21 osób interesuje się tą książką

Opis

Powieść angielskiego pisarza Hugh Loftinga Doktor Dolittle i jego zwierzęta należy do światowego kanonu literatury dla dzieci. Opowiada o przygodach niezwykłego bohatera – doktora Johna Dolittle’a, zawsze pogodnego i życzliwego przyjaciela zwierząt, ikonki świata dziecięcej kultury i wyobraźni. Doktor Dolittle nie tylko kocha zwierzęta. Od kiedy papuga Polinezja nauczyła go języka zwierząt, przestaje leczyć ludzi, by poświęcić się wyłącznie leczeniu zwierząt i niesieniu im pomocy. Doktor Dolittle na co dzień spędza czas na rozmowach i zabawach z psem Jipem, prosiątkiem Geb-Geb, sową Tu-Tu, kaczką Dab-Dab i wieloma innymi przyjaciółmi, nawet z białymi myszkami mieszkającymi w fortepianie i ze złotą rybką pływającą w ogrodowym stawie. Nic dziwnego, że kiedy afrykańskie małpy potrzebują pomocy, zwracają się właśnie do doktora Dolittle. Niestrudzony opiekun zwierząt wyrusza wraz ze swoją wierną gromadką w daleką i pełną przygód podróż do Afryki.

Lektura dla klasy II

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 116

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

The Story of Doctor Dolittle

Przekład:

Adam Zabokrzycki

na podstawie wydania angielskiego

Okładka:

Jarosław Żukowski

Ilustracje:

Jacek Skrzydlewski

LEKTURA DLA KLASY II

© Copyright by Siedmioróg

ISBN 978-83-7791-901-9

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmioróg.pl

Wrocław 2018

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

ROZDZIAŁ PIERWSZYPUDDLEBY

Dawno, dawno temu – kiedy nasi dziadkowie byli jeszcze małymi dziećmi – żył sobie doktor, który nazywał się Dolittle – John Dolittle, doktor nauk medycznych, co oznacza, że był to nie byle kto i znał się na swoim fachu, jak chyba nikt inny. Mieszkał w Puddleby nad rzeką Marsh. Wszyscy mieszkańcy miasteczka, starzy i młodzi, znali go doskonale, choćby tylko z widzenia. A ilekroć szedł w dół ulicy w swym cylindrze na głowie, zewsząd dochodziły głosy: „Patrzcie, patrzcie, doktor idzie! Trudno o mądrzejszego człowieka”. I wtedy psy i dzieci ruszały biegiem za nim, tworząc liczny i głośny orszak i nawet kruki krakały z wieży kościelnej, kiwając głowami z uznaniem. Domek na przedmieściu, w którym od zawsze mieszkał, był malusieńki, ale na jego tyłach i froncie znajdował się olbrzymi ogród z szerokim trawnikiem, a pod gałęziami płaczących wierzb stały kamienne ławeczki. Domem zajmowała się jego siostra Sara Dolittle, natomiast ogrodu doglądał doktor osobiście. Uwielbiał on zwierzęta i miał ich u siebie bez liku. Oprócz złotych rybek w stawie na końcu ogrodu, miał również króliki w spiżarni, białe myszki w fortepianie, wiewiórkę w bieliźniarce i jeża w piwnicy. Trzymał także krowę z cielęciem i starego, kulawego konia, który liczył sobie dwadzieścia pięć wiosen, kury i gołębie, dwie owieczki i wiele innych zwierzaków. Ale jego pupilkami były kaczka Dab-Dab, pies Jip, prosiątko Geb-Geb, papuga Polinezja i sowa Tu-Tu.

Siostra doktora stale narzekała na wszystkie te zwierzęta, twierdząc, że strasznie brudzą w domu. Aż pewnego dnia starsza dama cierpiąca na reumatyzm, przyszła na wizytę do doktora i usiadła na jeża, który spał sobie na sofie. Od tamtej pory nigdy już nie umawiała się z doktorem, tylko co sobota jeździła aż do Oxenthorpe, całe dziesięć mil, by w tamtym miasteczku zasięgać porad innego lekarza. Wówczas jego siostra Sara Dolittle przyszła do niego, mówiąc:

– John, jak ty chcesz, żeby chorzy przychodzili do ciebie na wizyty, skoro trzymasz w domu wszystkie te zwierzęta? Ładny mi doktor, u którego w salonie roi się od jeży i myszy! To już czwarty pacjent, którego odstraszyły twoje zwierzęta. Dziedzic Jenkins i pastor twierdzą, że nawet nie podeszliby do naszego domu, choćby od tego zależało ich życie. Z dnia na dzień robimy się biedniejsi. Jeżeli nic tu się nie zmieni, to potracisz najlepszych pacjentów.

– Ale ja zdecydowanie wolę zwierzęta nawet od najlepszych z ludzi – odparł doktor.

– Jesteś żałosny – odparła siostra i wyszła z jego pokoju. I tak, wraz z upływem czasu doktor miał coraz więcej i więcej zwierząt, a pacjentów przybywających na badania było coraz mniej i mniej. Aż w końcu nie został ani jeden – to znaczy ani jeden poza Handlarzem Mięsem dla Kotów, któremu żadne zwierzęta nie robiły różnicy. Ale ten handlarz nie śmierdział groszem, a na dodatek chorował tylko raz do roku – w okolicach Świąt Bożego Narodzenia i wtedy płacił doktorowi sześć pensów za butelkę medykamentu. Sześć pensów na rok to nie było wystarczająco, nawet w tamtych jakże odległych czasach, i nie wiadomo, co mogłoby się wydarzyć, gdyby doktor nie miał w skarbonce nieco pieniędzy odłożonych na czarną godzinę.

No i zwierząt w domu doktora przybywało jak grzybów po deszczu. A wykarmienie takiej czeredy musiało nieźle kosztować. Tak też kupka uskładanych pieniędzy robiła się coraz cieńsza i cieńsza. Gdy była już bardzo mała, doktor sprzedał pianino, a białe myszki zamieszkały w szufladzie od biurka. A gdy pieniądze za instrument były na wyczerpaniu, sprzedał swój niedzielny brązowy garnitur i tak oto stawał się coraz uboższy i uboższy. I teraz, gdy szedł w dół ulicy w swoim cylindrze, ludzie mówili jeden do drugiego: „Patrzcie, patrzcie, doktor idzie! Doktor nauk medycznych! W swoim czasie najbardziej znany lekarz na zachodzie kraju! Przyjrzyjcie mu się uważnie teraz. Jest zupełnie bez grosza, a w pończochach ma same dziury!”.

Ale psy, koty i dzieci nadal biegały za nim przez miasteczko w hałaśliwym orszaku zupełnie tak samo jak wtedy, gdy był jeszcze bogaty.

ROZDZIAŁ DRUGIJĘZYK ZWIERZĄT

Tak się złożyło pewnego dnia, że Doktor siedział u siebie w kuchni z Handlarzem Mięsem dla Kotów, który zjawił się tym razem z bólem brzucha.

– A może by tak dać sobie spokój z leczeniem ludzi i zostać lekarzem zwierząt – zasugerował Handlarz Mięsem dla Kotów. Papuga Polinezja siedziała akurat w oknie, spoglądając na deszcz i nucąc pod nosem pieśń marynarzy. W pewnym momencie przestała nucić i zaczęła słuchać.

– Widzi pan, doktorze – kontynuował Handlarz Mięsem dla Kotów – pan wie o zwierzętach wszystko. O wiele więcej niż miejscowi weterynarze. Ta książka, którą pan napisał – ta o kotach, ależ to jest wspaniałe! Sam nie potrafię ani czytać, ani pisać… Gdyby nie to, to być może sam napisałbym kilka książek. Ale moja żona Teodozja, ona jest uczoną, co się zowie. I to ona przeczytała mi tę książkę. No cóż, ta książka jest wspaniała – trudno określić ją inaczej – wspaniała. Tyle wiedzy jakby sam pan był kotem. Pan dokładnie czyta w ich myślach. I proszę słuchać: pan mógłby zarobić fortunę, lecząc zwierzęta. Czy pan zdaje sobie z tego sprawę? Chodzi o to, że mógłbym przysyłać panu wszystkie te stare babcie z ich chorymi psami i kotami. A gdyby ich pociechy nie chorowały dostatecznie szybko, mógłbym dodawać coś do mięsa, które im sprzedaję, żeby przyspieszyć niedomagania. Rozumie pan?

– No nie! – zaprotestował natychmiast doktor. – Nie wolno ci tego robić. Tak się nie godzi.

– To znaczy, ja nie mówię o tym, żeby naprawdę zachorowały… – poprawił się natychmiast Handlarz Mięsem dla Kotów. – Miałem na myśli małe co nieco, żeby wyglądały trochę oklapnięte. Ale tak jak pan mówi, być może faktycznie traktuję zwierzęta niesprawiedliwie. Tak czy owak one niezmiennie zapadają na zdrowiu przekarmiane przez stare babcie. A niech pan rozejrzy się, iluż jest tych wszystkich farmerów wokoło, którzy mają kulawe konie i chrome jagnięta – oni zawsze przyjdą do lecznicy zwierząt. Niech pan zostanie weterynarzem!

Kiedy Handlarz Mięsem dla Kotów sobie poszedł, z parapetu okna sfrunęła na stół papuga Polinezja i rzekła:

– Ten gostek dobrze mówi: powinien pan zostać weterynarzem. Niech pan przestanie zajmować się głupimi ludźmi, skoro nie mają na tyle rozumu, by zobaczyć, że jest pan najlepszym lekarzem na świecie. Niech pan zamiast tego zajmie się zwierzętami – wkrótce wszyscy się o tym dowiedzą. Niech pan zostanie lekarzem zwierząt!

– Och, weterynarzy jest bez liku – odparł John Dolittle, wykładając doniczki na parapet okienny, by postały trochę na deszczu.

– No tak, jest ich dużo – zgodziła się Polinezja. – Ale żaden z nich nie jest wiele wart. Niech pan słucha, doktorze. Coś panu powiem. Czy wiedział pan, że zwierzęta umieją mówić?

– Wiem, że papugi to potrafią – odparł doktor.

– Ale my papugi potrafimy mówić w dwóch językach: ludzkim i ptasim – powiedziała z dumą Polinezja. – Jeżeli powiem: „Polly chce krakersa”, to pan mnie rozumie. Ale proszę posłuchać tego: „Ka-ka oi-ee, fee-fee?”.

– Dobry Boże! – zawołał Doktor. – Co też to znaczy?

– To znaczy: „Czy owsianka jest jeszcze gorąca?”, w ptasim języku.

– Mój Boże! Ty nigdy przecież tak nie mówisz! – zawołał doktor. – Nigdy wcześniej się tak do mnie nie odzywałaś.

– Bo na nic by to się nie zdało – odparła spokojnie Polinezja, otrzepując okruchy krakersa z lewego skrzydła.

– Nic by doktor nie zrozumiał, gdybym próbowała.

– Ale powiedz coś jeszcze – zawołał doktor podekscytowany i pospieszył do szuflady kredensu, wracając z notesem i ołówkiem. – No to dawaj, tylko nie za szybko i ja będę zapisywać. To jest ciekawe… bardzo ciekawe… coś zupełnie nowego. Podaj mi najpierw ptasie abecadło… ale pomalutku.

W taki sposób doktor dowiedział się, że zwierzęta mają własny język i potrafią się między sobą porozumiewać. I przez całe to deszczowe popołudnie Polinezja siedziała w kuchni na stole, dyktując doktorowi słowa, które zapisywał w notesie. Podczas podwieczorku, kiedy wszedł do kuchni pies Jip, papuga rzekła do doktora:

– Widzi doktor, on teraz mówi do pana.

– Dla mnie to wygląda, jak gdyby drapał się w ucho – odrzekł doktor.

– No tak, ale zwierzęta mówiąc, nie zawsze posługują się ustami – powiedziała papuga podniesionym głosem, unosząc brwi. – Potrafią mówić uszami, nogami, ogonami… czym popadnie. Czasami po prostu nie chcą hałasować. Widzi pan teraz, jak on porusza jedną stroną nosa?

– A co to może oznaczać? – spytał doktor.

– To znaczy: „Nie widzicie, że przestało padać?” – wyjaśniła Polinezja. – Zadaje panu pytanie. Psy prawie zawsze posługują się nosem, gdy chcą o coś zapytać.

Po jakimś czasie, z pomocą Polinezji, doktor opanował język zwierząt na tyle biegle, że mógł rozmawiać z nimi bez tłumacza i rozumieć wszystko, co do niego mówią. Wówczas zrezygnował całkowicie z leczenia ludzi. Jak tylko Handlarz Mięsem dla Kotów rozgłosił, że John Dolittle zamierza zostać lekarzem zwierząt, starsze panie zaczęły przyprowadzać do niego swoje ukochane mopsy i pudle, które przejadły się ciastem, a farmerzy przebywali wiele mil, przywożąc chore krowy i owce. Któregoś dnia przyprowadzono do niego konia pociągowego i ten nieborak był bardzo rad, że znalazł się ktoś, kto potrafi mówić w końskim języku.

– Wie pan co, doktorze – zauważył koń – ten weterynarz za górą nie ma o niczym zielonego pojęcia. Leczy mnie od sześciu tygodni na włogaciznę. A jedyne czego potrzebuję to okulary. Ślepnę na jedno oko. Nie ma najmniejszego powodu, żeby konie nie nosiły okularów tak samo jak ludzie. Ale ten głupek tam za górą nigdy nawet nie spojrzał na moje oczy. Przez cały czas faszeruje mnie wielkimi pigułkami. Próbowałem mu to powiedzieć, ale on nie rozumie ani słowa w końskim języku. Jedyne czego mi potrzeba to okulary.

– Jasne… jasne – odparł doktor. – Zaraz ci jakieś skombinuję…

– Chciałbym taką parę, jak pan nosi… tylko żeby były zielone. One będą chronić mi oczy przed słońcem, gdy orzę nasze pięćdziesięcioakrowe pole.

– Jasna sprawa – zgodził się doktor. – Będziesz miał zielone.

– Wie pan co, doktorze, kłopot w tym, że wszyscy uważają, iż mogą być weterynarzami po prostu dlatego, gdyż zwierzęta nie narzekają. Tak naprawdę, żeby być dobrym lekarzem zwierząt, potrzeba o wiele mądrzejszego człowieka niż do leczenia ludzi. Synowi mojego farmera wydaje się, że o koniach wie wszystko. Och, żeby mógł go pan zobaczyć… Twarz ma tak nalaną, że wygląda, jakby nie miał oczu… a mózgu ma tyle, ile stonka ziemniaczana. W zeszłym tygodniu próbował nakleić mi plaster gorczycowy.

– I gdzie go przykleił? – spytał doktor.

– No nie… nigdzie nie przykleił – odrzekł koń. – Jedynie próbował. Dostał takiego kopa, że wpadł do kaczego stawu.

– Nieźle, nieźle! – pokręcił głową doktor.

– Ja z zasady jestem bardzo spokojnym stworzeniem – odpowiedział koń. – Do ludzi wykazuję mnóstwo cierpliwości… Nie ma powodów do wielkiego halo. Ale już wspomniany weterynarz, stosujący nie ten środek co trzeba, mocno mnie zdenerwował. A kiedy ten rumianolicy cymbał zaczął przy mnie majstrować, nie mogłem dłużej tego znieść.

– Czy chłopiec bardzo ucierpiał w tej przygodzie? – spytał doktor.

– Nie, nie – odparł koń. – Kopnąłem go we właściwe miejsce. Teraz dogląda go weterynarz. A kiedy będą gotowe moje okulary?

– Będą czekały na ciebie w przyszłym tygodniu – odrzekł doktor. – Przyjdź po nie we wtorek… Będziesz widział, jak za dawnych lat. Do zobaczenia!

No i John Dolittle załatwił parę dużych zielonych okularów i koń pociągowy przestał być ślepy na jedno oko, i zaczął znów widzieć, jak wcześniej.

Wkrótce w okolicach Puddleby widok zwierząt domowych w okularach stał się czymś zupełnie naturalnym, a niewidomy koń przeszedł do historii. Podobnie działo się ze wszystkimi innymi zwierzętami, które przyprowadzano do doktora. Jak tylko orientowały się, że doktor potrafi mówić w ich języku, informowały go, co im dolega i gdzie zlokalizowany jest ból i to, oczywiście, znacznie ułatwiało mu skuteczne leczenie.

Po