraszyć potencjalnych najemców, właściciele deklarują teraz przegląd całej budowli aż do fundamentów i gorliwe zbadanie konstrukcji wraz z wykorzystanymi materiałami, nawet jeśli miałoby to opóźnić planowany termin oddania. I tak też się stanie.

Choć budowany z nastawieniem na zysk, dom odbiega wyglądem od swoich sąsiadek – typowych kamienic z przełomu wieków. Za efektownymi fasadami kryją się upakowane na wąskich działkach oficyny i podwórka-studnie, w których światło dzienne nie dociera nawet na najwyższe piętra. Dom Kurnatowskich jest ich dojrzalszą i atrakcyjniejszą wersją, bo powstał w zgodzie z rygorystycznymi przepisami zabudowy uchwalonymi w 1928 roku. Zalicza się do tak zwanych luksów – eleganckich kamienic z lat trzydziestych, które powstają teraz w okolicy obok reprezentacyjnych, równie nowoczesnych gmachów użyteczności publicznej, takich jak Ministerstwo Spraw Zagranicznych czy Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. Ma tylko jedną oficynę, i to wcale nieustępującą frontowi, z balkonami (na ostatnich piętrach są nawet tarasy) i oknami wychodzącymi na trzy strony świata. Wygodnie, modnie i nowocześnie, zgodnie z pryncypiami Karty ateńskiej: światło, powietrze i zieleń dla każdego.

Katastrofa budowlana przy ulicy Litewskiej 10 w Warszawie, 1937. Zawalone piętro kamienicy braci Kurnatowskich – widok od podwórza. Na pierwszym planie dach i fragment elewacji oficyny pod numerem dwunastym. W oddali z lewej kamienica Mariana Konopnickiego i Władysława Cybulskiego pod numerem trzecim

Narodowe Archiwum Cyfrowe, Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny – Archiwum Ilustracji

Kiedy dom zostaje oddany do użytku – na rok przed wybuchem wojny – wygląda na to, że interes się jednak Kurnatowskim udał. Wniosek: lepiej podchodzić do spraw praktycznie, a nie zabobonnie. Jednak na wszelki wypadek wśród oferowanych mieszkań brakuje numeru trzynaście.

[1] Mieściła się przy ulicy 6 Sierpnia 12 (dziś Nowowiejska). Kurnatowscy zarejestrowali tam swoje przedsiębiorstwo.

Akwarium

Właściciel, prezentując dom przyszłym lokatorom, powie, że czteropiętrowy budynek łączy awangardową prostotę stylu funkcjonalistycznego z wytwornością szlachetnych materiałów i dekoracyjnością, daleką jednak od ostentacji. Albo coś w tym rodzaju. Laik zauważy, że kamienica składa się z budynku frontowego i z przylegającej do niego prostopadle oficyny, co z lotu ptaka tworzy kształt litery T. Z pewnością zwróci też uwagę, że w układzie okien i balkonów widać rytm i geometrię. Historycy architektury objaśnią fachowo, że charakteru nadaje budynkowi oryginalnie zakomponowana siedmioosiowa fasada z głównym akcentem w postaci wielkiego trójosiowego wykuszu wspartego na ekspresyjnych, uskokowych wspornikach. A jakby tego było mało, zawsze można wspomnieć, że formę wykuszu dodatkowo podkreśla pion głębokich loggii pośrodku oraz symetrycznie spinające go z obu stron piony wydłużonych, zaokrąglonych balkonów.

Osoba, która zastanawia się, czy tutaj zamieszkać, ot, choćby ta kobieta rozmawiająca teraz z dozorcą (zważywszy na niefortunne początki, adres mógł zapaść w pamięć każdemu, kto czytuje gazety), prócz uroków samej architektury doceni na pewno dodatkowe udogodnienia, takie jak centralne ogrzewanie, windy w obu klatkach i podziemny parking na dwadzieścia kilka samochodów, do którego prowadzi łukowaty, lekko nachylony zjazd. Taki garaż, rzadkość w Warszawie, może jednocześnie pełnić funkcję schronu przeciwlotniczego (choć wciąż żywi się nadzieję, że do wojny nie dojdzie). Kontynuuje też tradycję miejsca: dozorca, oprowadzając przybyłą po budynku, wspomni, że od 1930 roku na niezabudowanej jeszcze wtedy działce mieściły się garaże firmy Auto-Benz. Pięć lat po ich założeniu posesję kupili bracia Kurnatowscy.

– Przy garażu, proszę szanownej pani, jest pokoik dla szoferów, a ja mieszkam tutaj. – Dozorca z dumą wskazuje dwa duże okna w przyziemiu obok wejścia do oficyny. – Obszerny pokój, mieścimy się z dzieciakami bez trudu, i przez te okna jest jasno, choć niby to suterena. Jest też gdzie gotować, no i osobna łazienka, dla nas to wygoda. Za dnia siedzę tam, przy bramie, ale tu, w ścianie mieszkania, jest dzwonek. Zawsze można mnie przywołać, choćby w środku nocy.

Nie wiemy dokładnie, jak przebiegły te pierwsze oględziny, trzeba się więc zdać na wyobraźnię, obsadzając w roli dociekliwej lokatorki lekarkę Zofię Reicher, która w drugiej połowie 1938 roku zajmie jedno z mieszkań na Litewskiej.

Zgodnie z przewidywaniami dozorcy rozmówczynię zachwyca obszerny przeszklony hall, ukryty przed wzrokiem przechodniów, do którego prowadzą dwa wejścia – z bramy i od podwórka. Coś podobnego widziała niedawno w domu Jana Wedla przy Puławskiej, który królowi czekolady zaprojektował Juliusz Żórawski. Ale tu jest dużo piękniej: między ścianami z dekoracyjnego mrożonego szkła czuje się, jakby wstąpiła w głąb wielkiego akwarium. Wrażenie potęguje błękit posadzki – ceramicznego kobierca z białych, zgeometryzowanych fal na niebieskim tle. Próżno szukać podobnego w innych kamienicach w mieście, choć gorseciki – wcięte w talii terakotowe kafelki przypominające kształtem część damskiej bielizny – ostatnio stały się w Warszawie wyjątkowo modne. Te akurat – podobnie jak żółte kostki pokrywające podłogę w przejeździe bramnym – pochodzą z częstochowskiej manufaktury Stanisława Bernarda Helmana. Jej wyroby można zamówić w pobliskim sklepie firmy Cermat przy Marszałkowskiej 19. Ceramiczną bryzę – bo przez środek błękitnych kafli idzie biała pręga niby podmuch wiatru – okala rama z brązowych gorsecików i czarnego lastryko. Gorseciki są wynalazkiem holenderskim. W Amsterdamie, Paryżu, Wiedniu, Berlinie, Krakowie zdobią wnętrza hoteli, banków, kawiarni, wykłada się nimi podłogi w prywatnych łazienkach i kuchniach. Tak jest i w domu na Litewskiej, gdzie z gorsecików w czterech kolorach ułożono geometryczne wzory posadzek na piętrach obu klatek i mozaiki w łazienkach.

– Winda, widzę, od Sowitscha – zauważa kobieta podczas oględzin wyposażenia frontowej klatki.

Dźwig austriackiej firmy, potentata branży, która niedawno weszła na polski rynek, to gwarancja solidności. No i rozmiar nie prowokuje do żartów – w przeciwieństwie do obejrzanej wcześniej maciupeńkiej kabiny w oficynie, gdzie przybyła mogłaby pomieścić się najwyżej z psem, i to góra jamnikiem.

Kobieta przysiada na lastrykowej ławeczce przy schodach, którą zaprojektowano właśnie w tym celu. Elegancka pani nosi się nowocześnie, zdaniem dozorcy nawet artystowsko, bo tak kojarzy mu się jej jasny kostium z marynarskimi spodniami. Jest w średnim wieku, raczej przed czterdziestką, ale włosy ufryzowane nad niskim czołem w coś na kształt koka przykrytego kapelusikiem dodają jej lat. Gdy zaczyna mówić, to wrażenie tłumią jednak szerokie, skore do śmiechu usta, zgrabny nos i radosne oczy. Z trudem powstrzymywała wesołe parsknięcie na widok mieszkań w drugiej klatce; są przestronne i dobrze doświetlone, ale obok okazałych głównych drzwi upchnięto węższe wejścia prowadzące do minikawalerek. Bracia Kurnatowscy ewidentnie chcieli zrobić wrażenie na aspirujących lokatorach, ale umieli też liczyć. Kto zresztą wie, czy po katastrofie nie zlecili przeprojektowania mieszkań w oficynie tak, by wydzielić z nich te małe mieszkanka. No ale każdy rozsądnie myślący właściciel postąpiłby podobnie. Czynsz od dodatkowych lokatorów pozwoli po jakimś czasie zrekompensować straty, jakie przyniosło opóźnienie budowy.

Kobieta dopytuje o wszystko, wskutek czego sprawia na dozorcy wrażenie rzeczowej; zdaje się, że nowoczesne „luksy” to dla niej nie pierwszyzna. Gdy żegnają się po tym krótkim rekonesansie, stróż czuje, że ona niechybnie jeszcze tutaj wróci. I ma rację.

Oficyna kamienicy przy Litewskiej 10. Elewacje od podwórka: zachodnia…

Rys. Mateusz Kajma

…i północna

Rys. Mateusz Kajma

Wkrótce w prywatnym domowym gabinecie Zofii Reicher zjawią się pierwsi pacjenci.

Zofia reprezentuje wyższe, zamożne sfery polskiego społeczeństwa. Wychowała się w burżuazyjno-kupieckim otoczeniu, w dostatnim domu. Można powiedzieć, że pochodzi z rodziny, która stworzyła Sosnowiec. Jej dziadek Henryk Reicher przyjechał tam z Warszawy w połowie XIX wieku jako subiekt handlowy i korzystając z przygranicznego usytuowania miasta (a wówczas jeszcze wsi), założył dom handlowo-ekspedycyjny H. Reicher i S-ka, który w ciągu kilkudziesięciu lat rozrósł się na tyle, że uczynił Henryka milionerem. To rodzina, w której kolejne pokolenia przekazują sobie pamiątkowe złote pierścienie z diamentami, zamówione przez seniorów rodu z okazji rocznicy ślubu. Reicherowie zakładają kopalnie i fabryki, fundują szpitale, współrządzą miastem. Kolekcjonują malarstwo, latem jeżdżą do Juraty albo na Riwierę, zimy spędzają w Zakopanem. Ojciec Zofii, Maksymilian, pierwszy lekarz w rodzinie, angażuje się społecznie jako radny i zasiada w Radzie Nadzorczej Towarzystwa Górniczo-Przemysłowego „Saturn”. Sosnowieccy potentaci skoligacają się z równie zacną i zamożną familią, i to podwójnie: Maksymilian bierze za żonę Różę Toeplitz, a jej brat Henryk żeni się z Marią Reicher, siostrą Maksymiliana.

Zosia przychodzi na świat w 1903 roku. Na zdjęciu z domowego archiwum kilkulatka z rezolutną miną wspiera się o ramię wąsatego, lekko łysiejącego mężczyzny w okularach. Oboje wyglądają poważnie: córka z wielką kokardą w niesfornych, przyczesanych do fotografii włosach i w koronkowym kołnierzyku rozjaśniającym ciemną sukienkę ściągniętą w talii paskiem, ojciec w garniturze, kamizelce i pod krawatem na śnieżnobiałej, wykrochmalonej koszuli. Jedną ręką obejmuje dziewczynkę, w drugiej trzyma jakiś dokument. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości część Reicherów, w tym Maksymilian z rodziną, wróci do stolicy. Dzięki rodzinnym inklinacjom Toeplitzów do sztuki dorosła już Zofia będzie umiała docenić modernistyczną architekturę, choć zawodowo poszła w ślady ojca. Jeden wuj, Henryk, daje się poznać na warszawskich salonach jako esteta, meloman i protektor młodych artystów, drugi, Edward, jest znanym kolekcjonerem dzieł sztuki, a trzeci, Teodor Toeplitz, działacz samorządowy i spółdzielczy, angażuje się w działalność Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, która buduje pierwsze tanie, nowoczesne domy dla robotników.

Zofia jest jedną z wielu lokatorek i lokatorów, którzy zasiedlili kamienicę w 1938 roku, krótko po oddaniu jej do użytku. Według książki telefonicznej na kolejny rok sąsiaduje z Anną Goldman (też lekarką), architektem Władysławem Bornsteinem, instruktorką harcerską Ewą Grodecką, inżynierami Karolem Bergmanem i Wacławem Prochnau, świeżo poślubionymi Józefem Menesem i Haliną Ałapin, Olgierdem Grodzkim, mierniczym przysięgłym, prowadzącym zarejestrowane pod tym adresem przedsiębiorstwo, oraz Ludwikiem Nowakowskim, obywatelem ziemskim, który urządził tu sobie wygodne miejskie mieszkanko, idealne dla kogoś zatrzymującego się na parę dni w Warszawie w interesach. Oprócz reklamującej się w prasie firmy mierniczej Grodzkiego w kamienicy działa biuro Nowej Agencji Reklamy, pracownia sukien Susanny Świdlińskiej i przeniesiona z pobliskiej Marszałkowskiej 97 redakcja miesięcznika filmowego „Srebrny Ekran”, a jeden z lokali usługowych na parterze zajmuje skład materiałów piśmienniczych Jana Wojciechowskiego.

Dobry adres, nowoczesny dom. Podobnie jak później pułkownik Gleb Czernych – każdy chciałby zagrzać tutaj miejsce na dłużej.

Wędrówki

Kilkuletnią Basię Stępień w latach sześćdziesiątych XX wieku prześladuje koszmarny sen, zawsze taki sam. Siedzi zamknięta w niewielkiej toalecie w mieszkaniu numer jedenaście, gdzie mieszka od urodzenia razem z rodzicami i bratem. U góry, wysoko, żarzy się żarówka, do drzwi dobijają się Niemcy w mundurach.

– Do dziś pamiętam swój strach – mówi dawno dorosła Barbara, urodzona po wojnie.

Strach Basi może być strachem Haliny Menes.

Na przełomie września i października 1939 roku, gdy przebywa w swoim mieszkaniu sama, nagle słyszy hałasy na zewnątrz – odgłos zajeżdżających pod bramę samochodów, stukot ciężkich butów na klatce, wreszcie walenie do drzwi.

– Otwierać! Wynosić się! – żąda męski głos po niemiecku.

Halina uchyla drzwi. Oficer, który stoi na progu, na jej widok staje się bardziej uprzejmy, ale w stanowczych słowach informuje, że wszyscy dotychczasowi lokatorzy muszą opuścić kamienicę i zostawić mieszkania Niemcom.

– Ma pani dwa dni na wyprowadzkę – oświadcza po zlustrowaniu wnętrza i bezowocnym przetrząśnięciu szuflad w poszukiwaniu broni. – Meble muszą zostać. Wolno zabrać tylko rzeczy osobiste.

Halinie żal mebli i mieszkania, które wynajęli z mężem zaraz po ślubie, żeby uniezależnić się od jej nadopiekuńczych rodziców. Urocze dwa pokoje – sypialnia i jadalnia, do tego łazienka i niewielka kuchnia, z zewnątrz na całej długości balkon. W kuchni nowoczesny kredens bez szybek wbudowany w ścianę, pozostałe wyposażenie też zaprojektowane ze smakiem przez przyjaciela artystę. Pierwsze własne gniazdko. Cieszyli się nim raptem kilka miesięcy1.

Inni polscy mieszkańcy, których spotkało to samo, mijając się na klatce i podwórku, komentują między sobą, że Niemcy musieli już wcześniej znać plan ich domu, podobnie jak kamienicy oficerskiej i dwóch gmachów biurowych w sąsiedniej Alei Szucha, bo są świetnie zorganizowani i zdeterminowani, jakby od początku wiedzieli, które budynki chcą zająć. Znali też najwyraźniej listę mieszkańców, skoro w domu oficerskim, mimo nieobecności właściciela, uszanowali jedno jedyne mieszkanie, należące do pewnego polityka znanego z prohitlerowskich sympatii. Lokatorzy mówiący biegle po niemiecku i tak mają przewagę nad pozostałymi – przybysze nie wyrzucają ich natychmiast, można próbować negocjacji.

Starając się zachować zimną krew, Halina porządkuje teraz szafy i szafki, choć chce jej się płakać, gdy pomyśli, że wszystko, co z taką pieczołowitością wybierali – sprzęty domowe, lustra, piękna zastawa – zostanie teraz dla Niemca. I tak dobrze, że nie dokwaterowano jej od razu, jak sąsiadom z większym mieszkaniem, jakiejś sekretarki z Gestapo albo volksdeutschki.

W mieszkaniu nie ma wody, prądu i gazu, nie działa telefon. W przerwach między pakowaniem Halina chodzi z wiadrami do Łazienek, gdzie długi ogon ludzi ciągnie się od Alej Ujazdowskich w dół Agrykolą do zabytkowej studni z paszczą lwa. Pichci wodniste zupki na kuchni węglowej i segreguje to, co chce zabrać – przede wszystkim obrazy Józefa i trochę drobiazgów przypominających o miłych początkach wspólnego życia. Zgarnia do torby suknię ślubną. Zażyczyła sobie krótką, w stylu lat dwudziestych, wciąż modnym, z białej żorżety, rozszerzającą się dołem w kształt litery A. Przyjaciele śmiali się, że nie wygląda w niej jak panna młoda, tylko dziewczynka idąca do pierwszej komunii. Dużo było podczas tamtego wesela śmiechu i żartów, świetnie się bawili. Szampan, którego całą skrzynkę przysłał w prezencie jeden ze znajomych, uderzył do głów. Zeszła się masa osób, chyba z siedemdziesiąt.

Rodzice zaaprobowali wybór Haliny, choć Józef nie był, tak jak ona, z zamożnego domu. Jego ojciec, też malarz, odumarł go wcześnie, palił przy pracy jak smok i zatruł się nikotyną; teściowa to tradycyjna, zamknięta w sobie kobieta. Trochę inny świat. Ojciec Haliny, Herman, jest okulistą, dwaj jego bracia to też lekarze. Choć nigdy nie mówił tego wprost, córka wie, że wolałby dla niej solidniejszą partię, najlepiej lekarza właśnie, już mniej istotne, Polaka czy Żyda. Ona sama marzy o medycynie, ale mimo świetnego świadectwa i dobrze zdanych egzaminów nie przyjęli jej na uniwersytet. Numerus clausus, złe pochodzenie, wtedy już mogła się tego spodziewać. Jej dziadek wydawał książki po hebrajsku, dużo ksiąg modlitewnych, na każdej adres: Warszawa, Nalewki 47, drukarnia Izraela Ałapina, lecz jego dzieci z religią nie chciały już mieć nic wspólnego. Ałapinowie, podobnie jak rodzina Reicherów, uważają się za Polaków, tyle że – jak zorientuje się poniewczasie Halina – Polacy wcale tak o nich nie myślą. Ślub Haliny z Józefem w marcu 1939 roku odbył się w domu, nie w synagodze, choć pod baldachimem, żeby zadośćuczynić tradycji. Halina planowała zdawać raz jeszcze na medycynę, tym razem we Francji, lecz w tym czasie, by mieć już inny fach w ręku, zapisała się na roczny kurs ekonomiczny, gdzie prywatnie uczono stenografii i rachunkowości. I to wtedy, na urodzinach wspólnego przyjaciela, poznała Józefa, który właściwie miał na imię Izaak. On już pracował, i to dla polskiego oddziału największej wytwórni filmowej Metro-Goldwyn-Mayer na Marszałkowskiej 96. Malował wielkie plakaty z wizerunkami gwiazd, tworzył grafiki reklamowe. Halinie bardzo to zaimponowało, bo kochała kino, zwłaszcza amerykańskie. To z miłości do Freda Astaire’a i Ginger Rogers zaczęła się uczyć angielskiego u metodystów. Oprócz kina lubiła też teatr, koncerty, no i zabawę, łyżwy, pływanie, tańce. A Józef świetnie tańczył. Miała raptem siedemnaście lat. Pewnie gdyby nie perspektywa wojny, nie pobraliby się tak szybko, albo i wcale – lecz zagrożenie i niepewność jutra skłoniły ją do podjęcia decyzji, która dała jej poczucie, że robi coś ze swoim życiem.

Przed wybuchem wojny zdążyli jeszcze pojechać na wakacje do Francji, cztery piękne, słoneczne tygodnie. Wracając w sierpniu do Polski, widzieli już z pociągu ruchy wojsk. Pożałowali, że nie zostali za granicą. Zastanawiali się, co dalej. Już wcześniej byli gotowi przenieść się do Francji lub do Stanów Zjednoczonych, gdzie Józef, jak wierzyła Halina, mógłby zrobić w wytwórni karierę, ona zaś studiowałaby upragnioną medycynę. Zdecydowali, że na razie zostają: Halina była przywiązana do rodziców i wiedziała, że nie ruszy się bez nich z Warszawy.

1 września młodych małżonków obudziły bomby. Pobiegli najpierw zrobić zapasy jedzenia, a potem spakowali się w pośpiechu do trzech walizek – i przenieśli tę skromną część dobytku do jej rodziców, na Sienną. Niewiele myśleli. Kierował nimi impuls, żeby w takich chwilach być razem, wśród swoich. Teraz Halina czeka na sygnał od męża – czy żyje? Gdzie dotarł? Wraz z jej kuzynami, jak wielu młodych mężczyzn, odpowiedział na radiowy apel pułkownika Umiastowskiego i opuścił Warszawę, by dołączyć do polskiej armii.

Do mieszkanka na Litewskiej zajrzała dopiero po miesiącu, by sprawdzić, czy wszystko w porządku, i zabrać resztę rzeczy. Szła pełna obaw i z trudem, bo po drodze zwały gruzów, leje po bombach, jakieś wykopy. Na Placu Trzech Krzyży – prowizoryczny cmentarz, drzewa w Alejach Ujazdowskich i na Szucha połamane i poobgryzane przez konie, leżące teraz na bruku z wnętrznościami na wierzchu obok mnóstwa martwych ptaków. Ale dom stał, szyby w oknach były całe, na niektórych balkonach czerwieniły się wciąż pelargonie, a na klatce panowała cisza – najwyraźniej część lokatorów wciąż nie wróciła. Halina ucieszyła się, bo nic nie rozkradziono – widać nadal obowiązywały przedwojenne reguły, mimo że dziesiątki tysięcy bezdomnych i głodnych ludzi nie miały się gdzie podziać, a domu nikt nie pilnował. Może i zostałaby tu, gdyby nie rozkaz hitlerowców. Halina zabiera więc tyle, ile zdoła unieść, wynajmuje samochód i przewozi te resztki tak przyjemnie się zapowiadającego życia do mieszkania rodziców. Oszczędzi sobie dzięki temu widoku Żydów zagonionych przez nowych lokatorów do taszczenia rozmaitych zrabowanych dóbr. Zdoła też zachować w pamięci kulturalną atmosferę domu na Litewskiej sprzed wojny, nim obie jego klatki, podobnie jak cała kamienica oficerska na Szucha, zaczną się trząść od triumfalnych niemieckich popijaw i orgii.

Nowoczesne mieszkanie z gabinetem przy Litewskiej zostawia też okulistka Zofia Reicher. 19 listopada 1939 roku wciąż jest w stolicy, w mieszkaniu Lizy Fitelberg na Złotej, gdzie razem z grupą przyjaciół, głównie członków przedwojennej artystycznej elity, żegna brata gospodyni, dyrygenta i kompozytora Grzegorza Fitelberga. Łączą ich rodzinne koligacje – Henryk Toeplitz, wuj Haliny, ten mecenas sztuki, jest też wujem pięknej tancerki Haliny Szmolcówny, drugiej żony Fitelberga.

Założyciel Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia i były szef Filharmonii Warszawskiej, nazywany przez bliskich Ficiem, wie, że musi jak najprędzej uciekać z Polski. Dzięki koncertom w Berlinie stał się na tyle rozpoznawalny w Niemczech, że grozi mu rychłe aresztowanie. Ostatnio ukrywał się w mieszkaniu Henryka Toeplitza, ale od śmierci żony nic go już w Warszawie nie trzyma. We wrześniu Halina została ciężko ranna podczas bombardowania i choć umieścił ją od razu w prywatnym szpitalu, gdzie troskliwie się nią zajęto, niedługo potem zmarła. Od tamtego czasu Ficio jest kłębkiem nerwów. Teraz, podczas przyjęcia, zdaje się lepszej myśli, albo może tylko robi dobrą minę do złej gry: przecież cieszy się międzynarodową sławą, z pewnością zdoła więc znaleźć gdzieś tymczasowy dom i pracę. Zofia obserwuje te zmiany nastroju ze współczuciem. Podobnie jak reszta towarzystwa znała go dotąd jako pełnego uroku, towarzyskiego kobieciarza. Razem z przyjaciółmi wznosi ostatni toast za pomyślność podróży. Niewykluczone, że kiedy Fitelberg macha im na pożegnanie (za kilka godzin wsiądzie w pociąg do Wiednia), ona zdążyła już zdecydować, że weźmie z niego przykład. Krótko potem, w towarzystwie krewnych z rodziny Toeplitzów, opuści Polskę tą samą drogą – przez Wiedeń do Włoch, gdzie jest już jej brat, finansista[1].

Jej mieszkanie w domu na Litewskiej ma tymczasem nowego lokatora, zostawione w nim sprzęty – nowych właścicieli.

Są nimi pracownicy sąsiedniego kompleksu gmachów przy Alei Szucha i w Alejach Jerozolimskich, gdzie rozlokowały się: Urząd Komendanta Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa Dystryktu Warszawskiego, a więc nadzorcy Gestapo, Służby Bezpieczeństwa i Kripo, oraz współpracujące z nimi służby: Orpo, Schupo, dowództwo pułku policyjnego, żandarmeria i polska granatowa policja. Naziści mogą się brzydzić międzynarodowym stylem, uważając modernizm za sztukę zdegenerowaną, ale niezależnie od poglądów trudno pogardzić nowoczesnymi łazienkami, „zimnymi szafkami”, umożliwiającymi przechowywanie produktów spożywczych w chłodzie, czy sporymi balkonami, na dokładkę w mieszkaniach jeszcze niemal pachnących nowością. Nie przeszkadza nawet tak bardzo, że część to mieszkania przejęte po żydowskich lokatorach. (W Krakowie tak samo zagarnęli dla siebie rejon luksusowych kamienic w sąsiedztwie Parku Krakowskiego, zaprojektowanych głównie przez niemieckich Żydów, którzy kilka lat wcześniej zdążyli uciec z ich ojczyzny). Najważniejsze są kwestie praktyczne: czy w domu jest garaż, który w razie bombardowań mógłby posłużyć za schron? Czy są wytrzymałe stropy Kleina? Winda? Centralne ogrzewanie? Zimy w Polsce bywają srogie. Przy Litewskiej tylko jeden dom spełnia te wymagania.

Jesienią 1939 roku dom Kurnatowskich zajmują głównie funkcjonariusze Kripo. I nadal płacą właścicielom czynsz, który po śmierci obu braci przyjmuje Paulina Eugenia Kurnatowska, wdowa po Eugeniuszu, który miał większość udziałów w kamienicy. Pochodzi z pruskiej rodziny Tonnów, więc teoretycznie władze okupacyjne nie powinny jej robić trudności, ale że czasy są niepewne, na wszelki wypadek rejestruje się w domu na Litewskiej jako zarządczyni, choć mieszka w rodzinnym majątku pod Warszawą.

Niemieccy lokatorzy okazują się nadzwyczaj solidni. Kłopoty zaczną się dopiero w 1945 roku, gdy w domu zainstalują się „wyzwoliciele” – wśród nich pułkownik Gleb Czernych. Zanim w powojennym zamieszaniu Paulina Kurnatowska zdąży dotrzeć na Litewską, Rosjanie zajmują już najlepsze mieszkania po Niemcach. Ale na szczęście na miejscu jest Wadim Niekrasow, syn spadkobierczyni po drugim z braci, Leonie. To dzięki zapobiegliwości Wadima, który jako wojskowy wszedł razem z Rosjanami do opuszczonego przez Niemców domu, jego matka wprowadza się do dwupokojowego mieszkania numer pięćdziesiąt trzy w oficynie. Dla Pauliny miejsca już nie starcza, ale obie panie Kurnatowskie nie zamierzają zasypiać gruszek w popiele. Córka powstańca styczniowego i wywodząca się z Prus dziedziczka, skoligacone przez mężów wspólników, mają ten sam interes.

W sierpniu 1945 roku, kiedy wiadomo już, że o przyszłości zachowanych w Warszawie budynków decyduje nowa, wszechwładna instytucja – Biuro Odbudowy Stolicy – występują czym prędzej do jednego z jej wydziałów o wydanie zaświadczenia, że dom jest w dobrym stanie i nie grozi mu rozbiórka. Miesiąc później, po oględzinach, BOS odpowiada, że stan zniszczeń ocenia na zaledwie pięć procent. Lekkie uszkodzenia stolarki, tynków i instalacji – tyle co nic, zważywszy na los wielu innych domów w Śródmieściu. Paulina Kurnatowska oddycha z ulgą. Przedwojenne komorne za cały dom wynosiło prawie jedenaście tysięcy złotych. Kwaterunek wojskowy też płaci w terminie.

Dokumentacja Biura Odbudowy Stolicy uwidaczniająca stan zachowania budynków przy Litewskiej i w rejonie Alei Szucha, ulicy Marszałkowskiej i 6 Sierpnia, 1945

Archiwum Państwowe w Warszawie

Dokumentacja Biura Odbudowy Stolicy uwidaczniająca stan zachowania budynków przy Litewskiej i w rejonie Alei Szucha, ulicy Marszałkowskiej i 6 Sierpnia, 1945

Archiwum Państwowe w Warszawie

Tyle że w listopadzie 1945 roku dom przy Litewskiej z ekskluzywnej kamienicy na wynajem zmienia się w siedzibę nowego ministerstwa, mieszkania zaś – w biura i kwatery dla pracowników. Sufity, których nie tknęła wojna, zdają się teraz walić Kurnatowskiej na głowę. Kiedy urzędnicy, obojętni na jej żale, każą jej szukać innego mieszkania, wynajmuje adwokata i za jego pośrednictwem pisze do resortu Gomułki.

„Skaranie boskie z tymi lokatorami” – myśli po przedwojennemu naczelnik departamentu administracyjnego Ministerstwa Ziem Odzyskanych, ale w odruchu samozachowawczym gryzie się w język. Nie dość, że muszą użerać się z pułkownikiem Czernychem, przyspawanym do stu dwunastu metrów kwadratowych i czterech pokojów z kuchnią, w których powinny już stać liczne biurka, nie dość, że trzeba było gdzieś upchnąć tego namolnego, jak mu tam, Niekrasowa, nad którym wreszcie zlitował się osobiście towarzysz minister, to jeszcze diabli nadali, tak, diabli nadali obywatelki Kurnatowskie z ich adwokatem i buchalterią.

Otóż wymyśliły sobie jaśnie panie posiadaczki, że nowy resort też powinien płacić im komorne, a skoro remontuje i przerabia różne elementy domu bez ich zgody, to należy się im z tego tytułu rekompensata. Ot choćby odszkodowanie za połączenie trzech lokali na parterze, dotąd mieszczących sklepy, i urządzenie tam ministerialnej stołówki, dobre sobie! Urzędnicy nowego państwa, pracujący codziennie na rzecz scalenia dawnych piastowskich ziem z resztą ojczyzny, muszą chyba gdzieś jeść, prawda, pani Kurnatowska? Posiadaczki to oczywiście nie interesuje, powołuje się na przepisy dotyczące rozbiórki i naprawy budynków zniszczonych podczas wojny, choć ta ledwie kamienicę drasnęła. No i chyba o dekrecie Bieruta nie słyszała, skoro jej adwokat próbuje dowodzić, że przejęcie naprawianego budynku pod zarząd państwa możliwe jest tylko wtedy, gdy kwota wydatkowana na naprawy będzie pokryta z czynszów. Najbardziej irytujące są jednak wyliczenia, co do grosza, zysków, jakie rodzina Kurnatowskich czerpała przed wojną z wynajmu każdego mieszkania. Sam wykaz zajmuje trzy strony. Najmniejsze, jednoizbowe na parterze, przeznaczone dla stróża, kosztowało siedemdziesiąt pięć złotych miesięcznie. Dwupokojowe od frontu – dwieście dwadzieścia pięć. A największe, studwunastometrowe – trzysta siedemdziesiąt pięć, toż to majątek! W latach trzydziestych przeciętna pensja wynosiła dwieście pięćdziesiąt. Nawet dzisiaj naczelnika nie byłoby stać na takie luksusy. Na szczęście dzięki posadzie w ministerstwie może sobie mieszkać za darmo w dwóch pokojach w oficynie, za które przed wojną płaciłby sto pięćdziesiąt złotych. Dobrze też, że w tych czteropokojowych kosztownych salonach ze służbówkami w pierwszej klatce rozlokowały się biura. Ano właśnie, niech to diabli, jeszcze nie we wszystkich.

Pułkownik Gleb Czernych – przypomina sobie naczelnik i znów wzbiera w nim złość. Nie ma rady, sprawa nabrzmiała na tyle, że trzeba raz jeszcze iść do samego ministra, niech zdecyduje, co robić, skoro Czernych zignorował nawet jego osobisty nakaz. Przy okazji zakończy się farsę z Kurnatowską, która oprócz pieniędzy żąda jeszcze przydzielenia jej i trzem córkom dwóch mieszkań, przynajmniej po pokoju z kuchnią, w gmachu ministerstwa, jakby mało było dwóch lokali w oficynie, już zajętych podstępnie przez bratową i bratanka. Dość tych burżuazyjnych przeżytków, drogie panie, nadeszły inne czasy.

Zgodnie z oczekiwaniami naczelnika minister Gomułka potwierdza niebawem własnoręcznym podpisem, że wobec pilnych potrzeb państwowych, do jakich należy działalność nowego Ministerstwa Ziem Odzyskanych, roszczenia obywatelek Kurnatowskich zostają oddalone. Co zaś do pułkownika Czernycha, minister niechętnie sięga po ostatni dostępny środek.

Ponieważ ten stan rzeczy ze względu na rozwój podległego mi Ministerstwa nie może się przeciągać, proszę Obywatela Ministra o wydanie stosownego rozkazu – pisze do Stanisława Radkiewicza, ministra bezpieczeństwa publicznego. – Przy tej sposobności pragnąłbym zawiadomić Obywatela Ministra, że zamieszkujący tu wśród biur ob. płk Czernych miał dostateczną możność poznania potrzeb kwaterunkowych organizującego się Ministerstwa oraz warunków jego pracy. Dlatego stopień niezrozumienia potrzeb państwowych ze strony ob. płk. Czernycha wymagałby moim zdaniem dodatkowej oceny

– dorzuca na koniec2. To pismo jest pośrednim przyznaniem się do niemocy, ale nic innego Gomułce nie pozostało.

Cóż, minister Radkiewicz w tym wypadku okazał się skuteczniejszy. Szef nowego superresortu, uwolniony wreszcie od obecności lokatora Czernycha, mógł się pokrzepiać co najwyżej myślą, że wojskowemu wypada przyjąć rozkazy tylko od przełożonego wyższej rangi.

Legitymacja Wadima Niekrasowa wydana przez Przedsiębiorstwo Robót Elektrycznych w Warszawie w styczniu 1950

Archiwum rodziny Niekrasowów-Hellerów

Po tym, co zaszło, łatwo wyobrazić sobie na przykład taką scenę:

Służbowa ciężarówka, która właśnie miała ruszyć spod domu numer dziesięć na zachód, gdzie liczne miasta, miasteczka i wioski Ziem Odzyskanych czekały na fachową pomoc przy elektryfikacji, utknęła w bramie, by przepuścić tragarzy wychodzących z mieszkania numer szesnaście. Za pomocnikami dźwigającymi okazałe meble, nie wiadomo do kogo wcześniej należące, z frontowej klatki wyłonił się umundurowany mężczyzna, niewątpliwie pułkownik Gleb Czernych we własnej osobie. Młody kierowca zerknął niepewnie na pasażera, spodziewając się co najmniej irytacji, ale rozparty na siedzeniu obok elektryk Wadim Niekrasow, pracownik resortu komunikacji, uśmiechnął się szeroko. Zdaje się, że niemieccy lokatorzy nazywali to Schadenfreude.

– Wędrówka ludów, co? – mruknął do Niekrasowa ośmielony jego wesołością kierowca.

Mimo młodego wieku sporo już się naoglądał w ciągu tych raptem sześciu lat, podobnie jak kamienica, spod której odjeżdżali.

– Ano, wielka wojenna wędrówka ludów, ten dom ją opowiada.

[1] Bronisław Reicher, dyrektor oddziału Banku Polskiego w Łodzi, zdążył uciec do Włoch dzięki pomocy wpływowego wuja Ludwika Toeplitza, dyrektora zarządzającego Banca Commerciale Italiana.

Delta

– Ten dom jest jak delta – mówi dawny lokator Andrzej Drukier, a wyobraźnia podsuwa mi od razu Deltę Dietla Marcina Świetlickiego i Chochoły Wita Szostaka. Jednocześnie, bo mają ze sobą związek.

Szostak wymyślił historię krakowskiej kamienicy, do której dociera się starorzeczem Wisły i jego odnogami, bo – jak przypomina fraza Świetlickiego – kiedyś ulicą Dietla naprawdę płynęła woda. Ale nie jesteśmy przecież w Krakowie, a mojemu rozmówcy, który jest fizykiem, chodzi o deltę Diraca. Najprościej: obiekt matematyczny służący do przedstawienia bardzo krótkiego impulsu. W fizyce mówi się o delcie Diraca, gdy energia skupiona jest tylko w jednym miejscu – to odpowiedź na impuls, poza którym nie ma nic – na przykład gdy dany układ reaguje jedynie na określoną częstotliwość.

Hipoteza z deltą brzmi ciekawie. Zdaniem Drukiera wielu lokatorów domu było jak napięta struna reagująca na impuls historii. Są miejsca, które sobie tylko znanym sposobem przyciągają szczególnych mieszkańców. Więcej – perypetie lokatorów nabierają w nich chwilami cech powieści albo serialu. I tak jest trochę z domem na Litewskiej po 1945 roku, kiedy skupił pod jednym dachem całą grupę ludzi o nazwiskach znanych z podręczników historii. W oficynie – działaczy związanych z ruchem narodowym, sprowadzonych tu przez Gomułkę do pracy w Ministerstwie Ziem Odzyskanych. W klatce od frontu – komunistów z przedwojennym stażem, współtworzących teraz nowy ustrój w różnych jego odsłonach – w Komitecie Centralnym partii, komitetach wojewódzkich, sejmie, na uczelniach, w redakcjach. A także ich dzieci, które po latach będą protestować i próbować ten ustrój zmienić. Ich spotkanie w jednej przestrzeni trudno wytłumaczyć wyłącznie partyjnym rozdzielnikiem.

Dom już na pierwszy rzut oka budzi ciekawość. Zdaje się, że widział wiele; od razu chciałoby się poznać zaklęcie, które zdejmie fasadę i pozwoli z ukrycia popodglądać krzątaninę lokatorów, jak na obrazkach z książek dla dzieci, na których widać, jak Paweł i Gaweł w jednym stali domu i co działo się jednocześnie w piwnicach, na strychu i na piętrach.

Najprościej rzecz jasna spojrzeć na niego jak na przykład przedwojennego modernizmu, dom ocalały z wojny, któremu udało się uniknąć zniszczeń i późniejszych przeróbek. W okaleczonej przez historię Warszawie już to wystarczy, by uznać budynek za istotny. Ale przecież architektura, nawet zachwycająca, to nie wszystko.

Może więc oddziałuje tu coś ukrytego między deskami podłóg, w murach, za kominem, w pozostałościach po kuchni opalanej węglem, szafkach wbudowanych przed wojną w ściany? I nie chodzi o schowane przez żydowskich lokatorów albo niemieckich wojskowych skarby, których wizja rozpalała wyobraźnię każdego poszukiwacza złota w ruinach stolicy. Choć jeszcze w latach osiemdziesiątych robotnicy naprawiający wentylację, owładnięci tą samą gorączką, natrafiwszy znienacka na pustą przestrzeń w ścianie łazienki mieszkania numer pięćdziesiąt sześć w oficynie, rozbierali cegły drżącymi rękami. Ale poza butelką po zwietrzałej wódce z odręcznie wypisaną na etykiecie datą oddania budynku, na którą natrafili wcześniej pod wanną, nie czekało na nich żadne znalezisko. Akurat w tym mieszkaniu znajdowała się ściana szczytowa, w której zgodnie z ówczesnym zwyczajem po ukończeniu prac zostawiano takie pamiątki – na szczęście. Dwie dekady później inna ekipa remontowa odkryła w dawnej kuchni mieszkania czterdzieści siedem skrytkę, a w niej – plik niemieckich gazet z okresu okupacji.

Dżin zamknięty we flaszce z czystą zakrawa jednak raczej na karykaturę ducha miejsca, w którego sprawczość kolejne pokolenia Warszawiaków zdawały się wierzyć równie mocno jak starożytni Rzymianie. Wyobrażenia opiekunów, dyskretnie czuwających nad losem mieszkańców, przybierały zwykle postać krasnali z żelaza ustawionych przy bramie. Każdy wiedział, że rola tych odbojników wykracza poza ochronę przejazdu od uszkodzenia przez ciągnące tamtędy wozy czy dorożki. W bramie kamienicy Kurnatowskich ani śladu koboldów. Były znakiem epoki wcześniejszej niż ten dom, wytwór nowoczesnego miasta, masy, maszyny, wyposażony w podziemny garaż. Samochody przemykają tędy bez problemu. A jednak trudno oprzeć się poczuciu, że miejscowe lary i penaty naprawdę istnieją. Siedzą sobie gdzieś w tych ścianach i tkają niewidoczną nić, której plątanina dopiero po upływie czasu przeobraża się w czytelny wzór – historię budynku.

Dociekania, czy mury przechowują echa wcześniejszych zdarzeń, oddziałujące na kolejnych lokatorów, zakrawają raczej na ćwiczenia z ezoteryki niż na racjonalne wywody, nawet jeśli nauka też przygląda się takim historiom. Weźmy nurt afektywny w antropologii, badający na przykład, jak ludzie nieświadomi historii danej przestrzeni reagują na miejsca naznaczone przemocą i zbrodnią. Z tej perspektywy opowieści o „domach z dobrą energią” lub „domach, w których straszy” trudno włożyć całkiem między bajki. Dziecięce sny małej Basi Stępień o intruzach dobijających się do drzwi też zasługiwałyby na uwagę.

Nie jest to w każdym razie dom, który straszy, wręcz przeciwnie – chce się w nim mieszkać. Daleko mu też do moskiewskiego „domu władzy”, opisanego przez historyka Yuriego Slezkine’a – mimo powierzchownego podobieństwa w polskich warunkach sytuacja wyglądała inaczej. Zresztą domów skupiających komunistyczną elitę było w powojennej Warszawie więcej[1].

Dom warszawski, zwłaszcza taki jak na Litewskiej, to osobny gatunek, więc będę częściej pisać o nim „dom” niż „kamienica”. Słowo „dom” uosabia podstawowe schronienie i prostotę – cztery ściany i dach. „Kamienica” brzmi nobliwie, kojarzy się też ze swoistym miejscem-mitem, czyli z kamienicą krakowską, „metaforą trwałości i przywiązania do tradycji”, jak pisze Barbara Klich-Kluczewska. „Elementem tego mitu jest trwałość i ciągłość pokoleniowa”1. Kamienica krakowska to „małe, prywatne muzeum”2, którego lokatorzy przedkładają sentyment i estetykę nad wygodę i funkcjonalność. Życie płynie w niej w rodzinnym rytmie i ustalonym porządku. Tymczasem dom warszawski, zwłaszcza w wydaniu modernistycznym, to otwartość i tymczasowość, prostota i duch zaradności, publiczne przemieszane z prywatnym. Gdyby wzorem spokrewnionego z domem Kurnatowskich gdyńskiego „Bankowca” urządzić w jego piwnicach muzeum, to zamiast o ciągłości wielopokoleniowych rodzinnych perypetii opowiadałoby raczej o ostatnich stu latach historii Polski. O wypędzeniach, przywłaszczeniach, zmianach władzy, rodzeniu się opozycji, o sztuce i polityce, wreszcie o wolnym rynku i resztkach spuścizny po systemie gwarantującym każdemu mieszkanie.

Jego historia odzwierciedla też naturę samej Warszawy, miasta migracji i ruchu, tak innego niż wspomniany już Kraków czy równie mieszczański Poznań, gdzie na listach lokatorów śródmiejskich kamienic zmieniają się co najwyżej imiona, rzadziej nazwiska.

Jest to też dom, w który od początku wpisana była racjonalność, a także determinacja, by przetrwać za wszelką cenę. Powstał z pobudek czysto zarobkowych, żadna z niego romantyczna reduta. Tutejszy genius loci jest najwyraźniej z tych krzepkich, mocno się trzyma na nogach.

[1] Choćby „kamienica generalska” Oficerskiej Spółdzielni Mieszkaniowo-Budowlanej „Proporzec” w Alei Szucha 16 czy kamienica projektu Lucjana Korngolda na ulicy Koszykowej u zbiegu z Aleją Przyjaciół.

Ulica

Kamienica Kurnatowskich i ulica, przy której stoi, powstały z podobnego impulsu. To przedsiębiorczość, chęć zysku, otwartość na nowe, umiejętność wykorzystania koniunktury.

Wytyczono ją w 1877 roku z takich samych powodów, jakie kierowały braćmi Eugeniuszem i Leonem, gdy pół wieku później stawiali tam dom. Mówiąc wprost, była ulicą spekulacyjną; dziś to epitet brzmiący podejrzanie, wówczas – o neutralnym wydźwięku. Miała pozwolić na budowę dodatkowych kamienic w części osiemnastowiecznego założenia Osi Stanisławowskiej. Kojarzy je niemal każdy, kto choć raz odwiedził Warszawę: to dziś najbardziej reprezentacyjna, południowa część Śródmieścia wraz z Zamkiem Ujazdowskim, spięta pięcioma placami: na Rozdrożu, Zbawiciela, Unii Lubelskiej, Trzech Krzyży i Politechniki. Rejon miejskich willi, okazałych kamienic, ministerstw i ambasad, od wschodu przechodzący w zieleń Parku Ujazdowskiego i Łazienek.

Wtedy – jeszcze przedmiejski, dopiero połączony z centrum miasta dzięki budowie tramwaju konnego kursującego wzdłuż ulicy Marszałkowskiej do dzisiejszego Placu Unii Lubelskiej[1] i zdominowany przez niską zabudowę: trochę fabryczek, dworków mieszczących podrzędne bary i piwiarnie, pałacyków w ogrodach. Część parcel należy do Rosjan, przedstawicieli arystokracji. Nazwę – Litewska, nadaną trzy lata po wytyczeniu – ulica też zawdzięcza rosyjskiemu sąsiedztwu: ulokowanym w pobliżu koszarom Litewskiego Pułku Lejbgwardii.

Ulica Litewska i okolice w 1885 roku

Plan Warszawy, Zakład Litograficzny Feliksa Kasprzykiewicza, Warszawa 1885, Polona

Z końcem XIX wieku rejon zaczyna się szybko przeobrażać. Dzieje się to, co współcześnie w centrach polskich miast, gdzie deweloperzy zabudowują wszystkie dostępne grunty. Tyle że dziś działki są na wagę złota, a w Warszawie u schyłku jej przynależności do carskiego imperium spekulacja gruntami dopiero się zaczyna. Sprzyja jej popyt na mieszkania, widoczny też w innych dużych miastach Europy, dokąd po rewolucji przemysłowej ściągają za pracą tłumy robotników. Wzdłuż głównych ulic, takich jak Marszałkowska, jedna po drugiej wyrastają więc okazałe kamienice, kontrastujące z sielskim otoczeniem. Sady i ogrody przy pałacach karczuje się, by podzielić teren na mniejsze działki.

Dzięki wytyczeniu Litewskiej z trójkąta wcześniej istniejących ulic udało się wykroić trzynaście dodatkowych parcel. To rozwiązanie zyskowne dla przyszłych właścicieli – zamiast klitek na wynajem w ciemnych oficynach wąskich podwórek można zaoferować chętnym reprezentacyjne mieszkania „od ulicy”, rzecz jasna odpowiednio droższe. W drugiej dekadzie XX wieku przy Litewskiej większość nowych domów na wynajem już istnieje i przynosi niemałe dochody.

Najemcą w jednym z nich jest rodzina pisarza i varsavianisty Wiktora Gomulickiego, który sprowadził się na Litewską około 1915 roku, paradoksalnie – skuszony perspektywą zamieszkania wśród zieleni. Zajmują obszerne lokum od frontu w kamienicy pod czwórką. Przybrana gipsowymi dekoracjami wygląda dość nobliwie, ale to maskarada, wykwit popularnej na przełomie wieków historyzującej estetyki, dla której charakterystyczne były takie ozdoby, dobierane ze specjalnych katalogów. To właśnie jedna z typowo spekulacyjnych inwestycji na działce kupionej przez mieszkańca pobliskiego drewniaka, który dorobił się po założeniu własnego przedsiębiorstwa dorożkarskiego i korzystając z okazji, przeznaczył część majątku na budowę domu, licząc na pomnożenie dochodów. Z mieszkania Gomulickich na czwartym piętrze widać rząd sztachet u zbiegu z Aleją Szucha[2]. Wskazuje miejsce pod budowę kolejnej czynszówki na działce wydzielonej z posesji rosyjskiej arystokratki, generałowej Agapijew. Dotąd był tam obszerny ogród z willą zbudowaną pod koniec XIX wieku. „Główną moją pociechą – pisał wkrótce po przeprowadzce Gomulicki do poety Zdzisława Dębickiego – jest mały skrawek zieleni, który widzę ze swego okna”1. Chodziło mu właśnie o te krzewy i drzewa na działce generałowej. I pomyśleć, że dla tego skrawka rodzina pożegnała się z dotychczasowym mieszkaniem na Mariensztacie, gdzie z balkonu rozciągała się panorama miasta po obu stronach Wisły!

Na szczęście sama ulica, choć już gęsto przy niej od domów, długo jeszcze pozostanie cicha i spokojna, wybrukowana zwykłym kamieniem polnym i z rzadka odwiedzana przez samochody, częściej przez wozy towarowe. Wschodnia jej część prowadzi w elegancką Aleję Szucha, zachodnia – ku gwarnej Marszałkowskiej. Ten rozdźwięk sygnalizuje łukowaty zakręt dokładnie w połowie ulicy. Nadaje Litewskiej charakteru.

Części wschodniej patronuje koń, a ściślej – jego głowa, czujnie wysunięta nad wejściem do kamienicy pod numerem trzecim, naprzeciwko domu zamieszkanego przez Gomulickich. „Gdy rano, po obudzeniu, podchodziliśmy z Mietkiem [brat autora] do okna, nasz wzrok zawsze padał na ten koński łeb, stający się powoli jakby herbem całej ulicy”2 – wspomina syn pisarza i także przyszły varsavianista Juliusz Wiktor.

Przedstawiciele branży przewozowej, przedzierzgnąwszy się w budowniczych, mieli wtedy sporo do powiedzenia na Litewskiej. W miejscu kamienicy pod trójką działała początkowo kryta ujeżdżalnia koni, nazywana Tattersallem[3]. Należała do Artura Helda ze znanej rodziny furmanów i przewoźników z ulicy Krochmalnej, a gdy teren wraz z ujeżdżalnią przejęła dwójka innych dorożkarzy, wystawili najwyższy dom na całej ulicy[4].

Na kafelkach w bramie znalazły się wizerunki rzymskich woźniców i kwadryg, nawiązujące do pierwotnej funkcji tego najbardziej okazałego budynku po nieparzystej stronie, który zgodnie z ówczesną nomenklaturą nazywano niebotykiem. Inwestor skorzystał z wprowadzonych w 1911 roku zmian w prawie: władze carskie zniosły ograniczenia dotyczące wysokości domów frontowych – od tej pory mogły przewyższać szerokość ulicy. Konstrukcje stalowo-betonowe pozwalały stawiać domy liczące nawet do dziewięciu pięter. Dzięki miejskiej stacji filtrów woda docierała na wyższe kondygnacje, a mieszkańcy nie wdrapywali się mozolnie po schodach – w stolicy upowszechniły się już wówczas windy.

Za czasów Gomulickich – na tyłach, w pomieszczeniach Tattersallu – nadal oferowano sprzedaż i wynajem wierzchowców oraz wynajem karet ślubnych. Można było tutaj brać lekcje jazdy konnej i wypożyczać wierzchowce na przejażdżki w Alejach Ujazdowskich lub w Łazienkach, gdzie istniały przeznaczone do tego alejki. Z oferty korzystali chętnie oficerowie z pobliskiego Ministerstwa Spraw Wojskowych i Głównego Inspektoratu Sił Zbrojnych.

Aleksander Wat opowiadał Czesławowi Miłoszowi w Moim wieku:

Miałem absolutne poczucie, że jestem ze Stawroginem, kiedy mnie kiedyś Witkacy zaprosił w Warszawie do takiego malarza Jeżewskiego. Mieszkał przy ulicy Litewskiej, na dole był tatersal. To był mniej niż średniej klasy malarz i żył tam z malarką, starszą od siebie […]. Żyli z tego, że robili kolorowe pocztówki, po prostu zabarwiali pocztówki na święta. Tam się odbywały trzydniówki, tam, między innymi, przychodził Jaracz na swoje trzydniówki. Brud nieprawdopodobny, cuchnęło straszliwie… Na dole był tatersal, były misje wojskowe i jakiś generał angielski codziennie jeździł konno po tym podwórzu. No i ten z pięterka obserwował go, narysował go i pokazał mu. I generał zamówił u niego angielski portret3.

Dalej następuje opowieść o tym, jak Witkacy („tam, w tej okropnej norze, Witkacy był tym pięknym, fantastycznie mówiącym, pomysłowym”4) namówił Wata na kolejną wizytę u Jeżewskich, która trzeciego dnia miała przerodzić się w najprawdziwszą orgię. Gdy jednak obaj, zaopatrzeni w wódkę, dotarli na miejsce, czekało ich srogie rozczarowanie: nora w tym czasie cudownie przeistoczyła się w czyste mieszkanie, na ścianach pojawiły się święte obrazy, na stole – śnieżnobiały obrus, a wokół stołu zasiadło kulturalne towarzystwo. Rozczarowani goście od razu wysunęli się do sieni i rozpili przyniesioną butelkę, a po powrocie Wat rzucił się na gospodarza i zaczął go po pijanemu dusić. Historia przednia, nawet jeśli nieco podkolorowana – tak czy owak, w okolicy Tattersallu z pewnością bywało wesoło. Patronujący tej części ulicy koński łeb niejedno widział i gdyby tylko mógł mówić, z pewnością miałby jeszcze wiele podobnych anegdotek.

Ale za dnia Litewska rozbrzmiewa okrzykami dzieci. Spory w tym udział mają Juliusz Wiktor, syn Wiktora Gomulickiego, i jego przyjaciel Jurek Stępień, mieszkaniec oficyny w tym samym budynku, którzy powołują do życia miniaturowy gang uliczny pod nazwą Klub Jaszczurki. Należą do niego też inni chłopcy, w tym Marek Modzelewski, syn szewca z sąsiedztwa i młodszy brat późniejszego biskupa warszawskiego. Mnóstwo jest też dzieci przy drugim, zachodnim krańcu ulicy, gdzie Litewska spekulantów, dorożkarzy i rosyjskich arystokratów przemienia się w Litewską filantropów. Wszystko za sprawą jednego z pierwszych szpitali dziecięcych na ziemiach polskich – nosi on dumną nazwę Instytutu Higieny Dziecięcej i propaguje zasady nowoczesnego higienicznego wychowania. Mieści punkt szczepień przeciwko ospie, poradnię opieki nad niemowlętami, przychodnię dentystyczną dla dzieci, pokoje kąpielowe, a także stację mleczną zajmującą się dożywianiem niemowląt.

Do stworzenia tej nowoczesnej placówki przyczynił się dobrze urodzony i zmarły przedwcześnie malec dwojga imion: Leon Mieczysław. Kochany i rozpieszczany przez rodziców – Leona (po którym dostał pierwsze imię) i Marię, baronostwo Lenval. Matka pochodziła z rodziny Kronenbergów, finansistów i przemysłowców, jej mężem zaś i zarazem kuzynem był Leon Władysław Loewenstein, współudziałowiec największych warszawskich zakładów przemysłowych zajmujących się budową maszyn. Tytuł barona kupił od niemieckiego księcia wraz z posiadłością pod Wiedniem, dokąd jeździli z Marią i dziećmi od czasu do czasu. Zimy woleli jednak spędzać w śródziemnomorskim klimacie, na Lazurowym Wybrzeżu – w Nicei czekała na nich własna willa. Trudno wyobrazić sobie przyjemniejsze miejsce do życia, ale właśnie tam w 1883 roku mały Leoś Mieczysław rozchorował się i umarł, bo w mieście zabrakło lekarza, który mógłby udzielić mu pomocy na czas. Miał zaledwie jedenaście lat.

Zrozpaczony ojciec wyłożył sto pięćdziesiąt tysięcy franków w złocie na uruchomienie w Nicei bezpłatnej przychodni dla ubogich dzieci, aby uchronić je przed losem własnego syna. Nim władze miasta uznały szpital Lenvalów za instytucję pożytku publicznego, placówka ulokowana centralnie przy Promenadzie Anglików składała się początkowo z zaledwie dwóch łóżek, pielęgniarkami były w niej siostry szarytki, a lekarze pracowali za darmo. Lenval utrzymywał więc szpital, a w rodzinnej Warszawie stworzył jego odpowiednik – przy ulicy Litewskiej, pod numerem szesnastym. Sfinansował też budowę i utrzymanie Domu Sierot po Robotnikach w sąsiednim budynku, pod czternastką, który założył wspólnie z bratem. Celem domu były opieka i wychowanie sierot – ubogich chłopców z rodzin robotniczych, których w Warszawie nie brakowało. Zakład, ulokowany w piętrowym, neorenesansowym domu, przyjmował na stałe kilkudziesięciu podopiecznych w wieku od ośmiu do szesnastu lat. W 1908 roku otwarto przy nim dwuklasową szkołę.

Szybkie spojrzenie na obie strony Litewskiej już w niepodległej Polsce, na chwilę przed tym, nim Kurnatowscy zaczną wznosić swój dom: na rogu z Szucha resztki ogrodu generałowej Agapijew wraz z nową zabudową, obok dom z głową konia, przy nim czteropiętrowa kamienica Lucjana Gancwola, mieszcząca chętnie odwiedzany sklep spożywczy Lipowskiego, dalej zaś w stronę Marszałkowskiej cały rząd wzniesionych z końcem XIX wieku spekulacyjnych, dość porządnie zaprojektowanych, czteropiętrowych czynszówek[5]. Najokazalsza, narożna, numer piętnaście, wyróżnia się attyką z zegarem, umieszczoną w ściętym narożniku. Z wyjątkiem domów pod trójką i piątką budynki po tej stronie znikną z panoramy ulicy, podpalone w 1944 roku przez hitlerowców (zastąpi je później łukowata ściana boczna jednego z bloków Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej).

Parzysta strona wydaje się bardziej urozmaicona i reprezentacyjna, może z wyjątkiem dwukondygnacyjnego domu na rogu z Aleją Szucha, który stanął tu jako pierwszy i za czasów Gomulickich mieścił siedzibę przedsiębiorstwa Kolei Żelazno-Betonowych Borowskiego i Spółki. Sąsiaduje z nim kamienica pod czwórką, gdzie mieszkali Gomuliccy. Dalej, lekko cofnięty w głąb ulicy, pałacyk zaprojektowany przez Ludwika Panczakiewicza dla rosyjskiego księcia Dołgorukowa. Właściciel pozbył się go przed 1908 rokiem i tak willa trafiła w ręce księcia Macieja Radziwiłła, a później – hrabiego Józefa Tyszkiewicza[6]. Za pałacykiem jeszcze pusto – na posesji pod ósemką dopiero z końcem lat trzydziestych XX wieku pojawi się dwupiętrowa, jednopodwórzowa kamienica z oficynami wzniesiona przez Kazimierza Bazarnika, właściciela firmy produkującej szyldy, pieczątki i materiały biurowe, który planuje jej dalszą rozbudowę; obok działka Kurnatowskich, zajęta na razie przez dwie niskie oficyny z garażami firmy Auto-Benz, obok niej kolejna typowa czynszówka należąca do rodziny Janeczków – a dalej, aż do Marszałkowskiej, imperium charytatywne braci Lenvalów[7].

Czynszówki przy Litewskiej wydają się okazałe, dopóki nie zajrzy się w ich zatłoczone, ciemne podwórka i na klatki schodowe w oficynach. W domu Kurnatowskich pomoc domowa, nie przeszkadzając państwu, może wchodzić i wychodzić osobnym wejściem prowadzącym do korytarzyka przy kuchni, obok której mieści się też osobna toaleta i służbówka. Na klatce od frontu miejsca jest dosyć. Oprócz trzech mieszkań na każdej kondygnacji (dwa czteropokojowe i jedno środkowe, kawalerskie, o dwóch pokojach) projektanci usytuowali jeszcze po wygodnym trzypokojowym lokum na wysokości każdego półpiętra. Wszystkie, również te kawalerskie, mają przynajmniej jeden balkon i wielkie okna, przez które wpada mnóstwo światła – bo najmniejsze mieszkania zorientowane są na południe, pozostałe na wschód, północ i zachód.

Nawet jeśli wnętrze odzwierciedla ciągle dawne stosunki społeczne, z wyglądu kamienica należy już do przyszłości. Dość końskich łbów i sztukaterii, pretensjonalnego sztafażu kryjącego niedostatki, niech żyje prostota! Z którejkolwiek strony na niego spojrzeć, dom braci Kurnatowskich jest obietnicą lepszych czasów, nadchodzących właśnie za sprawą utopistów spod znaku Bauhausu, De Stijl i polskiego Praesensu.

Tyle że najemcy, jak już dobrze wiemy, to nadal głównie inteligencja i ludzie dobrze sytuowani. Trochę urzędników, przedstawicieli wolnych zawodów, instruktorka harcerska, studenci z bogatszych domów, których stać na wynajem kawalerki pod tym adresem. Budynek doskonale nadaje się na zaplecze mieszkalne dla pracowników biurowców wzniesionych niedawno w rejonie Alei Szucha – pokrewnych stylem, reprezentacyjnych, doskonale wyposażonych, uosabiających nowoczesność młodego państwa i jego ambicje. W takim kierunku rozwija się teraz cała okolica. To świat wyraźnie kontrastujący z przytulonym do kamienicy Kurnatowskich domem Janeczków, gdzie mieszka praczka, w suterenach pracują ślusarz i stolarz, a w podwórzu mieści się kapliczka i ogródek. Domem pamiętającym jeszcze początki samej ulicy, bo powstał w 1879 roku, jako drugi budynek po jej wytyczeniu. Niziutka kamienica staruszka uzyskała tylko dwa piętra i jedną boczną oficynę. Kiedy na klatkach schodowych domu obok instalowano ciąg efektownych okien typu „termometr”, montowano windę Sowitscha i wanny w łazienkach, jej mieszkańcy wspinali się wciąż po drewnianych schodach i korzystali ze wspólnych kranów na korytarzu.

Po zakończeniu wojny kamienica Janeczków będzie na ulicy najstarsza. Jej sąsiadka zza ściany – najmłodsza.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

[1] Wówczas kończyło się tam miasto i znajdowały tak zwane Rogatki Mokotowskie.

[2] W latach dwudziestych Aleję Szucha przemianowano na Batorego, ale nazwa się nie przyjęła.

[3] Tattersall, zapisywany także: tatersal – dawna nazwa targowiska koni organizowanego w zamkniętym miejscu, a także publicznej ujeżdżalni lub szkoły jazdy konnej. Określenie pochodzi od nazwy przedsiębiorstwa handlu końmi Tattersall’s, założonego w 1766 roku przez Richarda Tattersalla, koniuszego księcia Kingston.

[4] Inwestorzy od kamienicy pod trójką to Marian Konopnicki i Władysław Cybulski. Obecnie w budynku mieści się Teatr Syrena.

[5] Były to: pod siódemką dom małżeństwa Paców (podwyższony w międzywojniu o kondygnację, by mógł pomieścić dodatkowe pokoje kawalerskie na wynajem), dom pod dziewiątką – o którym praktycznie nic nie wiadomo, pod jedenastką – książąt Czartoryskich, pod trzynastką – małżeństwa Michalskich.

[6] Przed II wojną światową mieszkali tam Michał i Irena Tyszkiewiczowie, dziadkowie aktorki Beaty Tyszkiewicz.

[7] Budynek szpitala, zaprojektowany przez Karola Jankowskiego i Franciszka Lilpopa, powiązanego rodzinnie z jednym ze wspólników barona Lenvala, z czasem przebudowano i połączono z sąsiednim. Część od strony Litewskiej w 1932 roku za sprawą architekta Romualda Millera zyskała nowoczesny sznyt: charakterystyczną geometryczną kompozycję południowej fasady, przełamaną trzema szklanymi wykuszami. Służyły jako dodatkowe źródło słońca dla małych pacjentów, pełniąc funkcję miniloggii i ogrodów zimowych.

Przypisy

Na początek

1 G. Perec, Przestrzenie, przeł. A. Grudzińska, Kraków 2019.

Pierwsi

1 Pismo Departamentu Ogólno-Administracyjnego Ministerstwa Ziem Odzyskanych, 18.01.1946, zatytułowane: „Dotyczy usunięcia płk. Korp. Bezp. Czernycha z lokalu nr 16 w gmachu Ministerstwa, Litewska 10”, Ministerstwo Ziem Odzyskanych (dalej: MZO), Departament Administracji Publicznej, Dział Organizacyjny, Sprawy lokalowe MZO, 1946, Archiwum Akt Nowych w Warszawie (dalej: AAN), sygn. 2/196/0/3/109. We wszystkich cytatach z dokumentów uwspółcześniono i poprawiono ortografię i interpunkcję. Dopiski w nawiasach kwadratowych pochodzą od autorki.

Część I. Dom dochodowy

Wędrówki

1 Historię życia Haliny z d. Ałapin i Józefa Menesów podaję między innymi na podstawie relacji Haliny nagranej dla USC Shoah Foundation: Halina (Lusia) Mitchley, 20.02.1998, Visual History Archive, sygn. 40467.

2 Pismo Władysława Gomułki do Stanisława Radkiewicza, 22.01.1946, MZO, Departament Administracji Publicznej, Dział Organizacyjny, Sprawy lokalowe MZO, 1946, AAN, sygn. 2/196/0/3/109.

Delta

1 B. Klich-Kluczewska, Przez dziurkę od klucza. Życie prywatne w Krakowie (1945–1989), Warszawa 2005, s. 220.

2 S. Otwinowski, Notes krakowski, Kraków 1975, s. 264.

Ulica

1 Cytat bez przywołania innych szczegółów podaje jego syn Juliusz w: J. W. Gomulicki, Litewska – ulica mego dzieciństwa. Wspomnienia z lat 1915–1919, „Kronika Warszawy” 1999, nr 3–4.

2 Tamże.

3 A. Wat, Mój wiek, t. 1, oprac. R. Habielski, Kraków 2011, s. 142.

4 Tamże.

Spis ilustracji

Katastrofa budowlana przy ulicy Litewskiej 10 w Warszawie, 1937. Zawalone piętro kamienicy braci Kurnatowskich – widok od podwórza. Na pierwszym planie dach i fragment elewacji oficyny pod numerem dwunastym. W oddali z lewej kamienica Mariana Konopnickiego i Władysława Cybulskiego pod numerem trzecim. Narodowe Archiwum Cyfrowe, Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny – Archiwum Ilustracji

Oficyna kamienicy przy Litewskiej 10. Elewacje od podwórka: zachodnia…

…i północna. Rys. Mateusz Kajma

Dokumentacja Biura Odbudowy Stolicy uwidaczniająca stan zachowania budynków przy Litewskiej i w rejonie Alei Szucha, ulicy Marszałkowskiej i 6 Sierpnia, 1945. Archiwum Państwowe w Warszawie

Dokumentacja Biura Odbudowy Stolicy uwidaczniająca stan zachowania budynków przy Litewskiej i w rejonie Alei Szucha, ulicy Marszałkowskiej i 6 Sierpnia, 1945. Archiwum Państwowe w Warszawie

Legitymacja Wadima Niekrasowa wydana przez Przedsiębiorstwo Robót Elektrycznych w Warszawie w styczniu 1950. Archiwum rodziny Niekrasowów-Hellerów

Ulica Litewska i okolice w 1885 roku. Plan Warszawy, Zakład Litograficzny Feliksa Kasprzykiewicza, Warszawa 1885, Polona

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

Al. Jana Pawła II 45A lok. 56

01-008 Warszawa

Opracowanie publikacji: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2026

Wydanie I