Dom dla lalek - Lisa Gardner - ebook + audiobook + książka

Dom dla lalek ebook i audiobook

Lisa Gardner

5,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Bestseller „New York Timesa”.

Prywatna detektyw Tessa Leoni staje w obliczu zagadkowej sprawy, w której nie może zaufać nawet potencjalnej ofierze przestępstwa.

Nazywam się Nicky Frank. Tylko że najprawdopodobniej tak nie jest.

Nicole Frank nie powinna była przeżyć wypadku samochodowego ani tym bardziej wyczołgać się ze stromego wąwozu. Nie w takiej ciemności, nie w takim deszczu, nie z jej obrażeniami. Ale jedna myśl pozwoliła jej przeciwstawić się przeciwnościom i wezwać pomoc: Vero.

Szukam małej dziewczynki. Muszę ją uratować. Tylko że ona najprawdopodobniej nie istnieje.

Szeryf śledczy Wyatt Foster jest sfrustrowany, gdy nawet specjalnie przeszkolone psy nie znajdują żadnego śladu tajemniczego zaginionego dziecka. Wszystko staje się jasne, gdy wreszcie zjawia się mąż Nicky, Thomas. Z jego słów wynika, że Nicole Frank cierpi na rzadkie uszkodzenie mózgu i policja nie powinna ufać niczemu, co mówi.

Mój mąż twierdzi, że zrobi wszystko, by mnie ochronić. Tylko że najprawdopodobniej nie może.

Kim jest Nicky Frank i co wydarzyło się tamtej nocy, gdy jej samochód wypadł z drogi? Czy był to nieszczęśliwy wypadek, samobójstwo, czy może celowe działanie osób trzecich? Im głębiej Wyatt kopie, tym bardziej niepokoi go ta sprawa. Okazuje się bowiem, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy Nicky ucierpiała w więcej niż jednym wypadku… Wygląda na to, że ktoś bardzo chce jej śmierci.

"Mroczny labirynt pełen zwrotów akcji i niespodzianek. Lisa Gardner stworzyła zachwycającą powieść kryminalną." „New York Journal of Books”

"Mistrzowska robota!" „Publishers Weekly”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 485

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 14 min

Lektor: Lisa Gardner

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
tynsik

Nie oderwiesz się od lektury

[Kryminał na talerzu] W książkach Lisy Gardner bardzo lubię to, że choć wszystkie należą do jakiegoś cyklu, to jednak pisane są tak, że przodują w nich historie postaci właściwych tylko dla jednego tomu, a te, które spinają kilka książek w jedno, pozostają w tle. I tak też jest z “Domem dla lalek”, książką wydaną w Polsce po raz pierwszy w 2017, w 2026 wydaną ponownie, która choć zalicza się do serii z Tessą Leoni, a i D.D. Warren też się przez nią przewija, to jednak na pierwszym planie pozostaje Nicky - to ją musimy poznać i zrozumieć, by zagadkę rozwiązać. To ona opisana jest tutaj w narracji pierwszoosobowej, a co za tym idzie, to jej emocje są tym, co całej powieści przewodzi. To dobry ruch, bo przez to czytelnik nie wie, co tak naprawdę jest prawdziwe, ba!, sama Nicky zdaje się tego nie wiedzieć, po wypadku samochodowym obudziła się bez pamięci. Napięcie, niepewność i podejrzliwość są więc teraz tymi emocjami, które jej towarzyszą, ale mimo to w jej pamięci jest jeden pewnik - to...
00



NAWET TAKIE TRIO JAK DETEKTYW WYATT FOSTER, TESSA LEONI I D.D. WARREN MOŻE BYĆ BEZSILNE W ŚLEDZTWIE, W KTÓRYM NIC NIE JEST RUTYNOWE.

W deszczową listopadową noc w stanie New Hampshire dochodzi do wypadku: prowadzone przez Nicky Frank luksusowe Audi spada z przydrożnej skarpy. Kobieta nie ginie, ale doznaje wstrząśnienia mózgu… kolejnego, bo wcześniej dwa razy spadła w domu ze schodów.

Detektyw Wyatt Foster z biura szeryfa hrabstwa przypuszcza, że nocne zdarzenie mogło nie być wypadkiem. A jeśli ktoś maczał w tym palce, to pierwszym podejrzanym zawsze jest mąż. I Wyatt podąża tym tropem.

Kiedy jednak wyniki badań odcisków palców w samochodzie ujawniają szokujące fakty, w śledztwie następuje przełom. Najwyraźniej to, co dzieje się teraz, ma związek ze zdarzeniami sprzed trzydziestu lat.

Wyatt musi przedrzeć się przez gąszcz zeznań kobiety, której teraźniejszość miesza się z przeszłością. Jeśli ktoś może mu w tym pomóc, to tylko jego dziewczyna, prywatna detektyw Tessa Leoni, oraz D.D. Warren, która ma dostęp do dawnych akt.

A Nicky Frank i jej mąż będą musieli skonfrontować się z tym, co przed laty wydarzyło się pewnej listopadowej nocy w wiktoriańskiej rezydencji – w domu dla lalek.

LISA GARDNER

Amerykańska autorka powieści kryminalnych. Urodziła się i wychowała w Oregonie, studiowała na Uniwersytecie Stanu Pensylwania. Po opublikowaniu debiutanckiej książki, Mąż doskonały, która okazała się niesamowitym sukcesem, zajęła się pisaniem na pełny etat. Dotychczas do księgarni trafiło ponad dwadzieścia jej powieści, z których większość miesiącami zajmowała czołowe miejsca na liście bestsellerów „New York Timesa”. Sąsiad został uznany przez International Thriller Writers za Thriller Roku 2010 i nagrodzony francuską Grand prix de lectrices de „Elle”. Książki Lisy Gardner ukazały się w ponad 30 krajach.

Autorka obecnie mieszka w New Hampshire i kiedy nie pisze, zajmuje się ogrodem i zwierzętami, podróżuje lub wybiera się na piesze wędrówki.

lisagardner.com

Tej autorki w Wydawnictwie Albatros

D.D. Warren

SAMOTNA

W UKRYCIU

SĄSIAD

DZIECIĘCE KOSZMARY

ZŁAP MNIE

NIE BÓJ SIĘ

ZNAJDŹ JĄ

POWIEM TYLKO RAZ

CZYSTE ZŁO

KOCHAĆ MOCNIEJ

SZUKAJ MNIE

Frankie Elkin

ZANIM ZNIKNĘŁA

KANION ŚMIERCI

WSZĘDZIE CIĘ WIDZĘ

Quincy & Rainie

ZAGINIONA

POŻEGNAJ SIĘ

KROK ZA TOBĄ

Tessa Leoni

NIEPEWNOŚĆ

DOM DLA LALEK

Tytuł oryginału: CRASH & BURN

Copyright © Lisa Gardner, Inc. 2015 All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2026 Polish translation copyright © Daria Kuczyńska Szymala 2017

Korekta: Urszula Okrzeja, Sabina Raczyńska Projekt graficzny okładki: Agnieszka DrabekIlustracje na okładce: © Tony Watson/Arcangel Images

ISBN 978-83-8439-018-4

Wydawca

Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa

wydawnictwoalbatros.com

Facebook.com/WydawnictwoAlbatros|Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Konwersja do formatu EPUB oraz MOBI

Katarzyna Ossowska

woblink.com

Rozdział 1

Raz już umarłam.

W mojej pamięci równie dobrze jak wszystko inne zachował się ból, palący i ostry, a potem zmęczenie, głębokie i obezwładniające. Chciałam się położyć. Wyraźnie to sobie przypominam. Pragnęłam z tym skończyć. Ale nie zrobiłam tego. Pokonałam ból, zmęczenie i to cholerne białe światło. Wywalczyłam sobie powrót do krainy żywych.

Ze względu na Vero. Potrzebowała mnie.

Co ty zrobiłaś?

Teraz jestem lekka jak piórko. Wydaje mi się, że to nie jest dobry znak. Samochody nie są lekkie jak piórko. Luksusowe SUV-y nie latają. I czuję jakiś ostry, drażniący zapach. Alkohol. A dokładnie whisky. Glenlivet. Zawsze byłam dumna z tego, że pijam tylko dobre trunki.

Co ty zrobiłaś?

Mam ochotę krzyczeć. Gdy tak szybuję w powietrzu, by umrzeć po raz drugi, powinnam przynajmniej móc krzyczeć. Lecz z mojego gardła nie wydobywa się żaden dźwięk.

Zamiast tego patrzę przez przednią szybę, w ciemną jak smoła noc, i zauważam tylko to, że pada deszcz.

Jak tamtej nocy. Zanim…

Co ty zrobiłaś?

Latanie jest całkiem niezłe. To przyjemne uczucie, wręcz upajające. Pozwala wbrew prawu grawitacji zostawić daleko w tyle presję przyziemnego życia. Powinnam unieść ramiona i rozłożyć je szeroko na powitanie zbliżającej się po raz drugi śmierci.

Vero.

Śliczna, mała Vero.

A wtedy…

Zaczyna działać grawitacja. Samochód nie jest już lekki jak piórko, gdy brutalnie łączy się na powrót z ziemią. Gwałtowny wstrząs. Echo uderzenia. Moje ciało, które dopiero co frunęło, teraz zostaje ciśnięte niczym szmaciana lalka na kierownicę, deskę rozdzielczą i drążek zmiany biegów. Brzęk pękającej szyby. Moja miażdżona twarz.

Ból, palący, ostry. A potem zmęczenie, głębokie i obezwładniające. Chcę się położyć. Pragnę z tym skończyć.

Vero, myślę.

A po chwili: O mój Boże, co ja zrobiłam?

Czuję wilgoć na twarzy. Oblizuję usta, czując smak wody, soli i krwi. Próbuję powoli unieść głowę, ale kończy się na eksplozji koszmarnego bólu. Kulę się, instynktownie przyciskając podbródek do klatki piersiowej, a potem opieram obolałe czoło o twardy plastik. Uświadamiam sobie, że kierownica wbiła mi się w pierś, a nogę mam wykręconą pod niemożliwym kątem, z kolanem zaklinowanym gdzieś pod zgniecioną deską rozdzielczą. Upadłam i nie mogę wstać, myślę.

Słyszę jakiś dźwięk. To śmiech. A może skowyt. Dziwny dźwięk. Wysoki, ciągły i jakby szalony.

Wydobywa się ze mnie.

Coraz więcej wilgoci. Deszcz wpada do samochodu. A może to ja z niego wypadłam. Nie jestem pewna. Whisky. Odór alkoholu jest tak silny, że chce mi się wymiotować. Wydaje mi się, że przesiąkła nim moja koszulka. Próbując dostrzec cokolwiek dokoła, zauważam rozsypane wokół szkło. Resztki butelki.

Powinnam się ruszyć. Odejść. Kogoś zawołać. Coś zrobić.

Głowa cholernie mnie boli, a zamiast aksamitnej czerni nieba pole mojego widzenia wypełniają eksplozje białych świateł.

Vero.

Jedno słowo. Przesłania mój umysł. Unieruchamia mnie. Prowadzi. Każe iść naprzód. Vero, Vero, Vero.

Ruszam. Z wielkim trudem, a skowyt zostaje zastąpiony rozdzierającym krzykiem, gdy próbuję wydostać się z fotela kierowcy. Wygląda na to, że samochód wylądował na przednim zderzaku. Deska rozdzielcza omal mnie nie zmiażdżyła. Nie siedzę prosto, tylko przechylona do przodu, jakby moje Audi złamało sobie nos i nie mogło odzyskać równowagi. To oznacza, że muszę włożyć wiele trudu, żeby wydobyć się z wąskiej, pełnej krzywizn przestrzeni pomiędzy fotelem a kierownicą i połamaną deską rozdzielczą.

Poduszka powietrzna. Zbędna masa materiału wokół ramion, którą przeklinam, blokuje mi ręce. Znów krzyczę, walczę i ciskam gromy, ale bezsensowna wściekłość wyzwala przynajmniej adrenalinę i obezwładniające zmęczenie znika; pozostaje tylko ból, niekończący się, koszmarny ból. Wiem, że nie mogę sobie pozwolić na skupianie się na nim, więc wykręcam się jakoś bokiem spomiędzy fotela i kierownicy. Osuwam się, ciężko dysząc, na konsolę zmiany biegów. Nogi mam sprawne. Ręce też.

Głowa płonie.

Vero.

Dym. Czy ja czuję dym? Odczuwam ukłucie paniki. Dym, krzyki, ogień. Dym, krzyki, ogień.

Vero, Vero, Vero.

Biegnij!

Nie. Powstrzymuję się. Nie ma dymu. Był za pierwszym razem. Ile razy kobieta może umrzeć? Nie jestem pewna. Mam rozmazane plamy przed oczami, czuję zapach mokrej ziemi i gorąco płomieni. Oddzielne, a jednak razem. Umieram. Nie, żyję. Nie, umieram. Po raz pierwszy, drugi czy trzeci?

Sama nie wiem.

Liczy się tylko jedno. Zawsze tylko to się liczyło. Vero. Muszę uratować Vero.

Tylne siedzenie. Wykręcam się do tyłu. Najpierw uderzam się w lewe kolano, potem w prawe i znowu krzyczę. Kurwa. Nieważne. Tylne siedzenie. Muszę się dostać na tylne siedzenie.

Macam po ciemku, zlizując deszcz i błoto z warg, gdy zaczynają do mnie docierać inne doznania. Przednia szyba jest rozbita, podobnie jak szyberdach, dlatego do wnętrza dostaje się deszcz. Mój wspaniały, całkiem nowy i luksusowy SUV Audi Q5 jest krótszy o pół metra, jak nie więcej. Najgorzej oberwał sam przód, ale przednie drzwi też są wgniecione. Za to tył wydaje się stosunkowo nienaruszony.

– Vero, Vero, Vero.

Uświadamiam sobie nagle, że mam na rękach rękawiczki. Albo miałam. Szkło podarło je na wielkie, zakrwawione strzępy, które utrudniają mi poruszanie palcami. Ściągam jedną, a potem drugą, po czym wpycham je nieśmiało do kieszeni spodni. Nie potrafię rzucić ich na podłogę. Nie śmiecę w swoim aucie. Nie przywykłam do traktowania go w ten sposób.

Głowa tak cholernie mnie boli. Mam ochotę zwinąć się w kłębek i spać, spać, spać.

Ale nie robię tego. Nie mogę. Vero.

Zmuszam się, żeby wykonać kolejny ruch, grzebię po prawej, potem po lewej, macając palcami w ciemnościach. Niczego jednak nie znajduję. Nikogo. Szukam i szukam, najpierw na tylnym siedzeniu, potem, już chwiejnie, na podłodze. Ale ciało nie pojawia się w magiczny sposób.

A jeśli… Może ją wyrzuciło, może wypadła z szybującego auta. Samochód próbował latać, to może ona też.

Mamusiu, popatrz na mnie. Jestem samolotem.

Co ja zrobiłam, co ja zrobiłam, co ja zrobiłam?

Muszę wysiąść z samochodu. Nic innego się nie liczy. Tam, na zewnątrz, jest coś w ciemnościach, w deszczu i błocie. Vero. Muszę ją uratować.

Wyciągam się na łokciach ze zmiażdżonego przodu auta na tył. A potem chwytam gwałtownie klamkę drzwi. Nie otwierają się. Szarpię nią, rozmazując krew. Pcham się na drzwi. Krzyczę, błagam, proszę, ale nic. Nie poddają się. Zderzenie, blokada dla bezpieczeństwa dzieci. Cholera!

Inne wyjście: drzwi bagażnika na tyle. Znowu ruszam, żałośnie powoli, bo ból głowy przyprawia mnie o mdłości i wiem, że zaraz zwymiotuję, ale nie przejmuję się tym. Muszę wydostać się z tego samochodu. Muszę znaleźć Vero.

Wymiotuję rzadką wydzieliną, która ma zapach drogiej whisky i długiej, zmarnowanej nocy.

Czołgam się przez ohydną kałużę i brnę dalej. Pierwszy łut szczęścia: uderzenie sprawiło, że drzwi bagażnika są otwarte.

Popycham je do końca. A potem, gdy przeczołganie się przez krawędź okazuje się niewykonalne dla moich poobijanych – połamanych? – żeber, podciągam się na rękach i zwalam się na brzuch na ziemię. Błoto, miękkie i lepkie, łagodzi upadek. Przetaczam się na bok, dysząc z bólu, nadmiernego wysiłku i poczucia beznadziei.

Deszczu, deszczu, idź już sobie, przyjdziesz do nas w innej dobie.

Mamusiu, popatrz na mnie. Jestem samolotem.

Znowu czuję zmęczenie. Głębokie i obezwładniające. Mogłabym tak po prostu leżeć. Pomoc nadjedzie. Ktoś widział wypadek, słyszał huk. Jakiś przejeżdżający kierowca. Albo ktoś zauważy, że mnie nie ma. Ktoś, komu zależy.

W moim umyśle pojawia się twarz mężczyzny, ale znika, zanim zdołam ją uchwycić.

– Vero – szepczę. Do padającego deszczu, lepkiego błota, bezgwiezdnej nocy.

Zapach dymu, myślę, wciąż leżąc. Żar ognia. Nie, to było za pierwszym razem. Skup się, do diabła! Skup się!

Przetaczam się z powrotem i podejmuję wędrówkę.

Droga jest gdzieś wyżej. Dzielą mnie od niej błoto, trawa, postrzępione krzewy i ostre kamienie. Słyszę jakieś dźwięki w oddali. Samochody przelatują nade mną ze świstem niczym egzotyczne ptaki, a ja, pełznąc na brzuchu centymetr za centymetrem, uświadamiam sobie, że są zbyt daleko. Są na górze, a ja na dole. Nigdy mnie nie zobaczą. Nie zatrzymają się i nie pomogą mi znaleźć Vero.

Jeszcze jeden centymetr, dwa, trzy, cztery. Gwałtownie wciągam powietrze, gdy uderzam się o kamień. Przeklinam, kiedy zaplątuję się w krzew. Drżącymi palcami sięgam do przodu i szukam, szukam, szukam. Moja głowa wrzeszczy z bólu, a ja raz po raz zatrzymuję się, by wypluć żałosne drobiny żółci.

Vero.

A potem: Och, Nicky, co ty zrobiłaś?

Znów słyszę ten skowyt, ale nie zatrzymuję się. Nie chcę sobie uświadomić, że to cierpiące zwierzę, które go wydaje, to ja.

Nie wiem, jak długo czołgam się pośród śliskiego, osuwającego się błota. Wiem, że zanim dotrę do grzbietu wzniesienia, będę umazana czarną mazią od stóp do głów. Bawi mnie to, zamiast przerażać. Pasuje, myślę sobie. Wyglądam tak, jak powinnam.

Jak kobieta, która wyczołgała się z grobu.

Światła. Bliźniacze punkciki, które się zbliżają. Opieram się na rękach i kolanach. Muszę, jeśli kierowcy mają mnie zauważyć. Jest w porządku, bo żebra mnie już nie bolą. Moje ciało umilkło, krzyk w głowie przeciążył wszystkie obwody i zostawił po sobie dziwną pustkę.

Może już nie żyję. Może tak wygląda śmierć, myślę, gdy podsuwam jedną stopę pod siebie i powoli, ale pewnie, wstaję.

Zgrzyt hamulców. Nadjeżdżającym autem zarzuca, kiedy kierowca za mocno wciska pedał hamulca przy mokrej nawierzchni. A potem jakimś cudem zatrzymuje się, tuż przed moją wyciągniętą ręką i bladą, mokrą od deszczu twarzą.

– Jezu… – Starszy mężczyzna, gładko ogolony, ukazuje mi się na moment, bo wnętrze samochodu rozjaśnia się, kiedy otwiera drzwi po stronie kierowcy. Wysiada niepewnie i prostuje się. – Czy z panią wszystko w porządku?

Milczę.

– Miała pani wypadek? Gdzie pani auto? Proszę pani, czy mam zadzwonić pod dziewięćset jedenaście?

Milczę.

Myślę tylko: Vero.

I nagle sobie przypominam. Przypominam sobie wszystko. Eksplozję światła, przerażenie i gniew. Ból przeszywający nie tylko moją głowę, ale też serce. I w tym momencie dokładnie dociera do mnie, kim jestem. Potworem spod łóżka.

Naprzeciwko mnie, jakby wyczuwając moje myśli, starszy pan wzdryga się i cofa o krok.

– Hm… Niech pani tam zostanie. Zaraz zadzwonię po pomoc.

Mężczyzna znika w słabo oświetlonym wnętrzu samochodu. Wciąż milczę, stojąc w deszczu i chwiejąc się.

Po raz ostatni myślę: Vero.

I chwila mija, pamięć znika.

I nie jestem już nikim, tylko kobietą, która dwa razy powróciła z martwych.

Rozdział 2

Zgłoszenie otrzymano tuż po piątej rano: wypadek samochodowy, jeden pojazd poza drogą, nieokreślone obrażenia. W pobliskim mieście nie ma nocnych dyżurów policji – witamy w dzikim zakątku New Hampshire – więc na miejsce został wysłany patrol z hrabstwa. Policjant Todd Reynes dotarł tam po piętnastu minutach – ponownie witamy w dzikim zakątku New Hampshire, a raczej na tamtejszych długich i krętych bocznych drogach, które nigdy nie prowadzą prosto z jednego miejsca w drugie – akurat gdy ratownicy medyczni próbowali przypiąć ubłoconą i zakrwawioną kobietę do noszy. Poinformowano go, że to ona prowadziła i że z pewnością doznała rozległych obrażeń, a tak cuchnie alkoholem, że wystarczy postać obok, żeby się poczuć pijanym.

Starszy mężczyzna – kierowca, który znalazł kobietę i zadzwonił – nie odjechał. Trzymał się na uboczu, ale skinieniem głowy dał Reynesowi znać, że jest gotowy złożyć zeznanie albo podpisać jakiś formularz, czy co tam trzeba zrobić, żeby oficjalnie zakończyć swój udział w czymś, w czym tak naprawdę nie zamierzał uczestniczyć.

Todd Reynes skinął głową. Zdążył już pomyśleć, że sprawa jest dość prosta. Pijana kobieta, którą zaraz odwiezie karetka, i rozbity samochód, który wkrótce zabierze pierwsza wolna laweta. I tyle.

Lecz w tym momencie przemoczona, umazana błotem i zakrwawiona kobieta złapała za zapięcie noszy, zerwała rzep z nieprzyjemnym zgrzytem, a potem usiadła prosto i zawołała:

– Vero! Nie mogę jej znaleźć. To mała dziewczynka. Boże, pomocy! Proszę, niech ktoś mi pomoże!

I dlatego tuż po siódmej na poboczu zaparkował sierżant Wyatt Foster z dochodzeniówki w biurze szeryfa North Country. Jezdnia wyschła, ale teraz zajmowały ją pojazdy niemal wszystkich możliwych służb działających pomiędzy Concord a Kanadą. Może to przesadne stwierdzenie, lecz jeśli nawet, to w niewielkim stopniu, pomyślał.

Wyatt wysiadł z auta i skrzywił się, czując chłód późnojesiennego poranka. Od wielu dni nieustannie padało, ogłaszano zagrożenie powodziowe – to był istny potop. Dobra wiadomość była taka, że w końcu opady ustały. A zła: że silna burza, która szalała przez większą część nocy, prawdopodobnie spłukała niemal wszystkie użyteczne ślady, które mogłyby im pomóc odnaleźć zaginioną dziewczynkę.

Psy, pomyślał. To zadanie przekraczało ludzkie możliwości. Potrzebowali psów.

Spostrzegł jednego ze swoich detektywów, Kevina Santosa, który stał kilkadziesiąt metrów dalej, uważnie przyglądając się skrajowi drogi. Kevin miał na sobie najgrubszą kurtkę, choć to nie była jeszcze zima; jedną rękę wsunął głęboko do kieszeni, a drugą trzymał duży biały kubek z Dunkin’ Donuts. Wyatt podszedł do niego.

– Nie masz przypadkiem dwóch? – zapytał, wskazując kawę.

Kevin uniósł brew. Dziesięć lat młodszy od Wyatta, miał niemal encyklopedyczną pamięć, przez co zasłużył sobie na przydomek Mózg. Po raz kolejny udowodnił potęgę swojego umysłu.

– Kupiłem cztery. W takich sytuacjach kawy nigdy nie za wiele. – Pokazał na swój samochód, na którego masce rzeczywiście stała kartonowa tacka z trzema dodatkowymi kubkami kawy.

Wyatta nie trzeba było dwa razy prosić.

– Oświecisz mnie? – zapytał, gdy po drugim łyku poczuł ciepło rozchodzące się po ciele.

Kevin wskazał przed siebie, a raczej w dół, bo za skrajem drogi zaczynał się dość stromy jar. Niewiele drzew, dużo krzewów, przewróconych pni, kamieni i innych elementów leśnego poszycia, które na samym dnie, w odległości kilkudziesięciu metrów, kończyły się szemrzącym cicho strumykiem. Zazwyczaj, bo tego ranka, dzięki obfitości darów Matki Natury, zamienił się on we wzburzony, rwący strumień.

Tuż nad jego brzegiem Wyatt dostrzegł tył ciemnego SUV-a, tkwiącego tam pod dziwnym kątem, z otwartą klapą bagażnika.

– Audi Q pięć – poinformował go Kevin.

Wyatt był pod wrażeniem. Luksusowy wóz, nowość na rynku. To sporo mówiło, choć niezbyt mu się podobało. Dawniej można było od razu założyć, że prowadzący pod wpływem to albo stary pijak, albo durny dzieciak. A ostatnio były to zwykle zamożne panie domu, narąbane aż miło przeróżnymi lekami na receptę. I oczywiście wszystkiemu zaprzeczały. Innymi słowy, nie będzie łatwo.

– Wygląda na to, że zjechała z drogi mniej więcej tutaj – powiedział Kevin, wskazując na ziemię ręką, w której trzymał kubek.

Wyatt spojrzał w dół. Rzeczywiście, tam, gdzie jezdnia przechodziła w błotnistą glebę, wyraźnie widać było ślady opon, rozmyte przez deszcz, ale na tyle głębokie, że nadal były widoczne.

– Prosto jak strzała – mruknął, przesuwając wzrok na miejsce ostatniego spoczynku Q5.

– Robocza hipoteza brzmi, że wyleciała z zakrętu. – Tym razem Kevin wskazał na drogę, która skręcała w lewo, podczas gdy Audi pojechało zdecydowanie na prawo.

– Musiała już wcześniej wpaść w poślizg – stwierdził Wyatt, przyglądając się nachyleniu drogi. – W przeciwnym razie auto pojechałoby dalej, zanim zjechało z jezdni.

– Może zasnęła. Straciła przytomność. Coś w tym stylu. Todd zna się na kierowcach jeżdżących na podwójnym gazie.

Wyatt skinął głową. Todd Reynes był doświadczonym policjantem, który brał udział w DARE, specjalnym programie uświadamiania zagrożeń związanych z używkami. Miał nosa do pijanych kierowców; twierdził, że jest w stanie ich zauważyć z odległości paru kilometrów. Był też świetnym hokeistą. W górach New Hampshire to dwie bardzo przydatne umiejętności.

– Todd twierdzi, że jeszcze nigdy nie czuł takiego smrodu. Chyba miała w samochodzie otwartą butelkę, która potłukła się przy zderzeniu, bo całe jej ubranie nasiąkło whisky.

– Whisky?

– Owszem. Szkocką. Glenlivet. Osiemnastoletnia single malt. Bardzo dobra. Trochę oszukuję, widziałem resztki butelki.

Wyatt przewrócił oczami.

– A więc pani za kierownicą popija sobie szkocką, akurat po nią sięga i nie trafia w zakręt. Może jest zbyt pijana, żeby go zauważyć. A może już odleciała. W każdym razie szybuje w ciemnościach.

– Na to wygląda.

Technicy to oczywiście sprawdzą. Obejrzą miejsce wypadku przez tachimetr elektroniczny – podobny do urządzeń używanych do pomiarów przez geodetów – który pomierzy kąty, trajektorie, połączy punkt A z punktem B. Potem komputer wypluje dokładny raport, wyjaśniający co, gdzie, dlaczego i jak. Na przykład nieprzytomny kierowca zjechałby z drogi przy niskich obrotach silnika, bo nie miałby nogi na gazie. Natomiast kobieta jadąca jak szalona, która gwałtownie hamuje, tak że ją zarzuca, zostawiłaby inne ślady. Wyatt i Kevin byli wykwalifikowanymi członkami zespołu technicznej rekonstrukcji wypadków drogowych. Już nieraz to robili. I będą robić jeszcze wiele razy.

Ale nie tego ranka. Tego ranka zarówno oni, jak i dziesiątki reprezentantów innych służb mundurowych – lokalnych, hrabstwa i stanowych – będą się roić w tym zimnym, błotnistym miejscu z jednym celem w głowach: znalezienia zaginionej dziewczynki.

– W takim razie – rzucił szybko Wyatt – zakładając, że pojazd zjechał z drogi tutaj i poszybował aż do miejsca tam w dole…

– Pierwszy patrol zaczął poszukiwania w promieniu piętnastu metrów od samochodu. Teraz sprawdzamy teren w górę jaru. Jest stromo, ale nie ma gęstych zarośli, a mimo to…

Z punktu, w którym się znajdowali, roztaczał się znakomity widok. Z pewnością kilka godzin temu, w środku nocy, podczas burzy, nie było nic widać. Ale teraz – Wyatt zerknął na zegarek – o siódmej dwadzieścia pięć, czyli o brzasku zalewającym przytłumionym szarym światłem pokryty krzewami błotnisty teren, było inaczej.

Nie ruszając się z miejsca, mogli prześwietlić wzrokiem znaczną część jaru. I gdziekolwiek Wyatt spojrzał, widział tylko i wyłącznie błoto.

– Psy – powiedział.

Kevin się uśmiechnął.

– Już po nie dzwoniłem.

Zeszli z jezdni i ruszyli po błotnistym zboczu.

– Co wiemy o dziewczynce? – zapytał Wyatt, gdy brnęli w dół do wraku. Błoto wciąż było bardzo miękkie i utrudniało każdy krok. Uważnie patrzył pod nogi, żeby nie złamać karku, ale też żeby nie zadeptać czegoś, co mogło się przydać. Kawa przelała się przez małą dziurkę w pokrywce kubka i spłynęła mu po ręce. Przykra utrata cennego napoju.

– Nic – odparł Kevin.

– Co to znaczy „nic”? Jak to możliwe?

– Ta kobieta gadała od rzeczy. Z powodu alkoholu, obrażeń i Bóg wie czego jeszcze. Todd twierdzi, że najpierw była jak sparaliżowana, a potem w ułamku sekundy wpadła w histerię. Ratownicy przypięli ją w końcu do noszy i odwieźli, zanim zrobiła komuś krzywdę.

– Ale wspomniała o córce?

– O Vero. Nie mogła jej znaleźć. „To mała dziewczynka. Pomóżcie, proszę!”, krzyczała.

Wyatt zmarszczył brwi; nie podobało mu się to.

– Wiek w przybliżeniu? – spytał.

– Nie znaleźliśmy nosidełka ani fotelika z tyłu auta. A poduszka powietrzna pasażera z przodu się nie uruchomiła. Podsumowując, chodzi raczej o dziecko za duże na fotelik, ale za małe na jazdę obok kierowcy.

– Więc prawdopodobnie między dziewiątym a trzynastym rokiem życia. Młodsza nastolatka.

– Wiesz na ten temat więcej niż ja, przyjacielu.

Wyatt przewrócił oczami, ale nie dał się podpuścić.

– Ślady krwi? – zapytał.

– Wnętrze auta wygląda jak rzeźnia. Kobieta, która prowadziła, miała liczne rany szarpane. Nie wiadomo, czy nabawiła się ich przed wypadkiem, czy w trakcie wypadku. Ale zanim udało jej się rozpiąć pasy i przeczołgać po rozbitym szkle na tył wozu… To cud, że miała dość siły, by wybrać się na wycieczkę w górę jaru i jeszcze zatrzymać przejeżdżającego kierowcę.

– Wybrać się na wycieczkę? – Wyatt przystanął.

Kevin również. Obaj spojrzeli do tyłu na drogę, która znajdowała się już wysoko nad nimi.

– Przecież inaczej nikt by jej nie znalazł – stwierdził słusznie Kevin. – Nikt nie zauważyłby w środku nocy samochodu, który spadł w głąb jaru. Do diabła, przecież ty i ja ledwo dostrzegliśmy go za dnia, i to patrząc prosto na niego.

– Cholera – rzucił cicho Wyatt, bo… Cóż, tak po prostu. Był krzepkim mężczyzną i myślał o sobie, że jest dość sprawny fizycznie, i to nie tylko z racji wykonywanego zawodu, lecz także dlatego, że jego hobby było stolarstwo, a nie ma to jak kilka godzin w tygodniu z młotkiem, żeby utrzymać w formie bicepsy i tricepsy. Mimo to zejście w dół zbocza i przedzieranie się w lepkim błocie przez gęste, kłujące krzewy okazało się dla niego trudnym zadaniem. Nie wyobrażał sobie pokonania tego samego odcinka w górę, a co dopiero w strugach deszczu i tuż po ciężkim wypadku.

– Kierowca, którego zatrzymała, nazywa się Daniel Ledo – oznajmił Kevin. – Twierdzi, że nie powiedziała nawet słowa. Jest weterynarzem, spędził trochę czasu w Korei. Według niego wyglądała tak, jakby była w szoku pourazowym. Nie reagowała, dopóki ratownicy nie zaczęli jej zapinać. Wtedy zauważyła Todda i zaczęła się rzucać i wrzeszczeć o tej dziewczynce, Vero, że nie mogła jej znaleźć i że musimy jej pomóc.

– Skoro nie mogła znaleźć córki, to znaczy, że jej szukała.

– Jasne – potwierdził Kevin.

– Czołgając się przez kamienie i błoto. Dlatego wygrzebała się z auta. I dlatego dotarła aż do drogi. Bo szukała pomocy dla zaginionego dziecka.

– Słusznie.

– A my?

– Nic nie mamy. Dwie godziny drobiazgowych poszukiwań przez kilkunastu mundurowych, nie wspominając o jeszcze większej liczbie wolontariuszy z koła łowieckiego. Przyjechałem pół godziny przed tobą, Wyatt. Oni już byli na miejscu, już szukali. Zaczęli od piętnastometrowego kręgu wokół wraku. A teraz poruszają się w promieniu ośmiu kilometrów. Nie mam na razie żadnych zastrzeżeń do naszych poszukiwań.

Wyatt rozumiał, co chodzi po głowie detektywowi. Ciało wyrzucone z pojazdu powinno być łatwe do odnalezienia. Przestraszona dziewczynka, która skuliła się gdzieś, żeby przeczekać noc, odezwałaby się na wołanie. A to oznacza, że…

Popatrzył wokół na splątane poszycie, w którym ranne, zdezorientowane dziecko mogło chować się godzinami. Spojrzał na strumyk, teraz przypominający rwącą rzekę, który mógł porwać nieprzytomne ciało.

– Psy – powtórzył.

Ruszyli w stronę wraku.

Audi Q5 Premium powinno wyglądać pięknie. Grafitowy lakier, połyskujący jednocześnie czernią i srebrem. Wnętrze w dwóch barwach, eleganckie srebrnoszare siedzenia, atramentowoczarne wstawki i chromowane akcenty. SUV zaprojektowany tak, by pomieścić zakupy, pół drużyny piłkarskiej i psa i na dodatek wyglądać przy tym cholernie dobrze.

A teraz osiadł tyłem do góry, z przodem wbitym w błotnistą ziemię i z otwartą klapą bagażnika. Wyglądał niczym lśniący pocisk, który, omyłkowo wycelowany, utknął w lasach New Hampshire.

– Dwudziestocalowe felgi w kolorze tytanu – mruknął Kevin głosem pełnym podziwu i tęsknoty. – Sportowa kierownica. Ośmiobiegowy automat z możliwością przełączenia na tryb manualny. To wersja trzy zero, co oznacza, że ma sześciolitrowy silnik i przyspiesza do setki poniżej sześciu sekund. Taka moc… i kije do golfa też się zmieszczą!

Wyatt nie podzielał zamiłowania Kevina do samochodów i do statystyk.

– Ale ma napęd na cztery koła? – Tylko to go interesowało.

– Standardowo, jak we wszystkich SUV-ach Audi.

– Kontrolę stabilności? ABS? Wszystko, co powinno pomóc kierowcy w deszczową noc?

– Oczywiście. Nie wspominając o ksenonowych reflektorach, światłach LED i sześciu poduszkach powietrznych.

– To znaczy, że powinien poradzić sobie w tych warunkach? W ciemną, deszczową noc?

– Z całą pewnością, chyba że doszło do jakiejś niespodziewanej usterki mechaniki albo elektroniki…

Wyatt odchrząknął. Nie był zaskoczony. Współczesne samochody przypominają raczej komputery na kółkach niż proste pudła do przewożenia. A co dopiero takie eleganckie Audi.

Do diabła, ten samochód miał co najmniej kilka wbudowanych systemów bezpieczeństwa, nie wspominając o środkach zabezpieczenia samego kierowcy. Więc skoro skończył w taki sposób…

Najlepszą metodą na rozpracowanie przebiegu wypadku jest rozpoczęcie od końca – od wraku – i cofanie się w czasie aż do znalezienia przyczyny: hamowania, którego zabrakło, czy poślizgu, który doprowadził do gwałtownego skrętu prosto na barierkę. W tym przypadku pojazd wylądował pod kątem czterdziestu pięciu stopni, przyjmując na przód siłę uderzenia, co dało w rezultacie zgniecioną maskę, rozbitą szybę przednią, a także boczne i inne skutki frontalnego zderzenia z dużą prędkością.

Nie spostrzegł odprysków lakieru czy zadrapań na bokach SUV-a, co świadczyło o tym, że nie stoczył się ze zbocza przez gęstwinę krzewów, tylko raczej nad nimi przeleciał. I miał wystarczającą prędkość, żeby, mówiąc obrazowo, zanurkować na główkę. Pod kątem prostym, na jego oko, choć oczywiście wykresy z tachimetru elektronicznego powiedzą więcej. W każdym razie wóz zjechał z drogi w miejscu, w którym pili przed chwilą kawę, a potem szybował krótko, zanim spadł gwałtownie na ziemię, wbijając się przodem w błotną breję.

Pierwsze pytanie: dlaczego samochód zjechał z drogi? Błąd kobiety, która prowadziła, zwłaszcza że była pod wpływem? Czy coś innego? Drugie pytanie: przy jakiej prędkości i przy jakich obrotach? Inaczej mówiąc, czy kobieta przefrunęła nad stokiem, dociskając gaz do dechy, niczym wiedziona misją, czy też auto zsunęło się w przepaść, a ona odzyskała przytomność tylko po to, żeby podjąć z góry skazaną na porażkę próbę ratowania sytuacji?

Mieli szczęście. Wszystkie te nowoczesne komputery na kółkach mają elektroniczne rejestratory, które zapisują ostatnie chwile samochodu, prawie jak czarne skrzynki samolotów. Biuro szeryfa hrabstwa nie dysponowało własnym urządzeniem do odczytywania takich danych, ale policja stanowa prześle wyniki na ich komputer i w ten magiczny sposób znajdą odpowiedzi na wiele pytań.

Na razie Wyatt postanowił skupić się na tym, co najpilniejsze. Zaginione dziecko, dziewczynka, prawdopodobnie między dziewiątym a trzynastym rokiem życia.

Wokół wraku widać było ślady stóp, ale biorąc pod uwagę ich liczbę i rozmiary, uznał, że należą do ludzi z ekipy poszukującej dziecka, a nie do pasażerki samochodu. Żeby mieć pewność, założył lateksową rękawiczkę, podszedł i pociągnął za klamkę od strony pasażera. Drzwi były zablokowane. Sprawdził też te z tyłu: nie dało się ich otworzyć, bo siła uderzenia tak wygięła ramę, że nie działały.

Pozostała otwarta klapa bagażnika. Ruszył na tył, wypatrując na ziemi śladów. Generalnie widział odciski grubych podeszew, typowych dla służb mundurowych.

– Sprawdzili najpierw grunt? – zwrócił się do Kevina. – Todd albo któryś z pierwszych ratowników? Sprawdzili ślady stóp?

– Todd mówił, że poświecił latarką. Nic nie zobaczył w takich warunkach. Ale nawet bez śladów uznał, że kobieta wyszła przez otwartą klapę z tyłu. To jedyne działające drzwi.

– Więc zakładając, że dziewczynka jest przytomna, też musiała tędy wyjść – stwierdził Wyatt. – Zastanawiam się… Matka prawdopodobnie poczuła, że właśnie zdarzył się wypadek, tak? Odzyskała świadomość, rozejrzała się za dzieckiem, spanikowała, bo nie mogła go znaleźć, i rozpoczęła heroiczną wędrówkę w poszukiwaniu pomocy. Ale może, uwzględniając wpływ alkoholu i siłę zderzenia… może przez jakiś czas była nieprzytomna. Może odzyskała świadomość dopiero po piętnastu, dwudziestu, trzydziestu minutach od zderzenia. A w tym czasie córka próbowała ją ocucić, przestraszyła się, gdy nie uzyskała żadnej reakcji, i wyruszyła na własną rękę.

Kevin nie miał nic do powiedzenia. To wszystko były hipotezy, a Mózg preferował twarde statystyki.

– Czy w samochodzie była komórka? – zapytał Wyatt.

Na to pytanie Kevin umiał odpowiedzieć.

– Wyciągnięto jedną spod deski rozdzielczej, zarejestrowaną na kobietę, która prowadziła. I tyle.

Wyatt rozważył wnioski.

– Znasz jakieś dziecko, które nie miałoby komórki? – zapytał.

– Ja? Zakładasz, że znam się na dzieciach?

– Masz bratanków, siostrzenice…

– Pewnie, wszyscy mają iPody, smartfony i tak dalej. Ogólnie rzecz biorąc, w interesie rodziców leży wciskanie dzieciakom elektronicznych gadżetów. W przeciwnym razie mogłyby zechcieć z nimi porozmawiać.

– Więc zakładając, że nasza zguba to dziewczynka w wieku od dziewięciu do trzynastu lat, jest bardzo prawdopodobne, że ma telefon, a zatem… – Wyatt zaczął się zastanawiać, jak to najlepiej wyrazić. – Czemu go nie użyła? Dlaczego nie została w samochodzie, gdzie jest stosunkowo sucho, i nie zadzwoniła po pomoc, dla siebie, dla matki, zamiast błąkać się w burzową noc? Komórka tej kobiety ma tu zasięg?

Kevin skinął głową.

– Operatorem jest Verizon. Moim też, a ja mam tu cztery kreski.

– A więc to nie problem z zasięgiem. Choć może…

Wyatt starał się to dobrze przemyśleć, wczuć się w sytuację przestraszonej dziewczynki. Dzieci potrafią być pomysłowe i silniejsze, niż się zakłada. Wiedział to zarówno z zawodowych, jak i osobistych doświadczeń.

– Instynkt kazał biedulce uciekać albo walczyć – podsunął Kevin. – Może wybrała ucieczkę.

– A może ona też jest ranna. Uderzyła się w głowę i straciła orientację. – Szczerze mówiąc, możliwości było mnóstwo. Wyatt poczuł niepokój. Nic nie mógł poradzić na to, że stanęła mu przed oczami Sophie, dziewięciolatka po koszmarnych przejściach, patrząca na niego niewidzącym wzrokiem. Co zrobiłaby w takiej sytuacji? Na ile ją znał, pewnie wyciągnęłaby matkę z fotela kierowcy i własnymi rękami wtargała ją na górę po błotnistym zboczu. Takim była dzieckiem.

I wcale go nie nienawidziła. Po prostu się do niego nie uśmiechała. Ani z nim nie rozmawiała. Ani w żaden widoczny sposób nie okazywała, że rejestruje jego obecność. Ale to w porządku. Walka dopiero się zaczęła, a on miał w rękawie dużo asów… Chyba.

– Sprawdźmy tę potencjalną komórkę – powiedział. – Skontaktuj się z Verizonem i sprawdź, czy ta kobieta ma umowy na inne numery… wiesz, plan rodzinny czy coś takiego. Bo jeśli dziewczynka ma komórkę…

– To ją znajdziemy – dokończył Kevin.

– A tam, gdzie jest komórka, będzie i…

– …ta mała.

– Właśnie.

Wyatt, zadowolony, że w końcu wymyślił coś konkretnego, kontynuował pobieżne oględziny wraku. Przeszedł na drugą stronę, do drzwi kierowcy, gdzie pokryta siateczką pęknięć szyba wypadła na ziemię. Być może została wypchnięta łokciem przez kobietę. Albo wybita pięścią, gdy ta rozpaczliwie próbowała wydostać się z rozbitego auta.

Zajrzał do środka. Jak przy większości czołowych zderzeń, deska rozdzielcza została zniszczona, a kolumna kierownicy przesunęła się do fotela. Dostrzegł splątany, niewypięty pas, co wskazywało na to, że kobieta miała go zapięty w momencie uderzenia, a potem wysunęła się z niego, żeby wysiąść. Pomyślał, że wyswobodzenie się z tego bałaganu nie mogło być łatwe. Zwłaszcza biorąc pod uwagę jej prawdopodobne obrażenia – złamanie stopy lub kostki z powodu wdeptywania z całej siły hamulca w daremnej próbie powstrzymania upadku w przepaść oraz siniaki od pasa na brzuchu, żebrach i ramionach. Widział uczestników wypadków, którym otwierająca się poduszka powietrzna poparzyła dłonie, kierownica połamała kciuki, a kolumna kierownicza zmiażdżyła mostek.

A ten wypadek był naprawdę poważny. Potwierdzała to kolejna wyraźna wskazówka: krew. Mnóstwo krwi. Plamy i smugi na kierownicy, na desce rozdzielczej, na tyle jasnosrebrnego fotela, na drzwiach. Kobieta krwawiła, prawdopodobnie poraniona w wielu miejscach, zważywszy na większe odłamki szkła – z butelki po szkockiej – i drobne okruchy rozbitej przyciemnianej szyby. Widział nawet całe odbite dłonie w miejscach, gdzie próbowała znaleźć oparcie, chwytając się deski rozdzielczej, krawędzi fotela, czegokolwiek, żeby się stamtąd wydostać.

Zastanawiał się, czy była nieprzytomna w momencie zderzenia. Straciła na moment przytomność podczas jazdy? I ocknęła się zaraz potem w rozbitym samochodzie? A może było gorzej? Może odzyskała świadomość w momencie, gdy Audi szybowało w przepaść? Zaczęła krzyczeć? I rozpaczliwie wciskać hamulec? A może instynktownie sięgnęła do tyłu, do córki, jakby była w stanie w tej ostatniej chwili w jakikolwiek sposób cofnąć koszmarny błąd, jaki najwyraźniej popełniła?

Wyatt nie mógł się zdecydować. Z jednej strony imponowały mu wysiłki kobiety, by wydostać się z wraku i dopełznąć do drogi, żeby szukać pomocy dla dziecka. Z drugiej – czy to nie było niczym podziwianie podpalacza za to, że uciekł z płonącego budynku?

Zmarszczył brwi, gdy jego wzrok padł na drążek zmiany biegów. Był w pozycji neutralnej, czego się nie spodziewał. Zerknął przez ramię na Kevina.

– Ktoś wsiadał do auta? – spytał.

– Nie.

– Wyłączał silnik?

– Nie, pewnie sam zgasł. Nie wiem. Todd był tu pierwszy. Odkąd dowiedział się o dziewczynce, skupił się na niej.

Wyatt pokiwał głową; ochrona życia zawsze była priorytetem.

– Drążek zmiany biegów jest na N – powiedział.

Teraz to Kevin mógł się wykazać pomysłowością.

– Coś w niego uderzyło? Przy zderzeniu dużo rzeczy gwałtownie zmienia położenie. Przedmioty luzem, torebki, łokcie pasażerów. A może to kobieta, próbując wyswobodzić się z pasów, szturchnęła go i przesunął się na N.

– Możliwe. – Wyatt się wyprostował. Nie był do końca usatysfakcjonowany, ale nie mieli teraz na to czasu. Zajmą się tym później, gdy odholują SUV-a, a drzwi i fotele zostaną starannie wymontowane i przetransportowane na badania do laboratorium stanowego. Ustawienie fotela kierowcy. Lusterek. Odcisk prawej dłoni tu, a lewej tam. Nie wspominając o analizie z tachimetru czy danych odzyskanych z zapisu elektronicznego. Takiego wypadku jak ten nie rekonstruuje się w ciągu paru godzin, tylko w ciągu paru dni, a nawet tygodni.

Ale zrobią to. Dokładnie. Skrupulatnie. Tak, żeby cały świat mógł się dowiedzieć, co w pewną ciemną, burzową noc zalana szkocką matka zrobiła sobie i swojemu dziecku.

Jak na zawołanie Wyatt usłyszał dochodzące z góry szczekanie. Przyjechała jednostka z psami.

Wyprostował się i odsunął od SUV-a, żeby zerknąć na zegarek.

Ósma dwadzieścia dwie. Mniej więcej trzy godziny i piętnaście minut po pierwszym zgłoszeniu wciąż mieli wypadek do zbadania, a przede wszystkim dziecko do odnalezienia.

Uznał jednak, że wszystkie ścieżki prowadzą w tym samym kierunku. W górę błotnistego jaru, ku srebrnej wstędze drogi, tam, gdzie tragedia miała swój początek i gdzie teraz czekał pies tropiący.

Wyatt i Kevin zaczęli się wspinać.

Rozdział 3

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 12

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 13

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 14

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 15

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 16

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 17

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 18

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 19

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 20

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 21

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 22

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 23

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 24

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 25

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 26

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 27

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 28

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 29

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 30

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 31

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 32

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 33

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 34

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 35

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 36

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 37

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 38

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 39

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 40

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 41

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 42

Dostępne w wersji pełnej

Posłowie i podziękowania

Dostępne w wersji pełnej